Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami - Philip Gourevitch - ebook + audiobook + książka

Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami ebook

Gourevitch Philip

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Znakomita, przejmująca książka i najlepsza, według mnie, opowieść o rwandyjskiej tragedii i zbrodni, i o banalnej istocie Zła, która czyni je jeszcze potworniejszym.

Wojciech Jagielski

Świat, w który wciąga nas Gourevitch, nie jest tylko opowieścią o Tutsi i Hutu. To wielki reportaż o skutkach kolonizacji, pazerności, wielkiej polityce i nieudolności organizacji zajmujących się szeroko pojętymi prawami człowieka, które liczą się tylko wtedy, kiedy największym graczom jest to na rękę.

Znakomita!
Stasia Budzisz, reporterka

„Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami” – ten przejmujący tytuł należy do jednego z najważniejszych dzieł literatury faktu końca XX wieku.

W kwietniu 1994 roku rząd Rwandy wezwał większość Hutu do eksterminacji mniejszości Tutsi. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zamordowano 800 000 osób. Philip Gourevitch stworzył poruszający, dogłębny reportaż, który łączy historię ludobójstwa, osobiste świadectwa ocalałych oraz próbę zrozumienia niewyobrażalnego. To nie tylko książka o przeszłości – to ostrzeżenie, pamięć i apel o empatię.

Philip Gourevitch jest laureatem wielu prestiżowych nagród literackich, m.in. Guardian First Book Award, PEN Award oraz National Book Critics Circle Award.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 414

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: WE WISH TO INFORM YOU THAT TOMORROW WE WILL BE KILLED WITH OUR FAMILIES by Philip Gourevitch

Copyright © 1998 by Philip Gourevitch

Published by arrangement with Farrar, Straus and Giroux, New York

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Wydawczyni: Monika Długa

Redakcja: Anna Strożek

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski

Projekt okładki: Anna Pol

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Jagoda Świegot

Zdjęcie na okładce: @Ilja Hulinsky/Alamy

ISBN: 978-83-8441-114-8

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Dla moich rodziców

Dziesiątkowanie to zabijanie co dziesiątej osoby w populacji. Wiosną i na początku lata 1994 roku zorganizowana akcja masowych mordów zdziesiątkowała Republikę Rwandy. Choć rzezi dokonywano prostymi narzędziami – głównie maczetami – tempo zabijania było oszałamiające: z pierwotnej populacji liczącej około siedmiu i pół miliona osób w ciągu zaledwie stu dni zginęło co najmniej osiemset tysięcy. Rwandyjczycy często mówią o milionie zabitych – i mogą mieć rację. Ofiary w Rwandzie ginęły w tempie niemal trzykrotnie szybszym niż Żydzi podczas Holokaustu. Była to najbardziej efektywna masowa eksterminacja od zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

W GIKONGORO, POŁOŻONYM na południu kraju miasteczku na wzgórzu, w nocy padł prąd. Bar Guest House rozświetlało kilka świec, a oczy trzech żołnierzy, którzy zaprosili mnie na drinka, jarzyły się kolorem krwistych pomarańczy. Z rąk do rąk krążyła szklanka piwa. Ja piłem ostatni – rytuał, który miał świadczyć, że nie zostanę otruty. Żołnierze byli zbyt pijani na rozmowę, za to cywil w ich towarzystwie, facet w błyszczącym czarnym dresie, wyglądał na zdeterminowanego, by zademonstrować swoją trzeźwość. Siedział wyprostowany, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i ze zmrużonymi oczami, rzucając spojrzeniem twardym, pełnym dystansu, oceniającym. Surową, niemal wojskową angielszczyzną – każda sylaba była precyzyjna, urwana – zapytał mnie o imię. Przedstawiłem się:

– Philip.

– Ach. – Ścisnął moją dłoń. – Jak u Charlesa Dickensa.

– U niego jest Pip – odparłem.

– Wielkie nadzieje – rzekł. Rozluźnił uścisk. Lekko zacisnął usta i przyglądał mi się tymi swoimi beznamiętnymi oczami. W końcu powiedział: – Jestem Pigmejem, z dżungli. Ale nauczyłem się angielskiego od anglikańskiego biskupa.

Nie powiedział, jak się nazywał. Żołnierz obok mnie, który do tej pory pochylał się do przodu, oparty o postawioną na sztorc lufę karabinu maszynowego, nagle złożył się wpół – bo zasnął – po czym gwałtownie ocknął, uśmiechnął i pociągnął kolejny łyk. Pigmej zignorował go.

– Mam zasadę – ogłosił. – Wierzę w zasadę homo sapiens. Rozumiesz?

Postanowiłem zgadywać.

– Że ludzkość jest jednością?

– Taką mam teorię – ciągnął Pigmej. – To moja zasada. Ale mam problem. Muszę ożenić się z białą kobietą.

– I co z tego? – zapytałem. Po chwili dodałem: – Ale po co, skoro wszyscy jesteśmy jednością? Co za różnica, jaki będzie miała kolor skóry?

– Musi być biała – odpowiedział Pigmej. – Tylko biała kobieta zrozumie moją zasadę homo sapiens. Nie mogę ożenić się z Murzynką.

Nieprzebrane obrzydzenie, z jakim wypowiedział to ostatnie słowo, sprawiło, że byłem skłonny mu przytaknąć – z litości dla jego przyszłej żony.

– I tu mam problem – ciągnął. – Jak mam osiągnąć ten cel? Ty masz taką możliwość. Ja nie.

Rozejrzał się po skąpanym w mroku, prawie pustym pomieszczeniu i wyciągnął dłoń. Na jego twarzy pojawił się kwaśny grymas, jakby był przyzwyczajony do rozczarowania, i zapytał:

– Niby jak mam poznać białą kobietę? Jak mam znaleźć białą żonę?

Pytanie nie było całkiem retoryczne. Przyszedłem do baru z Holenderką, a potem się rozdzieliliśmy – poszła spać. Jednak zdążyła zrobić wrażenie; pomyślałem, że Pigmej chce, żebym go z nią umówił.

– Mam pomysł – rzucił. – Holandia. Biskup, mój nauczyciel, zjeździł cały świat. Holandia to dla mnie tylko wyobrażenie. Ale jest prawdziwa.

OPOWIADAM O TYM teraz, na początku, bo ta książka jest o tym, jak ludzie wyobrażają sobie siebie i innych – o tym, jak wyobrażamy sobie nasz świat. Rok przed tym, jak poznałem Pigmeja, rząd w Rwandzie przyjął politykę, wedle której wszyscy przedstawiciele większości Hutu zostali wezwani do wymordowania wszystkich członków mniejszości Tutsi. Rząd, a także zadziwiająca liczba obywateli tego kraju wyobrazili sobie, że eksterminując Tutsi, uczynią świat lepszym. A potem nastąpiła masowa rzeź.

Nagle wydawało się, że spadło na nas coś, co do tej pory mogliśmy sobie jedynie wyobrażać – a mimo to nadal mogliśmy to sobie tylko wyobrażać. Właśnie to fascynuje mnie najbardziej: ta dziwna konieczność wyobrażania sobie tego, co jest prawdziwe. Podczas tamtych miesięcy zabijania w 1994 roku, śledząc doniesienia z Rwandy, i później, gdy przeczytałem, że ONZ po raz pierwszy w historii uznała, że aby opisać to, co się wydarzyło, trzeba użyć słowa „ludobójstwo”, raz po raz wracałem pamięcią do fragmentu z końcówki Jądra ciemności Conrada, w którym Marlow, narrator, jest już w Europie, a jego ciotka, widząc go wyczerpanego, martwi się o jego zdrowie. „To nie moje siły potrzebowały pokrzepienia – notował Marlow – należało ukoić moją wyobraźnię”.

Stan Marlowa po powrocie z Afryki obrałem za swój punkt wyjścia. Chciałem się dowiedzieć, jak Rwandyjczycy rozumieli to, co stało się w ich kraju – i jak radzili sobie, gdy było już po wszystkim. Słowo „ludobójstwo” i obrazy niezliczonych bezimiennych ofiar pozostawiały zbyt wiele wyobraźni.

ZACZĄŁEM JEŹDZIĆ do Rwandy w maju 1995 roku i nie minęło wiele czasu, zanim w Gikongoro spotkałem Pigmeja. Nie domyśliłbym się, że jest Pigmejem: mierzył prawie metr siedemdziesiąt. Wyglądało na to, że nazywając siebie tak, chciał zdystansować się od kwestii Hutu i Tutsi, traktować mnie, jakbyśmy obaj byli kimś z zewnątrz, postronnymi obserwatorami. Jednak chociaż nie powiedział ani słowa o ludobójstwie, odszedłem od niego z wrażeniem, że właśnie ono było prawdziwym tematem naszej rozmowy. Być może dało się rozmawiać w Rwandzie o czymś innym, ale wszystkie poważniejsze rozmowy, jakie tam prowadziłem, jakoś dotyczyły ludobójstwa, zawsze było choćby gdzieś w tle, pojawiało się jako punkt odniesienia, z którego wynikały wszystkie porozumienia lub nieporozumienia.

Pigmej mówił o homo sapiens, ale ja wyczuwałem podtekst. Pigmeje byli pierwszymi mieszkańcami Rwandy, ludźmi lasu, zarówno Hutu, jak i Tutsi lekceważyli ich, mieli za lud prymitywny, szczątkowy. Za czasów prekolonialnej monarchii Pigmeje pełnili funkcję nadwornych błaznów, a skoro królami Rwandy byli Tutsi, z powodu pamięci o tej roli podczas ludobójstwa zdarzało się, że Pigmejów także zabijano, jako królewskich sługusów. Bywali też zmuszani przez bojówki Hutu do gwałtów, co miało dodać do przemocy wobec kobiet Tutsi jeszcze jeden wymiar plemiennej drwiny.

Zapewne anglikański biskup, który wykształcił mojego rozmówcę z baru Guest House, uznałby wychowanie prymitywnego dzikusa za szczególne osiągnięcie, dowód na słuszność misjonarskiej doktryny, wedle której wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. Jednak być może Pigmej przyswoił sobie te lekcje aż nazbyt dobrze. Jasne było, że uznawał jedność ludzkości nie za fakt, ale, jak powtarzał, za teorię lub zasadę – twierdzenia białego kapłana. Wziął tę ideę do serca niczym zaproszenie – ale wnet odkrył jej bezwzględne granice. W imię uniwersalizmu nauczył się pogardy dla swojego ludu i dżungli, z której pochodził, i nauczył się kochać samego siebie za odrzucenie tego dziedzictwa. Teraz uznał, że aby potwierdzić tę teorię, brakowało mu tylko białej żony, a nierealność takiego związku wystawiała jego wiarę na ciężką próbę.

Starałem się ukoić jego nerwy, sugerując, że nawet dla białych mężczyzn, otoczonych białymi kobietami na co dzień, znalezienie chętnej partnerki może być sporym wyzwaniem, nawet w Holandii.

– Ale ja mówię o Afrykaninie – odparł. – Afrykanin jest chory.

Pierwszy raz uśmiechnął się krzywo.

– Jest taka powieść – ciągnął. – Wichrowe wzgórza. Rozumiesz? To moja większa teoria. Nie ma znaczenia, czy jesteś biały, żółty, zielony, czy czarny jak Murzyn z Afryki. Chodzi o homo sapiens. Europejczyk jest zaawansowany technologicznie, a Afrykanin jest na etapie, który jest bardziej prymitywny. Ale cała ludzkość musi się zjednoczyć w walce przeciwko naturze. Taki jest sens Wichrowych wzgórz. Taka jest misja homo sapiens. Zgadzasz się?

– Rozumiem – przytaknąłem.

– Walka ludzkości, by pokonać naturę – powiedział łagodnie Pigmej. – To jedyna nadzieja. Jedyny sposób na pokój i zgodę. Ludzkość zjednoczona przeciwko naturze.

Rozsiadł się na krześle, skrzyżował ręce na piersi i zamilkł.

Po chwili powiedziałem:

– Ale ludzkość też jest częścią natury.

– Otóż to – odparł Pigmej. – I właśnie w tym tkwi cały problem.

Część I

Leontios, syn Aglajona, szedł raz z Pireusu na górę pod zewnętrzną stroną muru północnego i zobaczył trupy leżące koło domu kata. Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak jak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła, i wytrzeszczywszy oczy, przybiegł do tych trupów i powiada: „No, macie teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym pięknym widokiem”.

Platon, Państwo

1

W PROWINCJI Kibungo we wschodniej Rwandzie, wśród bagien i pastwisk niedaleko granicy z Tanzanią, wznosi się skaliste wzgórze Nyarubuye. Stoi na nim kościół, w którym w połowie kwietnia 1994 roku zamordowano wielu Tutsi. Rok po masakrze udałem się tam z dwoma kanadyjskimi wojskowymi. Lecieliśmy helikopterem ONZ, nisko nad wzgórzami, we mgle poranka. Gęsto porastające stoki bananowce wyglądały jak zielone fajerwerki. Wysoka trawa uginała się pod podmuchami śmigieł, gdy lądowaliśmy na środku szkolnego dziedzińca przy parafii. Pojawił się samotny żołnierz z kałasznikowem, powitał nas uściskiem dłoni – sztywnym, nieśmiało oficjalnym. Kanadyjczycy okazali dokumenty, a ja wszedłem przez otwarte drzwi do jednej z klas.

Podłogę pokrywało przynajmniej pięćdziesiąt ciał w stanie zaawansowanego rozkładu; były otulone w ubrania, wokół walały się porozrzucane i roztrzaskane przedmioty, rzeczy osobiste. Tu i ówdzie leżały rozrąbane maczetami czaszki.

Umarli wyglądali jak zdjęcia umarłych. Nie wydzielali zapachu. Nie brzęczały nad nimi muchy. Zabito ich trzynaście miesięcy wcześniej i od tego czasu nie przeniesiono. Niektóre kości wciąż były obleczone skórą; wiele z nich leżało z dala od ciał, odrąbane przez zabójców albo oderwane przez padlinożerców – ptaki, psy, owady. Bardziej kompletne sylwetki przypominały ludzi, którymi kiedyś były. Blisko drzwi leżała kobieta owinięta materiałem z kwiatowym wzorem. Jej nagie kości biodrowe były uniesione, nogi lekko rozchylone, a między nimi leżał dziecięcy szkielet. Tułów był wydrążony, żebra i kręgosłup wystawały spod gnijącego materiału. Głowa była odchylona do tyłu, usta otwarte: osobliwy obraz – agonia i spokój jednocześnie.

Nigdy wcześniej nie byłem wśród umarłych. Co robić? Patrzeć? Tak. Chyba pragnąłem ich zobaczyć; właściwie po to tam się wybrałem – ciała zostawiono w Nyarubuye niepogrzebane, teraz to było miejsce pamięci – i oto tam byli, odsłonięci w całej swojej intymności. Nie musiałem ich oglądać. Już wiedziałem, co wydarzyło się w Rwandzie, i wierzyłem w to. A jednak gdy patrzyłem na te budynki i ciała, wsłuchując się w ciszę tego miejsca, z okazałą opustoszałą bazyliką w stylu włoskim i z rabatami wykwintnych, bujnych, nawożonych śmiercią kwiatów rozkwitających nad zwłokami, to wszystko wciąż wydawało mi się nie do ogarnięcia wyobraźnią. Wciąż trzeba było to sobie wyobrażać.

Tamci martwi Rwandyjczycy chyba zostaną ze mną na zawsze. Dlatego musiałem przyjechać do Nyarubuye: chciałem być na nich skazany – nie tyle na to, czego doświadczyli, co na doświadczenie patrzenia na nich. Zabito ich tam i tam pozostali, martwi. Co jeszcze można było dostrzec na pierwszy rzut oka? Biblię napęczniałą od deszczu, leżącą na jednym z ciał; porozrzucane wokół małe wianki ze słomy, które rwandyjskie kobiety noszą na głowach jak korony, by z ich pomocą dźwigać ogromne ciężary; tykwy na wodę; wetkniętą w miednicę tenisówkę marki Converse.

Żołnierz z kałasznikowem – sierżant Francis z Rwandyjskiej Armii Patriotycznej, Tutsi, którego rodzice uciekli z nim do Ugandy, gdy był chłopcem, po podobnych, choć mniej masowych pogromach z początku lat sześćdziesiątych, a który w 1994 roku wrócił, by walczyć o swój kraj, i zastał go w takim stanie – powiedział, że w tej sali leżą głównie ciała kobiet, które przed śmiercią zostały zgwałcone. Sierżant Francis miał wydatne, dziewczęce biodra; chodził i stał z wypiętymi do tyłu pośladkami, w dziwnej, a jednak zdecydowanej, pochylonej do przodu postawie. Był jednocześnie szczery i rzeczowo oficjalny. Jego angielski miał rytm musztry wojskowej, był lapidarny i urywany. Gdy wyjaśnił mi, na co patrzę, spuściłem wzrok na własne stopy. Obok nich w ziemi leżała zardzewiała głownia toporka.

Kilka tygodni wcześniej, w Bukavu, w Zairze, na ogromnym targowisku obozu dla uchodźców, gdzie schronili się liczni bojówkarze Hutu, widziałem mężczyznę rozbierającego krowę maczetą. Robił to z prawdziwą wprawą, ciął mocno i precyzyjnie. Z każdym ciosem rozlegał się suchy trzask. Hasłem podżegaczy ludobójstwa było: „Do roboty!”. I widziałem, że to była robota, ta rzeź, ciężka robota. Trzeba było wielu uderzeń – dwóch, trzech, czterech, pięciu mocnych uderzeń, by przeciąć nogę krowy. Ile potrzeba, by rozczłonkować człowieka?

Wobec ogromu tego, co się stało, kuszące jest, by snuć hipotezy o zbiorowym szaleństwie, amoku, gorączce nienawiści, która przeradza się w masową zbrodnię w afekcie, i wyobrażać sobie ślepą orgię, podczas której każdy z tłumu zabija jedną, dwie osoby. Jednak w Nyarubuye i w tysiącach innych miejscowości w tym maleńkim kraju w ciągu tych kilku miesięcy 1994 roku setki tysięcy Hutu pracowały jako mordercy w systemie zmianowym. Po każdej ofierze padała następna, a po niej kolejna. Co ich napędzało poza szałem pierwszego ataku – co kazało im zabijać dalej, mimo fizycznego wycieńczenia i całego chaosu?

Pigmej z Gikongoro powiedział, że ludzkość jest częścią natury, a żeby żyć w zgodzie i pokoju, musimy działać wbrew naturze. A jednak nawet masowa przemoc musi być zorganizowana; nie wybucha bez planu. Nawet motłoch i zamieszki mają swoją logikę, a wielkie i długotrwałe dzieło zniszczenia wymaga ogromnych ambicji. Musi zostać wymyślone jako środek do zaprowadzenia nowego porządku – i choć idea za nim stojąca może być zbrodnicza i skrajnie głupia, musi być zarazem przekonująco prosta i absolutna. Ideologia ludobójstwa łączy wszystkie te cechy, a w Rwandzie miała dosłowną, niepozostawiającą złudzeń nazwę: Hutu Power. Tym, którzy przystępują do systematycznej eksterminacji całego narodu – nawet stosunkowo niewielkiej i bezbronnej społeczności liczącej może milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, jak Tutsi w Rwandzie – żądza krwi z pewnością pomaga, jednak organizatorzy i wykonawcy rzezi takiej jak ta, która wydarzyła się tuż za drzwiami, gdzie stałem, nie muszą czerpać przyjemności z zabijania. Mogą wręcz uznawać je za nieprzyjemne. Liczy się przede wszystkim jedno: muszą naprawdę chcieć śmierci swoich ofiar. Muszą pragnąć jej tak bardzo, by uznawać ją za konieczność.

Wciąż musiałem wiele sobie wyobrażać, gdy wchodziłem do klasy i przechodziłem ostrożnie między szczątkami. Ofiary i ich zabójcy byli sąsiadami, uczniami tej samej szkoły, kolegami z pracy, czasem przyjaciółmi, nawet powinowatymi. Zamordowani widzieli, jak w ostatnich tygodniach przed końcem ich zabójcy szkolili się w oddziałach milicji; wszyscy wiedzieli, że ćwiczą po to, by zabijać Tutsi – ogłaszano to w radiu, pisano o tym w gazetach, mówiono otwarcie. Zabijanie zaczęło się w tygodniu przed masakrą w Nyarubuye, w Kigali, stolicy Rwandy. Hutu sprzeciwiający się ideologii Hutu Power byli publicznie piętnowani jako „pomagierzy” Tutsi. Gdy rozpoczęła się eksterminacja, to oni ginęli jako pierwsi. Kiedy Tutsi w Nyarubuye pytali burmistrza z Hutu Power, jak mogą ocalić życie, zasugerował, by schronili się w kościele. Posłuchali, a kilka dni później burmistrz zjawił się tam, by ich zabić. Przyszedł na czele bandy żołnierzy, policjantów, bojówkarzy i wieśniaków; rozdawał broń i wydawał rozkazy, by „dokończyli robotę” jak należy. Nie musiał robić nic więcej, a mimo to, jak mówiono, sam zabił kilku Tutsi.

Mordercy zabijali w Nyarubuye cały dzień. W nocy przecinali ocalałym ścięgna Achillesa i ucztowali za kościołem, piekąc na dużym ogniu bydło zrabowane ofiarom i pijąc piwo (piwo w butelkach, bananowe – Rwandyjczycy może nie piją go więcej niż inni Afrykanie, ale niewiarygodnie dużo, na okrągło). A rankiem, nadal pijani, po tej odrobinie snu, jaką zdołali złapać mimo jęków ofiar, mordercy z Nyarubuye wracali i zabijali dalej. Dzień po dniu, minuta po minucie, Tutsi za Tutsi. Pracowali tak w całej Rwandzie.

– To był proces – tłumaczył sierżant Francis.

Widzę, co się stało, mogę słuchać, jak do tego doszło, a po prawie trzech latach jeżdżenia po Rwandzie i słuchania Rwandyjczyków sam mogę to opowiedzieć – i zrobię to. Jednak groza tego wszystkiego – głupota, marnotrawstwo, czyste zło – nadal jest nie do opisania.

Zakładam, że tak jak Leontios, młody Ateńczyk z dialogów Platona, czytacie to, bo chcecie popatrzeć z bliska – i że jesteście słusznie zaniepokojeni swoją ciekawością. Być może liczycie na to, że oglądając to ekstremum razem ze mną, zyskacie zrozumienie, wiedzę, jakieś przebłyski samoświadomości: morał, lekcję, wskazówki, jak żyć na tym świecie, cokolwiek, co da się z tego wynieść. Nie wykluczam, że to możliwe, ale gdy mowa o ludobójstwie, już wiadomo, czym jest dobro, a czym zło. Najlepszym powodem, jaki znalazłem, by tak dokładnie przyglądać się rwandyjskim historiom, jest to, że ignorowanie ich sprawia, iż jeszcze bardziej nie wiem, jak sobie poradzić z własnym istnieniem. Groza – jako groza – interesuje mnie tylko o tyle, o ile dokładna pamięć o popełnionej zbrodni jest konieczna, by zrozumieć jej dziedzictwo.

Zabici w Nyarubuye byli, niestety, piękni. Nie sposób było temu zaprzeczyć. Szkielet to piękna rzecz. Przypadkowy układ ciał, dziwny spokój ich brutalnego obnażenia, czaszka tu, ramię wygięte w nieodgadnionym geście tam – to wszystko było piękne, a ich piękno tylko potęgowało obrazę, jaką było to miejsce. Nie mogłem odnaleźć żadnej sensownej reakcji: odraza, niepokój, żal, rozpacz, wstyd, niezrozumienie – owszem, ale nic, co miałoby głębszy sens. Patrzyłem i fotografowałem, bo chciałem sprawdzić, czy naprawdę widzę to, co mam przed oczami; chciałem też mieć pretekst, by przyjrzeć się temu jeszcze dokładniej.

Przeszliśmy przez pierwsze pomieszczenie i wyszliśmy na drugą stronę. Był tam kolejny pokój, i następny, i jeszcze jeden, i jeszcze jeden. Wszystkie były pełne ciał, a jeszcze więcej znajdowało się w trawie; czaszki były rozsiane pośród gęstej, zdumiewająco zielonej roślinności. Gdy stałem na zewnątrz, usłyszałem trzask. Stary kanadyjski pułkownik potknął się przede mną i zobaczyłem – choć on tego nie zauważył – że jego stopa stoczyła się po czaszce i ją zmiażdżyła. Po raz pierwszy w Nyarubuye poczułem coś wyraźnego: drobne, lecz dotkliwe ukłucie złości na tego człowieka. Wtedy znowu usłyszałem trzask i poczułem drżenie pod stopą. Ja też stanąłem na czaszce.

RWANDA ZAPIERA DECH W PIERSIACH. Przez cały środek kraju biegnie wijący się pas stromych, ciasno zazębiających się zboczy, rozchodzących się promieniście od małych przydrożnych osad i samotnych obejść. Bruzdy czerwonej gliny i czarnej ziemi zdradzają świeżo przekopaną ziemię; eukaliptusy migoczą srebrem na tle jaskrawozielonych plantacji herbaty; wszędzie rosną bananowce. W Rwandzie wzgórza przybierają nieskończenie wiele form: od postrzępionych krawędzi lasów deszczowych, przez łagodne, zaokrąglone pagórki, pofałdowane mokradła i szerokie fale sawanny, po ostre jak spiłowane zęby wulkaniczne szczyty. W porze deszczowej chmury są ogromne, niskie i szybkie, mgły osiadają w wysokich kotlinach, nocami błyska się niemal bez przerwy, a za dnia ziemia lśni. Po deszczach niebo się podnosi, a teren pod płaską, monotonną mgłą pory suchej nabiera postrzępionych konturów. Na sawannach parku Akagera pożary barwią wzgórza na czarno.

Pewnego dnia, gdy wracałem do Kigali z podróży na południe, samochód wspiął się na grzbiet pomiędzy dwiema wijącymi się dolinami, a szyba wypełniła się widokiem fioletowych od spodu chmur. Spytałem Josepha, człowieka, który mnie podwoził, czy Rwandyjczycy zdają sobie sprawę, w jak pięknym kraju żyją.

– Pięknym? – odparł. – Tak myślisz? Po tym, co tu się wydarzyło? Ludzie tu nie są dobrzy. Gdyby byli dobrzy, może kraj też byłby dobry.

Joseph powiedział mi, że zabito mu brata i siostrę, a potem wydał cichy syk, przyciskając język do zębów.

– Ten kraj jest pusty – powiedział. – Pusty!

Brakowało nie tylko zabitych. Ludobójstwo zatrzymał Rwandyjski Front Patriotyczny (Rwandan Patriotic Front, RPF), partyzancka armia prowadzona do walki przez uchodźców Tutsi, którzy uciekli przed poprzednimi pogromami. Gdy RPF parł przez kraj latem 1994 roku, około dwóch milionów Hutu uciekło, za namową tych samych przywódców, którzy wcześniej kazali im zabijać. A jednak – poza niektórymi wsiami na południu, gdzie odejście Hutu sprawiło, że pola wokół rozpadających się glinianych domów zarosły krzakami – ja, nowo przybyły, nie widziałem tej pustki, która sprawiała, że Joseph nie potrafił dostrzec piękna Rwandy. Tak, widziałem budynki zrównane z ziemią granatami, spalone domostwa, poorane kulami fasady, drogi z wyrwami po ostrzałach z moździerzy. Jednak to były ślady wojny, nie ludobójstwa, a latem 1995 roku większość ofiar była już pochowana. Jeszcze piętnaście miesięcy wcześniej Rwanda była najgęściej zaludnionym krajem Afryki. Teraz dzieło morderców wyglądało dokładnie tak, jak chcieli: było niewidzialne.

Od czasu do czasu odkrywano i ekshumowano szczątki z masowych grobów i przenoszono je do nowych, poświęconych mogił. Jednak nawet sporadycznie odkopywane kości, liczni okaleczeni bez kończyn i ze szpecącymi bliznami czy przepełnione sierocińce nie mogły być dowodem na to, że to, co spotkało Rwandę, było próbą wyniszczenia całego ludu. Istniały tylko opowieści.

– Każdy ocalały zastanawia się, dlaczego jeszcze żyje – powiedział mi Modeste, ksiądz z katedry w Butare, drugim co do wielkości mieście Rwandy. Modeste ukrywał się tygodniami w zakrystii, jadł komunikanty, potem schował się pod biurkiem w swoim gabinecie, a ostatecznie – na strychu domu sąsiadujących ze świątynią zakonnic. Oczywistym wyjaśnieniem jego ocalenia było to, że z pomocą przyszedł RPF. Jednak rebelianci dotarli do Butare dopiero na początku lipca, a do początku maja zginęło około siedemdziesięciu pięciu procent Tutsi w Rwandzie. Pod tym względem ludobójstwo zrealizowało swój cel: dla tych, którzy mieli zginąć, to życie, a nie śmierć, wydawało się zrządzeniem losu.

– W moim domu zabito osiemnaście osób – powiedział mi Etienne Niyonzima, były przedsiębiorca, który został posłem do Zgromadzenia Narodowego. – Wszystko kompletnie zniszczono, teren pięćdziesiąt pięć na pięćdziesiąt metrów. W mojej okolicy zabito sześćset czterdzieści siedem osób. Torturowano je. Trzeba było widzieć, jak je zabijali. Znali numer każdego domu, przechodzili i czerwonym sprayem znakowali domy wszystkich Tutsi i umiarkowanych Hutu. Moja żona była u znajomej, dostała dwie kule. Żyje, tylko… – zamilkł na chwilę – …nie ma rąk. Inni, którzy z nią byli, zostali zabici. Zostawili ją na śmierć. Wymordowano w Gitaramie całą jej rodzinę, sześćdziesiąt pięć osób.

Niyonzima wtedy się ukrywał. Dopiero po trzech miesiącach dowiedział się, że żona i czworo dzieci przeżyli.

– No cóż – mówił – jednego syna uderzyli maczetą w głowę. Nie wiem, co się z nim stało.

Głos mu osłabł, załamał się.

– Zniknął. – Niyonzima cmoknął językiem. – Ale reszta żyje. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak się uratowałem.

Laurent Nkongoli przypisywał swoje przetrwanie, jak mówi, Opatrzności, ale też dobrym sąsiadom i pewnej starszej kobiecie, która powiedziała mu: „Uciekaj, nie chcemy widzieć twojego trupa”. Nkongoli, prawnik, który po ludobójstwie został wiceprzewodniczącym Zgromadzenia Narodowego, był postawnym mężczyzną, gustował w dwurzędowych marynarkach i barwnych krawatach, a gdy mówił, poruszał się z energią i zdecydowaniem. Jednak zanim posłuchał rady sąsiadki i uciekł z Kigali pod koniec kwietnia 1994 roku, pogodził się ze śmiercią.

– W pewnym momencie tak się dzieje. Człowiek ma nadzieję, że nie umrze w męczarniach, ale spodziewa się śmierci. Liczy, że to nie będzie od maczety, tylko od kuli. Jeśli było cię stać, można było poprosić o kulę. Śmierć była czymś zwyczajnym, aktem rezygnacji. Człowiek traci wolę walki. Tutaj, w Kacyiru, dzielnicy Kigali, zabito cztery tysiące Tutsi. Żołnierze przyprowadzali ich tutaj i kazali usiąść, bo zaraz mieli rzucać granaty. I oni siadali.

– Kultura Rwandy opiera się na strachu – ciągnął Nkongoli. – Pamiętam, co ludzie mówili. – Przybrał piskliwy głos, twarz wykrzywił w grymasie wstrętu. – „Pomodlimy się tylko, a potem nas zabijcie” albo „Nie chcę umierać na ulicy, wolę w domu”. – Tu Nkongoli wrócił do swojego normalnego głosu. – Kiedy jesteś pokonany, pod butem, już nie żyjesz. To pokazuje, jak długo przygotowywano ludobójstwo. Nienawidzę tego strachu. Ofiary ludobójstwa były psychologicznie przygotowywane, by oczekiwać śmierci tylko dlatego, że były Tutsi. Zabijano je tak długo, że stały się martwe jeszcze za życia.

Przypomniałem mu, że choć tak nienawidził strachu, on też pogodził się ze śmiercią, zanim sąsiadka kazała mu uciekać.

– Tak – przyznał. – Ludobójstwo mnie zmęczyło. Walczysz tak długo, że w końcu jesteś wyczerpany.

Każdy Rwandyjczyk, z którym rozmawiałem, miał swoje ulubione pytanie bez odpowiedzi. Dla Nkongoliego była to kwestia, jak wielu Tutsi pozwoliło się zabić. Dla François Xaviera Nkurunzizy, prawnika z Kigali, którego ojciec był Hutu, a matka i żona Tutsi, tym pytaniem było, dlaczego tylu Hutu pozwoliło się wciągnąć do zabijania. Nkurunziza sam uniknął śmierci jedynie przypadkiem, ukrywając się w różnych miejscach, i stracił wielu członków rodziny.

– Tu konformizm sięga głęboko, jest bardzo zakorzeniony – mówił mi. – W historii Rwandy wszyscy słuchali władzy. Ludzie szanują siłę, a do tego brakuje edukacji. Weź ubogą, niewykształconą ludność, daj im broń i powiedz: „Macie, zabijajcie”. I posłuchają. Chłopi, którym płacono lub których zmuszano do mordowania, patrzyli na ludzi z wyższych warstw, żeby wiedzieć, jak mają postępować. Więc ludzie wpływowi, bogaci sponsorzy, to często najważniejsi sprawcy ludobójstwa. Oni mogą myśleć, że nie zabijali, bo nie odbierali życia własnymi rękami, ale to na nich ludzie patrzyli, czekali na ich rozkaz. A w Rwandzie rozkaz można wydać bardzo po cichu.

Podróżując po kraju i zbierając relacje o mordach, miałem wrażenie, że za pomocą maczety, nabitej gwoździami pałki masu, kilku dobrze rzuconych granatów i serii z karabinów automatycznych ciche rozkazy Hutu Power wysłały bombę neutronową do lamusa.

– Każdy miał obowiązek wziąć udział w polowaniu na wroga – mówił Theodore Nyilinkwaya, ocalały z masakr w rodzinnej wiosce Kimbogo, w południowo-zachodniej prowincji Cyangugu. – Ale powiedzmy, że ktoś się waha. Przychodzi z kijem. Mówią mu: „Nie, weź masu”. No to bierze, biegnie z resztą, ale nie zabija. Wtedy mówią: „On może nas potem wydać. Musi zabić. Każdy musi pomóc zabić przynajmniej jedną osobę”. Więc ktoś, kto nie jest mordercą, zostaje do mordowania zmuszony. A następnego dnia to staje się dla niego zabawą. Nie trzeba już go przymuszać.

W Nyarubuye nawet małe terakotowe figurki w zakrystii zostały metodycznie pozbawione głów.

– Były kojarzone z Tutsi – wyjaśnił sierżant Francis.

2

GDYBY RUSZYĆ na zachód od miejsca pamięci masakry w Nyarubuye i iść prosto przez całą Rwandę – przez wzgórza, bagna, jeziora i rzeki, aż do prowincji Kibuye – tuż przed wpadnięciem do wielkiego śródlądowego morza, jakim jest jezioro Kiwu, podróżnik dotarłby do kolejnej wioski na wzgórzu. Wzgórze nazywa się Mugonero i na nim też stoi okazały kościół. Rwanda jest w większości katolicka, ale to protestanci prowadzili ewangelizację w wielu częściach Kibuye, a Mugonero to siedziba misji adwentystów dnia siódmego. Miejsce to przypomina bardziej ceglany kampus amerykańskiego community college niż afrykańską wioskę; schludne, obsadzone drzewami aleje łączą duży kościół z mniejszą kaplicą, szkołą pielęgniarską, ambulatorium oraz znanym z wysokiej jakości opieki medycznej kompleksem szpitalnym. To właśnie w tym szpitalu Samuel Ndagijimana szukał schronienia podczas rzezi i choć jedno z pierwszych zdań, które do mnie wypowiedział, brzmiało: „Zapominam coraz więcej”, szybko stało się jasne, że nie zapomniał tyle, ile by chciał.

Samuel pracował w tym szpitalu jako sanitariusz. Dostał tę pracę w 1991 roku, gdy miał dwadzieścia pięć lat. Spytałem go o życie w czasach, które Rwandyjczycy nazywają „Przedtem”.

– Byliśmy prostymi chrześcijanami – odpowiedział.

Tyle. Jakbym pytał o kogoś, kogo spotkał tylko przelotnie i kto w ogóle go nie obchodził. Jakby jego pierwszym prawdziwym wspomnieniem były dopiero dni z początku kwietnia 1994 roku, kiedy widział bojówki Hutu ćwiczące na widoku pod urzędami w Mugonero.

– Patrzyliśmy, jak młodzi wychodzili co noc, mówiono o tym w radiu. To byli członkowie ugrupowań Hutu Power, a tych, którzy się nie przyłączali, nazywano wrogami.

Szóstego kwietnia, kilka nocy po rozpoczęciu tych działań, w Kigali zamordowano długoletniego dyktatora Hutu, prezydenta Juvénala Habyarimanę, a władzę przejęła junta liderów Hutu Power z najwyższego dowództwa wojskowego.

– W radiu podawali, żeby ludzie nigdzie się nie ruszali – opowiadał Samuel. – Jeszcze tej samej nocy zobaczyliśmy, jak się zbierają, a rano w pracy widzieliśmy te grupy z lokalnymi przywódcami Hutu Power, którzy organizowali ludność. Nikt dokładnie nie wiedział, co się dzieje, tylko że coś nadchodzi.

W pracy Samuel zauważył „zmianę atmosfery”.

– Nie rozmawiało się już z nikim – mówił.

Wielu jego współpracowników całymi dniami przesiadywało na zebraniach z niejakim doktorem Gérardem, który nawet nie próbował ukrywać swojego poparcia dla Hutu Power. Dla Samuela było to szokujące, bo doktor Gérard kształcił się w Stanach Zjednoczonych i był synem przewodniczącego diecezji Kościoła Adwentystów w Kibuye, uchodził więc za postać o dużym autorytecie, lokalnego lidera – kogoś, kto daje przykład.

Po kilku dniach, gdy Samuel patrzył z Mugonero na południe, na drugą stronę doliny, zobaczył płonące domy w wioskach nad jeziorem. Postanowił zostać w szpitalu, aż się uspokoi. Rodziny Tutsi z Mugonero i okolic przybywały tam z tą samą nadzieją. To w Rwandzie należało do tradycji.

– Gdy coś się działo, ludzie zawsze szli do kościoła – mówił Samuel. – Pastorzy byli chrześcijanami. Wierzono, że pod ich dachem nic nikomu się nie stanie.

Wielu świadków z Mugonero mówiło mi, że ojciec doktora Gérarda, przewodniczący Kościoła, pastor Elizaphan Ntakirutimana, osobiście radził Tutsi, by gromadzili się na terenie kompleksu adwentystów.

Ranni Tutsi napływali do Mugonero z wiosek wzdłuż jeziora, przedzierając się przez busz, by ominąć liczne posterunki milicji. Przynosili opowieści. Niektórzy mówili, że kilka kilometrów dalej na północ, w Gishyicie, burmistrz był tak zdeterminowany, by zabić Tutsi, że tysiące zginęły, jeszcze zanim zdążył zapędzić ich do kościoła, gdzie dobito resztę. Inni opowiadali, że parę kilometrów na południe, w Rwamatamu, ponad dziesięć tysięcy Tutsi schroniło się w ratuszu, a burmistrz przywiózł tam ciężarówkami policjantów, żołnierzy i bojówkarzy z bronią palną i granatami. Otoczyli budynek, za nimi burmistrz ustawił mieszkańców z maczetami – na wypadek, gdyby ktoś zdołał uciec podczas strzelaniny. W Rwamatamu prawie nikt nie ocalał. Mówiono, że pastor i jego syn ręka w rękę współpracowali z burmistrzem przy organizacji tej rzezi. Jednak być może Samuel nie usłyszał o tym od rannych, z którymi rozmawiał – przychodzili „postrzeleni, poranieni od granatów, bez ręki albo nogi”. Wciąż wierzył, że Mugonero może zostać oszczędzone.

Dwunastego kwietnia szpital był już przepełniony – przebywało w nim około dwóch tysięcy uchodźców. Dopływ wody został odcięty. Nikt nie mógł wyjść, bojówkarze i członkowie Gwardii Prezydenckiej obstawili cały kompleks. Gdy doktor Gérard dowiedział się, że wśród uchodźców jest kilkudziesięciu Hutu, zorganizował dla nich ewakuację. Zamknął też aptekę, odmawiając pomocy rannym i chorym – „bo byli Tutsi”, powiedział Samuel. Spoglądając przez okna, uchodźcy obserwowali, jak doktor Gérard i jego ojciec, pastor Ntakirutimana, objeżdżają teren z bojówkarzami i żołnierzami Gwardii Prezydenckiej. Zastanawiali się, czy ci ludzie zapomnieli o swoim Bogu.

Wśród Tutsi zgromadzonych w kościele i szpitalu w Mugonero było siedmiu pastorów, którzy szybko przyjęli swoją tradycyjną rolę przywódców wspólnoty. Gdy w szpitalu pojawiło się dwóch policjantów i oznajmili, że ich zadaniem jest ochrona uchodźców, pastorzy Tutsi przeprowadzili zbiórkę. Dali policjantom prawie czterysta dolarów. Kilka dni panował względny spokój. Potem, pod wieczór 15 kwietnia, policjanci powiedzieli, że muszą odejść, bo następnego ranka szpital zostanie zaatakowany. Odjechali samochodem z doktorem Gérardem, a siedmiu pastorów w szpitalu poradziło uchodźcom, by przygotowali się na koniec, a następnie zasiedli i napisali listy do burmistrza oraz swojego zwierzchnika, pastora Elizaphana Ntakirutimany, ojca doktora Gérarda, prosząc ich w imię Boga o wstawiennictwo.

– I nadeszła odpowiedź – opowiadał Samuel. – Ogłosił ją doktor Gérard: „W sobotę, szesnastego, dokładnie o dziewiątej rano, zostaniecie zaatakowani”.

Jednak Samuela załamała dopiero odpowiedź pastora Ntakirutimany. Powtórzył słowa przewodniczącego Kościoła dwukrotnie, powoli: „Wasz problem już się rozwiązał. Musicie umrzeć”. Jego kolega, Manase Bimenyimana, zapamiętał tę odpowiedź nieco inaczej; według niego pastor powiedział: „Musicie zostać wyeliminowani. Bóg już was nie chce”.

Manase, szpitalny sanitariusz, pracował także jako pomoc domowa u jednego z lekarzy. Po umieszczeniu dla bezpieczeństwa żony i dzieci wśród uchodźców w szpitalu pozostał w jego domu. Około dziewiątej rano w sobotę, 16 kwietnia, karmił psy. Zobaczył, jak doktor Gérard podjeżdża pod szpital z uzbrojonymi ludźmi. Potem usłyszał strzały i wybuchy granatów.

– Kiedy psy usłyszały krzyki ludzi – opowiadał mi – same też zaczęły wyć.

Udało mu się przedrzeć do szpitala. Być może było to nierozsądne, ale czuł się bezbronny, chciał być z rodziną. Zastał tam pastorów Tutsi mówiących uchodźcom, by przygotowali się na śmierć.

– Byłem bardzo rozczarowany – mówił Manase. – Spodziewałem się, że zginę. Zaczęliśmy szukać czegokolwiek do obrony: kamieni, kawałków cegieł, kijów. Ale to było na nic. Ludzie byli słabi, nie mieli nic do jedzenia. Zaczęła się strzelanina, ludzie padali i umierali.

Napastników było wielu, wspominał Samuel, nadchodzili ze wszystkich stron.

– Od kościoła, od tyłu, z północy i południa. Słychać było strzały, krzyki, wykrzykiwali hasło „Wytępić Tutsi”. Zaczęli do nas strzelać, a my rzucaliśmy w nich kamieniami, bo nie mieliśmy nic innego, nawet maczety. Byliśmy głodni, zmęczeni, nie piliśmy wody od ponad doby. Byli ludzie z odciętymi rękami. Byli zabici. Najpierw wymordowali ludzi w kaplicy, potem w szkole i szpitalu. Widziałem doktora Gérarda, patrzyłem, jak samochód jego ojca przejeżdżał koło szpitala i zatrzymał się przy jego gabinecie. Około południa zeszliśmy do piwnicy. Byłem tam z rodziną. Inni już nie żyli. Napastnicy zaczęli wyważać drzwi i zabijać, strzelać i rzucać granatami. Dwaj policjanci, którzy mieli nas chronić, teraz nas atakowali. Miejscowi też pomagali. Kto nie miał broni palnej, miał maczety albo pałki masu. Wieczorem, około ósmej czy dziewiątej, zaczęli rzucać gaz łzawiący. Ci, którzy jeszcze żyli, płakali. Dzięki temu napastnicy wiedzieli, gdzie są ludzie, i mogli ich dobić.

TUTSI STANOWILI nieco mniej niż piętnaście procent ludności Rwandy, ale w prowincji Kibuye ich odsetek był znacznie wyższy. Szacuje się, że 6 kwietnia 1994 roku co trzecia osoba w Kibuye była Tutsi. Miesiąc później większość z nich już nie żyła. W wielu wioskach nie ocalał ani jeden Tutsi.

Manase powiedział mi, że był zaskoczony, gdy usłyszał, że w Rwandzie zginął „tylko milion ludzi”.

– Popatrz, ilu zabito tylko tutaj, ilu zjadły ptaki – mówił.

Rzeczywiście, ptaki obficie żerowały na ofiarach ludobójstwa, ale jednocześnie pomagały żywym. Tak jak drapieżniki i padlinożercy ustawiają się w powietrzu przed czołem płonącego lasu, by pożerać zwierzęta uciekające przed ogniem, tak podczas miesięcy eksterminacji stada sępów, kani i wron krążące nad miejscami kaźni wyznaczały na niebie „strefy zakazane” dla takich jak Samuel i Manase, którzy ukrywali się w buszu.

Przed północą 16 kwietnia, gdy oprawcy z kompleksu adwentystów w Mugonero nie mogli już znaleźć kolejnych ofiar, poszli plądrować domy zamordowanych. Samuel w swojej piwnicy i ukrywający się z zamordowaną później żoną i dziećmi Manase zdali sobie sprawę, że jakimś cudem uszli z życiem. Manase natychmiast uciekł. Dostał się do pobliskiej wioski Murambi, gdzie dołączył do grupy ocalałych z innych masakr, którzy ponownie schronili się w świątyni. Przez prawie dobę, jak mówił, mieli spokój. Potem zjawił się doktor Gérard z konwojem bojówkarzy. Zaczęła się strzelanina i Manase uciekł. Tym razem schował się wysoko w górach, w miejscu zwanym Bisesero, gdzie teren jest stromy, pełen jaskiń i często przykryty chmurami. Bisesero było jedynym miejscem w Rwandzie, gdzie tysiące cywilów Tutsi podjęły walkę z Hutu, którzy chcieli ich zabić.

– Widząc, ile nas zebrało się w Bisesero, byliśmy przekonani, że nie zginiemy – opowiadał Manase. I początkowo, jak twierdził, ginęły tylko kobiety i dzieci, bo mężczyźni walczyli. Z czasem jednak padły ich tam dziesiątki tysięcy.

Na równinach, w usianych trupami wioskach Kibuye, żywych Tutsi prawie już nie było. Mimo to oprawcy nie odpuszczali. Polowanie przeniosło się do Bisesero. Łowcy przyjeżdżali ciężarówkami i autobusami.

– Kiedy zobaczyli, jak silny jest opór, ściągnęli bojówki z daleka – opowiadał Manase. – I nie zabijali tak po prostu. Gdy słabliśmy, oszczędzali naboje i dobijali nas włóczniami z bambusa. Przecinali ścięgna Achillesa i szyje, ale nie do końca, zostawiali ofiary na długie godziny, aż dogorywały. Przychodziły koty i psy, pożerały ludzi.

Samuel też dotarł do Bisesero. Został w szpitalu w Mugonero – „pełnym trupów” – tylko do pierwszej w nocy. Potem wymknął się z piwnicy i niosąc „jednego, który stracił stopy”, powoli ruszył w góry. Opowieść Samuela o tym, co przeżył potem, była równie urywana jak opowieść o życiu w Mugonero przed ludobójstwem. Inaczej niż Manase, Samuel nie znalazł w Bisesero schronienia. Tam jedyną przewagą broniących się był teren. Uznał, że bycie Tutsi w Rwandzie to wyrok śmierci.

– Po miesiącu ruszyłem do Zairu – powiedział.

By się tam dostać, musiał zejść przez wsie do jeziora Kiwu i przeprawić się przez wodę, nocą, w łódce – było to skrajnie ryzykowne, ale Samuel nawet o tym nie wspomniał.

Manase został w Bisesero. Podczas starć, jak mówił, tak przywykli do ucieczki, że gdy nie biegli, czuli się nieswojo. Walka i ucieczka dawały Manasemu poczucie sensu, cel ważniejszy niż jego własne życie. Potem został postrzelony w udo i znów liczyło się tylko przetrwanie. Znalazł grotę – „skałę, pod którą strumień schodził pod ziemię, a wychodził niżej” – i uczynił ją swoim domem.

– Za dnia byłem sam – opowiadał. – Byli tam tylko zmarli. Ciała spadały do strumienia i przechodziłem po nich na drugą stronę, by wieczorem dołączyć do innych.

Tak przeżył.

3

RWANDA MA DOBRE drogi, najlepsze w środkowej Afryce. Jednak nawet one opowiadają historię nieszczęścia tego kraju. Sieć porządnych, asfaltowych dwupasmówek, rozchodzących się promieniście z Kigali i tworzących uporządkowaną siatkę łączącą dziewięć z dziesięciu stolic prowincji, omija Kibuye. Droga do miasta jest koszmarna, nieutwardzona, to slalom ostrych serpentyn, których nawierzchnię stanowią albo kamienie, od których drżą kości, albo zapadająca się rdzawa ziemia, zamieniająca się po deszczu w głębokie, zasysające błoto i twardniejąca w kamienne koleiny, gdy świeci słońce. To, że droga do Kibuye wygląda właśnie tak, nie jest przypadkiem. Dawniej – „Przedtem” – Tutsi nazywano w Rwandzie inyenzi, czyli karaluchami, a, jak już wiadomo, w Kibuye było ich wielu. W latach osiemdziesiątych, gdy rząd zatrudnił budowniczych dróg z Chin, droga do miasta była ostatnia na liście do remontu – a kiedy w końcu przyszła na nią kolej, miliony dolarów przeznaczonych na ten cel rozpłynęły się bez śladu. W ten sposób piękne Kibuye, rozciągnięte między górami a jeziorem, od północy i południa zamknięte lasami, pozostało – wraz z hotelem pełnym bezrobotnych chińskich drogowców – czymś w rodzaju równikowej Syberii.

Ponad stukilometrowa trasa z Kigali do Kibuye w normalnych warunkach zajęłaby trzy, może cztery godziny, ale kolumnie terenówek, z którą jechałem, pokonanie jej zajęło dwanaście godzin. Gdy ruszaliśmy około trzeciej po południu, zaczęła się ulewa. O szóstej, kiedy śliskie, sięgające niemal do kolan błoto w górskiej przełęczy wessało pierwszy z naszych samochodów do rowu, byliśmy dopiero w połowie drogi. Zapadła noc, chmury wijącej się mgły otuliły nas szczelnie, wzmagając mrok. Zauważyliśmy żołnierzy – kilkunastu mężczyzn z kałasznikowami, w zmiętych kapeluszach, prochowcach i gumowych kaloszach, którzy z długimi drewnianymi kijami przedzierali się przez błoto – dopiero gdy zapukali w nasze szyby. Ich polecenia nas nie uspokoiły: mieliśmy zgasić światła, zebrać się w jednym samochodzie i czekać w milczeniu na ratunek. Był początek września 1996 roku, ponad dwa lata po ludobójstwie; bojówki Hutu wciąż terroryzowały Kibuye niemal każdej nocy.

Po jednej stronie drogi góra tworzyła ścianę, po drugiej spadała gwałtownie, w – wydawało się – pionową plantację bananów. Deszcz przerzedził się w mgłę drobnych kropli. Stałem obok wyznaczonego samochodu, wsłuchując się w nierówne odgłosy spadających kropel odbijających się od liści bananowców. Niewidoczne ptaki ćwierkały niespokojnie. Noc brzmiała jak ksylofon, zmysły miałem wyostrzone, czujne.

– Jesteście łatwym celem – rzucił jeden z żołnierzy.

Jednak dopóki teren był strzeżony, cieszyłem się, że stoję tu, na nieprzejezdnej drodze w kraju, który tak często wydaje się niepojęty, chłonąc wilgotną, płynącą noc – tę, którą zna każdy Rwandyjczyk, a której ja nigdy wcześniej nie doświadczyłem, będąc tak bezbronnym.

Minęła godzina. W dolinie zaczęła krzyczeć kobieta. Dziki, przeraźliwy dźwięk, jak wojenny okrzyk filmowego Indianina przytykającego dłoń do ust. Nastąpiła cisza – trwała tyle, ile potrzeba, by zaczerpnąć powietrza – i krzyk rozległ się znów, teraz sięgał wyżej, roznosił się szybciej, był jeszcze bardziej rozpaczliwy. Zanim kobiecie zabrakło tchu, dołączyły inne głosy. Wycie rozlało się po ciemności jak fala. Uznałem, że jesteśmy atakowani – i nie zrobiłem nic, bo nie miałem pojęcia, co miałbym zrobić.

W ciągu kilku chwil na drodze pojawiło się trzech lub czterech żołnierzy. Zniknęli za poboczem, zstępując między bananowce. Zbiorowe zawodzenie skupiło się w jednym punkcie, osiągnęło szczyt, a potem zaczęło przechodzić w krzyki, z których wybijał się głos tej pierwszej kobiety, przepełniony majestatyczną, nieugiętą furią. Potem dolina ucichła, słychać było tylko krople uderzające o liście. Minęła kolejna godzina – i dopiero gdy z Kibuye przyjechały samochody, by zawieźć nas do łóżek, żołnierze wrócili na drogę, prowadząc kilku obszarpanych wieśniaków niosących kije i maczety. Między nimi szedł poturbowany, przygarbiony więzień.

Rwandyjczyk z naszego konwoju dowiedział się, o co chodzi, i oznajmił:

– Facet chciał zgwałcić tę kobietę, która krzyczała.

Okazało się, że ten krzyk, który słyszeliśmy, był tradycyjnym sygnałem alarmowym, a odpowiedź na niego to obowiązek.

– Jeśli go słyszysz, też musisz krzyczeć, musisz biec. Nie masz wyboru. Musisz. Jeśli zignorujesz ten krzyk, będziesz się tłumaczyć. Tak to jest na rwandyjskich wzgórzach. – Uniósł płasko dłonie i ułożył je w przesuwającą się mozaikę; tak właśnie dzielona jest ziemia: kawałek po kawałku, każde gospodarstwo osobno, oddzielone od następnego. – Ludzie żyją osobno, ale razem. Dlatego jest ta odpowiedzialność. Ja krzyczę, ty krzyczysz. Ty krzyczysz, ja krzyczę. Wszyscy biegniemy, a ten, kto jest cicho, ten, kto zostaje w domu, musi się wytłumaczyć. Może jest w zmowie ze złoczyńcami? Może tchórzy? I czego się spodziewa, gdy sam zacznie krzyczeć? To proste. To normalne. To wspólnota.

Wydało mi się to godne pozazdroszczenia. Jeśli krzykniecie tam, gdzie mieszkacie, czy ktoś was usłyszy? Jeśli usłyszycie wołanie o pomoc, czy dołączycie i pobiegniecie? Czy często udaje się w waszej okolicy w ten sposób zapobiec gwałtom, złapać gwałciciela? Byłem pod wielkim wrażeniem. Co jednak, jeśli taki system wspólnotowego obowiązku zostanie postawiony na głowie, gdy normą staną się morderstwo i gwałt? Gdy niewinność stanie się przestępstwem, a ten, kto chroni sąsiada, stanie się „pomagierem”? Czy wtedy za normalne uzna się wypuszczanie gazu łzawiącego, by ukrywający się w ciemności ludzie zaczęli krzyczeć – by można ich było zabić? Gdy później przyjechałem do Mugonero i Samuel opowiadał mi o gazie łzawiącym, przypomniałem sobie krzyk tamtej kobiety w dolinie.

W POŁOWIE LIPCA 1994 roku, trzy miesiące po masakrze w zborze adwentystów w Mugonero, przewodniczący tamtejszego kościoła, pastor Elizaphan Ntakirutimana, uciekł z żoną do Zairu, potem do Zambii, a stamtąd do Laredo w Teksasie.

Po ludobójstwie zdobycie amerykańskiej wizy nie było dla Rwandyjczyków łatwe, ale w Laredo mieszkał syn państwa Ntakirutimana Eliel, kardioanestezjolog, obywatel USA już od ponad dekady. Dzięki temu pastor z żoną dostali zielone karty, czyli status „stałych rezydentów niebędących obywatelami”, i osiedlili się w Laredo. Krótko po ich przyjeździe grupa mieszkających w Stanach Tutsi wysłała do Białego Domu list, żądając, by pociągnięto pastora Ntakirutimanę do odpowiedzialności za jego postępowanie podczas masakry w Mugonero.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji