68,00 zł
Północna Droga to cykl powieściowy rozgrywający się na przełomie X i XI wieku w Skandynawii.
Oto świat, w którym zderzają się ze sobą stare i nowe, a żadne z nich nie ustąpi.
Tłem tej epickiej opowieści jest wkroczenie chrześcijaństwa w życie wikingów – kobiet i mężczyzn, którzy nade wszystko pragną samodzielnie kształtować własne losy.
Bohaterami cyklu są członkowie dwóch rodów. Ich posiadłości rozdziela wielka rzeka Namsen, ale losy nieustannie splatają się ze sobą, jakby Norny, tkaczki przeznaczenia, połączyły nici ich żywotów na mitycznych krosnach.
Pasja według Einara
Mówią o nim, że miał dziewięć matek. Einar, syn kapłana Odyna, któremu ojciec powierzył największą tajemnicę wiary, starej i nowej. Jako dziecko zostaje umieszczony w klasztorze i ochrzczony, i choć uciekał przed brutalnością świata wikingów, dopadła go inna, równie niebezpieczna, polityczna gra. Bezgranicznie kocha Chrystusa i kobietę, silniejszą od niego samego. Poświęcił się wprowadzaniu chrześcijaństwa między fiordy, wielokrotnie ryzykując i składając w ofierze własne życie, by u kresu drogi dotrzeć tam, gdzie nie dopłynęli silniejsi od niego.
Trzy młode pieśni
Ragnar, Bjorn i Gudrun, dzieci Panów Północy, nadzieja swych rodów. Dobrze urodzeni, wychowani do sprawowania władzy. Odkryli, że mają własne wizje przyszłości. Odmienne od tych, które zaplanowali dla nich rodzice. Rozerwali nawet przepowiednię wieszczki Urd. Po wielkiej bitwie Ragnar i Bjorn szukają pomsty, lecz zamiast niej odnajdują braterstwo i przyjaźń. Gudrun rozsadza ramy przeznaczenia i swobodnie, chociaż nie bezkarnie, przemierza obszary między światami. Wszyscy oni doświadczają, jak trudno jest płynąć pod prąd, a ich losy układają się w skomplikowaną wersję opowieści o bohaterach z Wallhali. Dla tych trojga młodych ludzi Ragnarok staje się niemal namacalny.
W Północnej Drodze Cherezińska rozpisuje na sześć głosów tę samą historię, przeplatając losy bohaterów tak, że ich światy, choć równoległe, stają się osobne, a każdy wybór rezonuje w innym czasie i miejscu. Jak gobelin tkany i pruty jednocześnie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1249
Palcem próbuję wyłuskać z dna kielicha czerwoną kroplę. Jest gęsta jak żywica. Niemal zastygła. Nęci barwą malin. Wróży słodycz. Ale gdy szczęśliwy ze zwycięstwa kładę ją na języku, okazuje się metaliczna i słona. Niedobra. Wypluwam i wystawiam język przed siebie, żeby wiatr zabrał z niego ten wstrętny posmak.
— Zbieraj się, synku, wypływamy! — Ojciec klepie mnie w ramię i krztuszę się. — No chodź, nie ma czasu!
Ciągnie mnie za rękę z przystani do chałupy. Tam już otwarte skrzynie, do których wrzuca pośpiesznie trochę ubrań.
— Tato, musimy płynąć?
— Einar, nie jęcz, spieszymy się.
Nie przerywa pakowania, szuka czegoś po kątach, klnąc pod nosem. Znajduje swoją najlepszą koszulę, chce wrzucić do skrzyni, ale w ostatniej chwili unosi do nosa, wącha i krzywi usta.
— Przydałaby się nam jakaś nowa matka, ktoś, kto by nas trochę ogarnął… — Bez namysłu rzuca koszulę w kąt. — Kupię nową!
— A nie mogłaby wrócić do nas ta, co była zeszłej zimy?
— Emla? Nie, Emla do nas nie wróci. Już? Spakowany? Gdzie pies?
— Był ze mną na przystani, potem pobiegł.
— Nigdy go nie ma, jak jest potrzebny!
Ojciec wszystko robi szybko. Zakłada długie włosy za ucho, by mu nie przeszkadzały. Jedną ręką domyka skrzynie, drugą naciąga mi skórzany kaptur. Wystawia głowę przez drzwi i gwiżdże na psa. Ten odpowiada szczekaniem i po chwili wsuwa wielki łeb do środka. Ojciec przyklęka przed psem i mówi do niego jak do człowieka:
— Słuchaj, stary, pan i chłopiec wypływają. Pies zostaje. Pies pilnuje. Domu, świątyni, przystani. Jasne?
Pies szczeka dwukrotnie, a potem skamle i kładzie łeb na kolanie ojca. On klepie go po podłużnym pysku i mówi:
— No, nie rozczulaj się, stary. Wrócimy przed zimą.
Wstaje szybko, omiata wzrokiem chatę i podnosi spakowaną skrzynię.
— Einar, synku, nie rozczulaj się. Obiecuję, że wrócimy przed zimą. Może nawet z jakąś nową matką — mruga do mnie i już idzie w stronę przystani.
Muszę biec, żeby za nim nadążyć. Ojciec jest bardzo wysoki i sadzi kroki tak długie, że nawet jego płaszcz za nim nie nadąża. Już wskakuje do łodzi, już odwiązuje linę. Jeszcze oglądam się na psa, który odprowadził nas do przystani. Stoi na skale, unosi pysk, jakby sprawdzał dla nas wiatr. Równie rasowy jak Tjostar, mój ojciec.
Vikna, nasza skalista wyspa. Dom, świątynia, przystań. Nic więcej. Skała porośnięta mchem i drobnymi krzewami. Otwarta na morze, dzień i noc smagana przez wiatr. Pies szczeka.
Ojciec tak się spieszył, że zostawił mnie na przystani. Teraz wraca po mnie i minę ma taką, jakby chciał jednocześnie skląć mnie i przeprosić. Wyciąga swoje długie ramiona i mówi:
— Wskakuj, synku. Naprawdę się spieszę.
Odbijamy.
Przez wiele lat będę odtwarzał w myśli tę scenę, za każdym razem dostrzegając w niej coś więcej. Wtedy zapamiętuję tylko ostatni obraz: naga skała, sylwetka psa i ojciec zostawiający mnie na przystani. Dwunastoletni, sam na wyspie.
Tak już zostało.
Na razie jednak siedzę obok niego w łodzi. Patrzę, jak jedną ręką steruje. Robię się senny i opieram brodę o burtę.
— Twój ojciec ma więcej twarzy niż dziewczyna sukien — mówi Emla, mieszając w kotle zupę. Odwraca się od ognia, wyciera ręce w fartuch. Bez złości, ot, po prostu stwierdza.
To było jednej z poprzednich zim, gdy Tjostar wypłynął równie nagle jak zwykle. Obiecał, że wróci na Jul do domu, i nie wrócił. Przez posłańca przekazał nam wiadomość, trochę jedzenia i jakieś błyskotki dla Emli.
Patrzyłem, jak jej się trzęsie broda, jak pociąga nosem i płacze. Zrobiło mi się jej żal, bo była najładniejszą z moich matek i najbardziej przeze mnie kochaną. Wziąłem ją za rękę i poszliśmy z przystani do domu. Owszem, byłem zawiedziony, że Tjostar nie wróci, ale nie przejmowałem się tym tak jak ona. W końcu dla mnie to nie pierwszy raz. A Emla niech się przyzwyczai, bo inaczej trudno jej będzie z nami wytrzymać. Więc robię miny, rozśmieszam ją, ciągnę za fartuch, chcę, żeby się rozbawiła i przestała płakać. Obiecuję jej — w imieniu ojca — że jak wróci, przywiezie jej coś naprawdę ładnego. I mówię:
— Zobacz, co schował dla ciebie w tej skrzynce!
Emla wyciera nos, siadamy przy ogniu i pomagam jej otworzyć wieko. Dwie srebrne bransolety, brosza i chusta w odcieniu mchów. Emla zarzuca ją sobie na ramiona, uśmiecha się lekko, choć nos ma wciąż czerwony od płaczu. A ja mówię:
— Ho, ho! Takich pięknych bransolet żadna matka przed tobą nie dostała. Ho, ho! Musi cię bardzo kochać.
Emla patrzy na mnie i w jednej chwili cień uśmiechu znika z jej twarzy. Zatrzaskuje wieko skrzynki i ucieka do swojej izby. Zostaję sam, bezradny, a przecież chciałem dobrze. Idę jeszcze za nią, stukam do drzwi, ale słyszę tylko:
— Zostaw mnie! Idź sobie!
Potem, wiosną, Emla nas zostawia, a ja się gryzę, czy to przeze mnie, czy to moja wina. Tęskniłem za nią boleśnie, bo była dobrą matką, moją ulubioną. W końcu przyznałem się ojcu, opowiedziałem, jak ją rozzłościłem, niechcący przecież, a on uwolnił mnie od winy, zanosząc się śmiechem.
— Synku, Emla odeszła przeze mnie, nie przez ciebie! — Bawiło go, iż mogłem przypuszczać, że miałem w tym swój udział. — No już, mały, przestań! Świat jest pełen kobiet! Znajdę nam nową!
Jeszcze tego samego wieczoru przyprowadził dwie. Była pora wiosennego thingu1, odwiedzaliśmy więc Lade, jak zwykle. Mnóstwo ludzi, zgiełk. Piwo i miód leje się strumieniami. Za dnia obrady, ojciec pracuje, wieczorami uczty i uczty. Zawsze brał mnie ze sobą. I długo byłem jedynym dzieckiem wśród dorosłych, aż do czasu, gdy pojawiła się Thora, ale o niej później. Więc jak obiecał, tak zrobił. Wieczorem dwie dziewczyny, nawet ładne, przyszły z nim do chaty.
— Jak im na imię, tato?
Tjostar się zataczał, trochę wypił.
— Czekaj, synku, przedstawię! To Asta, a to Frida!
Dziewczyny w śmiech.
— A może na odwrót? To Frida, a to Asta? Tak lepiej, moje panie?
— Lepiej, lepiej — chichoczą.
— Weźmiemy je obie, tatusiu? — pytam całkiem poważnie i nie jestem pewien, czy mi się podobają. Ale myślę sobie, jakby tata wziął obie, to może zawsze by im było tak wesoło.
Ojciec prostuje się, otrząsa. Szuka pod ścianą dzbana. Leje mleko do kubka i mi podaje.
— A co, myślisz, że się nadają? — mruga do mnie, a one nagle przestają się śmiać.
— Nie wiem, tatusiu. Po Gudny umówiliśmy się, że ty sam sprawdzasz. Bo przecież żadna z tych, co ja wybrałem, nie spodobała ci się na dłużej.
Dziewczęta szturchają się i robią krok do tyłu.
— Synku, synku! Ty to masz pamięć!
— I to jeszcze, że twoje nie znikały, a moje znikały bez śladu.
— Ciii…
Dziewczyny w pisk, obracają się na pięcie i wybiegają przez drzwi. Słyszę, jak krzyczą w mroku:
— To on! To on!
Ojciec wzrusza ramionami.
— Chcesz jeszcze mleczka, mały?
— Nie, dziękuję, tatku.
Czeka, aż zasnę, i dopiero wtedy wychodzi.
Gdy budzę się rano, jest jasno. Ojciec śpi w drugiej izbie, a przy nim dziewczyna, jasnowłosa, śliczna. Siadam naprzeciw łoża i czekam, aż się obudzą.
Miała na imię Dagrun i została z nami dłużej. Po thingu zabraliśmy ją na wyspę i przez blisko rok mieliśmy wyprane koszule, świeże kaftany i naprawdę dobre jedzenie. Jak zniszczyłem buty, odkładała, i płynąc na drugą wyspę, zabierała je do szewca. Ojciec pytał: po co? On po prostu wyrzucał i kupował nowe. Dopiero zimą zaczęła zadawać coraz więcej pytań, chodzić za ojcem, dręczyć go. Jak wypływał na parę dni, wypytywała mnie o kobiety, które były przed nią. Po Emli wiedziałem już, że one zawsze pytają, ale wolą, żeby nie mówić im prawdy. Milczałem uparcie, uśmiechając się do niej, bo chciałem przecież, żeby jej było z nami dobrze. Wtedy Dagrun się rozkleiła i opowiadała mi, jak bardzo kocha mego ojca i że wszystko by dla niego zrobiła. Powtórzyłem mu, kiedy wrócił, i nie minęło więcej niż kilka dni, a Dagrun zniknęła z wyspy.
Nawet go nie spytałem. Popatrzyłem tylko na ojca, na psa. A on powiedział mniej więcej to, co zwykle:
— Zapomnij o niej, była dobrą matką, ale nie dość dobrą. Będziemy mieli nową. Postaram się tym razem lepiej wybrać.
Westchnąłem tylko i w głębi duszy poczułem, że mam już tego dość.
— Tato, weź nam lepiej służącą.
Obraził się, bo przecież od dziecka mi mówił, że ludzie muszą być wolni.
— Człowiek nie może kupować życia innego człowieka. Nie możesz tego zrozumieć, synku? Co jest warte takie życie, którego nie możesz przeżyć sam, bez pomocy innych?
— Tatusiu, wszyscy mają służbę. Tylko ty jeden się upierasz. Dagrun mówiła, że dziwaczejesz.
— Może i dziwaczeję, dziecko. Ale to nie powód, bym zmieniał swoje zasady! Pij mleko i kładź się spać! Jutro wypływamy!
No i siedzę na łodzi, opieram brodę o burtę i myślę.
Lubię się przyglądać ojcu. Jest wysoki, barczysty, bardzo szybki w ruchach. Na morzu się uspokaja. Mówi, że gdy patrzy w wodę, przestaje być sobą. Nieznośnym mężczyzną o zbyt wielu twarzach — tak właśnie siebie nazywa. Kiedy patrzy w wodę, staje się kroplą w morzu, częścią czegoś, co jest ważniejsze od niego. I matki powtarzały, i on sam przyznaje, że ma niejedno oblicze. Ja to widzę, wiem, ale mi nie przeszkadza. Odkąd sięgam pamięcią, mój ojciec jest taki, że jego życiem można obdarzyć wielu. I taki mi się podoba.
Jak steruje łodzią i wychodzimy cało nawet z najgorszej burzy; jak rozmawia z psem, a ten go rozumie; jak gra na lirze i śpiewa głosem tak mocnym, że czuję drżenie ścian; jak nie wpada w gniew, gdy coś mu zepsuję. Jak skupiony siedzi przy ławie i wycina nożem runy w drewnie, a potem bierze mnie na kolana i pokazuje, jak czytać i jak ciąć. Gdy jesteśmy wśród ludzi, zawsze robią mu miejsce u szczytu stołu; milkną, gdy wchodzi do domów. Kiedy pracuje, słuchają go wszyscy i nikt się nie odważy słowem odezwać. Pytają go — on zna odpowiedzi. A jak nie zna, nie zmyśla. Mówi: „Odpowiem innym razem”. A jak się biją, bije najlepiej! Siedzę z boku i krzyczę: „Dołóż mu, tato!”, a on wygrywa. Gada nie tylko z naszym psem, gada też z ptakami. Siadają mu na ramionach, on pyta, one albo skrzeczą, albo przekrzywiają głowy na „tak” i odlatują na „nie”.
Kiedy spytał, czy nie doskwiera mi brak przyjaciół, innych dzieci, odpowiedziałem:
— Po co mi przyjaciele, tato? Mam ciebie.
Lubię, gdy płyniemy z wyspy na wyspę, odwiedzamy krewnych. Ciotki o wielkich biustach i roześmianych, brodatych wujów. Bo ojciec nie nosi brody. Goli się, pokazując trójkątny podbródek przecięty długim dołkiem. Ciotki tulą mnie do piersi i ocierają łzy, szepcząc „moje ty biedactwo”, a ja uśmiecham się do nich, bo żadne ze mnie biedactwo, ale przecież nie chcę być dla nikogo niemiły. Karmią mnie słodkimi plackami, dogadzają. Z każdej gościny wracamy utuczeni, a ojciec śmieje się, że jak łódź od naszego ciężaru nie zatonie, to pomost na pewno się zarwie. Z radością wspinamy się na naszą skalistą wyspę, z radością wchodzimy do pustej chaty, której pies tak dobrze pilnował. Ojciec rozpala ogień, przeciąga się i mówi:
— Wszędzie mi dobrze, a w domu najlepiej!
I pies szczeka, a ja się śmieję.
Takie jest nasze życie i nic nie musi się w nim zmieniać. No, może gdyby jeszcze… Tylko że od czasu Emli już nie wierzę w matki. Nazywałem je matkami, te, co były po niej: Dagrun i Fridę, i Astę, choć te dwie przecież od razu uciekły. Mówiłem na nie „matki”, żeby dotrzymać naszej męskiej umowy, aby jemu nie sprawić przykrości. Zresztą przyzwyczaiłem się. Ale po Emli już tylko tak mówiłem, a nie myślałem. Wcześniej, gdy byłem mały, naprawdę wierzyłem, że każda jedna jest moją matką. W końcu to on kiedyś powiedział:
— Masz dziewięć matek, synku.
Więc wierzyłem. Ale kiedy Emla odeszła, przemyślałem to wszystko jeszcze raz i zrozumiałem: matka jest tym, co było przede mną, co mnie zrodziło, więc nie może nastąpić po mnie. A zatem do Emli się zgadza. Potem to już tylko umowa…
Pewnie, chciałbym, żeby była, ale nie jest to konieczne. W końcu wszystko, co niezmienne w mym życiu, to on — ojciec.
— Ja też mam tylko ojca, jak ty — wyszeptała mi Thora do ucha.
Poznaliśmy się tamtej wiosny, w Lade, gdy z thingu przywieźliśmy Dagrun. Ja miałem dziewięć lat, Thora sześć. Ja byłem synem Tjostara, Thora córką Hakona. Jej ojciec był królem, a mój jego doradcą.
Nie, mój był czymś więcej. Nie mówiłem? Tjostar był pierwszym godim w Trondelagu2. Najważniejszym kapłanem Odyna odprawiającym obrzędy dla wszystkich Panów Północy.
Nasi ojcowie rozmawiali o czymś szeptem, naradzali się w otoczeniu kilku możnych, głowy pochylone, jedna przy drugiej. A Thora i ja w drugim krańcu wielkiej halli szeptaliśmy do siebie. Poznanie Thory było dla mnie odkryciem. Na wyspie mieszkaliśmy sami: ojciec, ja i pies. Znałem dzieci, widywałem je u ciotek i wujów, ale niewiele z nimi rozmawiałem; nudziły mnie. Chłopcy biegali z drewnianymi mieczami i robili hałas, a dziewczynki chichotały i chowały się za sukniami matek. Co to za towarzystwo? Thora była inna.
— A masz jakąś matkę, Thoro?
— Miałam. Ale umarła, jak byłam mała. Teraz mam służące, ale ciii… nie mów nikomu… — zbliżyła buzię do mojego policzka — nie lubię ich.
— My nie mamy służby. Ojciec nie pozwala.
— To masz lepiej, Einarze. Dużo lepiej. Twój ojciec jest bardzo mądry.
— Skąd wiesz?
— Słyszałam, jak mój tata mówił do jarla Sigurda: „Nie wiem, co zrobić, musimy spytać Tjostara”.
— Zawsze go pytają, to jego praca.
— A mówił ci, że będzie wojna?
— Mówił, mówił. A bo to pierwsza? Nie bój się, Thoro. Jesteś jeszcze mała, to może nie pamiętasz, ale ja i ojciec już niejedną wojnę wygraliśmy dla twojego taty.
Thora pokiwała głową tak zapamiętale, że aż jasne włosy spadły jej na twarz. Patrzyła na mnie jak w tęczę, a ja prostowałem plecy i robiłem dobrą minę.
— Mój ojciec niewiele mi mówi. Właściwie nie rozmawia ze mną. Wiem tyle, co usłyszę… — powiedziała po chwili.
— A mój mówi mi wszystko. Wszystko.
Skłamałem, bo chciałem, żeby jeszcze raz spojrzała na mnie z takim podziwem jak wcześniej. Ale zamiast podziwu zobaczyłem w jej niebieskich oczach smutek. I mnie samemu zrobiło się jej żal.
Gdy po skończonym thingu wyruszaliśmy do domu, Thora machała mi ręką, stojąc we wrotach dworu swego ojca. Przyszła służąca i zabrała ją do środka. Patrząc na to, jak córką króla rządzi zwykła służka, pomyślałem, że w tym, co mówi ojciec, coś jest. Nam służka niepotrzebna. Jesteśmy wolni, on i ja.
Ojciec nie lubi świata, ale kocha życie. O swojej pracy mówi „robota”. Kiedyś powiedział, że najchętniej rzuciłby robotę, zabrał mnie i psa na łódź i wypłynął z nami w morze.
— Ciągle pływamy, tato.
— Ale nie tak, Einar. Pływamy po coś, dokądś, a ja chciałbym popłynąć bez celu, dla samego żeglowania. Woda, wiatr, horyzont! Człowiek za dużo czasu poświęca na obsługę życia. Robota, zdobywanie jedzenia, robota. Żyjemy w mroku, a prawdziwe życie jest obok nas.
— Jakbyśmy mieli służbę, to więcej czasu zostałoby dla nas…
— Nie zaczynaj! Chcesz być taki jak oni?
W głębi duszy chciałem. Trochę chciałem. Ale za nic w świecie bym się nie przyznał do tego Tjostarowi.
— Tato, na czym polega twoja praca? Co ty właściwie robisz?
— Gadam z bogami.
— O! Ze wszystkimi?
— Zależy od tego, co mam do załatwienia.
Uciął rozmowę, zamknął. Ale czasami zupełnie inaczej podchodził do pracy.
Raz do roku, u progu lata, na naszą wyspę przypływały tłumy. Ojciec rozpalał olbrzymi stos przed świątynią, ludzie z pochodniami obchodzili wyspę, tańczyli wokół ognia. On wchodził do środka, gromkim głosem pytał o coś bogów, a gdy wychodził, unosił ramiona w górę, krzyczał, śmiał się. Święto radości, długiego dnia3. Nie spał wtedy kilka nocy z rzędu, nie jadł, a mimo to miał siły za dwóch. Widziałem uniesienie, ogień w jego oczach, łunę bijącą od niego. Porwał mnie w górę, uniósł wysoko nad głową i potrząsając mną, krzyczał:
— Einar! Siłą życia jest życie!
— Co robisz, tato?!
— Żyję!…
— Twojemu ojcu bogowie dają siły za trzech… — mówiła Emla albo któraś z wcześniejszych matek, kiedy spotykaliśmy się przy ogniu, o poranku.
— Praca, praca jest moim powołaniem — mówił on sam w te dni, gdy nie wspominał, że najchętniej by ją rzucił. — Dar, dar, synku. Jedni dostają dar silnych ramion i będą najlepszymi wojownikami na świecie, inni dostają dar pięknego głosu i ludzie będą płakać ze szczęścia, słuchając ich pieśni. A ja mam dar rozmawiania z bogami. Albo raczej słuchu, bo lepiej niż inni słyszę, co do nas mówią.
— A ja, tato? Jaki ja mam dar?
— Ty masz dar ojca — mruknęła z kąta matka.
On spojrzał na nią, ona się skuliła, wyszedł.
Tyle oblicz Tjostara, ile dni spędzonych razem.
Gdy tylko zacumowaliśmy łódź w Lade, podbiegło do ojca dwóch ludzi i pilnie prosili go o spotkanie.
— Tjostarze, jesteś nam potrzebny, sprawy się bardzo komplikują.
Ten niższy niespokojnie rozejrzał się wokół, na przystani było trochę ludzi.
— Zapraszam cię do mojego domu, konie czekają.
— Nas, Ormie. Jestem z synem.
— Przepraszam, małego oczywiście bierzemy ze sobą.
Ojciec krzywi się przelotnie. Nie lubi, gdy ktoś mówi o mnie „mały”. Sadza mnie na koniu przed sobą i jedziemy za tamtymi. Domostwo wielkie. Służby oczywiście mnóstwo. Orm, bo on tu jest panem domu, każe podać nam wieczerzę i przegania wszystkich. Siedzę u krańca stołu. Ojciec, Orm i ten drugi, co ma na imię Asbjorn, rozmawiają. Z początku ci dwaj co rusz odwracają się w moją stronę i ściszają głos. Ale później, gdy widzą, że ojciec mówi przy mnie głośno, przestają się pilnować. Trochę się nudzę, trochę słucham.
— Król upiera się przy swoim. Nie chce ustąpić. Jarl Sigurd mówił mu, że jak nie zmieni zdania, to czeka nas wojna domowa.
„Wojna domowa” — to samo mówił kiedyś ojciec przez sen. Rzucał się, krzyczał. Emla trzymała go z całych sił, żeby nie rozbił głowy o ramę łoża. Jarla Sigurda znam, to ojca przyjaciel. A król to przecież tata Thory.
— Sigurd chroni króla przed resztą Panów Północy, ale ludzie nie są głupi. W końcu zorientują się, że i jeden, i drugi oszukują.
Ojciec jest zły, słyszę to po głosie.
— Sigurd jest wierny Hakonowi. Nawet swemu synowi nadał imię po królu.
Znam syna jarla Sigurda. Tak, mówią na niego Hakon, jak na króla. Jest prawie w moim wieku i gdy jesteśmy w odwiedzinach u Sigurda, każą mi się z nim bawić. Tylko że my się nie lubimy. Hakon wciąż chce się bić, a to głupie. Ciekawe, jak król i Sigurd oszukują? Ani jeden, ani drugi nie wyglądają na kłamców. Może więc ci dwaj okłamują mojego tatę?
— Czego chcecie ode mnie?
— Tjostarze, tylko ty możesz przemówić królowi do rozumu. Powiedz mu, że nie zgadzamy się na stawianie u nas kościołów.
— Król to wie.
— Tak, ale jak ty mu powiesz, że tobie Odyn i Thor dali znak, iż zgody nie ma, to wiesz… on cię posłucha.
Mój ojciec roześmiał się tak głośno, że aż służące zajrzały do halli.
— Dobre! Ja mam mu powiedzieć, że bogowie powiedzieli! Dobre!
Ci dwaj się zmieszali. Nie wiedzieli, czy ojciec śmieje się, bo mu się podoba ich pomysł, czy z nich szydzi. Ja wiedziałem, że to drugie.
— Skoro wy wiecie, co bogowie myślą, to po co ja jestem? — Wciąż jeszcze się śmiał, ale już był straszny. Szybko schowałem placek do kieszeni. Jeść nie mam ochoty, a zaraz będziemy się zbierać.
— Tjostar, nie złość się. To nie tak, co innego mieliśmy na myśli…
— Nikt nie będzie mi dyktował, co mam mówić! Nie przekupicie ani mnie, ani bogów.
— Ale nie sądzisz chyba, żeby oni zgodzili się na obecność nowego? Co? Przecież to im szkodzi!
Zeskakuję z ławy, bo ojciec już wstał, idzie do wyjścia. Nie odwraca się do nich, tylko mówi:
— Gówno wiecie!
Wsadza mnie na koński grzbiet. Chcę mu powiedzieć, że to nie nasz koń, ale milknę. Ojciec jest naprawdę zły, drugi raz rzuca przez zęby:
— Gówno wiecie.
Wieczorem, gdy podaje mi mleko, pytam go, co to za nowy. Odpowiada zamyślony, nieobecny:
— Biały Chrystus, syn Mary.
Ładnie się nazywa. Bogowie zawsze są synami ojców, a ten inaczej, jest dzieckiem matki. „Syn Mary”. Myślę o tym.
Nazajutrz jesteśmy u króla. W wielkiej halli płoną ognie, gwar. Siedzimy z Thorą z tyłu, za wysokimi krzesłami naszych ojców.
— Wiesz coś o Mary, matce Białego Chrystusa? — pytam moją przyjaciółkę.
Kiwa głową i wyciąga mnie za rękę z halli. Biegniemy do wielkiej spiżarni. Ile tam wszystkiego! Beczki, garnki, suszone ryby u powały. Thora rozgląda się, czy nikt nas nie widział, przymyka drzwi i kładzie palec na ustach. A potem rozwiązuje sukienkę pod szyją i pokazuje mi, co ma pod spodem. Na jasnej skórze, pomiędzy dwiema plamkami piersi, nosi duży srebrny medalion.
— Zobacz… To ona.
Unosi go w paluszkach. W spiżarni jest ciemno, pochylam się nad medalionem, żeby coś zobaczyć. Jakaś postać, kobieta w zawojach na głowie… matka…
— Einar! Thora!…
Ktoś nas woła, moja przyjaciółka pobladła ze strachu.
— Nie bój się — mówię. — Schowaj Mary i wyjdziemy.
Odczekuję, aż szukający nas głos będzie słychać z drugiej strony dworu, i ostrożnie wyprowadzam Thorę. Niepostrzeżenie wchodzimy do halli. Uderza nas gorąco, woń pieczeni, miodu, potu, zgiełk.
— Zdrowie króla Hakona! — krzyczą.
— Zdrowie! — najgłośniej wydziera się tych dwóch, u których byliśmy wczoraj, Orm i Asbjorn.
— Thora! Wszędzie cię szukałam! — służka karci moją przyjaciółkę i ciągnie za rękę w drugą stronę dworu.
— Einar, wychodzimy. — Ojciec pochyla się do mnie.
Wieczorem zachodzi do nas wuj Apalvaldr. Jego żona też ma na imię Thora i jest kuzynką mego ojca. Często ich odwiedzamy, mieszkają w Roveste, ładnej osadzie na lądzie. Od naszej wyspy to pół dnia żeglugi na północ, jak jest dobra pogoda. To jedyna z moich ciotek, która nie nazywa mnie „kochanym biedactwem”, więc trudno, bym jej nie pamiętał. Apalvaldr często przewodniczy obradom thingu i zawsze, gdy przypływamy do Lade, ojciec się z nim spotyka. Jednak tego wieczoru było inaczej. Czekali z rozpoczęciem rozmowy, aż pójdę spać. Nawet chciałem udawać sen, żeby posłuchać, ale z ojcem to się nie udaje. Tjostar wie, kiedy obca łódź przybije do brzegu wyspy, wie, kiedy lunie deszcz, i wyczuwa, gdy udaję sen.
Obudziłem się wcześnie, a oni wciąż siedzieli przy ogniu i rozmawiali ze sobą półgłosem. Ojciec przyniósł mi kubek mleka i pożegnał się z Apalvaldrem.
— Do zobaczenia, Einarze!
— Do zobaczenia, wujku!
W Lade jest duża i porządna świątynia Odyna. W czasie obrad thingu ojciec tam odprawia obrzędy. Razem z nim do środka wchodzi król i ośmiu Panów Północy. Mnie nie pozwala.
Tym razem wychodzą ze świątyni bardzo szybko. Wszyscy są zdenerwowani.
— Synku, zbieraj się, płyniemy na Viknę.
Ta podróż jest inna od wszystkich. Płyniemy szybko, nerwowo. Ojciec jest nieobecny duchem. Za nami łodzie Panów Północy.
— Tato! Widziałeś?
— Tak, tak. Płyną z nami. Będę odprawiał obrzędy na Viknie.
Dziwne, nie? Przecież dopiero wiosna, a u nas, na wyspie, robimy wielkie święto tylko latem.
Rozbijają osiem namiotów na gołej skale Vikny. I dziewiąty — dla króla. Thora nie przypłynęła z nimi. Następnego dnia zwożą na wyspę owce, konie i sokoły powiązane w parach. Przed naszą świątynią płoną ogniska. Zarzynają kolejne zwierzęta. Krew ojciec zbiera do naczyń. Pije.
Jestem sam, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ojciec nieobecny, odległy. Patrzę, jak przemierza długimi krokami wyspę. Wszyscy wstają, kiedy się zbliża. Wpatrują się w niego z napięciem, on nie widzi nikogo. Gdy znika za świątynią, siadają. Cisza, boją się odezwać. Nawet nocami nie śpiewają, milczą. To trwa już trzy dni. Jak znam robotę ojca, dzisiaj po zachodzie słońca będzie po wszystkim.
Normalnie do głowy by mi nie przyszło pójść i go podglądać. Wiem, że mi nie wolno, i wiem, że wściekłby się strasznie. Ale od trzech dni nic nie jest normalne i w południe, gdy ojciec okrążał świątynię po raz nie wiem który, gdy wiatr rzucał jego długimi włosami we wszystkie strony, przez chwilę spotkały się nasze oczy. Stałem przed chatą, mrużyłem powieki pod słońce. Wydawało mi się, że spojrzał na mnie przytomnie, że na jedną chwilę zatrzymał na mnie wzrok. I zrozumiałem, że dzisiaj, choć nie wiem dlaczego, muszę tam pójść.
Zakradłem się od tyłu, tam gdzie bije źródło, które nie zamarza nawet w najsroższe mrozy. Prześlizgnąłem się do wejścia, gdy wszyscy stali przy ojcu, od strony wybrzeża.
Słyszę, jak krzyczy przez wiatr: „Spokój, Njordzie!”, widzę ich plecy, odwrócone od drzwi świątyni. Nie myślę, wbiegam do środka. Zaraz, zaraz, okrążył ją już dziewięć razy? Po dziewięćkroć spryskał krwią każdy róg? Chyba tak, więc zaraz wejdzie do środka. Gdzie się ukryć? Biegnę za posąg Thora, bo może on mnie obroni. Za Odyna nie miałbym odwagi się skryć. Jednooki mógłby mnie wydać.
Wchodzą. Mężczyźni dorzucają do ognia, snop iskier leci wzwyż, jaśnieje. Widzę wysoką sylwetkę ojca. Przy nim król i ośmiu Panów. Podają mu wielki srebrny puchar z krwią, on ją do kotła zlewa i wiesza na ogniu. Woń gotowanej krwi moją własną warzy w żyłach. Boję się. Ojciec szepce słowa tak krótkie, jakby drewno drapał. Dym, gryzący dym wypełnia wnętrze. Wpycham pięść do ust, by nie kaszlnąć. Oddychać trudno. Wychylam się zza posągu, by cokolwiek widzieć. Podają ojcu puchar przez ogień. On pije. Po brodzie ciekną mu dwie czarne strugi krwi. Jest tak gęsta, że znaczy mu koszulę. Oddaje puchar, otwiera oczy. O mało nie krzyczę z przerażenia! Oczy ojca są białe. On z krwią na ustach z bogami rozmawia, z każdym po kolei, twarzą do posągów staje. Nic nie rozumiem, może mówi ich własnym językiem? Chowam się za posąg, by mnie nie dostrzegł, by nie wiedział, że widziałem go takim. Gdy przechodzi od Odyna do Freya, kolana mu się uginają i pada na nie, twarzą do drzwi. Jego ręka, widzę to dość dobrze, choć opary znad kotła zasnuwają świątynię, idzie wbrew jego woli, jakby nie on, lecz bogowie ją ciągnęli od czoła przez serce na lewe ramię, zatrzymała się tylko na chwilę i opadła na prawe.
Król krzyczy, panowie oniemiali, mój ojciec leży na ziemi w kałuży gęstej krwi.
Chciałem do niego pobiec, ale siedziałem za posągiem, jakby mnie poraziło. Panowie wzięli ojca na ramiona i wynieśli przed świątynię. Muszę stąd wyjść, tylko jak? Słyszę ich, jak biegają, krzyczą: „Wody!”. Czekam, aż wszystko umilknie. Zasypiam.
Gdy się budzę, jest świt. Wychodzę na dwór. Jasne niebo, wiatr. Widzę żagle, raz, dwa, trzy… osiem łodzi płynie w stronę Lade. Biegnę do domu. Ojciec śpi, przy nim wuj Apalvaldr. Kiwa na mnie, mówi:
— Wszystko będzie dobrze, twój ojciec musi się tylko wyspać.
Kładę się przy nim, wsuwam się pod wełniany koc, Apalvaldr nakrywa nas obu. Zasypiam, choć czuję woń krwi.
Gdy się budzę, znów jest poranek. Ojciec i Apalvaldr siedzą przy stole. Tjostar mówi:
— Zbieraj się, synku, musimy płynąć.
Na łodzi mi tłumaczy:
— Bogowie dali odpowiedź inną, niż się wszyscy spodziewali. Tak inną, że musimy obrzędy powtórzyć.
— Dlaczego nie u nas, na wyspie?
— Bo Panowie Północy są nieufni, chcą, żeby to było w Lade.
Wygląda jak zawsze, znów włosy zakłada za ucho, prowadzi łódź pewną ręką. Ale ja wciąż widzę go charczącego krwią. Nie uśmiecha się, jest zamyślony. Zdaje się, że bardzo pragnie być kroplą w morzu. I chyba nie może się roztopić.
Wieczorem w Lade z nikim się nie spotyka. Nie pije. Układa mnie do snu, podaje mleko i siedzi przy mnie.
— Einarze, nie jesteś już taki mały.
— Uhm.
— Chcę, żebyś był jutro podczas obrzędów w świątyni.
Krztuszę się mlekiem. Może się od razu przyznam? Drugi raz chyba tego widoku nie zniosę.
— I chcę, żeby to była nasza wielka tajemnica. Synku…
Wpatruję się w ojca. On we mnie.
— …synku… Nie bój się. Pójdziemy rano do świątyni, schowam cię za posągiem Thora. Będziesz patrzył i słuchał, bo ja później nie wszystko pamiętam… Coś mi się wydaje, coś się myli. Potrzebuję, by ktoś opowiedział mi to wszystko, jak dojdę do siebie. Rozumiesz? Ktoś, komu ufam bezgranicznie… kto nie ma żadnego interesu, by mnie okłamać, rozumiesz?
Kiwam głową. Zachłystuję się jego słowami „komu ufam bezgranicznie”…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Thing — zgromadzenie wolnych mężczyzn, które demokratycznie podejmowało decyzje dotyczące spraw państwowych, pełniło również funkcję sądu. W praktyce thing przeradzał się w zgromadzenie możnych.
2 Trondelag — dzielnica Norwegii położona wokół Trondheimsfjordu. Tam w czasie akcji książki znajdowała się siedziba króla Hakona Dobrego i najsilniejszej wówczas politycznie grupy możnowładców, zwanej tutaj Panami Północy lub jarlami Trondelagu. Lade, Frosta — główne osady Trondelagu. We Frosta odbywało się zgromadzenie jarlów Trondelagu.
3 Akcja rozgrywa się w zachodniej i północnej Norwegii, gdzie latem są białe noce.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Pasja według Einara
