Pościg - Wilhelmina Skulska - ebook + audiobook

Pościg ebook

Wilhelmina Skulska

3,8
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Zbiór 21 reportaży o tematyce kryminalnej. Dziennikarka Wilhelmina Skulska jest stałą bywalczynią wydziału kryminalnego Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej w Warszawie. Tu ma szansę obserwować, jak śledztwo rozwija się w czasie, a funkcjonariusze kluczą wokół różnych tropów, świadków, potencjalnych sprawców. Na tym etapie wszystko jest jeszcze możliwe, każda wersja zdarzeń jest brana pod uwagę, żadna klamka jeszcze nie zapadła. To dlatego autorka woli wydzierać opowieści od śledczych, których nieustannie musi do siebie przekonywać, niż wygodnie rozsiąść się w ławach sądowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 431

Oceny
3,8 (5 ocen)
2
2
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
elaoko

Nie polecam

komunistyczna agitka
00



Wilhelmina Skulska

Pościg

Saga

Pościg

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1974, 2021 Wilhelmina Skulska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726883152

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wszystkie te historie kryminalne oparte są na prawdziwych faktach, notatkach z przesłuchań, obserwacjach reportera. Jest nim niżej podpisana. Zapytał mnie kiedyś znakomity pisarz — pan Wojciech Żukrowski, dlaczego nie piszę powieści kryminalnych, takich, co to rozpoczynają się od znalezienia denata w szafie, a kończą zaskakującym rozwiązaniem zagadki. Odpowiedziałam, że nie potrafię. I jest to — niestety — prawda. Nie potrafię wymyślać sytuacji, rozmów, charakterów. Fikcja wymaga wyobraźni.

Dziennikarz opisuje to, co widzi, słyszy, odczyta z akt, notatek, wywiadów. Ważna jest umiejętność prawidłowego odczytania. Krótka notatka mówi nieraz więcej aniżeli wielogodzinna spowiedź człowieka podejrzanego, która w języku urzędowym nazywa się — wyjaśnieniem. Życie układa czasem zagadki bardziej skomplikowane, aniżeli potrafi to uczynić bogata wyobraźnia autora.

Czy jednak prawdziwa zagadka kryminalna jest mniej ciekawa niż ta wymyślona, rozgrywająca się w dekoracjach snob-party, cocktail-barach model Las Vegas czy w zapożyczonych z amerykańskich filmów luksusowych buduarach? Na to pytanie odpowie sobie czytelnik po zapoznaniu się z historią 21 przypadków rozwiązanych przez służbę kryminalną i jej sekcję zabójstw. Trzysta pięćdziesiąt stron druku. Jeden jesienny, dżdżysty, dłużący się wieczór. Może ta książeczka go skróci?...

W. Skulska

Wśród nocnej ciszy

Puszysty śnieg na rozłożystych gałęziach starych świerków przypomina o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Dobrym ludziom pokój, dzieciom — upominki. Jest noc. W jednej z nowoczesnych willi podwarszawskich śpi pierwszym, mocnym snem rodzina Snarskich — dziadkowie, małżeństwo w średnim wieku i dwoje dzieci: dziewczynka czternastoletnia i mały, trzyletni chłopczyk. Nie prześpią tej nocy spokojnie do rana. I dobre, wesołe święta nie staną się ich udziałem...

— Poproszę o przepustkę do wydziału kryminalnego.

— Pani do kogo?

— Do majora Ziółkowskiego .

Długie korytarze Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Drugie piętro, w sekretariacie wesoła blondyneczka.

— Można do majora?

— Kapitan Sztylka siedzi od rana.

— To nic. Ja na chwilę.

Znają mnie tu dobrze. Wiedzą, że interesuje mnie przypadek przestępstwa nie w fazie, kiedy uładzone, uporządkowane stanowi temat aktu oskarżenia, włączonego do grubych tomów akt sądowych — ale od momentu, kiedy telefon czy telefonogram przekaże pierwszą wiadomość o złem, które się stało. Stąd, z wydziału kryminalnego, rozpoczyna się pościg za sprawcą: notatka o wypadku, protokoły oględzin, gorączka pierwszych czynności. Nerwowa szarpanina niezliczonych godzin dni i nocy. Brak czasu na miłe słowa, konwencjonalne, urzędnicze ploteczki przy herbacie. W tym tyglu rozwiązuje się prawdziwe zagadki kryminalne. Pokusa dla reportera, żeby odtworzyć te trudne poszukiwania. Ale uprzedzałam na wstępie: Nie potrafię wymyślić wątku, zabłysnąć skomponowaniem zagadki, bajki kryminalnej. Ktoś, kto uczestniczył w pościgu, musi mi tę prawdziwą historię opowiedzieć. Nie tak prędko!... Albowiem w tym celu potrzebna jest zgoda majora Ziółkowskiego.

— Można wejść?

Nie czekając odpowiedzi, otwieram drzwi. Znad biurka podnosi się w moim kierunku twarz bez cienia zachęcającego uśmiechu. Kapitan Sztylka, który mimo młodych lat pielęgnuje coraz znaczniejsze poletko łysiny, odwraca się w stronę okna, jakby mnie nie znał. A przecież jesteśmy w najlepszej komitywie. Nie jest tajemnicą w komendzie, że szef unika dziennikarzy. A kiedy patron nie lubi... Wiadomo! W dodatku major ma w zapasie mnóstwo argumentów uzasadniających jego antypatię. I nie ukrywa jej. Przynajmniej jest szczery. Ile razy wysłuchałam tej listy skarg i zażaleń pod moim i moich kolegów adresem: o tym, że dziennikarze w poszukiwaniu sensacji popularyzują metody działania przestępców, o delektowaniu się szczegółowym opisem włamania, zbrodni. Komu to potrzebne? W śledztwie, w pościgu nie może być gry w otwarte karty. A przysłowiowa gadatliwość dziennikarska... Niech sobie buszują w sądzie. Tam są ławy dla prasy i kawa w bufecie. Tu, w wydziale kryminalnym, odpowiadają za ujawnienie i ujęcie sprawcy. I z tych czynności muszą się rozliczać. Reklama jest im niepotrzebna!

W tej filipice przeciwko mojej osobie, która zaawansowała do reprezentanta prasy w ogóle, major traci coraz bardziej na humorze. Ale i tak ten niemłody mężczyzna, o twarzy starszej aniżeli wiek — bywa najczęściej ponury. Mówią, że był kiedyś wesoły, pełen fantazji. Miał wręcz opinię kawalarza. Trudno sobie to wyobrazić patrząc na jego twarz, bladą, zatroskaną, na oczy zmęczone, lustrujące mnie mało przychylnym spojrzeniem.

Mój sposób na majora: nie dyskutować! Każdy z nas ma swoją rację i swoją metodę. Major odpowiada za wykrywalność, ja za dostarczenie interesującego tekstu do tygodnika czy książki. Spróbujemy się przebić.

— Chodzi mi o sprawę miedzeszyńską. Zdaje się, że kpt. Sztylka prowadził ją na początku?

— Napad na willę Snarskich? Po co wyciągać te okropności? A Sztylka musi zaraz jechać do Śródmieścia...

— Szefie... — odważył się wtrącić kapitan. — Mam dyżur od godziny 16. Powinien być dziś spokój. — Widać, że chciałby mi pomóc. A może ma ochotę wypowiedzieć się nie tylko w protokole z miejsca oględzin?

Major Ziółkowski machnął ręką.

— Teraz muszę panią przeprosić. Póki co, może trochę popracujemy.

Czyli że mam się wynosić. Ale od drzwi mnie zawrócił:

— W sprawie miedzeszyńskiej trzeba rozmawiać także z Pankrosem. Jeździł po wszystkich więzieniach. Musiał przekonać Kowalskiego, żeby się przyznał do... niewinności. Bo na rozprawie sądowej Kowalski oświadczył, że jest winien. A myśmy byli przekonani, że kłamie. Dowiedź takiemu, co recytuje jak z nut szczegóły napadu, rozkład mieszkania, wygląd ofiar — że ktoś mu podsunął dane, zmusił do zeznania... No to żegnam panią!

Ostatnie słowa zabrzmiały prawie serdecznie. W końcu ubiliśmy interes. On ma spokój, a ja w perspektywie opowiadanie kryminalne. Do godziny 16!

Opowiadanie kapitana Sztylki

— Kiedy otrzymaliśmy meldunek telefoniczny komendy dzielnicowej Praga-Południe o napadzie w Miedzeszynie — rozpoczął swoje opowiadanie kapitan Sztylka — sądziliśmy, że ktoś sobie zażartował, zakpił albo grubo przesadził. Napad na willę, zranienie starego człowieka, zgwałcenie młodej kobiety w obecności jej dzieci, rabunek... Jakby kadr filmu Z zimną krwią wg Capote'a. Jeszcze była drabina, dostawiona do okna, jak w słynnym porwaniu dziecka pilota Lindbergha. A sprawcy zamaskowani byli niczym członkowie Ku-Klux-Klanu... Mężczyzna, mąż tej kobiety, nie bronił żony. Jedynie stary człowiek stawiał opór. Ta wielość — przepraszam za język kryminalistyki — przęstepstw w połączeniu z zachowaniem się poszkodowanych zaskoczyła nas. Coś tu nie gra. Zdarzają się przecież napady fingowane. Ale jeśli nawet ten napad miał miejsce — czy taki był jego przebieg? Ludzie poszkodowani z reguły skłonni są do pewnej przesady. Niestety już po kwadransie meldunek się potwierdził. Nie było tu miejsca na żarty.

Dosłownie w ciągu kilku minut stworzono grupę operacyjną, do której zostałem włączony. Kierownictwo objął major Ziółkowski. Co znaczyło, że jest to dla nas sprawa dużej wagi.

Dojechaliśmy na niebieskim sygnale do Miedzeszyna. Mijamy dzielnicę willową, dom obok domu. Jeszcze kilka zakrętów — i cicha uliczka na uboczu, a na niej trzy segmenty, podobne jak trojaczki, odległe od siebie nie więcej jak sto metrów. Tyle, ile trzeba na własny, siatką ogrodzony ogródek.

Przed willą Snarskich stała karetka pogotowia. Zatrzymaliśmy się tuż za nią. Major, ja i dwóch kolegów z sekcji zabójstw wysiedliśmy z wozu i tonąc w śniegu zmierzaliśmy w kierunku furtki. Dziewczyna w białym fartuchu, która, widać, dostrzegła nas przez okno, zbiegła, by otworzyć bramę. Kilka zdań, które wymieniliśmy z siostrą pogotowia ratunkowego, potwierdziły informacje milicji. Niestety, wszystkie relacje, jakkolwiek zaskakujące, odpowiadały rzeczywistości. To była prawda. Szef mówi w takich przypadkach — brutalna prawda. I była potwornie brutalna!

Napad miał miejsce w porze nocnej. Śnieg, noc listopadowa i willa pogrążona w spokojnym śnie. W tej śnieżnej ciszy, w krajobrazie zimowej idylli ukazał się cień, sylwetka mężczyzny. Ktoś sprawnie przeciął druty ogrodzenia. Cieni pojawiło się więcej. Brzęk wybitej w piwnicy szyby. Chwila wyczekiwania. Nie, nikt się nie zbudził. Z piwnicy wyciągnięto drabinę i po niej napastnicy przedostali się do wnętrza domu. Ilu ich było? Do dziś nie wiadomo. Rozumując logicznie musiało ich być dwóch, trzech. Nikt z poszkodowanych nie widział ich twarzy. Mieli na głowach pończochy, maskujące twarze. Stary człowiek, który zajmował wraz ze swoją żoną sypialnię na parterze, krzyknął przez sen, kiedy brutalna ręka, uzbrojona w łom, uderzyła go w głowę. Straszne obudzenie! Był jeszcze przytomny, błagał o litość nad resztą domowników. Są małe dzieci, jego wnuki, przestraszą się. Usłyszał wesoły chichot. Związano jego i żonę sznurami uplecionymi z prześcieradeł. Mężczyźni poszli na pierwsze piętro. Młodą kobietę ściągnięto z tapczanu, zgwałcono w obecności dzieci. Ten obraz pozostanie im w oczach do końca życia. Mężczyzna — młody, zdrowy, dał się związać, nie oponował. Być może łatwo jest krytykować tego rodzaju zachowanie, kiedy nie było się na jego miejscu. Fakt, że nie próbował obrony. Rannego człowieka nie sposób przesłuchiwać. Musiał się jak najszybciej znaleźć w szpitalu. A my, ekipa operacyjna, rozważamy następne kroki. Sprawców nie ma już na miejscu. Nie pozostawili po sobie wizytówki, a na sprawdzenie się przysłowia o przestępcy, który wraca na miejsce zbrodni — liczyć nie należy. Zdarza się, że w trakcie starcia, szamotania się, wypada z kieszeni sprawcy kwit, list, zapisana kartka. Pani opisywała kiedyś sprawę, w której strzępek kwitu pralniczego z widniejącymi na nim trzema ostatnimi w kolumnie cyfr numerami zaprowadził nas do zabójcy. Ale w Miedzeszynie — przez przypadek czy ostrożne działanie — nie zamierzano ułatwić nam zadania. I nikt tu kartki, listu ani kwitu nie zgubił. A więc pomocne mogą nam być przedmioty, które znajdują się w posiadaniu sprawców, a jeszcze dwie godziny temu stanowiły własność rodziny Snarskich. Pytamy:

— Co wam bandyci ukradli?

Największą stratą był samochód marki „Syrenka”. Numer WE 73-14. Co do reszty przedmiotów — trzeba powiedzieć, że ich prawi właściciele nie udzielili nam zbyt dokładnych wyjaśnień. Jeśli chodzi o informację w tym względzie ze strony poszkodowanych — bywa różnie. Nie zawsze odpowiada ona prawdzie, powiedzmy — pełnej prawdzie. Jedni rozumują: zło się stało, trzeba jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Drudzy obawiają się zemsty włamywaczy czy ich kumpli. A jeszcze inni nie mają ochoty ujawniać strat w postaci złota czy dewiz, sądząc, że narażają się na podejrzenia o dokonywanie nielegalnych transakcji czy ujawnianie dochodów ukrywanych przed władzami podatkowymi. Wszystko to razem nie ma sensu. Sekcja zabójstw nie zajmuje się egzekwowaniem podatków, a posiadanie dewiz nie jest przestępstwem. Zaś poszkodowany powinien rozumieć, że bandyta bezkarny będzie bandytą wielokrotnym. Ta prawda, jakże brutalna, nie do wszystkich dociera. I kiedy w końcu znaleźliśmy przedmioty należące do państwa Snarskich, które zaprowadziły nas do sprawców, okazało się, że poszkodowani nie ujawnili nam ich w spisie strat, co w konsekwencji utrudniło pościg.

Ale daleko jeszcze do tego momentu naszego opowiadania, w którym spotkamy się ze sprawcą napadu na willę w Miedzeszynie. Na razie jesteśmy na etapie poszukiwania skradzionej „Syrenki”.

Wszystkie stacje w całym kraju, w każdym województwie i powiecie, szukają samochodu z numerem WE 73-14. Blokada dróg w województwie warszawskim i sąsiednich. Z pewnością złości się pani, kiedy na szosie pani wóz zatrzymuje patrol drogowy? Pod jakimś pretekstem proszą o książkę samochodu, prawo jazdy, a pani wyrzeka... Może właśnie szukali sprawców napadu miedzeszyńskiego?

Wreszcie jest! Mamy samochód! Znaleziono „Syrenkę” WE 73-14 na poboczu, w okolicy Starej Szlacheckiej — taka wieś czy osada. Ale w samochodzie nie było ani sprawców, ani nawet śladu linii papilarnych na kierownicy. Wypucowana została na glanc. A więc odzyskany wóz nic nie wniósł do sprawy. Tyle, że zwrócono go właścicielom.

Pozostają nam w ręku opisy skradzionych u Snarskich przedmiotów. Może je znajdziemy, na przykład, u pasera? No i jakieś fragmenty obserwacji, ułamki spostrzeżeń dotyczących wyglądu sprawców. Nawet przy zamaskowanej twarzy pewne elementy — jak chód, głos — zdradzają wiek, płeć.

— Spróbujcie sobie cokolwiek przypomnieć!

Udało nam się uzyskać tylko tyle informacji, że byli to najpewniej ludzie młodzi, dwaj albo trzej młodzi mężczyźni. Dodaliśmy czwartego, bo znając metody takiej grupy wiedzieliśmy, że ktoś przecież musiał pozostawać na czatach. Kiedy stary Snarski po kilku dniach pobytu w szpitalu był w stanie z nami rozmawiać, przypomniał sobie pewien szczegół: napastnicy sprawiali z początku wrażenie, jakby się pomylili. Jeden z nich powiedział kilka słów o samotnej kobiecie, która miała mieszkać w tej willi. Ale ten chory, stary człowiek nie był pewny, czy mu się te słowa nie przywidziały w koszmarnym śnie, który stał się rzeczywistością owej nocy. Ja zaś zauważyłem, że kiedy padły słowa o ewentualnej omyłce — majorowi Ziółkowskiemu zabłysły oczy. Wiedziałem, tędy pójdziemy!

Ale szliśmy w różnych kierunkach. Nasze poszukiwania szły kilkoma torami równocześnie. Sprawą ważną, czasem decydującą jest opinia środowiska, jakieś krążące plotki, pogłoski. Pani obraca się na pewno w środowisku dziennikarskim?

Powiedziałam, że różnie. Ale o co chodzi?

— Jeśli w waszym środowisku mówi się, że ktoś wyjeżdża za granicę jako korespondent albo dostaje nagrodę państwową...

— Dziennikarze nie otrzymują państwowych nagród — — zauważyłam. — Najczęściej bywają strofowani, i to nie zawsze za własne grzechy.

— Nie chodzi o politykę. Widzi pani, każde środowisko poprzez krążące w nim plotki zdradza, jakie problemy go nurtują. W plotce bywa — nie musi być — szczypta prawdy. Jeżeli planowany był napad tak poważny jak miedzeszyński, środowisko przestępcze musiało o nim mówić, może nawet szumieć. W dyskusjach, przy piwku, w melinie czy w więzieniu, wysuwa się hipotezy, sugestie dotyczące sprawców, czyli tych, którzy brali udział, i ewentualnego łupu, jak oni powiadają: „szmalcu”.

I w ten sposób dowiedzieliśmy się, że niedawno planowany był napad na willę słynnej aktorki, która uchodziła za osobę bogatą, jako że grała w kilku filmach i serialach. W wielkim napadzie miał przewodzić recydywista, który niedawno opuścił więzienie. Jego pseudonim — „S.O.S.”

Znałem typa. Pochodzi z Targówka, jak i ja. W tej dzielnicy spotyka się czasem inspektor z włamywaczem i przypominają sobie, że grali ongiś w guziki na wspólnym podwórku.

Jest ślad! I tym razem poważny. Bowiem obok willi Snarskich mieszka w identycznym segmencie znakomita aktorka, i to filmowa. Co zaś do „szmalcu” nie wypowiadam się. Nie interesowałem się zarobkami gwiazd filmowych. Mogę mówić jedynie o skromnym uposażeniu inspektora sekcji zabójstw. Pogłoski o planowanym rabunku w domu aktorki zgadzają się z oświadczeniem rannego człowieka o samotnej kobiecie w willi, którą wspominali w rozmowie napastnicy. Pamięta pani, że napomknąłem na wstępie o „trojaczkach”: trzy wille, wkomponowane w odludną uliczkę i zbudowane w tym samym stylu. A więc był jeszcze trzeci segment. Mieszkał w nim zagraniczny dyplomata. I major Z., który ma cechę wykraczającą poza obowiązujące kwalifikacje — myślę o jego niezawodnym instynkcie, intuicji — skoncentrował poszukiwania wokół ludzi utrzymujących kontakt z trzecią willą. Odszukał jej dozorcę, rzemieślnika zatrudnianego doraźnie, dostawców. I rzeczywiście okazało się, że sygnał, informację, czyli tak zwany „cynk”, nadał człowiek zatrudniony w willi dyplomaty.

Spróbuję wytłumaczyć pani nasz tok rozumowania:

Oto rysunek. Na nim trzy wille. Muszą istnieć jakieś racje, dla których wybrano dom Snarskich. Wiemy, że nie są spośród właścicieli trzech obiektów ludźmi najzamożniejszymi. W dodatku ich dom zamieszkany jest przez liczną grupę lokatorów. A więc dlaczego?

W grę mógł wejść czynnik subiektywny, jak zemsta osobista, odwet albo łatwość dostępu do danego obiektu na skutek posiadania w nim sojusznika włamania. Co zaważyło o wyborze jednej z trzech willi w Miedzeszynie? Odpowiedź na to pytanie może być dla naszej ekipy operacyjnej drogowskazem!

Okazało się, że dyplomata wyjechał do swojego macierzystego kraju. A więc w tym domu nie można było liczyć na pieniądze, złoto. Mebli nie zamierzali rabować.

Pozostały dwie identyczne wille. I zgodnie z informacją rannego człowieka można było wydedukować, że wybranie willi Snarskich było wynikiem tragicznego qui pro quo. Ale ten wybór nasuwa drugi wniosek: projekt napadu „nadał” ktoś, kto wiedział o tym, że dyplomaty nie ma w kraju. Osobnik ten musiał znać dokładnie rozkład wewnętrzny, identyczny we wszystkich trzech segmentach. Albowiem bandyci, kierując się w ciemnościach, wiedzieli, gdzie znajdują się sypialnie, kuchnia itd. Ale nie orientowali się w szczegółach dotyczących lokatorów segmentu sławnej aktorki i Snarskich. Niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że ów informator związany był z trzecim domem odludnej uliczki. A więc jednocześnie z poszukiwaniem przedmiotów pochodzących z rabunku grupy recydywistów — planujących zgodnie z informacją środowiskową wielki napad na „gwiazdę” — interesujemy się mężczyzną, który spełnia doraźne czy stałe prace u zagranicznego dyplomaty.

Dla ułatwienia sobie eliminacji poszukujemy osobnika, który był karany czy zatrzymywany przez organa milicji. Jeżeli ktoś miewa predyspozycję do schodzenia na kręte ścieżki, lubi na nie wracać. I znaleźliśmy takiego! Z zawodu ślusarz, a może po prostu mężczyzna manualnie uzdolniony, tak zwany „majster klepka”, reperował zamki, naprawiał drobne usterki w willi zagranicznego dyplomaty. Jerzy Kral znał, kontaktował się z przestępcą zwanym „S.O.S.” Był — jak nas konfidencjonalnie poinformowano — członkiem grupy, która składała się z pięciu osób. Wymieniam je według hierarchii ważności:

Ryszard Targowski — przywódca,

pseudonim: „S.O.S.”

Kazimierz Łodyga

pseudonim „Brudas”

Bolesław Kowalski

pseudonim „Małolat”

Jerzy Kral

pseudonim „Siwy”

Monika Wróbel — nie dorobiła się jeszcze pseudonimu. Kibicował tej grupie paser i przyjaciel Targowskiego — Marek Stecki. Całe to towarzystwo grasowało na linii otwockiej.

No więc jesteśmy na dobrej drodze — kontynuował swoje opowiadanie kapitan. — Ale do celu jeszcze daleko. Musimy zebrać niezbite dowody udziału tej grupy w napadzie miedzeszyńskim, dowody rzeczowe i osobowe. Jest naszą ambicją, by argumentacja była miażdżąca, przypierała przestępcę do muru.

Ważne jest także, by sprawca przyznał się do winy, aby w trakcie wizji lokalnej czy eksperymentu śledczego potwierdził przebieg i sposób dokonania przestępstwa. Jest to z jego strony akt dobrej woli, który ma pewien wpływ na orzeczenie sądu. Służbie kryminalnej zależy na tym, by materiały, owe dowody, które przygotowujemy dla składu sądzącego, były wszechstronnie uzasadnione. W przeciwnym wypadku na rozprawie sądowej, na której wypowiadają się także świadkowie, obrońca, sam oskarżony — wyjdą nasze błędy. Wyobrażam sobie minę majora, gdyby sprawa „S.O.S.” i spółki wróciła — wprawdzie już nie do nas — ale do wydziału dochodzeniowego. Pani orientuje się w podziale funkcji?

— Mniej więcej. Lapidarnie formułując, wasz wydział ściga, a „dochodzenie” gromadzi materiał dowodowy.

— Można i tak! Chociaż w sprawie miedzeszyńskiej, którą uważamy za jedną z najpoważniejszych w naszej praktyce — oba wydziały ściśle ze sobą współpracowały, udzielając sobie wzajemnie pomocy... Ale to była dygresja, spróbuję kontynuować moje opowiadanie.

Znajdujemy się wciąż w punkcie wyjściowym. Mieliśmy pewne dane, przypuszczenia, ale za mało dowodów, żeby aresztować grupę pod zarzutem udziału w napadzie na willę Snarskich. Musieliśmy się spieszyć, między innymi dlatego, że świadek koronny, stary Snarski, przebywał w szpitalu, a lekarze nie dawali nam gwarancji, że zostanie uratowany. W tej sytuacji wezwał mnie do siebie major Ziółkowski.

— Panie Sztylka... — powiedział, gdy stanąłem na progu.

Oj, niedobrze! Jak szef jest zły, od razu „awansujemy” na panów. Spojrzał zresztą na mnie z niekłamaną niechęcią.

— Ostrzegam! Chodzi pan po kancie! Może się pan omsknąć!...

Znaczyło to, że nie mam żadnych rezultatów, że lekceważę sobie moje obowiązki. A przecież wiedział dobrze, jak jest naprawdę, bo wspólnie przeżywaliśmy te wszystkie pracowite noce. Ma już takie usposobienie. Póki nie wyjdzie na czyste, będzie się wściekał, rygorystyczny w stosunku do innych, ale i w stosunku do samego siebie. Sprawa Targowskiego i ski była trudna. Gdybyśmy sprawców złapali na miejscu, następnego dnia... Ale jest już styczeń roku 1970. Napad miał miejsce w końcu listopada 1969. Zdążyli się zabezpieczyć, ukryć łupy, zapewnić sobie alibi. „S.O.S.” jest recydywistą, inteligentnym, zdecydowanym przestępcą. Zebraliśmy o jego grupie pełne informacje. Będą solidarni, nie pisną słowa.

Szansa konfrontacji? Pokazaliśmy zdjęcie Targowskiego poszkodowanym. Nie poznali go. Nie widzieli jego twarzy. A sylwetka, głos? Nie pamiętają. Jeżeli ludzie są tak porażeni strachem... Aresztować grupę? To nie sztuka. Trzeba będzie ich po 48 godzinach wypuścić. Nie mamy w ręku żadnych dowodów. Przekonanie — a byliśmy pewni, że to „S.O.S.” i jego ludzie brali udział w napadzie — nie wystarczy prokuratorowi.

Dlatego major był napięty, zdenerwowany. Sam mówił, że czuje się jak złodziej, kiedy opuszcza — choćby na krótko — komendę. Nie ma umiejętności wyłączania się. W naszej służbie brak takiego „wyłącznika” to zaproszenie do zawału serca. Żona szefa, do której telefonowałem, powiedziała mi: „Skończcie z tym Miedzeszynem! Mówię do Włodka, a on nie słyszy”.

Wiedziałem, że rozmawiał wtedy z Targowskim. Szuka na niego sposobu... Czy pani może szefa zrozumieć?

— Dosyć mi trudno — powiedziałam szczerze. — Sympatia i zrozumienie wymagają wzajemności. A major reaguje alergicznie na widok przedstawiciela prasy. Zachęcają nas do pisania prawdy o służbie kryminalnej i jej ludziach. Apelują, by skończyć z bajeczką o przykładnym inspektorze, który przeprowadza starsze panie przez ulice. Pamięta pan inspektora Credecka z angielskiego serialu, który cieszył się takim powodzeniem u polskiego telewidza? Jaki ten inspektor był ludzki, pełen błędów, ale i uroków!

— Jak nasz major! Właśnie w sprawie miedzeszyńskiej zadecydowały walory szefa. Jego plan, jego rozsądna gra. Bo trzeba pani wiedzieć, że major jest znakomitym szachistą. Trzy lata był prezesem warszawskiego klubu. Co to są szachy? Zdolność przewidywania ruchów przeciwnika. Umiejętność pomocna także w służbie kryminalnej. Szef zdecydował tym razem zastosować następującą taktykę: nie atakować Targowskiego z grubej Berty. Przyprzeć do muru słabszych partnerów, z których — w naszym przekonaniu — nie wszyscy brali udział w napadzie na rodzinę Snarskich.

Znaleźć powody do zatrzymania bandy nie było trudno. Każdy z nich obrósł w drobne przestępstwa jak drzewo mchem. Którego dotkniesz — kradzież albo oszustwo. W końcu aresztowano całą piątkę pod zarzutem popełnienia szeregu drobnych stosunkowo kradzieży i włamań na linii Warszawa—Otwock. Wśród nich znajdował się także Targowski, którego nie potraktowano jako przywódcy. Był więc przekonany, że nie rozpracowaliśmy najciemniejszej karty jego działalności przestępczej.

„S.O.S.” przyznaje się gorliwie do każdej kradzieży. I w kiosku cudzym się znalazł, wino kradł, jakąś kobietę obrabował w ciemnej ulicy. Spiewa jak z nut. Przy sposobności poszkodowani, którzy o stratach nie meldowali milicji, odzyskiwali swoją własność. A sądzili, że jest stracona bezpowrotnie. Kiedy pasażerowi w czasie służbowej podróży ginie na melinie portfel, szczytem szczęścia jest uniknięcie kontaktu z władzą. Ale jak się ten portfel odnalazł, szkoda go nie odbierać. Więc tylko prosi: żonie ani słowa! Bo w pracy go jakoś rozgrzeszą, kierując się chrześcijańską zasadą: któż z nas jest bez winy?

Przesłuchujemy Targowskiego. Nikt nie wspomina o Miedzeszynie. Czekamy! A mamy mocne wejście, jak mówi szef. Dzięki zaatakowaniu słabszych przeciwników, mniej przygotowanych do obrony, znaleźliśmy u Steckiego złotą monetę i pierścionek. Proszę wziąć pod uwagę, że my wiemy — ale on nie — dlaczego biżuteria, która może pochodzić od Targowskiego, ma dla nas tak ogromne, zasadnicze znaczenie. Stecki nie przejmuje się odkryciem w jego mieszkaniu drobnego łupu: jednej monety i pierścionka — skoro i tak ma ustaloną opinię pasera. Wprawdzie rodzina Snarskich nie podała milicji tych przedmiotów w liście strat, ale po pokazaniu im pierścionka i monety „przyznali”, że stanowią ich własność.

No to teraz prosimy na przesłuchanie Marka Steckiego. Były i momenty odprężenia w tej ohydnej sprawie. Szef mówił do draba per „bambino”, a Stecki dygotał, kiedy powiedzieliśmy mu, w jakich okolicznościach zaginęły przechowywane u niego kosztowności. Takiej odpowiedzialności nie zamierzał ponosić. Szczególnie że nie był pewny, czy stary Snarski przeżył. Zabroniliśmy szpitalowi udzielać informacji, wyłączając z zakazu jedynie najbliższą rodzinę. Jeżeliby ofiara nie przeżyła — grozi artykuł 148, o zabójstwo... Mogę panią uspokoić, że rannego mimo podeszłego wieku uratowano. Ale Stecki o tym, że ofiara żyje, wówczas nie wiedział. Nie chciał figurować w sprawie o zabójstwo i podał pospiesznie nazwisko przyjaciela, który mu monetę i pierścionek wręczył jako upominek. Był to naturalnie Targowski i w ten sposób mieliśmy jeden argument — dopiero jeden — w ręku.

Pamiętam jak dziś ten moment, gdy major przesłuchiwał „S.O.S.” Wprowadzają go do pokoju. Wysoki, niebrzydki, o twarzy jeszcze nie zdegenerowanej — charakterniak! Jeden z tych, co to „kopią miskę”, to znaczy ogłaszają strajk głodowy, praktykują samouszkodzenia jako środek szantażu. Kpią z prawa i jego przedstawicieli. Zapamiętałem jedno z pierwszych przesłuchań. Major zadaje mu pytania na okoliczność monety i pierścionka, nic nie mówiąc, jakie informacje wiąże z tymi przedmiotami. Skończył pisać protokół, przekazuje go Targowskiemu do przeczytania i podpisu. „S.O.S.” odsuwa od siebie papier. Nie podpisze!

— Dlaczego nie chcesz podpisać? — pyta major.

— Nie wiem — mówi Targowski.

— A dlaczego nie wiesz? — nalega szef.

— Nie wiem, dlaczego nie wiem — odpowiada spokojnie.

Jest to wyjątkowo bezczelny i niebezpieczny przestępca. Mamy dziś rok 1974 i jeszcze wszystkie rachunki z Targowskim nie zostały wyrównane. O tym jednak później, bowiem to już jest inna historia. Wówczas kiedy grupa „S.O.S.” została aresztowana — sprawa miedzeszyńska trafiła do wydziału dochodzeniowego, a konkretnie do kapitana Pankrosa. W dyskusji: naukowe metody czy szkoła praktyki — kapitan Pankros reprezentuje trzydzieści lat doświadczenia w służbie kryminalnej.

Opowiadanie kapitana Pankrosa

— Będę się jednak musiał cofnąć, może nawet powtarzać — powiedział kapitan Pankros. — Bowiem w tym momencie, w którym kolega Sztylka zakończył swoje opowiadanie, ja już od dłuższego czasu współpracowałem z grupą operacyjną. Minął pierwszy miesiąc, drugi. „Przewalone” zostało środowisko przestępcze. Niby jesteśmy na tropie, ale sypie się wszystko jak piasek między palcami. Włożono w te poszukiwania dużo wysiłku, wypalono dużo sportów. A w końcu pozostała tylko plotka, pochodząca ze środowiska, że „S.O.S.” po wyjściu z więzienia (rok 1969) planował napad na willę sławnej gwiazdy.

Nie! Chyba za bardzo się cofnąłem. Zacznę od tego momentu, w którym zapadła decyzja aresztowania bandy Targowskiego. Nie było to takie proste. „S.O.S.” zniknął jak kamfora. No i trzeba trafu, że ukradziona została „Syrenka” właśnie gdzieś na linii otwockiej. Radiowóz, jadąc szosą dla kontroli ruchu, porządku, na wszelki wypadek sprawdzał stojące na poboczach samochody tej marki. Złodziej często porzuca uszkodzony wóz, a nerwowemu o wypadek nietrudno. W pewnym momencie milicjanci zauważyli trzech mężczyzn, wypychających z zaspy śniegu poczciwą „Syrenkę”. Nie było nawet widać numeru, taka była brudna. Mężczyźni na widok milicjantów w radiowozie zwrócili się o pomoc: nie dajemy rady, pomóżcie, panowie!

Taki był Targowski! To jego typowe zagranie! Bo to on był jednym z pasażerów skradzionej, jak się później okazało, „Syrenki”. Dlaczego ci grzeczni, zakłopotani mężczyźni wydali się milicjantom ze służby drogowej podejrzani? Może to instynkt albo skojarzenie ze skradzionym wozem? Choć przecież złodzieje nie miewają zwyczaju zwracania się do milicji.

Kiedy padło pytanie o dowody, pasażerowie rozpierzchli się w trzech kierunkach. Jeden z nich pobiegł w pobliskie zarośla. To był Targowski. Drugi uciekł do lasu, trzeci schował się w stogu siana. Dwóch ujęto, za trzecim wszczęto pościg. Tyle, że spotkanie z nim opóźniło się o dwa dni.

Byli to wszystko kumple, ale z innej sprawy. Mnożyło się tych przestępstw wokół Targowskiego tyle, że po cichu sobie człowiek mówił: dosyć! Kończmy ten Miedzeszyn! A byliśmy dopiero na początku dochodzenia.

Kontynuuję wątek kradzieży samochodu. Dwóch złodziei doprowadzono do komendy MO Praga-Północ. W wozie znaleziony został „majdan”, czyli łup, pochodzący z kradzieży dokonanej tej nocy w powiecie wyszkowskim. Proszę wziąć po uwagę, że w dzielnicowej placówce milicji nie mają powodu łączyć tego włamania z napadem w Miedzeszynie, od którego minął pewien okres czasu. Ujęli złodziei. I to nawet nie było takie pewne, bo gdyby nie poniosły ich nerwy, pobudzone nieczystym sumieniem, może by się wybronili. Mogliby przecież powiedzieć, że samochód stał w zaspie, a oni chcieli go wypchnąć. Zdradziła ich ucieczka. A mimo to Targowski zachowywał się w trakcie przesłuchania z charakteryzującym go tupetem. Protestował: „Dlaczego naruszacie nietykalność niewinnych ludzi?” Powoływał się na wysokie znajomości. „Zrobię z tego bezprawia użytek!”

Ponieważ jednak jego nazwisko figurowało na liście poszukiwanych przez wydział kryminalny stołecznej komendy, został nam przekazany. Jak dziś pamiętam pierwszą z nim rozmowę. Dla mnie najważniejszą, żeby wyczuć, jaki jest mój przeciwnik.

Wchodzi „S.O.S.” Nie powiedział „dzień dobry” i od razu na mnie basem. Mówię: „Siadaj pan”. Dalej stał. Nie zwracam na jego zachowanie uwagi, a on by przecież tego chciał. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym po to, żeby mu nie sugerować tematu, nie „sprzedać” tego, co ja wiem. Przestępca, jeżeli jest wyrafinowany, potrafi wyłudzić od przesłuchującego inspektora informacje, które będą mu pomocne w strategii obrony... Widzi pani, teraz są modne rozmaite szkoły kryminalistyki. Nasi młodzi inspektorzy studiują zaocznie na wyższych uczelniach, zdają egzaminy z psychologii, dyskutują na temat różnych teorii. Takie są nowoczesne prądy. Ale w moim przekonaniu umiejętności orientowania się w osobowości przestępczej nabiera się w praktyce, z doświadczenia tysięcy spotkań, rozmów, nawet omyłek... Czy pani jest zwolenniczką metod naukowych? Dziennikarzowi tak wypada. Nasz szef jest praktykiem. Ale przecież nikt lepiej od majora nie umie rozmawiać z przestępcą. To właśnie Targowski, który bluzga okrągłą dobę, nikogo i niczego nie szanuje, tylko o majorze mówi „ten starszy pan”. To dużo jak na „S.O.S.”... Czasem zastanawiam się, co to są za sztuczki, które szef stosuje. Ale myślę, że nie ma żadnych. Wypracował sobie po prostu własną metodę, opartą na doświadczeniu. Jest bardzo bezpośredni. Wyczuwa, wie, kiedy trzeba powiedzieć do trudnego pasażera „pan”, a zdarza się, że zwraca się tak do niego widząc go po raz pierwszy w życiu. I wie, kiedy huknąć. Ten szacunek, połączony ze strachem, który towarzyszy legendzie majora, bierze się z tego, że szef zna środowisko przestępcze, jego gwarę, obyczaje. Rozmawia z młodym złodziejem, a przesłuchiwał jeszcze jego ojca. Znajduje jakoś ten pomost porozumienia. A młody inspektor, który sądzi, że można wykryć sprawcę za pomocą cybernetyki, będzie miał niewypały. Tak bywa w naszej służbie.

Wróćmy do mojego klienta. Mam nad nim tę przewagę, że wiem o Miedzeszynie. A on myśli, że ja szukam dowodów na okoliczność innych, licznych jego przestępstw. I nawet na ten temat z początku nic nie mówi, chociaż ja mam w ręku „fanty”, to znaczy dowody ostatnich wyczynów. Co więcej — zaprzecza różnym faktom ze swojej biografii, a przecież jest ona dokładnie opisana w naszych kartotekach. Odmawia, jak pani już wspominano — podpisania protokołów. Mówi przeważnie: „takie są moje obyczaje” albo „mój sposób bycia”.

Jak go skłonić, by stał się bardziej rozmowny?

Jest wyprany z wszelkich uczuć, ale także i ze strachu. Samouszkodzenia, głodówka — to dla niego chleb codzienny. Nie mogłem mu przemówić ani do rozumu, ani do serca. Nawet wspomnienie o matce przeszło bez wrażenia. Powiedział: „Klawisz będzie mi matką! I chciałbym, żeby ta czuła opieka nie trwała długo!”

Jedyną metodą było zachowanie cierpliwości. Jednak ja znałem go lepiej niż on siebie. Taki facet miewa humory, zrywy. Zależy, w jakim momencie trafi na przesłuchanie. Należało prowadzić w dalszym ciągu „towarzyskie” rozmowy, które bywały monologiem, a jednocześnie gromadzić materiał dowodowy. Było go coraz więcej!

Kilka dni przed zatrzymaniem Targowskiego okradziono staruszkę w Otwocku, włamując się do jej mieszkania. Ktoś dokładnie znał rozkład mieszkania i wiedział, gdzie trzyma pieniądze. Poszkodowana była ciotką „Małolata”

— Bolka Kowalskiego, wspólnika „S.O.S.”. A więc on musiał „nadać” włamanie. Kowalski, jak wiadomo, należy do bandy i został przez nas zatrzymany.

Z posiadanej przez nas biografii wynikało, że Targowski miewa zwyczaj kontynuowania przyjaźni z byłymi współwięźniami. Trafiliśmy do takiego przyjaciela. To był paser Marek Stecki. I u niego znaleźliśmy — jak pani wie — złotą monetę oraz pierścionek. Okazało się, że pierścionek jest własnością Snarskich. Moneta była unikalna, wielkiej wartości, ponieważ tylko kilka podobnych sztuk znajdowało się w Polsce. Były zarejestrowane i żadna, poza własnością Snarskich — nie zginęła. A więc byliśmy na dobrym tropie. Mamy „fant” w ręku!

Okazało się, że Targowski nocował u Steckiego wraz ze swoją przyjaciółką — Moniką Wróbel. Jest to przystojna, młoda kobieta, oddana ślepo kochankowi. Ma on zresztą także żonę. Pozostawmy ją jednak w spokoju. Otóż na terenie posesji Snarskich znaleziony został rympałek. Pani nigdy nie widziała rympałka?... To rodzaj łomu w kształcie łapki. Narzędzie było nowe, jakby prosto ze sklepu, tyle, że metka była zdjęta. Wpadło nam na myśl zahaczyć o punkty sprzedaży żelastwa w pobliżu mieszkania Moniki i „S.O.S.”. W jednym ze sklepów kierownik na podstawie pokazanego mu zdjęcia Moniki poznał klientkę. Zwrócił na nią uwagę, bo dziwne mu się wydawało, że taka elegancka pani kupuje łom. Kiedy to było? Na kilka dni przed napadem w Miedzeszynie. Mówiąc nawiasem, ten zakup nie wyszedł na zdrowie Monice. Zarobiła przez to, a także dlatego, że stała na warcie, czyli spełniała rolę „świecy” owego śnieżnego a tragicznego wieczoru — dwa lata i sześć miesięcy pobytu w celi więziennej. Ale do rozprawy sądowej jeszcze daleko. Gromadzimy wciąż dowody. Jest ich coraz więcej.

Kazimierz Łodyga, następny z kumpli, miał na sumieniu stosunkowo niewinne przestępstwo. Sfałszował po wyjściu z więzienia dyplom czeladniczy w celu otrzymania pracy. Za mały to wyskok, by brać na siebie solidarną odpowiedzialność za Miedzeszyn. A więc w momencie, w którym postawimy zarzut o gwałt i napad — będzie się chciał najpewniej od herszta odciąć.

Ja zaś przesłuchiwałem wciąż i na nowo Targowskiego, szukając tematu do rozmowy, niczym kawaler na prywatce, kiedy chce zagadać przystojną panienkę. Aż pewnego razu wchodzę mocną kartą: wspominam o kradzieży monety. Podskoczył — i od tego dnia stawał się coraz bardziej niespokojny. Zachowywał się niczym ptaki, kiedy zbierają się do odlotu. Są niespokojne. I wtedy właśnie zaczął się przyznawać do drobnych przestępstw. Było tak, jak to pani opowiedział kapitan Sztylka. Mówił chętnie, gorliwie o jakimś włamaniu, kradzieży, omijając skrzętnie zahaczenia o Miedzeszyn. Znający świetnie linię Warszawa—Otwock, nie znał, nie bywał w tej miejscowości.

I jednego takiego dnia, w czasie wartko płynącej rozmowy, rzuciłem nagle pytanie o napad na willę Snarskich. Wstał, wyszedł z pokoju... Naturalnie nie sam. Towarzyszył mu konwojent. A w areszcie zaraz rozpoczął głodówkę. Nie motywował dlaczego. Nie miał takiego zwyczaju. Odmawiał przyjmowania pokarmów i koniec, kropka!

Uzyskaliśmy zgodę prokuratora na dokarmianie więźnia. Byłem świadkiem rozmowy z lekarzem. Najpierw go zbadał. Szkoda, że nie mogła pani podziwiać tego modelu męskiej urody. Był — i zresztą nadal jest — gęsto tatuowany. Na czole wyryte igłami „dziargane” „S.O.S.”. Na piersi związany Turek, a sześciu drabów do niego strzela. Cały „landszaft” ozdobiony jest czaszkami i pistoletami. Kolorowy chłopiec, w barwach niebiesko-czerwonych. No i jak taki ma sobie znaleźć miejsce w społeczeństwie ludzi ciężko pracujących?

Do lekarza powiedział ostro: „Żadnego dokarmiania! Mam dwie kotwice...” To znaczy, że połknął dwa druty i dokarmianie go w tym stanie jest jednoznaczne z zagrożeniem życia. Trzecią kotwicę, tak zwaną pchełkę, wyjął z bocznej kieszeni na znak, że się niczego nie boi. Połykami, czyli samouszkodzeniami, recydywiści i więksi cwaniacy szantażują administrację więzienną, uzyskując czasem przewiezienie na jakiś czas do szpitala, a zawsze stwarzając klimat sensacji i podziwu ze strony współwięźniów. Najzręczniejsi połykają tak zwaną pchełkę, zrobioną z drutu stalowego, którego końce zabezpieczone są kulkami chleba. Robią takiemu prześwietlenie. Jest kotwica! Musi jechać do szpitala. A on sobie po drodze wyciąga za nitkę zabezpieczoną pchełkę i zawsze te kilka dni w białym łóżeczku poleży, nim się sprawa wyjaśni.

Lekarz spojrzał na Targowskiego i zdecydował: prześwietlenie! Na stole przygotowane były artykuły żywnościowe w sterylnym opakowaniu, do przymusowego dokarmiania: czekolada, miód, białka. Wszystko dla biologicznego utrzymania życia pana „S.O.S.”.

Kiedy Targowski usłyszał, że ma jechać na prześwietlenie, a przecież żadnego połyku nie dokonał, powiedział nagle:

— Skłamałem!...

Złapał ze stołu czekoladę, ser i zjadł. I jak to zwykle u pschychopaty, po wybuchu uspokoił się i zaczął zeznawać. Ale nie na temat Miedzeszyna. To nie jest przestępca, którego może złamać karcer, odebranie spaceru, perspektywa ciężkiego wyroku. Powiedział w jakiejś chwili porozumienia — bo przecież i takie momenty zdarzają się pomiędzy przesłuchującym a przesłuchiwanym — że właściwie jest mu wszystko jedno: „Już po ulicy nie umiem chodzić jak inni...” Ja osobiście byłem przekonany, od początku, że jego uporu nie złamie rozmowa z inspektorem służby kryminalnej, ale właśni kumple i wspólnicy. Wierzył bowiem w bandycką solidarność i swój autorytet herszta — i dlatego poczuwał się do obowiązku krycia swoich kompanów.

I rzeczywiście Targowski tu się załamał. Na płaszczyźnie przywódca—podwładni nastąpił w końcu u niego kryzys. Kiedy bowiem Stecki, Łodyga i Kowalski przyznali się do własnych przestępstw, odcinając się od Miedzeszyna i nie zaprzeczając, że Targowski był związany ze sprawą napadu na willę Snarskich — powiedział spokojnie:

— To ja zrobiłem! Sam będę odpowiadał. Bo i tak prawdziwych wspólników nie sypnę!

A więc mamy spokój. Sumujemy wszystkie przestępstwa wieloosobowej grupy. Przygotowujemy materiały, zeznania poszkodowanych, świadków, uzupełniamy wywiady. Jest tam i kradzież „Syrenki”, obrabowanie staruszki oraz liczne włamania. Już dziś nie pamiętam, ale było tych pozycji trzydzieści kilka, z których każda zasługiwała na niewielki wyrok. A Targowski, pierwszy na liście, odpowiada sam za Miedzeszyn. Tu się tanio nie wykupi!

Wyznaczono termin rozprawy. Przewodniczącym jest znany zapewne pani sędzia Jerzy Zduńczyk. Nie poszedłem nawet na rozprawę. Dosyć miałem tego Targowskiego! Ale było jak z tą górą i Mahometem. Akta wróciły do mnie! Cóż się bowiem okazało?

Na rozprawie oskarżony Bolesław Kowalski — pseudo „Małolat” — nagle wstaje prosząc o możliwość złożenia ważnego oświadczenia. A brzmiało ono następująco: ukrywał to dotychczas, ale obecnie przyznaje się do udziału w napadzie na willę Snarskich. Co więcej, opisuje rozkład mieszkania, historię gwałtu, rabunku, bicia. Wszystko się zgadza.

No i co sąd może począć w takiej sytuacji? Wyłącza sprawę Miedzeszyna i wydaje wyrok na całą bandę za pozostałe przestępstwa.

Znowu zaczynamy od początku. Trzeba przeprowadzić dochodzenie odnośnie do udziału w napadzie podejrzanego Bolesława Kowalskiego. „Małolat” był jednym ze wspólników? Smiejemy się z tego oświadczenia. Wiemy bowiem dobrze, że jest to następny manewr Targowskiego. Chce odwlec ciężką sprawę. Wie, jakie jest nastawienie do uczestników zbiorowych gwałtów. Liczy na złagodzenie kursu. Ale w jaki sposób zdołał wymusić zeznanie Kowalskiego? Teraz mamy nowy kłopot. Musimy udowodnić, że „Małolat” jest niewinny. W przeciwnym wypadku sprawa miedzeszyńska będzie za nami chodziła przez następnych parę lat.

Okazało się, że w złą godzinę powiedziałem te słowa. Ale o tym, jak już zapowiedziałem, później. Musimy prowadzić dochodzenie, kontrdochodzenie. Wiemy, że w dniu napadu na willę w Miedzeszynie „Małolat” nie znał jeszcze Targowskiego. Ale przecież Kowalski zeznał o swoim udziale sam, nie przymuszony... Trzeba przekonać „Małolata”, żeby odwołał swoje oświadczenie. Nie było to zadanie łatwe. Bał się Targowskiego i był pod jego silnym wpływem. Od czego zacząć?

Nagrałem na taśmę „szczere” oświadczenie Targowskiego dotyczące wspólnego z Bolesławem Kowalskim przestępczego działania. Spiewa jak z nut, zresztą na każdą melodię. Ponieważ wie, że mamy informacje na temat jego kontaktu, to znaczy braku kontaktu z Kowalskim przed datą napadu, wymyślił sobie pierwsze spotkanie z „Małolatem” w dniu dramatycznego włamania. Odtwarzałem sobie kilka razy jego spowiedź. Chce pani posłuchać? Proszę! Uruchamiam magnetofon!

Głos był młody, bez zabarwienia emocjonalnego. Rzeczowe sprawozdanie z napadu, dokonanego z zimną krwią:

„...W dniu 26. XI. 1969 roku w kawiarni«Arizona» poznałem Bolesława Kowalskiego. Przyszedł w towarzystwie mojego kolegi, którego nazwiska nie pamiętam. Powiedziałem im, że Jerzy Kral zna willę, w której mieszka ojciec z córką, ale tego mężczyzny nie ma w domu i kobieta jest sama. Pojechaliśmy razem do Miedzeszyna. Kral wskazał nam willę, opisał rozkład pokoi. Pamiętam, że na parterze było ciemno, a na pierwszym piętrze paliło się światło. Zdecydowaliśmy pójść do lasku i przeczekać, aż wszyscy zasną. Wróciliśmy po północy. Ja rozprułem siatkę, Kowalski trzymał narzędzia. W garażu zauważyłem samochód marki«Syrena», mimo że Kral mówił o«Oplu». Podszedłem do«Siwego»i wymówiłem mu to. Ale on powiedział, że ci ludzie mają dwa samochody i jeżdżą nimi na zmianę. Żebym był spokojny, bo na pierwszym piętrze znajdziemy duże pieniądze. Wybiliśmy okienko w piwnicy i do domu wszedł«Małolat»i kolega Krala, którego nazwiska nie znam. Otworzyłem bramę i wyjechałem«Syrenką» na ulicę. Usłyszałem krzyki od strony domu i przestraszyłem się, żeby nam nie przeszkodzono. Wróciłem do willi. Na pierwszym piętrze zobaczyłem mężczyznę i kobietę. Byli związani. Ale ich dzieci nie były związane, bo Kowalski na to nie pozwolił. Zapytałem, czemu Kowalski nie pozwala. A ten kolega powiedział, że to jeszcze małe dzieci... O gwałcie dowiedziałem się dopiero znacznie później od kolegów na Grochowie. Oni byli zatrzymani i pytano ich o gwałt i o bicie tego starszego człowieka. Umówiłem się z Kralem i on mi powiedział, że obawia się, czy na niego nie trafią. Zaproponował napisanie kilku anonimowych listów, że to zrobili ludzie, z którymi mamy na bakier...”

— Mało to wiarygodne — powiedziałam do kapitana Pankrosa i wyłączyłam głos Targowskiego. — Kto w taką bajeczkę mógłby uwierzyć? „Małolat” wchodzi do „Arizony”. On go nie zna, ale od razu wybiera się wspólnie z nim na ryzykowną wyprawę. I kolega, którego nazwiska nie pamięta. Relacja niewarta taśmy!

— Bo to ta jedna? — powiedział kapitan Pankros. — — „S.O.S.” jeszcze kilka razy będzie opowiadał historię napadu w Miedzeszynie i za każdym razem inaczej. Trzeba było odkręcić wersję z „Małolatem”, bo ten faktycznie nie brał udziału w tym napadzie. Co ja się po więzieniach najeździłem! Musiałem znaleźć lokatora celi, w której Kowalski znalazł się po rozprawie. „Małolat” był za młody, żeby w tego rodzaju stresowej sytuacji miał nie puścić pary. Znalazłem! A jeden ze świadków, oskarżony na wspólnej rozprawie, zeznał, że sam słyszał, jak Targowski w „sieczkarni” namawiał Kowalskiego, żeby się „przyznał do tego napadu, to wówczas polepszy sobie opinię w więzieniu. Bo on nie wyda prawdziwych sprawców. Ci ludzie nie mogą siedzieć!”

„Sieczkarnią” nazywają pokoje, w których więźniowie czekają na rozprawę. Swiadek podpisał swoje zeznania imieniem i nazwiskiem. Powiedział: „Szkoda by mi było, żeby taki młody chłopiec siedział nie za swoje”.

W końcu przeprowadziłem konfrontację Kowalskiego z jego matką. Błagała tylko, żeby powiedział prawdę. A było widoczne, że zachował dla niej synowskie uczucia. Rozpłakał się i przyznał, że „S.O.S.” — „ojciec chrzestny” Targówka — zmusił go do samooskarżenia, pocieszając, że na następnej rozprawie odwoła oświadczenie o współudziale i w ten sposób będzie można ciągnąć sprawę bez końca.

Ale mu to nie wyszło. W maju 1971 roku Ryszard Targowski zostaje zasądzony za dokonanie napadu w Miedzeszynie na osiem lat pobytu w zakładzie karnym. Monika, jak wspominałem, pełniąca rolę „świecy”, inaczej „waleta”, otrzymała dwa lata z hakiem. Kral za „wystawienie” obiektu — półtora roku. Stecki otrzyma niewielki wymiar kary za paserstwo. Na rozprawie Targowski podtrzymuje swoje oświadczenie twierdząc, że „Siwy” nic nie wiedział o napadzie. Nocował u niego z Moniką. Za gościnę pozostawił żonie przyjaciela — pierścionek, a monetę przekazał dla dziecka, które miało się lada dzień urodzić.

Jeden z oskarżonych w poprzedniej, grupowej sprawie, nazwiskiem Łodyga („Brudas”), o którym także wspomniałem, był o krok od wspólnej z Targowskim odpowiedzialności za Miedzeszyn. Były wszelkie poszlaki świadczące o jego współuczestnictwie. Wystarczyło jedno słowo „S.O.S.”. Nie powiedział go i Kazimierz Łodyga zainkasował „rok nie wyrok” za sfałszowanie świadectwa, które pomogło mu w uzyskaniu pracy. Powoływał się — czułem w tym główkę Targowskiego — na odpowiednie zarządzenie prezesa Rady Ministrów mówiące m.in., że aby uzyskać etat hydraulika, trzeba przejść koniecznie odpowiednie przeszkolenie. A on tak marzył o uczciwej pracy! W zakładach, powołując się na ten przepis, wymagali dyplomu. No więc musiał go sfałszować! Cel uświęca czy bodaj uszlachetnia środki i sąd powinien tę okoliczność uwzględnić wymierzając karę.

Targowski zostaje sam zasądzony za napad, gwałt, rabunek. A my mamy przekonanie, oparte na zeznaniach poszkodowanych, że bandytów było co najmniej trzech. Aby organa sprawiedliwości odniosły pełne zwycięstwo, należałoby wyegzekwować oświadczenie ujętego przestępcy. W jego psychopatycznej osobowości leży kłamstwo, krętactwa. Powie tylko to, co zechce. Charakterniak, jak się patrzy. Oceniliśmy trzeźwo nasze szanse i zamknęliśmy nasz rachunek z Targowskim, przynajmniej do czasu opuszczenia przez niego bramy więziennej. Długo na wolności nie pobędzie. I wątpię, czy „S.O.S.” zechce i może skorzystać z szansy resocjalizacji...

A jednak rachunek sprawy miedzeszyńskiej pozostał otwarty! I niewykluczone, że kapitanowi Pankrosowi przyjdzie jeszcze zawiesić na drzwiach tabliczkę z napisem: „Przesłuchanie! Proszę nie wchodzić!” A w jego pokoju, naprzeciw krzesła zajmowanego przez inspektora, usiądzie znowu „S.O.S.” — Ryszard Targowski, firma z nieograniczoną nieodpowiedzialnością.

Skąd te pesymistyczne, tym razem reporterskie prognozy?

Otóż dalszy ciąg tej sprawy, zamkniętej wyrokiem sądu wojewódzkiego, znalazł się w moim dziennikarskim notatniku całkowicie przypadkowo. Żeby zamknąć historię napadu na willę Snarskich, brakowało mi opinii lekarsko-psychiatrycznej na temat trudnej osobowości sprawcy. Co za typ z tego Targowskiego? Niezadowolenie wyraża jak zwierzak schwytany w lesie. Kiedy był zły, pluł na stół, zacinał się, wychodził z pokoju. Prosił o pokazanie mu akt i nim inspektor zdążył wstać z krzesła, gwałtownym ruchem wyrywał niewygodne mu strony i w okamgnieniu połykał. A jego władza nad otoczeniem, poczucie odpowiedzialności za ferajnę, uzurpowanie sobie rządu dusz przestępczych... To on decyduje, kto zostanie ocalony, a komu należy się kara, wymierzona przez sąd, on postanowił:

„Ci dwaj muszą zostać na wolności. Siedzieć będzie«Małolat»!”

Skłonność do samouszkodzeń — dowód słabej odporności psychicznej, histeryczne reakcje mogą być uzasadnione strukturą psychiczną, jak to teraz już wszyscy wiedzą, ośrodkowym układem nerwowym. I dlatego wstąpiłam pewnego dnia — a jest już rok 1973 — do wielkiego gmachu przy ul. Swierczewskiego, gdzie mieści się centrum wymiaru sprawiedliwości. W znakomicie uporządkowanym archiwum znajdę akta sprawy Targowskiego, do których musi być załączona opinia psychiatry i psychologa.

Ale w archiwum akt sprawy miedzeszyńskiej nie znalazłam. Jak to? IV Wydział Karny, numer jest, rok 1971... Gdzie się mogły podziać? Okazało się, że zostały przekazane do prokuratury. Dlaczego?

— Dowie się pani od prokuratora Modrzyckiego. On także oskarżał w 1971 roku Targowskiego.

Swoją drogą, jak bardzo zawiłości ludzkich losów, niecodzienne dramaty wciągają wszystkich — i maszynistki, i urzędniczki kancelarii sądowych, woźnych. Pamiętają, czekają wyroków, oceniają talenty obrońców. Dziś odczytuję z twarzy informatorki, że z Targowskim coś się znowu kroi. Trzeba skoczyć na czwarte piętro, do stołecznej prokuratury.

Tadeusz Modrzycki — mężczyzna o tak łagodnym wyglądzie, że trudno go sobie wyobrazić w todze prokuratora, uprzystępnił mi akta, na moje wyczucie za grube, zbyt obszerne jak na jeden, choćby groźny napad. Co zdziałał „S.O.S.”, niespokojny duch marginesu społecznego Targówka, zamknięty w czterech ścianach celi?

Najpierw jednak zapoznaję się z opinią lekarską. Jak się okazuje — nie stwierdzono u Targowskiego „nieprawidłowej osobowości ani histerycznych cech charakteru, a pewne jego wewnętrzne napięcia są przez niego w sposób zimny opanowywane”.

Do opinii lekarskiej dołączono ankiety, wywiady. Niewiele z nich wynika. Pierwsze kolizje z prawem miały miejsce w czternastym roku jego życia. Dom poprawczy — normalna kolej rzeczy. Później więzienie. Zainteresowania? Lubi książki i sport. Nie chorował, teraz gorzej sypia. Pije, ale może nie pić. O przyszłości nie myśli. Tyle razy już mu zadawano to pytanie...

Psycholog stwierdza pewne cechy psychopatyczne. Coraz częściej używamy tego słowa w stosunku do osobników, którzy stwarzają kłopoty bliźnim i sobie. Istnieje pewna różnica między opinią lekarza i psychologa w ocenie stanu psychicznego oskarżonego. Ale tak czy inaczej psychopatia nie kwalifikuje do korzystania z ulgowej taryfy prawnej, a sympatii także nie budzi.

Nie byłby jednak Targowski sobą, gdyby nie odwołał się od wyroku sądu wojewódzkiego. Nikt mu zresztą prawa obrony własnej osoby nie odbiera! Pisze skargę do Sądu Najwyższego, pełną pasji, a także inwektyw. Nie mogę jej nie przytoczyć, choćby fragmentu początkowego.

„Wysoki Sądzie!

Nie jestem prawnikiem i nie wiem, co według sądu jest logiczne i przekonujące. A po drugie, jako oskarżony nie mam obowiązku czy nawet możliwości przekonania sądu o swojej niewinności. Natomiast sąd ma obowiązek udowodnić winę oskarżonego. W przeciwieństwie do pozostałych oskarżonych, którzy w ostatnim słowie prosili o łagodny wymiar kary, ja nie walczyłem o litość, ale o sprawiedliwość. Niestety sąd nie przychylił się do mojej prośby. Odbywam obecną karę, niezależnie od jej wysokości, nie w poczuciu zasłużonego wymiaru, ale w przekonaniu o zemście, która mnie dosięgła z rąk sprawiedliwości...”

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.