Pomnik dowódcy - Jan Jaźwiec - ebook

Pomnik dowódcy ebook

Jan Jaźwiec

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 159

Rok wydania: 1974

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Jan Jaźwiec — to pisarz i redaktor, którego szczególnie interesują przeżycia i dążenia młodzieży, a także jej postawa w okresie okupacji hitlerowskiej. Sam był żołnierzem BCh, a jednocześnie uczniem i nauczycielem tajnej szkoły średniej w Lipinach, prowadzonej przez dr H. Spoczyńską. Dzieje tej szkoły przedstawił w pięknej książce pt. Na rodzona w konspiracji, nagrodzonej przez tyg. „Polityka”.

Pomnik dowódcy — to czwarta książka J. Jaźwieca (pierwsze dwie: Powrót do drugiej klasy i Głos ojca). Jest ona hołdem złożonym Kazimierzowi Jędrzejowskiemu, młodocianemu bohaterowi, który za swoją działalność pod oświęcimskim obozem zagłady zginął męczeńską śmiercią, spalony w krematorium.

 

JAN JAŹWIEC

POMNIK DOWÓDCY

 

OPOWIEŚCI O ŻOŁNIERZACH BCH

Pod redakcją

Marii Szczawińskiej

i

Stanisławy Młodożeniec-Warownej

 

 

Kazimierz Jędrzejowski ,,Kazek”, młodociany dowódca Oddziału Specjalnego BCh, niosącego pomoc więźniom obozu zagłady w Oświęcimiu

 

Jan J a ź w i e c

POMNIK DOWÓDCY

 

LUDOWA SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA

 

Opracowanie graficzne

WIKTOR CHRUCKI

Zdjęcia ze zbiorów autora, z Państwowego Muzeum w Oświęcimiu oraz z książki W. Jekiełkapt. W pobliżu Oświęcimia

LUDOWA SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA1974

 

„Kochana Mamusiu. Donoszę Ci, że dziś, to jest 16. 5. 1944, wyjeżdżam z transportem do Oświęcimia wraz z Uthke i Imachem. Kochana, za wszystko, co dla mnie uczyniłaś, jestem Ci bardzo wdzięczny i nie mam słów, którymi bym mógł Ci wyrazić ją. Złączyła nas wspólna dola i wspólny cel, a to jest Ojczyzna. Na jaki los jadę, nie orientuję się w ogóle, prawdopodobnie na 11-tkę lub komora... przyjmuję na zimno, bo wiem, za co. Nie rozpaczam, mimo że żal mi młodego życia i sił, jakie mógłbym oddać przyszłej Polsce. (...)

Jak umiałem pracować, tak i teraz potrafię ponosić konsekwencje za swoje czyny. Dumny jestem, że mogę umrzeć w sprawie Ojczyzny i wolności ludu polskiego. Jemu i pozostałym życzę wiele pomyślności w pracy dla Polski Ludowej i tego, by jak najdłużej się Nią cieszyli.”

(Z listu Kazimierza Jędrzejowskiego „Kazka” pisanego w więzieniu w Mysłowicach. Oryginał — Państwowe Muzeum w Oświęcimiu.)

I

Rankiem w przeddzień Zielonych Świąt 1964 roku gromadzki park w Malcu w powiecie oświęcimskim zaroił się ludźmi. Już od świtu uwijała się grupka miejscowych działaczy i młodzieży, aby wszystkiego dopilnować jak należy. Ktoś do koszyka wrzucał kamienie, ktoś grabkami wydrapywał z trawy grudki stwardniałego cementu, ktoś znosił nad strumyk kawałki papierów, aby je spalić z dala od zabudowań. Szykowała się we wsi niezwykła uroczystość, więc trzeba było park odświętnie przysposobić.

Do tego czasu nie był to nawet park. Trochę drzew na gruncie gromadzkim, kilkanaście dzikich krzewów spowitych chwastami, różnej wielkości doły i dołki. Uporządkowali ten teren mieszkańcy wsi, wyrównali, oczyścili, ustawili ławki. Tuż przy wejściu do parku przykuwał uwagę świeżo wzniesiony obelisk-pomnik. Tonący w kwiatach i zasłonięty jeszcze. Wszyscy jednak wiedzieli, że na pomniku wyryte jest imię Kazimierza Jędrzejowskiego — młodziutkiego dowódcy Oddziału Specjalnego Batalionów Chłopskich, działającego na przedpolach obozu zagłady w Oświęcimiu. Cichego bohatera, nie znanego za życia szerzej w kraju, a znanego tysiącom ludzi różnych narodowości, walczących za drutami oświęcimskiego obozu o każdy dzień życia. To on, młodociany dowódca, wraz ze swoim oddziałem wspomagał wydatnie skazańców w ich dramatycznej walce. Dostarczał potajemnie za druty żywność, różnego rodzaju środki wzmacniające, najpotrzebniejsze lekarstwa, pomagał więźniom w nawiązywaniu i utrzymywaniu kontaktów z rodzinami, z konspiracyjnymi organizacjami w kraju i przekazywaniu informacji światu o zbrodniach dokonywanych w obozie.

Był to chyba pierwszy pomnik wzniesiony na cześć żołnierza Batalionów Chłopskich, ale też i oddział, którym przypadło dowodzić Jędrzejowskiemu, rozpoczął swą niezwykle trudną, jedyną w swoim rodzaju działalność wcześniej niż wiele innych.

Lata nie zatarły pamięci o Kazimierzu Jędrzejowskim, jego imię do dziś wymawia się tutaj ze czcią. Widomym dowodem pamięci jest pomnik wzniesiony w dwudziestą rocznicę jego męczeńskiej śmierci w maleckim parku — w miejscu, gdzie żandarmi aresztowali go, a potem, skatowanego i związanego łańcuchem, powlekli do gestapowskiej kaźni.

Pomnik Jędrzejowskiemu wzniosło społeczeństwo z dobrowolnych składek. Dawali grosz ci, którzy współpracowali z nim w tamtych nieludzkich latach, cisi, nieznani bojownicy, ci, którzy szli razem z nim pod kolczaste druty, i ci, którzy znali jego czyny jedynie ze słyszenia. Często był to wdowi grosz i, być może, ten liczył się stokrotnie w utrwaleniu pamięci wiejskiego chłopca, który w ofierze złożył swe życie, ratując życie innych.

Kilka tysięcy ludzi ściągnęło do Malca na uroczyste odsłonięcie pomnika w dniu Święta Ludowego 1964 roku. Jechali z bliższych i dalszych okolic: z Oświęcimskiego i Chrzanowskiego, od Wadowic i od Żywca, z Cieszyna i z Morawskiej Ostrawy. Zdeptał przecież Jędrzejowski swoimi stopami wszystkie te tereny i pozostawił po sobie wspomnienia, których nie zatrze czas. Zjawiał się wszędzie, gdzie potrzeba było nadziei czy pocieszenia, był pomostem łączącym pozostałych jeszcze na wolności z tymi, których okupant wykreślił już z listy żywych i którzy bronili się rozpaczliwie przed kolejką prowadzącą do komory gazowej i obozowego krematorium w Oświęcimiu. Oddał skazańcom wszystkie swoje młode siły i wszystkie umiejętności, zespolił się z więźniami całym sercem, a w końcu za ich sprawę złożył ofiarę najwyższą — ofiarę życia. Zgasł jak kwiat dopiero co rozwinięty, zerwany ręką barbarzyńcy i rzucony do rozpalonego pieca.

Pochyliły się czoła tłumnie zebranych, kiedy zapłonęły znicze i kiedy sztafeta Koła Związku Młodzieży Wiejskiej z Malca podeszła pod pomnik i ustawiła urnę zawierającą prochy z oświęcimskiej kaźni narodów. Przy dźwiękach hymnu państwowego opadła zasłona okrywająca obelisk.

Pomnik Kazimierza Jędrzejowskiego został odsłonięty. W maleckim parku będzie stał po wieczne czasy granitowy symbol, przypominający walkę młodego bohatera i walkę narodu polskiego z barbarzyństwem, jakie wylęgło się w dwudziestym wieku w Europie.

Uchwałą Powiatowej Rady Narodowej w Oświęcimiu imię Kazimierza Jędrzejowskiego otrzymał także park gromadzki, około uporządkowania którego krzątali się ochotnie mieszkańcy wsi. Stanie się od tego czasu miejscem odpoczynku dla szukających po pracy cienia i ochłody w letnie, gorące popołudnia, przygarnie rozbawione dzieci, skryje młodzieńca, który z drżeniem serca będzie tu oczekiwał na ukochaną dziewczynę. Parki powinny przecież służyć zabawom i radosnym przeżyciom.

Nie miał czasu na nie, niestety, Kazik Jędrzejowski, choć był młodym chłopcem. Idźmy więc po jego śladach, poznajmy jego losy i jego czyny. Powędrujmy za nim przez umęczone miasta i wsie, pełne Niemców, gdzie śmierć ciągle zagląda w oczy, poskradajmy się nocą obok usianych posterunków, pełnych żandarmów i psów — jednakowo wściekłych i jednakowo podniecających się na widok człowieka innej rasy. Poczołgajmy się razem z Jędrzejowskim pod najeżone śmiercią kolczaste druty obozu i wsłuchajmy się w głos ziemi, w której tętnią serca pomordowanych. Może wtedy łatwiej pojmiemy sens wzniesionego w Malcu granitowego pomnika, u którego stóp spoczęły prochy z największego cmentarza świata, przyniesione tu przez młodzież wolnych już podoświęcimskich wsi.

A jeśli wypadnie nam kiedyś odpocząć w Parku im. Kazimierza Jędrzejowskiego w Malcu, pomyślmy choć przez chwilę o jego krótkim, lecz jakże dojrzałym, pełnym dramatyzmu życiu i męczeńskiej śmierci, która stała się chlubną cząstką ofiary złożonej za naszą wolność, za nasz honor ojczysty.

II

Gdy 12 lipca 1924 roku przyszedł na świat, niemal nikt z rodziny nie wróżył mu długiego żywota. Był wątłym oseskiem, mizerotą bledziutką, słabą — ledwie w tym serce kołatało. Bo to i matka, Anna (z domu Wasztyl), kobieta nie pierwszej już młodości, też dobrego zdrowia nie miała. Była wdową obarczoną kilkorgiem dzieci, kiedy zeswatano ją z młodym wówczas Adamem Jędrzejowskim, stryjecznym 'bratem pierwszego męża. Zrezygnował wtedy Adam Jędrzejowski z pracy w kopalni i zajął się gospodarstwem oraz rodziną. Bolał bardzo nad wątłym zdrowiem syna Kazia. Niewiele mu jednak mógł pomóc, bo w domu się nie przelewało. Nie było pieniędzy na lekarzy, nie było mowy o witaminach, o należytym odżywianiu dziecka — często nawet i chleba brakowało.

Troskliwa opieka matki i przyrodnich sióstr niewiele mogły tu zdziałać. Rodziców długo trapiła niepewność, co wyrośnie z tego dziecka. Jego rozwój hamowała krzywica, chwiało się na słabych nóżkach, stąpało na nich niepewnie, przewracało się z lada powodu. Natura ma jednak swoje prawa i jej przede wszystkim należy zawdzięczać to, że Kazik z tego wszystkiego jakoś się wykaraskał.

I chyba już wtedy zaczęła kiełkować w Kaziku duża wrażliwość, rozwijała się zdolność do głębokich uczuć. Długo był dzieckiem kruchym i wymagającym szczególnej troski, której nie szczędzili mu rodzice i rodzeństwo. Potrzebował opieki, a więc lgnął do wszystkich jak przylepka. Kochali go za jego przymilność i za jego słabość, był pupilkiem całego domu. Darzony ciepłem, odwzajemniał się rodzinie jak tylko umiał.

Ta serdeczność dla otoczenia została już w nim, choć z biegiem lat organizm zmógł choroby, nie pozostawiając śladu. Ruch, powietrze, a nade wszystko słońce przegnały krzywicę i Kazik rósł jak na drożdżach, jakby chciał nadrobić to, co stracił w pierwszych latach. Roboty wiele w domu nie było, a więc nie było potrzeby podrastającego Kazika wprzęgać wcześnie, jak to czyniono z innymi wiejskimi dziećmi, do gospodarskiej wyręki. Korzystał w pełni z dziecinnej swobody, z potrzebnego mu ruchu i powietrza, czerpał pełnymi rękami dary natury.

A ojciec harował w czterohektarowej gospodarce od świtu do nocy, bo w domu było jedenaście gąb do wyżywienia — matka, żona i ośmioro dzieci. Niektóre później, gdy osiągały wiek dojrzały, szły szukać pracy i chleba poza domem, najczęściej zresztą wynajmowały się do posług, bo jakąż inną pracę mogły znaleźć bez szkoły i bez przygotowania zawodowego. Nikt przecież w tamte lata nie troszczył się o chłopskie dzieci, o szkołę dla nich, o pracę, o przyszłość.

Był to czas, kiedy Europę ogarniał kryzys gospodarczy, który nie ominął także i naszego kraju. Podatki zostały wygórowane, a ceny za produkty rolne spadły niemal o połowę. Aby nie dać się biedzie, trzeba było pracować jeszcze więcej niż kiedykolwiek. Strajkowali robotnicy, buntowali się chłopi. Kwintal żyta rolnik był zmuszony oddawać za 8—10 złotych, a kwintal ziemniaków kosztował złotego lub niewiele więcej. Eksportowaliśmy w tym samym czasie cukier do Anglii po 17 groszy za kilogram, gdy w kraju kosztował on 1 zł i 5 groszy. A na płotach i murach widniały zachęcające reklamy: „Cukier krzepi”. Jak na urągowisko. Ludzie tymczasem pili herbatę z sacharyną, przemycaną z Niemiec, bo na kilogram cukru trzeba było sprzedać 35 jajek.

Ożywiły się w tym czasie hasła stronnictw politycznych, sprawniej niż kiedykolwiek organizowała się wieś. Rozbity ruch ludowy zaczął się cementować. „Piast”, Stronnictwo Chłopskie i „Wyzwolenie” utworzyły jedną partię chłopską — Stronnictwo Ludowe. Wieś domagała się reform społecznych i praw dla ludu wiejskiego, stanowiącego 72 procent całego narodu. Adam Jędrzejowski, który doświadczenie w pracy społecznej zdobywał w „Wiciach”, stał się teraz jednym z czołowych działaczy Stronnictwa Ludowego. Został wybrany prezesem koła w Osieku, a później członkiem Zarządu Powiatowego w Białej.

W takim to czasie rozpoczął naukę w szkole powszechnej w Górnym Osieku syn Adama — Kazimierz Jędrzejowski. Był chłopcem na wskroś inteligentnym i uczniem bardzo pilnym, lecz przez nauczycieli świadomie nie docenianym. Często też wypominano Kaziowi, że ma „czerwonego” ojca, który podżega chłopów do buntu. Kazio nie rozumiał, co znaczy „czerwony ojciec”, ale nie bardzo się tym określeniem przejmował i nie wiedział, o co to chodzi. Ojciec wyjaśnił zresztą synowi znaczenie tego wyrazu i od tego czasu Kazio był raczej zadowolony, że jego ojciec jest „czerwony”. Często był tylko zdziwiony, że dostawał w szkole niższe noty, choć koledzy, którzy odpisywali od niego zadania, otrzymywali oceny bardzo dobre.

To złośliwe traktowanie dziecka denerwowało ojca, ale nic na to nie mógł poradzić. Cieszył się, że Kazio przechodził z klasy do klasy, a to było przecież najważniejsze.

— Gwiżdż na stopnie, tylko się ucz — mówił synowi. — Nie stopnie są ważne, ale to, co jest w głowie.

Kazia nie trzeba było zachęcać do nauki, gdyż sam się do niej garnął. Od książki trudno było go oderwać i z nauką nie miał żadnych kłopotów. Na pytania stawiane mu przez nauczycieli w szkole odpowiadał znacznie szerzej, niż pozwalały na to wiadomości wyczytane w podręcznikach, czym wprowadzał nauczycieli w zdumienie. Czytywał książki nie tylko przepisane programem nauczania, sięgał po powieści podróżnicze, historyczne, społeczne znajdujące się w bibliotece szkolnej, a gazety prenumerowane przez ojca wertował od deski do deski.

Od dzieciństwa Kazio wrastał w atmosferę ruchu ludowego, a ponieważ był chłopcem bystrym i dociekliwym, często pytał ojca o sprawy niezrozumiałe, których jego młody umysł nie mógł pojąć. Ojciec na wszystkie pytania odpowiadał jak dorosłemu.

— Niech się dziecko uczy — mówił. — „Czym skorupka nasiąknie za młodu, tym trąci na starość”.

Czytywał Kazik książki całe dnie i wieczory, rozczulał się nad skrzywdzonymi bohaterami, opowiadał rodzeństwu wyczytane historie i marzył o zapanowaniu sprawiedliwości społecznej. Czasem słuchano jego opowiadań, czasem nie słuchano, ale jeśli coś wypadło Kazikowi zrobić, zawsze któreś z rodzeństwa chętnie go w tym wyręczało — niech czyta, po co mu przerywać.

Znosił książki z biblioteki szkolnej, pożyczał ze zbiorów prywatnych i czytał z zapamiętaniem. Poza książkami interesowały go jedynie narty. Początkowo korzystał z nart kolegów. Szli grupkami na wzgórza i zjeżdżali na zmianę. Co jedni pojeździli trochę, to oddawali narty kolegom, a sami, drżąc z zimna, oczekiwali, aż następni się zmęczą.

Kazik nigdy nie opuszczał domu, jeśli wiedział, że u ojca odbędzie się zebranie. Siadał gdzieś w kącie i słuchał uważnie — jak człowiek dorosły. Często zebrania i dyskusje toczyły się do później nocy, ale Kazik nie chciał nawet słyszeć o spaniu. Z gazet znał wiele problemów nie gorzej od dorosłych.

Lata biegły, Kazio rozwijał się fizycznie i umysłowo. Uczył się od ojca wiciowej wiary w przyszłość, czerpał wiadomości z ,,Piasta” i „Wici”, przysłuchiwał się zadziornym dyskusjom chłopów przychodzących do ojca. Zapamiętał wiele wypowiedzi wybitnych i radykalnych działaczy. Bywał w domu ojca-prezesa Wincenty Witos, często odwiedzał go dr Józef Putek.

Młody i wrażliwy umysł Kazia chłonął smutne wynurzenia rozgoryczonych chłopów, którzy nie szczędzili ostrych słów pod adresem uciskających ich władz, dziedziców i okolicznych plebanów. Zasłyszana od dorosłych krytyka nie była przyjmowana przez Kazika obojętnie.

Od czasu do czasu do domu Jędrzejowskich wkraczali policjanci. Czasem brali ojca na przesłuchania, czasem do aresztu. Raz za nieopatrzne słowo, drugi raz za nielegalne zebranie — to znowu za organizację strajku. Raz ojciec siedział krócej, kiedy indziej dłużej. A potem wracał jak bohater, znajomi witali go z uznaniem, z podziwem. Wszystko to wpływało na psychikę młodego Kazika, kształtowało charakter, pobudzało wrażliwość, rozwijało wyobraźnię. Ojciec stał się autorytetem, wzorem godnym naśladowania.

Konfrontował Kazik swoje spostrzeżenia z wypowiedziami nauczycieli w szkole i z kazaniami księdza proboszcza, który niejednokrotnie gromił z ambony nielojalnych wobec ówczesnego rządu chłopów-ludowców, straszył matki piekłem za bezbożne wychowanie synów-wiciarzy. Był chłopcem wrażliwym i nie mógł się pogodzić z taką oceną chłopów, których znał, którzy odwiedzali dom ojca. Wcześnie zaczynał myśleć kategoriami ludzi dojrzałych, a z latami potęgował się w nim bunt przeciwko niesprawiedliwości i przeciwko władzy znienawidzonej przez chłopów.

Wcześnie też zaczął chodzić na zebrania wiciarzy. Starsi koledzy chętnie widzieli go u siebie. Zjednywał ich sobie wrodzoną kulturą, inteligencją i rzadko spotykaną w tak młodym wieku dojrzałością społeczną. A poza tym posiadał wiele osobistego wdzięku. Urzekał ludzi swym pogodnym uśmiechem i ciągłą gotowością do usług. Otaczany uczuciami miłości i sympatii, nie zasklepiał się w nich samolubnie, lecz zwielokrotnionym bogactwem swego gorącego serca hojnie obdarzał rodzinę, kolegów i znajomych. Nie miał nigdy z nikim żadnych zatargów. Był łubiany wszędzie i przez wszystkich. Czasem jego cnoty były aż przesadne. Nie zawsze było mu z tym dobrze. Ludzie potrafią wykorzystać cudzą uczynność dla swoich własnych celów. Ale Kazik był już uformowany psychicznie, chciał pomagać innym, był wrażliwy na nieszczęścia ludzkie, na krzywdy, na niesprawiedliwość.

Wpływ na taką postawę wywarła chyba choroba, jaką przeżył w dzieciństwie, i skomplikowane warunki rodzinne, a najwięcej prawdopodobnie przejęcie się ideałami poznanymi z lektury. Kiedy w dzieciństwie pytano go, kim chciałby być, gdy dorośnie, odpowiadał, że najchętniej — prezydentem, bo uczyniłby wszystkich ludzi równymi. Te dziecinne marzenia ukazują krystalizowanie się młodego charakteru Kazika i pozwalają zrozumieć zapamiętałość w jego później-

 

Pomnik wzniesiony przez okoliczną ludność ku czci Kazimierza Jędrzejowskiego „Kazka”, w parku noszącym jego imię, w Malcu w pow. oświęcimskim

 

czyła naukę na czwartej klasie. Marzyło się ojcu, by Kazika posłać do szkoły średniej — niechby się nie zmarnowały jego zdolności i chęci do nauki.

Udał się Adam Jędrzejowski do Szkoły Mechanicznej w Sułkowicach i zgłosił syna na naukę. Wrócił do domu niewesoły, bo opłaty, jakich wymagano za pobyt Kazika, były wysokie, a z gospodarki niewiele można było uciułać. Zadręczał się ojciec po nocach, obmyślał całe dnie, jakby pomóc synowi, ale wszystko wskazywało, że nie da rady.

A Kazik nie rozstawał się z książką. Uczył się, czytał coraz więcej i przygotowywał się do egzaminu. Znał kłopoty ojca i im bliżej było czerwca, tym bardziej chodził przygnębiony. Uda się, czy nie uda. I wreszcie zaapelował do swej przyrodniej siostry Elżbiety, która wywędrowała z Osieka za chlebem do Krakowa. Niewiele jej w tym Krakowie płacili, ale miała utrzymanie i mogłaby parę złotych dorzucić do wydatków na brata. Usiadł Kazik i na kartce kancelaryjnego papieru wyjawił swoją błagalną prośbę. W liście tym z dnia 28 czerwca 1939 roku czytamy:

„Kochana Siostro, jak ja spędzałem czas ostatnich miesięcy? W zimie jeździłem na nartach, ale ani w jednym dniu nie zapomniałem o nauce i z upodobaniem czytałem książki, przerabiałem rachunki i powtarzałem sobie wiadomości z przyrody, geografii i historii, i nie było dnia, żebym ze łzami w oczach nie prosił taty, żeby mnie posłali do szkół. Tata rozumiejąc, co znaczy nauka, zapisali mnie do Państwowej Szkoły Mechanicznej w Sułkowicach i w dniu 22 czerwca zdawałem egzamin wstępny, który poszedł mi bardzo dobrze i zostałem przyjęty do szkoły. Już od 3 września rozpocznę naukę, za którą trzeba płacić miesięcznie 60 złotych, a do tego jeszcze ubranie i wiele innych wydatków. A wiesz, że tata są biedni, a do tego jeszcze mama nie mają dobrego zdrowia i nie potrafiliby tata opłacać mieszkania i szkoły i musiałbym zrezygnować z uczenia się w szkole.

Więc Najukochańsza Siostrzyczko, jeżeli Ci pozwoli na to Twój skromny zarobek, to dopomóż mi i nie myśl, że chcę to za darmo, o gdy się wyuczę, to Ci to wszystko oddam i odwdzięczę Ci się za Twoją dla mnie pomoc w tak krytycznym dla mnie czasie. Jeszcze raz proszę Cię, nie zapomnij o swym bracie Kazimierzu...

Twój brat Jędrzejowski Kazimierz”.

Jakże mogła zareagować na taki list siostra Elżbieta? Kochała go przecież tak jak wszyscy i chciała, aby choć on poprawił sobie życie. Odpisała i obiecała pomoc. Ile będzie mogła. W sytuacji Jędrzejowskich każda złotówka stanowiła pomoc.

Kazik śmiał się i płakał z radości. Pójdzie do szkoły. Jego marzenia zostaną zrealizowane. Dnia 12 lipca 1939 roku napisze do siostry Elżbiety:

„Kochana Siostro! W pierwszych słowach mego listu składam Ci serdeczne Bóg zapłać za Twe dla mnie serce i jeszcze raz dziękuję Ci z całego serca, żeś przyłożyła rękę do mojego życia na przyszłość. I pamiętaj, że nie chcę tego za darmo, bo za Twe serce rodzeńskie dla mnie, którem wyczuł przy czytaniu Twego listu, w którym żeś nie pisała, tylko Twe serce mówiło i radowało się z tego, że będę się dalej uczył.

Pamiętaj, że będę się umiał odwdzięczyć w przyszłości za taką dla mnie pomoc pieniężną, bez której bym może musiał zrezygnować z uczęszczania do Państwowej Szkoły Mechanicznej w Sułkowicach... Miejscowość Sułkowice leży w powiecie myślenickim, województwie krakowskim i odległość z Sułkowic do Krakowa wynosi około 30 kilometrów, a więc czasem w niedzielę przyjadę do Krakowa na rowerze, by Cię odwiedzić, Najukochańsza Siostrzyczko, i zdać Ci sprawozdanie z mego postępowania w nauce. Nauka ta będzie ciężka, ponieważ ta szkoła jest szkołą zawodową, obejmującą dział mechaniczny, po ukończeniu którego można zostać pracownikiem, a jeżeli uczeń jest zdolny i ma praktykę po szkole — kierownikiem lub innym urzędnikiem w fabryce i zakładach przemysłu metalowego. Jednak po ukończeniu tej szkoły, kto ma pieniądze, może iść na dalsze studia do szkoły mistrzów przemysłu metalowego, po ukończeniu której można zostać Profesorem Szkoły Zawodowej.

Teraz, Kochana Siostro, proszę Cię, nie gniewaj się na mnie, żem Ci dziękował za Twą dla mnie pomoc, a nie pozdrawiałem Cię. A więc teraz wraz z mamą, tatą, braćmi: Jędrkiem, Frankiem, Ludwikiem, Albinem, siostrami Maryśką, Rózią i babką pozdrawiamy Cię i życzymy Ci wszystkiego dobrego, a zwłaszcza zdrowia — z całego serca...

Mieszkał prawdopodobnie będę w bursie szkolnej, ponieważ mieszkanie prywatne też kosztuje 40 złotych miesięcznie.

Kochana Siostro, muszę Ci jeszcze napisać o radości taty i mamy, jak przeczytali Twój list i dowiedzieli się, że mi swoimi ciężko zapracowanymi groszami dopomożesz. I tata powiedzieli, że masz szlachetne serce i pragniesz tak jak i oni z mamą mego szczęścia w przyszłości, za co Ci jeszcze raz składam najserdeczniejsze Bóg zapłać..."

Jakiż to ogromny ładunek wrażliwości piętnastoletniego chłopca. Ile w nim miłości rodzinnej, godności, odpowiedzialności. Przywoływanie Boga, religijne akcenty — to wpływ matki, osoby starszej, chorowitej, pokładającej nadzieje w boskiej pomocy, nad którą ciągle wisiało widmo śmierci. Jego radość jest rodzinną radością, ale zaciągany dług zamierza spłacić w przyszłości, kiedy zostanie „mistrzem” albo może nawet „Profesorem Szkoły Zawodowej”.

To nie chłopięca fantazja nakaże ten tytuł napisać dużymi literami w odróżnieniu od „mistrza przemysłu metalowego” lub innego „urzędnika” w fabrykach, lecz po prostu szacunek dla nauczycieli, dla ludzi wiedzy. Teraz nie mówi już o „prezydenturze”, obniża swe marzenia do stanowiska nauczyciela szkoły zawodowej. Ten stopień awansu jest w zasięgu możliwości. Najpierw będzie się uczył sam, a potem będzie wychowywał innych. A w trakcie nauki będzie rowerem przyjeżdżał do Krakowa do siostry, aby „zdać sprawozdanie z postępów”. Niech siostra wie, że przesyłane przez nią pieniądze nie idą na marne.

Niestety, w dniach, w których Kazio Jędrzejowski miał rozpocząć naukę w szkole średniej, na kraj spadły pierwsze bomby niemieckie i „wyższa rasa” Europy zaczęła poszerzać sobie swój „Lebensraum”.