Podniebny - Kerstin Gier - ebook + książka

Podniebny ebook

Kerstin Gier

4,4

Opis

Nowa powieść Kerstin Gier, autorki bestsellerowej „Trylogii Czasu” i „Silvera”. Siedemnastoletnia Fanny rzuciła szkołę i odbywa praktykę w alpejskim hotelu Château Janvier, zwanym Podniebnym. W Święta nieco podupadły hotel przeżywa oblężenie. Zjeżdżają tu najróżniejsi goście: od słynnej łyżwiarki, przez autora thrillerów, po... właścicieli kolii z legendarnym diamentem carycy Katarzyny. Z pomocą Bena, przystojnego syna właściciela, oraz tajemniczego Tristana, Fanny spróbuje pokrzyżować szyki pewnym złym ludziom. Postara się też zachować zimną krew (i pracę!), oraz znaleźć pomysł na życie, a może nawet miłość... Niebanalny, trzymający w napięciu thriller dla młodzieży, w zachwycającej oprawie graficznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginałuWOLKENSCHLOSS
Originally published as „Wolkenschloss” Copyright © S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main, 2017 Cover illustration by Eva Schöffmann-Davidov © Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main, 2017 Copyright © 2018 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o. All rights reserved
Fragment baśni Kopciuszek Wilhelma i Jakuba Grimmów w tłum. Elizy Pieciul-Karmińskiej
Opracowanie polskiej wersji okładkiAndrzej Komendziński
Skład i łamanieAndrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8008-530-5
Media Rodzina Sp. z o.o. 61-657 Poznań, ul. Pasieka 24 tel. 61 827 08 60 e-mail: [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Sonji

Stałam w śniegu kompletnie wyczerpana, podczas gdy z sali balowej dobiegały do naszych uszu dźwięki skrzypiec. Na szyi miałam trzydziestopięciokaratowy diament, który nie był moją własnością, a na rękach trzymałam śpiące dziecko, które również nie było moje.

Gdzieś po drodze zgubiłam jeden but.

Mówi się, że w sytuacjach krytycznych z powodu adrenaliny nie czuje się ani bólu, ani zimna. To nieprawda. Rana na moim ramieniu wściekle pulsowała i piekła, krew ciekła mi po ręce i skapywała na śnieg, a bosą stopę przeszywało przenikliwe zimno. Mięśnie barków i rąk wprost paliły od dźwigania dziecka, nie odważyłam się jednak go przełożyć, aby się nie obudziło i nie zdradziło naszym prześladowcom, gdzie jesteśmy.

Mówi się też, że w chwilach największego zagrożenia umysł pracuje najwydajniej i podsuwa nam najlepsze rozwiązania i najjaśniejsze myśli. Ale w moim przypadku to także się nie sprawdziło. Nie wiedziałam już, kto jest dobry, a kto zły. A jedyna jasna myśl, na jaką było mnie w tym momencie stać, sprowadzała się do tego, że tłumiki w pistoletach rzeczywiście skutecznie tłumią dźwięk.

I że z pewnością bywają lepsze momenty na pocałunek niż ten obecny.

Nie miałam pojęcia, czy chłopak, który mnie pocałował, należał do dobrych czy do złych, mimo to poczułam, że na nowo wstępują we mnie siły.

– Chciałem to zrobić już wtedy, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy – szepnął.

.

Mój pierwszy dzień w roli opiekunki do dzieci zapowiadał się na całkowitą porażkę.

– Fanny Funke, na pewno jesteś najgorszą nianią na świecie – zauważył Don, gdy gorączkowo przebiegłam obok niego, nawołując jednocześnie: „Chłopcy! To wcale nie jest zabawne! Wracajcie, proszę!”.

– Proszę, proszę! – przedrzeźniał mnie Don. – Bo inaczej wyrzucą mnie z pracy.

Niewykluczone. A przecież straciłam czujność jedynie na minutę. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że dzieci na śniegu można stracić z oczu znacznie szybciej, niż to sobie człowiek wyobraża, zwłaszcza gdy specjalnie wloką się z tyłu i jeszcze są ubrane w białe kurtki, białe spodnie i białe czapki. Taki strój powinien być zabroniony prawnie. Daleko nie mogły odejść, lśniąca pokrywa śnieżna na zboczu była nietknięta, ale od zachodniej strony hotelu nie brakowało w pobliżu kryjówek dla małych sprytnych dzieciaków w strojach maskujących – mogły przyczaić się nie tylko za licznymi zwałami śniegu. Idealne schronienie zapewniały także pojedyncze drzewa, sterty drewna na opał i uskoki muru.

Zmrużyłam powieki, aby móc spojrzeć pod światło. Na wieczór i na całe święta Bożego Narodzenia zapowiadano opady śniegu, na razie jednak niebo jaśniało błękitem, a biały puch iskrzył się intensywnie, idąc w zawody z szybami okien i z pokrytymi miedzianą blachą dachami budynków, wież i wieżyczek. Natomiast niżej, w dolinie, już od wczoraj zalegała gęsta mgła. Właśnie tego rodzaju warunkom atmosferycznym nasz hotel zawdzięczał swoją urokliwą nazwę: Podniebny.

– Jakoś nietypowo cicho, prawda? – Don Burkhardt junior przypomniał mi, że nie pora teraz podziwiać urodę krajobrazu szwajcarskich gór. – To wcale nie znaczy, że kochane maluchy już zamarzły...

Don siedział na dużych sankach, którymi zwożono drewno na opał pod wejście do piwnicy, i wymachując nogami, lizał loda w waflu; prawdopodobnie sam wziął go sobie z kuchni. Szczapy drewna zrzucił po prostu w śnieg przed tablicą z napisem „Witamy w Château Janvier”.

Patrząc na niego, wpadłam na pewien pomysł.

– Hej, chłopcy! Nie macie przypadkiem ochoty na pyszne lody? – krzyknęłam.

Odpowiedziała mi głucha cisza.

Don zachichotał z rozbawieniem.

– Nie trzeba było, Fanny Funke, zaniedbywać swoich obowiązków przez tego sezonowego czeskiego pracownika.

– Lepiej pozbieraj tamto drewno, jeśli nie chcesz dostać bury – powiedziałam.

Chociaż jak na swoje dziewięć lat Don był mały i raczej wątły, a jego zadarty nos i uduchowione brązowe oczy nadawały mu zachwycająco niewinny wygląd, w głębi duszy się go bałam. Nic z tego, co wygadywał, nie brzmiało choćby w najmniejszym stopniu adekwatnie do jego wieku, a to irytowało podwójnie, ponieważ Don miał cienki dziecięcy głosik, uroczy szwajcarski akcent i jeszcze na dodatek w przemiły sposób lekko seplenił. Jego osobliwy nawyk polegający na zwracaniu się do ludzi zazwyczaj przy użyciu imienia i nazwiska, niekiedy uzupełnionych także o nazwę miejscowości, charakterystyczne właściwości albo wiek – „Masz oczko w pończosze, Fanny Funke, lat siedemnaście, z Achim pod Bremą” – krył w sobie coś dziwnie złowrogiego, jakby zaczerpniętego z filmu o mafii, kiedy ktoś szepcze: „Wiem, gdzie mieszkasz”, aby później podrzucić temu drugiemu pod drzwi koński łeb. W najlepszym razie.

Don i jego rodzice należeli do stałych gości hotelu, a on znał go jak własną kieszeń. Całymi dniami szwendał się po nim, podsłuchiwał rozmowy i broił, zachowując się przy tym tak, jakby ten hotel razem z ludźmi należał do niego. Obojętne, czy to gość, czy ktoś z personelu – Don, co wręcz niewiarygodne, wiedział o wszystkich i o wszystkim każdy szczegół. Jeżeli nawet, jak zakładałam, po kryjomu czytał akta osobowe, dreszczem grozy przejmowało to, że potrafił zapamiętać dosłownie każdy detal. Windy bagażowe, biura lub piwnica – Don najchętniej włóczył się tam, gdzie goście nie mieli wstępu, a ponieważ był mały i taki słodki, rzadko spotykały go jakiekolwiek konsekwencje. Jeśli nie zdołał zauroczyć kogoś swoim niewinnym sarnim spojrzeniem, uciekał się wtedy do onieśmielania, co czynił, wymieniając pełne nazwisko danej osoby i jakby mimochodem wspominając swego arcybogatego ojca, Dona Burkhardta seniora, oraz jego przyjacielskie relacje z jednym z braci Monfort, do których należał hotel. W każdym razie tak postępował ze mną. I chociaż starałam się nie dać tego po sobie poznać, jego mafijne metody w końcu jednak odnosiły skutek. Na przykład wczoraj nakryłam go na tym, jak wycierał wysmarowane czekoladą dłonie o haftowane aksamitne portiery w małym westybulu na drugim piętrze – całkiem świadomie, powoli. Moje oburzenie jego zachowaniem skwitował wyniosłym uśmieszkiem: „Ojej, niedouk Fanny Funke najwyraźniej ma słabość do ohydnych kotar!”.

Tego było już naprawdę za wiele: wszystkie zasłony i poduszki na całym piętrze były uszyte z tego samego materiału, cudownego ciemnoczerwonego, haftowanego złotą nicią w ptaki i roślinne pnącza. Nie trzeba być znawcą, by wiedzieć, że musiały dużo kosztować, nawet jeśli z biegiem lat ich głęboka czerwień nieco wyblakła. Gdy delikatnie przesuwało się palcem po aksamicie, można było odnieść wrażenie, że tkanina odpowiada nam dyskretnym muśnięciem.

– A tak w ogóle, czy utrzymywanie wszystkiego w czystości nie należy przypadkiem do twoich obowiązków, Fanny Funke, pomocnico pokojówki, z idiotycznymi piegami? – spytał Don. Przedwczoraj bowiem nie zostałam jeszcze przydzielona do opieki nad dziećmi, tylko do prac porządkowych. – Jak myślisz, ile pieniędzy zostawia co roku w tym hotelu mój ojciec? I jak sądzisz, kogo prędzej stąd wyrzucą – ciebie czy mnie? Na twoim miejscu cieszyłbym się, że chodzi tylko o czekoladę, i postarałbym się jak najszybciej usunąć te plamy, zanim panna Müller znowu da ci paternoster. (Skąd on znał takie wyrażenia? Nawet moja babcia tak nie mówiła).

– A ja na twoim miejscu szybko bym się stąd zmyła, zanim zdążę dać ci w tyłek miotełką do kurzu! – odcięłam się wprawdzie, Don jednak odszedł niespiesznie z szyderczym uśmiechem, nie mając wątpliwości, że wygrał. Panny Müller bowiem, zarządczyni hotelu, bałam się jeszcze bardziej niż jego. Dlatego usuwając za pomocą szczotki z aksamitnej portiery plamę po czekoladzie, istotnie czułam wdzięczność, że chodzi jedynie o czekoladę.

– Jeśli ktoś ma tu mieć kłopoty, to na pewno nie ja – odpowiedział teraz Don, liżąc loda. – Flirtowałaś z Jaromirem Novakiem, lat trzydzieści osiem, posiadaczem wąsów, zamiast uważać na dzieci. Mogę to poświadczyć.

– Wcale nie flirtowałam – skorygowałam natychmiast – tylko pomogłam mu rozplątać łańcuch świątecznych lampek. Co jak najbardziej należy do moich obowiązków. – Nie byłam mianowicie wyłącznie opiekunką do dzieci. Zgodnie z opisem stanowiska praktykantka w hotelu jest dziewczyną „do wszystkiego”, którą charakteryzuje „elastyczność w podejściu do wyznaczonych zadań”.

Don pokręcił głową.

– Uśmiechnęłaś się, założyłaś sobie pasmo włosów za ucho i wyciągnęłaś szyję – to wszystko są cielesne oznaki damskiego tańca godowego.

– Bzdura! – rzuciłam, nie kryjąc zdenerwowania. – Jaromir jest dla mnie o wiele za stary, a w Czechach ma żonę i dzieci, które bardzo kocha. – Nawet gdyby był o dwadzieścia lat młodszy i wolny, nigdy bym z nim nie flirtowała. Zasadniczo nie wdaję się we flirty. Już samo słowo „flirtować” wydaje mi się okropne. – Zresztą... – urwałam nagle. Wyraz twarzy Dona zdradzał jednoznacznie, że sprawiam mu wiele radości, broniąc się tak zagorzale. Bo w ten sposób udowadniałam mu po raz kolejny, że traktuję go poważnie. A to ostatnia rzecz, jaką chciałabym mu przekazać.

– No to jak? Widziałeś bliźniaki czy nie? – spytałam opryskliwie.

Don natychmiast zmienił taktykę.

– Nawet wiem, gdzie się ukryły. – Obrzucił mnie ufnym spojrzeniem, którego pozazdrościłby mu sam Bambi. – Dowiesz się, jeśli grzecznie powiesz proszę, proszę.

– Proszę – bąknęłam wbrew sobie.

– Dwa razy! – zażądał Don.

– Proszę, proszę – powtórzyłam, zgrzytając zębami.

Don roześmiał się ucieszony.

– Zdradzę ci teraz, dlaczego jesteś taką kiepską niańką. Po prostu brak ci naturalnego autorytetu, a dzieci wyczuwają to z daleka.

– A ja ci zdradzę, dlaczego nie masz kolegów: po prostu brak ci naturalnego uroku. – Jakoś tak mi się to wymsknęło, zanim zdążyłam zauważyć, że to było zwyczajnie podłe.

Z zawstydzeniem przygryzłam wargę. Chyba rzeczywiście musiałam być najgorszą niańką na świecie, skoro, po pierwsze, udało mi się stracić z oczu dwóch sześciolatków wagi muszej tylko dlatego, że na chwilę się odwróciłam, a po drugie, czułam palącą potrzebę ukatrupienia Bambiego. Jednocześnie zostałam przyjęta na tę praktykę prawdopodobnie w ogóle dlatego, że wspomniałam o swoim doświadczeniu w opiece nad własnymi dwoma małymi braćmi i w ten sposób wywołałam wrażenie szczególnie odpowiedzialnej i lubiącej dzieci.

– Aua! – Donowi siedzącemu nadal na sankach o mały włos udałoby się podstawić mi nogę, na szczęście w porę zdołałam go wyminąć i tylko dzięki temu się nie przewróciłam. Dobre sobie! Lubiąca dzieci! Dzieci to dżuma i cholera naraz, ale nie było rady: dwoje z nich musiałam znowu złapać. A trzecie postanowiłam od tej pory najzwyczajniej w świecie ignorować.

– Chłopcy! Halo! – Starałam się, aby mój głos brzmiał przyjaźnie i pogodnie, jakbyśmy po prostu bawili się w chowanego. Cisza. A dopiero co obu nie zamykały się jadaczki i bez przerwy paplali jakieś bzdurne rymowane wierszyki. Gdybym chociaż mogła sobie przypomnieć ich idiotyczne imiona! Jak one brzmiały? Jakoś tak z angielska. – Josh, Ashley? Gdzie jesteście? Nie chcecie dokończyć bałwana? Przyniosłam superładną marchewkę na nos.

Don zachichotał znowu.

– Nawet nie znasz ich imion, Fanny, ofiaro losu. Tę swoją marchew możesz sobie wsadzić, gdzie chcesz. Poddaj się!

Udawałam, że go nie słyszę. Teraz za żadne skarby się nie poddam. W ciągu ostatnich trzech miesięcy stawałam już przed wieloma innymi wyzwaniami. I właściwie nie było tu wcale tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Moja dzisiejsza praca polegała na zabawianiu bliźniaków państwa Bauer (jeden to chyba Laramy? A drugi Jason?) na świeżym powietrzu, aby ich rodzice mogli w spokoju spakować rzeczy i wymeldować się z hotelu. I w gruncie rzeczy wywiązałam się ze swojego zadania: przeklęte bachory na pewno miały teraz ubaw po pachy, ponieważ udało im się zwiać i gdzieś się ukryć. Na świeżym powietrzu.

– Czy przyszła była praktykantka Fanny Funke nie słyszała o czymś takim jak zaniedbanie obowiązku nadzoru? – Don lizał dalej loda. – Mam nadzieję, że jesteś solidnie ubezpieczona. Na twoim miejscu bym się modlił, aby tamci dwaj nie wpadli przypadkiem w szczelinę lodowca. Bo jak zaraz zacznie padać śnieg, wtedy nawet psy nie złapią tropu.

Oparłam się pokusie i nie zatkałam sobie uszu. To dziecko to istny diabeł wcielony. O ile mi wiadomo, w tej okolicy nie było żadnych szczelin w lodowcu, mimo to sama słyszałam, że mój głos podszyty był lękiem i brzmiał rozdzierająco, kiedy rzuciłam głośno: – Może na pożegnanie chcielibyście jeszcze pogłaskać wiewiórkę?

– Nie nabierzesz ich na coś takiego. – Don cisnął zaledwie w połowie zjedzony rożek waflowy w śnieg. – No dobra, nie będę taki: popędzili w tamtą stronę. – Wskazał w kierunku nowego lodowiska, które stary Stucky i Jaromir wyczarowali w ostatnich dniach obok zabytkowej dziecięcej karuzeli. – Przypuszczam, że chcieli ukryć się w narciarni na dole.

Jeszcze całkiem nie zgłupiałam. Zamiast pójść za jego wyprostowanym palcem wskazującym, ruszyłam, brnąc przez śnieg, w przeciwnym kierunku. I miałam rację, bo zaledwie po kilku metrach usłyszałam zdławiony chichot i zobaczyłam, jak lekko się kołysze jedna z gałęzi potężnej półksiężycowej jodły, którą Jaromir i stary Stucky w listopadzie opletli łańcuchami lampek, podejmując ryzykowną wspinaczkę. To znaczy wspiął się Jaromir, a stary Stucky trzymał drabinę. Drzewko zawdzięczało swoją nazwę temu, że światełka wisiały tylko na gałęziach od strony hotelu. Podobno łańcuchy od trzydziestu lat były wciąż te same, ale drzewo przez ten czas urosło, a lampek nie przybyło i dlatego wystarczało ich teraz zaledwie na połowę jodły. Toteż wieczorem jedna jej część świeciła się i iskrzyła, idąc w zawody ze lśniącymi szybami w oknach, podczas gdy zwrócona ku dolinie ciemna i martwa połowa stapiała się z nocnym niebem, tak samo jak księżyc. Półksiężycowa jodła stanowiła jednocześnie granicę między wypielęgnowaną zielenią a pozostawioną sobie naturą. Co jednak teraz, gdy wszystko przykrywała gruba warstwa śniegu, nie miało i tak żadnego znaczenia.

Drzewo to rzeczywiście mogło być doskonałą kryjówką dla kogoś, kto ma jedynie metr dwadzieścia wzrostu. Rozłożyste i gęste gałęzie opuszczały się aż do samej ziemi, a pod nimi prawdopodobnie było i miękko, i sucho, bo do podłoża z mchu i igieł na razie nie dostał się śnieg.

Aby nie spłoszyć dzieciaków, nie podeszłam tam od razu, tylko zatoczyłam dyskretny łuk.

– Te supersprytne bliźniaki naprawdę znają świetne kryjówki – powiedziałam scenicznym szeptem. – Szkoda, że nie mogę ich znaleźć i nie pokażę im bombowej niespodzianki, którą mam dla nich. Nie chodzi tylko o wiewiórkę...

Poszeptywanie pod jodłą. Nie potrafiłam powstrzymać się od uśmiechu.

Ale radość nie trwała długo.

– Nie dajcie się nabrać, Jaydenie i Ashu Bauerowie z Limburga an der Lahn! – krzyknął Don tuż za moimi plecami. Opuścił swoje miejsce na sankach, aby dalej uprzykrzać mi życie. – Ona nie ma dla was żadnej niespodzianki. A już na pewno żadnej wiewiórki! Chce was tylko złapać, a potem przywlec do rodziców i zepsuć zabawę! Lepiej zwiewajcie!

– Jayden i Ash są na tyle roztropni, że nie będą słuchać durnego Dona – powiedziałam z nadzieją, lecz tamci dwaj już wypełzli spod jodły i z wrzaskiem i śmiechem puścili się pędem przez parking. Don bił im brawo. Nie pozostało mi nic innego, jak pognać za nimi. Tyle że moi podopieczni pobiegli niestety w niewłaściwym kierunku, a mianowicie w dół, do drogi, oddalając się od hotelu. Zręcznie przeskoczyli przez utworzoną przez odśnieżarkę barierę z brudnego śniegu i lodu, przecięli jezdnię i po drugiej stronie drogi zaczęli wdrapywać się znowu na wysoki zwał śniegu.

– Nie róbcie tego! To niebezpieczne! – krzyczałam, wspinając się za nimi.

To było naprawdę niebezpieczne. Droga nie należała wprawdzie do ruchliwych, ponieważ prowadziła wyłącznie do hotelu, za to wiła się jak błyszcząca czarna wstążka ryzykownymi serpentynami aż do doliny i w gruncie rzeczy była dosyć stroma. A jeszcze bardziej strome było porośnięte jodłami zbocze, po którym biegła. I z którego bliźniacy wśród głośnego śmiechu właśnie zaczęli ześlizgiwać się w dół. Jak małe zwinne małpki chwytali się nisko wiszących gałęzi i błyskawicznie zjeżdżali coraz niżej. Wielokrotnie rozpuszczona w słońcu i znowu ściśnięta mrozem warstwa śniegu nie utrzymywała mnie – w przeciwieństwie do nich – na powierzchni, wskutek czego niemal przy każdym kroku z trzaskiem zapadałam się co najmniej po kolana, jakbym próbowała przebiec przez karmelową skorupę crème brûlée w gigantycznej, ukośnie nachylonej salaterce.

– Stójcie! – krzyczałam z desperacją. – Proszę! Stójcie!

– Stójcie, prujcie, plujcie, żujcie! – wydzierali się rozbawieni bliźniacy. Don miał rację. Nie byłam dla nich żadnym autorytetem.

Chłopcy pokonali już następną serpentynę i znowu wdrapywali się na jezdnię.

– Macie się natychmiast zatrzymać! – Pospiesznie wyciągnęłam nogę z wyjątkowo głębokiej dziury w śniegu, po czym spróbowałam stawiać większe kroki. – Tutaj są... niedźwiedzie.

– Niedźwiedzie, śledzie, baba jedzie, po obiedzie, bum! – Jeden z nich właśnie się przewrócił, po czym zjechał na siedzeniu z impetem w dół, zatrzymując się na drzewie, i zaśmiewał się do rozpuku. Jego brat uznał to za świetną zabawę, wobec czego również usiadł, najwyraźniej zamierzając pokonać ten sam odcinek na swoich czterech literach.

– Nie rób tego! – krzyknęłam przerażona, wyobrażając sobie, jak pędzą na łeb, na szyję w dół stromego wzniesienia, żeby na koniec skręcić sobie kark na pniu drzewa albo trafić na drodze pod koła samochodu.

Wydało mi się, że słyszę warkot silnika, zdwoiłam więc wysiłki, by posunąć się do przodu. Straciłam jednak równowagę i padłam brzuchem w śnieg, zamieniając się natychmiast w bobsleja o kształcie człowieka. Rozłożenie ciężaru i gładka powierzchnia mojego płaszcza sprawiły, że niepowstrzymanie prułam w dół po śnieżnym dywanie i nie zdołały mnie zastopować ani wyciągnięte rozpaczliwie do przodu ramiona, ani wydobywający się ze mnie dziki ryk w postaci czegoś tak mało oryginalnego jak „Nieeeeeeeeeeeee!”. Wyprzedziłam bliźniaki, z impetem przefrunęłam nad kolejnym zwałem śniegu i wylądowałam pośrodku jezdni. To wszystko działo się tak szybko, że moje życie nawet nie zdążyło przemknąć mi w kolorowych obrazach przed oczami.

Dzieciaki także przeleciały z rozpędem nad usypiskiem śniegu i opadły na mnie. Sądząc po ich radosnym śmiechu, nic sobie nie zrobiły. Jeśli o mnie chodzi, nie miałam pewności. Lecz zanim w ogóle mogłam sprawdzić, czy jeszcze żyję, usłyszałam pisk hamulców. A zaraz potem wzburzony głos:

– Czy wyście powariowali? O mało was nie przejechałem!

Zsunąwszy sobie z twarzy jedną z nóg bliźniaków, spróbowałam podnieść głowę. Niewiele więcej niż metr od nas znajdował się zderzak samochodu. Było to nieduże ciemnozielone auto z zurychską rejestracją o szeroko otwartych drzwiach. Kierowca, chłopak niewiele starszy ode mnie, stał tuż przed nami. Wyglądał na śmiertelnie wystraszonego, co ani trochę mnie nie dziwiło.

Zdjęta przerażeniem zaczęłam nagle dzwonić zębami. Naprawdę cholernie mało brakowało.

– Czy ktoś jest ranny? – spytał chłopak.

Pozbierałam się jakoś i wstałam, zaskoczona, że to mimo wszystko możliwe po tak twardym lądowaniu, ale widocznie płaszcz z podpinką i grube rękawiczki uchroniły mnie przed otarciami i czymś dużo gorszym.

– Chyba nie – odpowiedziałam, poddając także bliźniaki szybkiej lustracji. Nigdzie śladu krwi, żadnych powykręcanych członków, siekaczy brakowało im już wcześniej, widziałam tylko rozpromienione oczy i rumiane policzki. Tak wyglądają dzieci szczęśliwe.

– Jeszcze raz! Jeszcze raz! – krzyczeli. – To było super!

Na wszelki wypadek wczepiłam się palcami w kaptury ich wciąż jeszcze śnieżnobiałych kurtek.

– To było kompletnie nierozsądne i niebezpieczne – wymyślał młody kierowca. – Mogliście zginąć.

Rany boskie, słusznie.

– To prawda – wykrztusiłam, wciąż dzwoniąc zębami. – Ogromnie mi przykro, przepraszam, ale kiedy człowiek poślizgnie się na tym zboczu, nie ma sposobu, żeby...

– A winny byłbym ja – chłopak wszedł mi w słowo. W ogóle mnie nie słuchał i najwyraźniej mówił bardziej do siebie niż do mnie. Ponurym wzrokiem popatrzył w pustkę, nie zwracając na nas uwagi. – Doszłoby do procesu, wszyscy świadkowie by nie żyli, a ja prawdopodobnie trafiłbym do więzienia, zabrano by mi prawo jazdy, a mój ojciec... – Wzdrygnął się i urwał.

Chrząknęłam.

– Czyli powinniśmy po prostu się cieszyć, że wszyscy żyjemy! – Ponieważ dzwonienie zębami ustąpiło, zdobyłam się na uśmiech. Chętnie położyłabym mu dłoń na ramieniu, aby wyrwać go z jego mrocznej wizji rzeczywistości równoległej, nie miałam jednak odwagi puścić bliźniaków. – Jak wspomniałam, jest mi strasznie przykro, że napędziliśmy ci takiego stracha. Czy byłbyś tak uprzejmy i podrzucił nas do hotelu? Bo chyba do niego jechałeś, prawda? – Oczywiście, że jechał do niego, przecież na górze nie ma nic poza nim. Przypuszczalnie był jednym z sześciu dodatkowych pracowników zwerbowanych na okres świąteczny do obsługi restauracji.

– Jesteście gośćmi z Niemiec, tak?

– Tak, pak, siak, karaka, karaku, lulapu – odpowiedział Ash. Albo może Jayden. Obaj wyglądali identycznie. Chłopak skinął głową, jakby to, co usłyszał, wszystko wyjaśniało. Otworzył bliźniakom tylne drzwi. Na wszelki wypadek puściłam ich kaptury dopiero wtedy, kiedy zapięli pasy.

– No! Załatwione. – Z ulgą zatrzasnęłam drzwi i z wdzięcznością uśmiechnęłam się do chłopaka. – Blokada drzwi! Najlepszy wynalazek od czasów prasy drukarskiej.

– Wygląda na to, że twoi bracia często ci uciekają, co?

– To nie są moi bracia. Nie jestem gościem hotelowym, tylko przyjechałam tu na całoroczną praktykę, a dzisiaj właśnie jest mój pierwszy dzień opieki nad dziećmi. – Roześmiałam się. – Jak pewnie zauważyłeś, nie jest to mój najlepszy pierwszy dzień. Ja i dzieci to niezbyt udana kombinacja. Mówiąc szczerze, już bardziej mi się podobało w pralni, chociaż od razu na początku sparzyłam się przy maglu na gorąco. I zniszczyłam serwetkę z monogramem. – Normalnie nie byłam raczej rozmowna przy obcych, widocznie tak na mnie podziałały strach i zwykła radość, że wciąż jeszcze jestem wśród żywych. Ponadto twarz młodego kierowcy jakoś wzbudzała zaufanie. – Nie powiesz nikomu, że te dzieciaki pod moim nadzorem omal nie zostały przejechane, okej? Wyleciałabym za to. – Zdjęłam rękawiczkę i wyciągnęłam do niego rękę. – Jestem Fanny. Fanny Funke. – Niewiele brakowało, a dodałabym: niedouk z Achim pod Bremą, do tego stopnia odcisnął na mnie piętno Don Burkhardt junior.

– Ben. – Chłopak potrząsnął moją dłonią. Potok słów, który wylał się ze mnie, chyba pozwolił mu się trochę odprężyć, bo na jego twarzy nawet pojawił się uśmiech. – Ben Montfort.

– A to dobre – zauważyłam. – Właściciele hotelu też się tak nazywają. Roman i Rudolf Montfortowie. To bracia...

O Boże. O. Boże. Boże. Drogi. Utkwiłam w nim wzrok z przerażeniem.

– Proszę cię, proszę, powiedz, że nie jesteś z nimi spokrewniony.

Ben uniósł z ubolewaniem ramiona.

– Przykro mi – rzekł.

Mnie też było przykro. A właściwie: współczułam sobie. I to bardzo. Bo jakby tego było mało, że z dwójką przedszkolaków powierzonych mojej opiece śmigałam po drodze jak na ślizgawce, to jeszcze oczywiście musiał się tam znaleźć akurat syn właściciela hotelu, który omal nas nie przejechał.

Podczas gdy zdruzgotana obeszłam auto, aby usiąść na fotelu pasażera, jeszcze raz przeanalizowałam szybko w myślach swój niedawny potok słów. No dobra, podałam mu jak na tacy dwa powody do zwolnienia w postaci białych kapturów oraz zniszczonej serwetki z monogramem, ale mogło być jeszcze gorzej. Gdybym na przykład wypaliła: „Montfort? Jak właściciele hotelu? Rudolf i Roman albo jak ja ich nazywam: Rudi Romantyk i Roman Raptus”.

Na siedzeniu pasażera leżała papierowa torba pełna marchewek. Podniosłam ją, zanim zajęłam miejsce.

Ben musiał być synem Romana Raptusa, starszego z braci. Wiedziałam, że z pierwszego małżeństwa ma on dziecko, które mieszka ze swoją matką w Zurychu, ale wyobrażałam je sobie raczej jako małego chłopca, a nie prawie dorosłego mężczyznę. Rudi Romantyk nie miał rodziny i mieszkał całkiem sam w niewielkim mieszkanku pod dachem, na piątym piętrze hotelu. Denise z recepcji opowiedziała mi, że młodszy z Montfortów w młodości stracił w tragicznych okolicznościach wielką miłość i od tamtej pory żyje niczym mnich. Denise niestety nie wiedziała, co to za tragiczne okoliczności, ale historia ta bardzo dobrze pasowała do pozbawionego energii Rudolfa Montforta o charakterystycznej przygarbionej sylwetce i smutnym spojrzeniu. Każdemu jednak, kogo spotykał, ten człowiek zawsze przyjaźnie kiwał głową i posyłał melancholijny uśmiech.

Uśmiech jego brata Romana natomiast był zarezerwowany wyłącznie dla hotelowych gości, pracownicy w najlepszym razie byli przez niego niezauważani, a w najgorszym – obsztorcowywani, niekiedy z najbardziej błahych powodów. Mnie do tej pory ignorował, ale już od września obawiałam się dnia, kiedy stanę się ofiarą jednego z jego napadów furii.

Możliwe, że ów dzień nadszedł właśnie dzisiaj. Skoro Roman Montfort potrafił przez cały kwadrans wydzierać się na ludzi z powodu miniplamki po paście do zębów na uniformie, a jednego z pracowników zwolnił za to, że cisnął niedopałek na ziemię przed tylnym wejściem, to co zrobi z kimś, kto pociechy hotelowych gości rzucił pod koła nadjeżdżającego samochodu jego własnego syna?

Podczas gdy Ben uruchamiał silnik, zerknęłam na niego z boku. Trudno było nie zauważyć pewnego rodzinnego podobieństwa: niebieskie oczy, wysokie czoło, mocny nos, wydatna broda, gęste brązowe włosy – dokładnie jak u ojca. Różnica polegała tylko na tym, że ten egzemplarz był młodszy. I sympatyczniejszy. Nawet z profilu jego twarz budziła zaufanie.

Mimo to – albo właśnie dlatego – wskazana była ostrożność. Powinnam uważać, aby jedynie z powodu jego przyjaznej twarzy nie uznać go za nieszkodliwego. Przecież nie jest powiedziane, że on nie nakabluje na mnie swojemu ojcu. Jak wiadomo, niedaleko pada jabłko od jabłoni...

Może jednak zapomni o tym, co się wydarzyło, kiedy wciągnę go w dowcipną rozmowę. Zaszeleściłam torbą z marchewkami.

– Widzę, że jesteś bardzo przewidujący. Dziś wieczorem ma spaść świeży śnieg, a ty już postarałeś się o nosy dla bałwanów.

Znowu znienacka się uśmiechnął.

– Te nosy są dla Hojnego i Eleganta.

Rany boskie, ten chłopak naprawdę nie ułatwiał mi sytuacji. Bo jak tu zachować czujność i wyzbyć się ufności, skoro on jeszcze na dodatek – jak się okazuje – kocha zwierzęta!

Hojny i Elegant to należące do hotelu konie, łagodne zimnokrwiste norikery, których pełne imiona brzmiały Wielki Gest i Biała Kamizelka. W letnie miesiące galopowały z rozwianymi jasnymi grzywami po górskich łąkach i kradły show obwieszonym dzwonkami włochatym krowom, uchodzącym za standardowy element dekoracyjny alpejskiej scenerii, zimą zaś ciągnęły (rzekomo z entuzjazmem) staroświeckie sanie, które stary Stucky co roku pucował na wysoki połysk dla gości hotelowych. Wciąż jeszcze miałam nadzieję, że moja praktyka przewidywała też spędzenie chociaż części czasu w stajni, ponieważ Hojny i Elegant były najmilszymi końmi, jakie do tej pory spotkałam.

– To dopiero się ucieszą – powiedziałam. – Stary Stucky zaordynował im dietę, bo podobno stojąc w stajni, za bardzo przytyły. – W czym prawdopodobnie ja też miałam swój udział, gdyż od czasu do czasu podrzucałam im obu banany, za którymi wprost przepadały. I teraz mnie też kochały. Rżały radośnie, kiedy tylko do nich zaglądałam, i czułam się podle, jeśli nic dla nich nie miałam. – A w najbliższych tygodniach czeka je sporo pracy, bo monsieur Rocher ma mnóstwo rezerwacji na przejażdżki saniami.

– Na które zawsze zapisują się same grubasy. – Ben westchnął ciężko. – Kiedy byłem mały, nie mogłem tego znieść, byłem gotów sam pchać sanie. – Pokonywał kolejne serpentyny pod górę tak wolno, że bliźniacy na tylnym siedzeniu zaczęli pokrzykiwać: „Szybciej, pypciej, kaderela, kaderlila, lula, rypciej!”, aby już po chwili, chichocząc, poszeptywać o czymś między sobą.

– Czyli jedziesz odwiedzić ojca? – kontynuowałam nieco śmielej. – O ile mi wiadomo, dzisiaj go nie ma. – Roman Montfort nie mieszkał w hotelu, tylko – co wiedziałam również od Denise – razem ze swoją przyjaciółką w Sionie, oddalonym około czterdziestu pięciu minut jazdy samochodem. Ponieważ nie trzymał się stałych godzin pracy, nigdy nie było wiadomo, czy i kiedy pojawi się w Podniebnym i jak długo w nim zostanie. W każdym razie tego dnia jeszcze go nie widziałam. Kolejny powód do wdzięczności: przecież równie dobrze mogłabym wpaść pod koła jemu.

– Nie szkodzi. Będę tutaj przez całe ferie – powiedział Ben.

– Tutaj? Ale przecież chyba nie w hotelu! – wypaliłam.

– I w dzień, i w nocy. – Rzucił na mnie okiem, nie odwracając się od kierownicy. – Masz coś przeciwko temu?

Nie, jasne, że nie. Zadawałam sobie tylko pytanie, gdzie on będzie spać. Może u swojego wuja? W okresie ferii hotel miał pełne obłożenie. Zarezerowano wszystkie trzydzieści pięć pokojów i wszystkie apartamenty, a w 212 i 213 dostawiono nawet po dodatkowym łóżku. Również w kwaterach dla personelu wszystkie miejsca były zajęte.

– Masz w hotelu swój pokój? – spytałam ostrożnie.

Ben wybuchnął śmiechem.

– No pewnie, mam do wyłącznej dyspozycji apartament książęcy – odparł drwiąco. – Bez obawy, do tej pory zawsze znalazł się jakiś kąt do spania. Ostatecznie nie przyjeżdżam tu spać, tylko pracować, jak by powiedział mój ojciec.

– Pracować? – powtórzyłam za nim.

– Wyobraź sobie, że tak. – Ben wydawał się nieco rozdrażniony. – Podczas szkolnych ferii. Jak co roku. To są moje ostatnie ferie bożonarodzeniowe przed maturą, wszyscy inni będą mogli się wyspać i świętować, rozpieszczani przez rodziców, tylko ja dzień w dzień będę wstawał o wpół do szóstej i nawet nie dostanę za to pieniędzy.

– I komu ty to mówisz? – bąknęłam, ale Ben był tak rozwścieczony, że nawet mnie nie usłyszał.

– Ty masz praktykę całoroczną, a ja coś w rodzaju praktyki dożywotniej. Wujek Rudolf przydzielił mi tym razem zastępstwo za Denise w recepcji, ale równie dobrze mógłbym chlorować wodę w basenie albo słać łóżka. Magiel na gorąco też umiem obsługiwać, a nawet grubą Trullę.

– Ojej – zareagowałam, będąc pod wrażeniem. Gruba Trulla miała wałek o średnicy metra i sześćdziesięciu centymetrów i wraz z wysłużoną Bertą, pralką z minionego stulecia, w której bębnie mogłaby zamieszkać nieduża rodzina, stanowiła świętość pralni. – To Pavel musi zostawiać dla ciebie naprawdę wielkie sztuki.

– Zostawia. – Ben uśmiechnął się dumnie i teraz wydał mi się już zdecydowanie sympatyczny, pal diabli, że był synem Romana Raptusa. Ogarnęło mnie ciepłe poczucie wspólnoty. Skoro on jest przyjacielem Pavla, to moim również.

Pavel, pan i władca pralni, zarządzał pralkami, suszarkami, maglami i prasowalnicami w piwnicy hotelu. Był to potężny, napakowany łysol z wytatuowanymi na ramionach trupimi czaszkami, wężami i pentagramami, którego łatwo można by sobie wyobrazić jako bramkarza w podejrzanym satanicznym nocnym klubie. Jednakże tylko do momentu, dopóki nie ujrzałoby się go, jak z oddaniem prasuje kołnierzyk uniformu pokojówki, i nie usłyszałoby się, jak śpiewa przy tym Ave Maria.

Pavel miał cudowny jasny baryton, a jego wykonania kantat i arii operowych przeszły do legendy. Można było go albo słuchać, albo śpiewać razem z nim. (Wreszcie okazał się przydatny abonament do filharmonii, którym moi dziadkowie mieli zwyczaj obdarowywać mnie z okazji urodzin). Pod koniec mojego praktykowania w pralni tworzyliśmy we dwoje przy akompaniamencie sześciu pralek w trybie wirowania całkiem udany duet Papagena i Paminy z Czarodziejskiego fletu Mozarta. Nawet jeśli za każdym razem zamiast „A kobieta – i to jej najważniejszy obowiązek – powinna dzielić to słodkie uczucie” on śpiewał łamanym niemieckim: „A kobita – i to jej najfajniejsza obawiązek – powinna podzielić to słodkie ciasto”, co mnie osobiście wydawało się wersją o wiele ładniejszą, zagadkową i głęboką.

Ostatnią serpentynę Ben pokonał nieco odważniej i wreszcie wyjechaliśmy z cienistego lasu. Przed nami, na oświetlonym południowym słońcem płaskowyżu, leżał Podniebny w całej swojej krasie, z licznymi strzelistymi oknami, wieżyczkami i kamiennymi gzymsami oraz balustradami. Na jego widok zawsze lekko zapierało mi dech w piersi, nie inaczej było też tym razem, ponadto odniosłam wrażenie, że z Benem działo się tak samo, chociaż może jego głębokie westchnienie miało zupełnie inną przyczynę.

Chłopak minął wjazd do podziemnego garażu i zamiast odbić w kręty podjazd do głównego wejścia, zatrzymał się na położonym niżej parkingu.

– Oczywiście jeśli chcecie, mogę was podrzucić pod same obrotowe drzwi – zaproponował, uśmiechając się drwiąco.

– Miło z twojej strony, ale podejdziemy stąd na piechotę, prawda, chłopcy? – odpowiedziałam, posyłając mu taki sam uśmiech.

– Tam stoi ten durny Don. – Bliźniacy wskazali palcami na Dona Burkhardta juniora, który z założonymi rękami tkwił w słońcu przed półksiężycową jodłą i zdawał się na coś czekać.

A mówiąc dokładnie: na nas.

Jęknęłam.

– Możecie mu spokojnie pokazać język – powiedziałam do nich, na co obaj bracia natychmiast skwapliwie wprowadzili moje słowa w czyn, przy okazji nieco oblizując samochodową szybę.

– Widzę, że masz świetne pedagogiczne podejście. – Ben zmrużył oczy, aby bliżej przyjrzeć się Donowi. – Czy to jest ten mały psychol Burkhardtów?

– Tak, to on.

Don nas zauważył i z zaciekawieniem ruszył w naszą stronę.

– Siedzą tu już od trzech tygodni, bo ich willa w Bernie jest w remoncie. Wciąż zadaję sobie pytanie, jak oni to załatwili, że ten dzieciak przez tyle czasu może nie chodzić do szkoły. W Niemczech nie byłoby to takie proste.

Ben wzruszył ramionami.

– Stary Burkhardt prawdopodobnie dał łapówkę dyrektorowi. Jeśli kiedyś to nie wystarczy, wtedy po prostu kupi całą szkołę. Przecież on kupuje wszystko, co nie zdąży się przed nim obronić.

Zabrzmiało to trochę gorzko. Bardzo chętnie dopytałabym go, co miał na myśli, ale obaj chłopcy odpięli już pasy i wysiedli z samochodu. Szybko podskoczyłam do nich i odruchowo chwyciłam za kaptury.

– Donek rymuje się z „głuchy dzwonek” i „mysi ogonek” – powiedziałam.

Usłyszałam gromki śmiech Bena.

– Ty naprawdę musisz strasznie lubić dzieci.

Wsunęłam głowę z powrotem do samochodu.

– Za to mam dobrą rękę do wysłużonej Berty. Spytaj Pavla! – Chętnie podałabym mu dłoń na do widzenia, ale przecież miałam palce wczepione w kaptury, dlatego jedynie zniżyłam głos i powiedziałam z powagą: – Wielkie dzięki. Za to, że nas nie rozjechałeś. I za to, że mnie nie zakablujesz.

Przez ułamek sekundy w jego spojrzeniu dostrzegłam cień powagi.

– Nie robi się takich rzeczy między nami, praktykantami – odpowiedział.

Rozpromieniłam się. Miałam rację: ktoś, komu Pavel powierzył grubą Trullę, po prostu nie mógł być złym człowiekiem.

– Fajnie, że się rozumiemy, chociaż twój oj... – zaczęłam wylewnie, ale zaraz przerwałam. Może jednak mimo wszelkiej sympatii jeszcze trochę za wcześnie, aby mu powiedzieć, jak bardzo mnie cieszy, że chyba nie wdał się w swojego nadętego ojca. – Oj, nieźle się przestraszyłeś! – dokończyłam i zatrzasnęłam drzwi.

– Proszę, proszę. Czyżby Fanny Funke z Achim pod Bremą przywiozła dzieciaki, których miała pilnować, rozklekotanym gruchotem jakiegoś nieznajomego, i to bez fotelików dziecięcych? – Dotarłszy do nas, Don powiódł wzrokiem za samochodem Bena, który skręcił w drogę prowadzącą do stajni. Prawdopodobnie chciał od razu pozbyć się marchewek.

Don odwrócił się w naszą stronę.

– Ciekawe, czy państwu Bauerom z Limburga an der Lahn to się spodoba? Chcesz sama ich spytać czy ja mam to zrobić? Właśnie przyjechali.

Ze złośliwym uśmiechem wskazał na białego mercedesa Bauerów, który wtoczył się na parking i zatrzymał się obok nas. Pani Bauer wysiadła z auta i rozbawiona pomachała białą torebką marki Dolce & Gabbana.

– Hop, hop! Tu są moje małe śnieżynki. Pięknie się komponujecie. Dobrze się bawiliście z waszą miłą opiekunką?

– Faktycznie przemilutka z niej opiekunka! Powinna się pani cieszyć, że oni jeszcze w ogóle żyją – wtrącił Don, ale pani Bauer go nie słyszała, ponieważ jeden z bliźniaków skrzeczał na całe gardło „Donek, głuchy dzwonek, mysi ogonek, ogoniasty i dzwoniasty!”, drugi zaś wrzeszczał: „Chcę jeszcze raz!”.

Pan Bauer również wysiadł i dobrodusznie wcisnął mi do ręki zmięty banknot.

– Bardzo dziękuję, że tak troskliwie zajęła się pani naszymi żywymi sreberkami.

– A to dobre! – odezwał się znowu Don. – To jakby dziękować rekinowi za to, że odgryzł tylko mały palec, a nie od razu całą nogę.

Na szczęście pan Bauer w ogóle nie zwracał na niego uwagi, ponieważ obaj synowie uwiesili się nogawek jego spodni i jeden przez drugiego paplali coś o superstromej fantastycznej ślizgawce.

– Zrobiłam to z przyjemnością – zapewniłam z takim przekonaniem, że sama prawie w to uwierzyłam.

Nie bez ulgi przyglądałam się, kiedy... (jak, do cholery, ci dwaj mieli na imię???) wsiedli razem z rodzicami do samochodu i machając, odjechali.

Gdy zniknęli za zakrętem w kierunku doliny, Don westchnął z zawodem.

– Masz we włosach jodłową szyszkę, Fanny Funke, wygląda to dosyć idiotycznie – powiedział po chwili.

Powstrzymałam się i nie sięgnęłam do włosów, tylko rozwinęłam banknot wciśnięty mi przez pana Bauera. Było to sto franków szwajcarskich. Zatkało mnie.

– Niemożliwe – rzucił Don.

A jednak możliwe. Ha!

– Mój pierwszy dzień najgorszej na świecie opiekunki do dzieci okazał się wcale nie taki zły. – Chociaż doskonale wiedziałam, że to głupota upajać się taką drobną chwilą triumfu, nie potrafiłam się opanować i delikatnie przeciągnęłam Donowi dłonią po przedziałku na głowie. – I co ty na to, Donek?

Zacisnął krnąbrnie usta (nawet wtedy wyglądał wdzięcznie), a potem się uśmiechnął.

– Na całe szczęście to dopiero początek ferii – powiedział, sepleniąc jeszcze bardziej niż zwykle. Poczułam, że moje ręce pokrywają się mimo woli gęsią skórką. Uśmiech na twarzy Dona stał się jeszcze szerszy. – Wiesz co? Powiem swoim rodzicom, że mnie też przydałaby się opieka i że pewnie hotelowe opiekunki wymyślają dla dzieci różne fajne zabawy. – Obrzuciwszy mnie wyjątkowo prostodusznym spojrzeniem swych wilgotnych piwnych sarnich oczu, kontynuował: – Mam dziwne poczucie, że w najbliższych dniach doświadczysz, Fanny Funke, paru niezbyt miłych rzeczy.

To wprost niewiarygodne, ale niestety ja też miałam takie poczucie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki