Niezapominajka. Czego nie widać w świetle - Kerstin Gier - ebook
NOWOŚĆ

Niezapominajka. Czego nie widać w świetle ebook

Kerstin Gier

4,2

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Po dwóch bestsellerowych trylogiach Czasu i Snów Kerstin Gier otwiera nam drzwi do nowej historii

Quinn jest inteligentny, popularny i bardzo cool. Matilda to szara myszka i córka znienawidzonych i zdewociałych sąsiadów z naprzeciwka. Uwielbia powieści fantasy i zdecydowanie nie jest w typie Quinna. Ale pewnego dnia chłopak musi uciekać przed stworzeniami jak z koszmaru i ulega ciężkiemu wypadkowi, po którym zaczyna dostrzegać rzeczy nie z tego świata. Komu można się zwierzyć, kiedy posągi nagle zaczynają mówić koszmarnymi rymami, a czaszki wykrzywiają się w poufałym uśmiechu? Najlepiej dziewczynie z sąsiedztwa, która jest człowiekowi całkowicie obojętna i myli mu się z jej kuzynką. Quinn ani przez chwilę nie planował, że oboje z Matildą zostaną wciągnięci w magiczną przygodę pełną niebezpieczeństw. A już na pewno nie planował zakochać się na zabój…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (18 ocen)
8
7
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewawaj75

Nie oderwiesz się od lektury

nareszcie świetna książka:). dobrze napisana, wciągająca, ciepła i nie zwalniającą tempa ani przez chwilę.
10
Solind

Dobrze spędzony czas

Bardzo fajna książka, ciekawy inny świat, nie mogę doczekać się kontynuacji 😊
00
koktajlhere

Całkiem niezła

fajna, ale momentami nudna
00
Avila93

Całkiem niezła

Trochę dłużyła mi się ta książka i nie czułam się zaangażowana w akcje
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nałuVer­gis­sme­in­nicht – Was man bei Licht nicht se­hen kann
Ori­gi­nally pu­bli­shed asVol. 1: Ver­gis­sme­in­nicht – Was man bei Licht nicht se­hen kann Co­py­ri­ght © 2021 S. Fi­scher Ver­lag GmbH, Frank­furt am Main Co­ver il­lu­stra­tion by Eva Schöf­f­mann-Da­vi­dov © 2021 Fi­scher Ver­lag GmbH, Frank­furt am Main Co­py­ri­ght © 2024 for the Po­lish trans­la­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
Ad­ap­ta­cja okładki, skład i ła­ma­nieAn­drzej Ko­men­dziń­ski
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki – z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych – moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
ISBN 978-83-8265-809-5
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla wszyst­kich, któ­rym aku­rat przyda się tro­chę ma­gii

– JEDEN DŻIN Z TO­NI­KIEM, NIE, PRO­SZĘ DWA! – I to oba dla mnie. Nie za­mie­rza­łem się upić dziś wie­czo­rem, zwłasz­cza że obie­ca­łem Las­semu zo­stać do sa­mego końca i przy­pil­no­wać, żeby po za­żar­tej grze w piw­nego ping-ponga nikt nie zde­mo­lo­wał me­bli, nie po­rzy­gał się na dy­wan czy – jak pod­czas ostat­niej im­prezy – nie za­snął w łóżku jego ro­dzi­ców. Ale plany mają to do sie­bie, że się zmie­niają. Na przy­kład ja chcia­łem ze­rwać dziś ze swoją dziew­czyną Lilly, a tym­cza­sem mia­łem na nad­garstku bran­so­letkę z na­pi­sem „Cu­kie­re­czek” i pil­nie po­trze­bo­wa­łem al­ko­holu.

– Za­raz, za­raz, prze­pra­szam! By­łam pierw­sza w ko­lejce. – Po pro­stu nie za­uwa­ży­łem tej dziew­czyny, która z obu­rze­niem spoj­rzała na mnie z ukosa. Kiedy zmie­rzy­łem ją wzro­kiem, za­czer­wie­niła się po same uszy.

– O, to ty, Qu­inn – wy­mam­ro­tała.

Ja też ją zna­łem. To jedna z có­rek na­szych gor­li­wie ka­to­lic­kich są­sia­dów, okrop­nych Mar­ti­nów albo „plag egip­skich”, jak zwykł na­zy­wać ich mój oj­ciec. Całe żeń­skie po­tom­stwo Mar­ti­nów z za­dar­tymi no­sami i blond locz­kami wy­glą­dało bez wy­jątku iden­tycz­nie. W każ­dym ra­zie ja nie po­tra­fi­łem ich roz­róż­nić.

– Nie wie­rzę, Lu­ise! – rzu­ci­łem na chy­bił tra­fił. – Szcze­rze, ni­gdy bym nie po­my­ślał, że z cie­bie taka ostra im­pre­zo­wiczka. – Zwró­ciw­szy się do bar­mana, do­da­łem: – Może pan spo­koj­nie ro­bić mój dżin z to­ni­kiem. Ta pyza nie ma w ogóle za­pro­sze­nia.

Bar­man wy­szcze­rzył zęby, a po­liczki Lu­ise jesz­cze bar­dziej po­czer­wie­niały. Ofi­cjal­nie Lasse za­pro­sił na swoją osiem­nastkę pół setki go­ści, ale nie­ofi­cjal­nie było ich co naj­mniej dwa razy tyle i drin­ków wy­star­czyło naj­wy­żej do dzie­sią­tej. Na szczę­ście jego dziad­ko­wie wnie­śli swój wkład w przy­ję­cie w po­staci tego mo­bil­nego kok­tajl­baru, który wcze­snym wie­czo­rem zo­stał do­star­czony jako pre­zent nie­spo­dzianka. Włącz­nie z bar­ma­nem.

– Po pierw­sze, nie je­stem Lu­ise, tylko Ma­tilda, a po dru­gie, Ju­lie i ja zo­sta­ły­śmy jak naj­bar­dziej za­pro­szone. Przez Las­sego oso­bi­ście – oznaj­miła Lu­ise. A ra­czej Ma­tilda, jak się wła­śnie do­wie­dzia­łem. Tro­chę drżał jej głos, praw­do­po­dob­nie z wście­kło­ści. – Po­pro­szę ca­ipi­rinhę. – Pró­bo­wała się uśmiech­nąć do fa­ceta za ba­rem, ale wy­szło to do­syć po­nuro. Mnie na­to­miast tro­chę po­pra­wił się hu­mor. „Gra­nie na ner­wach okrop­nym Mar­ti­nom” to u mnie w ro­dzi­nie od lat swego ro­dzaju spor­towa kon­ku­ren­cja, w któ­rej cza­sami uczest­ni­czyła na­wet moja wręcz cho­ro­bli­wie kon­cy­lia­cyjna matka.

– Naj­pierw wbi­jasz nie­pro­szona na im­prezę, a te­raz jesz­cze al­ko­hol? – Po­krę­ci­łem z za­tro­ska­niem głową. – Mocno za­smu­casz dziś do­brego Pana Boga, droga Lu­ise.

– Je­stem Ma­tilda, ty kre­tyń­ski, aro­gancki... – Za­ci­snęła usta. Bar­man przy­stą­pił do mie­sza­nia drin­ków, od­no­si­łem jed­nak wra­że­nie, że wrzu­ca­jąc do szkla­nek pla­sterki li­monki i kostki lodu, przy­słu­chuje się nam z cie­ka­wo­ścią.

– Ojo­joj, i jesz­cze obe­lgi? – Ktoś na­sta­wił gło­śniej mu­zykę, mimo to wi­dzia­łem, że usły­szała, co po­wie­dzia­łem, po­nie­waż skrzy­dełka jej ty­powo mar­ti­now­skiego za­dar­tego nosa wy­dy­mały się ze zło­ści. – Kre­tyń­ski, aro­gancki – no, i co da­lej? Bo­isz się, że spo­tka cię wieczne po­tę­pie­nie, je­śli do­koń­czysz?

Po­pa­trzyła na mnie z wście­kło­ścią i po chwili prze­nio­sła spoj­rze­nie z mo­jej twa­rzy ni­żej, aż za­trzy­mała je na moim nad­garstku.

– Kre­tyń­ski, aro­gancki cu­kie­reczku – wy­ce­dziła z nie­kła­maną sa­tys­fak­cją w gło­sie.

Punkt dla niej. Bły­ska­wicz­nie przy­po­mnia­łem so­bie, po co tam przy­sze­dłem.

– Wła­ści­wie to je­stem plu­szacz­kiem – sko­ry­go­wa­łem. Tak przy­naj­mniej wid­niało na bran­so­letce, którą miała te­raz za­wią­zaną na nad­garstku Lilly. A po­nie­waż ona bez prze­rwy tak się do mnie zwra­cała, to mię­dzy in­nymi dla­tego chcia­łem z nią ze­rwać. Czego te­raz już nie mo­głem zro­bić, w każ­dym ra­zie nie na trzeźwo i nie czu­jąc się jak ostatni du­pek. Po­nie­waż – nie­spo­dzianka! – wła­śnie się oka­zało, że dzi­siaj mija sie­dem­dzie­siąt pięć dni od chwili, gdy cu­kie­re­czek i plu­sza­czek są ra­zem, co naj­wy­raź­niej skło­niło ją do po­da­ro­wa­nia mi bran­so­letki wła­snej pro­duk­cji i za­pew­nie­nia, że jesz­cze ni­gdy, prze­nigdy w ży­ciu nie była tak szczę­śliwa.

Bar­man pod­su­nął nam za­mó­wione drinki, ja zaś, po­sław­szy mu prze­pra­sza­jący uśmiech, wy­chy­li­łem od razu pierw­szy dżin z to­ni­kiem jak szklankę wody. Cu­kie­re­czek? Se­rio? Gdy­bym kie­dy­kol­wiek po­wie­dział coś ta­kiego, bez dwóch zdań za­słu­żył­bym za­równo na tę bran­so­letkę, jak i na ko­lejne sie­dem­dzie­siąt pięć dni z Lilly. Za karę. Dla­czego po­słu­cha­łem ro­dzi­ców i tuż przed im­prezą nie ze­rwa­łem z nią szybko i bez­bo­le­śnie przez ko­mórkę? Wtedy nie do­szłoby do wrę­cze­nia tej kre­tyń­skiej bran­so­letki.

To, że w ogóle by­łem na tyle głupi, żeby in­for­mo­wać ro­dzi­ców o swo­ich pla­nach, wy­ni­kało je­dy­nie z tego, iż Lilly w ciągu mi­nio­nych dwóch i pół mie­sięcy przy­pa­dła im do serca bar­dziej niż moje wcze­śniej­sze panny. Matka za­wsze uwa­żała, że to cu­dow­nie, kiedy w domu bywa dziew­czyna, i dla niej wła­ści­wie wszyst­kie moje sym­pa­tie były „cu­downe” i „za­chwy­ca­jące”, oj­ciec zaś, jak się oka­zało, ra­czej hoł­do­wał za­sa­dzie „przez żo­łą­dek do serca”. Ro­dzice Lilly byli bo­wiem wła­ści­cie­lami dwóch skle­pów de­li­ka­te­so­wych w mie­ście, z któ­rych ich córka, wpa­da­jąc do mnie, czę­sto coś przy­no­siła.

– Czyli ko­niec gra­ti­so­wego car­pac­cio ci­priani i ri­sotta z bo­ro­wi­kami z do­stawą do domu? – wy­krzyk­nął z prze­ra­że­niem mój oj­ciec, kiedy do­tarło do niego, co za­mie­rzam. – Ni­gdy wię­cej ma­ka­ro­ni­ków cy­na­mo­no­wych i pra­li­nek z sor­be­tem cy­try­no­wym? Qu­inn, tak prze­pysz­nej dziew­czyny już ni­gdy nie znaj­dziesz.

– Ależ oczy­wi­ście, że znaj­dzie, Al­ber­cie! – Mama zmie­rzyła go su­ro­wym spoj­rze­niem. – I może aku­rat jej ro­dzice będą mieli stu­dio fit­ness, w któ­rym mógł­byś zgu­bić swój brzuch dar­mo­zjada. – Pod­czas gdy oj­ciec z za­wsty­dze­niem zer­k­nął na ry­su­jący się wy­raź­nie pod ko­szulą bę­ben pie­cze­nia­rza, matka od­wró­ciła się do mnie i uśmiech­nęła się po­błaż­li­wie. – Słusz­nie ro­bisz, skar­bie. Idź za gło­sem serca. Ale mimo wszystko nie wy­pada zry­wać przez ko­mórkę. Ta­kie rze­czy na­leży za­ła­twiać oso­bi­ście.

– Ab­so­lut­nie! – po­twier­dził oj­ciec. – W prze­ciw­nym ra­zie dziew­czyny znie­na­wi­dzą cię na za­wsze! Trzeba być na tyle od­waż­nym, żeby spoj­rzeć im w oczy.

I te­raz mu­sia­łem wła­śnie to zro­bić, choćby dla­tego, żeby nie za­wieść wła­snych ro­dzi­ców. Od­sta­wi­łem pu­stą szklankę. Może by­łoby roz­sąd­nie, gdyby oprócz mnie także Lilly wy­chy­liła nieco pro­cen­tów przy mo­jej dru­giej pró­bie. Się­gną­łem więc jedną ręką po drugi dżin z to­ni­kiem, a wolną cap­ną­łem ca­ipi­rinhę, któ­rej Mar­ti­nówna prak­tycz­nie jesz­cze nie tknęła, po­nie­waż była zbyt za­jęta wy­ba­łu­sza­niem sze­roko otwar­tych oczu na mnie.

– Wiesz co, Lu­ise, chyba le­piej ja to we­zmę – po­wie­dzia­łem, pod­czas gdy ją nie­mal za­tkało z obu­rze­nia. – No wiesz, żad­nych moc­nych drin­ków dla nie­let­nich.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­czą­łem prze­py­chać się przez tłum z po­wro­tem do sa­lonu, jak naj­ostroż­niej uno­sząc szklanki nad głową.

– Mam na imię Ma­tilda, ty na­dęty... plu­szaczku! – krzyk­nęła za mną. – Sam nie masz jesz­cze osiem­nastki!

– Więc módl się za mnie, że­bym nie tra­fił do pie­kła! – od­krzyk­ną­łem ze śmie­chem przez ra­mię.

– O ile nie jest już za późno – za­uwa­żył ktoś iro­nicz­nie, na co za­trzy­ma­łem się za­sko­czony. Więk­szość go­ści zna­łem ze szkoły albo z par­ko­uru, ale dziew­czyny, która sta­nęła wprost przede mną, ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem. Bo gdy­bym ją kie­dy­kol­wiek wi­dział, na pewno bym ją za­pa­mię­tał. Miała krótko ob­cięte włosy ufar­bo­wane na ja­sno­nie­bie­ski ko­lor, w no­sie tkwił je­den mały srebrny kol­czyk, a drugi w brwi, była ubrana w su­per­ob­ci­słe czarne dżinsy i czarną bluzkę z głę­bo­kim de­kol­tem. Strój uzu­peł­niały cięż­kie sznu­ro­wane glany. Oczy to­nęły w czar­nym tu­szu. Bra­ko­wało tylko wi­siora na szyi w kształ­cie od­wró­co­nego krzyża lub wy­ta­tu­owa­nej gdzieś liczby 666 i ste­reo­typ byłby ide­al­nie do­peł­niony. Mimo to, a może wła­śnie dla­tego, była do­syć atrak­cyjna. Wy­dała mi się o kilka lat star­sza ode mnie, mo­gła już prze­kro­czyć dwu­dziestkę, ale to wra­że­nie wy­ni­kało być może z moc­nego ma­ki­jażu lub jej ude­rza­ją­cej pew­no­ści sie­bie. Gdy jej usta roz­chy­liły się w prze­lot­nym uśmie­chu, na wę­dzi­dełku wargi uka­zał się trzeci kol­czyk – ten był ozdo­biony lśnią­cym nie­bie­skim ka­mie­niem. Ale jej twarz za­raz po­now­nie spo­waż­niała, a głos przy­brał nie­mal pod­nio­sły ton: – Do­brze, że cię zna­la­złam, Qu­in­nie Jo­na­tha­nie Yuri Ale­xan­drze von Arens­burg.

– Okej – po­wie­dzia­łem prze­cią­gle. Skąd ona zna moje na­zwi­sko i wszyst­kie imiona? Na­wet ja nie opa­no­wa­łem ich bie­gle. Za­wsze lekko za­wsty­dzał mnie fakt, że matka tro­chę prze­sa­dziła z ich liczbą, dla­tego nie przy­wią­zy­wa­łem do nich naj­mniej­szej wagi. Se­kwen­cja „Qu­inn Jo­na­than Yuri Ale­xan­der von Arens­burg” – wy­po­wie­dziana po­woli i z na­masz­cze­niem, tak jak zro­biła to ona – za­brzmiała nie­mal groź­nie, ni­czym po­czą­tek ja­kiejś ma­gicz­nej for­muły.

– Mu­simy po­ga­dać.

– Tylko tak się głu­pio składa, że nie mam czasu – oznaj­mi­łem. „Mu­szę za­nieść te drinki mo­jej przy­szłej eks­dziew­czy­nie, a ty wy­da­jesz się odro­binę szajb­nięta”. Z dru­giej strony, by­łem cie­kawy. – Czy my się znamy?

– Je­stem Kim. – Znowu się uśmiech­nęła i znowu szybko spo­waż­niała. – To, co ci za­raz po­wiem o to­bie, w pierw­szej chwili może się wy­dać tro­chę nie­do­rzeczne. Do­piero nie­dawno się do­wie­dzie­li­śmy, że ist­nie­jesz.

– Aha. – Nie odro­binę, ale to­tal­nie po­rą­bana, po­pra­wi­łem się w du­chu, mimo to nie po­tra­fi­łem się zdo­być na to, żeby tak po pro­stu odejść. Ona była na­prawdę bar­dzo ładna.

Lu­stro­wała mnie prze­ni­kli­wie swo­imi piw­nymi oczami.

– To ważne. Bo skoro my cię zna­leź­li­śmy, to oni też mogą.

To już za­czy­nało być kom­plet­nie idio­tyczne.

– A oni są płat­nymi za­bój­cami mię­dzy­na­ro­do­wej szajki prze­stęp­czej i chcą zdo­być tajne plany, które w ze­szłym ty­go­dniu na ulicy ja­kiś agent wsu­nął mi nie­po­strze­że­nie do ple­caka? Ewen­tu­al­nie wy­słan­ni­kami z pla­nety Me­tis, z któ­rej, choć tego nie wiem, po­cho­dzę i którą tylko ja je­stem w sta­nie oca­lić, bo...

– Spo­tkajmy się za dzie­sięć mi­nut przed do­mem – we­szła mi bez­na­mięt­nie w słowo nie­bie­sko­włosa. – A Me­tis to nie jest żadna pla­neta, tylko je­den z księ­ży­ców Jo­wi­sza. – Po czym ob­ró­ciła się na pię­cie i ode­szła. Zba­ra­niały pa­trzy­łem, jak mija bar i znika w ko­ry­ta­rzu.

– Go­rąca la­ska! – po­wie­dział mój przy­ja­ciel Lasse, który na­gle wy­rósł tuż obok i z ta­kim roz­ma­chem oto­czył mnie ra­mie­niem, że roz­la­łem tro­chę ca­ipi­rinhy. – Stary, kto to był?

– Ty mi po­wiedz, czło­wieku! W końcu to twoja im­preza. Mia­łem na­dzieję, że to jedna z two­ich cu­dacz­nych ku­zy­nek albo ktoś taki. Ma na imię Kim.

– Nie, moja cu­daczna ku­zynka to ta przy oknie, która już od do­brej pół go­dziny wy­dłu­buje so­bie gumę do żu­cia z wło­sów. A Kim wi­dzia­łem pierw­szy raz w ży­ciu, słowo – za­pew­nił Lasse. – Praw­do­po­dob­nie przy­pro­wa­dził ją któ­ryś z par­ko­urow­ców.

– Chciała, że­bym za dzie­sięć mi­nut wy­szedł do niej przed dom, gdzie pew­nie za­par­ko­wała swój sta­tek ko­smiczny.

– Su­per! – Lasse po­trzą­snął mną z za­chwy­tem, po­wo­du­jąc, że jesz­cze wię­cej al­ko­holu wy­lało się na pod­łogę. – Stary, ty to masz bra­nie u dziew­czyn! To zna­czy, cał­ko­wi­cie to ro­zu­miem. Na ich miej­scu też bym na cie­bie le­ciał, po­waga. – Się­gnął po je­den z mo­ich drin­ków i po­cią­gnął so­lidny łyk. – No bo tylko spójrz na sie­bie. Cho­dzi o te kon­tra­sty. Atle­tyczne, wy­spor­to­wane ciało i słodka azja­tycka buźka dziecka, czarne jak smoła włosy i obłęd­nie nie­bie­skie oczy... – Urwał. – O rany, ga­dam jak za­bu­jana la­ska. Ale se­rio, bra­chu, ko­cham cię!

– Lasse, ileś ty już wy­pił? – Spoj­rza­łem na niego, marsz­cząc czoło. Na trzeźwo ni­gdy nie był taki wy­lewny. Ale okej, w końcu tylko raz koń­czy się osiem­na­ście lat. Rów­nież ja za­czy­na­łem po­woli czuć dzia­ła­nie dżinu z to­ni­kiem wy­pi­tego za moją eks. – Ja też cię ko­cham, ty­pie. A ta błę­kit­no­włosa wcale mnie nie pod­ry­wała, ona po pro­stu jest... to­tal­nie po­rą­bana.

– Mnie to by było kom­plet­nie wszystko jedno. – Po­cią­gnął jesz­cze je­den łyk ca­ipi­rinhy.

– Lasse, czy ty wła­ści­wie znasz moje pełne na­zwi­sko? – spy­ta­łem. – Ze wszyst­kimi imio­nami?

– Ja­sne. Qu­inn Jo­hann Mega Gen­gar Graf Koks von Arens­burg – ro­ze­śmiał się. – Albo coś w tym stylu. – Po­tem od­krył bran­so­letkę. – Cu­kie... O w mordę, co to jest? Od Lilly? Mu­sisz się tego po­zbyć przed spo­tka­niem z nie­bie­sko­włosą, bo to nie jest ani tro­chę sexy.

– To jest nie­zdej­mo­walne – stwier­dzi­łem po­nuro. – Lilly w peł­nej eu­fo­rii za­wią­zała mi ten rze­myk na po­trójny wę­zeł, który wy­trzyma nie tylko ko­lejne sie­dem­dzie­siąt pięć dni, ale co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt pięć lat.

– Przy­da­łyby się no­życzki.

Moż­liwe. Ale je­śli prze­tnę bran­so­letkę, Lilly po­czuje się śmier­tel­nie zra­niona. Choć z dru­giej strony – jak z nią ze­rwę, to i tak śmier­tel­nie się ob­razi, a ja przy­naj­mniej od­zy­skam god­ność. A może Lilly, wi­dząc mnie bez bran­so­letki, bę­dzie do tego stop­nia do­tknięta, że zmieni front i to ona ze mną ze­rwie. Wtedy upiekł­bym, by tak rzec, dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu.

– W ła­zience na pię­trze w szu­fla­dzie pod umy­walką. – Lasse od­gadł moje my­śli. – Daj mi tę szklankę! Po­cze­kam tu na cie­bie. – Wziął mi z ręki dżin z to­ni­kiem i od razu tro­chę upił. – O rany, to chyba naj­lep­sza im­preza, jaka zda­rzyła mi się w ży­ciu. Trzeba tylko uwa­żać, żeby tym ra­zem nikt ni­czego nie wrzu­cił do akwa­rium taty.

No wła­śnie. Po szes­na­stych uro­dzi­nach Las­sego wy­da­li­śmy ma­ją­tek na kupno świe­żych ry­bek przed po­wro­tem jego ro­dzi­ców z urlopu. Żeby zna­leźć gru­bo­warga sy­jam­skiego, zbroj­nika lan­ce­to­wa­tego i tur­ku­sowo-zło­ci­stą pie­lę­gniczkę, mu­sie­li­śmy za­li­czyć wszyst­kie sklepy zoo­lo­giczne w mie­ście. Nie było to coś, co chciał­bym po­wtó­rzyć.

– Za­raz wrócę – za­pew­ni­łem, ani przez uła­mek se­kundy nie prze­czu­wa­jąc, że były to ostat­nie słowa, ja­kie na długi czas wy­po­wie­dzia­łem do mo­jego przy­ja­ciela.

Na pię­trze pa­no­wał spo­kój, na wszelki wy­pa­dek zaj­rza­łem do sy­pialni ro­dzi­ców, ale ich łóżko było nie­tknięte, na ra­zie im­preza od­by­wała się grzecz­nie na par­te­rze. Jak za­wsze w ostat­nich la­tach sta­rzy Las­sego po­je­chali na urlop i zo­sta­wili mu dom do dys­po­zy­cji pod wa­run­kiem, że gdy wrócą, za­staną go w ta­kim sta­nie, w ja­kim go opusz­czali. Przy czym po­dob­nie jak moi sta­rusz­ko­wie za mniej­sze nie­szczę­ście uzna­wali rysy na par­kie­cie niż smród pa­pie­ro­so­wego dymu wżarty w fi­ranki i dy­wany. Dla­tego pa­la­cze, dy­go­cząc z zimna, stali na ta­ra­sie, ale jak do­tąd nikt nie na­rze­kał.

No­życzki do pa­znokci, które zna­la­złem w ła­zience, nie były nie­stety prze­zna­czone dla osoby le­wo­ręcz­nej, a po­nie­waż Lilly za­wią­zała mi bran­so­letkę na pra­wym nad­garstku, tro­chę mi to za­jęło, za­nim w końcu prze­rżną­łem rze­myk. Nie­wiele bra­ko­wało, a wy­rzu­cił­bym go do ko­sza, w ostat­niej chwili jed­nak po­sta­no­wi­łem wci­snąć go do kie­szeni spodni, na wy­pa­dek gdyby Lilly chciała od­zy­skać bran­so­letkę dla swo­jego na­stęp­nego plu­szaczka. Oczy­wi­ście nie spie­szyło mi się spe­cjal­nie, żeby się tego do­wie­dzieć. Okno ła­zienki wy­cho­dziło na ulicę i na­gle ogar­nęła mnie cie­ka­wość, czy ta nie­bie­sko­włosa Kim rze­czy­wi­ście czeka przed do­mem. Nie by­łem jesz­cze zde­cy­do­wany, czy po­wi­nie­nem speł­nić jej prośbę, cho­ciaż z dru­giej strony chęt­nie bym się do­wie­dział, skąd ona – w prze­ci­wień­stwie do mego naj­lep­szego przy­ja­ciela – zna wszyst­kie moje liczne imiona i czego tak na­prawdę ode mnie chce. „Do­piero od nie­dawna wiemy, że ist­nie­jesz” – co to niby miało zna­czyć?

Prze­zor­nie zga­si­łem świa­tło i naj­ci­szej, jak po­tra­fi­łem, otwo­rzy­łem okno i wy­chy­li­łem się, żeby zaj­rzeć pod da­szek nad wej­ściem.

O tak, te dłu­gie nogi w cięż­kich czar­nych bu­tach zde­cy­do­wa­nie na­le­żały do niej. Naj­wy­raź­niej stała oparta ple­cami o ścianę obok drzwi. Była sama, stru­mień bez ustanku na­pły­wa­ją­cych go­ści już ustał. Ze swo­jego miej­sca nie mo­głem zo­ba­czyć jej miny, ale wi­dzia­łem, że nie­cier­pli­wie bębni pal­cami w okła­dzinę muru. Chyba rze­czy­wi­ście na mnie cze­kała.

No do­bra, w ta­kim ra­zie po­ga­dam z nią. Lilly mogę za­jąć się póź­niej.

W mo­men­cie gdy za­mie­rza­łem za­mknąć okno, żeby po­tem zejść na dół, z cie­nia rzu­ca­nego przez ro­śliny przed do­mem wy­ło­niła się ja­kaś po­stać i wy­ło­żoną ka­mie­niami ścieżką ru­szyła po­woli w kie­runku drzwi wej­ścio­wych. Za­cie­ka­wiony znów po­chy­li­łem się do przodu. Był to nie­wiel­kiego wzro­stu męż­czy­zna w płasz­czu i ka­pe­lu­szu, w ską­pym świe­tle nie po­tra­fi­łem osza­co­wać jego wieku. Po­nie­waż jed­nak tego ro­dzaju ka­pe­lusz wi­dy­wa­łem je­dy­nie u dziad­ków spa­ce­ru­ją­cych z jam­ni­kami szorst­ko­wło­symi, za­ło­ży­łem więc, że jest ra­czej star­szy. Naj­wy­raź­niej nie na­le­żał do uro­dzi­no­wych go­ści, tylko zna­lazł się tu­taj ze względu na tę Kim, która na­gle ode­rwała się od ściany.

– Co pan tu robi! – krzyk­nęła prze­ra­żona.

Męż­czy­zna się za­trzy­mał.

– Na­prawdę my­śla­łaś, że cię nie za­uwa­żymy? Na na­szym te­re­nie?! Trzeba przy­znać, że nie bra­kuje ci tu­petu! – Miał dziw­nie chra­pliwy głos i wcale nie mu­sia­łem sły­szeć re­ak­cji nie­bie­sko­wło­sej, żeby stwier­dzić, że nie jest to by­naj­mniej nie­szko­dliwy wła­ści­ciel jam­nika.

Zro­biła kilka kro­ków w bok, dzięki czemu te­raz wi­dzia­łem całą jej po­stać. Wy­glą­dała na wy­jąt­kowo spiętą.

Męż­czy­znę chyba ucie­szyła jej re­ak­cja.

– Tro­chę za późno, dzie­cinko – po­wie­dział, śmie­jąc się ci­cho. – Nam nikt tak ła­two nie umknie.

Kim ro­zej­rzała się do­okoła, jakby szu­kała drogi ucieczki. Albo ko­goś, kto by jej po­mógł.

Nar­ko­tyki. To pierw­sze, co przy­szło mi do głowy. Dziew­czyna jest di­lerką i sprze­da­wała to­war na te­re­nie kon­ku­ren­cji.

Nie­zna­jomy znowu ru­szył wol­nym kro­kiem.

– Za­raz wy­śpie­wasz mi wszystko, co mu­szę wie­dzieć. Kto jesz­cze jest w to za­mie­szany, jak do tego do­pro­wa­dzi­łaś i kto za tym stoi...

– Wo­la­ła­bym już umrzeć – od­parła ci­cho Kim.

Tym ra­zem męż­czy­zna ro­ze­śmiał się gło­śno, za­brzmiało to rów­nie chra­pli­wie i zło­wrogo, jak jego mowa.

– Taką prośbę za­wsze chęt­nie speł­niamy. I to za prze­wi­nie­nia mniej­sze od two­jego. Ale przed­tem jesz­cze tylko tro­chę po­roz­ma­wiamy. Przy czym nie wi­dzę prze­szkód, że­byś już za­częła umie­rać.

Dziew­czyna rap­tem zro­biła wy­krok w bok, jakby chciała prze­te­sto­wać pręd­kość jego re­ak­cji. Pstryk­nął pal­cami. Roz­le­gło się war­cze­nie, nie po­tra­fi­łem go do­kład­nie zlo­ka­li­zo­wać, ale gdy je usły­sza­łem, włosy sta­nęły mi na gło­wie. Czy to ten dzia­dek tak wark­nął? W każ­dym ra­zie ów upiorny od­głos spra­wił, że Kim znie­ru­cho­miała jak ra­żona prą­dem.

– Nic mi pan nie może zro­bić – wy­krztu­siła. – To wy­wo­ła­łoby za dużo ha­łasu. Poza tym... mam no­tatki, które w ra­zie mo­jej śmierci zo­staną upu­blicz­nione. Na­gra­nia wi­deo...

Na dziadku nie zro­biło to wra­że­nia.

– Czyżby? Co ty po­wiesz? – rzu­cił i się­gnął do kie­szeni płasz­cza.

Nie­wiele my­śląc, wspią­łem się na pa­ra­pet, ze­sko­czy­łem na da­szek nad wej­ściem i wy­ko­nu­jąc per­fek­cyjne czte­ro­punk­towe lą­do­wa­nie, se­kundę póź­niej zna­la­złem się na ścieżce mię­dzy nie­bie­sko­włosą a męż­czy­zną, tak jak setki razy ćwi­czy­łem wcze­śniej na par­ko­uro­wych tre­nin­gach. Do­piero kiedy się wy­pro­sto­wa­łem, do­tarło do mnie, co zro­bi­łem. Można po­wie­dzieć, że by­łem nie mniej oszo­ło­miony niż ta dwójka, ga­piąca się na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Ale na za­sta­na­wia­nie się nie było już czasu.

– Spa­dajmy stąd! – Chwy­ci­łem dziew­czynę za rękę i po­cią­gną­łem za sobą. Po­nie­waż drzwi do domu były za­mknięte, a doj­ście do ulicy blo­ko­wał nie­zna­jomy, je­dyna droga ucieczki, jaka nam po­zo­sta­wała, to skok przez gę­sty ży­wo­płot od­dzie­la­jący fron­towy ogró­dek od reszty działki. Przy­jaź­ni­łem się z Las­sem od ma­łego, dla­tego zna­łem tu nie­mal każdy metr rów­nie do­brze jak u sie­bie w domu i wie­dzia­łem, w któ­rym miej­scu można prze­ci­snąć się mię­dzy zwar­tymi krze­wami. Naj­pierw prze­pchną­łem przez cia­sny prze­świt Kim, a po­tem przedar­łem się tuż za nią, nie oglą­da­jąc się do tyłu na męż­czy­znę i li­cząc na to, że jesz­cze nie do­szedł do sie­bie po moim nie­ocze­ki­wa­nym po­ja­wie­niu się. Je­śli uda nam się okrą­żyć dom od tyłu, mo­gli­by­śmy do­stać się na ta­ras, a z niego do środka, gdzie by­li­by­śmy bez­pieczni.

– Co to za typ? – wy­dy­sza­łem, pę­dząc przez ciem­ność ku smu­dze świa­tła pa­da­ją­cej na traw­nik z ogrodu zi­mo­wego.

– Jak można być ta­kim kre­ty­nem? – rzu­ciła nie­mal jed­no­cze­śnie.

Przy­znaję, to nie był spe­cjal­nie mą­dry po­mysł, żeby tak spon­ta­nicz­nie i bez ja­kie­go­kol­wiek planu wy­ska­ki­wać z okna. Te­raz zda­łem so­bie z tego sprawę. Pew­nie le­piej by było ci­snąć z góry w fa­ceta w ka­pe­lu­szu czymś cięż­kim, na przy­kład wagą ła­zien­kową. Albo krzyk­nąć jak naj­niż­szym gło­sem: Po­li­cja! Pro­szę po­woli pod­nieść ręce i od­wró­cić się twa­rzą do ściany. Ale tak czy owak to był miły gest z mo­jej strony. I do­syć bra­wu­rowy. Nie­wdzięczna dziu­nia.

– Nie ma za co – po­wie­dzia­łem.

– Ty nic nie ogar­niasz. Oni w żad­nym wy­padku nie mogą cię do­rwać.

– Mnie? – zdzi­wi­łem się. Ona na­prawdę wy­da­wała się co­raz bar­dziej za­bawna. O ile mi wia­domo, jak na ra­zie nikt nie gro­ził, że mnie za­bije. – Co tu się wła­ści­wie dzieje? To ja­kieś od­je­chane co­splay, tak?

Nie od­po­wie­działa, być może dla­tego, że ja­kieś dzie­sięć do pięt­na­stu me­trów od nas zza wę­gła domu wy­ło­niły się trzy po­sta­cie. Nie była to nie­stety żadna ob­ści­sku­jąca się para z uro­dzi­no­wej im­prezy, która ze­szła z ta­rasu, tylko fa­cet i ko­bieta, a mię­dzy nimi coś przy­po­mi­na­ją­cego gi­gan­tycz­nego psa.

– Ja pier­ni­czę! – szep­nęła Kim.

Ow­szem, w mordę jeża.

Ko­bieta wy­glą­dała ra­czej nie­szko­dli­wie, na­to­miast już sam cień jej part­nera zdra­dzał ko­goś znacz­nie młod­szego i bar­dziej mu­sku­lar­nego od dziadka w ka­pe­lu­szu; praw­dziwy pro­blem sta­no­wił jed­nak pies – się­gał męż­czyź­nie pra­wie do bio­der. Dało się sły­szeć gło­śne zia­ja­nie, mon­strum wy­ry­wało się w na­szą stronę, naj­wy­raź­niej po­wstrzy­my­wane je­dy­nie przez smycz.

Gdzieś za nami przez ży­wo­płot prze­dzie­rał się ka­pe­lusz­nik, co bar­dziej sły­sze­li­śmy, niż wi­dzie­li­śmy. Zna­leź­li­śmy się w pu­łapce.

Ogród z boku domu li­czył za­le­d­wie kilka me­trów sze­ro­ko­ści, a za nim wy­ra­stał dwu­me­trowy mur są­sia­dów, hoj­nych dziad­ków Las­sego. Oprócz kilku krza­ków po­rze­czek, kom­po­stow­ni­ków i sterty drewna na opał znaj­do­wał się na nim także skła­dzik na na­rzę­dzia. Mu­zyka i gwar im­prezy były le­dwo sły­szalne. Wo­ła­nie o po­moc nie miało sensu.

Ist­niało tylko jedno wyj­ście.

– Tędy – syk­ną­łem, po czym chwy­ci­łem nie­bie­sko­włosą za rękę, prze­ci­sną­łem się ra­zem z nią przez krzaki i ru­szy­łem pę­dem ku skła­dzi­kowi. – Dasz radę prze­sko­czyć przez ten mur?

Praw­do­po­do­bień­stwo, że ona też tre­nuje par­kour i bez pro­blemu po­kona dwa me­try, nie było zbyt duże, ale tro­chę uła­twi­łoby nam sy­tu­ację.

– Nie, nie dam! Mu­sisz ucie­kać beze mnie, sły­szysz? Oni nie mogą cię zła­pać.

Co ona, do cho­lery, do mnie ma? Nie­ważne, roz­gryzę to póź­niej. Wy­glą­dało na to, że nasi prze­śla­dowcy na ra­zie jesz­cze się przy­go­to­wy­wali, w każ­dym ra­zie nie było sły­chać ich kro­ków, tylko sam głos ka­pe­lusz­nika wy­da­ją­cego gdzieś zza krza­ków po­le­ce­nia.

– Z nią jest jesz­cze ja­kiś smar­kacz. Weź­cie ich oboje – wy­char­czał. – Ale dziew­czynę mu­szę mieć żywą. Spu­ście Si­rin!

A niech to szlag! Si­rin to pew­nie ten gi­gan­tyczny pies. A skoro za­leży im wy­łącz­nie na ży­wej dziew­czy­nie, to zna­czy, że smar­ka­cza, czyli mnie, mo­gła roz­szar­pać be­stia.

Mu­sie­li­śmy się po­spie­szyć. Kiedy Lasse był jesz­cze mały, jego dziad­ko­wie za­in­sta­lo­wali w mu­rze obok skła­dziku coś w ro­dzaju klapy dla kota, aby wnuk w każ­dej chwili mógł przejść do ich ogródka. W dzie­ciń­stwie bar­dzo czę­sto prze­ła­zi­łem ra­zem z nim przez tę dziurę i mia­łem na­dzieję, że przej­ście na­dal ist­nieje. Pod­czas gdy Kim fuk­nęła, że­bym nie zwra­cał na nią uwagi, tylko ucie­kał sam, przy­klęk­ną­łem, wy­ma­ca­łem uchwyt i unio­słem klapę.

– Ty pierw­sza!

Otwór był nie­duży, ale na szczę­ście nie­bie­sko­włosa była szczu­pła i zwinna. Ode­tchną­łem z ulgą, że nie tra­ciła czasu na dal­sze dys­ku­sje ze mną co do ko­lej­no­ści, tylko bły­ska­wicz­nie prze­ci­snęła się na brzu­chu. Cho­ciaż mimo wszystko nie omiesz­kała z prze­ję­ciem wy­szep­tać:

– Mu­simy się roz­dzie­lić, Qu­inn! Bie­gnij i za­trzy­maj się do­piero wtedy, gdy bę­dziesz bez­pieczny. Bez względu na to, co się wy­da­rzy, i bez względu na to, co usły­szysz, nie za­wra­caj, żeby mnie ra­to­wać. Obie­caj mi to!

– No do­bra, do­bra. – Nie dało się nie za­uwa­żyć, że to dla niej na­prawdę ważne, aby nie zo­stała ura­to­wana przeze mnie.

– Ve­na­to­res, ca­pite! – krzyk­nął chra­pliwy głos, gdy klapa wła­śnie za­mknęła się za nią. Ze­rwa­łem się na równe nogi. Czy po­ja­wili się ko­lejni ści­ga­jący o imio­nach Ve­na­to­res i Ca­pite? Roz­le­gło się krót­kie skam­le­nie, a ja ze stra­chu, że ta wielka be­stia za­raz wbije kły w moje stopy, gdy aku­rat będę się prze­ci­skał przez otwór, wzią­łem krótki roz­bieg, wcią­gną­łem się na mur i ze­sko­czy­łem do ogrodu dziad­ków. W samą porę. Bo kiedy wy­lą­do­wa­łem na ziemi, usły­sza­łem, jak pies z uja­da­niem przedarł się przez krzaki po­rze­czek i wpadł pro­sto na mu­ro­waną prze­szkodę. Cho­ciaż wy­glą­dał na ogrom­nego, taka ba­ry­kada była dla niego naj­wy­raź­niej nie do po­ko­na­nia. Je­śli zaś o mnie cho­dzi, wie­lo­mie­sięczne tre­ningi z Las­sem jed­nak się opła­ciły. Je­żeli tamci nie od­kryją za­raz klapy, mur tro­chę opóźni po­ścig.

Po dziew­czy­nie prze­padł wszelki ślad. Czy po­pę­dziła ku ulicy czy może w stronę są­sied­nich ogro­dów? Nie mia­łem po­ję­cia. I choć roz­dzie­le­nie się i zwa­bie­nie na­szych prze­śla­dow­ców w dwa różne kie­runki teo­re­tycz­nie mo­gło wy­da­wać się sprytne, chęt­nie jed­nak bym się do­wie­dział, o co, u dia­bła, w tym wszyst­kim cho­dzi.

Na chy­bił tra­fił skrę­ci­łem w lewo i obok ogro­do­wego oczka wod­nego prze­mkną­łem do ni­skiego ogro­dze­nia od­dzie­la­ją­cego działkę od po­sia­dło­ści są­siada z tyłu. Dom dziad­ków był w pełni oświe­tlony, ale oni sami spę­dzali wie­czór w ope­rze, o czym po­in­for­mo­wali, do­star­cza­jąc nie­spo­dziankę w po­staci baru. Świa­tło pa­liło się je­dy­nie dla od­stra­sze­nia ewen­tu­al­nych wła­my­wa­czy, mnie zaś po­ma­gało orien­to­wać się w ciem­no­ści. Po nie­bie­sko­wło­sej na­dal ani śladu. Mia­łem na­dzieję, że ja­koś so­bie po­ra­dziła. I że ma przy so­bie ko­mórkę, żeby we­zwać po­moc. Moja znaj­do­wała się jak zwy­kle w kie­szeni kurtki, a kurtka le­żała na łóżku w po­koju Las­sego. W kie­szeni spodni zna­la­złem je­dy­nie po­kwi­to­wa­nie otrzy­ma­nia mo­bil­nego kok­tajl­baru od dziad­ków, który ode­bra­łem za ich wnuka. Wy­jąt­kowo przy­datne.

Kiedy tuż przy so­śnie prze­ska­ki­wa­łem przez płot do na­stęp­nego ogrodu, usły­sza­łem szum brzmiący jak trze­pot skrzy­deł ptaka, gi­gan­tycz­nego ptaka, mó­wiąc pre­cy­zyj­nie. Sku­li­łem się od­ru­chowo, bo mia­łem po­czu­cie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że lada se­kunda ude­rzy mnie ol­brzy­mie skrzy­dło. Ale gdy spoj­rza­łem w górę, nic nie zo­ba­czy­łem.

Praw­do­po­dob­nie na któ­rymś z po­bli­skich drzew sie­działa tylko spło­szona sowa. Mimo to nie mia­łem czasu, by się od­prę­żyć, po­nie­waż w tym sa­mym mo­men­cie usły­sza­łem za sobą gło­śne uja­da­nie, ni­jak nie­pa­su­jące do idyl­licz­nej at­mos­fery dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, a ko­ja­rzące się ra­czej z kiep­skim hor­ro­rem. Ta psia be­stia ja­koś jed­nak po­ko­nała mur i dep­tała mi po pię­tach!

I na­gle za­da­łem so­bie py­ta­nie, czy to się dzieje na­prawdę? Czy na se­rio ści­gają mnie dziew­czyna o nie­bie­skich wło­sach, dzia­dek w ka­pe­lu­szu, gi­gan­tyczny pies i nie­wi­dzialny ptak? Co było w tam­tym dżi­nie z to­ni­kiem? Praw­do­po­dob­nie to wszystko za­raz się skoń­czy, gdy tylko włożę głowę pod zimną wodę.

Ale po­tem uja­da­nie prze­szło w wy­cie, które brzmiało tak prze­raź­li­wie, że nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak pu­ścić się bie­giem da­lej. Póź­niej za­wsze będę mógł się śmiać z sa­mego sie­bie.

Da­łem dyla przez ja­sno oświe­tlony i na­szpi­ko­wany czuj­ni­kami ru­chu traw­nik i prze­sko­czy­łem przez płot my­śliw­ski do na­stęp­nego ogrodu. Tam od razu od­bi­łem w bok, wsze­dłem po drew­nia­nej kra­tow­nicy na dach ga­rażu, aby przez pod­jazd wy­biec na rów­no­le­głą ulicę, którą prze­cią­łem, po czym przez ko­lejny pod­jazd i ży­wo­płot do­sta­łem się do któ­re­goś z ko­lei ogrodu. „Za­trzy­maj się do­piero, kiedy bę­dziesz bez­pieczny” – po­wie­działa Kim. Świetna rada. Tylko gdzie to do­kład­nie mia­łoby być? Na­około same domy miesz­kalne, o tej po­rze ni­g­dzie nie działo się ab­so­lut­nie nic, można co naj­wy­żej na­tknąć się na do­stawcę pizzy albo sa­mot­nego jog­gera. Dzwo­nie­nie do któ­rych­kol­wiek drzwi nie miało naj­mniej­szego sensu, bo albo nikt mi nie otwo­rzy, albo za­trza­śnie mi je przed no­sem, a wtedy to po­tężne by­dlę wbije mi zęby w kark. Le­piej biec da­lej i za­cho­wać od­po­wiedni dy­stans od be­stii. Zwłasz­cza że czu­łem, jaki je­stem su­per­szybki, co w miarę prze­dzie­ra­nia się przez ko­lejne ogrody do­da­wało mi co­raz wię­cej pew­no­ści sie­bie. Par­kour po ciemku w nie­zna­nym te­re­nie to mało roz­sądny i ra­czej nie­bez­pieczny po­mysł, ale moje stopy jakby same znaj­do­wały wła­ściwe po­zy­cje do wy­skoku, a ciało było ide­al­nie sku­pione i na­pięte, gdy fru­ną­łem z jed­nego da­chu ga­rażu na drugi. Im dłu­żej bie­głem, tym wię­cej znaj­do­wa­łem w so­bie sił. Nie­moż­liwe, by kto­kol­wiek był w sta­nie za mną na­dą­żyć, a już na pewno ża­den dzia­dek w ka­pe­lu­szu. I ża­den pies na świe­cie nie po­trafi prze­sko­czyć przez ga­raż.

W kilku su­sach wspią­łem się na dąb czy też ja­kieś inne drzewo, któ­rego ko­rona wy­sta­wała po­nad na­stęp­nym wy­so­kim ogro­dze­niem. Przez mo­ment na­słu­chi­wa­łem w ciem­no­ści, czu­jąc, jak wzbiera we mnie fala dzi­kiego triumfu. Żad­nych kro­ków, żad­nych agre­syw­nych roz­ka­zów, żad­nego zwie­rzę­cego wy­cia. Zgu­bi­łem ich!

Pora wziąć głę­boki od­dech. Co­kol­wiek to miało być, było to­tal­nie sza­lone i nie­re­alne, jak scena z ja­kie­goś snu lub filmu. Je­dy­nie w fil­mie pa­dają zda­nia typu: „Mu­szę mieć ją żywą!” i „W żad­nym wy­padku nie mo­żesz do­stać się w ich ręce!”. I tylko w fil­mie da­wało się usły­szeć ta­kie od­głosy jak ten szum skrzy­deł, który rap­tem znów po­ja­wił się nade mną wraz z to­wa­rzy­szą­cym mu prze­ni­kli­wym, wy­so­kim krzy­kiem, który nie po­cho­dził chyba ani od czło­wieka, ani od zwie­rzę­cia i brzmiał jak zle­pek pi­sków i sy­ków. To tyle, je­śli cho­dzi o po­zby­cie się po­ścigu.

Rzu­ci­łem się w bok i za­czą­łem zsu­wać się po ga­łę­ziach w dół, aż w końcu mo­głem ze­sko­czyć na traw­nik. Po raz ko­lejny wy­lą­do­wa­łem w czy­imś ogro­dzie, tyle że te­raz stra­ci­łem już orien­ta­cję, przy ja­kiej je­stem ulicy, ale po­nie­waż ruch tu­taj był wy­raź­nie więk­szy, mu­sia­łem być bli­sko Ringu, gdzie znaj­do­wały się otwarte jesz­cze re­stau­ra­cje, te­atry, jeź­dziły tram­waje. Cho­dzili lu­dzie.

Tu­taj na­to­miast wszy­scy wy­da­wali się od dawna spać. Na­wet gdy roz­bły­sło kilka re­flek­to­rów uru­cho­mio­nych przez czuj­niki ru­chu, w domu i tak nikt się nie po­ru­szył. Po­now­nie roz­legł się ten dziwny od­głos, po­py­cha­jąc mnie w kie­runku ga­rażu, gdzie spo­dzie­wa­łem się na­tra­fić na otwarte drzwi od tyłu. Nie­stety, nie było mi dane to spraw­dzić. Bo za­nim do nich do­tar­łem, od­kry­łem na­gle w krza­kach wle­pione we mnie żółte śle­pia.

Nie! To nie­moż­liwe! A jed­nak – kiedy to coś zna­la­zło się w stożku świa­tła, zo­ba­czy­łem, że owo gi­gan­tyczne by­dlę to ża­den pies, tylko wilk, czarny, skoł­tu­niony i z groź­nie unie­sio­nymi fa­flami. Cze­kał na mnie.

Jego wy­szcze­rzone zęby były mon­stru­alne, po se­kundę trwa­ją­cym odrę­twie­niu moje ciało za­re­ago­wało au­to­ma­tycz­nie. Wsko­czy­łem na chy­bo­tliwy stos drewna obok ga­rażu, a z niego da­łem de­spe­rac­kiego susa na dach. Kiedy się ode­pchną­łem, parę po­lan po­tur­lało się na zie­mię. W domu na­dal nikt się nie ru­szał, a gdyby ktoś w tym mo­men­cie wyj­rzał przez okno, na pewno zo­ba­czyłby gi­gan­tycz­nego wilka ga­lo­pu­ją­cego przez traw­nik i pró­bu­ją­cego z dzi­kim war­cze­niem wsko­czyć na ścianę ga­rażu. Ale jak na złość nikt nie pa­trzył. Nikt nie spie­szył mi z po­mocą. Da­łem szczu­paka na dach ga­rażu są­sia­dów, z niego na wy­dłu­żony okap, po­tem tro­chę ni­żej na ko­mórkę na śmieci i znowu na ko­lejny ga­raż. W od­dali wi­dzia­łem ró­żowy neon sa­lonu fry­zjer­skiego miesz­czą­cego się u wy­lotu Ring­strasse. Jak w amoku pu­ści­łem się pę­dem w stronę „Czte­rech pór wło­sów”, za­mie­rza­jąc schro­nić się w ke­ba­bowni Gün­görs tuż obok sa­lonu i stam­tąd za­dzwo­nić na po­li­cję. Albo do zoo. Albo do ro­dzi­ców. „Tato, czy mógł­byś szybko po mnie przy­je­chać? Wilk i ptak ol­brzym chcą mnie po­żreć!”.

Zgiełk prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów spra­wił, że ło­pot skrzy­deł usły­sza­łem do­piero, gdy zna­la­zły się tuż nade mną. Ogar­nięty pa­niką nie ze­sko­czy­łem pra­wi­dłowo i za­miast wy­lą­do­wać na ko­lej­nym da­chu, za­koń­czy­łem swój skok gdzieś w po­wie­trzu przed nim. Rynna, któ­rej się ucze­pi­łem, na­tych­miast wy­rwała się z za­ko­twi­czeń i z hu­kiem ru­nęła ra­zem ze mną na bruk. Jedną stopę prze­szył na­gły ból, ale nie zwra­ca­jąc na niego uwagi, bie­głem naj­szyb­ciej jak po­tra­fi­łem w kie­runku skrzy­żo­wa­nia. Ośle­piony świa­tłami ja­dą­cego z prze­ciwka auta, za­uwa­ży­łem wilka do­piero w chwili, gdy rzu­cił się na mnie z boku i ze­pchnął na jezd­nię. Ostat­nią rze­czą, jaką usły­sza­łem przed rąb­nię­ciem o as­falt, był pisk ha­mul­ców idący w za­wody z od­gło­sami wy­da­wa­nymi przez skrzy­dla­tego stwora. A moja ostat­nia myśl była taka, że może te­raz w końcu ostatni nie­śpiący miesz­kańcy tej ulicy zro­zu­mieją, że ten ha­łas nie po­cho­dzi z ich te­le­wi­zora. Ale dla mnie było już za późno.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki