Powrót ziemian - Marcin K. Schirmer - ebook

Powrót ziemian ebook

Marcin K. Schirmer

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ziemianie jako warstwa społeczna zostali zniszczeni po 1944 roku przez komunistyczne władze. W okresie PRL-u systematycznie niszczono relikty ziemiańskiej kultury. Znacząca część współczesnych właścicieli obiektów zabytkowych na terenach wiejskich, nawiązuje do historii i tradycji miejsca, poszukując źródeł historycznych i kontaktów z rodzinami spadkobierców. Często gromadzą pamiątki po byłych posesorach.

  • Goszyce Nowe, znajduje się w rękach spadkobierców dawnych właścicieli Marty i Michała Smoczyńskich. Od lat z mozołem remontują piękny dwór.
  • Pałac w Guzowie został odkupiony od gminy przez potomków przedwojennych posesorów rodzinę Sobańskich. Pomimo olbrzymiego zaangażowania wciąż pozostaje nieukończony.
  • Kopytowa, dwór na Podkarpaciu, to z kolei przykład realizacji pasji obecnego właściciela Andrzeja Kołdera, który kupił ten zabytek, odrestaurował go, a następnie zorganizował w nim muzeum własnych zbiorów .
  • Korzkiew to zamek pod Krakowem, w który tchnął nowe życie Jerzy Donimirski. Po dźwignięciu z ruiny stanowi interesujący przykład architektury obronnej, umiejętnie i ze smakiem zaadaptowanej do współczesnych potrzeb.
  • Petrykozy, dwór pod Warszawą. Został ocalony przez aktora Wojciecha Siemiona i stał się znanym ośrodkiem ekspozycji sztuki ludowej i miejscem spotkań środowiska artystycznego.
  • Sułkowice, dwór w centrum Polski, to przykład współczesnego domu rodzinnego w historycznym wnętrzu, pełniącego zarazem rolę otwartego salonu muzycznego.
  • Pałac w Zarzeczu na Podkarpaciu, muzeum rodziny Dzieduszyckich -dawnych właścicieli. Przykład porozumienia zawartego pomiędzy spadkobiercami i władzami samorządowymi.

HISTORYCZNE SIEDZIBY ZNOWU PROMIENIUJĄ KULTURĄ WZMACNIAJĄC I ŁĄCZĄC LOKALNĄ SPOŁECZNOŚĆ - JAK PRZED WIEKAMI.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 172

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Projekt graficzny książki, okładki, stron tytułowych oraz skład i łamanie wersji do druku

Fahrenheit 451

 

Ilustracja na okładce

Karolina Siemion

 

Redakcja i korekta

Barbara Manińska

 

Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z archiwów bohaterów tekstu.

 

Postprodukcja, retusz zdjęć, przygotowanie do druku

TEKST Projekt

 

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

 

Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora, współautora oraz wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

 

ISBN 978-83-68123-64-7

 

Copyright by Marcin K. Schirmer

Copyright for Zona Zero Sp. z o.o.,

Warszawa 2026

 

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35

faks: 22 877 37 34

e-mail: [email protected]

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Ilustracje

Nowy dwór w Goszycach – miejsce przepojone historią

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Wstęp

Tytuł niniejszej książki Powrót ziemian jest oczywiście przewrotny. Powrót stosunków własnościowych i społecznych, jakie znamy sprzed wojny, jest niemożliwy. Ziemianie jako warstwa społeczna zostali bezpowrotnie zniszczeni po 1944 roku przez komunistyczne władze, które znacjonalizowały majątki ziemskie bez odszkodowania, nakazując zarazem właścicielom opuścić ich rodzinne domy.

 

W okresie PRL-u dwór jako siedziba ziemiańska, ostoja tradycji i polskości, a zarazem miejsce różnego rodzaju aktywności (społecznej, edukacyjnej, modernizacyjnej) miał zniknąć z polskiego pejzażu. Dlatego w tym czasie celowo doprowadzono do systematycznego niszczenia reliktów ziemiańskiej kultury. Rok 1989 rozbudził nadzieję na powrót spadkobierców dawnych właścicieli do swych domów. Niestety, wobec braku ustawy reprywatyzacyjnej okazało się to niemożliwe. Dwory, przynajmniej te, które jeszcze pozostały, wciąż niszczały. Większość z nich znalazła się w gestii Agencji Nieruchomości Rolnych, która przejęła mienie po pegeerach. Po przemianach ustrojowych ziemia rolna została wydzierżawiona bądź sprzedana chłopom, a dawne siedziby ziemiańskie okazały się dzieckiem niechcianym. Pozostałe, po ustawie komunalizacyjnej, znalazły się w posiadaniu władz samorządowych, które również nie potrafiły lub nie chciały znaleźć dla nich zastosowania.

W III RP część osób ze środowiska ziemiańskiego decydowała się na podjęcie próby odzyskania swoich domów, czy to na drodze procesowej, czy też poprzez ich zakup. Ci, którym się to udało, przywracają z mozołem, nieraz przez wiele lat, dawną świetność swoim siedzibom. Jednocześnie obiekty takie zaczęli sprzedawać dotychczasowi właściciele, tj. administracja państwowa i samorządowa. W ten sposób powstał wtórny rynek zabytkowych nieruchomości wiejskich, który w ostatnim czasie rośnie. Od pewnego czasu obserwujemy zwiększone zainteresowanie dawnymi rezydencjami (dworami, pałacami i zamkami), co spowodowane jest rosnącą zamożnością społeczeństwa. Coraz więcej osób, które osiągnęły sukces w biznesie lub innych dziedzinach życia, decyduje się na zakup takich nieruchomości. Powody są różne. Niektórzy robią to w celach inwestycyjnych, ale są i tacy, którzy posiadanie dworu czy pałacu traktują jako zaspokojenie swoich ambicji lub spełnienie marzeń. Posiadanie wiejskiej rezydencji staje się modne, a w niektórych kręgach wręcz pożądane i prestiżowe, jako wyznacznik statusu społecznego. Związane jest to także z naśladowaniem przez nasze elity wzorów znanych z Europy Zachodniej. Niektóre z takich obiektów służą do prowadzenia w nich działalności gospodarczej (hotele, pensjonaty, restauracje, domy weselne). Nie jest tu moją rolą ocenianie pobudek, jakimi kierowali się nabywcy. Każdy z tych przypadków, jakkolwiek różny, ma ten pozytywny aspekt, że nieruchomości takie są remontowane i przywracana jest im dawna świetność. Tym samym są zabezpieczone przed dalszą degradacją, a często wręcz unicestwieniem. Oby tylko działo się to zgodnie z zasadami sztuki konserwatorskiej i z poszanowaniem zabytkowej materii.

Znaczna część współczesnych właścicieli obiektów zabytkowych na terenach wiejskich (niezależnie czy związanych rodzinnie z ziemiaństwem, czy też nieposiadających takich tradycji) w sposób świadomy nawiązuje do historii i tradycji miejsca, poszukując źródeł historycznych i kontaktów z rodzinami spadkobierców. Często gromadzą pamiątki po byłych posesorach i zbierają historyczne świadectwa dokumentujące przeszłość. Utrwalają w ten sposób historię miejsca, ale zarazem pokazują siebie jako spadkobierców tradycji z nimi związanych. Wielu z nich, rozumiejąc funkcję, jaką w przeszłości pełniła w społeczeństwie siedziba ziemiańska, stara się ją w różnych zakresach kontynuować. Organizują otwarte imprezy o charakterze kulturalnym, edukacyjnym, gospodarczym i innym, wzbogacając i aktywizując zarazem lokalne społeczności. Dawne siedziby ziemiańskie (a przynajmniej niektóre z nich) ponownie stają się ośrodkami kultury i ważnym punktem odniesienia na wsi, nawiązując do najlepszych tradycji z historii. Pokazuje to trwałość fenomenu dworu polskiego i pragnienie kontynuowania dawnych wzorców.

Obserwując tę sytuację od lat i będąc zaangażowany w ochronę dziedzictwa ziemiańskiego, postanowiłem przybliżyć Czytelnikom wybrane przykłady takich działań. Uważam, że zasługują one na popularyzację i wsparcie. Oczywiście jest to tylko wybór i nie wyczerpuje tematu. Takich obiektów jest w całej Polsce znacznie więcej. Przegląd jest subiektywny, ale od czegoś trzeba zacząć. Kryteria doboru były dwa: uratowanie zabytkowego obiektu, będącego w przeszłości siedzibą ziemiańską, od zniszczenia i prowadzenie w nim działalności nawiązującej do historii miejsca i dawnych właścicieli. Sprawą wtórną jest, choć oczywiście nie bez znaczenia, czy dom ten wrócił do rodziny spadkobierców, czy też dostał się w ręce nowych osób. Różna jest też skala opisywanych obiektów, od zamków i pałaców, aż do małych dworów. Różny jest też rodzaj prowadzonej działalności: koncerty, wystawy, edukacja, inne... Wspólny mianownik to działanie na rzecz dobra wspólnego i kontynuowanie ziemiańskiego etosu, jakim było szerzenie kultury wysokiej na terenach wiejskich. Stąd tytuł Powrót ziemian ma charakter bardziej symboliczny niż faktyczny. Powrót ziemian dokonuje się nie w wymiarze materialnym, a symbolicznym, duchowym i kulturowym. Świadczy to o ciągłości trwania etosu ziemiańskiego i jego sile oddziaływania. I jakkolwiek skala tego zjawiska nie jest wielka, to jednak ma ono miejsce. Ba, ma charakter rosnący. I dlatego warte jest przybliżenia.

Powyższy fenomen przedstawiam na siedmiu wybranych przykładach. Wszystkie znane mi osobiście. Są to: Goszyce Nowe (dwór Małopolska), Guzów (pałac Mazowsze), Kopytowa (dwór Podkarpacie), Korzkiew (zamek Małopolska), Petrykozy (dwór Mazowsze), Sułkowice (dwór woj. łódzkie) i Zarzecze (pałac Podkarpacie). Obiekty pochodzą z różnych części Polski i reprezentują różne typy ziemiańskich siedzib.

Goszyce Nowe, dwór pod Krakowem, który obecnie znajduje się w rękach spadkobierców dawnych właścicieli. Od lat z mozołem remontują go, próbując przywrócić domowi dawną świetność. Jest to miejsce promieniujące kulturą, organizowane są w nim spotkania i wernisaże oraz kameralne koncerty.

Guzów to rzadki na Mazowszu przykład architektury rezydencjonalnej w tzw. kostiumie francuskim. Pałac został odkupiony od gminy przez potomków przedwojennych posesorów. Stanowi przykład walki rodziny o przywrócenie dawnej świetności swojej siedzibie. Pomimo ponad dwudziestu lat starań o przywrócenie mu świetności wciąż pozostaje nieukończony.

Kopytowa, dwór na Podkarpaciu, to z kolei przykład realizacji pasji obecnego właściciela, który kupił ten zabytek, odrestaurował go, a następnie zorganizował w nim muzeum wyposażone w zbiory pochodzące z własnej kolekcji. Prowadzi w nim działalność edukacyjną i warsztaty dla młodzieży.

Korzkiew, nieduży zamek pod Krakowem, w który tchnięto nowe życie. Po dźwignięciu z ruiny stanowi interesujący przykład architektury obronnej, umiejętnie i ze smakiem zaadaptowanej do współczesnych potrzeb. Miejsce wielu inicjatyw społecznych i wydarzeń kulturalnych.

Petrykozy, dwór pod Warszawą ocalony przez aktora Wojciecha Siemiona, stał się znanym ośrodkiem ekspozycji sztuki ludowej, ale także miejscem wielu ciekawych wydarzeń kulturalnych i środowiskowych.

Sułkowice, dwór w centrum Polski, to przykład współczesnego domu rodzinnego w historycznym wnętrzu, w którym odbywają się cyklicznie otwarte dla publiczności koncerty muzyczne. Miejsce promieniujące muzyką i sztuką.

I wreszcie pałac w Zarzeczu na Podkarpaciu, aktualnie muzeum rodziny Dzieduszyckich, dawnych właścicieli. To przykład porozumienia zawartego pomiędzy spadkobiercami i władzami samorządowymi, w wyniku którego stworzono publiczną palcówkę kultury, umożliwiając zarazem potomkom dawnych właścicieli uczestnictwo w życiu obiektu i lokalnej społeczności.

Na koniec Autor pragnie podziękować wszystkim osobom, które udzielały cennych informacji, dzieliły się swoją wiedzą, udostępniały kontakty, weryfikowały tekst i tym samym przyczyniły się do powstania tej książki.

 

Autor

Ilustracje

Dwór w Goszycach Nowych współcześnie – elewacja ogrodowa.

Dwór w Goszycach Nowych. Smoczyńscy na tarasie dworu w trakcie prac remontowych.

Michał Sobański na tarasie pałacu w Guzowie. Fot. Marcin Brzezinski.

Pałac w Guzowie od strony tarasu. fot. Marcin Brzezinski.

Michał Sobański z siostrą Izabelą w sali balowej. Pałac w Guzowie w czasie remontu.

Kopytowa, dwór przed wejściem. Andrzej Kołder z żoną i Ewą Cisowską, architektką wnętrz.

Kopytowa, dwór, 2025. Zjazd absolwentów z okazji 50. rocznicy matury.

Kopytowa, dwór, 2021. A. Kołder, prof. Kazimierz Ożóg, prof. Joanna Rusin i red. Adam Bienias. Odwiedziny w ramach akcji „Moda na język polski”.

Zamek w Korzkwi. Jerzy i Anna Donimirscy z dziećmi: Władkiem, Janem, Heleną i Marią.

Zamek Korzkiew, dziedziniec, podczas imprezy historycznej. Pierwszy z prawej J. Donimirski.

Kraków. Jerzy Donimirski (w środku) podczas uroczystości Maltańskich.

Petrykozy, dwór od frontu. Fot. Eastnews/Wiesław M. Zieliński.

Wojciech Siemion w czasie imprezy w Petrykozach. Fot. Piotr Andrzejczak/PPC/East News.

Sułkowice, dwór, 2025. Piotr Biliński zapowiada koncert z okazji Bożego Narodzenia.

Akwarela Teresy Haliny Kuczyńskiej z 2008 roku przedstawiająca dwór w Byszewach.

Przed dworem w Sułkowicach podczas letniego koncertu.

Uczestnicy zjazdu rodzinnego Dzieduszyckich przed kościołem w Zarzeczu. W nim mieści się rodzinna krypta grobowa.

Pałac w Zarzeczu. Uroczystość rodzinna. Pierwsza z lewej Izabela Dzieduszycka.

Wnętrze pałacu Dzieduszyckich w Zarzeczu.

Dwór, po latach użytkowania przez PGR i Agencję Nieruchomości Rolnych, był straszliwie zniszczony, praktycznie na progu ruiny. W momencie transakcji w budynku mieszkały jeszcze dwie rodziny, które zostały później przekwaterowane do mieszkań Agencji. Początkowo do prowizorycznego zamieszkania przystosowany został jeden pokój z kuchnią i małą łazienką z brodzikiem na cegłach. Nowi właściciele zaczęli od porządków i wywożenia nagromadzonych śmieci i rupieci. Michał wiele prac wykonywał sam.

Wydaje się, że mało jest w Polsce dworów tak silnie związanych z najnowszą historią Polski i o tak dużym potencjale intelektualnym. Jego ostatnia właścicielka Zofia Zawisza-Kernowa była działaczką niepodległościową, bliską współpracowniczką Józefa Piłsudskiego i jednocześnie pisarką, autorką kilku książek. To tutaj zawitał 3 sierpnia 1914 roku pierwszy legionowy patrol, tzw. siódemka Beliny.

Nowy dwór w Goszycach – miejsce przepojone historią

Z Goszycami był związany rodzinnie Jerzy Turowicz, twórca najważniejszego powojennego katolickiego pisma „Tygodnik Powszechny”. Tam też podczas okupacji znaleźli schronienie nasi wybitni literaci Czesław Miłosz i Jan Józef Szczepański. Dziś tradycje tego miejsca kontynuuje Michał Smoczyński, spadkobierca dawnych właścicieli, wraz żoną Martą z Wolskich. Dwór w Goszycach stanowi dziś ważny punkt nie tylko na turystycznej, ale także intelektualnej mapie Małopolski.

Dwa dwory w Goszycach

Goszyce położone są 27 km na północny wschód od Krakowa. W okresie zaborów oddzielał je od Galicji kordon graniczny, jako że znajdowały się na terenie Królestwa Polskiego, czyli w zaborze rosyjskim. Przez lata majątek ten, o którym pierwsze wzmianki pochodzą z początku XVI wieku, wielokrotnie zmieniał właścicieli, należał do m.in.: Opaleńskich, Łaskich, Wielopolskich i Morsztynów. W 1823 roku dziedzicem majątku został przodek obecnego właściciela Wojciech Boduszyński, lekarz i profesor oraz dziekan Wydziału Lekarskiego UJ, który w 1801 roku jako pierwszy wprowadził szczepienia przeciwko ospie na ziemiach polskich. Za udział jego syna Feliksa w powstaniu listopadowym majątek został skonfiskowany przez carski rząd. Na mocy amnestii jego część powróciła do właściciela, a resztę rozparcelowano pomiędzy służbę dworską. W 1860 roku gospodarujący w Goszycach Feliks stanął wobec konieczności spłacenia pozostałych 3/4 ojcowskiej schedy, która na mocy testamentu przypadała jego matce i dwom siostrom. Nie mając na to środków, zaproponował 17-letniej córce Józefie Marii, aby zgodziła się na intratną propozycję małżeństwa ze strony bogatego, dwukrotnie starszego od niej adwokata z Kielc Antoniego Zawiszy. Józefa zgodziła się na to dla ratowania majątku. Mąż przejął na własność Goszyce wraz ze zobowiązaniami, a teściom zapewnił dożywocie. Majątek został ocalony i był przez nowego właściciela doskonale zarządzany, ale historia nie miała happy endu. Jak wspomina prof. Marta Smoczyńska, matka obecnego właściciela: „Zawisza, chorobliwie zazdrosny, okazał się brutalnym przemocowcem. Maltretował młodą żonę, a szczególną nienawiść okazywał starszemu z synów Arturowi, ponoć był zazdrosny o miłość matki do dziecka. Rodzice Józefy, nie mogąc znieść tego, co działo się w domu zięcia, opuścili dwór, matka Józefy zamieszkała w Krakowie, ojciec zaś przeniósł się do jednego z pomieszczeń w budynku folwarcznym, gdzie zmarł”. Zdesperowana Józefa opuściła męża i związała się z Ludwikiem Wolskim, adwokatem ze Lwowa. Kolejnym właścicielem majątku został jej syn Artur Zawisza, który wkrótce zmarł. Ostatnią właścicielką dóbr była Zofia, córka Artura.

Na terenie wsi znajdują się dwa dwory – stary barokowy i nowy murowany. Ten pierwszy, drewniany, powstał pod koniec XVII wieku i uchodzi za najstarszy tego typu zabytek w Polsce. Z czasem został rozbudowany o dwa boczne alkierze, nakryty jest mansardowym dachem z gontu. Od frontu znajduje się na piętrze facjata wsparta na dwóch kolumnach. Artur Zawisza, który odziedziczył majątek, ze względu na rodzinne przeżycia nie chciał mieszkać w starym domu i dlatego postanowił wznieść nową, murowaną siedzibę. Budynek ten, nazywany z początku „pałacem”, miał dać Arturowi i jego rodzinie nowy początek, wolny od widm przeszłości, miał być „domem dobrym”, przeciwwagą dla starego „domu złego”. Podczas realizowania tego projektu Artur nie postawił nawet swojej stopy w starym dworze, mieszkał w jednym z sąsiadujących dworów i stamtąd kierował pracami. Wspomagał go jego szwagier, wynalazca inż. Wacław Wolski, który odpowiadał za niezwykle na owe czasy nowoczesne wyposażenie techniczne budynku, takie jak wodociąg i pompa, system centralnego ogrzewania, winda między kuchnią a jadalnią itp. Początek budowy tzw. nowego dworu, który posadowiono w parku nieopodal starego, datuje się na rok 1897/8. Pod koniec 1900 lub z początkiem 1901 roku młodzi Zawiszowie z 12-letnią Zosią przeprowadzili się ze Szpitar i zamieszkali w nowej siedzibie. Niestety w tymże roku Artur, twórca „domu dobrego”, zmarł.

Autorstwo projektu niektórzy przypisują znanemu krakowskiemu architektowi Teodorowi Talowskiemu. Składa się on z dłuższej parterowej części i dostawionego do niej prostopadle piętrowego skrzydła, w którego narożu umieszczono alkierz. Dwór, nakryty dwuspadowym dachem, został wyposażony we wszelkie znane wówczas wygody, jak łazienka z bieżącą wodą i centralne ogrzewanie. Z piwnicy, gdzie umieszczono kuchnię, potrawy były transportowane windą. Od frontu znajduje się wejście poprzedzone schodami z tarasem, a od strony ogrodu otwarty ganek. W części piętrowej mieściło się atelier fotograficzne właściciela. Dom jest usytuowany w obszernym parku, a prowadziła do niego grabowa aleja. Podczas pierwszej wojny, wskutek uderzenia bomby, uszkodzona została część piętrowa. Podczas odbudowy obniżono ją o jedną kondygnację. W okresie międzywojennym majątek zarządzany przez męża właścicielki R. Kerna funkcjonował znakomicie. Prowadzono hodowlę mlecznych krów, których mleko i przetwory dostarczano do Krakowa. Po wojnie został znacjonalizowany, a zabudowania trafiły w użytkowanie Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, która prowadziła tu ośrodek szkoleniowy dla studentów geodezji. Od lat sześćdziesiątych XX wieku resztówką administrowała Stacja Hodowli Roślin. Później wnętrza przebudowano i zaadaptowano na mieszkania pracownicze Stacji Hodowli Roślin. Po przemianach ustrojowych budynek niszczał, a w 2002 roku wrócił w ręce spadkobierców dawnych właścicieli, którzy mieszkają w nim do dziś. Natomiast stary dwór został już wcześniej, w 1983 roku, sprzedany osobom prywatnym, niezwiązanym z rodziną. Obecnie w Goszycach nadal znajdują się dwa dwory, z tym że w posiadaniu dwóch różnych właścicieli. Nas będzie interesował nowy dwór.

Zofia Zawiszanka i jej „najpiękniejszy dzień w życiu”

Ostatnią, a zarazem najbardziej znaną właścicielką majątku Goszyce była Zofia Zawisza-Kernowa (1889–1971) 1. voto Gąsiorowska. Naszej bohaterce przyszło żyć w ciekawych, ale także niebezpiecznych czasach. Początek wieku XX zapowiadał się niezwykle burzliwie, najpierw wybuchła rewolucja 1905 roku, a wkrótce potem zamach w Sarajewie stał się zarzewiem konfliktu na skalę światową. Zofia była postacią wyrastającą ponad przeciętność, poetką, prozaiczką i publicystką, działaczką społeczną i niepodległościową. Używała pseudonimów Anna Wiśniowiecka, Szerowa, większość prac opublikowała pod nazwiskiem panieńskim jako Zofia Zawiszanka. Myślę, że warto jej sylwetkę omówić nieco szerzej. Wywodziła się z rodziny o patriotycznych i ziemiańskich korzeniach. Urodzona w Szpitarach jako córka Artura Zawiszy i Marii z Wolskich mieszkała w dworze w Goszycach od 1901 do początku 1945 roku, kiedy to władze komunistyczne wyrzuciły ją z rodzinnego majątku. Ojciec matki Ludwik Wolski był prawnikiem, działaczem społecznym, politykiem i miłośnikiem literatury oraz historii, osiadłym we Lwowie i należącym do elity intelektualnej miasta. Napisał rozprawę zatytułowaną Diagnoza, wydaną przez J. Kraszewskiego w tomie zbiorowym pt. Album Muzeum Narodowego w Rapperswyllu. W tekście Wolski zastanawiał się nad dalszym bytem Polaków pozbawionych swojego państwa. Pisał krytycznie o powiększającym się upadku moralnym rodaków, zwracał uwagę na rosnący zanik więzi między mieszkańcami trzech zaborów, tudzież postępujący upadek ducha wśród inteligencji, która zamiast nadawać kierunek narodowej kulturze, popadała w marazm i zniechęcenie.

Niestety w 1901 roku niespodziewanie zmarł Artur Zawisza, ojciec Zofii, pozostawiając ją samą z matką. Dlatego wkrótce matka, mając problemy z zarządzaniem majątkiem, zdecydowała się na przeprowadzkę do Lwowa, gdzie mogła liczyć na wsparcie mieszkającego tam brata Wacława. Wacław Wolski był nafciarzem i wynalazcą, mężem wybitnej poetki Maryli z Młodnickich. Zofia często bywała w należącej do wujostwa willi „Zaświecie”. Tam poznała środowisko młodych literatów, co później znalazło wyraz w jej twórczości. Poznała wówczas poetę Leopolda Staffa i krytyka Ostapa Ortwina, należących do poetycko-literackiej grupy Płanetników. Przede wszystkim jednak pragnęła służyć Polsce i to najlepiej w charakterze żołnierza, co podkreślała we wspomnieniach: „Od dzieciństwa pragnęłam gorąco być polskim żołnierzem. Odkąd poznałam Trylogię Sienkiewicza, pragnienie to nabrało cech pewnej manii: w wieku 10–12 lat «wojsko» było jedyną zabawą, która mnie zajmowała – a w gruncie rzeczy czymś więcej znacznie niż zabawą”.

Zofia już jako młoda dziewczyna zaangażowała się w konspiracyjną działalność niepodległościową. Wcześniej jednak podjęła naukę. Polegało to głównie na samokształceniu w duchu patriotycznym i niepodległościowym w „Czytelni” prowadzonej przez młodzież związaną z Ligą Narodową. Było to ważne środowisko formujące osobowość młodej dziewczyny, w którym kluczową rolę odgrywał dobór lektur i dyskusje. Dlatego rzuciła się w wir działalności konspiracyjnej. Wkrótce zaczęła współpracować także z Towarzystwem Szkoły Ludowej oraz Towarzystwem Bratniej Pomocy, a także publikowała artykuły w młodzieżowych pismach „Teka”, „Pobudka” i „Zarzewie”, które było redagowane przez Stanisława Sosabowskiego. W 1909 roku jako 20-letnia panna została przyjęta do Związku Walki Czynnej, konspiracyjnej organizacji powstałej we Lwowie w 1908 roku z inicjatywy Kazimierza Sosnkowskiego przy współudziale Władysława Sikorskiego, a mającej na celu przygotowanie kadr dla polskiego wojska.

Na studia przeniosła się do Krakowa, podjęła naukę na Wydziale Rolnym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Taki wybór kierunku studiów podyktowany był koniecznością przejęcia w przyszłości majątku i podjęła go bez entuzjazmu, po prostu z poczucia obowiązku. Szybko zaangażowała się w ruch strzelecki, ćwicząc w parku Jordana musztrę i taktykę wojskową razem z kilkunastoma innymi młodymi damami. Wtedy poznała Józefa Piłsudskiego, którego osobowość wywarła na niej duże wrażenie. Był to okres żywiołowo rozwijających się różnych organizacji strzeleckich, przygotowywanych na wybuch długo oczekiwanej wojny. Choć kobiety także były w tym ruchu aktywne, to ich zapał nie spotykał się z aprobatą ówczesnego konserwatywnego społeczeństwa. Toteż pełniły w nich zwykle funkcje pomocnicze, a podczas wojny służyły jako kurierki i sanitariuszki. W 1911 roku oddziały żeńskie dopuszczono do udziału w ćwiczeniach terenowych, jeden z nich, w ramach Polskich Drużyn Strzeleckich, Zofia zorganizowała w Krakowie, zostając jego komendantką pod pseudonimem Anna Wiśniowiecka. Razem z Gąsiorowskim, swoim przyszłym mężem, zakładała Drużyny Strzeleckie. Jako jedyna kobieta zdała egzamin oficerski PDS. W lecie 1914 roku zostało utworzone przez J. Piłsudskiego Biuro Wywiadowcze przy Komendzie Głównej, na czele którego stanął Walery Sławek „Gustaw”, odpowiedzialny za wszystkie działania wywiadowcze. Wśród pierwszych wywiadowców znalazła się Zofia Zawiszanka, która przeprowadzała wywiady nadgraniczne w kierunku Słomnik i Miechowa. W tym wypadku rola kobiet była nie do przecenienia, jako że rosyjska żandarmeria nie podejrzewała niewiast o pełnienie tajnych misji. Dnia 1 sierpnia wyruszyła na zwiad także Zofia, udało się jej wówczas ustalić miejsce pobytu rosyjskiej brygady straży granicznej. Tak to wydarzenie wspominała w pamiętnikach: „Nie pamiętam już, czy sama zgłosiłam się do niego z pomysłem zorganizowania wywiadów nadgranicznych – czy też on (tj. Walery Sławek) mi z góry dał to polecenie. Na razie miałam zbadać stan rzeczy w Słomnikach i złożyć o tym raport […] cieszyłam się w duchu z zamiany roboty organizacyjnej na wywiady i agitację w terenie, prawie że już wojennym, na szerszą zakrojone skalę i nęcące niebezpieczeństwem”. Po zakończeniu studiów Zofia zamieszkała w Goszycach, często odwiedzając Kraków, co wiązało się z przejściem kordonu granicznego. Cały czas kontynuowała działalność konspiracyjną, kolportując wśród mieszkańców okolicznych wsi pismo „Polak”, czemu towarzyszyła również agitacja niepodległościowa. Jej dwór stał się magazynem „bibuły”, m.in. broszury „Skarb i Wojsko” oraz punktem kontaktowym i przerzutowym ludzi i druków na trasie Kongresówka–Galicja.

Powszechnie oczekiwane wypowiedzenie wojny przyjęte zostało w Galicji z dużymi nadziejami. W nocy z 2 na 3 sierpnia wyruszył z Krakowa na teren Królestwa pierwszy patrol, którego zadaniem było dokonanie rozpoznania wroga przed wkroczeniem sił głównych. Składał się on z siedmiu żołnierzy, później był znany jako tzw. siódemka „Beliny”. W skład oddziału wchodzili: Janusz Głuchowski ps. „Janusz”, Antoni Jabłoński ps. „Zdzisław”, Zygmunt Karwacki ps. „Bończa”, Stefan Kulesza ps. „Hanka”, Stanisław Skotnicki ps. „Grzmot”, Ludwik Skrzyński ps. „Kmicic” oraz dowódca Władysław Prażmowski ps. „Belina”. Granicę przekroczyli jadąc bryczką, jako że nie posiadali koni, które dostali później w jednym z majątków. Rozkaz zakładał penetrację terenu, rozbicie rosyjskiego punktu mobilizacyjnego w Jędrzejowie, zdobycie koni i przekształcenie się w oddział kawaleryjski. 3 sierpnia pojawili się we dworze w Goszycach, pierwszym punkcie po rosyjskiej stronie, co nie było przypadkowe. Należał on bowiem do Zofii Zawiszy, która była członkiem konspiracji i znała jednego z wywiadowców, Zygmunta Karwackiego ps. „Bończa”, z krakowskiej działalności niepodległościowej. Rankiem właścicielka została zbudzona pukaniem w okiennice. „Powstanie! W Warszawie rewolucja! Nas jest siedmiu w lesie – pierwszy oddział! Czy możemy przyjść, dostać śniadanie i dwie pary koni na dalszą drogę?”. Zofia natychmiast obudziła domowników i służbę dworską, która przygotowała posiłek. Opisywała to później jako najszczęśliwszy dzień w jej życiu: „Nie wiem, czy liście drżały wówczas, ale moje serce kołatało w piersi, tam, pod uchylonymi drzwiami, jakby miało pęknąć. […] Moskale byli jeszcze niedaleko […] ci chłopcy szli na pewną śmierć… ode mnie żądali tylko pożywienia i czterech koni […] Szczęście, cud, wieczność – te wszystkie słowa nabierają nagle sensu, rumieńca krwi żywej – a oni się pytają… nie, to nie do uwierzenia!”. W ten sposób narodziła się legenda siódemki „Beliny”, pierwszego polskiego oddziału idącego w bój za wolną i niepodległą Polskę, silnie kultywowana podczas II RP. Sam Belina-Prażmowski, późniejszy pułkownik, uczestnik wielkiej wojny i wojny polsko-bolszewickiej, a także działacz społeczny i państwowy oraz prezydent Krakowa i wojewoda lwowski, stał się postacią legendarną. Jeszcze tego samego dnia Zofia pojechała do Krakowa, aby przekazać komendantowi Legionów J. Piłsudskiemu meldunek od Beliny. To pierwsze spotkanie z Piłsudskim twarzą w twarz wywarło na niej duże wrażenie. „Godzina spędzona w tym sztabowym pokoju więcej zaważyła na moim życiu niż całe lata. Nie było już miejsca na wątpliwości! Dopiero teraz słowo «rozkaz» nabrało dla mnie istotnego znaczenia”.

Wraz z wybuchem wojny rozpoczął się dla niej czas intensywnej działalności konspiracyjnej jako zwiadowca. Była niezwykle oddana komendantowi, do którego żywiła wielki szacunek. Jej wrodzona inteligencja oraz znajomość języka, obyczajów i funkcjonowania rosyjskich władz z terenu Królestwa Polskiego, sprawiały, że dostawała różne zadania do wykonania. Tworzyła placówkę wywiadowczą zajmującą się obserwacją przemieszczających się wojsk rosyjskich na terenie guberni kieleckiej i w Radomiu. „Nasze zadanie polegało wówczas na zorganizowaniu gęstej sieci ognisk wywiadowczych i szybkim przesyłaniu wiadomości w tył tak, by teren w promieniu 40–60 km przed oddziałem był dobrze znany”. Była niezwykle aktywną zwiadowczynią do czasu zarażenia się w trakcie służby w 1915 roku tyfusem. Po odzyskaniu zdrowia do czynnej służby nie powróciła. Jej dom nadal był miejscem spotkań różnych osób ze środowiska legionowego, a także składem nielegalnych druków. W tymże roku wyszła za mąż za Janusza Gąsiorowskiego, oficera Legionów, którego znała jeszcze z czasów gimnazjalnych z przedwojennej konspiracji we Lwowie. Po urodzeniu w 1916 roku córki Anny (jej ojcem chrzestnym był Józef Piłsudski) pozostała w swoim rodzinnym domu, zarządzając gospodarstwem, podczas gdy jej mąż, oficer austriacki, walczył na frontach pierwszej wojny światowej. Wojna położyła się cieniem na ich małżeństwie. J. Gąsiorowski po dezercji z armii austriackiej przedostał się do Warszawy do J. Piłsudskiego, jednocześnie porzucając młodą żonę z córeczką. Po wojnie kontynuował karierę wojskową, osiągając stopień generała brygady, uczestniczył w kampanii wrześniowej, umarł na emigracji. Był także bliskim współpracownikiem Komendanta.

W Goszycach Zofia podjęła współpracę z lokalnym oddziałem niedawno utworzonego Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie”, chociaż nie było to proste, bo uważano ją za dziedziczkę. Pozostawała członkinią Polskiej Organizacji Wojskowej, jednak obowiązki rodzinne ograniczyły jej aktywność do minimum. W rodzinnej wsi zorganizowała zaciąg ochotników do Legionów, obiecując nadanie ziemi za służbę ojczyźnie. Obietnicę zrealizowała i po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej rozparcelowała część majątku, z którego utworzyła przysiółek Legionówka, gdzie znajdowały się parcele dawnych legionistów. W tracie wojny doszło do ostrzału domu, w jego wyniku poważnie została uszkodzona piętrowa część budynku. Odbudowano ją obniżając o jedną kondygnację, co zmieniło proporcje dworu. Zofia skomentowała to bez sentymentu, stwierdzając, że może to i dobrze, bo przedtem Goszyce były bardziej pałacowe, a teraz są bardziej dworskie. Po wybuchu wojny z bolszewikami ponownie wstąpiła do wojska w stopniu kapitana i została zastępczynią Aleksandry Zagórskiej, komendantki Ochotniczej Legii Kobiet. Nie wysłano jej na front, tylko powierzono zadanie zorganizowania w powiecie miechowskim Pogotowia Wojennego Kobiet, zajmującego się służbą wartowniczą.

Po zakończeniu wielkiej wojny Zofia Zawisza pozostała na stałe w Goszycach, choć zarządzanie majątkiem nigdy jej nie pociągało pomimo fachowego przygotowania. W 1925 roku właścicielka Goszyc poślubiła inżyniera kolejnictwa Romualda Kerna, z którym nie miała potomstwa. Drugi mąż, mimo technicznego wykształcenia, był pasjonatem rolnictwa i przejął zarząd gospodarstwem, które znakomicie prowadził. W sierpniu 1924 roku, w dziesiątą rocznicę wkroczenia patrolu Beliny, Zofia podejmowała w Goszycach marszałka J. Piłsudskiego i tych z dawnych beliniaków, którzy przeżyli. Na pamiątkę tych wydarzeń wmurowana została w ścianę dworu pamiątkowa tablica. Za zasługi na rzecz niepodległości Zofia Zawisza-Kernowa została odznaczona Krzyżem Niepodległości z Mieczami oraz Srebrnym Krzyżem Zasługi, a także kilkoma pamiątkowymi odznakami legionowymi. Była jedyną kobietą mającą prawo do noszenia odznaki pamiątkowej I Kompanii Kadrowej. Nadal uczestniczyła, choć w ograniczonym zakresie, w życiu publicznym, akcjach wyborczych ludowców oraz w legionowym ruchu kombatanckim. Zajmowała krytyczne stanowisko wobec poczynań politycznych sanacji i BBWR, zwłaszcza po „wyborach brzeskich”. Próbowała nawet dotrzeć do Belwederu, aby osobiście przekazać Marszałkowi swoje uwagi. Jednak bezskutecznie, nie została dopuszczona przed jego oblicze. Swój stosunek do sanacyjnych rządów zawarła w niepublikowanym tekście Rozmowa, której nie było... Jednak do końca życia pozostała wierna komendantowi Piłsudskiemu, którym była zafascynowana. Po każdym spotkaniu z nim sporządzała na bieżąco notatki, które obecnie pod nazwą Rozmowy można znaleźć w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Londynie.

W okresie międzywojennym jej powołaniem, któremu oddała się z właściwym sobie zaangażowaniem, stało się pisarstwo. Debiutowała jeszcze w 1917 roku, ogłaszając pod pseudonimem „Przerowa” broszurę Nasz naczelnik Józef Piłsudski. Jej twórczość była bardzo różnorodna, publikowała wiersze, wspomnienia, opowiadania, powieści dla młodzieży oraz artykuły w prasie. Do wybuchu wojny opublikowała, pod nazwiskiem Zofia Zawiszanka, pięć książek: Głos wśród burzy (Lwów 1918), Poprzez fronty. Pamiętnik wywiadowczyni 1 pułku piech. leg. z 1914 r. (Warszawa 1928), Córka Boga (Warszawa 1930), Świt wielkiego dnia, powieść o dzieciństwie Marszałka na podstawie wspomnień jego siostry Zofii Kadenacowej (Warszawa 1938) i Plemię żółwia uskrzydlonego (Warszawa 1938). Była członkinią Związku Literatów Polskich. Miała chyba ambicję zostania popularną autorką, ale nie zajęła takiego miejsca w literaturze, jakiego pragnęła. Tematyka jej książek była szlachetna, patriotyczna, podnosząca głównie takie cnoty wojskowe, jak odwaga, wierność, umiejętność podejmowania trudnych decyzji. Opisywała uwielbiane postacie: Józefa Piłsudskiego i Joannę d’Arc, kobietę–żołnierza. Jej twórczość miała charakter panegiryczny i nie zawsze trafiła w gusty czytelników.

W latach trzydziestych bardziej poświęcała się sprawom lokalnym. Przewidując wybuch wojny, mobilizowała swoje podkomendne z Powiatowej Służby Kobiet, organizując szkolenia i ćwiczenia wojskowe. Po wybuchu wojny ewakuowała się wraz z mężem i zięciem Jerzym Turowiczem na wschód. Po kilku tygodniach wrócili do Goszyc, gdzie spędzili całą okupację niemiecką. Wykorzystując stare znajomości, nawiązała kontakty z organizacją podziemną w Krakowie. Jej dwór stał się znowu, jak przed laty, centrum różnych działań niepodległościowych. Przechowywano w nim prasę podziemną i broń, przeprowadzano szkolenia sanitarne i wojskowe, wspomagano partyzantkę i przede wszystkim opiekowano się uchodźcami, którzy unikając prześladowań, licznie napływali do dworu w oczekiwaniu schronienia i pomocy.

Jerzy Turowicz – twórca „Tygodnika Powszechnego”

Jedyna córka Zofii, Anna Gąsiorowska, studentka historii na UJ i przyszła tłumaczka z języka francuskiego, w 1935 roku zaręczyła się z kolegą ze studiów Jerzym Turowiczem. Jej wybranek pochodził z krakowskiej rodziny inteligenckiej. Ojciec Jerzego, August, sędzia, później radca prawny „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, był też działaczem Akcji Katolickiej oraz działał w organizacjach katolickich. Z kolei matka Klotylda z Turnauów wywodziła się ze znanej na terenie Galicji rodziny ziemiańskiej o neofickich korzeniach. Współcześnie najbardziej znanym przedstawicielem tej rodziny jest Grzegorz Turnau, krakowski muzyk i bard. Jerzy i Anna pobrali się tuż przed wojną w 1938 roku i zamieszkali w Krakowie, gdzie Jerzy został dziennikarzem „Głosu Narodu”.

Jerzy Turowicz to postać niezwykle ważna dla polskiej kultury, intelektualista, dziennikarz i opozycjonista w czasach PRL-u. Początkowo uczęszczał na Wydział Budowy Maszyn Politechniki Lwowskiej, którego nie ukończył z powodów zdrowotnych. W latach 1934–1939 studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego historię i filozofię. Podczas studiów działał w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, reprezentującym „centrowy”, opozycyjny wobec nurtu tradycyjnego prąd katolicyzmu polskiego. Był redaktorem naczelnym „odrodzeniowego” biuletynu „Dyszel w Głowie”, a w 1936 roku uczestniczył w kongresie PAX Romana w Wiedniu. W chwili wybuchu wojny Turowiczowie przeprowadzili się do teściów do Goszyc, ponieważ na wsi było łatwiej i bezpieczniej żyć. Tam urodziły się dwie ich córki, w 1940 roku Elżbieta, później zamężna Jogałła, a w 1941 roku Joanna, później zamężna Piasecka. Trzecia, Magdalena (zamężna Smoczyńska) urodziła się już po wojnie w Krakowie w roku 1947. Po 1945 roku, kiedy to całą rodzinę wyrzucono z majątku, Turowiczowie, podobnie jak Kernowie, przenieśli się do Krakowa. W 1945 roku Jerzy Turowicz wraz z ks. Janem Piwowarczykiem, z inicjatywy i pod patronatem Księcia Metropolity abp. Adama Stefana Sapiehy, zaangażował się w tworzenie nowego pisma katolickiego „Tygodnik Powszechny” z podtytułem „Katolickie Pismo Społeczno-Kulturalne”. Jerzy Turowicz od początku był jego redaktorem, a po kilku miesiącach został formalnie redaktorem naczelnym. W redakcji znaleźli się wybitni ludzie kultury i działacze katoliccy: ks. Jan Piwowarczyk, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Antoni Gołubiew, Stanisław Stomma, Paweł Jasienica, Hanna Malewska, Stefan Kisielewski, Jacek Woźniakowski, Józefa Hennelowa, Jan Józef Szczepański, Zbigniew Herbert, a po 1956 roku Krzysztof Kozłowski, Marek Skwarnicki, Tadeusz Mieczysław Pszon, ks. Józef Tischner, ks. Adam Boniecki i wielu innych. Funkcję tę, co było ewenementem w skali światowej, sprawował przez ponad 50 lat. W tym okresie wystąpiły dwie przerwy wydawnicze spowodowane wydarzeniami historycznymi. W 1953 roku po śmierci J. Stalina Turowicz wraz ze współpracownikami odmówił opublikowania panegirycznego nekrologu dyktatora, co spowodowało odebranie redakcji tytułu i przekazanie go PAX-owi. Redaktora objął zakaz zatrudniania, wskutek czego rodzina znalazła się na trzy lata bez środków do życia. Turowicz tłumaczył książki i publikował je pod pseudonimem. Był wspierany finansowo przez Kościół krakowski, a wśród osób, które przekazywały mu część swego uposażenia znalazł się ks. Karol Wojtyła. W 1956 roku redakcja wróciła do prawowitych właścicieli, a „Tygodnik” stał się szybko główną trybuną niezależnej myśli w powojennej Polsce, skupiając wokół siebie wybitnych humanistów i pisarzy, odrzucających ideologię marksistowską i kierujących się społeczną nauką Kościoła. Nie mogli bezpośrednio angażować się w politykę, ale starali się bronić kościoła, korzystając ze wsparcia i pozycji metropolity krakowskiego. Propagowali model kultury zakorzenionej w chrześcijaństwie, ale otwartej na inne prądy, co później spotkało się z krytyką tradycyjnie nastawionych środowisk. Turowicz zamieszczał w „Tygodniku” relacje z II Soboru Watykańskiego. Wtedy wzmocniły się jego związki z biskupem Karolem Wojtyłą, który jako młody ksiądz publikował artykuły w „Tygodniku”. Po wyborze w 1978 roku na Tron Piotrowy Polaka „Tygodnik” stał się „pismem papieskim”, a Jerzy Turowicz brał udział w podróżach Jana Pawła II. Ta trwająca przez lata współpraca nie była wolna od napięć, jako że w latach dziewięćdziesiątych papież krytykował linię redakcyjną za zbytnią lewicowość. W sierpniu 1980 roku pismo i jego redaktor naczelny włączają się w ruch ,,Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku „TP” po raz drugi w historii zostaje zawieszony, tym razem na sześć miesięcy. Na jego łamy trafili wówczas dziennikarze, którzy nie mieli gdzie publikować, jako że zostali usunięci z innych pism, bądź sami z nich odeszli. Jerzy Turowicz został członkiem Rady Prymasowskiej oraz Komisji Episkopatu do spraw Dialogu z Judaizmem. W 1988 roku wszedł w skład Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, a w 1989 roku uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu. Zmarł w Krakowie w 1999 roku. Pod koniec życia jego sekretarzem był wnuk Michał Smoczyński, obecny właściciel dworu w Goszycach.

Goszyce 1901 r. Fot. Artur Zawisza.

Maria z Wolskich i Artur Zawiszowie, budowniczowie nowego dworu w Goszycach.

Ślub Anny z Gąsiorowskich i Jerzego Turowicza, Goszyce 26.11.1938.

10. rocznica Pierwszego Patrolu Beliny-Prażmowskiego, Goszyce 3.08.1924 r.Od lewej stoją: Leon Kozłowski, Edward Dzik-Kleszczyński, Michał Galiński, Wanda Szczepanowska, Stefania Flekówna-Krasowska, Ludwik Kmicic-Skrzyński, Zofia Zawiszanka 1° voto Gąsiorowska 2° voto Kernowa, Kazimierz Stamirowski, Janusz Głuchowski, Wanda Gąsiorowska-Marokini, Stanisław Grzmot-Skotnicki, Władysław Belina-Prażmowski, Jerzy Jabłonowski; siedzą: Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Anna Kuchn, Maria Dargunówna, Józef Piłsudski, Klara Schrenzel, Alicja Wentkowska; na ziemi siedzą: Janka Lenartówna, Anna Gąsiorowska.

Okres okupacji, Goszyce 1942, Anna Turowiczowa z córkami Joanną i Elżbietą.

Okres okupacji, Goszyce 1942. Jerzy Turowicz z córką Joanną.

Stan przed kupnem 2002 r.

Aniela Smoczyńska z dziadkiem Marcinem Wolskim, Goszyce 2005.

Goszyce. Prace remontowe.

Goszyce. Stan obecny.

Goszyce. Salon.

Goszyce. Salon.

Goszyce. Sień pełniąca funkcję jadalni.

Goszyce, widok z drona.

Okupacja w Goszycach

Okres okupacji to czas szczególny, który wniósł bardzo wiele w życie mieszkańców i gości goszyckiego dworu. Stał się wówczas przystanią i miejscem schronienia, nie tylko dla bliższej i dalszej rodziny, ale także dla całej rzeszy różnych uchodźców i osób zagrożonych represjami. Pochodzili oni zarówno z terenów okupacji niemieckiej, jak i sowieckiej. Właścicielka dworu przyjęła m.in. rodzinę Wolskich z Perepelnik, w tym ich nastoletniego syna Marcina, ojca Marty Smoczyńskiej, obecnie żony Michała. Chodziła na dworzec w Krakowie i sprowadzała do domu nieznane sobie osoby, którym ofiarowywała opiekę. Po upadku powstania warszawskiego przyjęto wyrzuconych mieszkańców zburzonej stolicy, w tym Czesława Miłosza z żoną i teściową. Do stołu zasiadało wówczas kilkadziesiąt osób. Wszystkich trzeba było wyżywić, zapewnić pracę, żeby nie zostali wywiezieni na roboty, oraz zorganizować czas wolny. Kwitło życie towarzyskie i intelektualne. We dworze znajdowała też schronienie liczna młodzież, która należała do konspiracji. Przechowywano w nim broń, bibułę oraz inne akcesoria przydatne w podziemnej działalności. Kernowie ukrywali też Żydów – trzyosobową rodzinę Aleksandra Glücksmanna, kolegi gimnazjalnego właściciela. Dwór przeżył przeszukania przez niemieckich żandarmów, którzy jednak niczego nie znaleźli. Zdarzyło się, że Kern i Turowicz zostali aresztowani. Na szczęście nic im nie udowodniono i zostali wypuszczeni, w czym pomogła nienaganna niemczyzna właściciela dworu, a także przesłany świniak i wódka. Agnieszka Skąpska, której rodzice przebywali wówczas w Goszycach, tak wspominała okupacyjne życie codzienne we dworze: „Ktoś potrafił prząść, ktoś inny barwić, więc wieczorami siedziało się przy głośnej lekturze albo śpiewie i oddawało takim zajęciom. Czytał najczęściej oczywiście Jerzy Turowicz. Latem dziewczyny pomagały w ogrodzie, m.in. zbierały płatki róży perepelnickiej, z której ucierano konfiturę. Róża była też źródłem znaczącego dochodu dla dworu: w okresie kwitnienia płatki były ekspediowane wozami do zakładu cukierniczego «Piasecki» (obecnie Wawel) w Krakowie”. Poza tym „Wojna niewiele zmieniła, jeśli chodzi o zarządzanie domem i gospodarstwem, czym się zajmowali: Romuald Kern, Anna Turowiczowa i pracownicy dworu. W domu byli to: furman, ogrodnik, kucharka Dońcowa. Obyczaje domowe były jednak diametralnie odmienne od obecnie obowiązujących, m.in. kiedy kolacja była wydana i wszystko posprzątane, kuchnię zamykano na klucz, a Dońcowa wychodziła do domu, zabierając go ze sobą. Nie było szans zjedzenia czegoś «po godzinach». (Kiedy chłopcy, którymi opiekował się mój ojciec, Wacław Wójcik, mieli ochotę na jabłka, które kucharka trzymała w spiżarni, wymyślili, że najłatwiej będzie je podprowadzić przez okno za pomocą długiego kija zakończonego gwoździem, na który nabijało się owoc). Uważano, że nie można jadać, kiedy się chce, ale wtedy, kiedy posiłki są gotowe i podane. I nie jada się tego, na co ma się ochotę, ale to, co znalazło się na stole. Nad wszystkim wisiał imperatyw oszczędzania. Nie bez powodu cukiernice były zamykane na klucze – cukier był drogi, więc wydawano go jedynie w określonych okolicznościach. Jedzenie na co dzień było skromne, choć Dońcowa potrafiła wszystko robić wspaniale: nabiał, przetwory, pieczywo (pieczone raz w tygodniu ciasta pojawiały się tylko na specjalne okazje). Produkty były świeże i zdrowe, ale potrawy raczej niewyszukane”.

Oprócz wielu bezimiennych osób w Goszycach znalazło także schronienie wielu wybitnych przedstawicieli wywodzących się z kręgów intelektualnych, m.in. pisarz Jan Józef Szczepański i poeta Czesław Miłosz. Późniejsza żona Szczepańskiego, Danuta Wolska, wnuczka Wacława i Maryli Wolskiej (była wychowanką Kernowej) tak wspominała ten czas: „Było jeszcze daleko do końca Powstania Warszawskiego, gdy dowiedzieliśmy się, że do Goszyc przyjeżdża Czesław Miłosz z żoną. Goszyce to był majątek mojej ciotki Zofii Gąsiorowskiej-Kernowej, matki Anny Turowiczowej. Mieszkało tam mnóstwo osób, które w czasie wojny utraciły domy i nie miały gdzie się podziać, m.in. Turowiczowie z dwiema córkami czy mój przyszły mąż Jan Józef Szczepański. Ciasnota była okropna. Zdarzało się, że do obiadu siadało nawet 30 osób! Miłosz z żoną Janiną i jej matką otrzymali mały pokój z jednym oknem w tzw. starym dworze – ładnym i pod gontem, ale raczej niewygodnym. Na wszystkie posiłki musieli chodzić do dworu głównego, do którego jesienią prowadziła rozjechana, błotnista droga (kiedyś zostawiłam w tym bagnie buty). Klozet był na zewnątrz. Turowicz znał oczywiście Miłosza i cieszył się na ten przyjazd; on był w ogóle bardzo rad takim gościom. Ponieważ w czasie okupacji brakowało nafty i trudno było sobie pozwolić na luksus indywidualnego czytania, wieczorami Jerzy zbierał chętnych przy stole jadalnym i czytywał na głos (on bardzo ładnie czytał) rozmaite książki, także wiersze Miłosza. W goszyckim dworze mieszkało sporo młodzieży, nieuczącej się i bez matury, więc starszyzna wymyśliła, że będzie dobrze, jeśli Miłosz będzie nam wykładał literaturę. I on rzeczywiście się nami zajął, ale odbyło się tylko parę spotkań, bo nie byliśmy zbyt chętni do nauki”.

Późniejszy wybitny pisarz Jan Józef Szczepański, wówczas członek oddziału partyzanckiego, wspomnienia z pobytu zawarł w książce Trzy czerwone róże. Przedstawił tam sylwetkę Zofii Kernowej i atmosferę okupacyjnego życia. Z kolei w opowiadaniu Koniec legendy opisał ostatniego sylwestra w Goszycach, który miał miejsce na przełomie 1944/1945. Doszło wówczas do różnicy zdań pomiędzy Szczepańskim, członkiem konspiracji, zwolennikiem walki zbrojnej, a Miłoszem kwestionującym sens powstania warszawskiego, który twierdził, „że człowiek z talentem (konkretnie on sam) nie ma prawa narażać się lekkomyślnie, chodziło wówczas o konspirację i powstanie. To prawda, że można było zginąć bez udziału w walce. Ale ta jego pewność własnej misji czy szansy znalazła teraz pełne usprawiedliwienie”. Miłosz, wyśmiewając się z jego zaangażowania, „dawał mi do zrozumienia, jakim jestem prymitywem i ignorantem, jaką znikomą rolę odgrywam w dramacie, w którym obaj uczestniczymy”. Według Szczepańskiego Miłosz „dla każdego z nas jest problemem – wspaniałym poetą i tchórzliwym człowiekiem (chodziło o popieranie przez poetę reżimu komunistycznego po wojnie), budzącym bardzo zasadnicze zastrzeżenia”. Przeżycia w Goszycach zaciążyły nad całym życiem obu twórców i do pojednania pomiędzy nimi doszło dopiero wiele lat po wojnie, pod koniec życia poety.

Sylwester z 1944 na 1945 r. był zarazem ostatnim sylwestrem we dworze przed jego nacjonalizacją. Panowała wówczas specyficzna atmosfera, jako że front stał blisko i czuć było nadchodzące zmiany, z czego zdawano sobie sprawę. Wyzwolenie spod okupacji niemieckiej oznaczało zarazem zagładę dotychczasowego świata. Doszło do zderzenia dwóch postaw – insurekcyjno-romantycznej i pragmatyczno-wyczekującej. Cała ta zgromadzona w Goszycach mikrospołeczność jawiła się jako epigoni bezpowrotnie odchodzącej epoki. Szczepański opisał panującą wówczas atmosferę w przejmującym opowiadaniu Koniec legendy, w którym podejmował dyskusje nad sensem ofiary powstania warszawskiego i zajęcia postaw wobec nowej rzeczywistości – nadchodzącej komunistycznej władzy. Zestawiał w nim postawę porucznika „Szarego”, partyzanta, alter ego pisarza, zwolennika walki zbrojnej o niepodległość, który znalazł się we dworze, oraz poety Wielgosza, który uważał, że należy przeczekać, a potem zawrzeć porozumienie ze zwycięzcą. Pokazał zarazem przemijający bezpowrotnie świat polskich dworów i ziemiaństwa. Miłosz, przedstawiony jako poeta Wielgosz, poczuł się dotknięty opisem swojej osoby.

Koniec ziemiańskiego świata

W styczniu 1945 roku do Goszyc wkroczyli Rosjanie, co oznaczało koniec starego świata. Zaczęły się rabunki i zniszczenia. W lutym rodzina dostała nakaz eksmisji, a majątek został znacjonalizowany w ramach tzw. reformy rolnej. Pozwolono wywieźć niektóre elementy wyposażenia, pamiątki rodzinne i zdjęcia, które tym samym szczęśliwie ocalały. Część dobytku Kernowie i Turowiczowie przekazali okupacyjnym gościom Goszyc. Meble, ze względu na szczupłość miejsca, rozdano po rodzinie. Kernowie stali się bezetami i osiedli w Krakowie w wynajętym dwupokojowym mieszkaniu u znajomej z czasów przedwojennych. Turowiczowie z córkami zamieszkali w kwaterunkowym mieszkaniu. Tam musieli ułożyć sobie życie na nowo. Przez wiele lat żyli w biedzie, kiedy problemem było kupienie dzieciom prezentów. Romuald Kern jakiś czas pracował w poniemieckim majątku na Dolnym Śląsku. Przynajmniej mógł wykorzystać swoje rolnicze doświadczenie. Zmarł w 1955 roku. W jego pogrzebie w Luborzycy tłumnie uczestniczyli mieszkańcy Goszyc i okolic, bo pozostawił po sobie wdzięczną pamięć. Po jego śmierci Zofia czuła się bardzo osamotniona. Spisywała wspomnienia, porządkowała swoje archiwum. Jeździła często do Goszyc, gdzie nie wolno jej było się pojawiać, podejmowana przez kilka zaprzyjaźnionych rodzin, w tym wspomnianej wyżej kucharki Dońcowej, dworskiego ogrodnika Nocunia, Kawalców i innych. Bardzo interesowała się, pomimo uciążliwych bólów kręgosłupa, bieżącymi wydarzeniami w kraju i na świecie. Żyła przeszłością, a w Ankiecie o starości dla Instytutu Badań Literackich napisała, że najmocniej zapamiętała „pierwsze dni wojny w 1914 r., cudowne spełnienie moich najśmielszych marzeń, a zwłaszcza tę chwilę, gdy mnie obudzono o świcie wiadomością, że pierwsi polscy żołnierze są w naszym lesie”. Umarła w 1971 roku do końca pozostając aktywna, pomimo bólów kręgosłupa. Pochowana została przy mężu, rodzicach i przodkach na cmentarzu luborzyckim koło Goszyc. Jej ostatnią wolą, którą przekazała Janowi Józefowi Szczepańskiemu było: „Kup trzy czerwone róże, najlepiej ciemnoczerwone, i zanieś je ode mnie na grób Beliny-Prażmowskiego. Mam nadzieję, że wiesz, o kogo chodzi”.

Życie po życiu

Obecnym właścicielem dworu w Goszycach jest Michał Smoczyński, który gospodaruje tam wraz z żoną Martą. Jest synem córki Jerzego Turowicza, Magdaleny, a wnukiem Anny Gąsiorowskiej-Turowiczowej i prawnukiem ostatniej właścicielki Zofii Kernowej, która zdążyła go jeszcze poznać, bo umarła, kiedy miał pół roku. Sięgając wstecz do dawnego właściciela Goszyc Wojciecha Boduszyńskiego, Michał jest jego potomkiem w ósmym pokoleniu. Niestety Anna Turowiczowa zmarła w 2000 roku, nie odzyskawszy rodzinnego domu, o czym marzyła. Na mocy testamentu roszczenie odziedziczyło jej pięcioro wnuków, którym umożliwiono nabycie dworu z parkiem drogą pierwokupu od skarbu państwa w 2002 roku. Dla Marty z Wolskich Smoczyńskiej goszycki dom także jest bliski. Jej ojciec Marcin był prawnukiem Ludwika, który jest także przodkiem Michała. Wolscy w czasie okupacji spędzili tam kilka lat, do Goszyc trafili w 1940 roku, uciekając z majątku Perepelniki położonego na wschód od Lwowa. Jak wspominała ciotka Marty, Joanna z Wolskich 1 voto Plewińska, 2 voto Potocka: „Dojechaliśmy pociągiem do Krakowa, skąd mieliśmy jechać do krewnych. Tymczasem, zupełnym przypadkiem, spotkaliśmy na dworcu ciotkę Zofię Kernową, która akurat na kogoś tam czekała. Mowy nie było, że pojedziemy do jakichś krewnych: „Natychmiast wszyscy przyjeżdżajcie do mnie”. I jak staliśmy, tak pojechaliśmy do Goszyc. Dworu ani majątku wcześniej nie znałam, choć pamiętam, że przed wojną rozmawiało się czasami w domu o Goszycach. Teraz zobaczyłam je na własne oczy, a także tłum krewnych (w tym wiele dzieci), którym ciocia Kernowa użyczała schronienia i gościny”.

Rodzina początkowo starała się odzyskać rodzinny dom na drodze reprywatyzacyjnej, co wobec braku ustawy okazało się niemożliwe. Pomimo złożonego w 1996 roku zastrzeżenia o ciążącym roszczeniu, doszło do sprzedaży kilkunastu atrakcyjnych działek, które rozdysponowano wśród lokalnej społeczności. Rodzina o tym fakcie nie została powiadomiona. Po latach niepowodzeń zdecydowali się na odkupienie resztówki od ówczesnego właściciela, czyli Agencji Nieruchomości Rolnych. Jak zgodnie powtarzają, punktem przełomowym był testament prababki Michała napisany w 1956 roku i skierowany do wnuczek. Testament został znaleziony w 2000 roku podczas porządkowania mieszkania Turowiczów. Zofia pisała w nim, że przyjdzie taki czas, kiedy rodzina odzyska swój dom, choć będzie to wymagało ofiar, ale trzeba koniecznie to zrobić. Dokument został skierowany do następnych pokoleń i okazał się proroczy. Zakup dworu był decyzją rodzinną, choć nie wszyscy podzielali entuzjazm Michała i Marty, uważając, że taka decyzja może pogrążyć rodzinę finansowo. Z czasem Michał i Marta Smoczyńscy spłacili krewnych i w tej chwili są właścicielami resztówki składającej się z dworu, parku i niewielkiej ilości ziemi ornej, w sumie 20 ha. Do Macieja Smoczyńskiego, brata Michała, należy stary spichlerz, który w przyszłości ma być zagospodarowany. Zabudowania folwarczne w międzyczasie uległy zniszczeniu. Jak już wspomniano, stary drewniany dwór został sprzedany jeszcze w 1983 roku, co spowodowało podzielenie pierwotnego założenia dworsko-parkowego.

Smoczyńscy mieszkali na stałe w Krakowie, gdzie pracowali zawodowo. Oboje są z wykształcenia romanistami. Podejmując decyzję o zakupie dworu, bardziej kierowali się sercem i romantycznymi opowieściami niż rzeczywistymi możliwościami. Przeważyły emocje, chcieli po prostu uratować rodzinny dom. Z czasem związali się z nim na stałe i nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej. Byli młodzi i nie myśleli, co będzie w przyszłości. Jak mówi Michał, ludziom wydaje się, że odbudowa dworu jest bardzo kosztowna, i mają rację. Tyle że my tych pieniędzy nie mieliśmy. Dlatego remont trwał tak długo i właściwie jeszcze się nie zakończył. Prace remontowe i adaptacyjne prowadzone są od 23 lat. Początkowo łączyli działalność zawodową w Krakowie z obowiązkami związanymi z remontem dworku i do Goszyc dojeżdżali na weekendy i święta. Z czasem postanowili zerwać z miastem i osiąść na miejscu. Stało się to w 2005 roku, kiedy zamieszkali we dworze z dwójką dzieci: 2,5-letnią Anielką i półrocznym Stasiem. Dwa lata później urodziła się Melania. Michał do 2014 roku dojeżdżał do pracy w Krakowie.

Dwór, po latach użytkowania przez PGR i Agencję Nieruchomości Rolnych, był straszliwie zniszczony, praktycznie na progu ruiny. W momencie transakcji w budynku mieszkały jeszcze dwie rodziny, które zostały później przekwaterowane do mieszkań Agencji. Początkowo do prowizorycznego zamieszkania przystosowany został jeden pokój z kuchnią i małą łazienką z brodzikiem na cegłach. Nowi właściciele zaczęli od porządków i wywożenia nagromadzonych śmieci i rupieci. Michał wiele prac wykonywał sam. Najtrudniejszą decyzją był remont dachu, połączony z zagospodarowaniem tam kilku dodatkowych pokoi. Dopiero w zeszłym roku udało się otynkować cały dwór z zewnątrz. Prace trwały pół roku, jako że wykonywał je najęty majster z Michałem jako pomocnikiem. Pomimo tylu lat zmagań wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia.

Klimat domu tworzą piękne przedmioty i meble, pieczołowicie gromadzone przez właścicieli. Część mebli stanowi oryginalne wyposażenie dworu – zostały w 1945 roku wywiezione do Krakowa, a po latach wróciły na swoje miejsce. Należą do nich biurko po Romualdzie Kernie, etażerka, stół, dwa krzesła i fotel oraz nieduża kanapa z bambusowym oparciem w stylu art deco. Pozostałe wyposażenie zostało nabyte przez aktualnych właścicieli na różnego rodzaju targach staroci lub zostało powierzone im przez znajomych. Zachowało się także sporo rodzinnych dokumentów, zdjęć i korespondencji. Wszystko to tworzy niepowtarzalny i zarazem autentyczny klimat tego domu, typowy dla polskiego dworu, bez niepotrzebnego blichtru, jak to niektórzy sobie wyobrażają. Dom otacza około dwuhektarowy park z częściowo zachowanym starym drzewostanem i niewielkim stawem. Widoczne są jeszcze resztki dawnej alei grabowej. Najważniejszym okazem jest świerk Victoria posadzony przez Józefa Piłsudskiego podczas pobytu Marszałka w Goszycach.

Właściciele od początku pragnęli, aby Goszyce stały się miejscem spotkań rodziny i przyjaciół. Dlatego prowadzili, pomimo niewygód, dom otwarty. Regularnie urządzali śpiewanie pieśni patriotycznych 11 listopada oraz wspólne kolędowanie. Organizowali także różne warsztaty. Życie w Goszycach nie było łatwe, szczególnie dla dzieci, które zostały wyrwane z miejskiego środowiska. Musiały dojeżdżać do Krakowa do szkoły, co powodowało bunt z ich strony. Dziś dojrzeli i widzą to inaczej. Traktują dwór jako element rodzinnej tradycji, którą trzeba przekazać kolejnym pokoleniom.

Po pandemii Michał i Marta podjęli decyzję, żeby otworzyć dom nie tylko dla rodziny i znajomych, ale także dla obcych. Postanowili wynajmować część pokoi, tak aby dwór częściowo się finansował. Poza tym dla samej rodziny był za duży. Był to przełom mentalny z ich strony, ale także finansowy. Od tej pory zaczęły się pojawiać jakieś regularne środki, które można było przeznaczyć na dalsze inwestycje. Najbliższa to położenie podłogi w jadalni. Dziś Smoczyńscy prowadzą w goszyckim dworze gospodarstwo agroturystyczne. Razem z gospodarzami można wspólnie spożywać posiłki w sieni, co buduje domową atmosferę. Nie chcą być i nie są typowymi przedsiębiorcami. Raczej pasjonatami dzielącymi się swoimi radościami z innymi. Jak podkreśla Marta: „Kuchnia jest sezonowa, inspirowana tradycją polską i śródziemnomorską. Inspirowana dlatego, że zawsze coś zmieniam w przepisach. Lubię eksperymentować w kuchni i często nie trzymam się dokładnie wskazówek. Korzystam z lokalnych produktów kupowanych od moich sąsiadów. Oprócz jarzyn, pochodzących w większości z naszego własnego ogrodu, oraz jajek od zaprzyjaźnionych kur, zaopatruję się u lokalnego młynarza i rzeźnika. Nabiał kupuję w małym zakładzie przetwórczym”. Gospodarze uważają, że trzeba być tolerancyjnym i otwartym. Taka postawa stanowi nawiązanie do czasów przedwojennych, a zwłaszcza wojennych, kiedy to Goszyce przyjęły wiele będących w potrzebie osób. Właściciele chętnie opowiadają o dworze i swoich przodkach, sprawiając, że taki pobyt staje się niepowtarzalny. Uważają, że ta historia jest na tyle ciekawa, że warto się nią dzielić. Chętnie także słuchają opowieści przyjezdnych. Przedkładają utrzymanie rodzinnej atmosfery nad komercję. Dlatego nie chcą organizować dużych imprez. Dysponują miejscem dla dziesięciu osób w pięciu pokojach mieszkalnych na piętrze. Na parterze mieszkają właściciele z dziećmi. Ci ostatni, jako że są w wieku studenckim, większość czasu spędzają poza Goszycami. Część wspólna składa się z salonu i biblioteki oraz dużej przelotowej sieni pełniącej funkcję jadalni. Znajduje się w niej duży stół mogący pomieścić wszystkich gości. W salonie stoi dziewiętnastowieczny fortepian, na którym odbywają się koncerty. Właściciele większość prac związanych z obsługą gości i utrzymaniem nieruchomości wykonują sami. Czasami pomagają im dzieci lub pracownicy najemni. Marta zajmuje się domem, gotowaniem i pokojami, Michał konserwacją i remontami oraz pielęgnacją ogrodu. Gromadzi także opał na zimę.

Istotną formą działalności jest organizowanie różnych spotkań zarówno o charakterze komercyjnym, jak i kulturalnym. Do pierwszych należą przyjęcia okolicznościowe, najczęściej wesela, ale raczej o kameralnym charakterze. Podczas mojego pobytu w Goszycach trwał kurs gry na harfie dla młodzieży. Właściciele Goszyc uczestniczą w Małopolskich Dniach dziedzictwa i organizują dni otwarte oraz targi, gdzie można nabyć produkty lokalnych producentów żywności i z pobliskiej winnicy. Poza tym ich dom może być bazą wypadową nie tylko do pobliskiego Krakowa, ale także aby odwiedzić Kopalnię Soli w Wieliczce, Lanckoronę, zamek w Niepołomicach lub wybrać się do Opactwa Benedyktynów w Tyńcu. W pobliżu jest wiele atrakcji, a okolica jest bardzo malownicza. Oczywiście najwięcej gości zjawia się w sezonie wiosenno-letnim, ale dom jest czynny cały rok. Gospodarze chętnie wpuszczają ludzi, co nieraz budzi zdziwienie. Jednak dzięki temu dwór ożył, co zostało odnotowane przez mieszkańców wsi. To, z czego Goszyce słyną, to niezwykle ciekawy program wydarzeń o charakterze kulturalnym. Należą do niego koncerty, wernisaże, promocje książek i wiele innych. Od kilku lat w Goszycach organizowany jest finał ogólnopolskiego konkursu dla młodzieży dotyczący wiedzy o ziemianach, organizowany przez Oddział Małopolski Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego i krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Taka działalność wpisana jest w DNA domu, który zamieszkiwany i odwiedzany był na przestrzeni ostatniego ponad wieku przez wiele wybitnych postaci ze świata literatury i sztuk pięknych. Gospodarze prowadzą salon artystyczny, gdzie można spędzić czas przy muzyce i winie.

Dzięki olbrzymiej pracy i wielkiemu zaangażowaniu obecnym właścicielom udało się stworzyć w Goszycach miejsce nawiązujące charakterem i atmosferą do dawnych dworów polskich. Jest ono godne polecenia miłośnikom historii, pięknego małopolskiego krajobrazu, a także osobom lubiącym wypoczywać w kameralnych warunkach. Warto przyjechać do Goszyc, aby oderwać się od bieżących obowiązków i gonitwy współczesnego świata.