Pogromca nieskończoności - Adam Silvera - ebook + książka

Pogromca nieskończoności ebook

Adam Silvera

4,0

Opis

Znakomita kontynuacja „Syna Nieskończoności”! Drugi tom przygód nastolatków z supermocami!

 

Emil i Brighton Rey przeciwstawili się losowi. Pokonali Posoczników i uszli z życiem – a przynajmniej tak im się wydawało. Kiedy Brighton wypił Krew Pogromcy, wierzył, że uczyni go to niezwyciężonym, ale zamiast tego mikstura powoli go zabija.

W pogoni za znalezieniem antidotum, które nie tylko ocali jego brata, ale także uwolni go od niechcianych mocy feniksa, Emil będzie musiał przypomnieć sobie swoje przeszłe wcielenia, o których próbował zapomnieć. Teraz bardziej niż kiedykolwiek będzie potrzebował pomocy Iskier, których szeregi wciąż się przerzedzają.

Tymczasem Ness jest wykorzystywany przez senatora Irona dla własnych korzyści, a jego rzadka zdolność zmieniania kształtów czyni go niebezpieczną bronią. Chociaż chłopak pragnie wysłać ostrzeżenie, wie, że najlepszym sposobem na uchronienie Emila przed jego skorumpowanym ojcem jest trzymanie go na dystans.

 

Bitwa o pokój toczy się jak zawiła gra w szachy, a gdy pionki na planszy się przesuwają, Emil zaczyna zdawać sobie sprawę, że przez cały czas walczył z niewłaściwą osobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 578

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
2
0
2
0
0
Sortuj według:
patikolaczyk

Całkiem niezła

W porządku, ale dość trudno się wkręcić z początku.
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Infinity Reaper

 

Copyright © 2021 by Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2022

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Anna Fiałkowska, Aleksandra Kotlewska, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Sandra Popławska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt graficzny okładki: Kevin Tong

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN978-83-67054-79-9

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla tych, którzy nie chcą więcej walczyć. Walczcie.

 

 

Dziękuję Becky Albertalli i Elliotowi Knightowi,

którzy zawsze przy mnie trwali,

nawet kiedy nie mogli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawdziwi przywódcy nie rodzą się nimi.

Oni się nimi stają.

 

– Marie Lu, „Drużyna Róży”

 

 

 

 

 

 

 

 

SŁOWNICZEK

 

 

 

 

ŚWIAT BLASKU

 

Świetliści – ci, którzy praktykują moc. Zalicza się do nich zarówno niebiańskich, jak i widma.

Niebiańscy – ludzie posiadający moce związane z gwiazdami i niebem, ich prawdziwe pochodzenie pozostaje nieznane. U niektórych moce ujawniają się już przy narodzinach, u innych dopiero w późniejszym okresie. Posiadają szeroki zakres umiejętności, a można ich poznać po oczach, w których widać odbicie różnych zakątków wszechświata, gdy korzystają z blasku. Istotną grupą pośród niebiańskich są Iskry.

Widma – ludzie, którzy mogą korzystać z blasku dzięki wynalezionej sześćdziesiąt lat temu alchemii. Swoją moc czerpią z krwi stworzeń, a zakres ich umiejętności jest ograniczony do umiejętności danego stworzenia. Widma można poznać po tym, że gdy korzystają z blasku, ich oczy płoną jak zaćmienie słońca. Istotną grupą pośród widm są Posocznicy.

 

 

OSOBY DRAMATU

ISKRY I ICH SPRZYMIERZEŃCY

 

Emil Rey – widmo z krwią feniksa, które przeszło reinkarnację, potrafi wzniecać szare i złote płomienie, uzdrawiać własne rany, wyczuwać emocje innych feniksów, latać, odradzać się. Znany jako Ognisty Ptak i Syn Nieskończoności.

Brighton Rey – twórca internetowego cyklu Niebiańscy Nowego Jorku. Wypił Krew Pogromcy, żeby zdobyć moce feniksa, hydry i ducha.

Maribelle Lucero – niebiańska, która potrafi lewitować i szybować.

Iris Simone-Chambers – niebiańska obdarzona żelazną siłą i skórą odporną na ataki blaskiem. Nowa przywódczyni Iskier.

Atlas Haas (nieżyjący) – niebiański, który potrafi wzniecać wiatr.

Wesley Young – niebiański obdarzony mocą nadszybkości.

Eva Nafisi – niebiańska, która potrafi uzdrawiać rany odniesione przez innych, ale przejmuje ich ból.

Prudencia Mendez – niebiańska obdarzona mocą telekinezy.

CarolinaRey – matka Emila i Brightona; nie dysponuje żadną mocą.

Ruth Rodriquez – niebiańska, która potrafi tworzyć własne klony.

Bautista de León (nieżyjący) – widmo z krwią feniksa, które przeszło reinkarnację i mogło wzniecać złote płomienie, uzdrawiać własne rany i odradzać się, a do tego pamięta szczegóły swojego poprzedniego wcielenia. Założyciel Iskier.

Sera Córdova (nieżyjąca) – alchemiczka i niebiańska, której mocą były wizje przyszłości. Jedna z pierwszych Iskier.

 

 

POSOCZNICY I ICH SPRZYMIERZEŃCY

 

Ness Arroyo – widmo z krwią zmiennokształtnego, który może dowolnie zmieniać swój wygląd.

Luna Marnette – niezwykle uzdolniona alchemiczka, która stworzyła Posoczników. Sama nie ma żadnych mocy.

Dione Henri – widmo z krwią hydry, która potrafi wytworzyć dodatkowe albo odtworzyć utracone kończyny.

Stanton – widmo z krwią bazyliszka, który dysponuje niezwykle wrażliwymi zmysłami oraz trującym, żrącym, petryfikującym i paraliżującym jadem.

June – widmo z krwią ducha, które potrafi przenikać przez obiekty stałe oraz opętywać ludzi.

 

 

POLITYCY

 

Senator Edward Iron – kandydat w wyborach prezydenckich, który jest przeciwny blaskowi. Sam nie dysponuje żadną mocą.

Barrett Bishop – kandydat na wiceprezydenta i główny architekt Ciemnicy. Sam nie dysponuje żadną mocą.

Kongresmenka Nicolette Sunstar – niebiańska kandydatka w wyborach prezydenckich, która potrafi wzniecać gorące, oślepiające światło.

Senator Shine Lu – niebiańska kandydatka na wiceprezydenta, która potrafi być niewidzialna.

 

 

RYCERZE AUREOLI I FENIKSY

 

Tala Castillo – Rycerz Aureoli, która nie dysponuje żadną mocą.

WyattWarwick – Rycerz Aureoli, który nie dysponuje żadną mocą.

Nox – feniks obsydianowy, który jest doskonałym tropicielem.

Roxana – grzmotnica lśniąca; feniks, który potrafi wywołać burzę.

 

 

INNE WAŻNE POSTACI

 

Keon Máximo (nieżyjący) – alchemik i widmo z krwią feniksa, który potrafił wzniecać szare płomienie, uzdrawiać własne rany i odradzać się. Rozwinął alchemię, żeby dać zwykłym ludziom moc, i sam stał się pierwszym widmem.

Kirk Bennett – kurator wystawy poświęconej feniksom w Muzeum Stworzeń Naturalnych.

Doktorka Billie Bowes – niebiańska, która potrafi tworzyć iluzje.

Gwiazdobójca – youtuber o konserwatywnych poglądach.

 

 

 

 

 

 

1

 

JASNA NOC

 

BRIGHTON

 

 

Wypijam Krew Pogromcy do ostatniej kropli, patrząc na Sennego Króla.

Eliksir pachnie spalonymi ciałami, smakuje żelazem i węglem. Krew setnika, hydry złotawej i martwych duchów ciąży mi na języku jak błoto. W gardle czuję palenie i jestem bliski wyplucia reszty, ale zmuszam się, by połknąć wszystko, bo Krew Pogromcy zmieni zasady gry. Nie miałem tyle szczęścia, żeby urodzić się z mocą – by urodzić się niebiańskim. Lecz teraz, gdy wchłonę moce tych stworzeń, świat będzie mógł przyjąć mnie jako swojego nowego czempiona – jedyne w swoim rodzaju, nieśmiertelne widmo.

Rzucam pustą butelkę, a ta toczy się w stronę mojego brata, który został dźgnięty sztyletem. Emil patrzy na mnie, jakby mnie nie poznawał, gdy oblizuję usta i wycieram je do sucha wierzchem dłoni. Już mam mu pomóc, kiedy potykam się i padam na kolana. Oczy zachodzą mi mgłą. Zupełnie jakby wszyscy w kościelnym ogrodzie powoli się obracali, potem szybciej i szybciej, i szybciej. Na całym ciele czuję mrowienie, jakby dotykały mnie czyjeś opuszki palców. Wciągam gwałtownie powietrze, jak nigdy wcześniej, jakby ktoś mnie dusił i wreszcie puścił, a potem, zanim do końca poddam się rosnącej panice, otacza mnie blask.

Świecę. Nie jestem ani trochę tak świetlisty jak Senny Król na niebie, ale i tak czuję się jak swoja własna konstelacja – Jasny Brighton, Król Brighton, nazwijcie to, jak chcecie. Nie mam pojęcia, czy wszystkie widma doświadczają tego ciepłego blasku w chwili zyskania mocy. Jedyne widma, które mógłbym zapytać, zyskały je w wyjątkowych sytuacjach i nie pamiętają – Emil odrodził się z mocą feniksa, a Maribelle Lucero raptem kilka godzin temu dowiedziała się, że nie jest zwyczajną niebiańską. Jej biologiczny ojciec był widmem – założycielem Iskier – co czyni z niej pierwszą znaną hybrydę niebiańskiej z widmem. Ale ja też jestem nietypowym przypadkiem. Czuję to; czuję tę zmianę w sobie, nawet kiedy blask gaśnie.

Emil jest zdumiony, ale zaraz na jego twarzy znowu pojawia się grymas bólu.

– P-pomóż – dyszy. Na piersi ma mokrą, kleistą i niebieską krew martwego feniksa, Gravesend, ale jego własna, czerwona, też wypływa z rany, którą należy opatrzyć. Luna Marnette, genialna alchemiczka, która stworzyła wypitą przeze mnie Krew Pogromcy, dźgnęła go ostrzem skończoności. Musiała wbić sztylet tak głęboko, że Emil nie może skorzystać z mocy feniksa i się uleczyć.

Ujmuję głowę Emila w dłonie.

– Już jestem przy tobie, bracie.

Wzdrygam się, kiedy w ogrodzie kościoła wybucha czar. Walka nie skończyła się tylko dlatego, że mój brat umiera. Zupełnie jakby Posocznicy i ich akolici nie zamierzali spocząć, dopóki nie zgładzą wszystkich Iskier. W wirze walki widzę swoich przyjaciół: Prudencię Mendez, Wesleya Younga oraz Iris Simone-Chambers, przywódczynię Iskier. Mimo swoich wrodzonych mocy mają problem z opanowaniem Stantona, widma z krwią bazyliszka, oraz Dione, widma z szybkością hydry i dodatkowymi rękami.

Potem widzę Maribelle, naszą najsilniejszą graczkę, która kuca obok Luny z żądzą mordu w oczach.

– Kazałaś zabić moich rodziców i chłopaka tylko po to, by żyć wiecznie. A teraz mogę patrzeć, jak się wykrwawiasz.

Luna traci i odzyskuje przytomność, patrząc na gwiazdy, jakby wciąż mogły uczynić ją potężną. To się nie stanie. Siwe włosy przykleiły jej się do mokrego czoła, ręka uciska brzuch w miejscu, przez które przebił się czar z mojej różdżki.

– Wcale… nie… Wcale…

Luna próbuje coś powiedzieć, ale co chwilę krztusi się własnymi słowami. Przywołuje tym moje wspomnienie taty duszącego się własną krwią. Ta wizja jest tak potworna, że odwracam wzrok, chociaż Luna w pełni zasłużyła na cały ten ból.

W przeciwieństwie do niej dzięki Krwi Pogromcy nigdy nie będę musiał stawiać czoła śmierci.

Niestety nie dotyczy to mojego brata.

– Maribelle! Maribelle, musimy zabrać Emila do szpitala.

Potem znikąd pojawia się June – z białą jak księżyc skórą, ciemnymi srebrzystymi włosami, pustym spojrzeniem wielkich oczu. Jest widmem z krwią ducha, jedyną Posocznicą z tymi mocami, a przynajmniej tak nam się wydaje. Opętała Maribelle i jej rękami zabiła Atlasa Haasa, miłość życia dziewczyny i mojego ulubionego Iskrę. Ciągle wołam Maribelle, lecz pragnienie zemsty chyba uczyniło ją głuchą na mój głos. Nikt nie zdoła jej powstrzymać, zaraz podnosi ostrze niepamięci, sztylet wykonany z kości i zdolny do unicestwienia ducha, i goni młodą zabójczynię po ogrodzie.

Kiedy przed przybyciem tutaj powiedziałem Maribelle, że planuję ukraść Lunie Krew Pogromcy, nie kwestionowała mojej decyzji. Ona chciała, by Luna umarła pozbawiona mocy, a ja żebym nigdy nie umarł; nasze cele były zbieżne. Tylko że nieśmiertelność jest dla mnie bez sensu, jeśli Emil nie przeżyje. Muszę go stąd wyciągnąć. Próbuję go podnieść, ale jest zbyt ciężki; zupełnie jakby miał poukrywane kamienie w swojej kamizelce. Szkoda, że wśród moich nowych zdolności nie ma żelaznej siły, mimo to udaje mi się jakąś spiąć i pomóc Emilowi wstać; obejmuje mnie ramieniem.

Biegnie do nas akolita z siekierą, przeskakuje nad hydrą, która została pozbawiona głowy na potrzeby przygotowania eliksiru, jego stopy są mokre od żółtej krwi. Liczę, że poślizgnie się na trawie, jednak udaje mu się tego uniknąć. Emil nie może nas ochronić, ale to nic. Zamierzam być jego bohaterem, tak jak on był moim przez ostatni miesiąc. Biorę głęboki wdech i wyciągam rękę, wizualizując sobie ogień feniksa wystrzeliwujący z mojej dłoni. Akolita wciąż do nas biegnie. Koncentruję się na tym, jak bardzo chcę go unieszkodliwić, a jego nagle szarpie do tyłu, jakby pociągnęła go niewidzialna dłoń.

Jak to zrobiłem? Czy to moc z krwi ducha?

Chwilę później zdaję sobie sprawę, że to nie ja, bo po naszej stronie pojawia się Prudencia z oczami błyszczącymi jak gwiazdy. Właśnie po tym skrawku kosmosu w spojrzeniu można poznać niebiańskiego, ale tylko jeśli aktywuje swoje moce. Odkąd poznaliśmy się w szkole średniej, Prudencia pokazywała nam tylko swoje brązowe tęczówki, a teraz ratuje nam tyłki i walczy w tej wojnie u naszego boku. Ma rozcięte czoło, świetlista niebiańska krew spływa jej po policzku.

– Co się stało? Kto ci to zrobił? – pytam.

Prudencia zbywa moje pytanie i zamiast tego przygląda się ranie Emila.

– Musimy go zabrać do lekarza.

Minęło raptem kilka godzin od czasu, kiedy widzieliśmy się z Prudencią w Novie, szkole podstawowej dla niebiańskich, która służyła za schronienie. Iris zabroniła mi brać udział w kolejnych misjach, a chociaż Prudencia powiedziała, że powinienem przestać ryzykować życie i zamiast tego zostać z rodziną, zostać z nią, podążyłem za Maribelle jak prawdziwy bohater.

Leżąca na ziemi Luna stęka.

– Rany, to my ją powstrzymaliśmy? – rzuca Prudencia.

Najwyraźniej przegapiła ten moment, walcząc o życie. Przegapiła moje wielkie wejście, strzał w Lunę ostatnim czarem z różdżki, uratowanie Emila i wypicie Krwi Pogromcy. Nawet blask. To były historyczne chwile, a ona nic z tego nie widziała; powinienem był ustawić kamerę i potem wrzucić nagranie do internetu, by wszyscy mogli je obejrzeć.

– Ja ją powstrzymałem – mówię, wskazując na stalową różdżkę na ziemi.

Prudencia nie nazywa mnie bohaterem, nie chwali za dobrą robotę.

Iris krzyczy, przebijając się przez akolitów niczym futbolistka; powala sześcioro, zanim przedostanie się do nas. Krew wsiąka w jej zafarbowane na zielono, przycięte na jeża włosy; ma jej jeszcze więcej na knykciach. Widać, że pokonała każdego idiotę, któremu wydawało się, że może się mierzyć z najsilniejszą niebiańską w mieście.

– Przybyli egzekutorzy – mówi zdyszana. – Naliczyłam kilkunastu, ale więcej jest w drodze. Czas na odwrót.

Egzekutorzy wlewają się przez drzwi kościoła do ogrodu, ochraniani przez kamizelki w kolorze morskiej zieleni kierują różdżki na każde z nas – niebiańskich, widma, ludzkich akolitów, którzy pragną zdobyć moce – i zasypują nas czarami we wszystkich odcieniach tęczy. To byłby spektakularny moment na to, by zaskoczyły moje zdolności ducha, żebym mógł przeniknąć przez mur za nami, może nawet nas tam teleportować, ale ponieważ czuję wyłącznie bolesne mdłości i zawroty głowy, opuszczam Emila na ziemię i czary przelatują nam nad głowami. Iris skacze do przodu i zasłania nas, krzyżując ręce na piersi; jej ciemnobrązowa skóra jest odporna na czary. Prudencia wykorzystuje swoją moc, żeby odepchnąć pozostałe pociski, ale stara się, by żaden nie trafił w egzekutorów.

W styczniu ostatnia czwórka z pierwotnego składu Iskier została obwiniona o atak terrorystyczny zwany Zaciemnieniem, ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę odpowiedzialni za niego byli Posocznicy. Niestety do egzekutorów ta informacja nie dotarła – dostali polecenie wyeliminowania nowego pokolenia Iskier, chociaż to nie ich wina. W przeciwieństwie do Iskier Posocznicy nie ratują życia niewinnych. Coś jest nie tak, skoro egzekutorzy nie starają się szczególnie, by ich pojmać i zamknąć.

Podbiega do nas Wesley, zatrzymuje się nagle. Jego wysokość i krągła budowa przypominają mi jednego z moich ulubionych zapaśników z dzieciństwa, tylko że tamten koleś nie nosił męskiego koczka. Za to zdecydowanie nie brakowało mu siniaków i pękniętych ust, które widać teraz u Wesa.

– Głowy do góry, przyjaciele, jesteśmy otoczeni – rzuca.

– Nie zauważyłam – wypala Iris, odbijając czar błyskawicy.

Wszędzie w ogrodzie leżą kałuże niebieskiej, żółtej, szarej i czerwonej krwi. Nie było mnie tutaj na samym początku tej masakry, ale i tak z niepokojem patrzę na odciętą głowę hydry wpatrzoną w niebo, z językiem zwisającym z wielkiej paszczy, i martwego niebieskiego feniksa spoczywającego na boku.

Kątem oka zauważam jakiś gwałtowny ruch; to Dione rzuca się na oddział egzekutorów. Wykorzystując do tego sześć rąk, jednego uderza w gardło, drugiemu przetrąca kark, trzeciego wali między oczy, a dwóm następnym odbiera różdżki i zmiata ich czarami.

Ten ogród zmienia się w cmentarz.

– Prudencia, osłaniaj mnie – woła Iris, pędząc w stronę bramy, wyrywa zaostrzone tyczki, jakby były zrobione z gliny, i zaczyna uderzać nimi w ceglany mur za naszymi plecami. – Wes, zabierz Maribelle!

Odwracam się i widzę, jak Maribelle tnie sztyletem powietrze, próbując zgładzić teleportującą się co chwilę June. Wesley podbiega i od razu musi zrobić krok w tył, żeby uniknąć ciosu. Próbuje odciągnąć Maribelle, ale ona nie zamierza się poddać, więc chłopak łapie ją za nogi, zarzuca sobie na ramię i pędzi z powrotem do nas.

– Puść mnie! – krzyczy Maribelle, starając się uwolnić niczym feniks uwięziony w klatce.

– Nie zostawimy cię – odpowiada Wesley.

Maribelle bije go w plecy kościaną rączką sztyletu, aż nie zostanie wypuszczona. Rozgląda się i w tej samej chwili June nagle wychodzi z ziemi i kładzie ręce na Lunie, chroniąc swoją przywódczynię. Maribelle rzuca sztyletem, który w mgnieniu oka przecina powietrze, lecz June i Luna znikają szybciej.

– Uciekła. Obie uciekły!

Czar omal w nią nie trafia, Maribelle odwraca się, by ocenić zagrożenie. Jeszcze więcej egzekutorów próbuje ją zabić. Jedno jej oko świeci jak kometa, drugie płonie jak zaćmienie słońca; widać, że ma już dosyć. Ciemnożółte płomienie liżą jej skórę od zaciśniętych pięści po łokcie i Maribelle strzela płonącym pociskiem w stronę egzekutorów. Prędko posyła ognistą strzałę w kocioł, kiedy Stanton, widmo z krwią bazyliszka, próbuje zdobyć resztę eliksiru; cała Krew Pogromcy płonie.

– Szybciej! – krzyczy Prudencia do Iris. Nie opanowała swojej mocy na tyle, by ciągle odbijać czary, a w ogrodzie zbierają się kolejni egzekutorzy z naładowanymi różdżkami.

Iris przebija mur potężnym ciosem, tworząc dziurę na tyle dużą, że wszyscy możemy przejść.

– Gravesend – rzuca słabym głosem Emil.

– Gravesend nie żyje – odpowiadam.

– Nie zostawiaj jej.

Oczywiście Emilowi zależy na trupie feniksa, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w tej chwili, że ktoś zabierze Gravesend i zrobi sobie szalik z jej piór. Kolejne czary lecą w naszym kierunku, a ja wychodzę na przód i wynoszę stamtąd Emila. Iris widzi, jak mi ciężko, więc zanosi go z łatwością prosto na tył swojego jeepa.

– Gdzie jest Eva? – pytam. Eva to dziewczyna Iris i potężna niebiańska. Emil potrzebuje jak najszybciej skorzystać z jej mocy uzdrawiania.

– Eva jest uziemiona w Filadelfii razem z twoją matką i innymi – odpowiada Iris.

– Mam znajomości w Lynx – odzywa się Wesley zza drzwi. – Powinniśmy być w stanie załatwić dyskretną opiekę.

Prudencia wskakuje na fotel pasażera z przodu.

– To za daleko. Emil szybko traci krew.

Wesley intensywnie główkuje.

– Aldebaran! Mają tam dobrych ludzi.

– Prowadź – odzywa się Iris.

Wesley rusza do przodu pieszo, a Iris wbija pedał gazu w podłogę. Wyglądam przez tylne okno i widzę szybującą za nami Maribelle. Nie wiem, kiedy planuje wrócić po samochód Atlasa, którym przyjechaliśmy, i nie obchodzi mnie to. Emil zamyka oczy, klepię go po policzku, żeby się obudził.

– Emil, dawaj. Braciszku, popatrz na mnie.

Byłem tak zajęty tym, by wykorzystać każdy pocisk w różdżce, że nie widziałem, jak Luna dźgnęła mojego brata tym ostrzem skończoności. Gdybym był własną różdżką, swoją własną chodzącą bronią, miałbym niewyczerpaną moc, by załatwiać takie rzeczy. Krew uderza mi do głowy, gdy patrzę na Emila w tym stanie. On nie umrze. To się tak nie skończy.

– Powinienem był dotrzeć tu szybciej.

Prudencia odwraca się ze swojego miejsca.

– Trzeba było zostać w Novie. Nie mieliśmy pojęcia, czy w ogóle żyjesz.

– Byłem z Maribelle. Ona też została wyrzucona.

– Nikt was nie wyrzucił, Brighton.

Spoglądam na Emila. Prudencia kręci głową.

– Chyba nie zamierzasz obwiniać brata, gdy ten właśnie się wykrwawia. Nie upadłeś tak nisko.

– Ale to prawda! Nie pozwolił mi dołączyć do następnej misji. Ty też, Iris.

Iris nie odwraca wzroku od drogi, wymija samochody, żeby nadążyć za Wesleyem.

– Nie atakuj mnie w chwili, gdy staram się ze wszystkich sił, by twój brat nie stracił życia.

– Trzeba było poświęcić czas na trenowanie mnie!

– Wybacz, byłam zajęta ratowaniem reszty miasta – wypala Iris.

Za oknem życie toczy się dalej. Ludzie siedzą na gankach i schodach przeciwpożarowych, wpatrując się w cudownego Sennego Króla, chociaż władze ostrzegały, by pozostać w domach, dopóki nie zniknie. W przeciwieństwie do podstawowych konstelacji, takich jak Wielka Niedźwiedzica albo gwiazdozbiór Oriona, Senny Król jest pierwszą konstelacją, która wzmaga moc wszystkich niebiańskich i widm. Media przedstawiają to tak, jakby niebiańscy stanowili dzisiaj problem, ale tak naprawdę to alchemicy, na przykład Luna, potrzebują tej zwiększonej mocy, żeby zmieniać ludzi w widma.

– Przysięgam, że już nie jesteś ode mnie lepsza – mówię.

– A ja przysięgam, że nie próbuję stawać z tobą w jakieś kretyńskie szranki – rzuca Iris, skręcając w lewo.

Na ustach Prudencii formuje się pytanie, gdy zaczyna przyglądać mi się w przebłyskach światła ulicznych lamp.

– Ty nie… Brighton, ty nie…

– Ktoś musiał wykazać się odwagą – odpowiadam.

Prudencia wygląda, jakby mogła mnie w każdej chwili spoliczkować.

– Przestań mylić odwagę z bezmyślnością! Tamten eliksir może cię zabić!

Nie zamierzam pozwalać, by ktokolwiek traktował mnie jak idiotę, nawet Pru. Wiem, że podobne eliksiry były już testowane na ludziach. Gdy tylko pierwszego września, w moje osiemnaste urodziny, pojawił się Senny Król, Iskry zaczęły śledzić widma wykazujące moce wielu stworzeń – zupełną nowość. Emil pierwszy raz pokazał swoje umiejętności, gdy walczyliśmy z jednym z nich.

– W przypadku innych widm zadziałało – mówię.

Prudencia obrzuca mnie nieprzyjemnym spojrzeniem.

– Masz na myśli na przykład Ortona, który dosłownie spłonął żywcem, bo zajął się własnym ogniem? Brighton, twój ojciec zmarł, ponieważ jego ciało nie poradziło sobie z esencją hydry…

– Przecież wiem, dlaczego zmarł mój ojciec!

– W takim razie dlaczego igrasz z ogniem w ten sposób? Właśnie przez takie zachowanie Iris nie chciała cię na placu boju! Masz się za strasznego twardziela, ale Emil jest jednym z najpotężniejszych świetlistych po naszej stronie i spójrz tylko na niego!

– Wyobraź sobie, co będę mógł zdziałać z tym mocami, gdy już się pojawią. Rzucać ogniem, przechodzić przez ściany, pędzić z nadludzką prędkością, a do tego będą mi odrastać kończyny. Będę mógł latać! Może nawet przejmować kontrolę nad innymi ludźmi i…

– Na gwiazdy, przejmowanie kontroli nad innymi nie poprawi twojego wizerunku. Te moce nie należą do ciebie. Tamten eliksir został przygotowany dla Luny z krwi jej rodziców. Może ci zaszkodzić. Jesteś tak nieodpowiedzialny…

– Nie przypominam sobie, żebyś robiła takie kazania Emilowi!

– Emil nie podjął decyzji, że chce zostać widmem, do tego stara się znaleźć sposób na spętanie tych mocy, podczas gdy ty rzuciłeś się na niebezpieczną kombinację blasku, która może cię zabić.

Trzymam się tego, co powiedziałem Emilowi.

Wolę umrzeć bez mocy, niż patrzeć, jak on robi wszystko to, czego ja nie mogę.

Zatrzymujemy się na parkingu, a Iris naciska hamulec z taką siłą, że muszę przytrzymać głowę Emila.

Centrum Opieki nad Świetlistymi Aldebaran jest jasnoczerwone i ma kształt pierścienia. Przez okno widzę przy wejściu spoconego i zziajanego Wesleya, który rozmawia z trzema lekarzami. Ci zaraz biegną w naszą stronę, ich ciemnoniebieskie peleryny kołyszą się pod wpływem kroków. Delikatnie wyciągają Emila z samochodu i kładą na noszach. Przysięgam, że podziwiają go jak celebrytę. Rzecz w tym, że Emil rzeczywiście stał się sławny, zwłaszcza pośród niebiańskich, odkąd kilka filmików z nim zyskało viralową popularność. Ma szczęście, że nie przyjechaliśmy do zwyczajnego szpitala, gdzie mógłby zostać zakuty w kajdanki do czasu przyjazdu egzekutorów, którzy zabraliby go do Ciemnicy.

Nagle za moimi plecami rozlegają się czyjeś kroki – to Maribelle, która właśnie wylądowała. Lekarka patrzy na nią z ukosa; to nic niespotykanego. Matka Maribelle, Aurora, została nagrana w czasie ataku na Konserwatorium Night­locke’a i od tamtego czasu niebiańskim znacznie trudniej żyć w spokoju. Mimo wszystko po tym, w jaki sposób patrzy na nią lekarka, można by pomyśleć, że Maribelle sama wysadziła konserwatorium w powietrze. Lekarka odwraca wzrok, omiata wszystkich spojrzeniem. Iris, Wesley i Prudencia nie wyglądają najlepiej – są zakrwawieni, brudni, posiniaczeni. Ja wyszedłem z ogrodu w całkiem dobrym stanie, nikt mnie nie tknął; zupełnie jakbym już miał moce ducha. Jestem bardziej ostrożny i uważny od czasu, kiedy trafiłem w niewolę Posoczników; raz mi zdecydowanie wystarczył.

Doganiam lekarzy, którzy zajmują się Emilem, w chwili gdy zamykają się drzwi windy.

– Tylko rodzina – rzuca jeden z nich.

– Jest moim bratem.

Jeśli go znają, powinni znać też mnie. Emil wielokrotnie pojawiał się na moim kanale.

Niedługo wszyscy będą mnie znać.

Winda wjeżdża na samą górę, czternaste piętro. Światło w korytarzu jest ciepłe i jasne, przypomina mi reflektory z mojej przemowy na koniec szkoły średniej. Kręci mi się w głowie, chwieję się, ale zaraz odzyskuję równowagę. Lekarze zawożą Emila do prywatnej sali z białymi ścianami, dużymi oknami, a przede wszystkim z otwartym sufitem, który jest standardem w większości niebiańskich szpitali i służy temu, by nocne niebo mogło uzdrawiać pacjentów – widma też, lecz w mniejszym stopniu.

Lekarz nie śpieszy się z rozcięciem kamizelki przeciwblaskowej Emila. Krzyczę, żeby się pośpieszył, bo Emil został ugodzony ostrzem skończoności. Ma bladą twarz i trzymam go za rękę nawet wtedy, gdy ktoś prosi, by go przepuścić, bo mój brat musi wiedzieć, że jestem przy nim. Eva Nafisi mogłaby uratować Emila w ciągu kilku chwil, ale Iskry nigdy nie zabierają jej na bitwę, ponieważ utrata jej byłaby ogromnym ciosem dla nas i ogromną korzyścią dla naszych wrogów. Czuję ulgę, kiedy lekarka okazuje się również mieć umiarkowaną moc uzdrawiania. Jej blask nie jest tak kolorowy jak u Evy, u której przypomina tęczę, jednak przyćmione czerwone światło pomaga w przywróceniu Emilowi utraconej krwi. Powoli, lecz skutecznie. Jedyne, do czego najwyraźniej brakuje jej mocy, to pełne zasklepienie rany. Możliwe, że będą musieli założyć mu stare, dobre szwy.

Szkoda, że nie możemy się nawzajem uzdrawiać, moc za moc.

Od tej krwi dostaję zawrotów głowy. Powinienem usiąść i napić się widy, ale to za bardzo przypomina mi o umieraniu taty. Emil nie chciał walczyć, ja go do tego popchnąłem. Pokój zaczyna wirować, kiedy myślę o śmierci Emila. Zasługuje na życie; dajcie spokój, przecież to chłopak, który zadbał o to, żebyśmy nie porzucili martwego feniksa. Światło lampy na ścianie robi się ciemniejsze. Nie czuję, by Senny Król napełniał mnie mocą, utrzymywał mnie w pionie. Mój uścisk dłoni Emila słabnie, zataczam się do tyłu.

Kiedyś zapytałem tatę, jakie jest życie z zatruciem krwi. Powiedział, że dezorientujące: dreszcze, piekąca skóra, zawroty głowy, oszalałe bicie serca. Czasami miał przyśpieszony oddech, tak jak ja teraz, skrócony o połowę, potem jeszcze o połowę, a najbliższe tym doznaniom wydają mi się moje ataki paniki, których dostawałem przez egzaminy, albo gorzej – kiedy tata wracał z wizyt w szpitalu z coraz krótszą prognozą życia.

Upadam, patrzę z podłogi na blednącego Sennego Króla i kiedy zamykają mi się oczy, czuję w kościach, że Krew Pogromcy nie uczyni mnie nieśmiertelnym – zatruje mnie na śmierć.

 

 

 

 

 

 

2

 

WIĘZIEŃ

 

NESS

 

 

Kim będę? Więźniem senatora, który może chodzić po świecie, czy więźniem zamkniętym w Ciemnicy?

Znajdujemy się pod pokładem, kiedy senator zaprasza mnie na górę, żebym zaczerpnął trochę świeżego powietrza i zastanowił się nad tą ważną decyzją. Ponieważ uderzył mnie w nos, kilka godzin temu egzekutorzy strzelili we mnie czarem ogłuszającym, a łódź pędzi w stronę wyspy, moja równowaga nie ma się najlepiej, kiedy wspinam się po wąskich schodach i wychodzę na rufę.

Wejścia na schody pilnuje dwóch ubranych na czarno ochroniarzy, żaden nie zwraca na mnie uwagi, chociaż znamy się aż za dobrze. Szef ochrony senatora, Jax Jann, zawsze przywodził mi na myśl olimpijskiego pływaka z tym jego rozciągniętym tułowiem, długimi rękami i nogami. Ma gęste brwi i rude włosy, które zebrał w kucyk. Jest najbardziej imponującym telekinetykiem, jakiego widziałem; nie ma mowy, żeby jakikolwiek zabójca zdołał zastrzelić senatora na jego warcie. Drugi, Zenon Ramsey, ma włosy w kolorze ciemnego blondu, które całkiem zakrywają mu oczy i przez to ludziom się wydaje, że Zenon nie zwraca na nich uwagi, chociaż w rzeczywistości widzi więcej niż ktokolwiek inny. Może się pochwalić rzadkim darem patrzenia z perspektywy innych ludzi – dosłownie. Słyszałem, że to działa tylko w przypadku osób w pobliżu, ale to wszystko, czego potrzebuje, żeby zabezpieczać teren w promieniu trzech kilometrów.

Senator zawsze zatrudniał niebiańskich do ochrony swojej rodziny, a ponieważ jednocześnie aktywnie działał przeciwko ich społeczności, zawsze widziałem w tym magiczny trik, dopóki nie dowiedziałem się, jak dobrze im płaci, żeby utrzymywali go przy życiu. Nie mogę tego samego powiedzieć o byciu Posocznikiem pracującym nad uczynieniem Luny nieśmiertelną. Szokujące jest dla mnie to, że Jax i Zenon nie wydają się zaskoczeni moim widokiem, chociaż niby wyleciałem w powietrze w czasie ataku na Konserwatorium Nightlocke’a.

Ile innych osób wie o tym, że senator próbował zabić własnego syna, żeby pokazać, jakim zagrożeniem dla społeczeństwa są Iskry?

Nawet gdyby istniał jakiś sposób na to, bym mógł pokonać Jaxa i Zenona, a potem uciec na łodzi ratunkowej, przeszywający skrzek na niebie podpowiada, że nie odpłynąłbym zbyt daleko. Feniks cztery razy większy od orła nurkuje w stronę rzeki, jego krystalicznie niebieski brzuch muska powierzchnię wody, gdy ptak szuka intruzów albo uciekinierów. Ten feniks z piórami przesiąkniętymi indygo to podniebny pływak; poznaję, bo kiedyś senator wrócił z polowania z głową jednego z nich – możliwe, że jeszcze wisi na ścianie jego biura w willi.

– Ale widok – rzuca senator, wychodząc za mną na rufę łodzi.

Z początku wydaje mi się, że mówi o feniksie, lecz jego wzrok jest zwrócony ku wyspie będącej celem naszej podróży. Nowojorska Ciemnica jest zbiorem małych kamiennych zamków, przytulonych do siebie, jakby ktoś zsunął wszystkie piony na szachownicy. Wieże są pozbawione okien, zaprojektowane w ten sposób, żeby więźniowie nie mieli kontaktu z gwiazdami, co osłabia ich umiejętności. Pobyt w izolatce jest najokrutniejszą karą; niebiańscy przebywający głęboko pod ziemią czują się tak, jakby wszystkie gwiazdy zniknęły z wszechświata.

Widziałem to.

Senator zabrał mnie tutaj po śmierci matki.

Zwiedziliśmy Ciemnicę, żebym zrozumiał, jak kreatywne rozwiązania zastosowali architekci w celu zapanowania nad potężnymi więźniami. Na jednym poziomie dwóch mężczyzn unosiło się wewnątrz zbiorników z wodą, nad powierzchnię wystawały im tylko głowy, żeby mogli jeść i oddychać; odchody pozostawały ich problemem. Ogniste widmo nie mogło przywołać swojego blasku, a gdyby miotacz błyskawic chciał coś zdziałać, cóż, sam by sobie odebrał życie. Na innym poziomie na obrzeżach celi zainstalowano elektryczne pułapki, żeby uniemożliwić ucieczkę kobiecie, która potrafiła rozpuścić się do postaci kałuży. Jej sąsiadem był mężczyzna, który potrafił upodobnić się do każdej powierzchni, więc inżynierowie zainstalowali zraszacze pryskające farbą w różnych kolorach, żeby zawsze znać jego położenie.

Ostatnią osobą, którą odwiedziliśmy tamtego dnia, był skazaniec w izolatce. Został uwięziony za stosowanie zdolności nagrzewania, by ugotować krew swojej rodziny. Wrzaski niosące się korytarzem były tak przerażające, że schowałem się za swojego ochroniarza z tamtych czasów, Logana Hesse’a. Lecz kiedy strażnik otworzył celę, zdałem sobie sprawę, że nie było się czego bać. Skazaniec był w nadgarstkach, kostkach i pasie skrępowany żelaznymi łańcuchami. Nie walczył już, gdy patrzyliśmy na niego jak na zwierzę w zoo. Następnego dnia został znaleziony martwy, z czerwonymi odciskami dłoni wypalonymi w bladej twarzy. Kiedy senator przekazał mi wieści, drwił z niego, naśladując ten samobójczy akt. Zaśmiałem się głośno i wróciłem do lekcji.

Nienawidzę siebie z tamtych czasów.

Łódź zostaje przycumowana.

Wyspa słynie ze swoich pułapek, na przykład piaskowych bazyliszków, które czekają, by pożreć ludzi w całości, lecz kiedy senator wchodzi na plażę przede mną, ufam, że w tej chwili wie więcej ode mnie. Zastanawiam się, czy jestem gotów na wspinaczkę po stromym, najeżonym kamieniami zboczu, kiedy spomiędzy drzew wychodzi starszy mężczyzna. Światło latarki pada na jego twarz i z miejsca go rozpoznaję.

To on dowodzi tą wyspą.

Barrett Bishop jest bardzo blady, jakby wychodził na zewnątrz wyłącznie nocą. Ostatni raz widziałem go rankiem w dniu Zaciemnienia, a teraz wokół oczu ma więcej zmarszczek, siwiejące włosy sięgają mu ramion. Ciągnie za sobą ciemnoczerwoną marynarkę do trzyczęściowego garnituru, bo nie przejmuje się prezencją tak bardzo jak senator. Ten kontrast dobrze działał w czasie ostatnich wyborów. Senator pozował na ogarniętego kandydata o najlepszych kwalifikacjach potrzebnych na urząd prezydenta, a emanująca z Bishopa aura szarego człowieka w połączeniu z jego doświadczeniem w roli głównego architekta Ciemnicy sprawiała, że ludzie dostrzegali w nim idealnego wiceprezydenta. Ich zwolennicy biją mu brawo na każdym spotkaniu, nawet gdy mówi niezwykle niebezpieczne rzeczy.

– Edwardzie – rzuca Bishop ochrypłym głosem, taksując senatora wzrokiem. Potem jego lodowate spojrzenie prześlizguje się na mnie. – Przyprowadziłeś swojego ducha.

– Owszem – potwierdza senator.

Bishop świeci mi w oczy, bawiąc się ze mną, jakbym był znudzonym kotem, po czym wyłącza latarkę.

– Co zrobimy z tym duchem? Zakopiemy go gdzieś w Ciemnicy?

– Wybór należy do niego – odpowiada senator.

Powidoki pozostawione przez oślepiające światło powoli blakną, a szeroki uśmiech Bishopa sugeruje, że chciałby uczynić ze mnie swojego osobistego więźnia. Gdyby mnie tu zamknęli i zostałbym w celi sam, żeby zastanowić się nad wszystkimi swoimi złymi uczynkami, to wystarczyłoby za karę. Jednak architekci więzienni, którzy nienawidzą blasku, muszą pokazać swoją dominację. Muszą udowodnić nam wszystkim i wszędzie, że nasze moce można pokonać zwyczajnymi środkami. Mają mroczną wyobraźnię i wystarczająco dużo nienawiści, żeby wracać wieczorem do domu, nie czując się przy tym całkowicie nieludzko.

Niegdyś sam miałem tyle nienawiści.

Po naszej wizycie w Ciemnicy senator zapytał mnie, jak ukarałbym człowieka, który zabił moją matkę, gdyby udało nam się go wyśledzić. Niebiański posiadał moc tworzenia iluzji i oszukał mamę, udając jej przyjaciela, po czym ją wypatroszył. Spędziłem cały dzień na rozmyślaniach i przy kolacji powiedziałem senatorowi, że przypiąłbym go łańcuchem do krzesła, przyprowadziłbym jego rodzinę i zabił całą na jego oczach. Zero iluzji. Tylko rzeczywistość.

– Nie możemy mordować ludzi – odparł senator.

Ale to oczywiste kłamstwo. Zaplanował moją śmierć i wrobił niewinnych niebiańskich w zabójstwo. Prawda jest taka, że nie może jedynie dać się przyłapać na mordowaniu ludzi.

To co ja właściwie mogę zrobić?

Nie mogłem znieść tego, że senator wykorzystywał mnie do przekonywania innych młodych ludzi, że wszyscy niebiańscy są niebezpieczni, ale to, co teraz dla mnie wymyślił, jest jeszcze bardziej ekstremalne. Na łodzi powiedział mi, że chce, bym wykorzystał moje zdolności i wcielił się w kongresmenkę Sunstar i jej zespół, by pozbawić ją poparcia, jakim cieszy się w kampanii prezydenckiej. Nie znam szczegółów planu, ale jeśli istnieje jakaś szansa, że będę udawał ją gdzieś w miejscu publicznym, mógłbym spróbować uciec.

W tej chwili nie mam najmniejszych szans na wydostanie się z tego labiryntu – cztery wielopiętrowe wieże, uzbrojeni strażnicy i liczne pułapki.

Odwracam się do senatora, żeby podać mu odpowiedź, a gasnący Senny Król odbija się od szkieł jego okularów. Nie mam pojęcia, jak się skończył dzisiejszy rytuał nieśmiertelności. Oby Emil zdołał odnaleźć brata i uciec z feniksem; oby nie zginął dla tego ptaka. Jeśli chcę go jeszcze kiedyś zobaczyć, muszę być równie cierpliwy i wyrachowany co Luna przez całe swoje życie.

Muszę stać się pionkiem, który zbija króla. Przechytrzyć człowieka, który pogrywa sobie całym światem, chociaż nie ma w sobie krztyny mocy zmiennokształtnego.

– Będę pracował dla ciebie – odpowiadam.

– Mądra decyzja, Eduardo – mówi senator, klaszcząc w dłonie.

– A ja się tak cieszyłem na tę grę, jaką zrobiłbym z twojego uwięzienia – odzywa się Bishop. – Cóż, jakoś sobie poradzimy.

– W takim razie wracamy do domu – oznajmia senator.

Do domu. Tamta zimna willa przestała być moim domem jeszcze przed Zaciemnieniem. To klatka innego rodzaju. Ale jeśli się przyczaję i poczekam, aż senator zostawi uchylone drzwi, mogę się wyślizgnąć i nigdy nie oglądać za siebie.

Oby udało mi się uciec, zanim pomogę senatorowi zostać prezydentem.

 

 

 

 

 

 

3

 

NAZNACZONA ŚMIERCIĄ

 

MARIBELLE

 

 

Kilka miesięcy temu – nie pamiętam dokładnie, cztery, może pięć – na rogu ulicy jakaś niebiańska reklamowała swoje zdolności widzenia przeszłości i przyszłości. Normalnie nie jestem tak zdesperowana, ale byłam gotowa spróbować odkryć prawdę o śmierci swoich rodziców. Atlas ostrzegał mnie, żebym nie robiła sobie nadziei; powinnam była bardziej zaufać jego intuicji. Mama zawsze powtarzała, że mam tendencję do gubienia się w mglistym umyśle i ktoś tak trzeźwo myślący jak Atlas miał na mnie dobry wpływ. Niebiańska i jej szklana kula okazały się bezużyteczne, jednak jakiś czas później wreszcie poznałam odpowiedź: June, widmo z krwią ducha, opętała moją matkę i wrobiła ją w Zaciemnienie, żeby cały kraj stracił wiarę w Iskry.

Potem June opętała mnie i zmusiła do zabicia Atlasa.

Musiałam przez chwilę pobyć sama, więc wyszłam na dach Centrum Aldebaran. Siedzę na krawędzi, z nogami przerzuconymi na drugą stronę, na czternastym piętrze, a gwiazdy Sennego Króla łaskoczą mi skórę ostatni raz, po czym zupełnie gasną. Koniec. To była ostatnia szansa Luny na nieśmiertelność. Nie odmówiłabym skrzynki muśniętego gwiezdnym pyłem wina i ognistego ciasta w ramach podziękowania za cud, którego dokonaliśmy dzisiaj z Brightonem.

Jedną nagrodę dostałam. Piękne jest ostrze niepamięci, które obracam w palcach. Nie dlatego, że wygląda pięknie, na gwiazdy, nie. Ten rzadki sztylet wygląda jak zgniła kość i nosi szare plamy po wszystkich zgładzonych nim duchach – ostatnio rodzicach Luny. Jest też złudnie ciężki, jak kryształowa kula niebiańskiej, którą rzuciłam w przystrojoną aksamitem ścianę jej pokoju, kiedy zdałam sobie sprawę, że mnie oszukała, że to tylko sposób na wyciąganie pieniędzy od naiwnych. Ostrze niepamięci jest piękne, ponieważ to broń, którą będę mogła na zawsze unicestwić June.

Jestem wykończona – zmęczona, obolała, przygnębiona. Ostatni raz odpoczywałam, gdy padłam na ciało Atlasa kilka godzin temu w muzeum, krótko po tym, jak moje nowe moce ujawniły się przede mną i innymi w postaci pierścieni ognia. Ale nie zasnę bez Atlasa. To uczucie przywodzi mi na myśl długie i samotne noce po Zaciemnieniu, kiedy odpędziłam wszystkich od siebie, nawet najbliższą mi wtedy przyjaciółkę, Iris, która też opłakiwała rodziców. Ale wtedy Atlas stał się moim światłem. W niektóre popołudnia potrzebowałam go, żeby w ogóle wstać z łóżka. W innych przypadkach miałam dość siły, żeby się podnieść. W tej chwili przeraża mnie myśl o tym, by położyć się gdziekolwiek bez niego.

Zimny wiatr rozwiewa moje ciemne włosy. Szkoda, że nie ma papy, który by mi je splótł w warkocze, jak w czasach gdy dorastałam.

Zostałam naznaczona śmiercią, zabiera mi wszystkich, których kocham.

Mamę i tatę. Atlasa. Simone, Konrada.

To nie musiało tak wyglądać. Gdybym wiedziała, że założyciele Iskier byli moimi biologicznymi rodzicami, rozumiałabym, że moja moc szybowania jest tylko początkiem tego, do czego jestem zdolna po odziedziczeniu mocy feniksa Bautisty de Léona. Wiedziałabym, że te silne instynkty, które pozwoliły mi zachować życie w czasie bitew, były raczej szóstym zmysłem, przedłużeniem wizji, jakie miała Sera Córdova, dostrzegająca zagrożenie. Mogłabym rozwinąć swoje umiejętności i zatrzymać mamę i tatę w domu, zanim wyszli, by ratować świat. Zanim cofnęli nasz ruch o całe lata.

Mogłabym wykorzystać swoją moc, by uratować Atlasa.

Czekamy, by zobaczyć, co będzie z Emilem i czy Brighton wróci ze mną, żebyśmy wspólnie wytropili Posoczników, a w międzyczasie powinnam odebrać auto Atlasa, które zostawiłam kilka przecznic od kościoła. Nie mam jeszcze pochwy na swój sztylet, a jest zbyt gruby, żeby wsunąć go do buta, więc chowam go do kieszeni kamizelki przeciwblaskowej.

Wracam do wnętrza budynku przez drzwi w kształcie piramidy, a para lekarzy przygląda mi się uważnie, jakbym miała wysadzić centrum w powietrze, tak jak ich zdaniem moja matka wysadziła Konserwatorium Nightlocke’a. Są dosyć młodzi, raptem kilka lat starsi ode mnie, więc może nie zwracali szczególnej uwagi na to, jak osiem lat temu Iskry pomogły kilkunastu szpitalom dla świetlistych, zbierając miliony na sprzęt najnowszej generacji. Ludzie płacili za zdjęcia z moimi rodzicami i rodzicami Iris. Razem z nią czułyśmy się niczym księżniczki, kiedy ofiarodawcy prosili o pozdrowienia i życzenia urodzinowe dla dzieci. Jednak najwięcej pieniędzy dostawaliśmy od ludzi, którzy chcieli się przekonać, jak to jest latać – i to nie tylko latać, ale latać z wtedy uwielbianymi Iskrami. Po co skakanie ze spadochronem, skoro rodzina Lucero może ich zabrać na kilkuminutowy lot wokół osiedla?

Może nie było idealnie, ani wtedy, ani kiedykolwiek, ale zabiłabym za tamte czasy.

Zabiję za tamte czasy.

Wychodzę za róg, słyszę czyjś płacz. Prudencia siedzi na podłodzie, wypłakuje sobie oczy w dłonie. Pewnie Emil nie żyje. Wiem, że chłopak ma dobre serce, ale sprawiedliwości stało się zadość. Gdyby nie wypuścił June, gdy wreszcie ją mieliśmy w Apollo Arena, Atlas nadal by żył.

– Czy Emil umarł? – pytam.

Prudencia ledwo może mówić, nawet nie próbuje otrzeć łez, które lecą z jej błyszczących brązowych oczu.

– Nie wiem. Lekarze już się nim zajęli, ale Brighton… też stracił przytomność i drugi zespół właśnie próbuje go uratować.

Z tego, co rozumiem, Brighton i Emil są najbliższymi osobami w jej życiu. Rodzice Prudencii również zginęli, a teraz dziewczyna jest o krok od utraty wszystkich, których kocha. Zaangażowała się w tę wojnę wyłącznie dlatego, że chciała towarzyszyć swoim najlepszym przyjaciołom. Czy zostanie z Iskrami, gdy oni zginą? Czy wróci do nienawidzącej niebiańskich ciotki? Nie wiem.

– Wciąż jeszcze jest nadzieja – mówię i to prawda, nie marnuję energii na puste słowa. – Widma często tracą przytomność na początku swojej drogi, już po skonsumowaniu eliksiru, kiedy ich moce ujawniają się po raz pierwszy. Ich ciała muszą się dostosować. A Krew Pogromcy to zupełnie inna liga. Jestem pewna, że Brighton to przetrwa.

– Brighton nie powinien być widmem – odpowiada Prudencia.

Cóż, właściwie nikt nie powinien być widmem. Wliczając w to mnie. Ale ambicje Emila, żeby stworzyć eliksir wiążący moc, nad którym pracowali Bautista i Sera przed śmiercią, wydaje mi się czymś niemożliwym do spełnienia. Może nie jest łatwo o doświadczonego alchemika, który by zmienił kogoś w widmo, ale to zadanie nie jest tak beznadziejne jak zmiana każdego widma z powrotem w zwyczajnego człowieka. Ta gwiazda dawno spadła z nieba, jak mówi stare przysłowie.

– Brighton dokonał wyboru – rzucam.

– A twoim wyborem było mu pomóc, przez co mam ochotę wbić cię w ścianę… ale też znam Brightona. Pojawiłby się tam nawet bez ciebie. Właściwie to dzięki tobie nie zginął. – Prudencia patrzy prosto przed siebie, na przeciwległy mur, na którym wisi kojący plakat niebiańskich biegnących po wodzie. Nie wyobrażam sobie, by mógł mieć w tej chwili na nią pozytywny wpływ. – Jak usprawiedliwił to, że chce wypić Krew Pogromcy?

Kiedy Brighton przedstawił swój plan, przejrzałam coś, co niektórzy ludzie, nawet Prudencia, uznają za urok.

– Powiedział, że tylko on może ją wypić. Że dla mnie to zbyt ryzykowne, bo za mało wiemy o krwi kogoś, kto odziedziczył zarówno cechy niebiańskiego, jak i widma.

– Ach, tak, bo przecież on niczego nie ryzykował. Przecież to nie tak, że jego ojciec zginął, bo jego ciało nie przyjęło esencji hydry, Luna wcale nie przygotowała eliksiru z krwi własnych rodziców, a eliksir oczywiście był doskonale przebadany! Brighton wiedział o tym wszystkim, a i tak go wypił.

Teraz hiperwentyluje, co przypomina mi te dni po śmierci rodziców, kiedy płakałam i krzyczałam tak bardzo, że Atlas, Iris i inni nie rozumieli, co próbuję im powiedzieć.

– On umrze – oznajmia Prudencia.

– Może. Świetliści nie mogą liczyć na luksus w postaci czasu. Powinnaś to rozumieć, skoro sama straciłaś rodziców.

Prudencia wstaje.

– O czym ty mówisz?

– Nigdy niczego nie ukrywałam przed Atlasem. Ty miałaś swoje powody, żeby nie mówić Brightonowi o tym, że jesteś niebiańską, rozumiem. Ale jak, twoim zdaniem, się poczuł, kiedy okazało się, że podzieliłaś się tym wielkim sekretem z Iris, zupełnie obcą osobą, a nie z nim?

– Nie chciałam, żeby mnie wykorzystał. Popatrz, jak wykorzystał Emila, żeby podbić własną sławę. Poza tym ja i Brighton jesteśmy inni niż ty i Atlas.

– Ja byłam szczera wobec osoby, którą kocham, a ty nie.

Prudencia przewraca oczami.

– Nie znasz mnie.

– Szłaś na misje, gdzie miałaś spotkać groźnych ludzi, wiedząc, że być może będziesz musiała ujawnić swoje zdolności telekinezy, żeby uratować Brightonowi życie.

– Emilowi też! – Teraz się trzęsie. Ten gniew przyda się w walce przeciwko Posocznikom, gdyby zdecydowała, że chce w to wejść na poważnie.

– Naprawdę możesz szczerze przyznać, że wybrałabyś się na te wszystkie misje, w czasie których Emil był chroniony przez Iskry, gdyby Brightona tam nie było?

Prudencia bierze głęboki wdech. Widać, że ma pewne słowa na czubku języka, ale woli je zostawić dla siebie i odejść. Chowanie się przed prawdą najwyraźniej jest dla niej czymś naturalnym.

Gdyby Wesley nie odciągnął mnie od June, zaprosiłabym go, żeby wybrał się ze mną po samochód Atlasa. Ale jestem wkurzona, więc schodzę na dół schodami, żeby ominąć jego i Iris, a kiedy jestem już na zewnątrz, skaczę w powietrze i szybuję przez ciemność nocy, słysząc tylko wiatr w uszach.

Dotarcie do kościoła nie zajmuje mi wiele czasu. Zachowuję ostrożność, bo przed wejściem jest jeszcze jeden wóz egzekutorów, a w pobliżu także karetka i radiowozy. Niedługo pewnie wyniosą worki z ciałami akolitów. Policjanci spisują zeznania; ciekawe, czy świadkowie wyolbrzymiają wydarzenia, jak wielu w przeszłości.

Odblokowuję zamki auta Atlasa, ale zanim wrócę do Aldebaran, żeby zapytać o stan Brightona, otwieram schowek i wyciągam stamtąd butelkę wina, w której znajdują się prochy Atlasa. Skremowałam go sama mocą, która ujawniła się po jego śmierci; prędzej zginę, niż pozwolę, by jakiś poeta dorwał tę historię.

Nie jestem ekspertką, jeśli chodzi o duchy. Nie mieliśmy wcześniej do czynienia z duchami i dorastając, wiedziałam o nich tylko oczywiste rzeczy, na przykład że ukazują się tylko pod osłoną nocy i błąkają się po świecie wyłącznie wtedy, gdy zginęli gwałtowną śmiercią. Potem jednak zdobyłam wartościowe informacje dzięki rytuałowi Luny. Alchemik znający się na nekromancji jest w stanie przywołać zbłąkanego ducha; potrzebuje do tego tylko czegoś należącego do tej osoby jeszcze za jej życia, a także obecności osoby, która ją zabiła. Może to niezbyt sprawiedliwe dla duchów, ale jeśli jest jakiś plus tego, że byłam opętana przez June w momencie wystrzelenia czaru w serce Atlasa, to taki, że też liczę się jako jego zabójczyni.

Najpierw jednak zgładzę June, żeby go pomścić.

Przyciskam prochy Atlasa do piersi, marząc o nocy, kiedy zdołam przywołać jego ducha i spokojnie odesłać go między gwiazdy.

 

 

 

 

 

 

4

 

KOSZMAR

 

EMIL

 

 

Mój brat to koszmar.

Na ulicach jest pełno egzekutorów rzucających czary w ciemność nocy, podczas gdy ich wozy płoną złocistym ogniem. Brighton wzniósł się wyżej niż wszystkie budynki dokoła i zamiera w powietrzu, podziwiając ten chaos. Ma trzy głowy z oczami jak czarne dziury, a z jego sześciu dłoni wypływa ogień feniksa. Wzlatuję, żeby go powstrzymać, ale on jest nietykalny – dosłownie, bo przelatuję przez niego jak przez powietrze. Zatrzymuję się tuż przed jego twarzą i błagam, żeby przestał, lecz w odpowiedzi słyszę jedynie okrutny rechot dobiegający ze wszystkich trzech głów. Miasto jest zdane na jego łaskę. Wreszcie zbieram się na odwagę, żeby zapalić własny ogień, ale wtedy Brighton rozpętuje prawdziwe piekło i…

Budzę się nagle, jęcząc i dysząc.

Mój brat był koszmarem. To wszystko. To był tylko zły sen. Brighton nigdy by nie stał się taki nikczemny. To był wytwór mojej wyobraźni.

Przypominam sobie fragmenty rozmowy, kłótni między Brightonem a Prudencią, ale żadnego z nich nie ma teraz przy mnie. Zostałem sam w pokoju z białymi ścianami i światłem tak mocnym, że bolą mnie od niego oczy, więc przewracam się na plecy i patrzę przez przezroczysty sufit na nocne niebo. Nie wiem, która jest godzina ani nawet jaki dzień, ale nie widzę Sennego Króla i jego blasku rozpraszającego ciemność. W zasięgu wzroku nie znajduje się nawet jedna gwiazda. Ta konstelacja pokazuje się bardzo rzadko i wróci dopiero, gdy będę starym człowiekiem, zakładając, że pożyję wystarczająco długo. Może zobaczę ją w następnym życiu, albo jeszcze kolejnym, czy ile ich przeżyję, zanim ktoś załatwi mnie na dobre ostrzem skończoności.

Łóżko jest zbyt twarde, jest mi gorąco, więc odkrywam się i widzę, że nie mam na sobie koszulki. Na brzuchu została mi zaschnięta krew, w miejscu gdzie trafił sztylet Luny. Rana się zasklepiła, lecz wygląda dziwnie, jak pozbawiona koloru, rozciągnięta skóra; ktoś mnie uleczył. Jednak nie wydaje mi się, by to była Eva; jej moc zamyka wszystkie otwarte rany w taki sposób, że trzeba się dobrze przyjrzeć, by cokolwiek zauważyć. Przejmuje też cały ból, a ja wciąż czuję tępe łupanie i ostre ukłucia. Nie zrozumcie mnie źle, jestem wdzięczny za uratowanie życia. Po prostu doceniam to, jakie mamy szczęście, że tak potężna uzdrowicielka jak Eva stoi po naszej stronie.

Wokół nowej rany widać blizny w miejscach, gdzie Ness mnie pociął, żeby zmylić Lunę i Posoczników; chciał, by uwierzyli, że wciąż jest im lojalny. Te chyba nigdy nie zagoją się do końca. Ness zrobił to, żeby uratować mi życie, a potem, nawet kiedy miał szansę uciec i pozostać anonimowym, wrócił do Novy, by uratować mnie ponownie, gdy zostaliśmy zaatakowani. Później trafił w ręce egzekutorów i wątpię, by udało mu się uciec. Zapewne leży gdzieś martwy, chociaż nie warto za mnie umierać.

Rozlega się ciche pukanie. Podnoszę wzrok i widzę niską lekarkę z piegami na twarzy i kręconymi rudymi włosami opadającymi jej na ramiona obleczone w pelerynę w kolorze nieba o północy. Jej szmaragdowe oczy otwierają się szerzej, gdy zauważa, że na nią patrzę.

– Emilu Rey, witaj – mówi, a w jej głosie pobrzmiewa krztyna matczynej dumy. – Jestem doktorka Bowes. Miałam zaszczyt stać się częścią zespołu, który… który… który, eee, pracował nad tobą. – Policzki jej się rumienią, kręci głową, jakby chciała wyjść z pokoju, wrócić i zacząć całą tę interakcję od nowa.

– Cześć, dzięki… – Te pierwsze słowa może nie są jakieś wielkie, a jednak boli mnie od nich gardło.

– Spokojnie – odpowiada doktorka Bowes, podając mi wodę, którą piję przez metalową słomkę.

Zadaje mi serię pytań, a ja odpowiadam, jak najkrócej potrafię: oceniam ból na siedem w skali od jednego do dziesięciu; chciałbym, by przyciemniła światło; umieram z głodu i jestem weganinem; jestem wykończony. Lekarka przygasza lampy i wysyła prośbę o przygotowanie dla mnie posiłku. Znowu zasłaniam się kocem. Ostatni raz odsłoniłem swoje chude ciało, kiedy Ness obmywał zadane mi przez siebie rany, a robił to z zamkniętymi oczami, bo wiedział, że mam problem z zaakceptowaniem swojego wyglądu, nawet przy tym wszystkim, co się ostatnio ze mną działo. Widzę, że doktorka Bowes wyczuwa mój dyskomfort, bo pomaga mi włożyć ubrania dla pacjentów – musztardowożółte z czarnymi gwiazdami. Jedna rzecz z głowy.

– Emilu, będziesz musiał złożyć zeznania na temat tego, co się dzisiaj wydarzyło – mówi lekarka, przysuwając krzesło do łóżka.

– Posocznicy – odpowiadam.

Kiwa głową.

– Iris wspominała o tym, gdy się nią zajmowaliśmy. Jak rozumiem, nawiązała kontakt z twoją matką i poradziła jej, by na razie trzymała się z daleka. – To ma sens, ale wiem, że nie będzie jej łatwo. – Muszę ci podziękować za służenie temu krajowi, Emilu. Trzeba nie lada odwagi, żeby brać udział w tej walce. Mnie by jej chyba zabrakło, nawet gdybym miała takie moce jak ty. Wychowałam się, oglądając Bautistę i Iskry w boju. To było jeszcze w czasach, gdy witano ich jak bohaterów… celebrytów również, oczywiście. – Doktorka Bowes uśmiecha się cierpko, po czym przykłada dłoń do serca. – Tygodniami opłakiwałam jego śmierć, a jego plakaty zdjęłam dopiero po kilku latach.

Patrzy na mnie w taki sposób, że zastanawiam się, czy przypadkiem nie wie o tym, że jestem jego wcieleniem. Ale to niemożliwe. Opinia publiczna nie zdaje sobie sprawy, że reinkarnacja jest możliwa, ponieważ nawet widma z krwią feniksa jak ja nie odradzają się jako te same osoby. Opowiada o Bautiście z takim podziwem, że pewnie dobrze by zareagowała, gdybym jej zdradził ten sekret, jednak prawdę o swoim pierwszym życiu, jako Keon Máximo – alchemik, który zmienił siebie w pierwsze widmo – wolałbym zachować dla siebie. Jedyną osobą niezwiązaną bezpośrednio z wojną między Iskrami a Posocznikami, z którą podzieliłem się tą wiedzą, jest mój były szef z muzeum, Kirk Bennett. Zdradził mnie później dla sławy i celów badawczych.

Staram się niczego nie dać po sobie poznać.

– Bautista był bohaterem.

– Ty też nim jesteś. Mój syn jest bardzo dumny z tego, że pomogłam Iskrze. Pewnie często to słyszysz, ale jest twoim największym fanem. Pracowaliśmy nad jego kostiumem na Halloween. Chce przebrać się za ciebie.

Krew, która nie wypłynęła ze mnie w kościelnym ogrodzie, teraz czerwieni mi całą twarz. Parę razy zdarzyło się, że razem z Brightonem przebieraliśmy się za Iskry. On oczywiście musiał być Bautistą, ponieważ ma w sobie ten instynkt brata alfy, a ja wybrałem Lestora Lucero, bo mi się podobał, nawet nie będę tego ukrywał. I popatrzcie na nas teraz. Brighton poddał się swoim fantazjom i wypił Krew Pogromcy, żeby stać się równym Iskrom. Ja jestem wcieleniem Bautisty. Tamte życia nigdy nie były kostiumami, jednak syn doktorki Bowes przebierze się za mnie, chociaż ja sam mogę nie dożyć Halloween. I co wtedy? Czy jej syn będzie mnie opłakiwał w taki sam sposób jak ona opłakiwała Bautistę? Nie zna mnie, tak jak ona nie znała jego. Ten cykl podziwu i żałoby musi się skończyć.

Dziękuję jej w kilku słowach – tylko na tyle mnie stać.

– Gdzie jest mój brat?

Chyba go uduszę, jeśli stoi na korytarzu i chwali się przed kamerą, że wypił Krew Pogromcy.

Przez chwilę doktorka Bowes wygląda, jakby ktoś nagle wyskoczył zza rogu i ją wystraszył. Zaraz odzyskuje panowanie nad mimiką i mówi:

– Nie denerwuj się.

– Za późno. Co się stało?

– Jak rozumiem, Brighton wypił dzisiaj eliksir – odpowiada. – W czasie pojawienia się którejkolwiek z pierwszych konstelacji przyjmujemy więcej ludzi, którzy próbują zmienić się w widma. Uwierz mi, już szykujemy się na nadejście Zamaskowanego Upiora w przyszły weekend. Chociaż miałam kursy z alchemii w czasie studiów doktoranckich, nie zdołały mnie przygotować na ten nowy, niebezpieczny trend eksperymentowania z kilkoma esencjami naraz. Rezultaty są katastrofalne. Dostajemy mnóstwo wieści o ludziach, którzy wybuchają, zostają zjedzeni żywcem od środka albo tracą kończyny.

Zdecydowanie nie potrzebowałem wizji Brightona, któremu odpadają ręce i nogi niczym zepsute zęby, a on wrzeszczy i umiera w płomieniach. Teraz nie potrafię się jej pozbyć.

– To bardzo trudne – ciągnie. – Ale zapewniam, że razem z zespołem staramy się, jak możemy, żeby go ustabilizować.

– Nie może pani tego zagwarantować. – Trzęsę się. To zabrzmiało zupełnie jak obietnice, którymi karmili nas lekarze i alchemicy przed śmiercią taty. – Eliksir przygotowała osobiście Luna Marnette. Jest czymś zupełnie innym. To ona stała za Posocznikami i wszystkimi widmami hybrydowymi. Zamierzała wykorzystać ten eliksir, żeby żyć wiecznie.

– Nieśmiertelność jest niemożliwa – zauważa doktorka Bowes.

– Założę się, że pani zdaniem nie da się też ukraść krwi od ducha, a jednak.

Doktorka Bowes słucha tego wszystkiego z kamiennym wyrazem twarzy.

– Wszyscy walczycie w wojnie wykraczającej poza nasze zdolności rozumowania, prawda?

Nie odpowiadam.

– Mógłbym się zobaczyć z Brightonem?

Pomaga mi wstać z łóżka. Kręci mi się w głowie. Siadam na wózku inwalidzkim, bo lekarka się uparła. I dobrze. Prowadzi mnie do innego pokoju czworo drzwi dalej.

W środku widzę Brightona w łóżku, z zamkniętymi oczami, jednak jego sen nie wydaje się spokojny. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek był tak blady. Kroplówki wprowadzają do jego ciała przezroczyste, jasnoniebieskie i ciemnoczerwone płyny przez żyły w przedramionach. Respirator pomaga mu oddychać; lepszy niż ten, który mieliśmy w domu dla taty. Wiem, że powinienem czuć ulgę, ale tak naprawdę przeraża mnie myśl, że stan Brightona jest na tyle poważny, że potrzebuje najlepszego sprzętu.

Wstaję z wózka, chwytam brata za rękę i duszę w sobie łzy.

– W tej chwili jest stabilny – mówi doktorka Bowes.

– Nasz tata zmarł na zatrucie krwi.

– Wiem o tym.

Ile jeszcze o mnie wie ta obca osoba? Czuję się niekomfortowo, jakby kamery śledziły każdy mój ruch.

– Esencja hydry obróciła się przeciwko niemu – tłumaczę. – Czy nie zabije też Brightona?

– Staramy się oczyścić jego krew, zanim infekcja się rozprzestrzeni, jednak ze względu na to, że jego ciało walczy z aż trzema esencjami, szanse na niepowodzenie są większe niż zwykle. Ale trafiliście do właściwego miejsca; leczyłam już wiele niedoszłych widm. Nie uwierzysz, ilu ludzi próbuje zdobyć moce, nie zatrudniając alchemika. To zupełnie jak mój mąż, który jako nastolatek sam zrobił sobie tatuaż, żeby zaoszczędzić. Nie wyszło mu to na dobre. – Doktorka Bowes wygląda na zażenowaną, kiedy zdaje sobie sprawę, że zaczęła mówić o sobie. – Obiecuję, że zrobię wszystko, co się da, żeby Brighton wrócił z tobą do domu.

Jest zbyt pewna siebie. Gdyby była tutaj mama, zaczęłaby wymuszać na niej, by była z nami szczera.

Mam nadzieję, że Brighton przeżyje, nawet jeśli to będzie oznaczało, że będę musiał z bolącym sercem patrzeć na jego cierpienie, tak jak patrzyłem na cierpienie taty.

– Jak pani myśli, ile zostało mu czasu?

– Za wcześnie, żeby powiedzieć, ale przygotowałabym się na kilka miesięcy, jeśli uda nam się skutecznie oczyścić jego krew.

Kilka miesięcy – i to o ile będziemy mieli wielkie szczęście.

– Co, gdyby udało nam się zneutralizować esencje? Myśli pani, że to by powstrzymało chorobę?

– Tak głosi popularna teoria, jednak nikomu jeszcze nie udało się usunąć mocy widma. Kiedy krew stworzenia zostanie wchłonięta, te moce stają się tak samo permanentne, jak u niebiańskiego. Oczywiście egzekutorzy zdołali tymczasowo je osłabić, ale nawet to wymaga sporych środków. Obawiam się, że w tej chwili nie istnieje lek dla widm.

Brighton zawsze powtarza, że mało prawdopodobne nie znaczy niemożliwe. Mam nadzieję, że jeszcze to od niego usłyszę.

Ściskam jego dłoń. W tej chwili nie ma żadnych gwiazd na niebie, do których mógłbym się pomodlić, ale gdy tylko znów się pojawią, mam nadzieję, że wszystkie pomogą mu wrócić do zdrowia.

– Doktorko Bowes, może pani poprosić syna, by nikomu nie wspominał o tym, że tu jesteśmy? Chciałbym, żeby Bright­on dostał jak najlepszą pomoc. Z przyjemnością, nie wiem, podpisałbym coś dla pani syna pod warunkiem, że dochowa tajemnicy.

Doktorka Bowes kręci głową.

– To nie jest konieczne… ale jeśli nie masz nic przeciwko, z pewnością bardzo się ucieszy. Marzy o tym, by zostać Iskrą, gdy dorośnie.

W jej głosie powinno być słychać niepokój, nie dumę. Nie wiem, jakie moce mają doktorka Bowes i jej syn, jednak liczę, że chłopak wyrośnie ze swojego uwielbienia do Iskier, zanim znajdzie się na polu bitwy i zginie. Wszystko może się tak szybko zmienić. Wystarczy spojrzeć na Brightona. W jednej chwili ratował mi życie, a w następnej robił coś nie do pomyślenia, bo koniecznie chciał się znaleźć na pierwszej linii frontu.

Koszmary może i są przerażające, lecz to marzenia są niebezpieczne.

 

 

 

 

 

 

5

 

WILLA IRONA

 

NESS

 

 

Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz jechałem limuzyną.

Luna nie lubiła, gdy Posocznicy podróżowali wspólnie, chyba że ochranialiśmy ją albo istniał jakiś inny bardzo ważny powód. W ten sposób jeśli któreś z nas zostałoby złapane, inni mogliby dokończyć misję. Stanton przemieszcza się przez kanalizację. Dione skacze z dachu na dach. June teleportuje się na krótkie dystanse, zazwyczaj pokazując się na tak krótką chwilę, że ktoś mógłby najwyżej zastanowić się, czy ma przywidzenia. A ja zawsze wtapiałem się w tłum pasażerów transportu publicznego; jako dziecko nie mogłem tego doświadczyć ze względu na rosnącą rozpoznawalność w politycznych kręgach. Senator natomiast trzyma swoich ludzi razem: Jax prowadzi, a Zenon przeskakuje między perspektywami innych kierowców, żeby znaleźć najbezpieczniejszą trasę, a także sprawdzić, czy nie jesteśmy śledzeni. Przegroda jest opuszczona, ponieważ senator i Bishop dyskutują o najnowszych wieściach na temat bójki między Iskrami a Posocznikami w kościele.

– Którym kościele? – pyta senator Bishopa, który odczytuje wiadomości z tabletu.

– Alpha Church of New Life – odpowiadam, uśmiechając się pod nosem, chociaż wiem, że nie ma się z czego cieszyć.

Bishop potwierdza kiwnięciem głowy.

– Co o tym wiesz? – dopytuje senator.

– Kiedy byłeś zajęty mną, Luna stawała się najpotężniejszą osobą na tej planecie – mówię.

Senator stuka w panel między nami, co oznacza, że jest zdenerwowany, nawet jeśli jego mimika tego nie zdradza. Właśnie na takie detale zwracam uwagę, kiedy chcę kogoś udawać. Już się zastanawiam, kiedy mógłbym udawać jego, żeby uciec.

– Jakieś ofiary? – pyta.

– Hydra i kilku skretyniałych akolitów – odpowiada Bishop.

Ani słowa o feniksie czy Emilu. Może udało im się wywinąć. Luna zawsze przysięgała, że kluczem do sukcesu jest połączenie trzech esencji, ale może postanowiła spróbować tylko z krwią duchów i hydry. To niełatwe zadanie, ale z pewnością dałoby się ją zabić, gdybym jeszcze się kiedyś na nią natknął.

– Bardzo dobrze – rzuca senator do Bishopa. – Rano wygłosisz oświadczenie, a ja w tym czasie spotkam się z kilkoma darczyńcami.

Dzień jak co dzień. Zupełnie jakby syn, który miał nie żyć w wyniku wymyślonego przez niego osobiście planu, wcale nie miał zaraz trafić cały i zdrowy do jego domu. Zastanawiam się, czy nie zamknie mnie w znajdującym się w willi panic roomie.

Jedziemy przez moje dawne osiedle, Whitestone, które znajduje się na północy Queens i jest jeszcze bardziej boleśnie rezydencyjne, niż to zapamiętałem. Widziałem tak wiele życia i kolorów, odkąd zacząłem pracować dla Posoczników, że na widok tych domów czuję się, jakbym się cofał. Zdążyłem przyzwyczaić się do dzieciaków szwendających się późnym wieczorem, ignorujących zasady ustalone przez rodziców albo zwyczajnie pozbawionych opiekunów, którzy by się nimi przejmowali. Mijałem nastolatków w parkach, gdy siedzieli zbici w gromadę i palili dżointa, jakby zapach trawki nie mógł wniknąć w ich ubrania. Kiedy byłem wystarczająco duży, żeby testować taką wolność, moja matka już nie żyła, a senator robił karierę, więc upierał się, żebym miał ochroniarzy. Może dbał o moje bezpieczeństwo, by później zrobić ze mnie męczennika.

Mdli mnie na widok znajomego laurowego żywopłotu, za którym skrywa się posiadłość. Brama się otwiera i zajeżdżamy wokół niedużej fontanny mojego dziadka, Burgundy’ego Irona, który przekuł swój strach przed niebiańskimi w fortunę, gdy wynalazł kamizelki przeciwblaskowe i zaczął je produkować dla rządu. Willa ma trzy kondygnacje i jest bardziej szara niż fontanna dziadka. Naprawdę nie znoszę tego miejsca.

– Gdzie będę spał? – pytam, otwierając drzwi wejściowe.

– W swoim pokoju, oczywiście – odpowiada senator.

Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. Ten sam dywan na parkiecie w kolorze korka. Ten sam salon zarezerwowany dla przyjaciół senatora, ale nigdy moich. Ta sama oszklona weranda, gdzie mama jadła pitaje, czytając jakąś książkę z literatury faktu. Ta sama jadalnia która zaczęła bardziej przypominać salę konferencyjną, zważywszy na to, jak często senator zapraszał pracowników swojej kampanii. To samo skrzypienie na siedemnastym stopniu schodów. Te same portrety znanych polityków wiszące na ścianach korytarza, kiedy mijam biuro senatora i otwieram drzwi do swojego pokoju.

W większości również się nie zmienił. Wszystkie ściany są białe, nie licząc tej, którą okleiłem tapetą w czarne diamenty. Zielone zasłony są rozsunięte i widzę, że Senny Król już zniknął z nieba. Moje kolorowe świece stoją na półkach regału we wnęce, zaraz obok biografii polityków, którzy napisali historię na nowo, żeby oszukać mnie i miliony innych ludzi, że wszyscy niebiańscy są groźni. Zatrzymuję się przed biurkiem i wpatruję w zdjęcia, których nie powinno tu być.

W połowie lutego, miesiąc przed tym, jak świat uznał mnie za zmarłego, natrafiłem na artykuł o pogrążonych w żałobie rodzicach, którzy stracili dzieci. Jedna z matek odchodziła od zmysłów, bo zaszła w kolejną ciążę i nie była już pewna, czy będzie mogła utrzymać przy życiu maleństwo. Młodzi rodzice zbierali fundusze, by mniej dzieci umierało na raka, który kosztował życie ich potomka. Najbardziej uderzyła mnie historia ojca, który nie przełożył ani jednej skarpetki, zabawki czy kartonika po soku w pokoju córki, żeby zachować pamięć o niej. Zastanawiałem się, czy senator pozostawi mój pokój w nienaruszonym stanie. Nie zostawił.

Jakoś w kwietniu zaprosił tutaj dziennikarzy z Wolf News. Poustawiał w różnych miejscach ramki z naszymi zdjęciami: z dnia, w którym wybrano go na senatora; z naszego drogiego rejsu po Morzu Karaibskim w czasie wizyty w Republice Dominikańskiej, kiedy to mama miała spędzić czas z dalekimi krewnymi; z pierwszego dnia w ósmej klasie, który, jak powinienem był się domyślić, był ustawką, bo pierwszy raz to nie mama zabrała mnie do szkoły. Senator najdłużej zatrzymał się przy zdjęciu, na którym machaliśmy do obiektywu, obaj ubrani w szyte na miarę garnitury, na stopniach przed sądem na Bronksie, kilka chwil po tym, jak ogłosił swoją kandydaturę na prezydenta.

– Właśnie ze względu na Eduardo wierzę, że mogę poprowadzić nasz wspaniały naród – oznajmił dziennikarzowi. – Zwłaszcza po utracie Esmeraldy.

Potem zamilkł na absurdalnie długą chwilę, którą redaktorzy uznali za wartą pozostawienia w ostatecznym materiale.

Zsuwam ramkę ze zdjęciem z biurka prosto do kosza, nie mogąc znieść myśli, że zdolności aktorskie prawdopodobnie odziedziczyłem po senatorze. To przypomina mi o fotografii, której faktycznie mi brakowało, odkąd opuściłem to miejsce. Nie ma jej na mojej szafce nocnej, więc rozglądam się po całym pokoju, ale ani śladu. Na tym zdjęciu byłem z mamą, zrobiono je w wieczór premiery mojego pierwsze szkolnego przedstawienia. Byłem przebrany za wnuczka poskramiacza smoków, a mama całowała mnie w czubek głowy. Senator nie dojechał z powodu jakiejś pilnej zbiórki funduszy. Wtedy było mi przykro, że nie dotarł, ale teraz jestem wkurwiony, bo zabrał fizyczny ślad po tamtym wieczorze.

Kieruję się do wyjścia akurat w chwili, gdy senator i Jax idą korytarzem. Jax wpycha mnie z powrotem do pokoju i omal się nie przewracam.

– Panuj nad swoimi sługusami – wypalam.

– Jax nie potrzebuje kontroli, współpracuje ze mną – odpowiada senator. – Musisz go słuchać.

– A ty musisz oddać moje zdjęcie z mamą.

Senator zatrzymuje się, żeby to przemyśleć, a potem śmieje się pod nosem.

– To z przedstawienia? Nie było mnie na nim, więc wylądowało w śmieciach.

– Nie miałeś prawa.

– Martwi nie mogą mieć nic na własność, a ty podobno byłeś martwy. Skoro tak strasznie zależało ci na tym zdjęciu, trzeba było wrócić do życia. – Senator klaszcze. – No dobrze, mam prywatne spawy do omówienia z Bishopem i muszę jeszcze poinformować innych o twoim powrocie. Jeśli potrzebujesz czegoś z kuchni, Jax wyśle kogoś. W razie czego eskortuje cię też do łazienki.

– Dla mojego bezpieczeństwa? – rzucam kpiąco.

– Dla bezpieczeństwa mojej kampanii – odpowiada senator. – Witaj w domu, Eduardo. Miłego wieczoru.

Jax telekinezą zamyka mi drzwi przed nosem.

We wszystkich moich koszmarach, w których senator dowiadywał się, że żyję, nigdy nie wracałem tutaj. Raczej za każdym razem ginąłem w ciągu kilku dni. To wciąż się może wydarzyć, jeśli nie będę współpracował.

Siadam na łóżku, wykończony. Zapomniałem, jakie jest wygodne. Znacząca poprawa od czasów, kiedy spałem na twardym materacu, kanapie, ławce na stacji metra, a nawet na podłodze w schowku, gdy podstępem skłoniłem Emila i Iskry, by wzięli mnie jako zakładnika. Wszystko byłoby nieco łatwiejsze, gdybym miał Emila u boku. Gdybyśmy mogli porozmawiać o naszym życiu zamiast o tym, jak uratować wszystkich innych.

Niestety życie tutaj nie będzie łatwe. Senator będzie trzymał mnie z dala od wszystkiego. W pokoju nigdy nie miałem telewizora, a senator z pewnością nie da mi go teraz, żeby mógł w dalszym ciągu kontrolować przepływ informacji. Jedno mu się na pewno nie uda: nie przekona mnie, że ten luksusowy dom nie jest więzieniem. Różnica jest taka, że w tradycyjnym więzieniu osadzeni mają się nie wychylać i zachowywać się grzecznie do czasu, aż nie zostaną wypuszczeni. Tutaj senator jeszcze bardziej mnie zdeprawuje.

 

 

 

 

 

 

6

 

JAKI OJCIEC, TAKI SYN

 

BRIGHTON

 

 

Budzę się z grubą rurą w gardle i cienkimi wystającymi z przedramion. Ogarnia mnie panika.

Emil wzywa pomoc i zaraz w pokoju pojawiają się pielęgniarki, każą mi się uspokoić i pozwolić, by maszyny jeszcze przez chwilę pomagały mi oddychać. Przez zapłakanego Emila panikuję jeszcze bardziej, więc nie patrzę na niego, tylko w okno. Czerń nocnego nieba została zastąpiona żywymi odcieniami pomarańczy, różu i błękitu. Wschodzi słońce. Czyżby minęło kilka godzin, odkąd straciłem przytomność? Najwyraźniej tak, bo gdyby to trwało trochę dłużej, mama już by czekała przy łóżku.

Gdy udaje mi się odzyskać spokój, nie potrafię oprzeć się myśli o tym, jak tata raz obudził się w szpitalu zupełnie sam. Bardzo się bał, co wydawało mi się kompletnie bez sensu. To nie dzieci mają otulać kołdrą swoich rodziców, gdy przyśni im się coś złego, albo sprawdzać ich szafę, żeby upewnić się, że nie ma w nich żadnych bazyliszków. Tata wytłumaczył mi, że boi się umierać samotnie, a my bardzo się tym przejęliśmy. Od tamtego momentu dbaliśmy o to, by któreś z nas było przy tacie, gdy się budził, nawet jeśli to oznaczało opuszczanie szkoły, pracy, przyjęć urodzinowych, korepetycji Emila i moich zajęć dodatkowych.