Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Prawie wolna” to kontynuacja prawdziwej historii młodej Rosjanki, która pada ofiarą handlu ludźmi. Po ucieczce z piekła, którym była przymusowa praca seksualna, osiemnastoletnia Natasza staje przed najtrudniejszą próbą: konfrontacją w sądzie z handlarzami ludźmi. W obecności swoich oprawców – odpowiedzialnych za jej uprowadzenie, przymus seksualny, groźby i stręczycielstwo – musi ponownie opowiedzieć o koszmarze bycia seksualną niewolnicą.
„Prawie wolna” to bolesne świadectwo walki o sprawiedliwość i powrót do normalności. Czytelnicy poznają kulisy procesu, który ma nie tylko ukarać przestępców, ale także udowodnić Nataszy, że jej głos ma znaczenie. Ta książka jest hołdem dla niezłomności ofiar i pokazuje, jak długotrwała i wyczerpująca jest walka o odzyskanie godności po niewyobrażalnej traumie.
Vera Efron urodziła się w 1959 roku w syberyjskim mieście Novokuznetsk. Od 1989 roku mieszka w Szwecji. Pisarka i uczona prowadząca wydawnictwo Efron&Dotter.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 235
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Vera Efron
Prawie wolna
Historia prawdziwaTom 2Sprzedana
LIND & CO
LIND & CO
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Prawie wolna. Historia prawdziwa
Tom 2: Sprzedana
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Anna Kuciejewska – Blue Moon
Projekt okładki:
Beata Kulesza-Damaziak, studio KARANDASZ
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-67494-80-9
Opracowanie ebooka Katarzyna RekWaterbear Graphics
Sankt Petersburg, marzec 2009 r.
Wychodzę z samolotu i zatrzymuję się na schodach. Wszyscy inni pasażerowie zeszli już na dół i wsiedli do autobusu, jednak ja wciąż stoję. Wiem, że powinnam się pospieszyć, ale mam wrażenie, że moje stopy przymarzły do pokładu samolotu. Jakbym nie miała odwagi zrobić tego ostatniego kroku ku mojemu nowemu, upragnionemu życiu; tego ostatniego kroku, który zabierze mnie z dala od tego, co przeszłam. Zimny jesienny deszcz moczy moją twarz. Przytulam do policzka pluszową zabawkę – niebieskiego kociaka z wielkimi słodkimi oczami, podarowanego mi przez Piotra, mojego Pietię.
Tego kociaka zabieram ze sobą wszędzie. Jest moim towarzyszem, najlepszym przyjacielem, sprzymierzeńcem. Mogę mu się zawsze zwierzyć. Jest też moim niewidzialnym łącznikiem z Pietią.
Wdycham świeże powietrze i łapię kilka kropel otwartymi ustami. Moje łzy mieszają się z deszczem i nikt nie widzi, że płaczę. Biorę głęboki oddech, potrząsam głową, by rozwiać ponure myśli, i powoli schodzę po schodach. Chcę zapomnieć o wszystkim, co przydarzyło mi się w ostatnich dwóch latach, chociaż wiem, że nigdy mi się to nie uda. Wspomnienia tego piekła zawsze będą przy mnie, ale mam nadzieję, że przestaną tak bardzo boleć.
Psychiatra twierdzi, że nauczę się żyć ze wspomnieniami. Mówi również, by zaakceptować i zrozumieć, że to, co mi się przydarzyło, nie stało się z mojej winy i muszę przestać się o to oskarżać.
Wiem, że ma rację, ale to wciąż trudne. Ciągle to robię, zarzucając sobie głupotę i naiwność. Powinnam była wiedzieć lepiej. Przeciętna siedemnastolatka powinna być bardziej rozsądna. Nie taka roszczeniowa i pewna siebie jak ja.
Wszystko zaczęło się od tego, że chciałam żyć lepiej niż moja mama i babcia. Byłam zmęczona naszą zapomnianą przez Boga wioską, w której przyszło nam żyć. Nie oferowała ona żadnych perspektyw poza sprzątaniem krowiego łajna, co robiła moja babcia, albo piciem alkoholu, co praktykowała moja matka. Chciałam czegoś lepszego, chciałam, by w moim życiu działo się coś więcej. Kiedy skończyłam szkołę, pojechałam do Petersburga studiować na uniwersytecie, ale nie dostałam się na wydział. Desperacko szukałam pracy, aby uniknąć powrotu do domu, ale było to trudne. Bez wykształcenia mogłam dostać etat sprzątaczki lub pomywaczki, jednak potencjalne zarobki nie starczałyby nawet na czynsz i jedzenie. Już niemal porzuciłam marzenia i szykowałam się do powrotu do domu, kiedy poznałam Sergieja.
Pamiętam, jaki był czarujący i miły; naprawdę mnie zauroczył. Gdybym wtedy wiedziała, że ludzie potrafią być przebiegli i zakłamani, że za piękną fasadą może kryć się aż takie okrucieństwo i bezwzględność! Gdybym wiedziała, że pieniądze mogą być czasem cenniejsze niż ludzkie życie! Nie miałam pojęcia, że niewolnictwo wciąż istnieje, jakkolwiek niewyobrażalne by to nie było.
Siergiej zaoferował mi pomoc. Obiecał znaleźć pracę dzięki swoim kontaktom – w barze, w kasynie za granicą.
Naiwnie myślałam, że się zakochał, bo uważał mnie za pociągającą i piękną i dlatego chciał mi pomóc. Nigdy nie sądziłam, że zostanę sprzedana w niewolę. Gdyby ktoś powiedział mi, że w Szwecji są niewolnice seksualne, po prostu bym się roześmiała. Dla mnie Szwecja była bajkowym krajem. Mieszkała tam dzielna i psotna Pippi Pończoszanka, trochę gruby, ale bardzo miły Karlsson na dachu i stamtąd pochodziła ABBA ze swoimi radosnymi piosenkami. Nigdy bym nie pomyślała, że Szwecja to dom również okrutnych i bezwzględnych mężczyzn, którzy wykorzystywali młode dziewczyny do zaspokajania swoich potrzeb seksualnych.
Precz! Niech te wspomnienia w końcu znikną, muszę się z nich otrząsnąć. Co się stało, to się nie odstanie, teraz spojrzę w przyszłość. Zacznę żyć nowym życiem, teraz w końcu jestem wolna.
Kociak robi się mokry. Całuję go i czuję zapach rąk Pieti. Ciągle się utrzymuje, mimo że mam tę maskotkę już od kilku miesięcy. Wkładam go pod kurtkę, żeby nie zmókł. Myślę, że tam jest bezpieczny. Nigdy go nie zawiodę ani nie wyrzucę, jeśli uznam, że do niczego mi się już nie przyda.
Wiem, że to dziecinne, ale z jakiegoś dziwnego powodu czuję się z nim bezpieczniej. Z kociakiem nie jestem już taka samotna. Uśmiecham się do siebie i myślę, że razem możemy żyć dalej i czekać na wyzdrowienie Pietii. Lubię go i wiem, że jeszcze się spotkamy.
Przytulam kociaka pod kurtką i znów się uśmiecham. Życie jest naprawdę wspaniałe. I warte przeżycia. Wszystko się ułoży. Wszystko będzie dobrze.
Pod koniec lutego dwa tysiące dziewiątego roku stoję z bijącym sercem przed budynkiem sądu w Sztokholmie. To duża kamienna budowla, bardziej przypominająca jakiś zamek niż sąd, z wysokimi wieżami i ciemnymi, ciężkimi bramami. Siedziba sądu jest imponująca. Ile razy przechodziłam obok w oczekiwaniu na rozprawę? Dziesięć? Dwadzieścia? A może nawet więcej? Nie mogę sobie przypomnieć. Zawsze chciałam tam wejść i zobaczyć, jak wygląda w środku, ale nigdy się nie odważyłam.
Nawet teraz, gdy stoję przed bramą i patrzę na zegar na wieży, czuję niepokój. To tutaj obcy ludzie zadecydują o moich losach. To tu przywiozą Marata.
Ta myśl przyprawia mnie o dreszcze. Dlaczego tu wróciłam? Czuję, jak niepokój bierze górę. Zaczyna podstępnie rosnąć w moim żołądku, a później próbuje opanować ciało i sparaliżować wolę. Biorę głęboki oddech, tak jak nauczyła mnie lekarka, wdychając i wydychając powietrze całym brzuchem i klatką piersiową, ale tym razem to nie pomaga.
Policjantka, która mnie tu przyprowadziła, stoi i cierpliwie czeka, po czym otwiera przede mną wysokie ciemne drzwi. Nie do końca wiem jak, ale jakoś udaje mi się przedostać z hałaśliwej ulicy do małego i ciemnego wejścia. Drzwi powoli się za mną zamykają jak za myszą, która wpadła w pułapkę.
Z wejścia widać dużą salę, do której prowadzi kilka schodków. Mimo bardzo wysokiego sufitu jest tam tak samo ciemno jak przy drzwiach wejściowych. Ciemno i jakoś niesamowicie. Nogi mam ciężkie jak z ołowiu, ledwo mogę nimi poruszać. Wiem jednak, że muszę przejść przez korytarz do sali sądowej, gdzie ma się rozpocząć proces.
Wydaje mi się, że policjantka obawia się mojej ucieczki. Przez cały ranek była spięta i obserwowała mnie jak jastrząb. Teraz bierze mnie pod rękę i pyta po angielsku:
– Potrzebujesz pomocy?
Nie odpowiadam. Nie mogę. Nagle odkrywam małą plamę krwi na kamiennej podłodze pod świetlikiem. Słabe światło z okna w dachu oświetla posadzkę tak, że widzę tę plamkę bardzo wyraźnie. Stoję skamieniała i wpatruję się w nią, nie mogąc zrobić kolejnego kroku. Po prostu nie mogę.
Opadam na podłogę, opieram się o framugę drzwi i siedzę nieruchomo. Ta mała, prawie niewidoczna plama krwi sprawia, że robi mi się niedobrze.
Wspomnienia ogarniają mnie i wciągają z powrotem do piekła, w którym byłam. Próbuję je powstrzymać, ale uparcie powracają. One już tu są, czekają na mnie.
Znowu czuję mdłości.
Nie byłam w stanie nic zjeść przez dwa dni, a nie chcę czuć słabości teraz, gdy czeka mnie konfrontacja z Maratem; właśnie wypiłam filiżankę czarnej kawy, kwaśnej, z posmakiem żelaza. Zrobiło mi się po niej niedobrze, pobiegłam do toalety i zwymiotowałam wszystko, co miałam w żołądku. Nie było tego wiele, tylko ciemnobrązowy płyn, kawa, której wcześniej się napiłam.
Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.
– Wszystko w porządku? – pyta policjantka, przykucając obok mnie. – Marzniesz!
Kładzie swoją dłoń na mojej lodowato zimnej ręce. Drżę. Szczękam zębami i trzęsą mi się kolana.
– Nie – próbuję powiedzieć, ale słychać tylko słaby szept. – Nie jest mi zimno. Boję się.
– Musimy już iść, proces wkrótce się rozpocznie – mówi policjantka.
Bierze mnie pod ramię i podnosi z podłogi. Zdecydowanym krokiem wchodzi po schodach. Idę za nią. Aby o niczym nie myśleć, zaczynam liczyć kroki. Jeden, dwa, trzy…
– Wchodzimy dwa piętra po schodach – mówi policjantka. – Pospiesz się!
Kręcę głową, nie wejdę tam. Nie chcę znowu widzieć Marata, nie chcę widzieć Arona i Radika. Policjantka prawie ciągnie mnie za ramię, żebym się w końcu ruszyła.
Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy…
Moja prawniczka stoi w poczekalni, patrzy na mnie z wyrzutem, wskazując na zegarek.
Nienawidzę jej. Jestem pewna, że to uczucie jest wzajemne.
Co więcej, ona mną gardzi. Nie wierzy we mnie. Jest oschła, nigdy się nie uśmiecha i nie okazuje żadnych emocji. Dla niej jestem pracą, a nie osobą.
Policjantka oddycha z ulgą, gdy w końcu docieramy do celu. Rozumiem ją. Przez cały ranek bacznie mnie obserwowała i martwiła się, że ucieknę w ostatniej chwili. Prawniczka mówi coś do niej po szwedzku i wskazuje na drzwi na drugim końcu poczekalni. Są ledwo widoczne za tłumem wszystkich stojących tam i tłoczących się ludzi. Zupełnie jakby to było wejście do cyrku. Wkrótce rozpocznie się przedstawienie.
Ponownie spoglądam na drzwi. Otwierają się kilka razy i znikają za nimi jakieś osoby. Niektórzy mają w rękach duże teczki, to prawdopodobnie prawnicy lub prokuratorzy. Inni to zwykli widzowie, ciekawscy ludzie, którzy lubią chodzić na rozprawy sądowe i śledzić, co się na nich dzieje. Albo dziennikarze.
To również wywołało moje przerażenie, gdy moja prawniczka, a raczej pełnomocniczka powódki, powiedziała, w jaki sposób przebiegnie proces. Poinformowała mnie, żebym się przygotowała, jak to określiła.
Wyjaśniła, że jeszcze raz zapytają, przez co przeszłam i że będę musiała wszystko opowiedzieć. W najdrobniejszych szczegółach.
Spanikowałam, gdy to usłyszałam.
Przechodzenie przez to ponownie, w chwili gdy już zaczynałam zostawiać ten koszmar za sobą, było gorsze niż spotkanie z Maratem.
Nagle słyszę głośne kroki i brzęk metalu. Odwracam się, by zobaczyć, co się dzieje. Długa procesja policjantów w czarnych mundurach wchodzi po schodach. Policjanci prowadzą trzech mężczyzn, którzy zasłaniają twarze. Jeden z nich naciągnął nawet kurtkę na głowę. Jednak natychmiast ich rozpoznaję. To Marat, Radik i Aron. Chowam się za moją prawniczką. Jest duża i mocno zbudowana, więc udaje mi się zniknąć za jej plecami.
Długi orszak wchodzi do poczekalni, a następnie znika w sali rozpraw. Ani Marat, ani Aron, ani Radik mnie nie widzą. Mogę odetchnąć.
Policjantka poklepuje mnie delikatnie po ramieniu i zadaje pytanie:
– Może powinnyśmy już wejść? Wszyscy inni już to zrobili.
– Tak – odpowiadam krótko, ale się ciągle się ociągam. Rozglądam się jeszcze raz z nadzieją, że zobaczę Tunę lub Olgę, ale nigdzie ich nie widzę. Policjantka bierze mnie za ramię i delikatnie popycha w stronę drzwi. Pani adwokat idzie dalej, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi.
– Wkrótce będzie po wszystkim – pociesza mnie policjantka.
Ale wiem, że ona kłamie. To się nigdy nie skończy. W każdym razie nie dla mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
