Pod ciemną skórą Filipin. 10 lat później - Tomasz Owsiany - ebook + audiobook + książka

Pod ciemną skórą Filipin. 10 lat później ebook i audiobook

Tomasz Owsiany

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Próbki filipińskich światów

W 2015 roku Tomasz Owsiany wyruszył na Filipiny w swoją pierwszą, samotną podróż reporterską. Wybrał interesujące go zagadnienia, ale nie ustalał trasy. Przyjął też zasadę, że wszystkie przyzwyczajenia zostawia na lotnisku. W ciągu dziewięciu miesięcy pobytu na wyspach pomieszkiwał wśród rdzennych i nierdzennych społeczności Filipin. Nawiązał bliskie więzi z mieszkańcami. Uczestniczył w codziennym życiu i niecodziennych wydarzeniach: wyrabiał węgiel, uprawiał zbieractwo, orał poletka i brał udział w niearanżowanych ceremoniach. Poznawał kulisy kolonii karnej i zaprzyjaźnił się z uzdrowicielem uprawiającym pokątnie czarną magię. Dotarł do obozu grupy paramilitarnej na Mindanao i został gościem filipińskiego multimilionera. Celem podróży poznawczej autora było doświadczenie próbek z pełnego przekroju Filipin, poznanie nieeksportowej twarzy kraju oraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak przeobrażają się tamtejsze rdzenne kultury pod wpływem nowoczesności.

Po 10 latach od pierwszej podróży na archipelag, w 2025 roku autor wraca do dawno niewidzianych ludzi i miejsc. Przygląda im się jeszcze raz – z dystansu lat, oczami bardziej doświadczonego podróżnika-reportera. I przywozi rozbudowane post scriptum do poszczególnych rozdziałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 565

Data ważności licencji: 10/31/2027

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 26 min

Lektor: Grzesław Krzyżanowski

Data ważności licencji: 10/31/2027

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Datu Sabunutan – Tomasz Owsiany

Zdjęcie na skrzydełku okładki

Z prywatnego archiwum autora

Opracowanie redakcyjne

Anna Jastrzębska

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Anna Sośnicka, Barbara Milanowska (Lingventa)

Ryciny

Tomasz Owsiany

Zdjęcia

Tomasz Owsiany

© for the text and photos by Tomasz Owsiany

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017, 2026

ISBN 978-83-287-3807-2

MUZA SA

Wydanie II, zaktualizowane i uzupełnione

Warszawa 2026

–fragment–

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Filipińskim przyjaciołom i wszystkim życzliwym ludziom, których poznałem na tamtejszej drodze

Sa mga kaibigan kong Pinoy at sa lahat ng mga nakilala kong mabait na tao habang naglalakbay diyan

Wstęp do wydania II

Zapadał zmrok, a wieś stapiała się z wolna z pagórkiem i cich­ła na tyle, na ile potrafiła. W ciemności domowej kuchni żar drzewnych węgielków rysował już wyraźnie swoje kształty. Ate1 Marlyn przechyliła plastikowy galon, który wtaszczyłem rano stromą ścieżką, i wlała nieco wody do kociołka. Wsypała ryż, postawiła stołeczek na klepisku i oparła się o drewnianą ścianę. Przypaliła kawałek zwiniętego tytoniu, dokładając własną smużkę dymu do siwych kłębków ulatujących z paleniska. Zaciągała się powoli i zerkała w moją stronę. Patrzyła, jak w jasnej plamie latarki na baterie słoneczne robiłem notatki ołówkiem. Oswoiła się już z tym widokiem, choć nadal wydawał się jej osobliwy. Rozmyślanie i zapisywanie kartek innych niż urzędowe formularze ją intrygowało. Ate Marlyn nie była wyjątkiem. Przyglądali mi się także mieszkańcy wsi Tacadang, schowanej wysoko w Kordylierze Centralnej, więźniowie w kolonii karnej na wyspie Mindoro i rybacy na wybrzeżach spustoszonych przez tajfuny. A kiedy mówiłem, że piszę książkę, czasem nie od razu mnie rozumiano. W niejednym zakątku Filipin książka wydawała się synonimem wysłużonej Biblii i przykurzonego szkolnego podręcznika, względnie raportu dla organizacji, która czegoś szuka i ma jakiś interes. Pisanie książki nie pasowało do samotnego człowieka, który przyszedł z własnej woli i nigdzie się nie spieszył; który nosił węgiel z pagórka na pagórek, żuł betel i nie robił sobie przy tym zdjęć. Jeszcze bardziej niezrozumiały był fakt, że ktoś w Polsce (Poland? Foland?) zechce z czystej ciekawości czytać o tym, co słychać po drugiej stronie globu. Dziwiono się dlatego, że własny horyzont poznawanych przeze mnie osób sięgał nierzadko do granic wyspy, łańcucha gór, skraju rodzimej prowincji. Rozproszeni na dwóch tysiącach z ponad siedmiu tysięcy filipińskich wysp, ich mieszkańcy ulegali mitom na własny i cudzy temat.

Najbardziej jednak dziwiono się, że przychodziłem właśnie do nich. Przecież na Filipiny przylatuje się dla rozrywki i zabawy. It’s more fun in the Philippines, jak głosił turystyczny slogan, zastąpiony w 2023 roku przez proste Love The Philippines. A oni zwyczajnie wiedli swój żywot. Doglądali grobów na skalnych półkach, chodzili leczyć się u duchowych uzdrowicieli, walczyli o byt na wybrzeżu, odsiadywali wyroki. Nic szczególnego. W każdym razie nie na tyle, żeby lecieć przez pół świata, tarabanić się po wertepach i rezygnować z wygód. Co innego krzyżowani pokutnicy z Pampangi czy partyzanci na wyspie Mindanao, którzy postrzegali swoje życie jako misję – istotną dla innych i wartą opisania. Pozostali, z pewnymi wyjątkami, raczej nigdy by sobie tego nie wymyślili. Mimo to zdawali się cieszyć z odmiany, jaką wnosił nowy towarzysz. Uświadamiali sobie, że mają wiele do pokazania. Cieszyli się również, że ktoś usłyszy o ich problemach, nawet jeśli nic nie miało z tego wyniknąć. Z czasem nasza odmienność się zacierała. Moja reporterska praca robiła się przeźroczysta i nie przysłaniała spontaniczności wspólnego życia. Coraz częściej ktoś zostawiał dziecko pod moją opieką, dawał pakunki do noszenia i pozwalał krzątać się po kuchni. Zaczynały łączyć nas anegdoty oraz wspólna paleta imion i nazw. Zbliżało picie palmowego wina i coraz sprawniejsze rozmowy w języku tagalskim, którego znajomości – nawet ograniczonej – nikt nie spodziewał się po „Amerykaninie”. Czuliśmy się ze sobą dobrze i swobodnie, choć nasze drogi właściwie nie miały prawa się przeciąć. Ani ze starym „szamanem” Andresem odprawiającym swoje czarnomagiczne rytuały w zatoczce na wyspie Daram, ani z wujem Ernim na Batanach, który szamanem bywał tylko raz w roku. Ani tym bardziej z młodym Oliverem, który wcześniej praktykował drobną gangsterkę w mieście i w ogóle nie śniło mu się harmonijne życie w górach. Jednak na przekór rachunkom prawdopodobieństwa poszczególne rozdziały książki mają właśnie ich twarze.

Wydarzenia opisane w I wydaniu Pod ciemną skórą Filipin przypadają na ostatni rok poprzedzający prezydenturę skrajnie kontrowersyjnego Rodriga Duterte – a także na pierwsze miesiące jego rządów. Upłynęła od nich mniej więcej dekada. Szmat czasu, który może oznaczać pełną przemian epokę albo zaledwie ciąg dni, w trakcie których nie wydarzyło się nic istotnego. Patrząc z lotu ptaka, sześcioletnia kadencja Rodriga Duterte oznacza całą erę. Nie tylko w sferze działań państwa filipińskiego, lecz także społecznych emocji oraz zewnętrznego wizerunku samych Filipin.

Antyestablishmentowy w retoryce polityk spoza Manili dawał nadzieję na ograniczenie wpływów politycznych dynastii. Rodzin, między którymi od paru pokoleń krąży pałeczka władzy. Kanalizował dosyć powszechną w społeczeństwie frustrację z powodu strukturalnej biedy i niewykorzystanego potencjału państwa i narodu. Obiecywał ukrócenie korupcji i uporanie się z istotnym problemem narkotyków i narkobiznesu. Właśnie ta kwestia zdominowała jego prezydenturę. Duterte przeniósł na cały kraj metody działania, które stosował wcześniej jako burmistrz w mieście Davao. Wprowadził inspirowaną odgórnie politykę policyjnej przemocy. Niektóre publiczne wypowiedzi można było odczytać wprost jako danie licencji na zabijanie – nawet cywilom. Rozpoczęły się pozasądowe egzekucje, wielu z nich dokonali nieokreśleni vigilante. Głównie w dzielnicach biedoty. Walka z jedną patologią wzmogła inne. Czołowe media i organizacje praw człowieka raportowały o przypadkach podkładania narkotyków, fałszywych oskarżeniach i szantażach. Wskazywano na niewinne ofiary, których symbolem stał się siedemnastoletni Kian Loyd delos Santos, bezpodstawnie zabity przez policjantów w ciemnym zaułku. Z emanującej pogodnym uśmiechem republiki popłynęły w świat zatrważające obrazy: leżących na asfalcie ciał owiniętych taśmą klejącą, opatrzonych kartonowymi tabliczkami „Pusher ako, huwag tularan” – „Jestem dilerem, nie naśladuj mnie”. Zdjęcia biedaków szlochających nad zwłokami swoich najbliższych. Wkrótce także więźniów, upchanych za kratami w nieludzkich warunkach. Na świecie śledzono rosnącą liczbę ofiar „wojny z narkotykami”, która ostatecznie wyniosła około sześciu tysięcy dwustu według oficjalnych komunikatów policji i przynajmniej dwanaście tysięcy według szacunków czołowych organizacji praw człowieka. Ponad milion dwieście tysięcy obywateli poddało się – dobrowolnie lub ze strachu – państwowemu programowi odwykowemu. Jednak tylko ułamek z nich przeszedł pełnowymiarowe leczenie, co podważało skuteczność systemu.

Tymczasem to, co bulwersowało za granicą, zyskało aprobatę sporej części Filipińczyków. Nawet jeśli nie pochwalano samych metod, często uważano je za akceptowalną cenę wielkiego oczyszczenia państwa. „Duterte był dobrym, silnym prezydentem”, „Zrobiło się bezpieczniej”. Takie opinie moi rozmówcy, należący do różnych grup społecznych i etnicznych, powtarzali w 2025 roku jak refren. W rozmowach chwalono też między innymi ustawę o zniesieniu czesnego na państwowych uniwersytetach czy usprawnienie i zdyscyplinowanie urzędów. Doceniano również efekty bodaj największego programu infrastrukturalnego w historii kraju zwanego Build!Build!Build!, dzięki któremu, także w moim odczuciu, po Filipinach podróżuje się łatwiej niż przed dekadą.

Dlatego też dużo wybaczano niepoprawnemu prezydentowi, zwłaszcza w trakcie jego prezydentury. Wielu Filipińczykom podobała się postać aroganckiego macho, jego że­lazna pięść i niewyparzony język. W utrwalaniu wizerunku niezależnego twardziela Duterte łamał wszelkie tabu. Klął jak szewc w oficjalnych wystąpieniach. Zelżył prezydenta Obamę – w kraju o bałwochwalczym podejściu do Stanów Zjednoczonych, a w zdaniu skierowanym do papieża Franciszka użył słowa „skurwysyn” – w kraju głęboko chrześcijańskim. W przestrzeni publicznej zaostrzyła się retoryka i wzrósł poziom okołopolitycznych emocji. Radykalne działania wyzwoliły radykalne opinie. Duterte oprócz zwykłych zwolenników zyskał także grono wyznawców, którzy oddolnie kierowali wrogość w stronę przeciwników głowy państwa. Sam prędko wszedł w skórę quasiautokraty i wziął na celownik swoich głośnych krytyków. Symbolem politycznych represji stała się senatorka Leila de Lima, która spędziła niemal siedem lat w więzieniu bez prawomocnego wyroku. Wystarczyły oskarżenia o uwikłanie w narkobiznes. Na dwa lata wygaszono też licencję największej prywatnej telewizji ABS-CBN. Aparat państwowy nękał pogromczynię fake newsów Marię Ressę oraz redakcję jej portalu Rappler. Odbiło się to Dutertemu czkawką, ponieważ przed końcem jego prezydentury Ressa została jedną z osobowości roku magazynu „Times” oraz współlaureatką Pokojowej Nagrody Nobla.

Rodrigo Duterte prawdopodobnie wygrałby kolejne wybory prezydenckie, gdyby nie konstytucyjny limit jednej kadencji. Zamiast jednak wrócić do Pałacu Malacañang, siedziby głowy państwa, trzy lata później został aresztowany w Manili i przeniesiony do aresztu w Hadze z nakazu Międzynarodowego Trybunału Karnego. Jego lot do Holandii w marcu 2025 roku śledziły na świecie miliony internautów. Śledził go zapewne również jego następca Ferdynand Marcos Jr., syn niesławnego dyktatora oraz Imeldy Marcos, słynącej z kolekcji kilku tysięcy par butów.

Styl prezydentury Rodriga Duterte, „wojna z narkotykami”, a także spór z Chinami o wysepki Spratly2 sprawiły, że światowe media pierwszy raz od dawna poświęcały Filipinom tyle uwagi. Jednak budowany przez nie obraz kraju nie odzwierciedlał zwykłej codzienności mieszkańców archipelagu. Dla wielu z nich antynarkotykowa zawierucha była przede wszystkim tematem publicystycznym, który nie dotyczył ich bezpośrednio. Wykrzykniki z nagłówków prasowych stanowiły jedynie nawias zwykłego życia. Kiedy w 2017 roku Siły Zbrojne Filipin (AFP) toczyły ciężkie walki z rodzimymi islamistami w mieście Marawi, mieszkający pięćdziesiąt kilometrów dalej wódz Sabunutan, bohater X rozdziału, nadal zbierał spokojnie leśny miód i odprawiał plemienne rytuały. Niniejsza książka przedstawia Filipiny właśnie z takiej perspektywy.

Szykując w 2015 roku pierwszą, ośmiomiesięczną wyprawę na Filipiny, postawiłem sobie tylko jeden cel: doświadczyć możliwie szerokiego przekroju filipińskiej różnorodności. Wybrałem więc określone grupy etniczne, rozproszone we wszystkich trzech makroregionach archipelagu. Zależało mi na tym, żeby odwiedzane miejsca poczuć i zrozumieć. Wytworzyć pewną więź. Postanowiłem zgłębić konkretne zjawiska kulturowe i społeczne, unikając wszelkiej komercji. Wykreśliłem na wstępie białe plaże Boracayu, ryżowe tarasy w Banaue i pozostałe miejsca, które zmieniły się w turystyczny produkt. Zabrałem dość pieniędzy, żeby – żyjąc skromnie, według miejscowych standardów – nie obciążać nikogo swoją obecnością i nie pasożytować na cudzej gościnności. Przyjąłem zasadę, że wszystkie przyzwyczajenia zostawiam na lotnisku i od pierwszej chwili będę próbował żyć tak jak miejscowi. Wyszukałem interesujące mnie zagadnienia, ale nie ustalałem trasy. Z premedytacją wybrałem się zupełnie w ciemno. Wszystkie relacje i portrety, które znalazły się w I wydaniu książki, są dziełem przypadkowych spotkań w nieprzypadkowych miejscach oraz skutkiem kontaktów wypracowanych po przylocie. Prowadzą od pohuraganowych ruder i szałasów do stylowej rezydencji multimilionera. Od przedstawicieli elit do outsiderów i społecznego marginesu. Kreślą obraz kraju scalającego pracowników manilskich biurowców, tradycyjne rdzenne społeczności i miliony żyjące na peryferiach nowoczesności w jeden naród.

Latem 2025 roku wróciłem po własnych śladach do dawno niewidzianych ludzi i miejsc. Do wydarzeń i spraw, które również dla mnie stały się już zastygłą opowieścią. Historią, do której chciałem dopisać post scriptum nie tylko dla zaspokojenia własnej ciekawości3.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat Filipiny stały się nam nieco bliższe. Coraz częściej zdarza się nam widzieć filipińskie twarze wśród przechodniów i znajomych z pracy. Filipińczycy zaś mogą znacznie częściej usłyszeć intrygujący język polski w swoich miejscowościach. Zacieśniły się relacje handlowe między naszymi krajami. Przybyło także publikacji o dalekowschodnim archipelagu, a rezydujący na wyspach polscy twórcy wideoblogów gromadzą spore grono widzów. Mam więc cichą nadzieję, że tym chętniej kolejni Czytelnicy zagłębią się w zebrane tutaj wycinki filipińskiej rzeczywistości. W próbki filipińskich światów.

Rozdział 1Tutaj potną tatusia

(Pampanga, Luzon)

Wysiadłem w miejscu, które miało się nie podobać. O Angeles, filarze prowincji Pampanga, mówiono na ogół niepochlebnie. Nie tylko dlatego, że niechlubna Walking Street, gdzie miejscowi i turyści zachodzą w poszukiwaniu taniego seksu, przyćmiła kolonialne zabytki miasta. Angeles razi przede wszystkim przytłaczającą siermiężnością. Widoczną. Odczuwalną. Już od pierwszych chwil miasto przykleiło mi się do ciała kurzem i mechanicznym harmidrem. Szerokie aleje i drogi zostały zawłaszczone przez auta dostawcze i długie, fantazyjnie malowane dżipneje, które stały się popkulturową ikoną kraju – barwne gruchoty, pozostające mimo upływu lat głównym środkiem lokalnej komunikacji. Między nimi krążyły charkoczące, motorowe trójkółki z boczną gondolą, które mechanicy w okolicznych warsztatach potrafili przerobić na wszystkonośne wehikuły. Transport ze średniej półki. Wszystkie razem tworzyły zgiełk nieznany europejskim uszom. Bez nich jednak filipiński organizm dostałby zawału. Wyglądałem z blaszanej kabinki trycykla. Przede mną przewijał się ciąg zupełnie nieczytelnych ulic. Rojnych i tętniących. Każdy kadr wypełniała drobnica. Okienka, kratki i wózki; szyldy, plakaty, łopoczące ogłoszenia i nalepki. Plamy, zacieki i malowane napisy. A w to wszystko wlepione jeszcze sklepiki obwoźne, przenośne warsztaty i ściany ukośne, bo z byle czego. Wzrok nie miał gdzie odpocząć. Fasady współczesnych kilkupiętrowych domów próbowały naśladować wszystko po trochu. To był przestrzenny koszmar polskich miasteczek podniesiony do azjatyckiej potęgi. Czasem salon meblowy pachnący świeżym lakierem czy witryna sieciówki uspokajały na chwilę uliczny pejzaż. W wielu miejscach tylko porządnie ubrani ludzie i życzliwe spojrzenia pozwalały wierzyć, że nie zaszedłem w zakapiorski kwartał, z którego należało czym prędzej znikać. Nie było to miejsce sprzyjające łagodnemu wkraczaniu w nową rzeczywistość. Ale musiałem zacząć właśnie tu.

Nadszedł bowiem moment, w którym Angeles i sąsiednie San Fernando przyciągają wzrok całego świata. Stają się ważniejsze od wzorowo turystycznych wybrzeży Palawanu i Czekoladowych Wzgórz na wyspie Bohol. To tutaj w Wielki Piątek, w realistycznej inscenizacji Męki Pańskiej wybrani ochotnicy zostaną przybici do krzyża. Żywi ludzie, prawdziwymi gwoździami. Wcześniej zaś w kilkudniowym preludium orszaki ascetów dokonają na głównych ulicach krwawego samoumęczenia. Legalny masochizm w pełnej krasie wyskoczy z pudełka, a tłum będzie się przyglądał.

Czynni uczestnicy krwawych obchodów są ważnym elementem zewnętrznego wizerunku Filipin. Tylko o nich pisze się na świecie regularnie co roku. Wykrzywiona grymasem bólu twarz Rubena Enaje znów świetnie się sprzeda w agencjach prasowych, a na portalach internetowych posypią się nagłówki w rodzaju: „Dał się przybić dwudziesty dziewiąty raz z rzędu”. Pokutnicy, asceci, magdarame, czyli „współodczuwający”. Różnie ich nazywają. Według lokalnych broszur są kontynuatorami okrzepłej tradycji. Religijnymi fanatykami i dewotami – według mediów. Czubkami i wariatami – według komentujących wiadomości.

Pod wieczór miałem się spotkać z aktorami szykującymi inscenizację Męki Pańskiej i poznać pierwszych pokutników, którzy dobrowolnie dają się przybić do krzyża. Teraz jednak wyczekiwałem przy barierkach wzdłuż jezdni oddzielającej katedrę od neoklasycystycznego gmachu ratusza. Wraz z garścią zapuszczonych kolonialnych budynków i handlowym bałaganem, który nawarstwił się przez dziesięciolecia, katedra i ratusz tworzyły ścisłe centrum San Fernando. Klasyczne filipińskie población. Niebawem miała rozpocząć się uliczna procesja. Policjant na środku skrzyżowania kierował ruchem. Wykonywał płynne, nieregularne gesty, coś pomiędzy rapowaniem a dyrygenturą: ręka w bok, falka i skubanie powietrza. Pojedziesz ty, ty i ty; ty chodź tu, a ciebie pies trącał. Ale i tak do jego znaków podchodzono wybiórczo. Inni funkcjonariusze pełnili dyżur przy barierkach – przydadzą się dwa dni później, kiedy w Wielki Piątek zjadą tu tłumy z innych części kraju i z zagranicy, zwłaszcza do dzielnicy San Pedro Cutud, gdzie krzyżują z największym rozmachem.

Pochód nie nadciągał, a dowodzący policjant wiedział tyle co ja. Odpowiadał bardzo uprzejmie, z lekkim uśmiechem i obowiązkowym sir na końcu. Jego kolega tymczasem stał bezczynnie i pogryzał słodką rzepę sinkamas4. Zazwyczaj tnie się ją na plastry, nadziewa na patyk i smaruje pastą bagoóng z krewetek, przesmażoną z cukrem. Ale funkcjonariusz wolał chrupać ją jak jabłko.

– Może chce pan trochę? – zaproponował.

– A chętnie, dziękuję.

– Skąd pan jest dokładnie?

– Z Polski – wyjaśniłem i zobaczyłem coraz bardziej znajomy wyraz zakłopotania. Przywołałem postać papieża i zanuciłem Papaya Dance Urszuli Dudziak, piosenkę, która po blisko czterdziestu latach odżyła na Filipinach, stając się wielkim przebojem. Na niewiele się zdało.

– Polska… Aha, w Europie. Europa jest w Ameryce? To tam przez pół roku nie ma słońca?

Ugryzłem rzepę.

Tymczasem w strumieniu pojazdów, na platformie obwieszonej białymi kwiatami, pojawiła się wielka, złocona łódź z figurą świętego Piotra. Policjant dyrygował dalej, ale łódź sama z powodzeniem torowała sobie drogę do kościoła, gdzie zacumowała i oczekiwała na procesję. Nikt z kierowców nie trąbił. Ciężarówka pełna zielonych kokosów, rowerowe riksze i obwoźny sprzedawca lodów pod tęczowym parasolem – wszyscy ze spokojem tolerowali lekki korek.

Wkrótce mieli też pojawić się biczownicy, zmierzający na dziedziniec katedry. Powszechnie wiadomo, że Kościół jest tym praktykom przeciwny. A mimo to nie zamknięto bram. Z czasem nabiorę przekonania, że to nie leżałoby w „filipińskiej naturze”. Tożsamość Filipińczyków jest przecież hybrydą, zlepkiem dawnych zwyczajów i tradycji kolonizatorów, przykrytą często tandetnym nalotem współczesnej kultury zachodniej. Spora część życia domowego toczy się tu na skraju ulicy, a cudzy głos i wzrok wpadają do wnętrza przez porowate ściany. Filipińczycy musieli wykształcić w sobie mieszankę akceptacji i obojętności. Dlatego inność z reguły nie powoduje odruchu zamykania drzwi. I dlatego też w tym ultrachrześcijańskim kraju androgyniczny prezenter, wyoutowany gej, prowadzi wywiad telewizyjny z prezydentem Republiki.

– Hey Joe, where are you going? – zagadnął kierowca trójkółki. Zrobił to pewnie odruchowo. Co rusz ktoś krzyczał: Hey, Joe! Na ogół serdecznie, nieraz złośliwie, a przede wszystkim bezrefleksyjnie. Natrętny „Joe” najpewniej pochodzi od G.I. Joe. Ksywki, którą amerykańscy żołnierze przyprawili sobie w okresie II wojny światowej i którą z czasem Filipińczycy na stałe przypięli białym z całego świata. Hiszpanie przegrali na tym polu z kretesem. Przecież to oni stworzyli z wyspiarskich księstw spójne państwo, które trzymali żelazną ręką przez ponad trzy stulecia, a biedny José i tak nie ma dziś szans. Może tłumaczyć, że nigdy w Stanach nie był, ale bez mapy czy rysunku na ziemi niewiele wskóra. Cztery dekady pod jarzmem Ameryki i kilkadziesiąt lat jej realnej dominacji wystarczyły, żeby filipińskie masy zaczęły utożsamiać białego człowieka z obywatelem Stanów Zjednoczonych. Poza tym zagadującego kierowcy prawdopodobnie zupełnie nie interesowało moje pochodzenie. Wcale też nie musiało go naprawdę interesować, dokąd szedłem. „Skąd wracasz?”, „Dokąd idziesz?” pełnią funkcję zwykłego How are you?. Tyle że trudniej je spławić niż angielskie „jak leci?”.

– Pojedziemy do Santa Lucia, do domu szefa dzielnicy – zarządziłem w końcu. Motor zaskoczył za trzecim razem i kierowca ruszył. Nie musiał pytać o nic więcej. Nawet jeśli nie wiedział, gdzie mieszkał dzielnicowy kapitan, mógł spytać każdego po drodze.

– Chodź, zapraszamy! – przywitano mnie na miejscu.

Dom szefa dzielnicy, nazywanej tu barangajem, był spory i porządny, ale bez przepychu. Próby odbywały się w przestronnym garażu obok. Natychmiast dostałem plastikowe krzesło, kubek wody do ręki i wesołych kompanów do rozmowy. „Skąd jesteś? Ile masz lat? Ile już na Filipinach? Masz już żonę? Dlaczego rozwiedziony5?! Co się stało?” Do ostatniego dnia refren pierwszych rozmów będzie brzmiał w ten sposób. Śmiechy i wygłupy zaczęły się od razu – bez dystansu i zbędnych ceregieli. Krótko po tym w progu stanął młody człowiek i posłał nam serdeczne spojrzenie zza markowych okularów. Miał na imię Richmond6. Trudno było wyczytać dokładny wiek z miękkich rysów jego twarzy. To on tego roku był odpowiedzialny za jedną z trzech miejskich procesji zwieńczonych ukrzyżowaniem. Richmond przeniósł się do Pampangi z Manili dziewięć lat wcześniej, ale dotychczas nigdy nie uczestniczył w tym konkretnym wydarzeniu. Stanęło przed nim duże wyzwanie. Tym większe, że między trzema dzielnicami toczyła się dyskretna rywalizacja. Kiedy więc dostał propozycję wyreżyserowania Via Crucis, nie odpowiedział od razu. Potem stwierdził, że to łaska. Miał raptem dwadzieścia dwa lata, jednak gra nie była dla niego pierwszyzną. Od paru lat trenował aktorów; wcielał się już w postaci Jeana Valjeana i Eryka z Upiora w operze, a z miejscową Ligą Artystyczną odegrał niedawno Jesus Christ Superstar w dialekcie kapampangan7. Nadchodzące zadanie uważał za najważniejsze, więc miał zrozumiałą tremę. Otuchy dodawał mu fakt, że aktorzy mieli już niejedną pasję za sobą i dobrze wiedzieli, co robić. Jego zadanie polegało jedynie na odpowiednim rozłożeniu akcentów i podtrzymaniu dramaturgii wszystkich dwunastu stacji oraz scen wprowadzających. Czasem centralną postacią miał się stawać Kajfasz, czasem Barabasz, innym razem Judasz. Wszystkie kwestie będą i tak puszczane z taśmy, dlatego aktorzy nie musieli ich znać słowo w słowo.

– Na ile w tym wszystkim chodzi o teatr? – zapytałem.

– Tylko częściowo. Teatr jest środkiem – odparł chłopak. – Ale nie lekceważ jego siły. Same procesje były przecież pomysłem Kościoła, prawda? To też forma spektaklu. Dopiero na początku lat sześćdziesiątych postanowiono dodać im realizmu i zaczęto praktykować prawdziwe krzyżowanie. Sceny sprzed dwóch tysięcy lat miały prawdziwie ożyć. Dajemy ludziom doświadczenie. Sam zobaczysz, jaką to ma siłę. Ludzie będą ocierać łzy i głęboko przeżywać to, co zobaczą. Tego media nie pokazują.

– Naprawdę wierzysz w duchowe oddziaływanie sztuki wśród straganów z napojami? – Akurat gdy zadałem to nieuniknione pytanie, w golfie z logo China Bank i smartfonem w ręku wszedł Poncjusz Piłat. W czasie próby będzie niósł konsolę i włączał nagrania.

Richmond sprawnie zarządził spokój i udzielił instrukcji aktorom. Najwięcej czasu miano poświęcić na scenę wyśmiewania i lżenia męczonego Chrystusa. Jeden z „Chrystusów” właśnie się zjawił. Nazywają ich kristo. W czasie drogi krzyżowej będzie ich trzech i na zmianę będą nieśli w upale ciężki krzyż. Dopiero w ostatniej scenie wcielą się odpowiednio w dobrego i złego łotra oraz samego Mesjasza. Danilo Ramos zagra tego dobrego i – jak na dobrego przystało – bardzo grzecznie usiadł na krzesełku vis-à-vis. Nie inaczej: grzecznie usiadł. Przypominał speszonego ucznia wezwanego do odpowiedzi. Drobny, o pokornym spojrzeniu. Może to kwestia kilkudniowego postu, który podejmował z własnej woli pod koniec Wielkiego Tygodnia, a może zwyczajnego onieśmielenia. Był w końcu zwykłym robotnikiem. Do krzyża miał zostać przybity bodaj dwudziesty czwarty raz. Miał czterdzieści cztery lata, choć spracowana fizjonomia sugerowała więcej.

Później zjawił się Melchor. To on zawiśnie na krzyżu jako Chrystus, do którego zresztą znakomicie się upodobnił. Bardzo starałem się nie sugerować kontekstem spotkania, jednak spojrzenie Melchora rzeczywiście miało w sobie coś pochłaniającego. Nadawało mu wyraz osoby przenikniętej duchowością, lekko nieobecnej. A może to moja podświadomość nie potrafiła oddzielić tych niepokojąco znajomych rysów od wiązanych z nimi od zawsze cech boskości? Może też fakt, że Melchor i Danilo jako jedyni w rozbrykanej trupie aktorów pozwalali sobie najwyżej na powściągliwy uśmiech, sprawiał, że wydawali się ulepieni z innej gliny? Obaj mieli podobne historie: poważną chorobę w rodzinie i wyzdrowienie bez pobytu w szpitalu, które przypisują boskiej interwencji.

Rozmowa nie szła nam łatwo. Na każde pytanie zamknięte odpowiadali zdawkowo „tak” lub „nie”. Obaj twierdzili, że nawet przed pierwszym ukrzyżowaniem w życiu zupełnie się nie bali. Powątpiewałem. Albo ich wiara faktycznie wyciszała naturalne ludzkie odruchy, albo odpowiadali frazesami.

– Sądzisz, że Bóg się cieszy, widząc twoje cierpienie? Że tego od ciebie oczekuje?

– Tak, bo widzi moją modlitwę – odparł pierwszy.

– Tak, bo modlę się za swoją rodzinę – odparł drugi.

– Rozumiem, że widzi, ale czy tego oczekuje? Czy to mu odpowiada?

– Nie wiem, czy Bogu to odpowiada, ale raczej tak. Dziękuję mu w ten sposób za każdy kolejny rok życia.

Odpowiedzi nie trzymały się kupy. Wydawało się, że obaj kristo mieli swoją wizję relacji ze Stwórcą: prostej zależności handlu wymiennego czci i poświęcenia za zdrowie oraz pomyślność. Była ona jasna, klarowna i powszechna. Danilo nawet nie chodził co niedzielę do kościoła. Mówił, że kocha Boga i jest z nim po swojemu. Zaskakujące, jak wiele głosów wtórowało mu w tej głęboko religijnej społeczności.

José Ramires, człowiek, który od lat operował młotkiem i gwoździami w czasie ceremonii, także nie miał rozterek. Zwyczajnie przyjął obowiązujący lokalnie system, w którym ktoś powierzył mu tę szczególną rolę. José nie myślał o swojej funkcji jako o przybijaniu żywego człowieka do drewna. Postrzegał ją jako zaszczyt i ważne zadanie we wspólnotowym misterium. Gwoździe były tu już dawno i prędko nie znikną. To my, obcy, przecieramy oczy.

Rozpoczęła się środowa próba na wieczornych ulicach dzielnicy Santa Lucia, pustawych po zmroku. Czasem ze skromnych domów dobiegały dźwięki telewizora; raz po raz przejeżdżała obok pojedyncza trójkółka. Psy rozszczekiwały się na widok głośnej trupy. Richmond w odpowiednich momentach dawał aktorom wskazówki. Wszyscy, z Melchorem włącznie, stosowali się do uwag młodziutkiego reżysera. Nikt nie kwestionował jego pozycji ani nie próbował zaznaczać swojego miejsca w stadzie. Między próbami wesoła kompania dokazywała dalej. Centurion zdzielił kogoś z bicza, opowiadano dowcipy. To był sympatyczny wieczór. Co rusz ktoś podchodził i mówił o swojej roli w sztuce, częstował napojem lub przedstawiał nowego towarzysza. Okoliczni mieszkańcy kwitowali gwar uśmiechami. Richmond wyjaśniał, że próbny przemarsz to także forma zaproszenia na spektakl. Trasa była od lat ta sama i najwyraźniej spodziewano się nas. W końcu aktorzy dotarli do zadaszonego boiska do koszykówki, na którym rozegra się ostatnia scena przed samym krzyżowaniem. Młoda obsada trochę swawoliła, ćwicząc szyderczy śmiech i poniewieranie Melchora. Nie szczędzono mu dodatkowych razów kijem. Tylko on, główny bohater, nie pozwalał sobie na żarty.

Sztuczna Golgota stała tuż za boiskiem. Zbudowano ją kilka lat wcześniej z cementu imitującego głazy. Płaskie podejście i szeroki szczyt wymalowano antypoślizgową farbą, żeby noga się nie powinęła na ostatniej prostej. Richmond chciał jeszcze sprawdzić, jak wypada scena nawałnicy i trzęsienia ziemi po śmierci Chrystusa. Na dany znak nastoletni apostołowie w japonkach śmignęli za scenografię i z ukrycia potrząsali gałązkami drzew. Z głośników dobiegały grzmoty, a żołnierze kulili się w przestrachu. Wszystko jak należy. Przyszedł czas na odpoczynek, papieroska i ostatnie wygłupy dla chętnych, jeszcze przed późną kolacją.

W gościnnym garażu ruszyły w obieg kubki z chłodzoną herbatą i pudełka z jedzeniem. Piłat umył ręce i zabrał się do wieprzowiny z ryżem. Każdy upewniał się, czy mi smakuje – wszak to pierwsze dni na Filipinach dla gościa z daleka.

– Wiesz, ja też jestem smakowity – zaczepił mnie jeden z apostołów, na którym historia Sodomy najwyraźniej nie zrobiła wrażenia.

W Angeles zamieszkałem w dzielnicy Santo Rosario przy ulicy Jezusa. Przy niej też działający w mieście od przeszło stu lat klub Rotary ufundował wspaniałomyślnie seledynowy pisuar na środku chodnika. Pewnie z myślą o kierowcach trójkółek, którzy wystawali tam sznurem, ucinając sobie często drzemkę w cieniu gondoli. Ale plamy moczu i tak ciemniały na zapyziałych murach i płotach, zachodząc czasami na napis „Zakaz siusiania”. Jesus Street łączyła dwa bieguny. Jednym krańcem zagłębiała się w zaciągnięty czarnym brudem żelbet, obłożony dorobkiewiczowską tapetą; w bazarowy rój, gdzie pajęczyna wiszących kabli elektrycznych motała i szatkowała przestrzeń nad głowami. Drugim krańcem wyprowadzała w kierunku pohiszpańskich willi z ogrodami i odrestaurowanego dworku Pamintuanów, w którym niegdyś przez moment biło serce Pierwszej Republiki Filipińskiej. Rozrastał się tam na cztery strony nowiuteńki bruk, szlifowany przez robotników owiniętych od karku w górę w bawełniane bluzy mające chronić przed słońcem. Powstawały geometryczne klomby, równiutkie krawężniki i elewacje w spójnym stylu. Coraz więcej nieskazitelnych aptek, banków i salonów optycznych za przyciemnianymi szybami wciskało się między budowlane tasiemce. Niedaleko było do dzielnic z pięknymi, pachnącymi ogrodami i domami w dobrym guście. A za nimi znowu na kilku hektarach kwitł XXI wiek w pełnej krasie. W tej pogmatwanej scenerii kursowała codziennie klasa średnia, cienko przędący handlarze i ledwie wiążące koniec z końcem wszystkoroby.

W Wielki Czwartek, jak co rano, sprzedawca sojowego deseru taho nosił na drągu wiaderka z puddingiem, perełkami tapioki i syropem cukrowym. Tahoooooo! – pokrzykiwał donośnie. Kolorowy uliczny targ roztaczał przyjemne zapachy oraz sporadyczną stęchliznę. W sieciowym barze Jollibee skwierczały kurczaki i hamburgery. Odświętna atmosfera narastała powoli. Gdzieś ukradkiem za wysoką bramą miejscowy majster wykańczał pozłacany ołtarz na wieczorną procesję. W marketach MiniStop reklamowano specjalne wielkopostne menu z tuńczyka: w bułce, z makaronem, a co! Przy stoisku z setkami podrabianych płyt nagrania pasyjnych śpiewów mieszały się z rytmem hip-hopu i landrynkowymi balladami.

Gdzieniegdzie jednak duch Wielkiego Tygodnia zaznaczał się wyraźnie i trochę znienacka. Wypływał z podwórzy i zaułków wraz z poważnymi dźwiękami tradycyjnej lokalnej pasji, nazywanej pabása. Pod skromną, tymczasową wiatą, wśród figur i wizerunków świętych pabása gromadziła ludzi z sąsiedztwa na śpiewanej lekturze biblijnego poematu, opisującego życie i mękę Chrystusa. Sam poemat powstał w XVIII wieku, ale tradycja ustna była znacznie starsza. Śpiew, nieco zniekształcony lichym nagłośnieniem, niósł się w nocy i o świcie. Powinien trwać nieprzerwanie przynajmniej trzy dni, ale czasem trwa i dłużej. Byle skończyć do wielkopiątkowego popołudnia. Niejeden kantor zdawał się improwizować i trafiał w co drugi dźwięk jak leciwy organista, któremu nikt nie śmie powiedzieć, że już pora przestać. Ale to zrozumiałe – śpiewali przecież zwykli mieszkańcy, do tego zmęczeni. Dyżurowali przy mikrofonie na długich zmianach, czasem dwugodzinnych. Ci młodzi, którym pewnie kazano, i starsi, którzy w ten sposób zdecydowali się zrealizować swoje postanowienie wielkopostne.

Tymczasem Pampang Road w dzielnicy Lourdes Northwest była przyjemnie spokojna i niemrawa. Wiodła wzdłuż zupełnie schludnych, kolorowych domków. Rudery zaczynały się dopiero w bocznych uliczkach. Upał już od rana szczypał w kark i wyciągał wilgoć z ciała, więc mieszkańcy chowali się w cieniu drzew i parterowych zadaszeń. To wcale nie oznaczało, że nie pracowali. Styk domu i ulicy jest przestrzenią, w której dość powszechnie w filipińskich miasteczkach toczy się gospodarskie życie. Na tym styku wielu z nich prowadziło przydomowe sklepiki sari-sari, inni zaś niewielkie jadłodajnie – mówiąc na wyrost. Gotowali po prostu ryż i rozmaite potrawki, które potem czekały w garnkach na chętnych. Mało co jest równie stałym elementem krajobrazu tutejszych ulic jak te rzędy garnków oraz girlandy saszetek za drucianą kratką sari-sari.

Wszyscy mieli przed sobą długi dzień, więc starali się odpoczywać. W sąsiednim punkcie czerpania wody głębinowej pracownicy zapełniali dziesiątki plastikowych kanistrów, a wlew plombowali szczelnie taśmą. Wody trzeba było dużo, bo właśnie tędy miały przejść orszaki pokutników w licznej asyście krewnych i mieszkańców miasta. O wydarzeniu informował różowy transparent nad bramą na wjeździe do dzielnicy. Widniał na nim Chrystus zmartwychwstały i Chrystus ukrzyżowany, a pod spodem, skromnie, burmistrz i szef barangaju zapraszali na pochód. Nad ulicą w skwarnym powietrzu poruszały się rzędy sponsorskich chorągiewek.

Szukałem w tym śniętym miejscu jakiegoś punktu zaczepienia. Wyjąłem więc napój ze skrzynki ustawionej przed domem i podałem sprzedawczyni. Tęgawa właścicielka włożyła słomkę do wysłużonej butelki i podała mi plastikowe krzesło.

– Długo tu już jesteś, Americano? – zagadnęła. – Jak to nie Americano? To skąd?!

Znowu z uśmiechem odpowiadałem na te same pytania, coraz sprawniej, bo i odpowiedzi padały identyczne. Sąsiadki ze sklepiku ścianę dalej przysłuchiwały się i włączały do rozmowy. Sklepikarka jednocześnie siekała na stoliczku drobne cebulki i wieprzowinę. Prawą stopę opierała zaś na kolanach manikiurzystki, która strugała skórki na biały ręcznik. Stoliczek kosmetyczny obok kuchennego; świńskie skórki do miseczki, a ludzkie na ziemię. Dziewczynka, pewnie córka, odwinęła z bananowego liścia słodką kokosową leguminę i postawiła mi przed nosem. Przecież gawędziliśmy, a gawędząc, się podjada. Pieniądze nie były najważniejsze.

Nieopodal czekał następny przygodny rozmówca. Opierał się o narożną latarnię. Skrzyżowaliśmy wzrok. Uniósł na moment brwi i skinął głową. Czy mi się tutaj podoba? Bo on, owszem, dobrze się tu czuje, ale rząd… uuuu! Skorumpowany.

– Nie robią niczego, żeby poprawić nasz poziom życia. Nic ich nie obchodzimy – zaczął narzekać, zamieniając chwilowo filipiński uśmiech na ściągnięte brwi. – Żeby zainwestowali w dzielnice, to nie! Aha, jestem Melvin – wtrącił przyjaźnie. – Wiesz, że Filipiny są oficjalnie trzecim najbardziej skorumpowanym państwem świata? – perorował, jakby cytował autentyczny ranking. – Nasza opieka społeczna…

– Dobra, dość ględzenia. – Ktoś z boku pociągnął mnie za rękę i nagle wylądowałem w grupce trzydziestoparolatków odpoczywających w cieniu blaszanego dachu. Jeden z nich pracował w banku, więc nawet białe Ray-Bany założył i czapeczkę wprost z Brooklynu. Wszyscy mieli tatuaże i piwne brzuszki, które wystawiali do słońca. Gospodarzem był najstarszy z nich, Dan. Chyba szczerze cieszył się ze spotkania – tyle wyczytywałem z jego pogodnej, nieco mongoidalnej twarzy. Jako pierwszy nalał mi najlepszego piwa. Pracował jako strażak, więc kto, jak nie on, miałby ugasić pragnienie? Dom Dana był skromniutki. Zbudowany z burych, nieotynkowanych bloków, byle jak posklejanych zaprawą. To nie było to, co gładki pomarańczowy budynek naprzeciwko, ze zdobioną werandą na piętrze. Ale jakie znaczenie miał budynek w tym towarzystwie? Znaliśmy się niecałą godzinę, a gadaliśmy jak starzy kumple. Okazało się, że przypadkiem wpadłem pod właściwy adres: chłopaki czekały na odpowiedni moment, żeby zacząć własną tradycyjną pokutę. Odpowiedni moment nadejdzie, gdy trunek podniesie im dostatecznie ciśnienie krwi. Wtedy zrealizują swoją ofiarę w konkretnej intencji, zwaną panata. Dan będzie modlił się o zdrowie dla synka Teddy’ego, rezolutnego dziesięciolatka, który zagadywał mnie czasem sympatycznie. Nie dostrzegłem u niego oznak choroby. Siedzący obok Allan miał natomiast wyraźny powód do modlitwy – część lewej ręki pokrywała mu ściemniała skóra obrośnięta gęstym włosiem. Ale czy właśnie o tym będzie myślał, chłoszcząc ponacinane plecy?

Dan pokazał mi swój bicz, burilyo. Był dla niego bardzo ważny, bardzo osobisty. Przekazał mu go jeszcze jego tato, trzydzieści siedem lat temu. Elastyczną, miłą w dotyku rękojeść wykonano ze splecionego materiału. Trzynaście bambusowych pręcików, każdy na oddzielnym sznureczku, klekotało cicho przy najmniejszym ruchu. Rózga przypominała raczej zabawkę do zawieszenia nad niemowlęcym łóżeczkiem niż narzędzie wymyślnej ascezy. Niektóre z pręcików zużyły się przez lata. Były delikatnie zdarte, cieńsze, z niektórych sterczały pojedyncze włókna. Wielu stara się używać jednej rózgi przez całe życie. Po zakończonym biczowaniu długo wymywają krew chłodną wodą, a następnie dezynfekują drewno alkoholem. Zazwyczaj pierwszą ofiarę w konkretnej intencji składają jako nastolatkowie i wciąż dorabiają na swoich ciałach kolejne warstwy cieniutkich blizn, mając czterdziestkę na karku.

Gdy tak rozmawialiśmy, nadciągnęli biczownicy, bardzo jeszcze młodzi. Wielu z nich nie kupiłoby piwa w sklepie, gdyby przestrzegano przepisów. Szli w kilku, na ogół boso, czasem w japonkach. Rytm ich kroków zgrywał się z regularnymi wilgotnymi odgłosami smagania. W lewo, plask! W prawo, plask! Bambusowe rózgi przypominały zakrwawione mopy. Pokutnicy pozasłaniali twarze: jedni czarnym materiałem z otworami na oczy, drudzy zwykłymi koszulkami. Ktoś założył nawet teatralną maskę z tektury. Tradycyjnie obwiązuje się głowę woalem, który trzyma w miejscu wieniec z zielonej gałązki lub kwitnącego kolorowo krzewu. Byli i tacy, którzy ograniczali się do firanki z młodego liścia kokosu.

Wyciskana uderzeniami posoka zaczynała krzepnąć na bokach pleców, a plamy przypominały skrzydła krwawych aniołów. Co pewien czas młodzi asceci przystawali, klękali i kładli się, dotykając czołem ziemi. A potem znów plask, plask! Lewa, prawa! Raz w miejscu, raz w ruchu. Dzieci z przydrożnych straganów podawały wodę do picia, nieraz całą butlę, żeby oblać głowę i plecy. Wówczas krew przestawała krzepnąć, a upał stawał się na chwilę znośniejszy. Z rzadka samodzielny biczownik podchodził sam do sklepiku, odsłaniał usta i wypijał kubek wody z sokiem. Niektórzy oglądali się za siebie, jakby upewniając się, czy kumple idą, i nieco nonszalanckim krokiem zmierzali w stronę kaplicy. Czerwone plamy zakrywały część smoków i mitycznych postaci, które tatuowano liczniej niż sylwetki świętych i deklaracje wiary. Pojedynczy rowerzyści i piesi, sprzedawca orzeszków w karmelu i obwoźny handlarz mioteł lawirowali między pryskającymi kropelkami krwi. Niejedna już spadła mi na gołe stopy, ręce i nogawki spodni. Dziwne uczucie – lepkiej, ciepławej wilgoci. Płynu z obcego ciała. Wybebeszonej fizjologii.

Mimo to siedzieliśmy dalej i sączyliśmy piwo. Nikt się nie marszczył ani nie uciekał. Patrzyły całe rodziny, a na twarzach nie było widać ekscytacji. Ten i ów przechodził bokiem ulicy, jakby w ogóle ignorował to, co działo się wokoło. Młodzież i dorośli kręcili filmiki komórkami, dyskutowali i podjadali uliczne przekąski. Tymczasem kolejni znajomi dołączali do piwnego stoliczka: jeden jak pirat drogowy, z kolczykiem i bandaną, drugi niski i chudziutki niczym fakir, z miną zbereźnego żartownisia. Pytali, co u Allana i Bolana. Miałem wrażenie, że za moment wszyscy wstaniemy i skrzyknąwszy resztę sąsiadów, pójdziemy oglądać mecz.

Pochód się nie kończył. W natłoku sylwetek wyróżniał się człowiek z rozpostartymi ramionami przywiązanymi do poprzecznej belki krzyża. Nazywają takich mamusan krus. Dźwigał ciężar w trzydziestostopniowym upale i dwukrotnie wyższej wilgotności powietrza niż w wiosennej Polsce. Pewnie nie dałby rady, gdyby nie pomoc krewnych. Za nimi wmaszerował oddział chłopaków w bojówkach moro. Ktoś prowadził ich z przodu jak zastęp harcerzy. Szli równo. Smagali się mocno, niektórzy podwójnie grubą rózgą. Każdy z modną fryzurą. Jeden odsłonił nawet twarz, uśmiechnął się do tłumu i pokazał kciukiem, że jest OK. Chłopakom chyba się podobało. Nie zajrzy się nikomu w zakamarki duszy, ale czy naprawdę odczuwali potrzebę pokuty? Czy zdobyliby się na poświęcenie, gdyby nie miejscowa tradycja? Odpowiedź nasuwała się mimowolnie.

Wiele pytanych przeze mnie osób widziało w publicznej chłoście puste gesty i widowisko dla gapiów. Podobnie twierdził ewangelicki pastor, który sam zresztą próbował samobiczowania jako piętnastoletni młodziak. Robili to wszyscy kumple i nie chciał odstawać. Inny duchowny także nie miał złudzeń. Nie rozumiał, czemu miało służyć paradowanie środkiem miasta. Za wzór stawiał swego brata. On też nosił drewniany krzyż, ale w przeciwieństwie do innych robił to samotnie. Chodził suchym korytem rzeki i tam modlił się w ciszy. Z kolei Dan nie aprobował praktyki krzyżowania (uważał, że to przesada, może nawet świętokradztwo), ale cenił pozostałe formy pokuty. I miał żal do hierarchów kościelnych, że potępiają tradycję płynącą z serca ludzi. Może by nie potępiali, gdyby w pochody angażowali się wszyscy. Jednak krwawa asceza była od zawsze domeną niższych warstw społeczeństwa. Klasa średnia uczestniczy biernie. Ogląda. Przychodzi lub przyjeżdża na kilkudniowy makabryczny karnawał. To tu, w población, nowe rózgi wciąż znajdują nabywców.

– Też możesz sobie taką kupić na pamiątkę. Turystom wciskamy je za trzysta peso, ale dla ciebie będzie za sto, tyle, co dla naszych – zachęcał Dan. Sprzedawano też miniaturki, którymi chętnie bawiły się dzieci. Wiele z nich czeka na dzień, w którym pójdą w ślady ojca i wujka, tak jak w Polsce dziewczynki czekają na moment, w którym na dźwięk dzwoneczka będą sypać kwiaty w Boże Ciało.

Przed domem Dana panowała niezmiennie piknikowo-działkowa atmosfera. Za szybką przy grillu leżał stos upieczonych kurzych łap i głów, z których wyjada się móżdżek. Przekąski.

– Mamy też dupy, sir – poinformował grzecznie chłopak, nie wyczuwając niuansu, i zaproponował trzy kupry na drewnianej szpadce. Piwo zaś krążyło dalej: do dna i następny!

Wreszcie i moi towarzysze zaczęli zdejmować koszulki i rozpoczęli chłostę przygotowawczą. Skóra musi dobrze najść krwią, zanim się ją otworzy. Dwadzieścia minut minimum. Co chwila dołączał kolejny rytmiczny odgłos smagania pleców. To zupełnie mechaniczna czynność. Bicza można używać jedną ręką, a drugą spokojnie palić papierosa i w tym czasie dowiedzieć się, co słychać u Robbiego, który właśnie splatał woal z gałązki. Fakir zbereźnik też się szykował. Na łysawą głowę założył ładny wianuszek z kwiatów białej bugenwilli. Teraz wyglądał jak podstarzały skrzat, któremu znudziło się w bajce.

Kompania stanęła gotowa do wymarszu. Będą smagać plecy, aż dotrą do miejsca startu. Teddy ze starszą siostrą towarzyszyli mi na zatłoczonej już drodze. Dan szedł tuż obok, ale wydawał się nieobecny. Spytałem wprost, czy jest smutny. Był. Chyba zaczynała się już dla niego chwila modlitwy. Myślał o swoim synku, dla którego tu przyszedł, a który cały czas ochoczo objaśniał mi to i owo, niezrażony faktem, że niewiele rozumiałem.

– Tutaj potną tatusia – powiedział Teddy, wskazując zaśmiecony trawnik w cieniu rozłożystych akacji. Pozostali byli już na miejscu. Czekali, aż trzech wyćwiczonych znajomków ponacina im plecy.

– Ten tu to jest mistrz! Ekspert! – zachwalał skrzat zbereźnik kolegę, który najskuteczniej pobudził sobie krążenie piwem. Ekspert skinął na mnie, żeby pokazać z bliska żyletki – zapakowane w papier ostrza Gillette Ruble, ultranierdzewne.

– Zrób zdjęcie, może Gillette zwróci ci za wyprawę! – poradził chytrze i zabrał się do roboty. Pierwsze plecy pochyliły się posłusznie. Grupka gapiów wlepiła wzrok we fragment nagiego ciała; wyciągnięto komórki i aparaty. Znajomym z Facebooka się spodoba.

Cyrulik zaczął. Raz, dwa, trzy, cztery… Nacinał wprawnie i delikatnie… Siedem, osiem, dziewięć. Sześć rzędów po pięć i druga strona. Raz, dwa, trzy, cztery… Ręka niemal fruwała nad napiętymi „schabami”. Z wąziutkich ranek natychmiast wypłynęły pękate krople krwi. Dobra, następny, raz, raz! Kolejne plecy, kolejna krwawa biedronka. Czasem ktoś syknął, ale ból znoszono na ogół po cichu. Niektórzy lekko przygryzali usta. Parę osób zdecydowało się dodatkowo obwiązać abakowymi8 linami, które utrudniają krążenie i czynią wysiłek jeszcze większym. Część jeszcze wracała na papieroska, ktoś zdzielił kumpla rózgą dla żartów albo wychłostał się, wykonując głupawe ruchy i wydając odgłosy jak wojownik. Fakir z kimś się tarmosił dla hecy i pokazywał mu środkowy palec. Potem zaś odpakował nową żyletkę i przejął rolę balwierza. Też sprawnie sobie radził… Pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dziewięć, gotowe! Papierosy dopalone, piwa dokończone. Kolumna przyjaciół ustawiła się na ulicy i rozpoczęła marsz akacjową aleją w stronę kaplicy Świętej Rodziny. Dan chyba jako jedyny z całej grupy celebrował ten akt. Dla niego była to chwila podniosła, szansa i nadzieja. Już do końca dnia pozostał wyciszony.

Miarowy dźwięk biczowania stał się hipnotyzujący. Postukiwał mi w uszach już trzecią godzinę z rzędu. Plask, plask, klak, klak. Zaskakujące, jak szybko spowszedniał ten fantasmagoryczny pochód. Ot, czyjaś krew na spodniach, moich i cudzych. Na dziecięcych buziach, na parasolach, słupach i nawierzchni. Była wszędzie. Nic nadzwyczajnego. Ktoś namalował nią na murze inicjały i serduszko.

Melvin szybko stracił siły od gorąca i upływu krwi. Patrzył przed siebie zamroczonym wzrokiem. Ktoś inny znowu uznał, że mężczyzna broczy za mało, więc z doskoku poprawiono mu plecy żyletką. Było już niedaleko. Szkarłatne zacieki na dżinsach i obwódkach slipów przesiąkały coraz niżej. Skorupa brunatnych skrzepów zaczynała pękać na mniejsze kawałeczki, a po plecach spacerowały pierwsze muchy. Tymczasem z głośnika przed kaplicą płynęły wielkopostne śpiewy. Nowo przybyli magdarame leżeli krzyżem przed świątynnym progiem. Niektórzy krzyżem z krzyżem, od którego powoli odwiązywała ich asysta.

To był koniec drogi w tym roku. Pokutnicy podnosili się z wolna i o własnych siłach wracali do domu, wspierając się czasami na ramieniu bliskich. Moi towarzysze na szczęście mieli do siebie dwa kroki. Potem jeden po drugim poznikali za drzwiami. Paru jeszcze przysiadło na niskim murku. Odpowiadali półgębkiem. Byli wyraźnie wyczerpani. Melvin pobladł i kręciło mu się w głowie. Wątpiłem, czy wystarczy im jeszcze sił, żeby odwiedzić czternaście kościołów, jak nakazuje dawna kolonialna tradycja. Poszedłem pożegnać się z Danem. Kobiety w przedsionku ponurego domu grały w karty, a on sam kończył w ciemnej łazience płukać burilyo. Rózga znów miała ciemnosłomkowy kolor.

Nadszedł piątkowy ranek. Dopiero dniało, ale San Fernando było już na nogach. Richmond też zjawił się na miejscu. Szef barangaju podszedł zdecydowanym krokiem do młodego reżysera. Później odwrócił się do mnie i podał rękę zdobną w ciężki, złoty sygnet. Uśmiechnął się, gdy usłyszał, że poznaję jego twarz z miejskiego plakatu. Gratulowano mu na nim pierwszego miejsca w regionie w kategorii zarządzania odpadami ekologicznymi. Upewnił się, czy dostałem makaron i ciastka na śniadanie, po czym ruszył dalej.

Pierwsze poranne godziny mijały na charakteryzacji. Dziewczyny robiły makijaż, chłopcy przymierzali tuniki i dawali sobie dorysować zarost, a nastoletni ladyboy9 pomagał płaczącym niewiastom ułożyć fryzury. Coraz więcej „Izraelitów” spacerowało w garażu i cykało sobie zdjęcia telefonem. Byli już apostołowie, Matka Boska i rzymscy legioniści. Niektórzy przygotowali w woreczkach sztuczną krew, której użyją później do charakteryzacji w trakcie drogi krzyżowej. Wyraźnie stremowany Richmond doglądał wszystkich szczegółów, poprawiał zapięcia przy szatach. Pod dom podjechała już karetka i samochód straży barangaju. Rzymska konnica też powoli się gromadziła, na razie jeszcze w dżinsach. Melchor na ławce pod murem przymierzał koronę cierniową z lakowanej gałęzi i plastikowych igieł, a Piłat cierpliwie przycinał tu i tam, żeby nie uciskała za mocno i nie zsunęła się przypadkiem. Jeszcze ostatnie przymiarki i zbiórka w garażu. Wszyscy stopniowo się wyciszali. Barabasz już od dwudziestu minut stał z boku i modlił się w milczeniu. Richmond po raz ostatni motywował drużynę, a szef dzielnicy poprosił o skupienie i powagę.

– Nie dajcie się rozpraszać tłumowi robiącemu zdjęcia! – przypomniał.

Nadszedł czas. Aktorzy wyszli z salki i zajęli wyznaczone miejsca w prostokącie z żółtej liny, która do końca będzie ich oddzielać od napierających ludzi. Jako krwawa forpoczta ustawili się mamalaspas, biczownicy, którym po kolei nacinano plecy za pomocą drewnianej, inkrustowanej kawałkami szkła szczotki panabad. Była dziewiąta rano, a wilgotny upał już robił się nieznośny. Wiele osób chowało się pod parasolkami. Nic dziwnego, że Melchor miał dwóch zmienników do niesienia krzyża. Richmond wdrapał się na ciężarówkę, z której będzie nadzorował przedstawienie. Uparł się, że zostanie w czarnej koszuli, ponieważ menadżer sceny zawsze nosi czarną.

Wreszcie pochód ruszył. Zapanowała uroczysta atmosfera, gdy tylko z głośników na ciężarówce zaczęły dobiegać dźwięki Oboju Gabriela Ennia Morriconego – muzyki, która przebija każdy pancerz i dotyka najwrażliwszych strun. Orszak posuwał się zgodnie z planem. Potok ludzi gęstniał, miejscami w uliczkach robiło się bardzo ciasno. Tylko nielicznym udawało się podejść dość blisko, by obejrzeć rekonstrukcję kolejnych stacji. Aktorzy wczuwali się w role: płaczące niewiasty i Matka Boża nie szczędziły emocji. A jednak w mrowiu widzów nie dopatrzyłem się oznak prawdziwego wzruszenia. Niektórzy natomiast z podziwu godnym zaangażowaniem walczyli o jak najlepsze ujęcia telefonem: wdrapywali się na płoty, murki, czasem i na daszki przydrożnych sklepików. Szczęśliwcy mieszkający wzdłuż trasy przemarszu mogli spokojnie przyglądać się z balkonów i bram swoich domów.

W końcu krzyż przejął Melchor. To znak, że finał był już blisko. Zadaszone boisko czekało wypełnione po brzegi. Z trybun widziano dokładnie brutalną scenę lżenia Chrystusa i odzierania go z szat, którą tak ochoczo aktorzy ćwiczyli przed dwoma dniami. Obserwatorzy szczelnie oblegali zainscenizowaną Golgotę, na platformie dla dziennikarzy zaś zaczęła się walka o miejsca. Legioniści prowadzili trzech skazańców na szczyt teatralnego wzgórza, podczas gdy lektor czytał fragment narracji.

Melchor miał zawisnąć jako ostatni. Na razie odpoczywał na półleżąco i czekał spokojnie. Tymczasem Danilo przylgnął już do czarnych belek. Legioniści i pomocnicy techniczni – na czerwono, ale w zwykłych bejsbolówkach – przywiązali mu ramiona. A potem José Ramires spełnił swoją posługę – dwa szybkie ruchy młotka z jednej i dwa z drugiej strony. Ktoś z asysty fotografował drastyczne szczegóły tabletem. Danilo był opanowany. Skrzywił się z bólu dopiero przy podnoszeniu krzyża, kiedy ciało zaczynało się minimalnie poruszać wokół świeżo otwartych ran. Potem znów twarz miał spokojną. Dobry łotr reagował tak samo.

– Gościa chyba pogięło, żeby to robić – szepnął głosem milionów młody chłopak z zagranicy.

Przebite dłonie łotrów wyglądały niemal jałowo przez brak śladów krwi.

Został jeszcze środkowy, najważniejszy krzyż. Pomocnik polał belki wodą, bo zdążyły się już nagrzać w ostrym przedpołudniowym słońcu. Newralgiczne miejsca zdezynfekował chluśnięciem alkoholu. Melchor leżał już wzorowo rozpięty. Miał zamknięte oczy. Z całej trójki najbardziej starał się nie dawać oznak bólu, ale napięte usta i zmarszczone czoło mówiły swoje. Później było mu widocznie trudniej, bo odsłonił zaciśnięte zęby. A to dopiero półmetek. Jeszcze trudniejsze do wytrzymania okazało się przybijanie wrażliwych stóp, każdej z osobna. José Ramires robił swoje. Wszyscy kristo po kolei zaciskali powieki i otwierali szeroko usta. Chyba nie było w tym gry. Wciąż jednak najgorsze mieli przed sobą. Melchor osuwał się nieco, ale musiał zachować przytomność, żeby w odpowiedniej chwili odegrać śmierć Chrystusa. W końcu spuścił głowę. Nagrany szloch Matki i przyjaciół Jezusa rozdarł powietrze, a dźwięki utworu Miserere Morriconego ściskały za gardło. Rozejrzałem się z podestu. Rzesza widzów zdawała się nie podzielać mojego wzruszenia. Nie sprawdziły się zapewnienia Richmonda: ludzie nie ocierali łez. Najwyżej pot z czoła.

Nadeszła chwila największej udręki – moment wyciągania gwoździ. Nikt z widzów nie mógł już podejrzeć wykrzywionych twarzy, bo zbliżenia puszczano na telebimie tylko w sąsiedniej dzielnicy Cutud. Ale między pelerynami legionistów było wyraźnie widać napiętą nogę dobrego łotra, drżącą z bólu. Zdjęcie z krzyża odbywało się pod okiem ratowników medycznych w pomarańczowych uniformach. Sanitariusze sprawnie przenosili wyczerpanych pokutników na proste łóżka przygotowane obok podestu dla mediów. Rany zostały błyskawicznie opatrzone. Wszyscy trzej „Chrystusowie” przyjęli antybiotyki i środki przeciwbólowe. Karta pacjenta Danila Ramosa wraz z dokumentacją wszystkich innych interwencji medycznych powędrowała do kartonowego folderu. Pielęgniarka zmierzyła Melchorowi ciśnienie i pozwoliła chwilę odpocząć. Teraz mógł w końcu wytchnąć, leżąc obok podpisanego jego imieniem słoika z gwoździami zanurzonymi w alkoholu. Rok później wyciągnie je ponownie. Szybko wracał do siebie. Już po kwadransie podniósł się o własnych siłach i założył kolorowe szorty. Twierdził, że rany powinny się wstępnie zasklepić już po trzech dniach.

Trzy godziny później zdejmą z krzyża kilkunastu kristo w San Pedro Cutud. Na tym koniec. Więcej makabreski w tym roku już nie będzie.

Potem będzie już tylko radośniej. W niedzielę wiernych czeka bowiem ostatnia uroczysta, tradycyjna procesja – salubong. Złocone ołtarze jeszcze raz wyjadą na ulice, a pogodna muzyka będzie towarzyszyła radosnej scenie: Matka Boska spotka się ze zmartwychwstałym Chrystusem. Wokoło będą ganiać dzieci ze skrzydłami aniołków, a świąteczna słodycz rozleje się jako przeciwwaga dla obrazów sprzed dwóch dni. Wreszcie San Fernando i Angeles znowu zbledną na mapie. Do kolejnej Wielkiejnocy.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1   Dosłownie „starsza siostra”. Zwrot stosowany powszechnie także wobec niespokrewnionych starszych lub nieco starszych kobiet, również jako zwrot grzecznościowy. Analogicznie do mężczyzn stosuje się zwrot kuya. [wróć]

2   W filipińskiej nomenklaturze państwowej część archipelagu Spratly określana jest jako Wyspy Kalayaan („Wyspy Wolności”). [wróć]

3   Narracja, fakty oraz dane wielkościowe w tym wydaniu książki są zgodne z chronologią powstawania tekstu. Oryginalna część zachowuje więc perspektywę lat 2015–2016, a nowe fragmenty – roku 2025. [wróć]

4   Polska nazwa tej rośliny to kłębian kątowaty. Bulwa przypomina kształtem i konsystencją rzepę. Należy do rodziny bobowatych. [wróć]

5   Na Filipinach do dziś nie istnieje powszechne prawo do rozwodu, z wyjątkiem małżeństw muzułmańskich oraz – pod pewnymi warunkami – w drodze uznania rozwodu orzeczonego za granicą. Filipiny pozostają jedynym państwem Azji Południowo-Wschodniej bez ogólnej instytucji rozwodu. [wróć]

6   Richmond naprawdę miał na imię Richmond, jednak część pozostałych imion w niniejszej książce została świadomie zmieniona: czasem dla ochrony prywatności bohaterów, czasem zaś zwyczajnie dlatego, że autor nie był pewien prawdziwych imion postaci epizodycznych. [wróć]

7   Według różnych klasyfikacji lingwistycznych na Filipinach używa się od około stu trzydziestu do stu siedemdziesięciu języków. Rozbieżności wynikają z odmiennych kryteriów rozróżniania języków i ich odmian regionalnych. Kapampangan jest głównym językiem prowincji Pampanga. [wróć]

8   Abaka to wytrzymałe włókna pozyskiwane z bananowców. [wróć]

9   Ladyboy – potoczne słowo na określenie osób, którym przypisano przy urodzeniu płeć męską, ale które zachowują elementy żeńskiego wyglądu i ekspresji. Szerszy znaczeniowo i właściwy Filipinom jest termin bakla. [wróć]