Polacy - Piotr Zychowicz - ebook + audiobook + książka

Polacy ebook

Piotr Zychowicz

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kolejna część bestsellerowego cyklu „Opowieści niepoprawne politycznie”. Po Żydach, Sowietach, Niemcach, Aliantach i Ukraińcach przyszedł czas na Polaków.

Mity powstania warszawskiego. Fatalne błędy kampanii 1939 roku i polityki Józefa Becka. Tragiczne losy Polaków służących w Wehrmachcie i Waffen-SS. Przygody polskich najemników walczących z komunizmem podczas zimnej wojny. Czy Polska w XVII wieku mogła podbić Rosję i stworzyć imperium? Czy Wielka Brytania wciągnęła nas do wojny? Czy margrabia Wielopolski mógł zatrzymać wybuch powstania styczniowego?

Piotr Zychowicz w pierwszej części Polaków stawia fundamentalne pytania i porusza niepoprawne politycznie wątki naszej historii. Historia realna kontra „polityka historyczna”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 536

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Motto

Pokaż Pola­kowi prze­paść,

a on w nią wsko­czy.

Honoré de Bal­zac

Wstęp

O pol­skiej histo­rii można pisać na dwa spo­soby: albo zgod­nie z linią poli­tyki histo­rycz­nej, albo zgod­nie z regu­łami histo­rii real­nej. W efek­cie te same wyda­rze­nia przed­sta­wiane są w dia­me­tral­nie inny spo­sób. Zupeł­nie inne są rów­nież wycią­gane z nich wnio­ski.

Wizja roz­ta­czana przez zwo­len­ni­ków poli­tyki histo­rycz­nej jest dosko­nale znana każ­demu pol­skiemu dziecku. Polacy to naród wybrany, nie­omylny i boha­ter­ski. Wszyst­kie decy­zje podej­mo­wane w prze­szło­ści przez pol­skich przy­wód­ców i dowód­ców były jedy­nie słuszne.

Pol­skie Pań­stwo Pod­ziemne było naj­więk­sze i naj­le­piej zor­ga­ni­zo­wane, pol­scy żoł­nie­rze byli naj­dziel­niejsi na świe­cie, ofi­ce­ro­wie rycer­scy, a kobiety cno­tliwe. Naród zawsze wyka­zy­wał się nie­złomną i patrio­tyczną postawą. Wszy­scy Polacy z nara­że­niem życia rato­wali Żydów, nie szli na żadne kom­pro­misy z oku­pan­tami.

Liczne pol­skie klę­ski i kata­strofy – prze­grane bitwy, wojny i powsta­nia, roz­biory i upa­dek II Rze­czy­po­spo­li­tej – były winą naszych wred­nych sąsia­dów. Niem­ców, Rosjan, Austria­ków. A także, to nie­odzowna część tej nar­ra­cji, zdra­dziec­kich mniej­szo­ści i wia­ro­łom­nych sojusz­ni­ków. My nie mamy sobie nic do zarzu­ce­nia!

W tej baj­ko­wej opo­wie­ści Polak wystę­puje tylko w dwóch rolach: kry­sta­licz­nie czy­stego herosa lub umę­czo­nej ofiary. Dla pierw­szego doma­gamy się od świata podziwu. A dla dru­giego – współ­czu­cia. Gdy świat tego nie kupuje, zwo­len­nicy poli­tyki histo­rycz­nej zży­mają się i dener­wują. Znowu cier­pimy, bo jeste­śmy nie­do­ce­niani!

Poli­tyka histo­ryczna ma zapewne wiele walo­rów, ale także jedną zasad­ni­czą wadę: jest oparta na kłam­stwie. Na zakli­na­niu rze­czy­wi­sto­ści. Jest rodza­jem pia­row­skiej kam­pa­nii narodu, w ramach któ­rej uwy­pu­kla się wszyst­kie szczytne epi­zody, a skwa­pli­wie zamiata pod dywan błędy i czarne karty. Prze­sła­nie do „pol­skiego kolek­tywu” jest jasne: o tych spra­wach nie wolno gło­śno mówić!

Spra­wia to, że poli­tyka histo­ryczna III RP w for­mie nie­wiele się różni od pro­pa­gandy z okresu PRL. Tyle że komu­ni­styczną treść zastą­piono tre­ścią patrio­tyczną. Armię Ludową – Armią Kra­jową. Bie­ruta – Pił­sud­skim. A mar­szałka Rolę-Żymier­skiego – gene­ra­łem Borem-Komo­row­skim. Zamiast czer­wo­nej flagi zało­po­tała biało-czer­wona.

Poli­tykę histo­ryczną z komu­ni­styczną pro­pa­gandą łączy rów­nież agre­sja wobec wszyst­kich, któ­rzy ośmie­lają się mieć inne zda­nie. Biada tym, któ­rzy pró­bują pod­wa­żyć wyli­czone wyżej dogmaty. Cze­kają ich zacie­kłe ataki per­so­nalne. Oskar­że­nia o to, że pra­cują dla Moskwy, Ber­lina lub Tel-Awiwu. O zaprzań­stwo, zdradę, kala­nie wła­snego gniazda. Przy­pi­suje się im naj­niż­sze inten­cje, na czele z – a jak­żeby ina­czej – chę­cią zaro­bie­nia na sen­sa­cji.

Arcy­ka­płani poli­tyki histo­rycz­nej chcą usta­wić Pola­ków czwór­kami i kazać im masze­ro­wać równo w takt skan­do­wa­nych przez nich haseł. Krok w bok – kula w łeb za nie­pra­wo­myśl­ność.

Histo­ria realna, któ­rej jestem zwo­len­ni­kiem, stoi na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie. Jej naj­waż­niej­sza i pod­sta­wowa reguła jest pro­sta: należy pisać prawdę, prawdę i tylko prawdę. Jak­kol­wiek gorzka i nie­wy­godna by ona była. Zada­niem histo­ryka i publi­cy­sty upra­wia­ją­cego tę nie­wdzięczną dzie­dzinę nie jest „walka o dobre imię Pol­ski”, lecz próba wyja­śnie­nia, co się naprawdę wyda­rzyło. I wycią­gnię­cie z tego wnio­sków na przy­szłość.

Bez­kry­tyczne podej­ście do prze­szło­ści, glo­ry­fi­ko­wa­nie strasz­li­wych błę­dów naszych przod­ków jest nie­zwy­kle groźne. Ska­zuje nas na powta­rza­nie tych błę­dów w przy­szło­ści. Opar­cie toż­sa­mo­ści naro­do­wej na kul­cie klęsk wycho­wuje zaś nowe poko­le­nia prze­gra­nych.

Naj­lep­szym tego przy­kła­dem jest destruk­cyjny wpływ mesja­ni­zmu i roman­tycz­nej tra­dy­cji insu­rek­cyj­nej. Wiel­kie zrywy powstań­cze, choć ich uczest­ni­kom nie spo­sób odmó­wić boha­ter­stwa, przy­no­siły Pol­sce same straty. Zarówno w wymia­rze poli­tycz­nym, jak i huma­ni­tar­nym. Na czele z krwawą heka­tombą powsta­nia war­szaw­skiego.

Kul­ty­wo­wa­nie w obec­nych nie­bez­piecz­nych cza­sach – gdy za naszymi gra­ni­cami od czte­rech lat toczy się wojna – podob­nych aktów dezyn­wol­tury i bez­myśl­nego sza­fo­wa­nia krwią naj­lep­szych synów narodu uwa­żam za nie­od­po­wie­dzialne.

Histo­ria realna góruje nad poli­tyką histo­ryczną w wielu dzie­dzi­nach. Z per­spek­tywy odbiorcy ma jed­nak jedną zasad­ni­czą prze­wagę: jest pie­kiel­nie cie­kawa. Nie przed­sta­wia boha­te­rów histo­rycz­nych jak wycięte z kar­tonu, jed­no­wy­mia­rowe posta­cie rodem z bajek dla dzieci, ale jak ludzi z krwi i kości. Mio­ta­nych namięt­no­ściami, popeł­nia­ją­cych błędy, doko­nu­ją­cych czy­nów boha­ter­skich, ale rów­nież pod­łych.

Praw­dziwa histo­ria, tak jak praw­dziwe życie, rzadko jest czarno-biała. Jest pełna odcieni sza­ro­ści. Doty­czy to wszyst­kich ludzi na świe­cie. A Polacy, wbrew temu, co twier­dzą pro­pa­ga­to­rzy poli­tyki histo­rycz­nej, są, będą i byli ludźmi. Ani lep­szymi, ani gor­szymi niż ludzie innych nacji.

Wśród naszych przod­ków byli boha­te­ro­wie i tchó­rze. Byli ludzie mądrzy i głupi. Prawi i podli. Opor­tu­ni­ści i non­kon­for­mi­ści. Dobrzy, źli i nijacy. Tak jak w każ­dej innej zbio­ro­wo­ści ludz­kiej na świe­cie, wśród Pola­ków wystę­po­wała cała gama postaw. Szcze­gól­nie w takich eks­tre­mal­nych sytu­acjach jak wojna.

Byli Polacy, któ­rzy rato­wali Żydów, ale byli i tacy, któ­rzy ich szan­ta­żo­wali lub wyda­wali Gestapo. W oddzia­łach par­ty­zanc­kich byli żoł­nie­rze, któ­rzy zacho­wy­wali się szla­chet­nie i rycer­sko, ale byli też tacy, któ­rzy popeł­niali zbrod­nie wojenne. Byli ide­owcy, ale i zdrajcy. Byli altru­iści, ale rów­nież ludzie kie­ru­jący się chę­cią oso­bi­stego zysku.

To samo doty­czy decy­zji poli­tycz­nych, które miały fatalne skutki dla naszej ojczy­zny. Wska­zu­jąc na błędy prze­szło­ści, uka­zu­jąc alter­na­tywne ścieżki, histo­ria realna pro­wo­kuje do myśle­nia. Zada­wa­nia nie­wy­god­nych pytań. A poli­tyka histo­ryczna? Ona z obo­wiązku myśle­nia zwal­nia. Od swo­ich wyznaw­ców wymaga jedy­nie skan­do­wa­nia haseł i recy­to­wa­nia wyuczo­nych na bla­chę pro­pa­gan­do­wych slo­ga­nów.

Dla­tego wła­śnie histo­ria realna wywo­łuje namiętne emo­cje, spory i – przede wszyst­kim – zacie­ka­wie­nie. A poli­tyka histo­ryczna może co naj­wy­żej wywo­łać ziew­nię­cie. Znu­dze­nie takie jak to, które odczu­wa­li­śmy w szkole na łza­wych patrio­tycz­nych aka­de­miach, gdy drę­czono nas pato­sem i pustymi fra­ze­sami.

Poli­tyka histo­ryczna trak­tuje odbiorcę jak dziecko, któ­remu trzeba wbić do głowy gotowe for­mułki. Histo­ria realna trak­tuje odbiorcę jako doro­słego, doj­rza­łego part­nera do dys­ku­sji.

Polacy to oczy­wi­ście książka z gatunku histo­rii real­nej. Wiele z zawar­tych w niej tez i opi­sa­nych fak­tów może szo­ko­wać, kłóci się bowiem z nar­ra­cją prze­ka­zy­waną nam w szko­łach i w mediach. Nie ocze­kuję jed­nak, drogi czy­tel­niku, że we wszyst­kim będziesz się ze mną zga­dzał. Prze­ciw­nie, jak każda z moich ksią­żek, rów­nież ta jest zapro­sze­niem do debaty.

Polacy są siód­mym tomem mojej serii „Opo­wie­ści nie­po­prawne poli­tycz­nie”. Poprzed­nie doty­czyły Żydów (dwie czę­ści), Sowie­tów, Niem­ców, alian­tów i Ukra­iń­ców. Wkrótce pojawi się zaś książka Polacy 2. A być może opo­wie­ści nie­po­prawne poli­tycz­nie o Pola­kach będą try­lo­gią.

Znaczna część Pola­ków to tek­sty ni­gdy wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wane. Przy­go­to­wane spe­cjal­nie na potrzeby tej książki. W tomie tym zna­la­zły się rów­nież naj­cie­kaw­sze arty­kuły i wywiady, które prze­pro­wa­dzi­łem przez dwa­dzie­ścia pięć lat mojej pracy publi­cy­stycz­nej.

Nie­które z tych tek­stów po raz pierw­szy zostały wydane tak dawno, że zdą­żyło już wyro­snąć całe nowe poko­le­nie czy­tel­ni­ków. Myślę, że warto je oca­lić przed zapo­mnie­niem. Gazeta na ogół żyje bowiem jeden dzień, a książki są wieczne.

Piotr Zycho­wicz

War­szawa, kwie­cień 2026

Część I

ROZMOWY O POLAKACH

1

Napiszmy historię Polski od nowa

Roz­mowa z prof. PAW­ŁEM WIE­CZOR­KIE­WI­CZEM, histo­ry­kiem dzie­jów naj­now­szych i sowie­to­lo­giem

Czy naj­now­sze dzieje Pol­ski zostały już w cało­ści opi­sane? Nie ma w nich już nic do odkry­cia?

Wręcz prze­ciw­nie. Wła­ści­wie przy­zwo­icie nie zostały opi­sane w ogóle. Jest w nich na­dal wiele nie­wy­ja­śnio­nych zaga­dek i tajem­nic. Wiele poglą­dów i teo­rii, w które wszy­scy głę­boko wie­rzymy, nie ma nic wspól­nego z prawdą. W dużej mie­rze to wina pol­skich histo­ry­ków, o któ­rych – mówię to z bólem – mam bar­dzo złe zda­nie.

Dla­czego?

To grupa osób o bar­dzo zacho­waw­czym spo­so­bie myśle­nia. Nie potra­fią sobie wyobra­zić, że w rze­czy­wi­sto­ści mogło być ina­czej, niż im się wydaje. A poglądy i teo­rie wyra­biali sobie, czy­ta­jąc prace swo­ich poprzed­ni­ków pra­cu­ją­cych w warun­kach komu­ni­stycz­nego znie­wo­le­nia. Pol­scy histo­rycy to grupa skost­niała inte­lek­tu­al­nie. Oskar­żam pol­skich histo­ry­ków o brak wyobraźni i ela­stycz­no­ści, o nie­moż­ność ode­rwa­nia się od sche­ma­tów. A w poko­le­niu sześć­dzie­się­cio­lat­ków są to sche­maty wypra­co­wane w PRL. Wszy­scy jeste­śmy ich więź­niami. Powta­rzamy w kółko ste­reo­ty­powe, błędne sądy i prze­ka­zu­jemy je naszym wycho­wan­kom. Śro­do­wi­sku pol­skich histo­ry­ków potrzebny jest silny, ozdro­wień­czy wstrząs. Może byłby nim pro­ces lustra­cyjny.

To jaki powi­nien być dobry histo­ryk?

Powi­nien być otwarty na nowe kon­cep­cje. Powi­nien do bada­nych pro­ble­mów pod­cho­dzić na nowo, odrzu­ca­jąc wszystko, co napi­sano w PRL. Powi­nien sta­wiać naj­bar­dziej sza­lone tezy i pyta­nia, bo w sza­leń­stwie jest zalą­żek geniu­szu. Praca histo­ryka polega na zada­wa­niu pytań, a nie powta­rza­niu w kółko tych samych odpo­wie­dzi. Mój postu­lat jest nastę­pu­jący: wymażmy zupeł­nie całą pisaną histo­rię Pol­ski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa!

Panie pro­fe­so­rze, czym powinni się zająć histo­rycy II wojny świa­to­wej?

Przy­kład pierw­szy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresz­to­wa­nie. Grono histo­ry­ków zaj­mu­ją­cych się Armią Kra­jową ze wzglę­dów patrio­tyczno-dżen­tel­meń­skich do dziś nie ujaw­nia prawdy o tym, jak gene­rał wpadł w ręce Gestapo. A są ślady, które wska­zują na osobę bli­ską córce Grota, jej narze­czo­nego, który miał to zro­bić dla pie­nię­dzy. Mało tego, naj­roz­sąd­niejsi z ofi­ce­rów Gestapo wcale nie byli zado­wo­leni z tego aresz­to­wa­nia. To wcale nie był dla nich – tak jak my twier­dzimy – „wielki suk­ces”. Zatrzy­ma­nie dowódcy AK, a co za tym idzie, zamęt i reor­ga­ni­za­cja ugru­po­wa­nia, burzyło bowiem cały sys­tem kon­troli, jaką Niemcy spra­wo­wali nad pod­zie­miem.

Kon­troli?

Mamy dwie legendy pod­zie­mia nie­pod­le­gło­ścio­wego. Pod­zie­mie pod­czas II wojny świa­to­wej i pod­zie­mie soli­dar­no­ściowe pod­czas stanu wojen­nego. Przy­kra prawda jest jed­nak taka, że jedno i dru­gie było w 80 pro­cen­tach roz­pra­co­wane przez poli­cje poli­tyczne.

Dla­czego więc w obu wypad­kach nie zli­kwi­do­wano tych orga­ni­za­cji?

Ponie­waż każda dobra poli­cja poli­tyczna – a zarówno w SB, jak i w Gestapo byli wyso­kiej klasy fachowcy – uważa, że roz­pra­co­wany prze­ciw­nik jest mniej nie­bez­pieczny, bo niczym nie może zasko­czyć. Można go kon­tro­lo­wać, a cza­sami nawet inspi­ro­wać jego dzia­ła­nia poprzez wkrę­coną w jego sze­regi agen­turę (w wypadku „Soli­dar­no­ści” armia TW, któ­rych ujaw­niono w ostat­nich latach, to tylko wierz­cho­łek góry lodo­wej). Roz­bi­cie ist­nie­ją­cej struk­tury pod­ziem­nej poprzez masowe aresz­to­wa­nia powo­duje zaś, że prze­ciw­nik podej­muje dzia­łal­ność samo­rzutną, nie­prze­wi­dy­walną. A więc z punktu widze­nia służb spe­cjal­nych bar­dziej nie­bez­pieczną. Z cza­sem zaś założy nowe struk­tury, które trzeba będzie na nowo roz­pra­co­wy­wać. Po co zada­wać sobie tyle trudu?

Tak rozu­mo­wali Niemcy w oku­po­wa­nej Pol­sce?

Ow­szem. Poza tym w Gestapo znaj­do­wali się też roz­sądni ludzie – co nie zmie­nia faktu, że byli zbrod­nia­rzami – któ­rzy uwa­żali, iż prę­dzej czy póź­niej, gdy do Europy zacznie się zbli­żać sowiecki walec, trzeba się będzie z Pola­kami jakoś doga­dać. Pewne nie­pi­sane poro­zu­mie­nia i układy zawie­rano zresztą i wcze­śniej. Spro­wa­dzały się mniej wię­cej do tego, że obie orga­ni­za­cje robią swoje, ale od pew­nego poziomu nie czy­nią sobie krzywdy.

A jak wyglą­dała kwe­stia infil­tra­cji AK przez Sowiety?

Oba­wiam się, że jesz­cze gorzej. Sowieccy agenci w sze­re­gach pol­skich władz i pol­skiej armii pod­ziem­nej mieli wiel­kie wpływy. Wyko­rzy­sty­wali to, że AK z cza­sem zaczęła skrę­cać mocno w lewo. Pol­skie pod­zie­mie osta­tecz­nie nie pod­jęło w końcu dzia­łań zgod­nych z nie­miec­kimi inte­re­sami, ale z sowiec­kimi. Choćby nie­szczę­sna ope­ra­cja „Burza” z powsta­niem war­szaw­skim na czele. Na powsta­niu zyskała tylko jedna strona – Sowiety. Należy sobie zadać pyta­nie, czy Sta­lin mógł, a jeżeli tak, to w jaki spo­sób, wpły­nąć na to, że War­szawa aku­rat 1 sierp­nia 1944 roku sta­nęła do walki. Odpo­wiedź na to pyta­nie mogłaby się oka­zać szo­ku­jąca.

Wsty­dliwą dla pod­zie­mia sprawą jest chyba rów­nież kwe­stia jego budżetu.

O tak, to bar­dzo nie­wy­godny temat. Z Lon­dynu szedł do kraju stru­mień pie­nię­dzy. Znaczna ich część była jed­nak wyda­wana na cele pry­watne, czyli po pro­stu defrau­do­wana. Kolejna część tra­fiała zaś do kas roz­ma­itych par­ty­jek, kote­rii i gru­pek. A kto w pod­zie­miu miał pie­nią­dze, ten roz­da­wał karty.

W Pol­sce mamy rów­nież skłon­ność do robie­nia boha­te­rów z ludzi, któ­rzy na to nie bar­dzo zasłu­gują.

Wiem, do czego pan pije – Sikor­ski. Rze­czy­wi­ście nie był to mąż stanu. Sytu­acja, w któ­rej się zna­lazł, znacz­nie go prze­ro­sła. Abs­tra­hu­jąc od tego, kto i dla­czego go zabił, jako pre­mier i naczelny wódz nie zdał egza­minu. Ale i wcze­śniej miał poważne grze­chy na sumie­niu. Mam o nim bar­dzo nega­tywne zda­nie. Myślę, że w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym był agen­tem fran­cu­skim, a przy­naj­mniej tak się zacho­wy­wał, jakby nim był. Dzia­łał na szkodę pań­stwa pol­skiego i jako taki powi­nien zostać pra­wo­moc­nie ska­zany. Udzie­lał Fran­cu­zom bar­dzo wyczer­pu­ją­cych infor­ma­cji o pol­skim woj­sku, w 1938 roku skłonny był te same infor­ma­cje prze­ka­zać Cze­chom. Naci­skał na Fran­cu­zów, żeby żądali dymi­sji Becka. Zacho­wy­wał się nie­zbyt pięk­nie.

A Anders?

Anders rów­nież nie był posta­cią bez skazy i nie­zbyt się nadaje na boha­tera naro­do­wego. W 1941 roku na Łubiance mówił NKWD wszystko, co chciała usły­szeć…

Suge­ruje pan, że był agen­tem Sta­lina lub szedł mu na rękę?

No cóż, po owo­cach ich pozna­cie. Anders zro­bił trzy rze­czy. Naj­pierw wypro­wa­dził we wła­ści­wym momen­cie woj­sko z Sowie­tów. Pro­szę sobie wyobra­zić, że armia Andersa bije się na fron­cie wschod­nim w kwiet­niu 1943 roku. Niemcy ogła­szają przez radio, że odkryli masowe groby w Katy­niu. I co, Polacy wciąż biją się u boku bol­sze­wi­ków? Oczy­wi­ście nie. Armia Andersa natych­miast prze­szłaby na stronę Nie­miec. Wyobraża pan sobie taki zwrot? To by mogło stor­pe­do­wać plany Sta­lina. Potem Anders bez­sen­sow­nie skrwa­wił woj­sko pod Monte Cas­sino, naj­bar­dziej ide­owy, anty­so­wiecki ele­ment. A na końcu zro­bił wszystko, żeby nikt z Pol­skich Sił Zbroj­nych na Zacho­dzie nie wró­cił do kraju.

W ten spo­sób jed­nak oca­lił ich przed kaza­ma­tami UB.

Oczy­wi­ście. Ale to było także na rękę komu­ni­stom i Sta­li­nowi. Bo gdyby mieli w oku­po­wa­nej Pol­sce ze 150 tysięcy żoł­nie­rzy z pol­skiej armii na Zacho­dzie, to sowie­ty­za­cja naszego kraju mogłaby natra­fić na znacz­nie więk­sze pro­blemy. W roku 1956 żywioł ten – zakła­dam, że co naj­mniej połowa by prze­żyła – mógł się oka­zać decy­du­jący. Nacisk z ich strony na kon­fron­ta­cję z Sowie­tami mógłby być tak silny, że Chrusz­czow by się jed­nak zawa­hał i nie przy­słał do Pol­ski Armii Radziec­kiej. W takiej sytu­acji być może już w 1956 roku mie­li­by­śmy rok 1989. Prze­cież kadra nie­pod­le­gło­ściowa była w Pol­sce tak prze­trze­biona i wyczer­pana, że rok 1956 robili wła­ści­wie komu­ni­ści. Plus nie­do­bitki AK, które nie były zdolne opra­co­wać wła­snej kon­cep­cji poli­tycz­nej. Gdyby do akcji wkro­czyli ander­sowcy, histo­ria mogłaby się poto­czyć ina­czej.

Panie pro­fe­so­rze, czy w swo­ich ana­li­zach nie prze­ce­nia pan roli taj­nych agen­tów i służb?

Histo­ryk, który mówi kry­tycz­nie o tak zwa­nej spi­sko­wej teo­rii dzie­jów, jest histo­ry­kiem nie­po­waż­nym, hoł­du­ją­cym histo­rii dla idio­tów lub pro­stacz­ków, któ­rzy wie­rzą w to, co widzą w tele­wi­zji i czy­tają w gaze­tach. Jest bowiem histo­ria praw­dziwa i histo­ria medialna, fasa­dowa. Ta praw­dziwa w dużej mie­rze toczy się za kuli­sami. A za nimi dzia­łają przede wszyst­kim tajne służby.

W Pol­sce także?

Oczy­wi­ście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Mich­nika do Moskwy w 1989 roku…

Panie pro­fe­so­rze… Nie suge­ruje pan chyba, że Mich­nik był agen­tem?!

Agen­tem nie był. Zgoda. Był nato­miast potęż­nym gra­czem, dzia­ła­ją­cym wła­śnie za kuli­sami. W 1989 roku poje­chał do Związku Sowiec­kiego, aby się doga­dać z tam­tej­szymi towa­rzy­szami ponad głową Jaru­zel­skiego. Był zbyt inte­li­gent­nym, zbyt ambit­nym czło­wie­kiem, aby nie dojść do wnio­sku, że sam III RP nie zbu­duje i nie zre­ali­zuje swo­ich kon­cep­cji. Dla­tego pró­bo­wał pod­jąć współ­pracę z Moskwą, ale pod­kre­ślam – nie była to współ­praca natury agen­tu­ral­nej, tylko rodzaj gry poli­tycz­nej. Mich­nik tłu­ma­czył to sobie zapewne mniej wię­cej tak, że idzie z tymi pro­gre­syw­nymi, libe­ral­nymi towa­rzy­szami spod znaku Gor­ba­czowa, żeby popra­wić komu­nizm. Hasło Mich­nika i Gor­ba­czowa było prze­cież takie samo: Socja­lizm z ludzką twa­rzą.

Jakie tajem­nice kryją dzieje służb spe­cjal­nych PRL?

Tysiące tajem­nic! W tej spra­wie naprawdę mało wiemy. Choćby – wyda­wa­łoby się sza­lona – sprawa tak zwa­nych matrio­szek, czyli agen­tów pod­sta­wia­nych do armii Andersa czy póź­niej Ber­linga. To jest mniej wię­cej to samo, co poka­zano w Stawce więk­szej niż życie. Zamiana Kowal­skiego na podob­nego do niego Iwa­nowa. Uczono faceta języka pol­skiego oraz bio­gra­fii osoby, którą miał zastą­pić. Sprawę tę pierw­szy raz poru­szył Piotr Jaro­sze­wicz. Zaraz potem został zamor­do­wany. Nie­wy­klu­czone, że dotknął pro­blemu, który jesz­cze w 1992 roku był tak new­ral­giczny dla rosyj­skiego wywiadu, że trzeba go było uci­szyć.

Kto mógł być taką matrioszką?

Być może Bie­rut, a może nawet Jaru­zel­ski. Nic pew­nego na ten temat nie wia­domo. Są tylko pewne prze­słanki.

Brzmi to mało praw­do­po­dob­nie.

No cóż, warto by to jed­nak zba­dać. Trzy­dzie­ści lat temu jeden z naj­waż­niej­szych gene­ra­łów Woj­ska Pol­skiego, zastępca szefa Sztabu Gene­ral­nego, na spo­tka­niu z ele­wami szkoły ofi­cer­skiej po kolej­nym toa­ście zaczął prze­ma­wiać płyn­nie po rosyj­sku. To wzbu­dziło pewną kon­ster­na­cję. Gene­rał zauwa­żył, co się stało, i się zmie­szał: „Wie­cie, ja z żoną tak roz­ma­wiam w domu i zapo­mnia­łem się” – zaczął się tłu­ma­czyć. Ni­gdy nie poznamy w pełni histo­rii PRL – zwra­cał na to uwagę Edward Ochab w roz­mo­wie z Teresą Torań­ską – dopóki nie będziemy wie­dzieli, kto w kie­row­nic­twie poli­tycz­nym, jak się wyra­ził Ochab, był „ich”, a kto był „nasz”.

Myślę, że wszy­scy – nie­za­leż­nie od tego, jakim języ­kiem mówili – byli „ich”…

To prawda. Ale mimo wszystko pol­scy komu­ni­ści mieli jakąś więk­szą lub mniej­szą – na ogół mniej­szą – prze­strzeń do samo­dziel­nego dzia­ła­nia. Cie­kawe jest, jakie były rela­cje mię­dzy sowiecką a pol­ską bez­pieką. Jakie wza­jemne zależ­no­ści. Czy UB, a potem SB były bez­po­śred­nio, nie­mal z urzędu, pod­po­rząd­ko­wane NKWD i KGB, czy też pole­ce­nia wyda­wano jaki­miś nie­for­mal­nymi kana­łami. Jaką rolę w tym pro­ce­sie odgry­wała par­tia? Czy służby ją omi­jały, czy też miała coś do powie­dze­nia? To bar­dzo cie­kawa siatka wza­jem­nych zależ­no­ści, o któ­rej wiemy bar­dzo mało. A prze­cież poli­cja poli­tyczna ode­grała główną rolę w spek­ta­klu zwa­nym PRL. Nie­wy­klu­czone, że wszyst­kie tak zwane wyda­rze­nia, do któ­rych docho­dziło w PRL, były pro­wo­ka­cjami służb. Poznań ’56, Gru­dzień ’70, Czer­wiec ’76, a wresz­cie Sier­pień ’80. W każ­dym z tych wypad­ków jest to bar­dzo praw­do­po­dobne. My teraz budu­jemy wokół tam­tych wyda­rzeń patrio­tyczne ołta­rze, a rze­czy­wi­stość mogła być zupeł­nie inna. Tak samo można zresztą posta­wić hipo­tezę, że powsta­nie listo­pa­dowe było pro­wo­ka­cją, a powsta­nie stycz­niowe to już z pew­no­ścią.

Czy są na to jakieś dowody?

Jest mnó­stwo prze­sła­nek. Na przy­kład Radom ’76. Roz­ma­wia­łem ostat­nio z jed­nym z wyso­kich radom­skich funk­cjo­na­riu­szy par­tyj­nych z tego okresu. I on nagle zadał mi takie pyta­nie: Czy nie zwró­ciło pań­skiej uwagi to, że trzo­nem wystą­pień była załoga Wal­tera, zakła­dów pro­du­ku­ją­cych sprzęt woj­skowy, w któ­rych 25 pro­cent ludzi było na eta­tach kontr­wy­wiadu, a cała reszta była w zasa­dzie zmi­li­ta­ry­zo­wana? Cała kadra tych zakła­dów, łącz­nie ze zwy­kłymi robot­ni­kami, skła­dała się z naj­bar­dziej zaufa­nych ludzi! I oni by się nagle zbun­to­wali? Mój roz­mówca prze­glą­dał potem wraz z radom­skimi mili­cjan­tami zdję­cia z zamie­szek i oka­zało się, że naj­bar­dziej agre­sywni przy­wódcy tłu­mów to były osoby w Rado­miu ni­gdy wcze­śniej nie­wi­dziane. To samo powtó­rzyło się póź­niej w Gdań­sku.

Rozu­miem, że skła­nia się pan do tezy, że upa­dek komu­ni­zmu był ope­ra­cją służb spe­cjal­nych?

Tak. Wiele źró­deł wska­zuje, że była to gigan­tyczna, prze­my­ślana i kon­tro­lo­wana ope­ra­cja. W szcze­gó­łach oczy­wi­ście mogła się wymknąć spod kon­troli, bo każda taka akcja ma swoją dyna­mikę. Ale osta­tecz­nie wszystko się udało. Celem służb było bowiem zacho­wa­nie kon­troli nad finan­sami pod­czas trans­for­ma­cji ustro­jo­wej. Następ­nie zaś dzięki tym pie­nią­dzom oraz powią­za­niom i doświad­cze­niu prze­ję­cie kon­troli nad pań­stwami byłego impe­rium i nowo powstałą Rosją.

Dla­czego komu­ni­styczne służby mia­łyby coś takiego zro­bić?

KGB doszło do wnio­sku, że należy poło­żyć kres ist­nie­niu paso­żyta, za jaki uwa­żało par­tię. Prze­cież orga­ni­za­cja ta stała się cał­ko­wi­cie zbęd­nym czyn­ni­kiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zaku­li­so­wej gry mogły dosko­nale same kon­tro­lo­wać impe­rium. Mieć wła­dzę i zara­biać pie­nią­dze. Aby to jed­nak osią­gnąć, trzeba było usu­nąć komu­ni­stów. Już wcze­śniej ludzie, któ­rzy kie­ro­wali bez­pieką – Jeżow, Beria i inni – pró­bo­wali zro­bić mniej wię­cej coś podob­nego. Sta­lin, a póź­niej Chrusz­czow potra­fili się jed­nak obro­nić.

Jeżeli przy­jąć pana tezę, to jak ta ope­ra­cja prze­bie­gała w Pol­sce?

Rezy­dent sowiec­kiego wywiadu w Pol­sce gene­rał Paw­łow – nota­bene jeden z naj­mą­drzej­szych ludzi w KGB – w pamięt­ni­kach pisał, że już w poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych dostał pole­ce­nie z Moskwy, żeby zaprze­stać budowy agen­tury sowiec­kiej w par­tii wła­dzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu zabrać się do opo­zy­cji, która być może kie­dyś przej­mie wła­dzę. Agen­tura umiesz­czona wewnątrz „Soli­dar­no­ści” zostaje odpo­wied­nio poin­stru­owana, służby roz­gry­wają swoją par­tię. A potem już idzie samo: Okrą­gły Stół, wybory, wypro­wa­dze­nie sztan­daru PZPR i utwo­rze­nie nowego układu. Z ludźmi bez­pieki na górze, a wła­ści­wie w cie­niu. Czyli to, o czym mówi­łem: fasa­dowa histo­ria i praw­dziwe ośrodki decy­zyjne, o któ­rych zwy­kły śmier­tel­nik nic nie wie. Dzi­siej­sze par­tie poli­tyczne mogą być nie tylko zin­fil­tro­wane, ale nawet stwo­rzone przez sowiecki, a póź­niej rosyj­ski wywiad. I nie muszą to być par­tie lewi­cowe.

Czyli służby naszego wschod­niego sąsiada wciąż dzia­łają na wielką skalę w naszym kraju?

To były i są naj­lep­sze, naj­bar­dziej sprawne służby na świe­cie. Służby, które łączą bez­względ­ność z wiel­kimi kon­cep­cjami i potra­fią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Buł­ha­kow: doku­menty nie płoną. Wszel­kie pale­nie akt to zwy­kły teatr. Nisz­czy się zawsze jakieś dupli­katy, bez­war­to­ściowe kwity admi­ni­stra­cyjne i tym podobne rze­czy. To, co naj­waż­niej­sze, co ma praw­dziwe zna­cze­nie – zawsze się zacho­wuje. W wypadku PRL – w Moskwie. Nie jest tajem­nicą, że kopie akt pol­skiej bez­pieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kon­tro­lują wielu agen­tów. Agen­tury tej prędko nie odkry­jemy. Dopiero teraz, po sześć­dzie­się­ciu–sie­dem­dzie­się­ciu latach, z tru­dem doko­pu­jemy się do prawdy o sowiec­kiej agen­tu­rze w II Rze­czy­po­spo­li­tej. Ale warto mieć świa­do­mość, że tacy ludzie u nas dzia­łają. I to na naj­wyż­szych szcze­blach. Należy o tym pamię­tać, zawsze gdy docho­dzi do jakichś kon­flik­tów czy spo­rów pol­sko-rosyj­skich. Należy się wów­czas uważ­nie wsłu­chać w debatę publiczną: arty­kuły pra­sowe, wypo­wie­dzi poli­ty­ków. Od razu widać, kto repre­zen­tuje rosyj­ski punkt widze­nia.

PAWEŁ WIE­CZOR­KIE­WICZ był pro­fe­so­rem Insty­tutu Histo­rycz­nego Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Spe­cja­li­zo­wał się w dzie­jach Rosji i Związku Sowiec­kiego, histo­rii woj­sko­wo­ści oraz naj­now­szej histo­rii Pol­ski. Autor wielu ksią­żek i arty­ku­łów. Wydał mię­dzy innymi Kam­pa­nię 1939 roku (2001), monu­men­talne dzieło Łań­cuch śmierci. Czystka w Armii Czer­wo­nej 1937–1939 (2001) oraz Histo­rię poli­tyczną Pol­ski 1935–1945 (2005). Zmarł w 2009 roku.

Źró­dło: „Rzecz­po­spo­lita”, 27 marca 2009

2

Powstania wywołała lewica?

Roz­mowa z ADA­MEM ZAMOY­SKIM, pol­sko-bry­tyj­skim histo­ry­kiem i publi­cy­stą spe­cja­li­zu­ją­cym się w dzie­jach Pol­ski i Europy XIX wieku

Dla­czego uczest­nicy pol­skich dzie­więt­na­sto­wiecz­nych powstań opa­try­wali je mia­nem rewo­lu­cji?

Ponie­waż wytwo­rzony w tej epoce pol­ski patrio­tyzm był zja­wi­skiem lewi­co­wym. Powstańcy nie wal­czyli tylko o wol­ność Pol­ski, ale także o wyzwo­le­nie niż­szych klas spo­łecz­nych. I włą­cze­nie ich do nowo­cze­snego narodu.

Kiedy dokład­nie ten patrio­tyzm powstał?

Pod koniec XVIII wieku. Zawią­zana w 1768 roku kon­fe­de­ra­cja bar­ska była jesz­cze zry­wem narodu szla­chec­kiego wie­lo­na­ro­do­wej Rze­czy­po­spo­li­tej. Rewo­lu­cja kościusz­kow­ska z 1794 roku była już zja­wi­skiem odmien­nym. To rewo­lu­cja narodu pol­skiego, w którą pró­bo­wano wcią­gnąć niż­sze war­stwy spo­łe­czeń­stwa, uświa­da­mia­jąc je naro­dowo. Nie przez przy­pa­dek Kościuszko wydał Uni­wer­sał poła­niecki nada­jący wol­ność oso­bi­stą chło­pom.

Nie przez przy­pa­dek nosił też suk­manę.

Rewo­lu­cja kościusz­kow­ska była two­rem Igna­cego Potoc­kiego, Hugona Koł­łą­taja i całej for­ma­cji rady­ka­łów zara­żo­nych jako­bi­ni­zmem. Ci ludzie chcieli prze­pro­wa­dzić dokład­nie taki sam eks­pe­ry­ment, jaki prze­pro­wa­dzono w rewo­lu­cyj­nej Fran­cji. Czyli stary monar­chiczny ład zastą­pić nowym porząd­kiem – stwo­rzyć naród pol­ski i Pola­ków. Tak jak we Fran­cji po oba­le­niu monar­chii stwo­rzono naród fran­cu­ski i Fran­cu­zów. Wszyst­kie kolejne dzie­więt­na­sto­wieczne powsta­nia oparte były na tym samym zało­że­niu. Wszyst­kie pró­bo­wały zachę­cić do walki o Pol­skę chło­pów, nie zwa­ża­jąc na to, że nie mają oni na to ochoty.

Czyli powsta­nia były lewi­cowe?

Nie ma wąt­pli­wo­ści. Pol­ska pra­wica, a więc sfery kon­ser­wa­tywne, które iden­ty­fi­ko­wały się z dawną Rze­czą­po­spo­litą Obojga Naro­dów i sta­rym porząd­kiem spo­łecz­nym, zawsze sprze­ci­wiały się powsta­niom. Pró­bo­wały je powstrzy­mać. Ludzie ci mieli zupeł­nie inną kon­cep­cję. Dzia­łali metodą ewo­lu­cyjną, a nie rewo­lu­cyjną. Żmud­nie budo­wali pol­ską siłę, sta­ra­jąc się uni­kać kon­fron­ta­cji z zabor­cami, która wobec szczu­pło­ści wła­snych sił musiała się zakoń­czyć klę­ską.

Zacznijmy od początku, czyli od oświe­ce­nia.

Rze­czy­wi­ście, od tego się zaczęło. Zwo­len­nicy tego nurtu uwa­żali, że czło­wiek doj­rzał. Nauczył się badać naukowo świat, w któ­rym żyje. Doko­nał odkryć fizycz­nych, które pod­wa­żyły całe Pismo Święte. Na Biblii opie­rał się zaś ustrój wszyst­kich państw ówcze­snej Europy. Król rzą­dził dla­tego, że był poma­zań­cem Bożym, każda insty­tu­cja – pra­wo­daw­cza, sądow­ni­cza czy oświa­towa – uzna­wała, że wszystko pocho­dzi od Boga. Zwo­len­nicy oświe­ce­nia doszli więc do wnio­sku, że skoro Biblia jest jedną wielką bzdurą, to bzdurą są rów­nież te insty­tu­cje. Zaczy­na­jąc od króla i biskupa, a koń­cząc na zwy­kłym nauczy­cielu i pro­bosz­czu. Cały porzą­dek spo­łeczny to non­sens…

…i trzeba go zastą­pić czymś nowym.

Wła­śnie. Ci ludzie uznali, że potra­fią lepiej urzą­dzić świat, niż zro­bił to Bóg. Że stwo­rzą ide­alne spo­łe­czeń­stwo, raj na ziemi. Plany były roz­ma­ite i czę­sto gro­te­skowe. Byli na przy­kład zwo­len­nicy wpro­wa­dze­nia wol­no­ści oby­cza­jo­wej i dzie­le­nia się part­ne­rami sek­su­al­nymi. Według innego pro­jektu miał zostać powo­łany spe­cjalny admi­ni­stra­tor, który selek­cjo­no­wałby ludzi…

Pach­nie tota­li­ta­ry­zmem.

Natu­ral­nie. Zasada była ta sama. Czło­wiek uwa­żał, że może stwo­rzyć uto­pijne zasady, któ­rymi uszczę­śliwi ludz­kość. Oświe­ce­nie trwało przez cały wiek XVIII i począt­kowo było nie­groźne. Inte­lek­tu­ali­ści, masoni i libe­ralni ary­sto­kraci po pro­stu toczyli ze sobą namiętne debaty filo­zo­ficzne. Kościół i tron zwal­czały te ten­den­cje, ale nie­zbyt sta­now­czo. Był to bowiem mar­gi­nes, bar­dzo cienka war­stwa. Sytu­acja zmie­niła się pod koniec XVIII wieku.

Dla­czego?

Ponie­waż ide­ały oświe­ce­nia zaczęły być wpro­wa­dzane w życie. W 1789 roku padła Basty­lia, poma­za­niec Boży król Fran­cji został skró­cony o głowę, cały dotych­cza­sowy porzą­dek został w tym kraju wywró­cony do góry nogami. Spo­łe­czeń­stwo kastowe zostało znisz­czone, zastą­pił je naród. To on miał teraz rzą­dzić. Rewo­lu­cja fran­cu­ska była wyda­rze­niem prze­ło­mo­wym dla Europy. Zwo­len­nicy oświe­ce­nia uznali, że świat się zmie­nia i ich pań­stwa muszą iść śla­dem Fran­cji. Zwo­len­nicy sta­rego ładu poczuli się zagro­żeni i posta­no­wili nie dopu­ścić do tego, by epi­de­mia zain­fe­ko­wała ich kraje.

Jedną z takich osób była caryca Kata­rzyna II?

Tak, gdy w 1792 roku jej armia wkro­czyła do Pol­ski, ogło­siła, że robi to po to, by znisz­czyć jako­biń­ską Kon­sty­tu­cję 3 maja. Co cie­kawe, kon­sty­tu­cja ta wcale nie była taka rady­kalna. Sta­no­wiła dość udaną próbę ewo­lu­cyj­nej zmiany Rze­czy­po­spo­li­tej, popra­wie­nia wad sta­rego sys­temu. Było to w końcu dzieło króla Sta­ni­sława Augu­sta Ponia­tow­skiego, który wywo­dził się ze stron­nic­twa Fami­lii, a więc obozu refor­ma­tor­skiego, ale nie rewo­lu­cyj­nego. Obóz ten nie chciał, aby Rzecz­po­spo­lita poszła śla­dem Fran­cji, ale raczej śla­dem Anglii. Czyli w stronę monar­chii kon­sty­tu­cyj­nej. Prze­ra­żona wyda­rze­niami w Paryżu Kata­rzyna II w każ­dej zmia­nie widziała jed­nak jako­bi­nizm.

Lecz wpływy fran­cu­skie były w Pol­sce silne.

„O Fran­cuzi, pierw­szy naro­dzie świata, jeste­śmy waszymi uczniami” – mówił w 1792 roku publi­cy­sta i poeta Woj­ciech Tur­ski. Wielu Pola­ków rze­czy­wi­ście było zafa­scy­no­wa­nych tym, co się dzieje w Paryżu. Na uli­cach War­szawy demon­stra­cyj­nie noszono trój­ko­lo­rowe kokardy, uzna­wane za barwy rewo­lu­cji. Należy jed­nak pamię­tać, że była i druga strona. Pra­wica.

Na przy­kład tar­go­wica…

Kon­fe­de­ra­cję tar­go­wicką zawią­zała grupa – prze­pra­szam za mocne słowo – idio­tów. To byli ludzie inte­lek­tu­al­nie ogra­ni­czeni. Dzia­łali jed­nak bez wąt­pie­nia z pobu­dek patrio­tycz­nych. Uwa­żali, że reformy 3 maja nisz­czą tra­dy­cyjną Rzecz­po­spo­litą Obojga Naro­dów i jedy­nym spo­so­bem na zba­wie­nie ojczy­zny jest powrót do tra­dy­cji. Bez wąt­pie­nia mieli rację, gdy mówili, że wpro­wa­dze­nie kon­sty­tu­cji doko­nało się za pomocą prze­pro­wa­dzo­nego zama­chu stanu.

Król prze­pro­wa­dził zamach stanu prze­ciwko samemu sobie?

Nie, prze­ciwko sys­te­mowi. Kon­sty­tu­cja 3 maja dawała mu bowiem wię­cej wła­dzy. Wpro­wa­dzono ją gwał­tem, nie­le­gal­nie, zwo­łu­jąc Sejm, gdy połowa posłów była poza War­szawą. Tar­go­wi­cza­nie tego nie akcep­to­wali. Nie rozu­mieli oczy­wi­ście, że stali się narzę­dziem w rękach Rosji, która przy ich pomocy reali­zo­wała swoją impe­rialną poli­tykę. Można więc tar­go­wi­cza­nom zarzu­cić głu­potę, ale na pewno nie zdradę. A już na pewno nie byli „wro­gami ludu”, jak okre­śliła ich pol­ska lewica rewo­lu­cyjna. Dla lewicy zresztą zawsze ten, kto się z nią nie zga­dza, jest „wro­giem ludu”, któ­rego należy tępić. Tak było w wypadku jako­bi­nów i tak było w wypadku bol­sze­wi­ków.

Tar­go­wi­cza­nie weszli prze­cież do Pol­ski pod ochroną rosyj­skich bagne­tów. To nie jest zdrada?

No cóż, Sejm Czte­ro­letni, który uchwa­lił Kon­sty­tu­cję 3 maja, został zawią­zany pod ochroną bagne­tów pru­skich.

Wróćmy do pol­skiej reak­cji na inter­wen­cję Kata­rzyny i roz­biory.

W 1794 roku wybu­chła wspo­mniana już rewo­lu­cja kościusz­kow­ska. War­szaw­ski motłoch przy­stą­pił do gra­bieży i wie­sza­nia „wro­gów ludu” – bisku­pów i ary­sto­kra­tów. W sto­licy zapa­no­wało bez­pra­wie. W tym miej­scu trzeba oddać Kościuszce spra­wie­dli­wość – szybko opa­no­wał sytu­ację i wpro­wa­dził względny porzą­dek.

Poroz­ma­wiajmy teraz o roz­bio­rach…

Mocar­stwa zabor­cze ogło­siły światu, że w orga­nizm Rze­czy­po­spo­li­tej wdała się gan­grena. A naj­lep­szym spo­so­bem na ratu­nek przed zaka­że­niem sąsied­nich orga­nizmów jest ampu­ta­cja.

Tro­chę to nie­lo­giczne.

Oczy­wi­ście, to w dużej mie­rze był tylko pre­tekst do zwy­kłej anek­sji tery­to­rium sąsiada. Jed­nakże po upadku Basty­lii na euro­pej­skich dwo­rach rze­czy­wi­ście zapa­no­wała histe­ria. Były jezu­ita abbé Augu­stin Bar­ruel w swoim dwu­to­mo­wym dziele Mémoires pour servir à l’histo­ire du jaco­bi­ni­sme sta­wiał tezę, że na tere­nie całej Europy ist­nieje tajne sprzy­się­że­nie rewo­lu­cjo­ni­stów zrze­sza­jące 300 tysięcy zaprzy­się­żo­nych spi­skow­ców, któ­rzy mieli się czaić na każ­dym kroku. Jego celem było zaś oba­le­nie wszyst­kich rzą­dów – i kró­lów, i księży. Ludzie to czy­tali, wie­rzyli i uwa­żali, że sie­dzą na wul­ka­nie, który lada moment może wybuch­nąć. Gdy więc w Pol­sce roz­po­częły się zmiany, monar­cho­wie ościen­nych państw posta­no­wili dzia­łać.

W efek­cie Pol­ska znik­nęła z mapy Europy i stała się natchnie­niem lewicy całego świata. „Pol­ska jest wszę­dzie tam, gdzie ludzie wal­czą o wol­ność” – mówił cyto­wany w pań­skiej książce Święte sza­leń­stwo rady­kał Józef Suł­kow­ski.

Pol­ska stała się sym­bo­lem walki ze sta­rym porząd­kiem i z monar­chiczną opre­sją. Przez cały wiek XIX na każ­dym spo­tka­niu socja­li­stów w Wiel­kiej Bry­ta­nii musiał być jakiś Polak. Ulu­bio­nym zawo­ła­niem zre­wol­to­wa­nych tłu­mów Paryża stało się zaś Vive la Polo­gne! Pol­ska była Che Guevarą tam­tej epoki.

Wkrótce Europa została pod­pa­lona przez „Robe­spierre’a na koniu”, czyli cesa­rza Fran­cu­zów (a nie Fran­cji!) Napo­le­ona.

Gdzie byli wtedy Polacy? Oczy­wi­ście u jego boku. Tu łączyły się dwa czyn­niki. Napo­leon wszę­dzie, gdzie wkra­czał, nisz­czył dotych­cza­sowy porzą­dek, ale prze­cież w Pol­sce ten porzą­dek był obcy, zabor­czy. Walka o wol­ność znowu łączyła się więc z hasłami rady­kal­nymi. Ponow­nie też nie było jed­no­myśl­no­ści. Napo­leon cie­szył się sza­loną popu­lar­no­ścią w zabo­rze pru­skim, gdzie bar­dzo wielu chło­pów było już uwłasz­czo­nych. Nato­miast gdy w 1812 roku wkro­czył na Litwę, wśród tam­tej­szej szlachty zapa­no­wało praw­dziwe prze­ra­że­nie. Bano się bowiem, że wpro­wa­dzi rewo­lu­cyjne reformy wło­ściań­skie. W tym miej­scu cie­ka­wostka: pułki pol­skie idące u boku Wiel­kiej Armii na Moskwę nie miały kape­la­nów polo­wych.

Upa­dek Napo­le­ona nie­wiele zmie­nił w nasta­wie­niu pol­skich rady­ka­łów.

Mic­kie­wicz wie­rzył, że Polacy przy­niosą wol­ność nie tylko swo­jej ojczyź­nie, ale także wszyst­kim uci­śnio­nym ludziom na świe­cie. Pod wpły­wem podob­nych prą­dów wielu mło­dych, znu­dzo­nych i sfru­stro­wa­nych Pola­ków rady­ka­li­zo­wało się i zawią­zy­wało tajne sprzy­się­że­nia. Na czele ze słyn­nym Wol­no­mu­lar­stwem Naro­do­wym. Ci ludzie nie widzieli dla sie­bie przy­szło­ści. W sys­te­mie państw zabor­czych mieli ogra­ni­czone moż­li­wo­ści kariery, nie mieli jak wyła­do­wać ener­gii. Rewo­lu­cja ich przy­cią­gała.

Piotr Wysocki?

Rok 1830 obfi­to­wał w wyda­rze­nia. Doszło do rewo­lu­cji we Fran­cji, do rewo­lu­cji w Bel­gii, aż w końcu eks­plo­do­wała War­szawa. Nie­wielka grupa nie­od­po­wie­dzial­nych mło­dych rady­ka­łów – ze wspo­mnia­nym Wysoc­kim na czele – wyszła z bro­nią na ulice. Doszło do krwa­wej ruchawki, do któ­rej włą­czył się motłoch. Motło­chowi roz­dano broń i nastą­pił cał­ko­wity chaos. Zabój­stwa, gra­bieże, wyrów­ny­wa­nie rachun­ków. Gdy sta­rzy kon­ser­wa­tywni gene­ra­ło­wie pró­bo­wali powstrzy­mać to sza­leń­stwo, zostali zamor­do­wani.

W końcu jed­nak sytu­ację opa­no­wano.

Tak, pol­ska pra­wica bły­ska­wicz­nie prze­jęła kon­trolę nad War­szawą. Do akcji weszli tacy ludzie jak Fran­ci­szek Drucki-Lubecki, książę Adam Czar­to­ry­ski, gene­rał Józef Chło­picki. Odsu­nęli lewicę na boczny tor i szybko posprzą­tali cały bała­gan. Ode­brali motło­chowi broń i zapro­wa­dzili porzą­dek na uli­cach. A następ­nie wysłali posłów do Miko­łaja I z prośbą o pusz­cze­nie całej sprawy w nie­pa­mięć, uzna­nie jej za nie­byłą. Gdyby car się wów­czas zgo­dził, nie byłoby żad­nego powsta­nia ani wojny pol­sko-rosyj­skiej. Kró­le­stwo Pol­skie prze­trwa­łoby w nie­zmie­nio­nej for­mie.

Dla­czego car się nie zgo­dził?

Ponie­waż – podob­nie jak wcze­śniej Kata­rzyna – uwa­żał, że ruchawka w War­sza­wie to ele­ment wiel­kiego rewo­lu­cyj­nego spi­sku. Że z pod­ziemi wyszli rewo­lu­cjo­ni­ści i pod­pa­lili część jego impe­rium. Car się doma­gał, żeby Polacy przy­szli do niego na kola­nach. Na to oczy­wi­ście nikt nie chciał się zgo­dzić. Nawet ci kon­ser­wa­ty­ści, któ­rzy uwa­żali rewo­lu­cję listo­pa­dową za absurd, żąda­nie cara potrak­to­wali jako obrazę honoru Pola­ków. W ten spo­sób, przez cał­ko­wity przy­pa­dek, doszło do idio­tycz­nej wojny pol­sko-rosyj­skiej, któ­rej nie chciał nikt oprócz garstki lewi­cow­ców, bo prze­cież gdyby Polacy chcieli, to by tę wojnę z Rosją wygrali. Zabra­kło jed­nak deter­mi­na­cji.

Co się wtedy działo w Paryżu?

Roz­sza­lały lud wzno­sił bary­kady i doma­gał się, aby Fran­cja natych­miast przy­szła na pomoc wal­czą­cej o wol­ność Pol­sce. Omal nie zlin­czo­wano wów­czas fran­cu­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych. Fran­cja nie pomo­gła, ale do Pol­ski ścią­gnęli z całej Europy ochot­nicy, oczy­wi­ście ultra­le­wi­cowcy.

A powsta­nie, rzecz jasna, skoń­czyło się klę­ską.

Pol­ska zaś znowu przez kolejne kil­ka­dzie­siąt lat była natchnie­niem lewicy. Karol Marks uwa­żał naród pol­ski za naród rewo­lu­cyjny. Za bojow­ni­ków o nowy wspa­niały świat uwol­niony z oków monar­chii, uci­sku kla­so­wego i reli­gij­nego. Polacy udo­wad­niali to na polach bitew. Można ich było zna­leźć w sze­re­gach rewo­lu­cjo­ni­stów całego świata. Bili się na Węgrzech, w Mek­syku, pod komendą słyn­nego Simóna Bolívara „wyzwa­lali” Ame­rykę Połu­dniową spod wła­dzy monar­chii hisz­pań­skiej.

Kolejna oka­zja do walki u sie­bie nada­rzyła się w 1863 roku.

To jest przy­kład mode­lowy. Powsta­nie stycz­niowe zostało wywo­łane przez „czer­wo­nych”, grupę rady­kal­nej mło­dzieży. Spi­skowcy nie mieli broni, plan był absur­dalny, szanse na powo­dze­nie zerowe. W tym wypadku zade­cy­do­wał zresztą inte­res wła­sny. Mło­dzieży tej gro­ziła bowiem branka do rosyj­skiego woj­ska, któ­rej za wszelką cenę chciała unik­nąć. Poszła więc do lasu. Nie myślała jed­nak, co się sta­nie z naro­dem. W tam­tej chwili obcho­dził ją przede wszyst­kim los wła­sny.

Co na to pol­ska pra­wica?

Pra­wica była sku­piona w zie­miań­skim obo­zie „bia­łych”. Jego człon­ko­wie sta­rali się powstrzy­mać powstań­czą kata­strofę, dokład­nie tak jak ich poprzed­nicy w roku 1830. Znowu jed­nak rady­ka­ło­wie oka­zali się sil­niejsi. Powsta­nie szybko objęło cały kraj i wcią­gnęło do walki „bia­łych”, któ­rzy od początku byli mu prze­ciwni. Dla kon­ser­wa­ty­stów pol­skich prze­ko­na­nie „czer­wo­nych”, że chcieć zna­czy móc, było absur­dalne. Oni uwa­żali, że przed każdą akcją należy doko­nać bilansu sił, mieć szanse na powo­dze­nie.

Tak jak prze­wi­dy­wała pra­wica, powsta­nie upa­dło. Sta­tek z bro­nią dla powstań­ców wysłany przez Karola Marksa nie dopły­nął do celu.

Nie­do­bitki powstań­ców ścią­gnęły zaś do Paryża. Sym­bo­liczną posta­cią jest Jaro­sław Dąbrow­ski, jeden z przy­wód­ców „czer­wo­nych”, czło­wiek, który w dużej mie­rze pono­sił odpo­wie­dzial­ność za wybuch powsta­nia. W 1871 roku wal­czył on na bary­ka­dach fran­cu­skiej sto­licy jako głów­no­do­wo­dzący Komuny Pary­skiej. I poszedł na śmierć. Rozu­miał bowiem, że jego sprawa jest stra­cona. Że to wszystko było jedną wielką ilu­zją. Myślał, że wal­czy o wielką sprawę, a wokół sie­bie znowu zoba­czył rabu­jący i mor­du­jący motłoch. To sym­bol końca walki kilku poko­leń błęd­nych ryce­rzy rewo­lu­cji.

Jed­nak prze­cież ta histo­ria wcale się nie koń­czy w 1871 roku. Wkrótce poja­wił się kolejny błędny rycerz, który pod­jął pod czer­wo­nym sztan­da­rem walkę o nie­pod­le­głość Pol­ski.

Oczy­wi­ście Józef Pił­sud­ski! To bar­dzo cie­kawy przy­pa­dek. W całej Euro­pie w dru­giej poło­wie XIX wieku owi błędni ryce­rze zeszli ze sceny. Zostali zastą­pieni przez nowe poko­le­nie rewo­lu­cjo­ni­stów: ludzi wyzu­tych z wszel­kich skru­pu­łów, któ­rzy nie chcieli już umie­rać za sprawę, ale chcieli dla sprawy mor­do­wać. W ten spo­sób wła­śnie naro­dziły się bol­sze­wizm i nie­miecki naro­dowy socja­lizm. Jest taka scena, kiedy Alek­sandr Her­cen spo­tyka w Gene­wie rosyj­skich rewo­lu­cjo­ni­stów mło­dego poko­le­nia. I oni mówią mu, że aby doko­nać prze­wrotu, należy skry­to­bój­czo mor­do­wać carów i mini­strów, sto­so­wać bez­względny ter­ror. Her­cen jest prze­ra­żony. Pisze do przy­ja­ciela, że zoba­czył „syfi­lis naszych rewo­lu­cyj­nych żądz”. Wszę­dzie na świe­cie rewo­lu­cjo­ni­ści stali się ter­rorystami. Tak było w Irlan­dii, Rosji, na Bał­ka­nach.

A w Pol­sce?

U nas zostało po sta­remu. Nasi lewi­cowcy wciąż uwa­żali, że zamiast dźgać nożem i rzu­cać bom­bami, lepiej umrzeć na koniu z sza­blą w dłoni. Tak wła­śnie myślał Pił­sud­ski, choć i on prze­cież miał w swoim życio­ry­sie epi­zody ter­ro­ry­styczne. Osta­tecz­nie jed­nak histo­ria się powtó­rzyła. Znowu socja­li­sta pocią­gnął za sobą do boju całą szlachtę.

Pań­skie tezy dla wielu Pola­ków mogą być zaska­ku­jące.

Pewien mój zna­jomy, wybitny i bar­dzo inte­li­gentny dyplo­mata, po prze­czy­ta­niu Świę­tego sza­leń­stwa powie­dział, że jest to naj­bar­dziej pra­wi­cowa książka, jaką kie­dy­kol­wiek czy­tał. A zaraz potem dodał: „Zamor­dują za to pana”.

ADAM ZAMOY­SKI to świa­to­wej sławy pol­ski histo­ryk miesz­ka­jący w Wiel­kiej Bry­ta­nii. W Pol­sce uka­zały się mię­dzy innymi nastę­pu­jące jego książki: Orły nad Europą, Pol­ska, 1812. Wojna z Rosją, Cho­pin, Napo­leon. Czło­wiek i mit, Święte sza­leń­stwo i Uro­jone widmo rewo­lu­cji.

Źró­dło: „Histo­ria Do Rze­czy”, czer­wiec 2015

3

Jak Polacy okupowali Hiszpanię

Roz­mowa z dr. ANDRZE­JEM NIE­UWAŻ­NYM, histo­ry­kiem, znawcą epoki napo­le­oń­skiej i sto­sun­ków pol­sko-fran­cu­skich w XIX wieku

Ilu Pola­ków wal­czyło w woj­skach Napo­le­ona w Hisz­pa­nii?

Około 30 tysięcy. Pocho­dzili z wywo­dzą­cej się po czę­ści jesz­cze z wło­skich Legio­nów Dąbrow­skiego Legii Nad­wi­ślań­skiej, zmo­bi­li­zo­wa­nej w kraju Dywi­zji Księ­stwa War­szaw­skiego i pułku szwo­le­że­rów. To wła­śnie ci ostatni 200 lat temu brali armaty pod Somo­sierrą.

Kim byli szwo­le­że­ro­wie?

Ochot­ni­kami, w 95 pro­cen­tach szlach­ci­cami, któ­rzy nie­spe­cjal­nie przej­mo­wali się wol­no­ścio­wymi aspi­ra­cjami Hisz­pa­nów. Choć ich rozu­mieli. Naj­waż­niej­sza była służba Napo­le­onowi, który zło­żył obiet­nice doty­czące przy­szło­ści ich ojczy­zny. Pamię­tajmy też, że wojna zda­wała się mło­dym ludziom przy­godą. „Woyna bar­dzo jest zabawna, ied­nego dnia tań­cu­jemy, a dru­giego się bijemy” – pisał z Hisz­pa­nii do mamy Sta­ni­sław Hem­pel.

Dość krwawą przy­godą.

Tak, ale z tego zdali sobie sprawę póź­niej. Wie­sza­nie chło­pów za to, że nie oddają armii kon­tyn­gen­tów, rze­czy­wi­ście nie było wojaczką, o jakiej marzyli. Ale ta reflek­sja przy­szła z cza­sem. Zwłasz­cza w latach 1810–1811, gdy część szwo­le­że­rów wró­ciła do Hisz­pa­nii. Ten drugi pobyt był już typową oku­pa­cją, a dzia­ła­nia bojowe pole­gały głów­nie na zwal­cza­niu par­ty­zantki. Przy­po­mi­nało to dzi­siej­sze misje w Iraku i Afga­ni­sta­nie.

Czy Polacy popeł­niali zbrod­nie wojenne?

W Hisz­pa­nii odzna­czyli się lan­sje­rzy nad­wi­ślań­scy, naj­lep­szy pol­ski pułk. Praw­dziwi zawo­dowcy. To oni w 1811 roku pod Albu­herą roz­bili angiel­skie czwo­ro­boki. Ale za Pire­ne­jami peł­nili też funk­cję kastetu, który likwi­do­wał oddziały par­ty­zanc­kie. Jak każda wojna pod­jaz­dowa była to wojna brudna. Dla pozy­ska­nia infor­ma­cji uży­wano wszel­kich środ­ków. Pod­po­rucz­nik szwo­le­że­rów Andrzej Nie­go­lew­ski, skąd­inąd szla­chetny młody czło­wiek, pisał, że schwy­tany przed somo­sier­ską szarżą Hisz­pan „tą razą nie­po­trzeb­nie bał się o swoje życie”. Dla­czego „tą razą”? Bo w innych wypad­kach jeń­ców zabi­jano. Dziś, z per­spek­tywy obu wojen świa­to­wych, nie ma się co obu­rzać. Taka jest wojna.

Czy kato­li­cyzm Pola­ków miał pod­czas wojny w Hisz­pa­nii jakieś zna­cze­nie?

Znamy przy­padki, gdy ran­nym, wzię­tym do nie­woli szwo­le­że­rom życie rato­wał szka­plerz czy krzyż zawie­szony na szyi. Ze względu na swoją wiarę Polacy zacho­wy­wali się rów­nież lepiej w sto­sunku do kościo­łów czy księży. Hisz­pa­nie to zauwa­żali.

Ale prze­cież sym­bo­lem tej wojny stał się dla Hisz­pa­nów szwo­le­żer pod Somo­sierrą tnący z sio­dła mni­cha zasła­nia­ją­cego się krzy­żem.

W Sara­gos­sie nad­wi­ślań­czycy zabi­jali bez waha­nia uzbro­jo­nych duchow­nych. Pod Somo­sierrą mnisi raczej nie strze­lali, ale doma­lo­wy­wano ich póź­niej, za co zresztą wete­rani bar­dzo się gnie­wali. Arty­sta chęt­nie używa moc­nych sym­boli. A cóż jest moc­niej­szego niż mnich bro­niący kato­lic­kiej Hisz­pa­nii przed nie­wie­rzą­cym Fran­cu­zem…

…albo przed wie­rzą­cym Pola­kiem. Kato­licy wal­czący o nie­pod­le­głość wła­snej ojczy­zny tłu­mili podobne dąże­nia współ­wy­znaw­ców.

Powta­rzam: to było woj­sko. A woj­sko ma wypeł­niać roz­kazy. I jeżeli na dro­dze sta­nie prze­ciw­nik – hisz­pań­ski, angiel­ski czy każdy inny – to należy go poko­nać. Dyle­maty oso­bi­ste muszą ustą­pić przed żoł­nier­skim obo­wiąz­kiem.

Przed­sta­wia pan szwo­le­że­rów jako zim­nych pro­fe­sjo­na­li­stów. Tym­cza­sem szarża pod Somo­sierrą prze­szła do histo­rii jako czyn wyjąt­kowo bra­wu­rowy, nie­mal sza­leń­czy. Tak nie zacho­wują się pro­fe­sjo­na­li­ści.

30 listo­pada 1808 roku, gdy 3. szwa­dron pod dowódz­twem Kozie­tul­skiego sta­nął u wjazdu do somo­sier­skiej „cia­śniny”, nie było wśród tego mło­dego woj­ska zim­nych zawo­dow­ców! Nie­mal dla wszyst­kich szarża ta miała być pierw­szym bojem. Szli do niej pełni zapału mło­dzieńcy, wyszko­leni tylko w pod­sta­wo­wej tak­tyce, służ­bie polo­wej, patro­lach itd. Zawo­dow­cami mieli dopiero zostać.

Czym była więc Somo­sierra? Cudem? Patrio­tycz­nym zry­wem mło­dych serc?

Nie mie­szajmy poezji z realiami. Nikt do końca nie wie­dział, co czeka na Napo­le­ona pod Somo­sierrą. To był koniec listo­pada, była duża mgła, kolejne bate­rie usta­wione przez Hisz­pa­nów na dro­dze znaj­do­wały się za zakrę­tami i były nie­wi­doczne. Pier­wot­nym celem fran­cu­skich ata­ków było zaję­cie pierw­szej, naj­sil­niej­szej bate­rii. Ata­ku­jąca pod górę pie­chota nie mogła sobie jed­nak pora­dzić i ziry­to­wany Napo­leon zde­cy­do­wał się na szarżę jazdy.

Polacy nie zatrzy­mali się jed­nak na pierw­szej bate­rii.

Mimo strat, gęstego ognia nie­przy­ja­ciela i szoku po pierw­szej sal­wie szwo­le­że­ro­wie zdo­łali zająć pierw­szą bate­rię. A widząc ucie­ka­ją­cych Hisz­pa­nów, poszli za cio­sem. I mimo kolej­nych strat zdo­byli następne trzy bate­rie. Szarża pod Somo­sierrą nie była więc wcale sza­loną galo­padą, w któ­rej wszy­scy krzy­czeli „Hura!” i sto­jąc w strze­mio­nach, pędzili na wroga w unie­sie­niu. Główną zasługą tych mło­dzień­ców było to, że po kilku kry­zy­sach – a zda­rzyły się przy­naj­mniej dwa – zbie­rali się do kupy i kon­ty­nu­owali natar­cie.

Szwo­le­że­ro­wie spa­ni­ko­wali?

Nastą­piło zała­ma­nie ataku po pierw­szej sal­wie, po pierw­szym pro­chu, jaki pową­chali. Ści­śnięci na dro­dze czwór­kami Polacy zatrzy­mali się, nie­któ­rzy stra­cili głowę. Potłu­czony Kozie­tul­ski wygrze­bał się jed­nak spod zabi­tego konia i opa­no­wał sytu­ację. Sam już nie poje­chał dalej, ale szarża dzięki niemu znów ruszyła. Gdy doje­chali na szczyt i zaczął ustę­po­wać bitewny amok, zdali sobie sprawę, że stało się coś nie­zwy­kłego, że był to bar­dzo nie­ty­powy atak. Nie­zwy­kła była też atmos­fera: wspa­niały kra­jo­braz, dyna­mika szarży, świa­do­mość, że wszystko działo się na oczach cesa­rza.

Ilu zgi­nęło?

Było 24 zabi­tych i śmier­tel­nie ran­nych, a cię­żej ran­nych około 60 spo­śród ponad 200 ata­ku­ją­cych w pierw­szej fali. Wielu było kon­tu­zjo­wa­nych po upadku z konia.

Bitwa ta zapewne nie przy­po­mi­nała póź­niej­szych obra­zów, na któ­rych Polacy w pięk­nych mun­du­rach umie­rają z uśmie­chem za cesa­rza?

Malo­wano ich w mun­du­rach parad­nych, ale oni ata­ko­wali, mając zakryte kar­ma­zy­nowe wyłogi, płasz­cze zro­lo­wane przez pierś i czapki z czar­nymi pokrow­cami.

Czy wia­domo, co powie­dział Napo­leon, gdy przy­był do zdo­by­tych bate­rii?

Dla zawo­do­wego woj­sko­wego fakt, że naj­młod­szy oddział jego gwar­dii, uwa­żany za rodzaj cudzo­ziem­skiej maskotki, doko­nał takiego wyczynu, był z pew­no­ścią pozy­tyw­nym zasko­cze­niem. Dał to Pola­kom odczuć. Zgod­nie z prze­ka­zem miał powie­dzieć: „Jeste­ście godni mojej Sta­rej Gwar­dii”. Myślę, że tak było. Napo­leon umiał chwa­lić dziel­nych żoł­nie­rzy.

Dla­czego Napo­leon posłał Pola­ków do Hisz­pa­nii, odcią­ga­jąc ich od Księ­stwa War­szaw­skiego, które wkrótce zostało zaata­ko­wane przez Austrię?

Polacy wyru­szyli do Hisz­pa­nii w roku 1808, gdy nikt nie prze­wi­dy­wał, że wio­sną 1809 wybuch­nie wojna w Księ­stwie. Dla Napo­le­ona woj­ska cudzo­ziem­skie były kloc­kami do prze­su­wa­nia na mapie. W Hisz­pa­nii byli nie tylko Polacy, ale także Włosi, Szwaj­ca­rzy, Badeń­czycy czy Hesi. Mięso armat­nie, któ­rym się dys­po­nuje. Napo­leon nie miał więc jakie­goś świa­do­mego zamy­słu, żeby wyko­rzy­stać (a tym bar­dziej wygu­bić) Pola­ków. Wziął ich na żołd i uży­wał tam, gdzie potrze­bo­wał.

Miał chyba jed­nak skłon­ność do wyko­rzy­sty­wa­nia Pola­ków do brud­nej roboty, żeby wymie­nić tylko słynne San Domingo. Naj­le­piej oddał to Żerom­ski w Popio­łach. Ludzie, któ­rzy chcieli wal­czyć o wol­ność Pol­ski, musieli tłu­mić wol­ność innych naro­dów.

Sze­re­gowi legio­ni­ści, któ­rych potem wysłano na San Domingo, nie uwa­żali, że biją się za jakąś „wol­ność Pol­ski”. To byli gali­cyj­scy chłopi, któ­rych Austria wcie­liła do woj­ska, a Fran­cuzi wzięli do nie­woli. Nie przy­pi­sujmy im roz­wi­nię­tej świa­do­mo­ści naro­do­wej, a zwłasz­cza naro­do­wego mesja­ni­zmu. Naj­czę­ściej uwa­żali się za „ludzi cesar­skich”. Dopiero w Legio­nach patrio­tyczni, szla­checcy ofi­ce­ro­wie uczyli ich, że są Pola­kami. Na pewno więk­szość wolała słu­żyć pod pol­ską komendą. Do swego losu pod­cho­dzili jed­nak z fata­li­zmem – to chłop­ska rzecz słu­żyć i umie­rać. Jaki mieli wybór – znów austriac­kie kama­sze czy cywilne pod­dań­stwo?

Ale część Pola­ków na San Domingo prze­szła na stronę wal­czą­cych o wol­ność Murzy­nów.

Nie­któ­rzy tak. Motywy były zresztą różne, nie wyklu­cza­jąc zmę­cze­nia i obrzy­dze­nia „brudną” wojną w zabój­czym kli­ma­cie. Kon­su­larna Fran­cja przy­wró­ciła nie­wol­nic­two, toczyła wojnę w kolo­nii i trzeba było kogoś tam posłać. Do dys­po­zy­cji byli „nie­po­trzebni” już w Euro­pie Polacy i Napo­leon ich do tego wyko­rzy­stał. A jak to bywa z woj­nami kolo­nial­nymi, armia oku­pa­cyjna wygi­nęła. Naro­dowe i wol­no­ściowe dyle­maty czę­ściej tar­gały wykształ­co­nymi ofi­ce­rami, ale prze­cież wielu z nich poje­chało na San Domingo ochot­ni­czo.

San Domingo kłóci się z wyide­ali­zo­wa­nym przez zako­cha­nych w nim Pola­ków obra­zem Napo­le­ona marzą­cego o odtwo­rze­niu nie­pod­le­głej Pol­ski.

Oczy­wi­ście. Pamię­tajmy jed­nak, że do 1807 roku nie było żad­nej sprawy pol­skiej, a i póź­niej była ona waż­nym, ale tylko jed­nym z wielu czyn­ni­ków poli­tyki euro­pej­skiej. Napo­leon pro­wa­dził poli­tykę fran­cu­ską, a nie pol­ską, i w sprawy Pola­ków anga­żo­wał się nie­chęt­nie. Wie­dział bowiem, że popie­ra­jąc tę moral­nie słuszną sprawę, wcho­dzi w kon­flikt z trzema super­mo­car­stwami: Austrią, Rosją i Pru­sami. Nie mógł zaś dla Pol­ski nara­żać inte­re­sów Fran­cji. Nawia­sem mówiąc, i tak je nara­ził. Choć nie za darmo.

Nasi żoł­nie­rze prze­le­wali za niego krew, a on zobo­wią­zał się wobec Rosji, że nie użyje nazwy „Pol­ska”, i tak powstało Księ­stwo War­szaw­skie. To już w 1815 roku Alek­san­der I dał nam wię­cej, restau­ru­jąc Kró­le­stwo Pol­skie.

A czy Napo­leon miał jakiś inte­res w tym, żeby na mapie zna­la­zło się słowo „Pol­ska”? Sama nazwa, choć sym­bo­licz­nie ważna, pozo­staje nazwą. Czy Kró­le­stwo Pol­skie (1815–1830) było bar­dziej pol­skie niż Księ­stwo War­szaw­skie? Pamię­tajmy, że w Księ­stwie woj­skiem dowo­dził Polak (książę Józef Ponia­tow­ski), a w Kró­le­stwie Rosja­nin (wielki książę Kon­stanty). Księ­stwo było pań­stwem o pol­skim języku kon­sty­tu­cyj­nym, pol­skich sym­bo­lach, wpraw­dzie z pre­fek­tami, fran­cu­skim pra­wem cywil­nym i saskim władcą, ale o ogra­ni­czo­nych obcych wpły­wach.

Prze­cież to było pań­stwo sate­lic­kie wobec Cesar­stwa Fran­cu­skiego.

A Kró­le­stwo Pol­skie, mając rosyj­skiego cara za pol­skiego króla, nie było pań­stwem sate­lic­kim? Poko­le­nie dotknięte traumą roz­bio­rów rozu­miało zresztą, że samo­dziel­ność nie jest moż­liwa. A poza tym, dys­ku­tu­jąc na temat sprawy pol­skiej początku XIX wieku, zapy­tajmy: kto dawał wię­cej od Napo­le­ona?

Wła­śnie Alek­san­der I. Książę Czar­to­ry­ski w 1811 roku miał przed­sta­wić Ponia­tow­skiemu pro­po­zy­cję odtwo­rze­nia z trzech zabo­rów Pol­ski w unii per­so­nal­nej z Rosją.

To były roje­nia. W 1815 roku, gdy powstało Kró­le­stwo Pol­skie, też zapa­no­wało prze­ko­na­nie, że nastąpi połą­cze­nie z zie­miami litew­sko-bia­ło­ru­skimi. Powstał nawet kor­pus wołyń­ski. I co? I nic. „Żad­nych złu­dzeń, pano­wie”. To były nadzieje, a liczyły się realne inte­resy. Z prag­ma­tycz­nego punktu widze­nia Napo­leon wyko­rzy­stał Pola­ków, ale i Polacy wyko­rzy­stali Napo­leona. W końcu dzięki niemu powró­ciło z nie­bytu pań­stwo pol­skie. Bar­dzo narze­kano, że nazy­wało się Księ­stwem War­szaw­skim i że było takie małe, ale przy­szły prze­cież następne wojny. Ta w 1809 roku dopro­wa­dziła do zwięk­sze­nia Księ­stwa o jedną trze­cią, a kolej­nym eta­pem miała być roz­po­częta w 1812 roku wielka wojna z Rosją.

Co by się stało z Pol­ską, gdyby Napo­leon poko­nał Rosję?

Nawet gdyby wygrał, musiałby zawrzeć jakiś pokój. Nie usta­no­wiłby prze­cież pre­fek­tury w Moskwie czy Peters­burgu. A że Rosja prę­dzej czy póź­niej dąży­łaby do rewanżu, logicz­nie nale­żało zwięk­szyć poten­cjał pań­stwa pol­skiego, które zawsze byłoby pierw­szym jej celem. Jak wyglą­da­łoby ono ustro­jowo i geo­gra­ficz­nie? Tu już zapusz­czamy się w dzie­dzinę „histo­rii alter­na­tyw­nej”, popu­lar­nie zwa­nej gdy­bo­lo­gią.

Finał romansu Pola­ków z Napo­le­onem był dra­ma­tyczny. Ponia­tow­ski zgi­nął pod Lip­skiem, kiedy inni sprzy­mie­rzeńcy odwró­cili się już od cesa­rza. Czy honor oka­zał się waż­niej­szy niż inte­res naro­dowy? Czy nie można było dojść do poro­zu­mie­nia z Rosja­nami?

W 1813 roku Rosja­nie nie mieli Pola­kom nic do zaofe­ro­wa­nia. Ostat­nią sprawą, o jakiej marzył Alek­san­der I, było poru­sze­nie kwe­stii pol­skiej. Obiet­nice dane Pola­kom ozna­cza­łyby auto­ma­tyczny kon­flikt z Austrią i Pru­sami, a to ich wojsk potrze­bo­wał do poko­na­nia Napo­le­ona.

Czyli plany Czar­to­ry­skiego o zjed­no­cze­niu Pol­ski pod ber­łem Alek­san­dra I były – według pana – mrzonką.

Książę Czar­to­ry­ski, poli­tyk fascy­nu­jący, ale w spra­wach pol­skich prze­grany, mógł sobie wymy­ślić Rzecz­po­spo­litą nawet aż po Morze Czarne. Tylko co z tego? Naj­waż­niej­sze są realia poli­tyczne, a nimi zarzą­dzał car. A jego wybory też ogra­ni­czała geopoli­tyka. Pro­szę sobie zresztą wyobra­zić ogło­sze­nie takiego pań­stwa. I co? Austriacy i Pru­sacy przy­sy­łają tele­gramy gra­tu­la­cyjne: „Dosko­nale, jed­nocz­cie Pol­skę, oddamy wam nasze zie­mie, macie nasze bło­go­sła­wień­stwo”.

Czyli Ponia­tow­ski nie miał wyboru?

Oso­bi­ście miał. Poli­tycz­nie – nie bar­dzo. Choć nie ozna­cza to, że się nie zasta­na­wiał. Wio­sną 1813 roku roz­ma­wiał w Kra­ko­wie z fran­cu­skim rezy­den­tem Edwar­dem Bigno­nem, świa­do­mym już, że mini­stro­wie Księ­stwa nego­cjują pota­jem­nie z Czar­to­ry­skim i Rosja­nami. Na pre­ten­sje Fran­cuza książę odpo­wie­dział: „Od dawna każdy Polak ma ponie­kąd dwa sumie­nia; przede wszyst­kim Polak chce być Pola­kiem i jeśli nie może tego osią­gnąć jedną drogą, to szuka innej”. Świetną książkę o tym poroz­bio­ro­wym „podwój­nym sumie­niu” napi­sał Jaro­sław Czu­baty.

Gra do końca na Fran­cję nie była więc tylko sprawą honoru?

Nie, pol­skie elity pró­bo­wały obsta­wiać tego, kto mógł dać wię­cej. A wła­ści­wie cokol­wiek. Rosja w 1813 roku nie dawała nic, ale rok póź­niej już nie­mało. Pamię­tajmy, że do paź­dzier­ni­ko­wej klę­ski lip­skiej los wojny nie był roz­strzy­gnięty. Po Lip­sku zaś wielu Pola­ków zała­mało się i zaczęły się dezer­cje. „Roz­lazł się” nawet pol­ski bata­lion gwar­dii pie­szej Napo­le­ona. Cesarz zebrał wów­czas pol­skich ofi­ce­rów i uży­wa­jąc prag­ma­tycz­nych argu­men­tów, tłu­ma­czył im, dla­czego powinni zostać. Jeśli opusz­czą go teraz, po klę­sce, nie zyskają nic.

Czy wia­domo coś o oso­bi­stym sto­sunku Napo­le­ona do Pola­ków?

Uwa­żał Pola­ków za dobrych żoł­nie­rzy. W jego opi­niach da się też wyczuć pewną sym­pa­tię – wielu Pola­ków miał zresztą w oto­cze­niu. I choć zarzu­cał Ponia­tow­skiemu „mięk­kość” dowo­dze­nia w 1812 roku, sza­no­wał go.

Pani Walew­ska nie miała na niego żad­nego wpływu?

Pan raczy żar­to­wać. Była piękną, dobrą i pro­sto­li­nijną kobietą, która dała mu syna. Na poli­tykę nie miała naj­mniej­szego wpływu.

A czy zgo­dzi się pan z opi­nią, że ten zwią­zek był sym­bo­liczny? Że sto­su­nek Pol­ski do Fran­cji był uczu­ciem nie­wia­sty zako­cha­nej w dziel­nym wojaku?

Żar­to­bli­wie mówiąc, miło­sne sto­sunki pol­sko-fran­cu­skie nie były aż tak jed­no­stronne. Stary już gene­rał Fran­ci­szek Moraw­ski wzdy­chał:

Były to czasy, lecz gdzież są za nami,

Gdym i ja zwal­czał Pary­żanki śmiałe,

I w jed­nej nocy trzy­na­stu razami

Sze­rzył, uwiecz­niał naro­dową chwałę…

A poważ­nie, pol­ska miłość do Napo­le­ona nie była aż tak ślepa. Więk­szość elit uwa­żała, że nie ma lep­szego wyboru. On dawał to, czego nie dawali inni – szansę na nie­sa­mo­dzielne wpraw­dzie, ale jed­nak pol­skie pań­stwo.

Dr ANDRZEJ NIE­UWAŻNY, histo­ryk z Uni­wer­sy­tetu Miko­łaja Koper­nika w Toru­niu, był zna­ko­mi­tym znawcą epoki napo­le­oń­skiej i sto­sun­ków pol­sko-fran­cu­skich w XIX wieku. Napi­sał mię­dzy innymi: My z Napo­le­onem, Czasy napo­le­oń­skie, Woj­sko Księ­stwa War­szaw­skiego. Zmarł w 2015 roku.

Źró­dło: „Rzecz­po­spo­lita”, 29 listo­pada 2008

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Copy­ri­ght © by Piotr Zycho­wicz 2026

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Grze­gorz Dziam­ski

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Urszula Gireń

Foto­gra­fia na okładce

© Fox Pho­tos/Getty Ima­ges

Wydawca pod­jął wszel­kie sta­ra­nia w celu usta­le­nia wła­ści­cieli praw autor­skich repro­duk­cji zamiesz­czo­nych w książce.

W wypadku jakich­kol­wiek uwag czy nie­do­pa­trzeń pro­simy o kon­takt z wydaw­nic­twem.

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Polacy, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-608-9

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer