Prada. Historia rodziny - Tommaso Ebhardt - ebook + książka

Prada. Historia rodziny ebook

Ebhardt Tommaso

0,0
67,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Moda jako manifest

Marka jako pożądanie

Kobieta, która uczyniła z ubioru język sztuki i siły

Niepozorny sklepik z torebkami w sercu Mediolanu. Dwaj bracia – Mario i Martino Prada. A potem… światowa potęga modowa, której nazwa elektryzuje wybiegi, galerie i ulice wielkich miast. W centrum tej opowieści stoi jednak nie kto inny, jak Miuccia Prada – projektantka, intelektualistka, strateg. Dla młodej i zbuntowanej Miucci przejęcie rodzinnego biznesu oznaczało koniec młodości. W świecie ubrań i torebek czuła się obco, a do luksusu podchodziła niemal ze wstydem. A mimo to przekształciła rodzinny interes w globalne imperium.

Co sprawia, że Prada jest jedną z najbardziej pożądanych marek na świecie? Jak buntownicza wizjonerka zmieniła oblicze luksusu na zawsze? I czy faktycznie diabeł ubiera się u Prady?

Ebhart z reporterską precyzją odsłania kulisy tego sukcesu pokazując, jak kreatywność, przypadek i bezwzględna strategia ukształtowały nowoczesne oblicze Prady. To również wyraz miłości do mody, Mediolanu i Miucci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 265

Data ważności licencji: 4/28/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuPRADA. Una storia di famiglia

© 2024 Mondadori Libri S.p.A.Published by Mondadori Libri for the imprint Sperling & Kupfer

Projekt okładkiAdam Gutkowskigoodkowskydesign.com

Fotografia na pierwszej stronie okładkiPAP/DPA

Redaktorka nabywająca i prowadzącaKinga Janas

PromocjaEwelina Juszyńska

Opieka redakcyjnaPaulina Gwóźdź

AdiustacjaBogusława Wójcikowska

KorektaAleksandra KiełczykowskaMarta Tyczyńska-Lewicka

Copyright © for the translation by Natalia Mętrak-Ruda & Anna Osmólska-MętrakCopyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025

ISBN 978-83-8427-092-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla Da, który nauczył mnie, by nigdy nie odpuszczać. Nigdy.

Dla Anny, Mati i Rudy

Może właśnie to jest w życiu najciekawsze, próba dowiedzenia się, jak to jest być kimś innym niż my sami. To jeden z powodów, dla których pisze się książki, drugim jest próba odkrycia, jak to jest być sobą. Ja zajmuję się zwłaszcza tym, jak to jest być mną. Prawdopodobnie aż nadto.

Emmanuel Carrère, Joga, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon

Ouverture Pokaz pod wieżą

(styczeń 2024)

Soundtrack:Contro il mondo – Baustelle (puszczona zdecydowanie za głośno)

Niedziela rano.

Niebo nad Mediolanem jest blade.

Termometr wskazuje minus trzy stopnie.

Temperatura rzadko spada poniżej zera, nawet w środku zimy.

Te nieliczne wyjątki uspokajają, przenoszą do świata, w którym było mniej niepewności.

Dają kojące poczucie, że czas się zatrzymał, ale i budzą ryzykowną tęsknotę za wspaniałą przeszłością, która karmi populizmy i nie ma nic wspólnego z bohaterami tego opowiadania: buntownikami, disruptors, ludźmi łaknącymi ciągłej zmiany, zdolnymi, by zmienić upadający sklep w imperium luksusu, zostawić niezmywalny ślad w świecie sztuki i sportu; z miliarderami spragnionymi nowości, rozmowy, dyskusji.

Ona zrewolucjonizowała kanony estetyczne świata mody, zaproponowała zaskakujące koncepcje, walczyła z banałem, stworzyła nowy język stylistyczny dla wyemancypowanych, wolnych kobiet, przemysłową tkaninę uczyniła obiektem kultu, uchwyciła ducha czasów i wprowadziła go na wybieg.

On doprowadził do skrajności koncepcję integracji pionowej, udoskonalił jakościową produkcję przemysłową, wykorzystał swoją pasję do sportu, by stworzyć drużynę, która walczyła o najstarsze trofeum w historii.

Para wizjonerów, którzy mierzyli się z najtrudniejszą możliwą zmianą: musieli sprawić, by niezależna firma, która odniosła sukces dzięki powinowactwu dwóch niebanalnych umysłów, była konkurencyjna w sektorze coraz bardziej spolaryzowanym wokół globalnych kolosów, a jednocześnie zachowała własną odmienność i oryginalność. Miuccia Prada, dziedziczka rodzinnej marki, i jej mąż Patrizio Bertelli.

Budzę się wcześnie rano w ciszy domu, który mnie jeszcze nie zna: odległe sufity, puste ściany, lampki przymocowane taśmą klejącą.

Na parapetach puste skrzynki na kwiaty za starymi, nieszczelnymi oknami, przez które wpada dużo światła, zwłaszcza odkąd w lipcu 2023 roku tropikalna burza wyrwała z korzeniami drzewa rosnące wzdłuż alei, zniszczyła wiekowe rośliny i sprawiła, że miasto pokryły nowe blizny.

Odsłaniam ciężkie białe zasłony z poprzedniego stulecia, na balkonie trzy papierosy i zapalniczka ukryte są w cennym srebrnym pudełeczku z wygrawerowanymi inicjałami. To jeden z luksusowych przedmiotów, które były szalenie modne wśród zamożnego mieszczaństwa w latach dwudziestych XX wieku – wspomnienie po bułgarskim ukochanym arystokratycznej ciotki z Berlina.

W Mediolanie najbardziej poszukiwane były te kupowane w zadaszonym pasażu w centrum miasta, w sklepie, który otwierał przed tobą świat w samym sercu Galerii Vittorio Emanuele: Fratelli Prada.

Pan Mario, który wraz z bratem Martinem rozpoczął działalność w 1913 roku na pobliskiej ulicy, jeździł po świecie w poszukiwaniu ekskluzywnych produktów, mogących zaspokoić wymagania jego zamożnych klientów: wspaniale wykonanych toreb z materiałów wysokiej jakości, kufrów made in USA – w sam raz na podróże transatlantyckie – sztućców, porcelany, lasek i cennych akcesoriów podróżnych.

W telefonie mam trzydzieści dziewięć powiadomień z Whats­Appa.

Zostaliśmy zaproszeni na imprezę taneczną, w rytmie ska, z okazji pięćdziesiątych urodzin kolegi z boiska.

To kwestia chwili: od osiemnastek do pięćdziesiątek, od pierwszych wesel do pierwszych pogrzebów, od nadziei do wyrzutów sumienia.

W dzieciństwie, kiedy nie mogłem zasnąć, bawiłem się w taką zabawę: zamykałem oczy i próbowałem wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał świat w dniu moich pięćdziesiątych urodzin.

Były to psychodeliczne kolorowe sny, typowe dla lat osiemdziesiątych.

Moja mama, ze swoim szwedzkim akcentem, przyciągała licznych samców alfa z północnego wschodu w czasach sprzed włoskiego cudu gospodarczego.

Mój ojciec miał czerwone sportowe auto, palił papierosy Muratti, zabierał nas na narty do Cortiny, grał w brydża w chacie na weneckim Lido i był przekonany, że sukces czeka tuż za rogiem.

W sobotę wieczorem chodziliśmy do Baru Sport, by szukać szczęścia w kuponie totolotka.

Często spotykaliśmy tam mojego przyjaciela Enrica Cioniego i jego ojca Alda.

Cioni grał jako obrońca w drużynie U.S. Fontane: był wysoki, miał opaskę kapitana i potrafił strzelić do bramki nawet z daleka.

Ja siedziałem na ławce, a pod obcisłą czerwoną koszulką z numerem 14 wyraźnie rysował mi się brzuszek; byłem najniższy w całej drużynie.

Aldo parkował swoje Volvo barwy metalicznego błękitu naprzeciwko baru. Wokół zbierała się grupa dzieciaków, które próbowały zajrzeć do środka: za drążkiem zmiany biegów, wciśnięty między dwa tylne siedzenia z jasnej skóry, zamontowany był najprawdziwszy telefon: taki, z którego można było zadzwonić do dowolnej osoby na świecie!

Aldo, Toskańczyk z Prato, w przeszłości twardy zawodnik, bliski przejścia na zawodowstwo, był jednym z tych, którzy dawali sobie radę – tygrys biznesu we właściwej dekadzie.

Mówiono, że pracuje w branży modowej.

Ach, moda! Nikt z nas nie wiedział, co to właściwie jest, ale wszyscy o niej mówili. Stała się czymś w rodzaju zbiorowej manii, której my, dzieci „Beverly Hills północnego wschodu” – tak przynajmniej mówiły moje siostry – nie potrafiliśmy się oprzeć.

Według Christiana Diora, francuskiego projektanta, który tworzył w złotym wieku haute couture, moda to zjawisko nienamacalne, nieklasyfikowalne, niemożliwe do zdefiniowania. „To balet, woda tryskająca w parku, najwspanialsza orkiestra intuicyjnej elegancji” – mawiał Dior, wielka gwiazda powojennej branży fashion, pierwszy projektant, któremu poświęcono okładkę magazynu „Time”.

Perfumy francuskiego domu mody Eau Sauvage, które weszły na rynek w 1966 roku, od zawsze kojarzą mi się z moim ojcem.

Głowa naszej rodziny maszerowała w tamtej dekadzie z energią, która wyróżniała wszystkich ówczesnych przedsiębiorców: był entuzjastycznym optymistą przekonanym do własnych pomysłów, wciąż gotowym na nowe przygody – póki nie znalazł tej, która stała się sensem jego życia.

Patrizio Bertelli z Arezzo to bez wątpienia jeden z nich, „seryjny przedsiębiorca”, jak nieoficjalnie nazwał go jego bliski współpracownik. Człowiek, który nie bał się ryzyka, wybuchowy, daleki od politycznej poprawności, gotowy na intuicyjne wybory i nagłe decyzje, do których dostosowywali się jego współpracownicy, przyzwyczajeni do wybuchów gniewu i genialnych pomysłów.

Do dzisiaj każda torba i każda para butów Prady trafia w jego ręce w pełnej światła toskańskiej siedzibie w miejscowości Valvigna: projektuje je, dotyka, wącha, sprawdza każdy szczegół i konsultując się z żoną, akceptuje dopiero wtedy, gdy jest w pełni przekonany. Wówczas model w mgnieniu oka trafia do produkcji, o czym się przekonam, gdy odwiedzę laboratoria, w których rzemieślnicy w białych koszulach z logo Prady wymyślają nowe produkty.

W latach siedemdziesiątych prezentuje dzieła swoich dwóch pierwszych firm na branżowych targach. Na jednej z tych wystaw – w 1977 roku w Mediolanie – pozna dziewczynę, która zmieni jego życie na zawsze.

Włoski entuzjazm tej epoki jest zaraźliwy.

Mediolan ogłasza się stolicą mody, centrum zmian w obyczajach i przemyśle, miejscem wypracowującym bogactwo, uwalniające kraj z ponurych lat siedemdziesiątych i katapultujące go prosto w nową dekadę, którą należy cieszyć się i smakować, nie myśląc wiele o przyszłości. Tak jak paryskie pokazy New Look Diora poprzez powrót do demonstrowania kobiecości pomogły francuskim kobietom otrząsnąć się z koszmaru nazistowskiej inwazji, tak na mediolańskich wybiegach Włochy pokazują światu swoją radość życia, pragnienie, by fascynować i konsumować.

Odnoszą oszałamiający sukces.

Przemysł modowy pomaga zdefiniować zbiorową wyobraźnię pełną luksusu i glamouru, przekraczającą Alpy i stawiającą w świetle międzynarodowych reflektorów markę made in Italy, która właśnie w Mediolanie znajdzie swoje centrum.

To Mediolan, gdzie „wszystko się może zdarzyć”, jak brzmi tytuł książki Paola Pillitteriego, burmistrza miasta w radosnej epoce lat osiemdziesiątych, która zostanie zmieciona przez system Tangentopoli1 i przewartościowana w epoce Berlusconiego.

Świat polityki przenika do świata mody: lider socjalistów Bettino Craxi chodzi na pokazy, organizuje kolacje i przyjęcia, wspiera branżę, uznając ją za symbol postępu i nowoczesności. W 1986 roku prezydent Republiki Włoskiej Francesco Cossiga otwiera bramy Kwirynału przed czołowymi przedstawicielami branży, wśród których znaleźli się Armani, Versace i Valentino.

Dwa lata później debiutuje ze swoją pierwszą kolekcją, zapre­zentowaną w eleganckim pałacu nieopodal Arco della Pace, projektantka nonkonformistyczna, oryginalna, niezależna, całkowicie obca estetyce dominującej w tamtych latach, kobieta awangardowa, która światem produktów luksusowych zachwiała już wcześniej, proponując mu czarny nylonowy plecaczek.

Nazywa się Miuccia Prada – nazwisko po matce stanie się formalnie jej własnym, kiedy w latach osiemdziesiątych da się adoptować ciotce Nandzie.

Dekadę wcześniej, skuszona miłością do tego, co piękne, przejęła sklep w Galerii Vittorio Emanuele, otwarty przez jej dziadka Maria, a następnie przekazany ciotce i matce Miuccii, Luisie.

Dla młodej i zbuntowanej Miu Miu – tak nazywają ją w domu – rola w rodzinnym interesie oznaczała koniec młodości, pełnej politycznego i artystycznego zaangażowania w feministyczne manifestacje i kursy pantomimy w szkole Paola Grassiego w mediolańskim Piccolo Teatro.

Miuccii nie zadowala zarządzanie eleganckimi witrynami pozostawionymi przez dziadka i przez matkę, która całymi latami będzie ją kontrolować, siedząc przy mahoniowej sklepowej kasie. Zabierze markę na nieznane dotąd terytoria.

Od czasów pierwszej kampanii reklamowej z Bertellim w 1978 roku Mediolan jest centrum świata Prady. Widać to wyraźnie w materiale dla „Vogue Italia” z tego roku: na pierwszej stronie widnieje, zapisana czarną czcionką, nazwa marki PRADA, a potem, na neutralnym tle, tylko miejsce pochodzenia, MILANO.

That’s it.

Działalność Miuccii zostaje bardziej zróżnicowana dzięki wykorzystaniu oryginalnych materiałów i niespodziewanych zestawień. Swój pierwszy niezatarty ślad zostawiła swym nylonowym plecaczkiem, który za jej sprawą stał się dobrem luksusowym.

A potem idzie dalej: droga od torebek do butów i ubrań staje się krótka, zwłaszcza kiedy ma się u boku towarzysza zachęcającego do działania – genialnego, entuzjastycznego przedsię­biorcę, z którym możesz dyskutować o wszystkim.

„To ciągłe napięcie między nimi sprawiło, że firma stała się tym, czym jest dzisiaj” – tłumaczy mi Michael Rock, słynny dyrektor artystyczny, współpracujący z nią od ponad dwudziestu pięciu lat, kurator wystaw i książek Pradasphere, które opowiadają historię przedsiębiorstwa.

W dekadzie hedonizmu, kultu konsumpcji i superseksownych modelek Prada prezentuje na wybiegach prawdziwe kobiety, ubrane w to, co naprawdę może je wyrażać.

„Uderzyło mnie to od pierwszej chwili: Prada była tak ekscytująca, bo wprowadziła na wybieg coś całkiem nowego, naprawdę mocnego, ale jednocześnie prostego” – opowiada mi projektant Marc Jacobs. „Materiały były doskonałe, proporcje były doskonałe, fasony proste, ale bardzo zmysłowe” – dodaje z bezgranicznym podziwem dla Miuccii.

Dzieła Prady to prowokacja wobec dominującego gustu, wyzwanie rzucone tęsknocie za figurą silnego samca z minionego porządku.

Debiut przechodzi jednak niemal niezauważony.

W „Corriere della Sera” podsumowano go kilkoma linijkami na dole strony, bez szczególnego entuzjazmu.

Jedna z jej pierwszych kolekcji zostaje wyśmiana w „Women’s Wear Daily”, gdzie porównuje się ją do ubrań z kreskówki Flintstonowie o tragikomicznych przygodach dwóch rodzin jaskiniowców. Zakpiono z Miuccii, ale ona to docenia.

Prawda jest taka, że Miuccia jest inna, że wyprzedza o lata świetlne wielu popularnych projektantów. Mówią tak najbliżsi współpracownicy, którzy stworzyli z szefową niemal symbiotyczną relację, chronią jej prywatność i podzielają jej idee.

Prada wchodzi do świata mody jako outsiderka.

Mimo że rodzinna marka była znana i doceniana za tradycyjną i surową elegancję, Miu Miu podkreśla tkwiącą w niej transgresję, którą można dostrzec w niektórych wczesnych torbach braci Prada z lat dwudziestych. Pokazano mi je w archiwach ukrytych w podziemiach kwatery generalnej w Mediolanie.

W czasach debiutu Prady moda za sprawą telewizji wkracza do włoskich domów. Projektanci stają się nowymi bohaterami masowej wyobraźni.

Obsesja na punkcie designerskich ubrań dociera również do szkoły podstawowej w Fontane w gminie Villorba, w prowincji Treviso, gdzie szukam mojego miejsca w świecie.

Nagle fundamentalnym elementem życia towarzyskiego staje się firmowa bluza. Błagam rodziców, żeby kupili mi chociaż jedną bluzę Best Company – to jedyna szansa, by dostrzegły mnie ­najładniejsze siostry w szkole. Pani Svensson, wykończona ciąg­łym nagaby­waniem, daje mi w prezencie przepiękną błękitną bluzę z niebieskim napisem. Za jej sprawą udaje mi się zdobyć serce młodszej z sióstr Crema, która jakimś cudem znosi mnie do dzisiaj.

Cioni zakłada firmę na nowym terenie przemysłowym położonym pośród pól kukurydzy i winorośli, między dzwonnicą w Fontane a tą w Villorbie. W jednej z pierwszych hal Aldo umieszcza na ustawionych w długich rzędach wieszakach tysiące markowych ubrań.

Dwa razy w roku miasteczko nagle ożywa. Cioni organizuje pokaz mody: hollywoodzkie wydarzenie, fajniejsze nawet niż platforma tagadà, ustawiana podczas Fiere di San Luca2.

Goście są starannie wyselekcjonowani, ciekawscy zaglądają do środka ze swoich rowerów marki Graziella albo – gdy są szczęściarzami – z najnowszych modeli BMX.

Ja należę do wybrańców.

Pewnego popołudnia w drodze powrotnej z treningu U.S. Fontane młodszy Cioni poprosił mnie, bym wziął udział w pokazie.

„Byle byś sobie niczego głupiego nie wbił do głowy, bo już trochę cwaniakujesz”.

I tak rozpoczął się mój epizod w roli modela.

Był to pokaz POP 84, a zapowiadały go gwiazdy telewizji: Ezio Greggio i Gianfranco D’Angelo z programu Drive In.

Has, has, has Fidanken!3

Światła rampy padały prosto na moją spoconą dłoń spoczywającą na dłoni nieznanej mi dziewczyny, która nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem.

„Idziecie do końca za rękę, zatrzymujecie się, uśmiechacie i wracacie”.

Proste: wystarczy nie rozglądać się za bardzo dookoła i nie podążać za instynktem, który podpowiada, by pędzić do przodu na złamanie karku, byle jak najszybciej było po wszystkim.

W zamian za udział w pokazie miałem zachować dżinsową kurtkę, którą mi założono, i dostać zdjęcie Ezia Greggia z pieczątką programu TV Sorrisi e Canzoni.

Kiedy czekałem na swoją kolej, zerkałem na modelki, które prędko przebierały się za kulisami.

To właśnie tam z Enricem Cionim pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy uciekający cycek.

Ach, wspaniałe lata osiemdziesiąte!

Tamtej nocy nie mogłem zasnąć.

Próbowałem więc myśleć o przyszłości, o odległym roku 2025.

W pogniecionej pościeli w kwiatki na moim strychu wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądał świat, kiedy będę miał pięćdziesiąt lat: cudowne miejsce pełne latających samochodów, ludzi w dżinsowych kurtkach, sportowych aut z telefonami w środku i pięknych modeli i modelek dotrzymujących mi towarzystwa.

Jest 2024 rok, a w urodziny cieszy mnie tylko to, że do pięćdziesiątki brakuje mi jeszcze roku.

Przyszłość staje się teraźniejszością i okazuje się zupełnie inna od tej, której oczekiwałem w latach osiemdziesiątych.

Trudno marzyć o tych czasach. Łatwiej mieć koszmary.

A jednak to nasze czasy i mam zamiar przeżyć je do końca.

„Sytuacja jest wspaniała”, powiedzieliby członkowie CCCP4.

Imperatywem kategorycznym winno być takie przeżywanie teraźniejszości, by nie poddać się trudnościom chwili.

Powie to także mediolańska projektantka za kulisami pokazu męskiej kolekcji wiosna–lato 2025, która zabiera nas na baśniowe rave party.

„Nie podoba mi się wizja uciekania od świata. Dobrze jest rozjaśniać ponure czasy, ale chcę żyć w teraźniejszości” – wyjaśnia Miuccia, otoczona przez tłum dziennikarzy, ciekawskich gapiów, fashionistów i klientów w hangarze swojej fundacji.

Przyglądam się jej z daleka: ta pozaziemska istota wylądowała w świecie mody, którego reguł i rytuałów nie znam, w którym traktowany jestem z uprzejmym chłodem i kiepsko maskowaną nieufnością.

Kiedy kilka tygodni później oglądam z rodziną film Diabeł ubiera się u Prady, w pełni utożsamiam się z Andy – asystentką najbardziej wpływowej kobiety świata mody, redaktorki naczelnej najważniejszego czasopisma na świecie.

Wyobrażam sobie swoje pierwsze spotkanie z Miuccią Pradą niczym filmową scenę, w której główna bohaterka staje naprzeciw autorytatywnej i gniewnej Meryl Streep: „Nie masz pojęcia o stylu ani o modzie… Nie, nie, to nie było pytanie”.

Prawda jest taka, że moda jako taka wcale aż tak bardzo Prady nie interesuje: ona kocha ubrania, uwielbia piękno, szaleje na punkcie nowej tkaniny, doskonale się bawi, łącząc spódnice i akcesoria. Jak odkryję, jej pokazy niewiele mają wspólnego ze zwykłym przedstawieniem nowych ubrań: prowokują, robią wrażenie, unoszą cię wysoko, by zaraz wymierzyć cios w brzuch. Są pełne dysonansu i niepokoju.

Spotkanie jest umówione za starą stacją kolejową Porta Romana.

To tutaj na początku XX wieku narodziły się pierwsze imponujące fabryki w mieście. Dekady życia robotników odmierzane rytmem zmian, aż po upadek pod koniec lat dziewięćdziesiątych: opuszczony terminal staje się ziemią zdobytą przez narkomanów, zrozpaczonych ludzi z marginesu; między peronami rozkwita dzika przyroda, pozostałości fabryk pokrywają się rdzą.

Odrodzenie zapoczątkowane przez Fondazione Prada – inicjatywę, której Miuccia odda całe serce – wywarło na otoczenie tak silny wpływ, że stanie się symbolem dzielnicy, jej definicją.

Fundacja prowadzi Mediolan w nowy wymiar, wpływa na terytorium – to jedno z tych dzieł, których przeznaczeniem jest trwałość. Prowokuje do rozmowy, konfrontacji, pobudza do myślenia Mediolańczyków i ich gości.

Zmienia oblicze południowej części miasta, przyciąga pracowników branży kreatywnej, którzy w tej okolicy postanawiają otworzyć swoje studia.

„W miejsce, które w dziedzinie sztuki nowoczesnej było zupełną pustynią, Fondazione Prada wprowadziła magiczną atmosferę” – mówi mi artysta Francesco Vezzoli, przyjaciel Miuccii, który wystawiał tu swoje prace. Nazywa ją „cudem w Mediolanie”.

Wpływ Fondazione na los kultury w mieście jest zdaniem Vezzolego porównywalny jedynie z tym, co wydarzyło się niemal siedemdziesiąt lat temu, w 1956 roku, kiedy Paolo Grassi i Giorgio Strehler zaprosili do miasta Bertolta Brechta na premierę Opery za trzy grosze w Piccolo Teatro.

To mogłoby wystarczyć, by stwierdzić, że Signora Prada i Bertelli – jak wszyscy ich nazywają – zostawili trwały ślad, wykraczający poza Grupę Prada, nie mówiąc o butikach „Epicenters” w Nowym Jorku, Tokio i Los Angeles, a nawet renowacji rezydencji Rong Zhai w Szanghaju.

Są to ogromne projekty, świadczące o szczerej fascynacji architekturą i sztuką, a jednocześnie o odrzuceniu konsumpcjonizmu, według którego wszystkie ich wysiłki w świecie kultury miałyby służyć wyłącznie promocji marki.

Nic bardziej mylnego.

Przejdźcie się po Fondazione, wejdźcie do gabinetu Godarda, który wciąż cuchnie cygarem francuskiego reżysera, zagubcie się między prowokacjami Pina Pascalego, wejdźcie na każde z pięter Wieży Rema Koolhaasa, wyłońcie się z ciemnego labiryntu i dajcie się zaskoczyć nagłej radości wielkich kolorowych grzybków. A potem wypijcie espresso w barze Luce, zaprojektowanym przez Wesa Andersona.

Nie znajdziecie tu nic protekcjonalnego ani kokieteryjnego, żadnego odniesienia do marki czy do mody, jeśli nie liczyć eleganckiej obsługi. A jednak to właśnie na parterze wieży celebrowany jest najważniejszy punkt działalności Grupy Prada: pokazy mody.

Struktura tej opowieści – między modą a sztuką, między kulturą a przemysłem – staje się coraz bardziej skomplikowana: studiując historię Prady i pochodnych marek, łatwo się zgubić w meandrach intelektualnych wpływów, które zabiorą mnie w nieznane światy.

Czuję się oszołomiony, jakbym znajdował się w Prada Marfa, sklepie zbudowanym pośrodku teksańskiej pustyni, pop-architektonicznej instalacji duetu Elmgreen & Dragset przy Route 90, nieopodal Valentine, w głębi Stanów Zjednoczonych.

Postaram się odnaleźć drogę, badając wpływ luksusu i mody na nasze społeczeństwo i nasze zachowania, starając się odkryć, jak to się stało, że Miuccia i Patrizio stworzyli „imperium pozorów”, ściśle strzegąc swoich spraw prywatnych.

Zamierzam opowiedzieć tę historię mimo naturalnej powściągliwości bohaterów w mówieniu o sobie, prywatności chronionej tak, by narracja była zawsze skupiona na marce, a nie na życiu jej twórców, ze wzlotami i upadkami, jakie niesie każda relacja, i z rodzinnymi sprawami, które zostawiają ślady, ale nie powinny trafić do opinii publicznej.

Aby to zrobić, muszę rozpocząć od najwyższego wyrazu kreatywności Prady: od pokazu, the catwalk.

Do redakcji przyszło wielkie zaproszenie: biały karton o szarych krawędziach w formacie A3 waży niemal dwa kilogramy. Przypomina wizytówkę menedżera gotowego na spotkanie w city.

Na pierwszej stronie widnieje tylko jedno słowo, eleganckie czarne logo na białym tle: PRADA.

Mediolańska marka reprezentuje dziś włoską modę na świecie najlepiej ze wszystkich.

Prada, a przede wszystkim Miu Miu – marka powstała w 1993 roku, by zaspokoić buntowniczą duszę Miuccii – były w pierwszym trymestrze 2024 roku najbardziej poszukiwane przez konsumentów na całym świecie, były hottest brands w rankingu Lyst, globalnej platformy modowej. To dwie marki, które przetrwają pierwsze miesiące kryzysu na rynku dóbr luksusowych spowodowanego spadkiem zakupów w Chinach.

Co w nich wyjątkowego?

Czy istnieje jakaś wyraźna różnica między nimi a innymi markami luksusowymi?

Czy jest w nich coś prawdziwego, czy też to kolejna marketingowa ściema?

To pierwsze pytania, które zadaję sobie jako laik, gdy zabieram się do otwarcia zaproszenia.

Robi na mnie wrażenie opakowania, które jest wcieleniem prostoty w gigantycznym rozmiarze.

W jego wnętrzu kryje się cały świat.

Z białego folderu eksploduje natura.

W nadjeziornym pejzażu dostrzegam wąski brązowy krawat.

W prawym górnym rogu zapisano ręcznie numer miejsca: AC27.

To wejściówka na jeden z najbardziej oczekiwanych pokazów tygodnia mody męskiej w 2024 roku: prezentację kolekcji mediolańskiego domu mody na następną zimę.

Po czterdziestu latach znów trafię na pokaz mody.

Krawat wśród paproci i mchu?

Wracam do domu z cennym i ciężkim przedmiotem w dłoniach.

Przyznaję, że nie rozumiem jego sensu, ale jestem nim bardzo zaintrygowany.

Zastanawiam się, jaką wysyłają nam wiadomość: co symbolizuje ten krawat wśród natury?

Mam go założyć na pokaz? – analizuję w swojej naiwności.

To największa z moich wątpliwości: w co się mam ubrać?

Wszystkie moje rzeczy są upchane byle jak w kartonach po przeprowadzce i od tygodni porzucone na „stu dwudziestu metrach kwadratowych parkietu”.

„Nieważne, w co się ubierzesz, przecież nikt tam nie przyjdzie, żeby oglądać ciebie, wszyscy są zainteresowani modelami” – mówi mi podczas niedzielnego meczu Gonzaga Volley kierowniczka Celestiale, którą proszę o opinię pomiędzy zmianą libero w drużynie U-16 a dotknięciem siatki przez środkową.

Myli się: nie interesuje mnie, na co będą patrzeć inni, interesuje mnie, co ja mam na siebie włożyć.

Codziennie rano, kiedy się ubierasz, podejmujesz decyzję, jaką twarz chcesz pokazać światu, jaką rolę chcesz tego dnia odgrywać, jaką włożyć maskę.

„Chodzi o wolność reprezentowania samych siebie” – twierdzi Miuccia Prada w wywiadzie dla „Vogue Italia”. „Powinniśmy zawsze być tym, kim chcemy”.

Szukam swojej wizji świata w pudłach. Niewiele znajduję oprócz ulubionego czarnego golfika zaprojektowanego w Japo­nii, czarnych aksamitnych spodni do kostek – tylko one nie potrzebują skracania – i czarnej marynarki, dzięki której będę wyglądał elegancko.

Signora Prada ma rację: ludzie lubią modę, bo wszyscy pragniemy być piękni, ale nie chcemy rozmawiać o tym, jak mocno dotyka ona naszej prywatności.

Miuccia zajęła się intymną sferą ludzkiego życia niemalże ze wstydem, przejmując firmę założoną tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej przez jej dziadka Maria. „Zaangażowana w ruch feministyczny sądziłam, że projektowanie ubrań, produkowanie torebeczek i butów to najgorszy możliwy sposób spędzania czasu” – opowiada tygodnikowi „New Yorker” w lutym 1994 roku.

Zrobiła to nie z obowiązku wobec rodziny, ale raczej dlatego, że zbyt mocno pociągało ją piękno, intrygowały ubrania i torebki i nie chciała z nich zrezygnować, mimo poczucia winy.

A jednak – a może właśnie dlatego – intruzka Prada odmieniła ten obcy sobie świat, i to z ogromną siłą twórczą, czasem szokując, często przewidując i odwracając tendencje; odmieniła sens pokazów mody, które kiedyś były tylko demonstracją piękna i stylu, a teraz stały się show pełnym znaczeń i ukrytych przekazów; umieściła rzeczywistą kobietę w samym centrum swojej pracy.

Wprowadziła do świata mody to, co brzydkie, co prawdziwe, co niewygodne; walczyła z banałem i zburzyła obowiązujący porządek.

Fundamentalna będzie w tym procesie rola Bertellego, z którym dyskutowała i kłóciła się, nim udało im się dojść do wspólnej wizji.

Miuccia jest jedną z najbogatszych kobiet we Włoszech.

Według rankingu Bloomberg Billionaires Index majątek ­Miuccii i Bertellego oceniany jest na około siedem miliardów dolarów na głowę; został zgromadzony w niecałe pięćdziesiąt lat, a największe przyspieszenie nastąpiło po wejściu na giełdę w Hongkongu w 2011 roku.

„Miuccia nigdy jeszcze nie miała aż tak dużego znaczenia, jej pozycja równa się niemalże głowie państwa” – twierdzi Anna Wintour, słynna redaktorka naczelna, we wstępie do numeru „Vogue’a” z marca 2024 roku, na którego okładce znalazła się projektantka.

Według Harper’s Bazaar Art Miuccia Prada jest „geniuszką mody”.

A jednak z bliska to nieśmiała, drobna kobieta o zaraźliwym śmiechu, otoczona przez przyjaciół, z którymi rozmawia o ­sensie życia, przyszłości społeczeństwa i roli sztuki. Jest niezwykle szykowna, ale nigdy ostentacyjna, w swojej pracy wysy­ła sygnały i prowokuje, a jej fundacja zapewnia materiał do refleksji, zwłaszcza dla najmłodszych.

Podążam za nią na backstage’u pokazu: najpierw tłum dziennikarzy, potem fashioniści z całego świata, gwiazdy, VIP-y i najważniejsi klienci – wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z królową Miuccią.

Ona chętnie się zgadza, uśmiecha się szeroko, kiedy dostrzega znajomą twarz.

Zerka na swojego syna Lorenza, który jest dziedzicem także pod względem udziałów w firmie. Dostrzec można między nimi prawdziwą czułość i porozumienie: rozmawiają chwilę o zakończonym właśnie pokazie, ona głaszcze go po twarzy, po czym znikają w tłumie, który przepycha się do Miuccii w nadziei na chwilę jej uwagi.

Bardzo kocha swoich synów, jest z nich dumna, słucha ich uważnie, zastanawia się nad ich przyszłością, rozważa, jak się zachowywać jako babcia: w jednym z ostatnich wywiadów zdradziła, że od niedawna ma wnuczkę, córkę Lorenza. Wreszcie jakaś inna kobieta w rodzinie.

Poznaję ją za pośrednictwem słów, które wypowiedziała do innych, poprzez wywiady telewizyjne, jej pasje i dzieła, opowieści ludzi, którzy przez jakiś czas byli u jej boku; poznaję ją dzięki tym, którzy ją podziwiają i którzy jej nie znoszą; tym, którzy jej pracę uważają za konieczną, i tym, którzy twierdzą, że branża dóbr luksusowych to tylko rozrywka dla bogaczy, szukających pewności siebie w wartości marki.

To sektor, który wciąż poszerza grono swoich potencjalnych klientów, zwłaszcza w regionach tradycyjnie słabiej zagospodarowanych, gdzie z roku na rok rośnie liczba tak zwanych high-net worth individuals, milionerów, którzy mogą sobie pozwolić na produkty luksusowe.

Nowi miliarderzy czują potrzebę potwierdzenia swojego statusu – jak tłumaczy analityk finansowy – kupując dobra luksusowe najbardziej ikonicznych marek.

Najnowsza torba, klejnoty, sukienka od ulubionego projektanta, sportowe samochody, na które mało kto może sobie pozwolić, stanowią ostateczne potwierdzenie finansowego sukcesu.

„Luksus służy do tego właśnie, by załagodzić niepewność nowobogackich” – twierdzi Solca, cytowany w artykule w „Bloomberg Business Week” poświęconym cesarzowi tej branży, „Wilkowi w kaszmirze”, czyli Bernardowi Arnaultowi, panu LVMH.

Nadchodzące lata będą decydujące dla biznesowej przyszłości naszego kraju, gdyż patriarchowie rodzimego kapitalizmu są siłą rzeczy zmuszeni, by przekazać pałeczkę z powodu wieku, a firmy, które stworzyli, stanowią często bezpośredni wyraz ich osobowości: zaplanowanie ich przyszłości pod nieobecność założycieli stać się może kwestią życia lub śmierci.

Nie wspominając już o skali. Bo rozmiar się liczy, jak najbardziej. Hasło „małe jest piękne” już nie obowiązuje, a w naszym kraju w wielu sektorach – wśród których najważniejsze są moda i dobra luksusowe – nie mamy firm zdolnych konkurować pod względem wielkości ze światowymi liderami.

Konkurencja ma charakter globalny, a zagrożenie polega na tym, że w wielu przypadkach nie będzie alternatywy poza przejęciem przez najpotężniejszych konkurentów – a w branży luksusowej prawie wszyscy oni pochodzą z Francji.

Realne jest zatem niebezpieczeństwo, że Włochy, gdzie powstaje około osiemdziesięciu procent wszystkich produktów luksusowych, staną się francuską prowincją. Dość przejechać się po okręgach przemysłowych tej branży – od Toskanii po Apulię – by znaleźć podwykonawców produkujących wyłącznie dla kuzynów zza Alp.

Sporządzanie listy marek, które trafiły w ręce Francuzów, to bolesne zadanie dla osób troszczących się o przyszłość włoskich firm: Gucci, Brioni, Pomellato i Bottega Veneta należą do koncernu Kering François Pinaulta, wielkiego rywala Arnaulta, który niedawno kupił również trzydzieści procent akcji Valentino, zastrzegając sobie możliwość zakupu reszty w nadchodzących latach. Bulgari, Loro Piana, Fendi, Acqua di Parma i Emilio Pucci to włoskie marki należące do portfolio koncernu LVMH, który od niedawna posiada również część holdingu Remo Ruffi­niego, kontrolującego Moncler.

Prada chce wierzyć w swoją przyszłość i pracuje nad tym, by firmę Miuccii i Bertellego przeobrazić w grupę, która pozostanie niezależnym właścicielem marek Church’s i Car Shoe, a poza tym oczywiście Prady i Miu Miu, a także cukierni Marchesi.

Kiedy spotkałem się z Bertellim i w rozmowie dla „Bloomberga” zapytałem go, czy planuje sprzedaż, odpowiedział, urażony: „Nigdy niczego nie sprzedałem! Wciąż mam rower, który zostawił mi wujek”.

Tamtego dnia w 2021 roku, chcąc dowieść, że myśli o sukcesji, przyznał szczerze, że na czele grupy stanie jego starszy syn Lorenzo.

Historia marki Prada jest więc nierozerwalnie związana z historią duetu Miuccia – Bertelli, z ich spotkaniem i zderzeniem, które dzięki głębokiemu porozumieniu uwolniły energię konieczną, by w kilka dziesięcioleci zbudować imperium luksusu zdolne do podwojenia swojej wartości na egzotycznej giełdzie w Hongkongu w 2011 roku.

Pod koniec pierwszego kwartału 2024 roku Prada warta była około dwadzieścia jeden miliardów euro. Dla porównania światowy lider LVMH jest dwadzieścia razy większy od mediolańskiej firmy. Na przyszłego lidera Prady para właścicieli wybrała Andreę Guerrę, który w przeszłości w latach 2004–2014 kierował firmą Luxottica, o czym opowiedziałem w książce poświęconej założycielowi grupy będącej liderem na rynku okularów, Leonardowi Del Vecchio.

Miuccia i Bertelli od zawsze przedstawiani są jak yin i yang: genialna twórczyni, wyrafinowana intelektualistka „pożyczona” światu luksusu i mody, która poznaje gburowatego biznesmena o genialnej intuicji, prawdziwą bestię kapitalizmu.

Postaram się pokazać, że to uproszczona wizja tego skomplikowanego związku, w którym łączą się kreatywność z biznesem, a role zmieniają się i odwracają w zależności od sytuacji.

Nie podlega dyskusji, że Bertelli bywa gniewny, że jest zdolny do furii godnej wielkiego pana i władcy – jak wtedy, kiedy zniszczył młotkiem światła samochodu pracownika, który zaparkował w niewłaściwym miejscu.

Jest też jednak artystą, który przygotowuje szkice, Miuccii zaś nie brakuje nosa do interesów: jak opowiadają mi ich najbliżsi współpracownicy, jest między nimi bliskość, która karmi się również ożywionymi dyskusjami. Wychodzą one poza typowe napięcia w relacji dwóch osób, pełnej nieuchronnych rozstań i powrotów, i wpływają na wszystkie istotne decyzje.

Jak mówi Miuccia w tomie poświęconym wystawie pokazującej historię świata Prady Pradosphere: „Dialog tworzy autentyczność”.

Signora Prada wierzy w siłę konfrontacji – niezależnie od tego, czy rozmawia się o modzie, biznesie, sztuce, czy ich fundacji.

Mawiają na przykład, że Miuccia wyraziła zgodę na wejście na chińską giełdę właśnie dlatego, że lubi być w awangardzie, przecierać szlaki: oczywisty i najłatwiejszy wybór zostaje odrzucony a priori.

Jak to bywa wśród tych wszystkich, którzy mają dość odwagi i wytrwałości, by zmieniać świat, strefa komfortu nie istnieje.

Niczego nie wolno odpuścić.

Przed pokazem Miuccia sprawdza każdy szczegół, od czcionki widniejącej na zaproszeniach po sposób, w jaki ubranie prezentuje się na danym modelu.

Ich historia rodzinna fascynuje mnie coraz bardziej – po­zwala mi zajrzeć w głąb ludzkiej natury: pomiędzy to, co wspaniałe, a to, co zbędne, pomiędzy tworzenie prawdziwej wartości a cenę, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za luksusowe dobra konsumpcyjne, to, co klienci są gotowi zrobić, żeby stać się częścią ekskluzywnego klubu, z którego innymi członkami łączy ich wspólna wizja świata.

Celem tej podróży jest opowiedzenie historii Prady, ale także zagłębienie się w meandry fascynującego świata mody i luksusu, poznanie jego praw i manii, jego sprzeczności i prawd, spojrzenie nań nieoceniającym, lecz zaciekawionym wzrokiem reportera.

Chcę spróbować zrozumieć, czym różni się Prada od innych marek luksusowych, o ile faktycznie czymś się różni, jakie są przyczyny jej oszałamiającego sukcesu, na ile realny jest jej wpływ na społeczeństwo, sztukę, kulturę popularną – wpływ, który dostrzegam, kiedy włączam telewizor pierwszego maja.

W Święto Pracy w Mediolanie i Rzymie pada deszcz. Siedzę przed ekranem, oglądając organizowany przez związki zawodowe koncert – największe w Europie darmowe wydarzenie muzyczne, które ściąga na plac młodych ludzi z całego kraju.

Między jednym a drugim przebojem zwraca się uwagę na plagę śmiertelnych wypadków przy pracy, na problem prekariatu, godność zawodową.

Na scenie pojawiają się na zmianę popularni artyści, zbuntowani, nonkonformistyczni.

Ubrani świetnie. W ciuchy od projektantów.

Jako jeden z ostatnich wchodzi Mahmood, który kawałkiem Tuta gold podbija serca tłumu.

Jest niezwykle elegancki, w internecie jego look wzbudza same zachwyty.

Jakimś cudem rozpoznaję ten styl – jego zielony krawat wygląda dokładnie jak ten z zaproszenia na styczniowy pokaz. Oversize’owy szary garnitur przypomina mi tamtą niedzielę. Nie ma sensu zastanawiać się, ile kosztował: z pewnością znacznie więcej niż miesięczna pensja dziesięciu robotników.

Mahmood ubrał się w Pradę na imprezę związków zawodowych.

W latach sześćdziesiątych Miuccia pracowała w kuchni na mediolańskich obchodach Festa dell’Unità5 ubrana w YSL.

Styczniowy pokaz stanowi dla mnie swoistą inicjację.

Dojdę tam pieszo od strony mostu na corso Lodi.

Stary bar na rogu przypomina, że nie cały Mediolan stał się nagle glamour; mijam konsulat chiński i piwiarnię, po której wciąż widać jeszcze ślady poprzedniej nocy.

Nie wydaje się możliwe, by na tyłach tej ulicy znajdowało się jedno z najbardziej stylowych miejsc na zachodniej półkuli ani by VIP-y z całego świata przybywały właśnie na viale Ortis w eleganckich limuzynach z przyciemnionymi szybami.

Nie spodziewasz się, że za rogiem spotka cię zgoła stadionowy tłum, złożony w większości z ludzi o azjatyckich rysach.

Raz po raz mijają mnie czarne minivany z napisem „Fashion Week”, z których wysiadają szalenie zajęte osoby.

Potem dostrzegam straż miejską, ochroniarzy i barierki. Za nimi setki, tysiące dzieciaków, które stoją w kolejce od świtu. Są tutaj, by zobaczyć gwiazdy k-popu – jedną z największych atrakcji niedzieli na Milano Fashion Week – boysband Enhypen, który powstał w 2020 roku dzięki koreańskiemu reality show, a teraz budzi emocje fanów na całym świecie. Na Instagramie chłopaki mają siedemnaście milionów obserwujących.

Są tu jednak nie tylko fani: dziesiątki fotografów przybyły tutaj, by unieśmiertelnić najbardziej nietypowe stylizacje, a wykończeni branżowi dziennikarze biegają z jednego pokazu na drugi.

Podobno Prady nikt nie opuści.

Przy wejściu proszą mnie o okazanie dokumentu i już jestem w środku.

Przeciskam się przez gąszcz kamer na parterze Torre della Fondazione i wkraczam w ciemny tunel. Kiedy się z niego wyłaniam, przestrzeń wokół mnie przypomina open space w redakcji „Bloomberga”.

Są tu niebieskie biurowe boksy, biurko i biały ekran. Nad nim jedno słowo: PRADA.

Generalnie wygląda to na zwykły dzień w pracy.

Kiedy zaczynam czuć się jak u siebie, w znajomym otoczeniu, przechodzę do drugiej sali i trafiam do zupełnie innego świata.

Bum.

Jesteśmy pośrodku stawu, chodzimy po szklanych płytkach, pod którymi płynie woda i rosną rośliny.

Dowiaduję się, że tytuł pokazu brzmi „Human Nature”.

Scenografia zestawia naturalny pejzaż z wnętrzem biura.

Poczucie obcości, które ogarnia mnie w głównej sali, rozumiem lepiej dzięki materiałom prasowym:

Odkrywając paradoksalną dychotomię między tymi dwoma współistniejącymi światami, pokaz bada fundamentalne prawdy dotyczące ludzkości, naszych naturalnych instynktów i potrzeb emocjonalnych.

Rozpoznaję kilka gwiazd, widzę kierownictwo, siadam na przydzielonym mi miejscu. Na biurowym krześle. Pod stopami trawa i liście.

Dwadzieścia minut oczekiwania – wyjaśniają mi, że zaczyna się zawsze z opóźnieniem – i nagle cios.

Zaczyna się od głośnej muzyki elektronicznej w wykonaniu DJ-a I Hate Models.

Zza kulis wychodzą, marszowym krokiem, bardzo wysocy, bardzo chudzi chłopcy w ubraniach, których styl jest mi nieznany.

Idą szybko, patrząc prosto przed siebie. Wyglądają jak menedżerowie ubrani do pracy, ale jest w nich coś niepokojącego.

Na głowach ciasne czepki, okulary, które przypominają maski, zdecydowane kolory. Jedni mają na nogach pantofle, inni – eleganckie buty. Jedni toną w szarościach, inni są jak eksplozja barw.

Wędrują wijącym się korytarzem w morzu biurowych krzeseł, po łożu roślin, które chroni szklana podłoga.

Najpierw idą oddaleni od siebie, patrzą w przestrzeń intensywnym wzrokiem, a na wielki finał wracają, jeden za drugim, niczym oddział modeli.

Rozbrzmiewa głośny aplauz szukający rytmu muzyki.

Później, ledwie znikają, dostrzegam, że wszyscy odwracają się do drzwi wejściowych, wyciągają szyje, włączają kamerki w telefonach.

Kilka sekund oczekiwania.

Zza drzwi wyłaniają się dwie postaci.

To oni: Miuccia i Raf.

Pokazują się na chwilę.

Witają się przez moment.

Wykonują gest, jakby podziękowania.

Potem znikają.

Koniec.

Siedzę nieruchomo, oszołomiony.

Nie bardzo rozumiem, co mnie właśnie przygniotło, ale zdaję sobie sprawę, że to nie była po prostu seria ubrań zaprezentowanych po to, żeby kupowali je miliarderzy z całego świata.

Uczestniczyłem właśnie w czymś potężnym, głębokim, jednocześnie niepokojącym i fascynującym.

Przyszedłem tu bez żadnych oczekiwań i żadnej wiedzy, wiedziony ciekawością ignoranta. Myślałem, że czeka mnie estetyczny spektakl. Tymczasem zostałem wciągnięty w konceptualny pokaz, w którym ubrania są tylko częścią opowieści.

Pokaz Prada FW24 był dla mnie szokiem.

Wywarł na mnie wpływ podobny do tego, który musiał odczuć Raf Simons w październiku 1989 roku, kiedy obejrzał pokaz wiosna–lato 1990 Martina Margieli – to zmieniło jego życie na zawsze.

Tamtej styczniowej niedzieli zrozumiałem, że to, co robią Miuccia i Raf, ma wielką głębię, chociaż powstaje przecież w granicach komercyjnej firmy, której imperatywem kategorycznym jest maksymalizacja zysków.

Od tamtego dnia zaczynam czytać, słuchać i oglądać różne rzeczy o modzie, często w nieuporządkowany sposób. Zagłębiam się w dokumenty i eseje, ale także branżową prasę. Poruszają mnie bardzo niektóre wywiady.

Wykańcza mnie to.

Kiedy już zaczynam myśleć, że to dla mnie zbyt trudne zadanie, że nie mam nic wspólnego z modą, luksusem, pożądaniem marki, pokazami, nylonowymi plecakami i sztuką współczesną, że opowiadanie tego świata oczami młodzieńca przypomina profanację świątyni, natykam się na wywiad z Miuccią, który mógłbym napisać, gdybym chciał wyjaśnić, dlaczego zacząłem opowiadać historie kobiet i mężczyzn.

W rozmowie z „La Repubblica” Miuccia mówi:

Jedyne, co mnie interesuje, to ludzkie historie; to wszystko, co w ich życiu może się zdarzyć. Chwile piękne i brzydkie, głupie, mądre i płytkie.

W tamtej konkretnej chwili, w kwietniowe popołudnie, kiedy przedwczesne lato ustępuje miejsca powracającej zimie, przed monitorem w redakcji zdecydowałam się iść dalej – postanowiłem odkryć i napisać od początku do końca historię mediolańskiego sklepu z eleganckimi kuframi, który zmienił się w jedną z najbardziej pożądanych na świecie marek za sprawą pary innowatorów z Mediolanu i Arezzo.

Chodzę po bibliotekach, po archiwach, po magazynach z antykami, żeby odtworzyć historię dziadka Maria i jego sklepu, odkryć szczegóły, których nie znała nawet sama Miuccia i których nikt szczegółowo nie badał, a które w pewnym stopniu zmieniają oficjalną historię firmy Prada.

Signora zawsze myślała o przyszłości, nie o przeszłości.

Jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że w jakiś sposób mi się udało; że ten blondynek w dżinsowej kurtce, który chodził po wybiegu w hali w Villorbie z okazji POP 84, zdołał napisać dla was tę historię.

Dalsza część w wersji pełnej

1 Łapówkarski układ biznesmenów i polityków, który dobiegł końca za sprawą śledztwa mani pulite („czyste ręce”), rozpoczętego w 1992 roku (przypisy zostały dodane przez tłumaczki).

2Tagadà to mechaniczne urządzenie obrotowe instalowane w lunaparkach i podczas miejskich festynów, takich jak ten organizowany w Treviso w dzień św. Łukasza.

3Has, has, has, Fidanken! – to hasło z reklamy telewizyjnej emitowanej w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przez włoską sieć telekomunikacyjną SIP (Società Italiana per l’Esercizio Telefonico). Fidanken to maskotka piesek, a has to odgłos jego szczekania.

4 CCCP to włoski zespół punkowy, hasło La situazione è eccellente (Sytuacja jest wspaniała) pochodzi z utworu Il Manifesto z 1987 roku.

5 Festa dell’Unità to cykliczne wydarzenie organizowane przez włoską lewicę w wielu miastach, nazwa pochodzi od tytułu komunistycznego dziennika „l’Unità”.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Ouverture. Pokaz pod wieżą (styczeń 2024)

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji