Policjanci. W boju - Katarzyna Puzyńska - ebook + audiobook

Policjanci. W boju ebook i audiobook

Katarzyna Puzyńska

4,4

Opis

Granaty, karabiny, broń krótka, desanty ze śmigłowca, szturmowanie budynków. Policyjnym antyterrorystom zlecane jest zatrzymywanie najgroźniejszych i najbardziej okrutnych przestępców. Strzelaniny, wojny gangów, zamachy, odbijanie zakładników to ich żywioł. Codzienne mordercze treningi przygotowują ich do tego, żeby stawić czoło najgorszemu. Tymczasem w domu czeka żona. Pełna niepokoju, bo przecież mąż może nie wrócić z akcji. Jak swoją służbę widzą policjanci? Jak postrzegają ją ich partnerki? Odważysz się wejść w świat policyjnych komandosów?

Kupując tę książkę, wspierasz rodziny funkcjonariuszy, którzy słowa roty ślubowania wypełnili do końca. Autorka połowę swojego honorarium przekazuje na Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

Katarzyna Puzyńska - psycholog i autorka bestsellerowej sagi kryminalnej o Lipowie w kolejnych rozmowach z policjantami. Tym razem dociera do prawdy o pracy i życiu polskich antyterrorystów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 1 min

Lektor: Przemysław Bluszcz

Popularność




 

 

Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Katarzyna Mazurowska/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Ewa Charitonow

 

Korekta

Maciej Korbasiński

 

Opinie wyrażone w wywiadach są opiniami konkretnych osób,

niekoniecznie Wydawcy i Autorki.

 

ISBN 978-83-8169-941-9

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Pamięci Koziego, Brzozy, Kaczora i Mańka

oraz wszystkich Policjantów,

którzy odeszli na wieczną służbę

 

 

PODZIĘKOWANIA

Zanim oddam w Wasze ręce trzecią część serii Policjanci1, pozwolę sobie złożyć serdeczne podziękowania.

Po pierwsze dziękuję bardzo moim Rozmówcom. Dziękuję, że zdecydowaliście się podzielić ze mną swoimi historiami. Wiem, że to wymagało dużej odwagi i zaufania. Tym razem pracę Policjantów przedstawiłam nie tylko z perspektywy ich samych, ale również cichych bohaterek, które tak naprawdę służą razem z nimi – partnerek i żon. Mam nadzieję, że pomoże to spojrzeć na służbę w Policji wieloaspektowo.

Tym razem opowiadamy o policyjnych antyterrorystach, ale myślę, że wiele poruszanych tu spraw znajdzie swoje odzwierciedlenie również w innych pionach Policji. Nie we wszystkim moi Rozmówcy się ze sobą zgadzają. Ale o to przecież także chodziło – żeby każdy mógł przedstawić swoją historię i spojrzenie na to, jak jego – lub jej – zdaniem wygląda dzisiaj Policja. Myślę, że pojawiające się w niektórych miejscach słowa krytyki podkreślają tylko, jak istotna jest – lub była (część z nich to emerytowani funkcjonariusze) – dla moich Rozmówców służba w tej formacji. Wszak jeśli coś jest komuś obojętne, nie zabiera w tej sprawie głosu.

Dziękuję serdecznie Policjantom, z którymi zetknęłam się na różnych etapach mojego życia. Zarówno podczas pracy nad książkami z serii kryminałów o Lipowie, jak i przy wywiadach do Policjantów, a także w życiu prywatnym. Pozostaję z olbrzymim szacunkiem dla tego, co robicie, i raz jeszcze dziękuję Wam wszystkim. Pomimo licznych przeciwności pełnicie służbę z powołania, z ogromnym zaangażowaniem. Nie traćcie tej pasji, choćby nie wiem co!

Szczególne podziękowania należą się mojemu Wielkiemu Przyjacielowi, który przekazał mi wartości związane ze służbą w Policji. Dzięki Niemu wiem, że nie wszystko zawsze wygląda kolorowo, a mimo to nie należy się poddawać. Bez Ciebie nie powstałaby żadna pozycja z serii. Kiedy mniej więcej cztery lata temu rozmawialiśmy o tym, że dobrze by było, gdyby Policjanci mogli opowiedzieć, jak służba wygląda z ich perspektywy, nie przypuszczałam, że to się faktycznie uda. Tymczasem to już trzeci tom.

Jestem zaszczycona, że poprzednie książki spodobały się Policjantom z pierwszej linii (dziękuję Wam za docenienie i zaufanie okazywane mi zarówno na żywo, jak i w wiadomościach, które od Was dostaję; to bardzo dużo dla mnie znaczy). Spotkało mnie również olbrzymie wyróżnienie – podczas jubileuszu obchodów Stulecia Policji Państwowej moi Rozmówcy i ja zostaliśmy docenieni w kategorii „Policja w literaturze” – za Policjanci. Ulica i Policjanci. Bez munduru. Dziękuję Komendzie Głównej Policji nie tylko za samą nagrodę, ale też za pozytywne podejście do tego, co robię. Również za wielką pomoc przy aukcji #Niebieskim2 oraz – przede wszystkim – zrozumienie. Bo przecież te książki to nie tylko „laurki”.

Dziękuję z całego serca mojemu Mężowi – za nieustanne wsparcie i siłę, którą mi przekazuje. A także mojemu Wydawcy, który nie wahał się podjąć niekoniecznie łatwej tematyki, jaką jest służba w Policji.

Serdecznie dziękuję również Wam, drodzy Czytelnicy. Kupując tę książkę, po raz trzeci wspieracie policyjną Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Pomagacie więc rodzinom tych, którzy wypełnili słowa roty ślubowania do końca i odeszli na wieczną służbę.

Katarzyna Puzyńska

1 Pierwsza część to Policjanci. Ulica (ofunkcjonariuszach patrolówek, Oddziałów Prewencji oraz Ruchu Drogowego). Druga to Policjanci. Bez munduru (ooperacyjnych, dochodzeniowcach, technikach kryminalistyki, medykach sądowych oraz psychologach policyjnych). Obie ukazały się nakładem wydawnictwa Prószyński Media (przypisy pochodzą odautorki, chyba że zaznaczono inaczej).

2 W2019 roku razem z moim Wydawcą zorganizowaliśmy aukcję o nazwie #Niebieskim. W jej trakcie wystawiliśmy na licytację przedmioty podarowane przez znane osoby, Policjantów, moich Czytelników i przeze mnie. Cały dochód został przekazany Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

 

 

IWONA

wdowa po podkomisarzu

Mariuszu „Kozim” Koziarskim

 

Podkomisarz Mariusz „Kozi” Koziarski był funkcjonariuszem Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego Policji we Wrocławiu. Zginął na służbie podczas zatrzymywania niebezpiecznych przestępców. Akcja została przeprowadzona w miejscowości Wisznia Mała, w województwie dolnośląskim, 2 grudnia 2017 roku. Bandyta, który włamywał się do bankomatu, w trakcie zatrzymania otworzył do policjantów ogień z broni automatycznej. Trzech zostało rannych, jeden zginął.

Mariusz „Kozi” Koziarski miał czterdzieści lat. Pozostawił żonę i dwójkę dzieci. Został pośmiertnie uhonorowany Krzyżem Zasługi za Dzielność oraz złotą odznaką Zasłużonego Policjanta. Został również pośmiertnie mianowany przez prezydenta RP na stopień podkomisarza.

W Policji służył od 2003 roku, w tym osiem lat jako antyterrorysta. Realizował zadania wobec szczególnie niebezpiecznych przestępców.

Minęło już trochę czasu3. Doszłaś do siebie? Czy w ogóle się da?

Nigdy tak naprawdę nie da się dojść do siebie. Myślę, że to się będzie ciągnęło do końca życia. Można gdzieś tam, powolutku, się poskładać. Może na pozór, może gdzieś tam w środku. Ale myślę, że do końca się nie da.

Pamiętasz moment, kiedy dowiedziałaś się, że Mariusz zginął?

Tak, pamiętam doskonale. Wstałam wtedy rano i usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam przez wizjer i zobaczyłam trzy osoby. Ubrane na galowo. Znałam wszystkie procedury, od razu wiedziałam, co się stało. Pamiętam taki sprzeciw w sobie, że nie chciałam tych drzwi otworzyć. Tak jakby nie docierało to do mnie. Ciągle myślałam: „To jeszcze mi się śni”.

Wiedziałaś, że tamtej nocy dzieje się coś grubszego?

Wiesz co, oni ciągle wyjeżdżali do grubszych rzeczy. I z każdym wyjazdem Mariusza wiązało się, że coś się może stać. Ja za każdym razem, jak on wyjeżdżał, miałam nieprzespane noce. Nie mogłam w ogóle spać, aż on dał mi znać, że wszystko jest okej. Czekałam na esemesa, że już wraca do bazy. Czasami dopiero nad ranem kładłam się spać. Ale akurat tamtej nocy, po raz pierwszy od wielu lat, położyłam się spać jak gdyby nigdy nic. Obejrzałam sobie jakiś film w telewizji, położyłam się i zasnęłam. Coś dla mnie zupełnie nieprawdopodobnego, bo nigdy w życiu tak nie miałam.

Później się dowiedziałam od paru osób, że podobno to częste zjawisko. Nie zgłębiłam nigdy tematu, ale myślę, że kiedyś to jeszcze zrobię.

Otworzyłaś te drzwi i…

I dalej jest jedna wielka ciemna dziura. Pamiętam tylko, że strasznie mocno mnie trzymali, jak mi powiedzieli, co się stało. I że wyszłam z psami, z przyjacielem Mariusza4. Bo one musiały wyjść. On też wiedział, że są psy, że trzeba wyjść. To była dla mnie taka chwila oprzytomnienia. I gdzieś tam powoli, powoli zbierałam w sobie siły, żeby odtworzyć w realnym życiu ten scenariusz, który miałam zapisany w głowie przez Mariusza.

Bo my dużo rozmawialiśmy, co by było gdyby. Ze względu na rodzaj jego pracy musieliśmy o tym rozmawiać. Więc wszystko mieliśmy tak naprawdę zaplanowane na wypadek takiej sytuacji. Czasami te rozmowy odbywały się w formie takiego żartu, ale gdzieś tam to było cały czas przygotowywanie na najgorsze. Więc, co zaskakujące w tym najgorszym momencie, doskonale wiedziałam, co ja mam robić. Tak jakby automat mi się włączył.

Najgorsze było przekazanie tego dzieciom. Bo jak oni przyjechali, to dzieci jeszcze spały. I to jest tak naprawdę jedna z dwóch najgorszych chwil w moim życiu. Pierwsza to właśnie kiedy musiałam dzieciom to przekazać. A druga, kiedy w kościele zobaczyłam ciało. Wtedy dopiero do mnie dotarło, że to się faktycznie stało. Bo cała ta przerwa pomiędzy tym, jak się dowiedziałam, a jego pogrzebem to był taki… Jakbym do dzbana jakiegoś wpadła i gdzieś tam próbowała z niego wyjść. Wszędzie ciemno. Nie wiem, co się dzieje. Jacyś ludzie dokoła mnie cały czas krążą. A tak naprawdę byłam w ogóle nieświadoma, co się dzieje.

Ktoś ci pomagał?

Tak. Miałam mnóstwo osób wokół siebie. Była i moja rodzina, i Mariusza rodzina, i mnóstwo jego przyjaciół, znajomych. Cały czas praktycznie ktoś był.

Ze strony Policji też?

Tak. Cały czas. Mieliśmy świetne wsparcie Policji. Też ze strony takiej zwykłej, typu załatwienie zakupów, załatwienie jakichś tam pozwoleń potrzebnych do pogrzebu. Ja nie musiałam się niczym tak naprawdę przejmować, bo to wszystko zrobili za mnie ludzie. Ja bym nawet nie była w stanie przyjąć tego na klatę, bo rozsypka totalna.

Tak że miałam duże wsparcie i ze strony rodziny, i przede wszystkim ze strony przyjaciół Mariusza. To jest właśnie chyba największe wsparcie, jakie dostałam. Właśnie ze strony chłopaków ze SPAP-u5 z Wrocławia. Cały czas byli przy nas. Dzieciaki mi zabierali, żebym ja też mogła tak trochę pobyć sama. Mieć ten moment, żebym mogła się rozsypać, a żeby dzieci nie musiały tego oglądać.

Jak to przyjęły?

Strasznie. Dlatego mówię, że to był jeden z najgorszych momentów w całym moim życiu. Musiałam to dzieciom przekazać. Najpierw dowiedziała się córka, bo pierwsza wstała. W życiu nie słyszałam, żeby dziecko tak krzyczało… To był tak rozdzierający krzyk, że nigdy więcej nie chciałabym czegoś takiego usłyszeć. Po prostu wbiło mnie w ziemię.

Kiedy powiedziałam synowi, to zdemolował cały pokój. Nie byłam w stanie go w ogóle zatrzymać. Miał całe ręce pokrwawione, bo rozbijał szyby w witrynach szaf. Po prostu wpadł w szał. Totalny.

To był taki okropny moment dla matki. Nie dosyć, że straciłam męża, najważniejszą osobę w moim życiu, to jeszcze musiałam przekazać to dzieciom. I jeszcze wziąć na siebie ten ich pierwszy gniew i tę pierwszą rozpacz.

Był wtedy z tobą psycholog?

Był psycholog, ale spotkał się z moim wzrokiem i po prostu nie dał rady. Chyba wiedział, że nie poradzi sobie w tej sytuacji. Może to była nie ta osoba, a może ja po prostu postawiłam przed sobą taki mur, że w tym momencie nikt by mi nie pomógł?

W takiej sytuacji ciężko postawić się na miejscu osoby, która przeżywa taką tragedię. I powiedzieć, że co? Że wszystko będzie dobrze? Nie martw się, ułoży się? Nie ma słów, które można by powiedzieć. Które pasowałyby do sytuacji.

Chyba tak naprawdę może to zrozumieć tylko ktoś, kto przez to przeszedł…

Tak. Dlatego wszystkie moje późniejsze rozmowy z psychologami tak naprawdę nic nie dały. To, co mi pomogło, to był wyjazd z wdowami, takimi jak ja. I z takimi dzieciakami jak moje dzieci. Pojechaliśmy z Fundacji Sprzymierzeni z GROM-u6. To było totalne zadupie, bez internetu, telewizji, niczego. Cały czas spędzałyśmy na rozmowach. Dzieci były zabierane na zajęcia i w tym momencie zostawały same kobiety. Między innymi była tam też kobieta psycholog, też wdowa. I tak naprawdę to było kilka dni burzy mózgów, które dały mi więcej niż wszelkie rozmowy z psychologami.

Właśnie dzięki temu, że rozmawiałaś z osobami po podobnych przejściach?

Tak, dokładnie. Przez to, że my się wszystkie rozumiałyśmy. Wiedziałyśmy, przez co każda z nas przeszła. Wszystkie wiedziałyśmy, co to znaczy zostać matką z dziećmi bez ojca. Bez męża.

Wspomniałaś, że Mariusz cię na to przygotowywał.

Tak. Miałam od niego dokładne wskazówki. Tak jak mówię, to było wszystko przekazywane w formie żartu. Bo on był bardzo wesołą osobą. My cały czas żartowaliśmy, wygłupialiśmy się. Nawet na temat tego, że on kiedyś może nie wrócić.

Tak więc te tematy były poruszane w taki luźny sposób, ale ja wiedziałam, że to są ważne tematy. To były ustalenia, które po prostu musieliśmy wykonać. Typu, nie wiem, przepisanie mieszkania, konta czy czegokolwiek, bo była współwłasność. To są takie rzeczy, o których się normalnie nie myśli, a później stanowią bardzo duży problem. Zresztą przekonałam się na własnej skórze. Żeby to wszystko od strony technicznej ogarnąć, to jest naprawdę kupa tygodni ciężkiej pracy, biegania po urzędach, załatwiania.

A jeszcze gdy człowiek jest w takim stanie…

Jeszcze człowiek jest w takim stanie. I jeszcze człowiek ma dodatkowo dzieci pod opieką. I musi gdzieś cały czas zakładać tę maskę, żeby dzieci też się nie posypały.

Starałaś się nie pokazywać swoich uczuć dzieciakom?

To znaczy to nie było tak. W takiej sytuacji tak naprawdę każdy zakłada jakąś maskę. Chociażby po to, żeby pokazać się światu. Żeby wszyscy, którzy patrzą na ciebie, nie widzieli tylko tej zapłakanej kobiety, tych zapłakanych dzieci. Nie wiem, czasem trzeba wyjść do ludzi, do pracy, na zakupy. I w tym momencie wychodzisz i zakładasz tę maskę. Przychodzisz do domu, rozsypujesz się znowu. Tak było z nami. My rozsypywaliśmy się w domu. Potrafiliśmy siedzieć całą trójką, bawić się, a za chwilę wszyscy ryczeliśmy. Bo u nas mniej więcej równolegle wszystko szło.

(W trakcie rozmowy podchodzi do nas kot).

To jest kot Mariusza. Mariusz w ogóle kompletnie ześwirował na jego punkcie. Kupiony na dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Bo jemu się strasznie spodobały łyse koty. Mnie nigdy się nie podobały, chociaż jestem kociara i psiara. A on zobaczył kiedyś zdjęcie w internecie i mówi:

– Iwona, zobacz.

– No, szkarada kompletna – ja do niego. (śmiech)

– Ale on jest piękny!

No i tak gadał o tym łysym kocie, że w końcu gdzieś mi pomysł zakiełkował. Bo chciałam czwartego kota, ale sobie myślę: „Żaden inny nie przejdzie”. Bo Mariusz był anty, jeżeli chodzi o nowe zwierzaki. Ale tak sobie pomyślałam, że wstrzelę się w jego gusta trochę. No i pojawił się łysy kot.

Bo psy mieliście już przedtem, jeszcze jak Mariusz żył?

Razem mieliśmy trzy psy. Później pojawił się czwarty. Jako pomysł moich znajomych na pocieszenie mnie i zajęcie czymś nowym. Wcisnęli mi szczeniaka, który miał iść do adopcji. Miałam być domem tymczasowym. No i tak już u nas został.

Opieka nad tym psem ci pomogła?

W moim przypadku to była tak naprawdę najlepsza terapia, jaką mogłam sobie wymyślić. Bo nie dość, że działa, to jeszcze się pomaga tym zwierzakom. Ja głównie zajmuję się zwierzętami do adopcji. Mnóstwo zwierzaków spod moich skrzydeł wyfrunęło. Ściągniętych z łańcucha, ze schronisk. Na przykład ten (Iwona wskazuje na psa) miał być uśpiony za agresję. Tego psa w ogóle miało nie być. A teraz jest, jak widać. Misiek.

To chyba też takie poczucie, że możesz zrobić coś fajnego. Nadanie sensu.

Tak. Tak naprawdę to jest takie oderwanie się od niebytu. Bo ja mogłam ugrzęznąć. Mogłam zamknąć się w domu. Mogłam zamknąć się w tym naszym mieszkaniu, które nawet w pewnym momencie przestałam sprzątać. Nie miałam sił gotować. Rzuciłam pracę. Nie miałam energii na nic. Ani sił, ani chęci. Nagle zatrzymałam się w pewnym miejscu, i koniec. I mogłam już w tym miejscu zostać. Ale z drugiej strony cały czas myślałam o tym, że mam dzieci. I że jak ja pokażę moim dzieciom, jak bardzo mnie to pozamiatało, to się odbije na nich.

Mam koleżankę wdowę. Też po policjancie. Również straciła męża dwa lata temu. I do tej pory jest właśnie w tej swojej czarnej dziurze. Jest problem z alkoholem. Jest również problem z nastoletnim synem, który też sobie nie radzi. I gdzieś tam się nawzajem ciągną w dół.

Ja postanowiłam sobie, że przede wszystkim nie mogę tego zrobić dzieciom. Więc sama sobie musiałam dać kopa. A mnie kopa zawsze dawały zwierzaki. W różnych chwilach mojego życia. Zawsze to było takie oderwanie się i taka energia napędzająca, więc postawiłam na tę kartę. Działa to świetnie, bo i mnie daje satysfakcję, i tym zwierzakom faktycznie pomaga. No i daje kopa na następne dni. I to poczucie, że coś dobrego się robi. Że nie siedzi się ciągle w tej czarnej dziurze, tylko się człowiek rozwija.

A dzieci jak teraz, po tych dwóch latach?

Z dziećmi, o dziwo, nie miałam tak naprawdę jakichś większych problemów. Miałam chwile buntu, wiadomo. To by było wręcz nienormalne, gdyby nic się nie działo. U córy miałam na przykład takie wywalanie emocji nie w tę stronę, w którą powinny wyjść. Ona potrafiła się rozsypać przez jakąś głupią rzecz. Prosiłam ją, żeby odniosła lalki na miejsce, a ona nagle wpadała w furię. Wiedziałam, dlaczego tak jest. Bo ona kumulowała w sobie te wszystkie negatywne emocje i później one ze zdwojoną siłą wylatywały, bo nie miały innego wyjścia. Nie było tak jakby innej drogi wyrzucenia tych emocji. Ale myślę, że dzięki temu, że we trójkę się wspieraliśmy, to pozwoliło nam te głowy z piasku wyciągnąć. Wstać z tych kolan i pójść do przodu.

Powiem ci, że bałam się, że ze strony syna będzie problem. Bo to jest jednak klon Mariusza. Taka skóra z niego ściągnięta. Z charakterem, ze wszystkim. Choleryk, taki bardzo impulsywny chłopak. I tu się bałam bardzo, bo myślałam, że sobie nie poradzę. Bo ja nigdy nie byłam dla niego wystarczającym autorytetem. Zawsze Mariusz nim był. Ja byłam jako ta mama, która zrobi obiad, pomoże w lekcjach. Natomiast jego bohaterem był tata. On był dla niego najważniejszy. On był dla niego takim królem, którego on czcił. I wszystko, co syn robił, to robił dla Mariusza – czy szli razem biegać, jeździć na rowerze czy jechali na strzelnicę. To wszystko było dla niego. Młody też do niedawna chodził na dżudo, gdzie naprawdę osiągał świetne wyniki. Ale skończyła się era Mariusza, skończyła się era dżudo. Zrezygnował. Mam wrażenie, że jemu się to jednak za bardzo kojarzyło z ojcem.

Chciałam zrobić patent strzelecki. Już wszystkie pozwolenia, egzaminy, takie rzeczy, były ogarnięte. Myślałam, że pociągnę syna w temacie strzelectwa, bo Dawid ma wielki talent do strzelania. Po prostu taki nieobrobiony diament. Ma taką naturalną zdolność. Tak, jakby się z tym urodził. Natomiast to też była pompa bardziej ze strony Mariusza. Ja nie byłam w stanie tego pociągnąć, bo ja mu się z tym nie kojarzyłam. Więc ze strzelania też zrezygnował. Na razie jest na takim etapie, że szuka własnej drogi. To trudne. Widzę, że ciężko mu się odnaleźć. Fajnie było naśladować ojca we wszystkim. Dawid rozkręcał się coraz bardziej i bardziej, a Mariusz jeszcze dawał mu wskazówki. Tak naprawdę Dawid nie musiał bardzo myśleć, jak tu być sobą. „Wystarczy, że będę taki jak tata, i będę fajny”. I to działało. Tylko teraz jemu jest ciężko, bo już nie ma wzorca.

Ale dzieciaki poukładały to sobie w głowach. No, może nie do końca. Bo tak jak powiedziałam na początku: nie da się tak naprawdę nigdy poukładać tego do końca. Nie ma takich ram czasowych, czy to już teraz jest ze mną wszystko w porządku, czy dopiero za dziesięć lat, czy za dwadzieścia. Czy nigdy. Tego się nie da zapomnieć. Nie da się wyrzucić z głowy.

Rozmawiacie o Mariuszu?

Rozmawiamy. Rozmawialiśmy od samego początku. I myślę, że to też pomogło nam się podnieść z kolan. Bo inaczej to mogłoby się naprawdę źle skończyć. Nie chciałam się odcinać od tego tematu. Myślę, że to nie jest zdrowe. Powinno się rozmawiać. I my bardzo dużo o tym rozmawialiśmy.

Mam wrażenie, że dzieciaki zostawiły ten temat w pewnym punkcie i kiedyś do niego wrócą. Na razie daję im wolną rękę i spokój. Nie bombarduję ich cały czas tematem Mariusza, tych wspomnień, tego wszystkiego. Bo widzę, że je to jeszcze boli. Nawet jak rozmawiamy czasami o nim… Ja już mogę na przykład swobodnie rozmawiać. Ale ja jestem osobą dorosłą, więc sobie to inaczej w głowie poukładałam. To są dzieci, więc one widzą to zupełnie inaczej, ze swojej perspektywy. I u nich temat tej żałoby jest jeszcze nie do końca przerobiony. Po prostu daję im czas.

Powiedziałaś, że twój syn jest kopią Mariusza i że interesowało go wszystko, co było związane ze służbą taty. Gdyby przyszedł taki czas, że Dawid zdecydowałby się pójść do Policji, jak byś zareagowała?

Dałabym mu zielone światło. Tak samo jak od samego początku wspierałam Mariusza w tym, co on robił. We wszystkim. Bo my się poznaliśmy, gdy on był zwykłym policjantem. „Krawężnikiem”, że tak powiem. I tak naprawdę dopiero przy mnie stał się antyterrorystą. Po prostu postawiliśmy na to, że ja mu pozwolę spełnić jego marzenia.

Kocham ludzi z pasją, a to było jego pasją. Spotykał się ze znajomymi, którzy też mieli takie same zapędy. Zachwycali się artykułami w „Komandosie”7. Widziałam, że go to strasznie kręci, więc w pewnym momencie, jak podjął decyzję, że będzie się starał dostać do Pododdziału Antyterrorystycznego we Wrocławiu, powiedziałam:

– Spoko. Spełniaj swoje marzenie, ja ci pomogę.

Pomogłam mu w ten sposób, że przede wszystkim zostawiliśmy wszystko dla tego jego marzenia. Przeprowadziliśmy się spod Legnicy do Oleśnicy, zostawiając rodzinę. Ja z dwójką małych dzieci. Bez instytucji babci, bez żadnej pomocy. Wzięłam to wszystko na swoje barki tylko po to, żeby on mógł spełnić to swoje marzenie. Bo ja wiem, jaką pompę to daje, gdy człowiek robi coś, co kocha. Ja mu zawsze mówiłam: „Mariusz, idź”.

Jaka była jego droga zawodowa?

Zaczynał w prewencji. Tam się dusił. Tak naprawdę to najgorszy moment naszego wspólnego życia. Bo robił nie to, co chciał. Zawsze czuł, że jest stworzony do czegoś takiego bardziej z pompą, a nie do wlepiania mandatów babciom, które marchewkami handlują gdzieś tam na ryneczku. I ta prewencja tak naprawdę odcisnęła duże piętno na naszych domowych relacjach, bo wtedy się strasznie dużo kłóciliśmy. On te swoje frustracje przynosił do domu. Bo ciągle robił nie to, co chciał.

On chciał pracować w Policji, ale nie tak. Bo on myślał, że to jest inaczej. Pewnie tak jak każdy, kto idzie do Policji i ma jakieś tam swoje górnolotne priorytety, że będzie zwalczać zło i pomagać ludziom, którzy tego potrzebują. A to tak nie do końca zawsze wygląda. Tam jest nacisk na rubryczki, na wyniki. I to nie było do końca to, co on chciał robić.

Przynosił te frustracje do domu i dopiero jak dostał się do pododdziału tutaj, we Wrocławiu – co go kosztowało strasznie dużo zdrowia, nerwów i to też był bardzo ciężki czas – to spełnił swoje marzenie. I tam dopiero złapał wiatr w żagle, jak to się mówi. Zaczął oddychać pełną piersią. Tam mógł się wreszcie rozwijać. Na przykład wreszcie mógł rozwijać swój talent strzelecki. Bo on był snajperem, tutaj, w pododdziale. I tak samo jak Dawid miał ogromne predyspozycje do strzelania. Po prostu broń mu się kleiła do ręki. Do tego stopnia, że po niedługim czasie został instruktorem strzelectwa.

Tak więc dopiero tutaj tak naprawdę wszyscy złapaliśmy oddech. To było to, co nam było potrzebne. On miał spokój, on wracał uśmiechnięty, wyluzowany. Po prostu szczęśliwy. Patrzyłam na niego i cieszyłam się, że też troszeczkę przeze mnie jest to spowodowane. Że pomogłam.

Więc tak samo jeżeli Dawid będzie miał ochotę iść gdzieś dalej w stronę Policji czy nawet antyterrorystów, ja na pewno nie będę mu stawała na drodze. Bo wiem, jakie to jest ważne, żeby robić to, co się chce i co się kocha.

Dużo w tobie zrozumienia dla tego, jak wygląda życie policjanta. Byłaś jakoś wcześniej związana z Policją? Zanim poznałaś Mariusza?

Nie, absolutnie. Ja byłam po tej drugiej stronie. (śmiech) Zawsze z tych krzywo patrzących na Policję.

No to jak to się stało, że byliście razem? (śmiech)

Poznaliśmy się, jak pracowałam w kiosku Ruchu. Sprzedawałam papierosy, gazety, takie tam rzeczy. I on przychodził do mnie właśnie po „Komandosa”. Kiedyś nachylił się do okienka, uśmiechnął się i tak mi się ten jego uśmiech strasznie spodobał. Miał takie śmiejące się oczy. Jego oczy zawsze się śmiały. Żeby nie wiadomo co się działo, zawsze te jego oczy były uśmiechnięte. I tak mi się strasznie spodobał wtedy.

Później przyszedł drugi raz. Tylko że już w czapce policyjnej. I tak fajnie obniżył głowę i podniósł ten swój berecik. I ja tak sobie pomyślałam: „O kur…, wszystko, tylko nie to!”. (śmiech)

(śmiech) I co było dalej?

Później pamiętam, jak do mojego brata powiedziałam, że idę na randkę z policjantem. I on powiedział to samo. (śmiech)

A reszta rodziny? Jak zareagowała?

Bardzo pozytywnie. Bo tam nic szczególnie nikt przeciwko Policji nie miał. Tylko to młode pokolenie, ja z moim bratem. Wszyscy go bardzo ciepło przyjęli. Bo Mariusz był świetnym człowiekiem. Jego nie dało się nie lubić. Jak tak nawet teraz sięgam pamięcią wstecz i zadaję sobie pytanie, czy w ogóle miał jakichś wrogów, nieprzyjaciół, kogoś, kto mu źle życzył, nie znajduję ani jednej osoby. Po prostu ani jednej osoby. On wszędzie, gdzie się pojawiał, zostawiał po sobie takie ciepłe uczucia. Pomimo że tu niby antyterrorysta, komandos i w ogóle twardy facet, ale w środku… No, po prostu strasznie ciepły facet. Ja na to tak naprawdę poleciałam i na tym zbudowałam całe nasze małżeństwo. Nie na tym, że on był komandosem. Bo nieraz spotykałam się z takimi słowami: „A ty komandosa sobie wzięłaś za męża”. Ja na to: „Nie, on się komandosem dopiero przy mnie stał”. Mnie urzekło, że on jest takim fajnym facetem w środku.

Opowiadał ci, co robił w pracy, czy raczej oddzielał dom od służby?

Opowiadał. Rozmawialiśmy na wszystkie tematy. Może nie w szczegółach, wiadomo, nie wszystko mi zawsze mówił. Ale opowiadał dopiero, jak było już po wszystkim. Bo oni mają zakaz mówienia komukolwiek – czy to jest matka, żona czy ktokolwiek. Nie mogą żadnych szczegółów zdradzać, dopóki nie będzie realizacji. Więc jak już mógł, to w nocy siadaliśmy sobie przy winku i opowiadał mi o wszystkim. Jego to kręciło. Ja lubiłam słuchać, bo on normalnie wtedy świecił. Od momentu zebrania chłopaków do auta do momentu wejścia, gdzie jest to pełne napięcie, od ostrego otwarcia drzwi z hukiem i do – że tak powiem – zglebowania tych wszystkich złych ludzi. Którzy zajmowali się paskudnymi rzeczami, typu handel ludźmi, prostytucja i różne takie.

A mówił ci, co dzieje się wewnątrz jednostki? Na przykład jeżeli zdarzały się jakieś problemy?

To są rzeczy, które tak naprawdę nie wychodzą poza ich pracę. Tych rzeczy nie wyciągnie się od żadnego z chłopaków. Nie wiem, jak ta sprawa wygląda w innych wydziałach, natomiast wszystko, co się dzieje tu u nich, jakiekolwiek kłopoty, czy z przełożonymi, czy cokolwiek, to wszystko zostaje w ich gronie. Ja nie miałam pojęcia o wielu rzeczach, które tam się działy. Oni to wszystko trzymali między sobą. To były ich kłopoty, ich problemy i oni to rozwiązywali tam w środku. Na zewnątrz takie rzeczy nie wychodziły.

Nadal utrzymujesz kontakty z kolegami Mariusza z jednostki?

Tak. Spotykamy się kilka razy w roku. Zawsze dostajemy zaproszenie na Wigilię u chłopaków. Z reguły spotykamy się też na cmentarzu. W rocznicę jego śmierci jesteśmy też w miejscu, gdzie to się wszystko stało.

Jak koledzy przyjęli jego śmierć?

Wiem, jak się sytuacja strasznie rozsypała u chłopaków po śmierci Mariusza. W pewnym momencie rozmawiałam z jego przyjacielem, który przejął dowodzenie. Takie na poziomie ich grupy, nie że dowódca jednostki, tylko taka najbliższa osoba, która gdzieś tam koordynuje ich poczynania. Rozmawiałam z nim i on był załamany, że nie ma w chłopakach ani krztyny ognia. Ci wszyscy, którzy byli z tej starej gwardii, nagle zaczęli myśleć, żeby rzucić tę pracę. Żeby przejść na wcześniejszą emeryturę, żeby zostawić to w cholerę, bo nagle gdzieś wszyscy stracili sens. To tak ich wszystkich wewnętrznie pozamiatało. Nikt się tego nie spodziewał.

Jak nieraz rozmawiałam z ludźmi z jednostki, to mówili, że wyobrażali sobie, że tak naprawdę każdy mógł być na miejscu Mariusza. Ale w życiu nie pomyśleli, że to mógł być właśnie on. W ogóle nie byli w stanie zrozumieć, że to na niego trafiło. Z tym się nikt nie mógł pogodzić. I mówię, tam taki straszny rozłam się u nich w pracy zrobił wtedy.

Później rozmawiałam z chłopakami, jak już sama doszłam troszeczkę do siebie. I tak naprawdę byłam ich takim pierwszym buforem do zrzucenia z siebie tych wszystkich uczuć.

Czyli w sumie przyjęłaś na siebie bardzo dużo emocji innych osób. Oni, dzieci…

Tak. Ale wbrew pozorom to też dało mi strasznie dużo siły. Bo w momencie gdy przychodziłam tam do nich… Poszłam też do szpitala, do tego chłopaka, który dostał postrzał w nogę. Do tego, który stał jako pierwszy z tarczą. Przez pierwsze dwa tygodnie on w ogóle nie chciał się ze mną spotkać. Wszyscy mi odradzali, mówili, że on jest załamany, że się obwinia. Że jak ja tam pójdę, to jeszcze mu gwóźdź do trumny dołożę. I pamiętam doskonale naszą rozmowę, jak tam w końcu poszłam. Rozmawialiśmy gdzieś z godzinę. Wychodziłam stamtąd i on był uśmiechnięty. Tak jakby zrzucił z siebie to wszystko.

Ciężko było, oczywiście, zacząć tę rozmowę. A później zostaliśmy sami i myślę, że też pomogło mu to jako spowiedź. Że to było lepsze, niż jakby poszedł się do kościoła wyspowiadać księdzu. Właśnie dlatego, że to ja tam byłam. Myślę, że nikt inny by w ten sposób na niego nie podziałał. A ja ściągnęłam z niego totalnie poczucie winy.

Bo może on się bał, że ty będziesz go obwiniać o śmierć Mariusza.

Tak. Bał się. Tym bardziej że sam miał tę świadomość, że „kurczę, a może to jednak była moja wina?”. Ja mu wtedy w prostych słowach wytłumaczyłam, że to po prostu już się stało. Że teraz nie ma już znaczenia, kto zawinił i czy w ogóle ktoś. Że tak widocznie musiało być. Nic się nie dzieje bez przyczyny.

On trzymał tarczę i pocisk trafił go w nogę?

Tak. To znaczy to była seria strzałów. Jego powaliło od razu, z tą tarczą. Mariusz się załapał na ten śmiertelny strzał.

To jest właśnie najstraszniejsze. Że to była chwila i już.

To były sekundy. Coś totalnie nieprzewidzianego. Jedna zbłąkana kula, która mogła polecieć w zupełnie inną stronę. Ranić kogoś innego lub polecieć gdzieś w powietrze. To była jedna kula.

W Komendzie Głównej znajduje się Tablica Pamięci z nazwiskami poległych policjantów i policjantek. Jedna z tabliczek należy do Mariusza.

Tak. Byliśmy z dziećmi na odsłonięciu.

Jaki masz do tego stosunek?

Szczerze? To wszystko było robione też trochę na pokaz. Te wszystkie szopki z odznaczeniami pośmiertnymi. Z tymi wszystkimi uroczystościami związanymi z nazwiskiem Mariusza. My w pewnym momencie już bardzo nie chcieliśmy w tym wszystkim uczestniczyć. Ciągali nas wszędzie. Po komendach – i do Warszawy, i do Wrocławia. I na wszystkie święta, jakie były możliwe. I Wigilie z komendantem, i wszystko. Wszędzie nas ciągali. My tego nie chcieliśmy, bo to było za każdym razem nakładanie takiego uśmiechu. Tylko po to, żeby dać radę tam być. A nie zawsze to się wiązało z fajnymi emocjami.

Chociażby właśnie to odsłonięcie tych tabliczek w Warszawie. Pozamiatało mną to psychicznie bardzo. I przede wszystkim pozamiatało dziećmi. Bo pewne uroczystości się tylko tak po prostu odfajkowywało. Że tu byliśmy, tam byliśmy. Natomiast w Warszawie na tym odsłonięciu było wyczytywanie życiorysów tych poległych osób i sposobów, w jakie zginęli. Podczas tego odczytywania te wszystkie rodziny rozsypywały się jak domki z kart. My byliśmy ostatnią rodziną, a ja już przy pierwszej… Cała ta historia tej osoby, historia jej śmierci i widok osób, które są rodziną, to traumatyczne przeżycie tak naprawdę. Praktycznie cała sala tam ryczała.

Nie dziwię się.

Rodziny się sypały. Jedna po drugiej. Jak domeczki z kart.

Z drugiej strony… Dzięki tym tabliczkom pozostaje pamięć.

Zostaje pamięć. I to jest ważne. Bo kiedy już te wszystkie fanfary, że tak powiem, ucichły, w sensie, że przestało już być o tym tak głośno… Ja myślę, że to nie jest tylko mój przypadek, ale też każdej takiej rodziny, gdzie zostało to w medialny sposób nagłośnione. Że w pewnym momencie to wszystko się przycisza, gaśnie. Jest coraz mniej tych spotkań. Coraz mniej tych ludzi kręcących się wokół. Ale te tabliczki zostają. I jak już jest cisza, to można tam sobie na spokojnie wrócić, pomyśleć, poprzypominać sobie i po cichu zapłakać. Tak żeby już nikt tego nie widział. Już poza okiem kamer, poza reporterami. Tak właściwie, tak dla samych siebie.

Sprawa śmierci twojego męża była bardzo głośna medialnie. Wtedy mówiło się o tym wszędzie.

Nie włączałam w ogóle telewizji. W ogóle. Odpaliłam internet gdzieś dopiero po dwóch miesiącach. Jeżeli chodzi o przeczytanie jakichkolwiek informacji medialnych o tym, co się stało. Bo ja miałam, oczywiście, informacje z pierwszej ręki, od osób, które były z tym związane. Natomiast te wszystkie internetowe zaczęłam zgłębiać dopiero po jakimś czasie. Wcześniej tam w ogóle nie zaglądałam. Po pierwsze w ogóle nie czułam się na siłach. Po drugie w ogóle nie czułam takiej potrzeby. Po trzecie wiedziałam, że to się będzie wiązać z takim szarpaniem moimi emocjami. Bo wiadomo – i głosy były różne, i komentarze różne. Nie było mi to do niczego potrzebne.

Były też komentarze negatywne?

Tak, oczywiście. Od samego początku.

Na temat twojego męża też?

Na nim też były wieszane psy. Wiadomo, szczególnie na tych różnych portalach społecznościowych, gdzie każdy może swoje zdanie „odważnie” sprzed ekranu napisać. Nasłuchałam się.

Tak samo od rodziców dzieci w szkole. Gdzieś tam takie głosy: „A co to za antyterrorysta, skoro dał się zastrzelić?”.

Naprawdę?

Tak. Nawet sytuacja w szkole. Z moim synem. Zostałam nagle wezwana telefonicznie, bo syn chciał chłopca prawie że udusić. A tamten przyszedł do niego i powiedział: „Słuchaj, Dawid, wiesz co? Ten twój tata to była taka pizda, że dał się zastrzelić”. I on w tym momencie tego chłopca pobił. Ale skąd się biorą takie rzeczy w ustach dziecka? No, przede wszystkim od rodziców.

Przeraża mnie, że ktoś coś takiego w ogóle mógł powiedzieć w takiej sytuacji.

Dlatego mówię: każdy jest odważny, dopóki sam nie stanie w takiej sytuacji. Jak ktoś coś negatywnego wygłaszał na temat Mariusza czy jego pracy, to mówiłam: „Chodź, powiedz mi to w twarz. Porozmawiajmy. Ja ci powiem, jak było. Ja ci powiem, jaki był. A ty mi powiesz, czy dalej podtrzymujesz swoje zdanie”. Bo łatwo się ocenia gdzieś tam, z odległości.

A jeszcze za jego życia – były jakieś negatywne komentarze na temat tego, że jest policjantem?

Nie. Jak przeprowadziliśmy się do Oleśnicy, to większość sąsiadów wiedziała, że jest policjantem, i nigdy z tego względu nie spotkał się z jakimikolwiek negatywnymi komentarzami. Bo oni go tam wszyscy znali. On był po prostu świetnym facetem. Nikt nie patrzył, że on jest policjantem. Większość nie wiedziała nawet, że jest antyterrorystą. Wiedziały tylko pojedyncze osoby, u nas, na ulicy.

On potrafił z kryminalistą usiąść na ławce i gadać. Bo tam mieliśmy zbieraninę różnych ludzi. Facet po kryminałach, cały w więziennych tatuażach, jakieś łezki, jakieś takie rzeczy. Więc on potrafił usiąść z moim mężem na ławce i gadać, jak kumpel z kumplem. Bo Mariusz nigdy się nie wywyższał z racji zawodu, który wykonywał. Wręcz przeciwnie. Był skromny. Nie przyznawał się nawet, że był antyterrorystą. Dopiero jak ktoś go za język pociągnął, to wtedy on: „No dobra, no jestem”. Naprawdę, jak na komandosa był bardzo skromny.

Nieraz bywam między chłopakami i część z nich kreuje się, wiesz, na twardzieli, na takich macho. A na kobiety to działa. (śmiech)

Ty się nigdy nie bałaś, że Mariusz będzie miał jakieś pokusy?

Nie. Ja mu ufałam, w pełni. Zresztą on był typem takiej osoby, że nawet jakby mi próbował skłamać, to zaraz było widać. Totalnie nie potrafił kłamać. Tak samo jak mój młody. To znaczy Dawid się teraz już nauczył. (śmiech) Potrafi mi patrzeć w oczy i… Jak widzę, że bardzo dobitnie mi patrzy w te oczy, tak aż za bardzo, to wtedy wiem, że kłamie.

Natomiast Mariusz nie potrafiłby niczego przede mną ukryć. Czasami nawet, jak jakaś głupota się zdarzyła, to przychodził, głowa spuszczona. Wiesz, niby taki twardy facet, a taki miękki przed kobietą. Przychodzi i się kaja. „Bo coś tam narozrabiałem, bo coś zepsułem, bo coś tam”.

W jednej z rozmów w tej książce pada stwierdzenie, że żona służy razem z mężem. Zgodziłabyś się z nim?

Tak, oczywiście. To jest pełne poświęcenie. Bo ten trzon, ta rodzina, musi tak współpracować, żeby umożliwić mu szybki wyjazd i wziąć na swoje barki organizację. Bo w momencie, kiedy on jedzie na realizację, to ja biorę na klatę całą resztę. To nieraz wiąże się z tym, że wstajesz w środku nocy. Jest alarm, jest sygnał, jest telefon. Zryw z łóżka, on się pakuje, pakuje broń i wszystko. A w tym momencie kobieta wstaje i leci robić kanapki, żeby cokolwiek mógł ze sobą wziąć, żeby przynajmniej chociaż nie był głodny. No i w tym momencie płaczące dzieci, chore dzieci czy cokolwiek bierze się na klatę. Więc chcąc nie chcąc cały czas się w tym uczestniczy, tak na pełną parę. Do tej pory tak mam, że dzwoni telefon, a ja jestem na sto procent gotowa, żeby wstać i działać.

Mariusz zginął niedługo przed świętami Bożego Narodzenia. To też pewnie były dodatkowe emocje…

Straszny moment. Zresztą nie ma dobrych momentów. Bo czy to przed świętami, czy kiedykolwiek indziej, to nigdy nie jest dobry moment.

Ale te święta pewnie podkreśliły jeszcze, że nagle zostaliście sami.

Tak. Szczególnie że Mariusz był strasznie rodzinną osobą. Święta zawsze spędzaliśmy w gronie rodziny. Wyjeżdżaliśmy, czy to do jego mamy, a mojej teściowej, czy do mojej mamy. Te wszystkie wyjazdy były przepełnione megarodzinnymi emocjami.

Jak spędziliście tę pierwszą Wigilię bez niego?

Pierwszą Wigilię chciałam spędzić tak naprawdę tylko z dziećmi. Nawet nie chciałam ubierać choinki. Dzieci też nie. Ale sąsiad przyszedł. Taki wielki dwumetrowy facet, z taką wielką dwumetrową choinką. Wręczył mi ją w drzwiach, po czym zamknął je za sobą i sobie poszedł. No i musieliśmy jednak rozłożyć. Bo dzieci zobaczyły choinkę, ucieszyły się. Tak na szybko wieszaliśmy bombki.

Siedzieliśmy we trójkę. Zrobiłam kilka wigilijnych potraw. Dzieci dostały prezenty i zamknęliśmy się w domu. Ale praktycznie prawie że za szmaty sąsiadka z naprzeciwka wyciągnęła nas do siebie na Wigilię. Też taka bardzo rodzinna kobieta. Z całą ogromną rodziną, przy wielkim stole. I nas po prostu tam przyciągnęli. To było takie trochę na siłę, ale z drugiej strony wiadomo, że każdy to przeżywał i każdy chciał się nami w jakikolwiek sposób zaopiekować, żeby pomóc nam przetrwać te najgorsze momenty. A święta, wiadomo, były bardzo ciężkim momentem.

Teraz może o bardziej pozytywnych sprawach. Spotykasz się już z kimś innym.

Tak.

To jest jakiś tam happy end, jeśli można mówić w twojej sytuacji o happy endzie. Ale pewnie nie było łatwo wejść w tę nową relację?

Absolutnie nie. Przez bardzo długi czas byłam strasznie odcięta. I nie planowałam w ogóle niczego takiego. W życiu nie pomyślałabym, że dzieciom kogokolwiek sprowadzę w ich życie. Byłam zupełnie zamknięta. Trzynaście lat z Mariuszem i te wszystkie wspomnienia, które mieliśmy. Ten silny trzon rodziny, jaki stworzyliśmy. To zamknęło we mnie jakiekolwiek myślenie, jeśli chodzi o dalsze związki. Pomimo że w naszych tych ustaleniach przed śmiercią Mariusza były bardzo dokładne wskazówki, że mam nie zostać sama. Że mam sobie życie ułożyć, żeby dzieci też nie były same. Że mam znaleźć porządnego faceta, bo jak nie, to Mariusz wróci z zaświatów i przestrzeli mu kolana, i zrobi „straszonko z duszonkiem”, jak to on zawsze mówił. (śmiech) Więc to było w taki zabawny sposób przekazywane. Ale też tak jakby dało mi zielone światło od niego. Bo on nie chciał, żebyśmy zostali sami.

Marka poznałam całkowicie przypadkiem. Przez wspólnych znajomych. Zrobiła się z tego fajna przyjaźń. Jeździliśmy razem na koncerty. On też jest facetem z odzysku, po przejściach. Też zamknięty kompletnie był. Niepoukładany, z pewnymi takimi cieniami w duszy. Myślę, że ta przyjaźń dała nam to, że gdzieś tam razem żeśmy te swoje rany zszywali. I na podwalinach tej fantastycznej przyjaźni zrodziło się coś więcej. Coś, czego żeśmy kompletnie nie planowali. Coś, co nas tak naprawdę wystraszyło. Bo ja myślałam, że to jest za wcześnie. I on myślał, że u niego to też jest za wcześnie. I gdzieś tam kompletnie nie byliśmy na to gotowi. A to wszystko się po prostu działo.

Jak przyjęły go dzieci?

Wszystko działo się z takim niesamowitym przyzwoleniem z ich strony.

Trochę tak, jak… No, wpuszczam do domu jakąś osobę i patrzę, jak zareagują na nią moje zwierzaki. Jeżeli widzę, że się boją, to nie do końca jest to. A jak widzę, że obłażą tego kogoś, to znaczy, że to jest fajna osoba.

I tak było, jak przyprowadziłam Marka do domu. On przyjeżdżał jako kumpel. Widziałam, jak moje dzieci fajnie na niego reagują. Widziałam, jak go zwierzaki fajnie obkładają. To było takie pozytywne. Tak naprawdę on dał nam wszystkim – całej naszej trójce – z powrotem uśmiech. Ale taki prawdziwy, szczery. Że aż mi czasami było głupio, że ja się mogę śmiać jak wariatka, a przecież powinnam w tym momencie płakać. I wszystkim nam dał taką pompę, dając ją też przy okazji sobie.

Marek jest tak naprawdę bardzo zamkniętym człowiekiem. Ciężko do niego dotrzeć. On na pozór jest taki wesoły, ale żeby tam tę jego książkę przeczytać w środku, to jest bardzo, bardzo ciężko. Ale udało się. Oboje byliśmy dla siebie takim lekarstwem.

Nigdy nie weszłabym w taką relację, gdybym widziała jakąkolwiek kontrę ze strony dzieci. Bo przede wszystkim dzieci są dla mnie najważniejsze. I to jest dla mnie wyznacznik mojego dalszego życia. Nie mam zamiaru nic nigdy robić wbrew nim. Nie chciałabym, żeby one czuły jakiś dyskomfort, że ja próbuję, nie wiem, tatę zastąpić? Bo tego się nie da zrobić. Zresztą ja im nieraz tłumaczyłam, że Marek nie chce w ogóle taty zastępować. On też im to tłumaczy. On może próbować niektóre rany pocerować, ale nigdy go nie zastąpi. Przede wszystkim on jest też zupełnie innym człowiekiem.

Nie jest policjantem?

Nie. On jest z zawodu leśnikiem, więc tak klimatycznie. (śmiech)

Przynajmniej spokojniej jest. (śmiech)

Marek jest bardzo spokojny. Dzieciaki nieraz się śmieją: „Weźcie wy się pokłóćcie chociaż raz”. (śmiech) A tu się nie da.

Z Mariuszem się ścieraliśmy cały czas. Bo szybko staliśmy się małżeństwem. Szybko nam się dziecko urodziło. Więc tak naprawdę uczyliśmy się siebie przez te następne lata. A że byliśmy dwoma zupełnie innymi charakterami, to docieranie się też wyglądało zupełnie inaczej. To był taki związek pełen emocji. Czasem aż parowały z uszu. I gdzieś tam to docieranie się było dosyć intensywne.

A jak inni zareagowali na to, że się z kimś związałaś?

Bardzo w porządku. Powiem ci, że nie spotkałam się z żadnymi większymi negatywnymi komentarzami. To znaczy raz. Jakaś dziewczyna napisała na portalu społecznościowym, że to jej zdaniem za wcześnie. Natomiast wszystkie osoby, które znam osobiście, czy to moja rodzina, czy przyjaciele, widzą przede wszystkim, jak ja się zachowuję. To, że jestem uśmiechnięta, to, że dzieciaki są uśmiechnięte. Wiedzą, że to świadczy o tym, że Marek jest po prostu fajnym gościem. I cieszą się, że się podnosimy.

Pamiętam, jak bałam się powiedzieć teściowej. Bo moja rodzina poznała Marka wcześniej. Wiadomo, to jest najtrudniejsze w tym momencie, bo ona straciła syna, a ja teraz chcę jej powiedzieć, że ktoś tutaj już jest. Pamiętam tę rozmowę. Ona chciała do nas przyjechać i musiałam jej to powiedzieć, bo on już tu z nami mieszkał. No nie wyrzucę go i nie pójdzie do kojca mieszkać, tylko muszę wziąć na klatę i powiedzieć jej wszystko. Pamiętam, jak się rozpłakała. Wystraszyłam się, że jeszcze zawału dostanie, bo ona ma troszeczkę problemy z sercem. Ale za chwilę zaczęła mi tak ze szczęścia płakać, że ona tak strasznie się o nas bała. Że ona nam tak dobrze życzyła. Że my tu sami zostaliśmy. Że ona tak się cieszy, że ktoś jest, że ktoś nam pomoże. I to moje ciśnienie wtedy zeszło.

Później poznała Marka osobiście. I już teraz jest z nim na takiej stopie, że biega za nim: „Mareczku, Mareczku!”. Bo Mareczek pomoże, bo Mareczek zawiezie, bo Mareczek ciężką torbę weźmie. (śmiech)

(śmiech) Czyli normalnie utrzymujecie rodzinne kontakty?

Tak. Cały czas. Ona się właśnie bardzo bała tego, że my ją teraz zostawimy. Że my nie jesteśmy rodziną, bo to jest tylko moja teściowa. To nie jest moja mama, to nie jest moje rodzeństwo czy coś. To jest rodzina mojego męża. I ona się bała, że ja się teraz całkowicie odetnę. Za każdym razem jej tłumaczyłam:

– Mamo, ale przecież my jesteśmy rodziną. Jesteś babcią moich dzieci. Jesteś ciągle mamą mojego męża.

To jest coś, co się nie zmieni. Ja absolutnie nie mam zamiaru wyrzucać jej ze swojego życia ani nie chcę uciekać z jej życia. Chcę, żeby było tak, jak było. Żebyśmy ciągle byli tą rodziną.

Widzę, że jeden z twoich tatuaży to obrączki8. Miałaś je już, kiedy Mariusz jeszcze żył?

Nie. To wszystko zrobiłam po jego śmierci. Wszystkie są takie symboliczne. Pierwszy mój tatuaż to miał być anioł. Kojarzy mi się ze śmiercią. Ale stwierdziłam, że zrobię sobie takie trzy symbole. Zamiast anioła będzie skrzydło. Tu jest korona cierniowa, jako cierpienie. A tu właśnie obrączki, jako miłość. To była moja pierwsza przygoda z tatuażem. Tak czysto symbolicznie. Później to już jakoś poleciało.

Ten to już był dla mnie taki… Kobieta wilk, to tak trochę mojej natury. No i na sam koniec powstał jeszcze Feniks. Symbol podnoszenia się. I w zasadzie tyle. Więcej mi nie potrzeba. Chociaż to jest wciągające bardzo.

(Patrzymy po sobie9).

Jak widać. (śmiech) Moje tatuaże również są symboliczne. Część z nich też dotyczy ważnych dla mnie osób. Mnie na przykład uspokajają. Wiem, że nawet jeśli coś tam się stało i już tych osób ze mną nie ma, to mam na zawsze taki ich symbol. Właśnie w postaci tatuażu.

Tak. To jest tak naprawdę wyznacznik jakiejś części duszy.

Jak myślisz, co Mariusz by powiedział, jakby zobaczył te twoje tatuaże?

Myślę, że też by sobie zrobił. Bo on chciał sobie zrobić symbol swojej jednostki wojskowej i symbol jednostki tej, z Wrocławia. Tylko tak jakoś nigdy… Rozmawialiśmy o tym przez kupę lat. Że fajnie by było mieć tatuaże, ale żeby to było jakieś znaczące. Nie jakieś pierdoły, że sobie zrobię jakiś ładny rysunek i to będzie kompletnie bez żadnego znaczenia. Natomiast nie znaleźliśmy chyba nigdy jakoś motywacji. Teraz dla mnie motywacja była oczywista. Chciałam to wszystko wyrazić na sobie. A przy okazji w momencie… Kiedy w psychice coś boli, fajnie się sprawdza ból fizyczny przy tatuowaniu. Mnie to za każdym razem bardzo oczyszczało, te parę godzin spędzonych w studiu. Czułam, że teraz wszystko ze mnie zeszło.

Wytatuowane obrączki zostaną z tobą do końca życia. Czujesz, że Mariusz tak naprawdę zawsze będzie twoim mężem?

Oczywiście. Nie ma po prostu innej opcji. Może to głupie, ale ja ciągle czuję jego obecność. On przez całe życie robił wszystko na sto procent. I nawet z zaświatów opiekuje się nami na sto procent.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PODZIĘKOWANIA

IWONA

GÓRAL

ABDUL I ANETA

DOMINIK

PLUTEK

PATRYCJA

BACA

MONIKA

FUNDACJA POMOCY WDOWOM I SIEROTOM PO POLEGŁYCH POLICJANTACH

3 Rozmowa odbyła się niecałe dwa lata po śmierci Mariusza Koziarskiego.

4 Iwona ma kilka psów. Pomaga też niechcianym zwierzakom, prowadząc dla nich dom tymczasowy. Ratuje psy iszuka dla nich domów.

5 Samodzielny Pododdział Antyterrorystyczny Policji.

6 Jednostka Wojskowa GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej – jednostka wojskowa Wojsk Specjalnych. GROM zajmuje się szeregiem zadań, wtymm.in. działaniami antyterrorystycznymi.

7 Miesięcznik otematyce militarnej, policyjnej itd.

8 Iwona ma wytatuowane ręce.

9 Ja też mam dużo tatuaży.