Powrót zza mgieł - Sylwia Kubik - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Powrót zza mgieł ebook i audiobook

Kubik Sylwia

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

70 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy zza mgieł wracają dawne wspomnienia, pojawia się nowa nadzieja.

Po latach milczenia Barbara wraca do rodzinnej wioski na Żuławach. Pragnie zmierzyć się z miejscem, które było jej azylem i więzieniem jednocześnie. Kiedyś uciekła, by zyskać wolność. Teraz musi wrócić, by odnaleźć spokój, a także by na nowo zbudować brutalnie przerwaną relację z córką.

Powrót zza mgieł to poruszająca powieść o miłości do miejsca, z którego pochodzimy, a także o tym, że powroty do rodzinnego domu nie zawsze są łatwe. To również niezwykła podróż do świata kobiecych emocji, traum, bólu i rozczarowań, od których ucieczka nigdy nie jest prosta. Czy konfrontacja z przeszłością pomoże Basi uleczyć bolesne wspomnienia?

Sylwia Kubik kontynuuje żuławską opowieść o Ewie, która przed czterema laty niespodziewanie trafiła do małej wsi.
Dziewczyna, uciekając od przemocowego partnera, w starym domu po babci odnalazła nie tylko spokój, lecz także miłość. Teraz ma nadzieję, że taki powrót w rodzinne strony pomoże także Barbarze – jej zaginionej i cudem odnalezionej matce. Czy również w jej życiu w końcu wyjdzie słońce?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 276

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o. Copyright © 2026 by Sylwia Kubik

Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska Korekta: Aurelia Hołubowska Redakcja techniczna: Paweł Kremer Projekt okładki: Lena Wójcik Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN ebook: 978-83-8404-166-6

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków Dział sprzedaży: [email protected]

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Najpiękniejszemu domowi, jaki znam – w rocznicę 275. urodzin. Życzę Ci miłości, atencji i ludzkiej życzliwości. Abyś mógł cieszyć oczy mieszkańców Stalewa jeszcze wiele lat. Trzymaj się, kochany domku!

Bożena, „Jestem ze Stalewa”

Prolog

Zapach mięty był tak intensywny, że wyrwał ją ze snu. Wdzierał się w nos, oblepiał ciało i wołał.

Nie mogła zignorować tego wołania.

Zsunęła się cicho z łóżka.

Kamil spał, pochrapując delikatnie.

Zerknęła do łóżeczka.

Ignaś otworzył na chwilę zamglone oczy.

Uśmiechnął się i ponownie zasnął.

Wyszła na zewnątrz.

Mgła spowijała całe podwórko.

Gęste smugi unosiły się długimi wstęgami, wypełniając sobą cały krajobraz.

Ona jednak była doskonale widoczna.

Wierzba.

Duża, rozłożysta, pokryta zielonymi liśćmi.

Zaszumiała. Smutno, żałośnie, płaczliwie.

Niczym człowiek, który dźwiga wielki ciężar i jest ogromnie zmęczony.

Podeszła do niej i otuliła ją ramionami.

Wierzba westchnęła z ulgą.

Zapach mięty sunął w górę, oplatając obie wonnym kokonem.

Pochyliła się i zaczęła zrywać pachnące ziele, jakby i je chciała przytulić.

Rwała, scalając się z mgłą.

Gdzieś poza nią słyszała głos.

Płacz.

Przeraźliwy, pełen żałości i wstydu.

Czuła w nim cierpienie.

Całą sobą doświadczała bólu płaczącej osoby.

Uniosła głowę.

Mgła zaczęła się rozrzedzać.

Dostrzegła postać.

Szła ku niej…

Rozdział 1

Ostre, czerwcowe słońce przedzierało się przez gęste firanki, muskając promieniami twarz śpiącej kobiety. Przeciągnęła się leniwie, czując przyjemne ciepło, po czym, przestraszona, zerwała się z łóżka.

– Matko święta – mruknęła. – Tak już świeci? Która to godzina?

Rozejrzała się nerwowo po pokoju, próbując zlokalizować zegar. Gdy dostrzegła, że za kwadrans piąta, odetchnęła z ulgą i wysunęła się cicho z posłania. Nie chciała obudzić męża.

Ubrała się szybko, nie zawracając sobie głowy posiłkiem. Poranną kawę zawsze piły z Matyldą w gospodzie, wspólnie też jadły śniadanie. To był rytuał, który obie bardzo lubiły.

Mimo wczesnej pory na dworze było już ciepło, więc zsunęła chustę, którą narzucała zawsze na plecy, i ruszyła w kierunku lipowej alei. Lubiła tę porę dnia. Już świt, ale jeszcze mgliście. Szare smugi przesmykały się między drzewami i rowami, osiadając na soczyście zielonych trawach i otwierających swe główki ku nowemu dniowi kwiatach.

Pachniało rosą. Świeżo, rześko. Zwolniła, by zachwycić się przyrodą. Kochała ten zakątek całym sercem i z radością obserwowała kolejne pory roku, bo każda z nich przynosiła niezwykłe widoki.

– Rozalka, ty lepiej się pospiesz, bo mięso trzeba marynować – mruknęła do siebie i już nie rozglądając się na boki, ruszyła w stronę domu podcieniowego.

Po kilku minutach jej oczom ukazał się budynek gospody. Ten widok zawsze ją cieszył. Z bólem serca obserwowała, jak przez lata popadał w ruinę. Wreszcie dzięki Kamilowi został uratowany i dostał drugie życie, a okoliczni mieszkańcy – pracę.

Pchnęła masywne, drewniane drzwi i weszła do środka. Pachniało tam kwiatami i drewnem.

„A zaraz zapachnie jedzeniem”, pomyślała i przepasawszy się fartuchem, porządnie wyszorowała ręce, po czym zabrała się do marynowania mięs na obiad.

Pokoje były zajęte przez letników, ale miała jeszcze godzinę do przygotowania szwedzkiego stołu. Wypracowany dzięki praktyce system pozwalał jej uwinąć się z tym w ciągu pół godziny. Zdecydowanie bardziej wolała ranne zmiany i na takie właśnie zatrudniła się w gospodzie. Choć gdy trzeba było, to zostawała w kuchni także po południu, żeby pomóc drugiej kucharce.

Kończyła rozrabiać zalewę do karczku, gdy do kuchni weszła Matylda.

– Dzień dobry, Rozalko. Ty jak zawsze pierwsza.

– Lubię zacząć trochę szybciej, żeby później mieć więcej czasu na spokojne wypicie kawy.

– Zaraz wstawię wodę – zaproponowała Matylda, która podobnie jak Rozalia nie mogła przekonać się do kawy z ekspresu i wolała zwykłą, tradycyjnie zalewaną.

Kucharka skinęła głową i żwawo zabrała się do nacierania karkówki marynatą. W powietrzu zaczęły się unosić zapachy wędzonej papryki, ziół oraz pieprzu. Po chwili dołączył do nich aromat kawy. Matylda odstawiła na bok szklanki, żeby napój nieco przestygł, i sięgnęła po kosz z warzywami.

– Seler, marchew? Co tam jeszcze masz do obrania? – zapytała rzeczowo.

– Ziemniaki, ale tym Ania zajmie się po śniadaniu. Do karkówki pasuje surówka z selera, można też podać tartą marchewkę. Więcej jarzyn nie trzeba.

 – A zupa? – dopytała starsza pani, przygotowując sobie kosz na obierki. Warzywa zdążyła już włożyć do zlewu i zlać wodą.

– Szczawiowa i botwinkowa. Dwie do wyboru wystarczą.

– Pewnie, nie ma co za dużo gotować, choć widziałam, że na dzisiaj mamy sporo rezerwacji.

– Zawsze jest sporo – stwierdziła Rozalia. – Gospoda hula na sto fajerek, ale nie ma sensu przesadzać z kartą. Goście i tak zamawiają przede wszystkim kociołek mennonicki, pierogi, deskę serów i babkę ziemniaczaną.

– Też prawda. Te nasze regionalne potrawy zrobiły się słynne, i to nie tylko na całą okolicę, ale i w internecie. Anastazja mi ostatnio pokazywała, jak ludzie umieszczają zdjęcia naszych talerzy i chwalą, że podajemy pyszne jedzenie.

– Produkty pierwszej jakości, świeże i smacznie przyrządzone, więc jak ma nie smakować?

– Wiesz, jak to jest z ludźmi. – Matylda westchnęła. – Potrafią skrytykować nawet to, co najlepsze.

– Takimi to nawet nie ma co sobie głowy zawracać. Marudom nikt nie dogodzi.

Matylda nieznacznie skinęła głową i zabrała się do obierania. Spod jej rąk wychodziły selerowe serpentyny i marchewkowe strużki. Pracowała w ciszy oraz skupieniu i tylko szybkie świsty noża świadczyły o jej obecności.

Rozalia co rusz spoglądała w jej stronę. Niby wyglądała normalnie. Schludnie upięty kok, kwiatowa sukienka z rękawami na trzy czwarte, fartuch dobrze zawiązany. A jednak coś w jej twarzy nie dawało kucharce spokoju.

– Coś pani milcząca… – zagaiła.

– Rozalko, czy ja tobie jestem dzisiaj potrzebna?

– Zawsze mi miło, jak pani przychodzi, ale przecież już dawno mówiłam, że my z Anią same tu sobie poradzimy – odparła, zerkając z troską na staruszkę. – Pani dość w życiu się napracowała. Pora wreszcie odpocząć.

– Wiesz, że lubię tu przychodzić i pomagać. To mi dodaje chęci do życia. Jakbym zamknęła się w domu, to jak nic bym zgnuśniała i poczuła swoje lata. A tak czuję się potrzebna. Ruch mam, zajęcie mam. I pogadać z kim też. Po latach samotnego życia najbardziej właśnie cenię sobie towarzystwo.

– Dziękuję! – Kucharka się zaczerwieniła. – Też lubię z panią spędzać czas. Tak normalnie, zwyczajnie, jak to dawniej bywało, a nie na łapu-capu. Młodzi wszystko tak na szybko chcą zrobić, żeby jak najprędzej nos włożyć w telefon. Nie mają czasu, żeby posiedzieć, po prostu gadać. My jesteśmy z innej epoki. Nie dla nas te migające ekrany.

– Rozalka, ja to i z innej epoki, ale ty jesteś ze trzydzieści lat młodsza ode mnie! – Matylda się zaśmiała.

– Bez przesady, aż tyle to nie. Ale – machnęła ręką – my tu jak zawsze zboczyłyśmy z tematu. Wracając do pytania, to damy tu radę z Anią wszystko ogarnąć. Zaraz pewnie przyjdzie. Po południu ma być też Bianka. Młoda i niezdarna, pomocy z niej na razie wiele nie ma, lecz chyba kiedyś się wreszcie nauczy.

– Na pewno. Chętna do pracy i bardzo sympatyczna. Dobrze, że młodzi ją zatrudnili, bo pracy coraz więcej. Latem zawsze mamy pełno. Odkąd Ewunia urodziła, Kamil wpada do gospody tylko na godzinkę, góra dwie, żeby zająć się papierami i zamówieniami. Anastazja też bywa w gospodzie tylko raz w tygodniu, a już od dawna wiadomo, że niebawem w ogóle stąd wyfrunie.

– Szkoda, że Nastki z nami nie będzie. Taka obrotna dziewczyna. Jak ona nam tu rozkwitła!

– Oj, prawda, bardzo się zmieniła…

– Może nie powinnam tego mówić… – Rozalia spojrzała z ukosa na starszą panią. – Ale gdy się tu zjawiła, to było naprawdę głupiutkie stworzenie. Zarozumiała, zadufana, egzaltowana. Aż się dziwiłam, że to możliwe. Pan Kamil taki rozsądny, pracowity, a jego siostra…

– Wiem, co masz na myśli. – Matylda się zaśmiała. – I mnie denerwowało to, że ją Małgosia tak rozpieściła i rozwydrzyła. Tak to jest, jak od dziecka nic się nie wymaga i wszystko podaje gotowe na tacy. To dlatego w głowie miała tylko zakupy i rozrywki. Na szczęście pobyt na wsi otworzył jej oczy.

– Oczy i serce, bo przecież po wypadku pana Kamila to ona wzięła na siebie prowadzenie gospody. Aż dziw brał, że tak wszystkiemu podołała.

– Miała pomocników. – Matylda mrugnęła porozumiewawczo do Rozalii.

– E tam, taka ze mnie pomoc, co to tylko do garów się nadaje. Trzeba jej oddać, że naprawdę udźwignęła ten ciężar i odpowiedzialnie się wszystkim zajęła.

– Tak, i na studia poszła, i miłość znalazła.

– Tego to akurat szkoda! – Rozalia westchnęła. – To znaczy nie tego, że się z Antkiem pokochali, ale że ta miłość ją tak zagarnęła.

– Czy ja wiem, Rozalko? Długo zajęło jej dochodzenie do dorosłości, ale jak już dorosła, to szybko zaczęła podejmować właściwe decyzje. To dobrze, że razem prowadzą to ekogospodarstwo. Gospodę i wszystkie okoliczne restauracje i warzywniaki zaopatrują. Przetwory produkują. Dobrze im to wychodzi. Jak Anastazja się do czegoś weźmie, to sukces gwarantowany.

– Oboje przedsiębiorczy. I pan Kamil, i Nastka. Mają to we krwi.

– Najwyraźniej po ojcu, bo moja Małgośka nigdy do takich spraw nie miała głowy. Ale warzywa obrane, więc z resztą muszę cię zostawić samą – stwierdziła Matylda, odstawiając kosz z obierzynami. – Jutro też mnie nie będzie. Powiedz Ani, żeby wcześniej przyszła… Albo poproś Kamila, żeby kogoś oddelegował do pomocy w kuchni.

– Wyjeżdża pani?

Matylda nie odpowiedziała od razu. Odstawiła miskę z warzywami do zlewu, zgarnęła obierki, które spadły koło kosza, zdjęła i starannie złożyła fartuch. Dopiero gdy upewniła się, że wszystko uprzątnięte, spojrzała na Rozalię. W jej wzroku było wiele troski i smutku.

– Nie, kochana, nie wyjeżdżam. Chcę zostać z Bronkiem w domu. Od kilku dni chodzi jakiś nieswój. Wczoraj nic nie zjadł, a wiesz, że to do niego niepodobne. Nie skusił się nawet na słoninę.

– Nie może być! Naprawdę?

– A owszem. I zrobił się jakiś taki blady. Pytałam, co mu dolega, ale oczywiście twierdzi, że nic. Znasz go. Nawet jak go coś boli, to nic nie powie. Dlatego wolę zostać w domu i mu się przyjrzeć, bo w tym wieku to może być różnie.

– No tak. Przecież pan Bronek to już osiemdziesiątki dobiega. – Rozalia westchnęła. – Ten czas pędzi jak szalony. Niedawno sama byłam dzieckiem, a już pięćdziesiątkę skończyłam.

– Tak to jest, że nikomu nie ubywa, a każdemu przybywa. Zatem idę, Rozalko, i nie wiem, kiedy zjawię się tu ponownie. Tymczasem zadbaj o pomoc dla siebie, bo zdrowie ma się jedno.

– Proszę się nie martwić. Wszystko tu odpowiednio ułożę, a i do was wieczorem zajrzę.

– Zapraszamy, kochana, zapraszamy – odparła Matylda z wdzięcznością. Stojąc już w drzwiach, rozejrzała się jeszcze po kuchni, wzdychając, po czym wyszła na zewnątrz.

Rozalii zrobiło się niewymownie smutno. Od zawsze bardzo lubiła pana Bronka, a teraz pokochała także Matyldę. Nie wyobrażała sobie, że mogłoby ich zabraknąć w Krasnymstawie. Chcąc odgonić złe myśli, z ogromnym zapałem zabrała się do szykowania śniadania. Zanim w kuchni zjawiła się Ania, wszystko poza jajecznicą było gotowe.

– Spóźniłam się? – zapytała przestraszona dziewczyna, zerkając na ustawione na stole półmiski z wędlinami i serami.

– Nie, jakoś tak szybciej mi dzisiaj poszło. Pozanoś to, a ja jajek nasmażę, bo pewnie zaraz goście zaczną się schodzić.

Ania ruszyła do sali, w której serwowali śniadanie letnikom. Rozalia tymczasem zaczęła pierwsze przygotowania do obiadu. Wszystkie czynności wykonywała machinalnie, bo w sercu wciąż miała troskę o parę staruszków. Próbowała odgonić te obawy kolejnymi zajęciami, ale nic nie pomagało. Czas naprawdę dla wszystkich płynął nieubłaganie i nim człowiek się obejrzał, z dziecka zmieniał się w nastolatka, a z nastolatka w osobę w kwiecie wieku. Od tego zaś był już tylko krok do starości. I do tego, co nieuniknione.

Rozdział 2

Matylda szybkim krokiem wracała do domu. Niósł ją niepokój o męża. Zazwyczaj w drodze powrotnej co chwilę przystawała, żeby odpocząć. Wykorzystywała te momenty, by rozkoszować się widokami i zapachami Żuław, szczególnie tymi wiosennymi i letnimi. Dzisiaj zaś nawet piękna lipowa aleja nie przykuła jej uwagi, a droga powrotna wydawała się wyjątkowo długa. Nie robiła zwyczajowych postojów, więc na jej czole pojawiły się kropelki potu – od wysiłku i słońca, które wspinało się coraz wyżej, rozgrzewając wszystko swoimi promieniami.

Bronka dostrzegła już z daleka. Siedział jak zwykle na pieńku w sadzie. Trochę ją ten widok uspokoił, ale nie na długo. Gdy podeszła bliżej, zobaczyła, że jest jakiś przygarbiony i zamyślony. Nie zwracał uwagi nawet na pasące się nieopodal kozy. Zawsze lubił do nich podchodzić. Zagadywał, głaskał je, dawał im jakiś smakołyk. Teraz nawet na zwierzęta nie patrzył.

Serce jej przyspieszyło, choć i tak biło już w niepokojącym tempie. Pobrali się niespełna trzy lata temu, by wspólnie cieszyć się jesienią życia. Nie była to druga młodość, ale dojrzałe, pełne miłości dni, wypełnione rozmowami, wspólnym milczeniem i wspomnieniami dawnych czasów. A przede wszystkim wzajemną troską. Wiedziała, że ten wspólny czas został im dany późno i na zaledwie kilka lat, ale miała nadzieję, że to jeszcze nie jego koniec. Nie była na to gotowa. Stanowczo pokręciła głową. Nie chciała nawet tak myśleć.

Lekko pchnęła starą furtkę i weszła na podwórze. Burek wyczuł ją pierwszy. Uniósł leniwie głowę, zawarczał cicho, a gdy ją rozpoznał, szczeknął, zamerdał ogonem i ruszył w jej stronę.

Bronek, widząc reakcję psa, od razu odwrócił się wyprostował i z zainteresowaniem zerknął na ścieżkę. Spodziewał się Antka, może Ewy, która często zachodziła do niego z wózkiem podczas spacerów, ale nie żony.

– Tyldzia? – zawołał, uśmiechając się szeroko na jej widok. – Co tak wcześnie? Coś się stało?

– Nic się nie stało. Wiesz, że ja tam pomagam, a nie pracuję na etacie, więc dzisiaj postanowiłam wrócić wcześniej – odparła, głaskając przymilającego się do niej psa.

– Wiem, ale to do ciebie zupełnie niepodobne. Ledwo godzinę cię nie było. Tak to jeszcze nigdy się nie zdarzyło

– Mam czasem prawo do zmiany planów. Pogoda dziś piękna, chętnie posiedzę w ogrodzie. Dadzą sobie radę beze mnie – stwierdziła lekkim tonem, choć jej zatroskany wzrok zdradzał prawdziwe intencje. – Zaraz zrobię nam kawy. Ugotuję owsianki. Zjemy ją sobie z owocami na drugie śniadanie. Co ty na to? – zapytała z nadzieją w głosie, licząc, że jej mąż ucieszy się na swój ulubiony przysmak.

– Kawę chętnie wypiję, ale jeść nie będę. Jakoś jeszcze nie czuję głodu.

– Przecież wczoraj nic nie zjadłeś – oburzyła się. – Ani obiadu, ani kolacji. Nie dam ci kawy na pusty żołądek. Jak nie chcesz owsianki, to nasmażę naleśników. Albo jajecznicę zrobię. To nawet szybciej…

– Tyldziu, ale ja naprawdę nie jestem głodny – przerwał jej, uśmiechając się dobrotliwie. – Może później coś zjem.

Matylda chwyciła się pod boki i posłała mężowi surowe spojrzenie. Twarz miał nie tyle bladą, ile szarawą. Zupełnie jakby krew mu słabo krążyła. Widziała już takie poszarzałe twarze u wielu swoich znajomych, którzy mieli problemy z sercem. Zaczęła się zastanawiać, czy Bronek czegoś przed nią nie ukrywa.

– Chyba muszę cię umówić do lekarza. Wybitnie coś ci dolega.

– Daj spokój! Toż mnie tylko kulasy bolą – powiedział łagodnie, rozcierając dłonią kolano. – Reumatyzm się po ostatnim deszczu odezwał. Poza tym nic mi nie jest.

– Uwierzę, jak mi to potwierdzi lekarz. Zaraz zadzwonię do Kamila, żeby cię umówił na badania. Może jeszcze dziś by nas podwiózł.

– Z czegóż to chcesz dzwonić? – Zaśmiał się. – Dwa razy o rynnę, raz o parapet?

Matylda nie dała się zbyć jego żartom.

– Zapomniałeś, że mi Małgosia kupiła telefon? Wszystko mi pokazała. Zaraz pójdę i go włączę.

– Szkoda czasu. Lepiej siądź koło mnie i pogadajmy. – Ręką wskazał kawałek dużego pniaka. – Popatrzymy na kozy, poobserwujemy pszczoły. Piękny dzień nam się trafił i trzeba go docenić.

– Siądę, jak tylko zadzwonię. Nie podoba mi się ten twój brak apetytu.

Spojrzał na nią z miłością, a na jego ustach pojawił się pełen melancholii uśmiech.

– Kochanie, ja i bez lekarza mogę ci powiedzieć, co mi dolega. – Urwał na chwilę i wyciągnął do niej rękę. – Starość, moje Słonko, to po prostu starość…

– Ty mnie tu nie czaruj i w głowie mi nie mieszaj. Starość starością, ale brak apetytu to zupełnie inna rzecz. Zostań tu, niech cię słońce wygrzeje, a ja idę zadzwonić.

Odwróciła się stanowczo i ruszyła w stronę domu. Burek zawahał się chwilę, spojrzał na Bronka, a potem pobiegł za nią. Zawsze miała dla niego jakieś smakołyki, więc i tym razem liczył, że dostanie coś pysznego. Niestety, Matylda była zbyt zaaferowana koniecznością uruchomienia telefonu, żeby zwracać uwagę na jego proszący wzrok.

Drzwi były uchylone, więc od razu skierowała się w stronę kuchni. Było tu znacznie chłodniej niż na dworze. Zapach suszonej mięty mieszał się z aromatem starego drewna. Zaczerpnęła głęboko powietrza i próbując uspokoić nerwy, podeszła do kredensu. Otworzyła drugą szufladę od góry i zaczęła nerwowo przekładać serwetki.

– No gdzie ja go położyłam? – mruknęła pod nosem.

Przewracała impulsywnie rzeczy, aż natrafiła na coś twardego. Telefon leżał owinięty w haftowaną chusteczkę, wetknięty między rząd równo złożonych serwet. Wzięła go do ręki i nacisnęła klawisz. Ekran jednak się nie rozświetlił.

– Dlaczego nie działasz? – zakładając okulary, zwróciła się do telefonu jak do niesfornego dziecka. Dopiero po chwili przypomniało jej się, że Małgosia ostrzegała ją przed wyładowaniem się aparatu. Westchnęła niecierpliwie i poszukała ładowarki. Gdy udało jej się wszystko podłączyć, usiadła na krześle i co chwilę zerkała na komórkę. Gdy zabłysło zielone światełko, przycisnęła znajdujący się z boku guzik.

– O, jest! – ucieszyła się, zobaczywszy po chwili wyświetlacz. Wiedziała, że musi trochę poczekać, więc nie zdenerwowała się, że urządzenie nie od razu zaskoczyło. – Jak to dalej szło? – Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć kolejne kroki. Palec zawisł nad ekranem, po czym niepewnie dotknął zielonej ikonki. Serce waliło jej jak młotem, jakby to ona miała iść do lekarza.

Tymczasem Bronek siedział w sadzie i wpatrywał się w migoczące w słońcu liście jabłoni. Kozy podeszły bliżej, jedna trąciła go nosem w dłoń. Pogłaskał ją odruchowo.

– No już, już – mruknął. – Coście się tak wszystkie dziś na mnie uwzięły?

Westchnął ciężko i oparł się mocniej na lasce. Czuł w klatce piersiowej dziwny ucisk. Nie był to ostry ból, raczej nietypowy ciężar, który nagle obciążył serce. Od kilku dni powracał znienacka, ale go ignorował. Myślał o lekarzu, ale zdecydował, że lepiej nie niepokoić Matyldy. Tyle lat czekał na miłość, że nie chciał, by cokolwiek jego żonę martwiło. Chciał oglądać ją tylko uśmiechniętą.

Spojrzał w stronę domu. W oknie zobaczył jej sylwetkę pochyloną nad stołem. Uśmiechnął się pod nosem.

– Uparciuch – szepnął z czułością.

Po chwili drzwi skrzypnęły, po czym Matylda niemal z nich wypadła, jakby chciała jak najszybciej przekazać mężowi wieści.

– Zadzwoniłam! – oznajmiła jeszcze lekko zdyszana. – Kamil wszystko załatwił. Jutro na dziesiątą masz wizytę. Przyjedzie po nas o dziewiątej.

Bronek uniósł brwi.

– To można tak bez mojej zgody?

– A pytałeś mnie o zgodę, jak przestałeś jeść? – odparła Matylda, nieco poirytowana postawą męża.

– Widzisz, Burek… – zwrócił się do psa. – W pewnym wieku to nawet brak apetytu biorą za objaw choroby, więc ty lepiej jedz za dwóch.

Zwierzak w odpowiedzi pomachał ogonem, po czym podszedł bliżej i położył mu głowę na kolanach, domagając się pieszczot.

– On akurat je aż za dużo. Myślę, że jemu weterynarz raczej dietę by zaordynował.

– Widzisz, piesku, i tak źle, i tak niedobrze. Skoro jednak pani mówi, że trzeba do lekarza, to trzeba. Nie ma co dyskutować.

– No, teraz mówisz rozsądnie. – Matylda westchnęła z ulgą. Przysiadła obok męża na pieńku. Wsunęła mu rękę pod ramię. Szczupłe, ale wciąż silne. Odziane w jasną bawełnianą koszulę pachnącą wiatrem. Wtuliła się w jego bok i zapatrzyła na drzewa.

W sadzie zapadła cisza. Słońce przesunęło się wyżej, liście cicho zaszeleściły. Burek nasycony pieszczotami zwinął się w kłębek u ich nóg i zasnął, wygodnie umoszczony na miękkiej trawie.

– Trzy lata temu myślałem, że los dał mi za dużo szczęścia na raz. Teraz zaś widzę, że dał w samą porę. Zobacz, ile pięknych dni za nami, rozmów, poranków i wieczorów. Wiedz, że to był najcudowniejszy czas w moim życiu.

– Co ty mi tu tak gadasz, jakbyś się żegnał? Los jeszcze nie powiedział ostatniego słowa – odparła zdecydowanie. – Przed nami pewnie wiele wspólnych lat. I nawet nie myśl inaczej. A teraz chodź. Zrobimy tę owsiankę. Nawet jak zjesz trzy łyżki, to będę spokojniejsza.

Wstał powoli, z trudem opierając się na lasce. Tym razem nie zaprotestował.

– Dla ciebie zjem – powiedział cicho.

Szli razem w stronę domu, powoli, krok w krok. Burek trzymał się tuż przy nich. Kozy znów zajęły się trawą, jakby nic się nie wydarzyło. Czerwcowe słońce świeciło nad nimi tak samo jak każdego dnia, zupełnie obojętne na ich ludzkie lęki i troski.

Rozdział 3

Ewa przysłuchująca się rozmowie mocniej przytuliła karmionego synka. Ignaś stanowczo zaprotestował wobec tych nachalnych czułości i odepchnął ją małą piąstką. Uśmiechnęła się, widząc jego zdegustowaną minę, choć w jej sercu pojawił się niepokój.

– Pan Bronek chyba się rozchorował – oznajmił Kamil, chowając smartfona do kieszeni. – Umówiłem go na jutro do lekarza. Dobrze, że udało się tak szybko wszystko załatwić.

– Może to tylko osłabienie? – zasugerowała z nadzieją w głosie. – On nie lubi upałów, a ostatnio temperatury są nieznośne.

Kamil przez chwilę milczał, zastanawiając się nad słowami Ewy. Może faktycznie trzeba było zadbać o klimatyzację w domu babci i Bronka? Lata stawały się coraz bardziej upalne, a wysokie temperatury szczególnie szkodzą przecież starszym ludziom. Postanowił, że porozmawia o tym z babcią.

– Może. Ale nie ma co gdybać. Jutro obejrzy go lekarz i będziemy wiedzieli, o co chodzi – odparł po chwili, zerkając na żonę.

– Au! – krzyknęła, czując bolesne pociągnięcie.

Ignacy zareagował głośnym śmiechem, po czym jeszcze mocniej pociągnął pasmo jej włosów, które przed chwilą niespodziewanie chwycił i owinął wokół rączki.

– O, ty mały łobuzie – przemówiła do niego z czułością, jednocześnie próbując wyplątać włosy z zaciśniętej piąstki. – Ładnie to tak mamusi włosy wyrywać?

Kamil również się roześmiał, podszedł do żony i delikatnie wyplątał jej włosy spomiędzy paluszków chłopca.

– Już zaczyna rządzić – mruknął z udawaną powagą. – Charakter ma zdecydowanie po matce.

– Bardzo śmieszne! – Ewa prychnęła, ale oczy jej się śmiały. – Przekorę i stawianie na swoim ma na pewno po tobie. Ja nigdy nie byłam taka zaborcza.

– Czy ja wiem? – Spojrzał na nią figlarnie i uśmiechnął się dwuznacznie. – To zależy, o jakich okolicznościach mówimy. Zdarza ci się nade mną domi… – Nie dokończył, bo musiał się bronić przed poduszką, która poleciała w jego stronę.

– Przestań! – Twarz Ewy się mocno zarumieniła. – On wszystko słyszy.

– Ale nie rozumie – zripostował Kamil i odłożył poduszkę na miejsce.

Ignacy, pozbawiony swojej włosowej zabawki, znów wtulił się w ramię Ewy i zaczął niewinnie ssać piąstkę. Najwidoczniej nie poczuwał się do winy za spowodowanie bólu u mamy. Rozczulał ją ten widok, ale nie mogła się pozbyć myśli o Bronku. Starszy mężczyzna był dla niej kimś więcej niż sąsiadem. Stał się dla niej dziadkiem, którego nigdy nie miała. Nie tylko pomógł jej, gdy przyjechała do Krasnegostawu, dzieląc się wszystkim, co miał, ale i łączył ją z przeszłością. Z babcią, opowieściami i rodzinnym domem, który kiedyś dał jej potrzebne schronienie.

– Może z wami jutro pojadę? – zaproponowała. – Będzie mu raźniej.

Kamil spojrzał na jej zmartwioną twarz i pokręcił przecząco głową.

– To nie jest dobry pomysł. Znasz go. Wiesz, że bardzo ceni sobie samodzielność i nie lubi rozczulania się nad nim. Nie chcę go zawstydzać ani krępować naszą troską. Im mniej zamieszania wokół niego, tym lepiej.

– Pewnie masz rację. Ale wolałabym być w pobliżu.

Spojrzał na nią uważniej.

– Nie ma co się nakręcać na zapas. Może to zwykłe osłabienie.

– Dopiero co w moim życiu zaczęło się układać. Zobacz, po tylu latach… – Głos jej się załamał, ale szybko wzięła się w garść. – Wreszcie i dla mnie zaświeciło słońce. Spotkała mnie miłość, stworzyliśmy rodzinę, mamy syna, dom. Mam pracę, którą kocham, i ludzi, którzy przygarnęli mnie do serca, gdy się tu pojawiłam.

Otarła szybko łzę, ale ruch ten nie umknął uwadze Kamila.

– Takie niestety jest życie. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. – Pogładził Ignasia po głowie. – Wierzę jednak, że pan Bronisław zostanie z nami jeszcze wiele lat. Zrobię wszystko, co tylko się da, żeby miał dobrą diagnostykę, i oczywiście leczenie, jeśli będzie potrzebne.

– Dziękuję. – Przytuliła mocniej synka i ucałowała Kamila w policzek. – Pamiętasz, jak on się cieszył, gdy urodził się Ignaś? Przyniósł słoiki z kompotem i mówił, że to „dla młodego gospodarza”.

Kamil uśmiechnął się na to wspomnienie.

– Pamiętam. I jak pół godziny stał nad wózkiem, bo nie mógł się na młodego napatrzeć.

Ignacy, jakby wyczuwając, że rozmowa toczy się wokół niego, zaczął coś gaworzyć i energicznie machać nóżkami.

– Widzisz? – Kamil szturchnął żonę lekko ramieniem. – On też nie ma zamiaru nikogo tak łatwo wypuszczać z życia.

Ewa westchnęła.

– Myślisz, że Bronek się boi?

– Każdy się trochę boi – odpowiedział spokojnie. – Na pewno jednak tego nie pokaże, żeby nas przypadkiem nie zmartwić. Znasz go. Woli żartować, niż przyznać, że coś go boli.

Ewa skinęła głową. Zbyt dobrze pamiętała, jak wiele lat milczał o swoich uczuciach, o Wandzie, o stracie. Taki już był. Wszystko nosił w sobie.

– Chyba pójdę z Ignasiem do nich w odwiedziny – zdecydowała nagle. – Opowiem im, co już ustaliliśmy w sprawie chrzcin. Może to zajmie im trochę myśli.

– Albo tobie – odparł, puszczając do niej oko.

– Tak, muszę go zobaczyć. Czuję taką potrzebę.

– Zatem idź. Na pewno się ucieszy.

– Wybierzesz się z nami?

– Chciałbym, ale ostatnio zaniedbałem gospodę. Zaczęły się wakacje, mamy sporo gości. Muszę pomyśleć, jak ustawić grafik, żeby pani Rozalia poradziła sobie z tym najazdem. Poza tym trzeba sprawdzić zapasy, rezerwacje, popłacić faktury. – Ziewnął przeciągle. – Same nudy.

– Nudy? No co ty opowiadasz? Przecież to lubisz.

– Lubię, ale odkąd mam ciebie i Ignasia, praca mniej mnie cieszy.

Ewa uśmiechnęła się, założyła synkowi cienką, bawełnianą czapeczkę i wzięła go na ręce.

– Nie marudź – rzuciła z czułością. – Idź ogarniać swoje nudy, a my ruszamy w odwiedziny.

Wyszła przed dom i od razu uderzył ją czerwcowy upał. Słońce stało wysoko, powietrze drżało lekko nad rozłożystą wierzbą. Włożyła gaworzącego synka do wózka, rozłożyła nad nim parasol, by ochronić go przed słońcem, i podśpiewując mu cicho, ruszyła ku widocznej w oddali drodze.

Co chwilę przystawała, żeby poprawić synkowi czapeczkę, skarpetkę albo po prostu pocałować go w czoło lub stópkę. Wciąż nie mogła uwierzyć, że jest matką. Na samą myśl o tym, że to dzieciątko jest jej, że jest za nie odpowiedzialna, oczy napełniały jej się łzami wzruszenia i wdzięczności. Chciała być najlepszą matką z możliwych. Taką, która zawsze jest, ma czas i cierpliwość. Dobre słowo i uśmiech. Taką jak jej mama, gdy ona sama była małą dziewczynką.

Myśl o matce nieco popsuła jej nastrój. Co prawda dzwoniły do siebie co kilka dni, a wiadomości wymieniały prawie codziennie, ale odwiedziła ją tylko raz. Przyjechała na ślub i zaraz po nim wyjechała.

Ewa starała się ją zrozumieć. Po tym, czego się dowiedziała o powodzie jej długoletniej nieobecności, wszystko jej wybaczyła. Wybaczyła jej lata samotności, upokorzeń i cierpienia, którego doświadczała, nie mając w niej wsparcia i opieki. Miała jednak nadzieję, że teraz, kiedy już ją odnalazła i poznała prawdę, mama zechce powrócić na dobre do jej życia. A Barbara wciąż nie była na to gotowa. Ewa zaczęła powoli wątpić, czy kiedykolwiek będzie.

Cicho westchnęła i uniosła głowę ku niebu. Nie znalazła na nim ani jednej chmurki. Piękny, idealny błękit, który wyraźnie odcinał się od soczyście zielonych pól. Poranne mgły dawno już ustąpiły, przywracając krajobrazowi ostre kontury i nasycone barwy. Było pięknie.

Ignacy wiercił się niespokojnie, więc Ewa poprawiła go w wózku i już nie rozglądając się wokół siebie, ruszyła w stronę podwórka Bronka.

Furtka skrzypnęła cicho, kiedy ją pchnęła. Ten dźwięk był stały, niezmienny i bardzo kojarzył jej się z pierwszym dniem w Krasnymstawie. Wtedy wchodziła na to podwórko niepewnie i z obawą. Tym większą, że wcześniej miała nieprzyjemność poznać Danutę, bardzo niemiłą sąsiadkę, która potraktowała ją obcesowo. Zresztą, mimo iż mieszkała tu już ponad cztery lata, ich relacje nie uległy zmianie. Pani Danka jej nie lubiła, więc i ona z czasem zaczęła odwzajemniać to uczucie. Była jedyną osobą w tej małej wsi, która tu kompletnie nie pasowała.

– Cóż, nie może być zbyt idealnie, bo byłoby nierealnie – mruknęła i mocniej pchnęła wózek.

Sad tonął w słońcu. Liście jabłoni mieniły się zielenią, a wśród gałęzi uwijały się pszczoły. Kozy pasły się leniwie przy ogrodzeniu, co jakiś czas podnosząc łby i potrząsając uszami. W powietrzu unosił się zapach nagrzanej ziemi i świeżej trawy.

Matylda z Bronkiem siedzieli na ławce przed domem i popijali kompot z papierówek. Ten zapach poznałaby z kilometra. Żaden inny tak nie pachniał.

– O, cóż to za dostojne towarzystwo nas zaszczyca? – zawołała ucieszona Matylda, zrywając się od razu z ławki. – Prababciny królewicz przyszedł.

Chłopiec w odpowiedzi głośno zagulgotał. Kobieta, nie pytając Ewy o pozwolenie, od razu wzięła go na ręce.

– Piękności ty moje najsłodsze – szeptała, kołysząc chłopca delikatnie. – Zobacz, Bronku, jak on urósł. Kilka dni go nie widziałam, a jemu od razu ze trzy centymetry przybyło.

– Siadaj, Ewuniu – zagaił Bronek. – Na Matyldę to teraz nie ma co liczyć. Dziecko w ramionach i koniec. Nikt i nic więcej się nie liczy.

– Och, co ten dziadek za głupoty gada? – zagadała Matylda czule do Ignacego. – Babcia, a właściwie prababcia, wszystko widzi i słyszy. I mamie kompotu by nalała, ale przecież mama wie, gdzie stoją szklanki i sobie może jedną przynieść. Prawda, aniołku?

Bronek i Ewa zaśmiali się i pokiwali ze zrozumieniem głowami.

– Mówiłem! I po kobiecie – orzekł Bronek teatralnie.

– Właściwie nie dziwię się zachwytom babci. Ja mam go na co dzień, a i tak co chwilę tracę dla niego głowę. Pójdę po szklankę, bo ten kompot tak kusi, że nie mogę sobie odmówić.

Ruszyła do wnętrza domu, który przywitał ją przyjemnym chłodem. Wzięła głęboki oddech, zaciągając się aromatem suszonych przez Matyldę ziół, chwyciła stojącą na suszarce przy zlewie staromodną szklankę w kwiatki i wróciła do ogrodu. Podeszła do stolika i hojnie nalała sobie różowawego płynu. Była tak spragniona, że z lubością szybko wypiła całą szklankę, po czym usiadła obok Bronka. Przez chwilę oboje w milczeniu obserwowali, jak Matylda zabawia chłopca. To był piękny widok i piękna chwila. Taka, która zostaje w pamięci na zawsze.

– Ignaś ma mnóstwo szczęścia w życiu – powiedziała z czułością. – Ma rodziców, dziadków, pradziadków i mnóstwo kochających go osób.

Bronek bez słowa położył dłoń na jej dłoni i lekko ją uścisnął. Oboje wiedzieli, co ma na myśli. Ona takiego szczęścia nie zaznała.

– Opowiedz nam lepiej o tych chrzcinach – zagadnęła Matylda, widząc, że dziewczyna zmarkotniała. – Kamil wspominał mi, że już macie ustalony termin.

– Tak, i termin, i chrzestnych. Oczywiście poprosiliśmy Anastazję i Antka.

– Dobry wybór – pochwalił Bronek. – Antek to porządny chłopak. Taki mój przyszywany wnuk. Jak ty.

– Też go polubiłam – odparła. – Będą wspaniałymi chrzestnymi. A kiedyś może i rodzicami. Oboje są zapatrzeni w Ignasia jak w obrazek i psują go do granic możliwości.

– Poczekaj, niech on tylko podrośnie – przestrzegła Matylda. – Dopiero zacznie się rozpieszczanie.

– Pierwsza będziesz do psucia.

– Oj tam, zaraz psucia. – Machnęła lekceważąco ręką.

– Już ja wiem, co tu się szykuje – odparł rozbawiony.

– Właśnie dlatego musi mi pan pomóc utrzymać ich w ryzach – powiedziała Ewa, patrząc na niego z sympatią. – Chociaż my zachowajmy zdrowy rozsadek.

– Jak Bóg da, to przypilnuję towarzystwa – powiedział cicho, nerwowo drapiąc się po krzaczastej brwi.

– Da, da! – wtrąciła Matylda szybko. – On wie, jak bardzo jesteś nam tu potrzebny. A jak zapomniał, to ja Mu dzisiaj wieczorem podczas pacierza przypomnę.

Ignacy roześmiał się perliście, jakby chciał potwierdzić jej słowa. Bronek pochylił się w stronę chłopca i pogładził go delikatnie po pulchnym policzku. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Stare, doświadczone życiem oraz młode, dopiero poznające świat. Tak różne, a jednak wzajemnie się rozumiejące. Bronek zapomniał i o problemach ze zdrowiem, i o najbliższych mu kobietach, które siedziały obok. Byli tylko on, Ignaś oraz sad wypełniony zapachami lata.

Patrząca na nich Ewa poczuła uścisk żalu. Nie chciała, żeby ta relacja skończyła się, zanim tak naprawdę się zaczęła. Pragnęła, żeby Ignaś mógł poznać i zapamiętać Bronka. Żeby miał wspomnienia, do których zawsze będzie mógł wracać. Wspomnienia człowieka, który stał się jej bliższy niż ktokolwiek z jej rodziny.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie