Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zbiór felietonów Adama Poprawy, krytyka literackiego i profesora literaturoznawstwa, publikowanych w „Nowych Książkach” w latach 2019–2023. Tytuł tomu, „pożyczony” od Roberta Musila, oznacza różne dziwne, śmieszne, niepokojące czy groźne sytuacje, które z innej strony mogą wyglądać całkowicie inaczej. Felietony zawarte w tej książce są zatem krytyką rozmaitych aberracji, widocznych w różnych obiegach kultury. Adam Poprawa sięga do literatury mniej i bardziej znanej, proponując często nieoczekiwane zestawienia ze sprawami najbardziej aktualnymi, zbliżając w ten sposób swoje felietony w kierunku eseistycznej refleksji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktor prowadzący: Paweł Orzeł
Projekt okładki i stron tytułowych: Barbara Bugalska
Opieka redakcyjna i korekta: Aleksandra Zoń
Korekta: Magdalena Janiszewska-Pyter
© Copyright by Adam Poprawa
© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
e-mail: [email protected]
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-8442-084-3
Historia XX wieku wierszem? Profesor Stanisław Pietraszko miał kiedyś wyczerpującą przygodę. Pani Elżbieta, jego żona (wspaniała zresztą polonistka z liceum), poprosiła, by odebrał zdjęcia w zakładzie fotograficznym. Co też uczynił, tyle że wrócił do domu późno i zmaltretowany. „Nigdy więcej tam nie pójdę!”. Fotograf mianowicie zaprowadził go na zaplecze, na chwilę. „Pan uczy literatury, prawda? Bo ja napisałem historię świata od Adama i Ewy wierszem”. I czytał przez trzy godziny.
Tak więc historia XX wieku wierszem wydać się musi cokolwiek ryzykowna. Ale już nie historia w wierszach, epizodach. Coś takiego na temat głównie pierwszej połowy stulecia zrobił przecież Miłosz w Kronikach, dokładniej zaś w ich drugiej części. Tytuły wierszy uzupełnione tam zostały datami wydarzeń, do których teksty nawiązują. Wśród nich znalazło się również Pierwsze wykonanie (1913). „Orkiestra stroiła instrumenty, żeby wykonywać Święto Wiosny. / Słyszycie te pochody piszczałek, łoskoty bębnów i blach? / […] / Dionizos nadchodzi, błyska oliwno-złoty między ruinami nieba. / Krzyk jego, ziemskiej rozkoszy, echo niesie na chwałę śmierci”.
Premiera baletu Strawińskiego, która, owszem, współtworzy serię przełomowych wydarzeń dwudziestowiecznej kultury, pozostaje dla Miłosza wydarzeniem groźnym; niewykluczone nawet, że z perspektywy historycznej niepokoi go bardziej niż pierwszych odbiorców. Gdyby autor słuchał więcej muzyki współczesnej, może zaproponowany przezeń kontekst interpretacyjny nie byłby tak bliski jednoznaczności? W każdym razie Dionizos Dionizosem, Nietzsche Nietzschem, XX wiek XX wiekiem, ale to Miłosz usunął później Strawińskiego, i to w sensie nieledwie dosłownym. Otóż sprzedawca w pewnym sklepie muzycznym zdziwił się, że któregoś dnia młodzi ludzie, na oko studenci (wtedy jeszcze dało się rozpoznać), kupują w sporych ilościach kasety magnetofonowe ze Świętem wiosny. No pięknie, ale że tak nagle pociągnął ich ten właśnie kompozytor? Okazało się, że Strawiński potrzebny jest na spotkanie z Miłoszem: uczestnicy chcieli zarejestrować głos poety, a ponieważ o czyste kasety było wtedy trudno, kupowali nagrane. Producenci starali się wprawdzie – za pomocą dwóch wgłębień na zewnętrznej krawędzi kasety – chronić oryginalne utwory przed skasowaniem, wystarczały jednak dwa kawałki taśmy klejącej, by blokada się nie włączała.
Okoliczności podażowe wskazują, iż rzecz działa się podczas pierwszej po latach wizyty Miłosza w kraju, w roku 1981. A może w 1989? Choć w księgarniach muzycznych duży wybór kaset z klasyką pojawił się dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy kupienie kasety nienagranej nie sprawiało już kłopotu, i kiedy Miłosz przyjeżdżał już częściej. Ale może te ze Świętem wiosny były tańsze?
Kiedykolwiek historia się zdarzyła, jawi się jako przykład szczególnego użycia muzyki do literatury; zazwyczaj do tekstu powstaje kompozycja. Samej zaś literatury używa się na wiele sposobów. W 1990 lub rok później we wrocławskiej księgarni Ossolineum niespodziewanie pojawił się wyciągnięty z magazynów Słownik języka Adama Mickiewicza. Prawie komplet, bo bez pierwszego tomu. Świeży seledyn płóciennej oprawy, złocenia niewytarte, książki nawet niezakurzone! Albo były zapakowane, albo trzymano w dobrze zamkniętych szafach. No i ceny okładkowe z lat 1964 (tom 2) – 1983 (tom 11), gdy na początku lat dziewięćdziesiątych galopowała inflacja. Ale Władysław Chyliński, sprzedawca z księgarni Ossolineum, zauważył, że – poza częstymi gośćmi placówki – potężne i ciężkie tomy SJAM ładują do toreb krzepkie niewiasty. Lud czyta nie za wiele, ale szybko liczy: waga fizyczna tych ksiąg okazała się na tyle porównywalna z wagą edytorską, że rzeczonym babom opłacało się targać tomiszcza do skupu makulatury. Na szczęście pan Władysław szybko się zorientował, schował słownik, by sprzedawać go jedynie tym pytającym, do których mógł mieć zaufanie.
Gdy w maju 1840 roku w „Przeglądzie Warszawskim” ukazało się opowiadanie Norwida Łaskawy opiekun, czyli Bartłomiej Alfonsem, jego autor nie miał jeszcze ukończonych dziewiętnastu lat. Bystrze przecież zadrwił z używania literatury, w opisanym wypadku była ona punktem celebrowania dumy ojcowskiej. Syn przyjechał ze szkół.
„Po chwilowym paroksyzmie solennych uścisków nastała znowu cisza, bo papa przeglądał nagrodę syna, a że nigdy nie używał innych książek nad kalendarze i regestra, wszyscy więc z obowiązku szanowali tę nadzwyczajną chwilę, chociaż nawet panna służąca uważała, że pułkownikowi z książką w ręku i z oczyma w nią wlepionymi jest bardzo n i e d o t w a r z y ”.
W zeszłym roku ukazał się pomyślany przez Wiktora Szenderowicza album Lec. XX wiek. Na lewych stronach historia stulecia w fotografiach przedstawiających wybrane postacie, sceny, wydarzenia. Na prawych jedna z Nieuczesanych. Obraz i tekst wchodzą w zróżnicowane relacje, od ukonkretniającej satyry, przez wieloznaczność, aż do złożonej metafory. Na przykład zdjęcie Herberta Lista Widok z okna: chłopiec bawi się oponą – dziecko toczy ją w jedną stronę, w drugą jedzie motocykl. Do tego Lec: „Do celu? Tam się wysiada”. Nakład już wyczerpany, nie sposób znaleźć tego dzieła nawet w poważnych bibliotekach. Ponieważ zaś partnerem wydania była „Gazeta Wyborcza”, naczelny jeździł po kraju na spotkania temu albumowi poświęcone. Jak by to powiedzieć? Zdarzały się użycia. We Wrocławiu na scenie zasiedli Tomasz i Jan Lecowie, synowie Stanisława Jerzego, udało im się powiedzieć parę ciekawych rzeczy. Owszem, istotnym kontekstem Myśli nieuczesanych Leca jest historia: faszyzm, Zagłada, komunizm, uwikłanie w ideologię, przemiany… Jednakże, mimo wszystko… „Pytanie do pana Michnika: Co pan sądzi o powrocie Donalda Tuska na krajową scenę polityczną?”.
Album ma swoją wagę, trochę ponad trzy kilogramy. Unoszę w obu rękach, poprawiam uchwyt, trzymam w górze. Użyć?
marzec 2019
Całkiem możliwe, że Pierwszy śnieg, powieść Jo Nesbø, za czas jakiś będzie tak sławna, jak Zabójstwo Rogera Ackroyda. U Agathy Christie, o czym powszechnie wiadomo, mordercą okazuje się doktor Sheppard, będący też narratorem. Ale na tym nie koniec: pojawiły się bowiem interpretacje, w myśl których autorka postanowiła napisać książkę o pomyłce Herculesa Poirota. Ten jeden jedyny raz definitywne rozwiązanie pozostawione by zostało odbiorcy. Detektyw z Belgii powiedział swoje, teraz wasza kolej, czytelniku i czytelniczko.
Tajemnica norweskiego autora jest trochę inna, i zarazem tak sprytnie ukryta, że chyba nikt dotąd jej nie zauważył. Harry Hole, owszem, rozwiązał zagadkę, wcześniej jednak zdarzyło się z nim coś doprawdy dziwnego. „Harry wpatrywał się w drogę, w nagie drzewa wzdłuż Huk Aveny prowadzącej do morza i muzeów tego, co Norwegowie uważają za największe osiągnięcia narodu: wyprawy trzcinową tratwą przez Ocean Spokojny i nieudanej próby dotarcia na Biegun Północny” (przekład Iwony Zimnickiej). Poznajemy świat z perspektywy bohatera, który w tym miejscu dystansuje się nieco od wartości podzielanych przez współrodaków. Ale bardziej zajmuje mnie teraz pierwszy element pary. Chodzi o Muzeum Kon-Tiki; tyle że tratwa, którą Thor Heyerdahl przepłynął Pacyfik, zbudowana była z dziewięciu pni balsy. Trzciny, zgoda, też użył, ale sporo później, wypływając na Atlantyk łodziami Ra i Ra II oraz od Iraku do Dżibuti statkiem Tygrys. Uznać Kon-Tiki za tratwę trzcinową to doprawdy duże osiągnięcie, zwłaszcza dla Norwegów. Komu jednak tę wpadkę przypisać? Harry’emu Hole’owi? Czy pisarzowi – i, przy okazji, redaktorom książki? A może tłumaczce? W angielskim przekładzie jest tylko tratwa (raft), bez podawania materiału konstrukcyjnego. Lecz Niemcy i Francuzi też czytają o statku z trzciny (Schilfboot; bateau de roseaux). Nie ma rady, trzeba się zmierzyć z oryginałem – a tam też trzcinowa łódź (sivbåt).
Takie niejednoznaczności – czy może nawet kwestie nierozstrzygalne – pojawiają się przecież nie tylko w literaturze popularnej. Herbert na dobranoc radzi Markowi Aurelemu, by zgasił lampę i odłożył książkę. Adresat raczej nie zaśnie spokojnie: „wznosi się srebrne larum gwiazd / to niebo mówi obcą mową / to barbarzyński okrzyk trwogi / którego nie zna twa łacina”. Groza Kosmosu i ludzkiego doświadczenia, jasne, tylko skąd tu łacina? Czy wspomniana książka to Rozmyślania? Bo rzymski cesarz napisał je po grecku. Poeta się pomylił? A może przeciwnie, skomplikował sens: trwogi nie sposób wysłowić w języku władzy i administracji, czyli po łacinie – lecz warto przymierzyć do tej trwogi język greckiej filozofii? Tamta właśnie kultura nauczyła nas mówić o tragedii.
Tragedia zaś jawi się jako absurd, gdy staje się przedmiotem refleksji egzystencjalistycznej. Champion ciężkiej wagi Tom Bill, tytułowy bohater opowiadania Aleksandra Wata, umiera w sytuacji jak najbardziej absurdalnej. Uznał swoje sportowe życie za przegrane, postanowił więc ratować się przeciwieństwem swojej dotychczasowej domeny. Jako bokser czy zapaśnik, wyznawał dotąd siłę, po egzystencjalnym podsumowaniu postawił więc na słabość. „To jedno zdanie: Błogosławieni słabi – czy naprawdę słyszał je kiedyś, czy tylko mu się teraz przywidziało?”. Prosi sąsiada, by sprawdził, czy te słowa są w Biblii. Jeśli tak, zyska sens i ukojenie. Sąsiad wraca zatem po Pismo. „Zawahał się. On, który nigdy nie kłamał, miał do wyboru: albo litościwe kłamstwo, albo okrutną prawdę”. Znał Toma Billa „jako brutalnego atletę”, decyduje się tedy pocieszyć umierającego wersją „błogosławieni silni”. Nie na takie słowa czekał niegdysiejszy champion, tak że opuścił ten świat w rozpaczy, sąsiadowi zaś pozostał dyskomfort moralny z powodu kłamstwa. Domniemanego – w Kazaniu na Górze nie było mowy o błogosławieniu słabych, przynajmniej według Ewangelisty Mateusza. Czy fundamentem opowiadania Wata jest niedokładna pamięć lub omyłka dwudziestoparoletniego prozaika, czy szczególna przewrotność?
Piszący o literaturze też czasem potrafią efektownie się pomylić. W bynajmniej niepoślednim miejscu, bo we wstępie do Doktora Faustusa w beence, Hubert Orłowski streszcza biografię Adriana Leverkühna: „Podczas pobytu w Lipsku dochodzi do zbliżenia płciowego z chorą na syfilis prostytutką Esmeraldą – mimo ostrzeżeń z jej strony”. Aber nein, mein Herr! Owszem, kobietę tę bohater powieści poznał w Lipsku, gdzie z powodu złośliwego dowcipu znalazł się w domu rozpusty, ale do kontaktu seksualnego wtedy nie doszło. Adrian zaczął jej potem szukać, dowiedział się o jej chorobie i wyjeździe. Serenus Zeitblom, który całą historię opowiada, przypuszcza, że być może to dla Esmeraldy, nie zaś z powodu austriackiej premiery opery Salome, zdecydował się Leverkühn na podróż. I odnalazł kobietę w Bratysławie, i doszło do aktu intymnego. Tak, przypomniała mu o swojej chorobie, decyzja Adriana była w pełni świadoma; otwierają się zatem interpretacje, pierwszą zapisał przyjaciel Zeitblom. Gdyby krętki blade pojawiły się w ciele Leverkühna podczas przypadkowego stosunku w Lipsku, nie byłoby wyrafinowanej złożoności omawianego epizodu dzieła.
Pokolenia polonistów pozostają dłużnikami Poetyki stosowanej Bożeny Chrząstowskiej i Seweryny Wysłouch. Wśród omawianych przykładów literackich znalazły się tam Bramy raju Andrzejewskiego, który w dziele tym „wyeliminował większe pauzy syntaktyczne, skutkiem czego powieść składa się z trzech zdań. Dwa z nich to rozbudowane, skomplikowane struktury składniowe, oddzielone od siebie kropką w punkcie kulminacyjnym, podczas spowiedzi Jakuba, kiedy wychodzi na jaw, że jego objawienie było mistyfikacją”. Tak w wydaniu pierwszym pracy autorek, drugim oraz trzecim zmienionym. Zmyślił Jakub objawienie? Zmyślił. Nie dostał rozgrzeszenia? Ano nie. Przełomowy moment fabuły? A jakże. Przekonująca interpretacja oparta została na analizie składni – tyle że ta kropka była błędem drukarskim, powinien tam być przecinek.
maj 2019
„Śmiałe pisanie o rzeczach, których się nie jest pewnym, przekręcanie sądów kolegi, którego się atakuje – uroczyste wypowiadanie zdań, które niczego nie uczą i są ciemne – cytowanie autorów, których albo się źle czytało, albo się ich nie rozumie – jest to w rozprawach dziennikarskich chleb powszedni”.
No! Wreszcie ktoś to powiedział, popadłszy po raz kolejny w stan desperacji po lekturze gazet i kolorowych tygodników. Jeśli tak państwo pomyśleli, to śpieszę skorygować, że owszem, tyle że już dawno temu. Tymi zdaniami rozpoczął Prus jedną ze swoich Kronik, ukazała się w „Kurierze Warszawskim” z 28 lutego 1885 roku. Owszem, szerokie koła dziennikarskie zgłosiłyby pewnie wątpliwość, że pisarz zabrał się w ten sposób do polemiki z Wiktorem Gomulickim, z którym miał na pieńku, nie był więc Prus w pełni obiektywny, i tak mu się tylko napisało, taka retoryka. Ale żeby tego rodzaju zastrzeżenie mogło się pojawić, ktoś musiałby stosowny tom Pism wszystkich Prusa – właśnie pięknie wydawanych – podłożyć szerokim kołom dziennikarskim pod nos. No bo przecież nie będą chodzić po bibliotekach.
Kiedy wspomniany numer „Kuriera Warszawskiego” opuścił drukarnię, Karl Kraus liczył jedenaście lat. Później natomiast krytykował wielu i nieraz bywał atakowany, więc pewien jego aforyzm też nie może być do końca obiektywny. To tylko opinia, sąd, to tylko indywidualny pogląd Krausa, jego prywatne stanowisko. Oczywiście, miał do niego prawo. Zdanie zaś brzmi tak: „Dziennikarze piszą, bo nie mają nic do powiedzenia, a mają coś do powiedzenia, ponieważ piszą” (przekład Mariana Dobrosielskiego).
A dzisiaj ukazują się „Książki. Magazyn do czytania”. W jednym z nowszych numerów Juliusz Kurkiewicz pisze o jednej ubiegłorocznej amerykańskiej powieści – i pisze z rozmachem, śmiało łącząc dziennikarskie gatunki, skoro tytuł jest zarazem leadem: Dajcie Nobla debiutantce Lisie Halliday za jej bezczelnie dobrą powieść! To byłby idealny nowy początek w roku wznowienia nagrody po #Metoo. Tak to przynajmniej wygląda na internetowej stronie pisma.
Po kolei. Prawdą jest, że w zeszłym roku nagrody literackiej nie przyznano. Była ostra afera w Akademii Szwedzkiej, więc ukarano potencjalnego laureata. Za to w tym roku będą aż dwie nagrody, i można się zasadnie spodziewać, że jedną dostanie kobieta, drugą pisarka; zwłaszcza jeśli Komitet Noblowski postanowi dokonać aktu ekspiacji.
Publicysta (nie on jeden zresztą, to przyszło zza oceanu) wynosi wprawdzie omawiany debiut pod niebiosa, nie kryje przecież wahań. „A krytyk nie wie, od jakiego mądrego określenia zacząć recenzję”. Żeby nie było wątpliwości: pisząc o krytyku, Kurkiewicz ma na myśli siebie. I zaczyna od uspokojenia czytającej publiczności, że to nie jest powieść eksperymentalna.
Chodzi o książkę Lisy Halliday Asymetria. Żeby nie skłamać, recepcja tego dzieła przypomina trochę szkolny obieg, przynajmniej dawniejszy, na temat związku Maryli Wereszczakówny z lirykami Mickiewicza w okresie wileńsko-kowieńskim. Autorka miała mieć zatem romans z Philipem Rothem, którego już nie sposób o ten biograficzny epizod zapytać. W każdym razie Ezra Blazer, jeden z dwóch głównych męskich bohaterów powieści, jest uważany za postać na Rocie (ach! ten miejscownik) wzorowaną. Pierwsza część Asymetrii opowiada o intymnym związku starego pisarza i bardzo młodej kobiety. Lisa Halliday niewątpliwie Rotharównież czytała.
Część druga jest historią Amerykanina o iracko-kurdyjskich korzeniach, którego zatrzymują brytyjskie służby na lotnisku Heathrow. Amar Jaafari czeka na wyjaśnienie swojej sytuacji, czytelnicy natomiast, dzięki retrospekcjom, poznają dokładniej jego życie. Bardzo to wszystko ciekawe, tylko unosi się tu duch politycznej poprawności. „Ameryka jest znowu Ameryką, powiedziałem sobie wieczorem w dniu, kiedy wybrano Obamę” (przekład Macieja Świerkockiego) – powiada Amar, i trudno dopatrzyć się w tym fragmencie książki sygnału autorskiego dystansu. Nie idzie mi o konkretnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, tylko o literaturę: żeby znaleźć podobną modalność w beletrystyce polskiej, musiałbym się cofnąć chyba aż do socrealizmu, obawiam się. Obama zresztą nie pozostał dłużny i umieścił Asymetrię na swojej liście najlepszych książek 2018 roku. No proszę! Gdziekolwiek spojrzeć, tam krytyk literacki. Ta część kończy się obrazem obserwowanych przez Amara samochodów, które się łączą z poruszającymi się w przeciwnym kierunku ich odbiciami w oknie. Jeden z pojazdów ma przyczepioną z tyłu amerykańską flagę. Auta, „ich maski, koła i przednie szyby jak gdyby znikały w antymaterii, a flaga pożerała samą siebie”. To jeszcze alegoria czy już symbolizm?
Część trzecia zawiera radiowy wywiad z Ezrą Blazerem (który w międzyczasie został noblistą). I tym razem nie brakuje kwestii intrygujących, zwłaszcza traktujących o muzyce. Pisarz słucha jej dużo i uważnie, rozmowa przerywana jest fragmentami z płyt. Niestety, publicystyki też się co nieco trafiło. I raz jeszcze: nie przeczę, że nawet wybitny pisarz może się chwilowo omsknąć we frazesy, idzie mi tylko o stosunek autorki. A nie wykluczam, że dopisuje się ona tutaj do przesłania znanego skądinąd – o niezbędności nieustannego pilnowania wolności obywatelskich. Co zatem jest pożądane w życiu publicznym, niekoniecznie musi służyć literaturze.
Lisa Halliday napisała książkę sporo zbieżną z aktualnymi tematami, wcale sprytną; trzy zróżnicowane części usiłują przekonać czytelnika o strukturalnej i estetycznej złożoności. Asymetria to jednak nie Buddenbrookowie, książka pewnego dwudziestosześciolatka, za którą (bo głównie za nią), co prawda sporo lat później, dostał Nobla.
Ktoś opowiada Amarowi o tajnym znaku rozpoznawczym członków partii Baas: „nosili wąsy krótsze z jednej strony, przypominały więc wskazówki zegara. […] krótszy był ten lewy, wąsy jak gdyby wskazywały zatem ósmą dwadzieścia”. Pardon, jeśli lewy krótszy, to jest za dwadzieścia czwarta. Trochę się autorce przestawiło. Jej entuzjastom znacznie więcej.
lipiec 2019
W sztuce Ivo Brešana Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna jeden z obywateli tej miejscowości relacjonuje krajanom swój służbowy pobyt w Zagrzebiu, wtedy jeszcze w socjalistycznej Jugosławii. Wybrał się tam – a raczej został pewnie grupowo doprowadzony – do teatru. I opowiada – par excellence własnymi słowami – Hamleta. Mieszkańcy wsi, poza nauczycielem, słyszą historię po raz pierwszy; przynajmniej na przewodniczącym spółdzielni produkcyjnej dzieło Szekspira robi spore wrażenie, takie, że natychmiast decyduje o wystawieniu sztuki przez kolektyw wiejski. Wątpiący w sensowność przedsięwzięcia nauczyciel próbuje oponować: niestety, bez skutku. Z rezygnacją więc zwraca się do sprawcy całego zamieszania: „Oj, Šimurina! Nie wiesz nawet, jak byś się przysłużył kulturze, gdybyś nie pojechał do Zagrzebia z tym winem!” (przekład Stanisława Kaszyńskiego).
Scena z Brešana przypomina się nieraz na wieczorach autorskich czy innych spotkaniach literackich, zwłaszcza w czasie pytań i głosów z sali. Żeby nie skłamać, czuję się wtedy jak żeromska sosenka. Z jednej strony, zgoda, trzeba by się cieszyć: w końcu przyszli, żeby zobaczyć poetę. Z drugiej jednak nie daje spokoju coraz pewniejsze przekonanie, że niektórzy z widzów bardzo by się przysłużyli poezji polskiej, zostając w domu.
Osobliwości spotkań literackich opisywano od dawna. Jacek Łukasiewicz wspominał cykliczne wieczory organizowane niegdyś we wrocławskim Klubie Muzyki i Literatury: „Czwartki miały swoją publiczność. Przychodziły starsze panie, nieodmiennie biorąc udział w dyskusji. Wychowały się – mówiły – na poezji uczuciowej, rymowanej, teraz zaś modne są wiersze białe, intelektualne, trudno zrozumiałe. »Ale pan – zwracały się do k a ż d e g o z występujących – pisze inaczej; choć nowoczesny, trafia do serc«” (spacja A. P.). Jak widać, te panie wypraktykowały sztukę jedności w wielości.
Publiczność spotkań autorskich zdążyła się już przeobrazić w bohaterów lirycznych. W Ustawieniu głosu Stanisław Barańczak wspomina „materializację którejś z tych uroczych / starszych pań”, komentujących jego występ: „Ciekawe to wszystko // z tym, że nie można było nic a nic zrozumieć; / czy pan nie może głośniej, żeby w tylnym rzędzie / też było słychać?”.
Obie grupy starszych pań zaznaczały swoją obecność jeszcze w sposób relatywnie skromny. Od dawna już jednak na wieczorach kulturalnych pojawiali się ludzie, którzy mieli się niewątpliwie za godnych konkurentów zaproszonych gości. Adam Zagajewski opisał ten typ w pięknej powieści Ciepło, zimno (1975):
„Zaraz gdy [prelegent] skończył, podniósł się mężczyzna w skórzanej marynarce, widocznie zawodowy dyskutant, bo mówił ze swadą i obracał się w różnych kierunkach, chcąc zapoznać całą widownię ze swoimi poglądami. […] Czuło się, gdy słuchało się tego pełnego werwy dyskutanta, że gdy mówi o dzisiejszym prelegencie, chce powiedzieć, że jutro on byłby równie dobrym, a nawet lepszym prelegentem”.
Prelegent Zagajewskiego był jeszcze w miarę taktowny. Owszem, perorował nie najkrócej, niedwuznacznie zgłaszał gotowość wejścia na scenę, może jednak nie od razu, tylko, powiedzmy, jutro? Henryk Wolniak, elokwentny wrocławski poeta, był bardziej bezpośredni. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego wieku, prawdę powiedziawszy, dość często chodziłem do duszpasterstwa akademickiego. Na prelekcjach pojawiał się również nieznany mi wtedy pan w wieku już zdecydowanie postudenckim, później się dowiedziałem, że to Wolniak. Zawsze zabierał głos obszernie, przechodząc swobodnie od Jana Ewangelisty do Junga z uwzględnieniem Fromma. Żeby nie skłamać: przy jego metodzie prowadzenia wątków monolog Molly Bloom przypomina raczej kaligraficzny zapis z pensjonarskiego kajetu. No więc mówi Wolniak, mówi, aż wreszcie składa propozycję: „No to zróbcie spotkanie ze mną!”.
W ciągu następnych dekad nastąpił radykalny postęp zjawiska. Niektórzy powinni przychodzić z wpiętymi plakietkami JATEŻ, od razu byłoby wiadomo, o co chodzi. Prowadziłem dwa lata temu spotkanie z Joanną Lech i Urszulą Zajączkowską. Wszystko szło dobrze, no ale czas na pytania publiczności. I wtedy jakiś starszy pan: „Ja też piszę wiersze, mogę jeden przeczytać?”. O matko ludowa, co robić? Zabrakło refleksu, żeby powiedzieć, że to obie autorki są bohaterkami wieczoru. A, hmm, długi? „Nie”. To niech pan już przeczyta.
Po spotkaniu był przewidziany konkurs na prozę do pół strony. Widziałem ze sceny, jak publiczność jęła gęstnieć jak kościół u Reymonta w opisie pasterki:
„główne drzwi na rozcież wywarte, a światłem buchające, naród zaś płynął przez nie i płynął jak woda, z wolna zapełniając wnętrze, przystrojone w jodły i świerki, że jakby gęsty bór wyrósł w kościele, tulił się do białych ścian, obrastał ołtarze, z ław się wynosił i prawie sięgał czubami sklepień, a chwiał się i kołysał pod naporem tej żywej fali, i przysłaniał mgłą, parami oddechów, zza których ledwie migotały jarzące światła ołtarzów.
A naród wciąż jeszcze nadchodził i płynął bez końca…”.
Do konkursu zgłosił się też ów starszy pan – z wierszem, mimo że organizatorzy czekali na prozę. „Ale tu nie ma metafor, więc to nie poezja”.
Na spotkaniu poświęconym albumowi z Myślami nieuczesanymi wstała nie najmłodsza pani: „To bardzo ciekawe, bo ja też piszę fraszki, ale Leca poznałam dopiero niedawno, więc dziękuję panom”. Przynajmniej nie zgłaszała chęci czytania. Spotkanie z Ryszardem Krynickim nie przeszło już tak łagodnie. Wstała Ilona Witkowska, wrocławska aktywistka i poetka z kolczykiem w nosie i psem, i bezapelacyjnie oświadczyła: „Ja panu bardzo dziękuję, ja napisałam wiersz dla pana i ja go teraz przeczytam”. Co też uczyniła.
Zbigniew Herbert dawno temu przyjechał do Nysy. Pomylono go z jakimś pisarzem wojskowym, i na sali czekali wyłącznie umundurowani, którzy zresztą szybko „zasnęli zdrowym snem saperów”. Szczęściarz Herbert. Jego słuchacze mogli co najwyżej chrapać, ale nie zadawali pytań ani nie przedstawili własnych zdań.
sierpień 2019
Idee bywają skuteczniejsze od prywatnych detektywów i zwykłych tajniaków: jak zaczną za kimś chodzić, to już go nie zgubią. Za Maksymem Gorkim też jęła chodzić jedna idea: postanowił otóż udostępnić masom całą literaturę, kulturę i naukę wszechświatową. Zamiar pisarza nie wyczerpywał się przy tym na zwykłej, choć wielkiej, serii popularnych wydań arcydzieł i innych klasycznych tekstów. Owszem, jak wspomina Nina Berberowa, „chodziło o serię, która tworzyłaby kanon lektur obowiązkowych dla mas (a więc nie byłaby wyłącznie zbiorem informacji)” (przekład Natalii Woroszylskiej). Ciekawe swoją drogą, w jaki sposób sprawdzano by przeczytanie… „W kolejności alfabetycznej winny się tu znaleźć wielkie dzieła, może nawet współczesne, które »pomogłoby światowemu proletariatowi uwolnić się z kajdan kapitalizmu, zaś inteligencji ułatwiłyby prawidłowe zrozumienie światowego dorobku kulturalnego« od Homera po dzień dzisiejszy”. Berberowa nie podaje źródła cytatu, ale jest to zapewne któreś z pism Gorkiego. I tu popularyzacja się komplikuje: „Gdyby się okazało, że w oryginale zostały napisane w sposób zbyt skomplikowany i nieprzystępny dla robotniczego czytelnika, należy je uprościć, »przepisać« z pomocą doświadczonych tłumaczy albo specjalnie do tego przygotowanej kadry redaktorów”. Pomysłodawca postanowił „przepisać” Fausta. Wolę nie myśleć, co by się pojawiło zamiast Das Ewig-Weibliche.
Plan Gorkiego rozmijał się wprawdzie z zasadami editio ultima, byłyby to jednak wydania tak bardzo ostateczne, że dalej już tylko nicość. „Przekłady, objaśnienia, którymi zostałyby opatrzone, przeróbki utworów klasycznych, a także tendencyjność wpisana w całe to przedsięwzięcie mogłyby, jak twierdził Gorki, ułatwić nadejście rewolucji światowej, byle tylko raz na zawsze odrzucić wszystko, co szkodliwe, i wszystko, co niepotrzebne, raz na zawsze zapobiec dalszym wznowieniom tych rzeczy, a tym samym sprawić, że stopniowo i nieuchronnie zmurszeją one w piwnicach bibliotek lub w zbiorach prywatnych”.
Projekt miał również walory humanitarne: Gorki otóż spodziewał się, że uczestnikom wielkiego planu przyznane zostaną lepsze kartki na żywność, „powinni [oni] dostać nie tylko śledzie i mąkę, ale także kalosze”. Inicjator postarał się i „zimą jego współpracownicy dostali nawet drewno na opał”.
Ten edytorski rozmach Gorkiego przypomina mi się, ilekroć czytam – zazwyczaj namiętnie krytyczne – wypowiedzi na temat spisu lektur. Nie tylko zresztą publikacje. Tuż przed wakacjami poproszono mnie o przewodniczenie komisji licencjackiej. Autorka pracy okazała się mocno zaangażowana, choć może nie w kwestie stricte literackie. Kiedy licencjantka opowiadała, że każdy sam powinien sobie wybrać płeć, jaką chce, siedziałem cicho. Kiedy jednak powiedziała, że w sztuce kobiety były dotąd przedstawiane przez mężczyzn, a dopiero od lat siedemdziesiątych same się przedstawiają – nie zdzierżyłem i wspomniałem Alinę Szapocznikow, z szacunku dla faktów i podziwu dla jej prac. Studentka kiwnęła głową, chyba uznała mi tę wypowiedź, promotorka natomiast spojrzała na zegarek. Potem zapytano dziewczynę o wpływ queeru na kanon. I tu dogadałaby się pewnie z Gorkim: wskoczyła na W pustyni i w puszczy, że bardzo by chciała, aby ta powieść zniknęła ze spisu lektur, bo dzieci nie znają badań postkolonialnych i nie są w stanie zrozumieć tej książki. Pytanie było wprawdzie o queer – ale może swego czasu czytałem nieuważnie, bo jakoś nie zauważyłem, żeby coś zaiskrzyło między Stasiem i Kalim.
W każdym razie ten słynny (jeszcze?) fragment o poglądach moralnych Kalego egzemplifikowanych kradzieżą krów został zaraz opatrzony komentarzem narratora: „Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie – nie tylko politycy, ale i całe narody”. I co, tak straszny rasista i kolonizator z tego Sienkiewicza? Przecież wprost dekonstruuje tutaj moralność europejską! No ale żeby to znaleźć, trzeba książkę przeczytać. Tymczasem, jak powiedziała pewna progresywna doktorantka (pożyczę wyrażenie od Janusza Sławińskiego) o książce Ryszarda Koziołka, że Koziołek w porządku, ale kto widział pisać o Sienkiewiczu?
Przeczytałem niedawno w dodatku książkowym „Wyborczej” wypowiedź nauczycielki: „Gdybym nie była tchórzem, publicznie spaliłabym listę lektur albo – na wzór 13-letniej Ingi Zasowskiej – stanęła pod Ministerstwem Edukacji z transparentem »Strajk lekturowy«”. Pani uczy polskiego w prywatnej podstawówce. Nie wiem, jakie były jej uniwersytety, pewnie skończyła polonistykę i mnóstwo kursów podyplomowych, może nawet specjalność „Edukacja nieformalna. Polonista jako lider społeczności lokalnej”. Jak Bacha kocham, znam polonistykę, gdzie jest taka specjalność. Ale historię musieli tej nauczycielce zaliczyć za dobre sprawowanie. Inaczej powinna wiedzieć, że nawet symboliczne palenie książek źle się kojarzy. Ba! Całkiem niedawno pewien ksiądz rozeznał w sobie powołanie pirotechnika i spalił książki o Harrym Potterze. Ale widocznie znajomi pani nauczycielki nie mówili o tym na fejsie. Na pewno za to mówili o trzynastolatce. Dziewczynka w tym wieku jako wzór dla dorosłej kobiety – nie znam się, ale to chyba interesujący problem psychologii rozwojowej.
Kiedy w czwartej klasie szkoły podstawowej poznawaliśmy Antka, kolegę tak rozbawił epizod z wydaniem czterdziestu groszy na edukację tytułowego bohatera, że powtarzał „Przecie matka wydali na cię czterdzieści groszy…”, aż któregoś razu wyjął z kieszeni dwie dwudziestogroszówki, patrz, i wyrzucił przez okno. Owszem, zdawał sobie sprawę, że idzie o inne waluty, niemniej owych czterdzieści groszy z noweli Prusa nie przestawało go śmieszyć: i był to już odbiór pozareferencjalny, czysto językowy. Gdyby rzecz działa się dzisiaj, zostałby bohaterem lektury spontanicznej, ba: autorem performansu. Ale był dopiero rok 1970. To co, nie trzeba Antka „przepisywać”?
wrzesień 2019
Pewien dziennikarz zapytał kiedyś Tona Koopmana w ten deseń: „Ponad połowę czasu i energii poświęca Pan muzyce Jana Sebastiana Bacha, mając już w dorobku nagrania wszystkich kantat oraz dzieł organowych. Czy warto się aż tak ograniczać?”. Klawesyniści i organiści powinni bardzo uważać na ręce, dlatego też zapewne wielki holenderski muzyk nie dał interlokutorowi po gębie.
W „Nowych Książkach” natomiast pisze i pisało wielu znakomitych autorów, w ciągu siedmiu dekad pojawiło się tu mnóstwo istotnych tekstów. Żadne inne literackie pismo nie omówiło – a tym bardziej, tym smutniej, nie omawia dziś – tylu ukazujących się tytułów. Mam przecież wrażenie, że obieg tego periodyku był i pozostał niesprawiedliwie osobliwy. Owszem, to raczej mniemanie niż efekt solidnych badań z dziedziny socjologii czasopiśmiennictwa, proszę jednak przyjąć lub zakwestionować taki oto argument. Osoby parające się historią i krytyką literatury raczej szybciej niż później przypomną sobie frazy w rodzaju: słynna recenzja Wyki z „Twórczości”, słynna recenzja Błońskiego zamieszczona w „Tygodniku Powszechnym”, słynny pamflet Barańczaka z „Nurtu”… Czy komuś przyszła do głowy jakaś słynna recenzja z „Nowych Książek”? A choćby ze statystyki – tysiące tekstów! – wynika, że musiało pojawić się tu co najmniej parę publikacji zasługujących na taki epitet.
Zajrzyjmy do Literatury polskiej XX wieku. Przewodnika encyklopedycznego (Warszawa 2000), do kilku haseł poświęconych periodykom. Znamienne, że autorów omówień na przykład „Twórczości”, „Życia Literackiego”, „Literatury”, „Kultury Niezależnej” ani „Kameny” nie interesuje odbiorca tych pism. Jeśli kwestia się pojawia, to wzmiankowana ogólnie, jak w wypadku „Nowej Kultury” czy „Kultury” warszawskiej. Ale „Nowe Książki” potraktowano już inaczej: „odbiorcami są głównie bibliotekarze i księgarze, wydawcy, nauczyciele, studenci”. Ależ to piękne zawody, wspaniałe grupy społeczne! Odbudowywanie polskiej wolności po roku 1989 zaczęło się między innymi od likwidacji wielu bibliotek publicznych – i wystarczy wyjrzeć oknem lub wyjść na ulicę czy za opłotki, żeby zobaczyć skutki.
A co – pytam autorkę hasła – z pisarzami, krytykami, humanistami, z innymi zainteresowanymi, w ogóle z czytającą mniejszością? Ograniczyła pani krąg adresatów, przedstawiając „Nowe Książki” jako coś w rodzaju pisma branżowego.
Owszem, pod pewnymi względami można było odnieść takie wrażenie na początku. Pierwszy numer „Nowych Książek”, datowany na 30 października 1949 roku, prezentował się nader skromnie: liczył trzydzieści dwie strony formatu A5, nie było w nim recenzji, tylko krótkie notki pod alfabetycznie umieszczonymi opisami bibliograficznymi, i to nie wszystkimi. Tytuły wydawnictw pogrupowano według działów, od I. Marksizm – leninizm do XXIV. Varia, aczkolwiek przegląd nowości wydawniczych kończył się w tym numerze na dziale XXII. Gospodarstwo wiejskie, po nim znalazły się książki z nienumerowanych Zagadnień aktualnych. Resztę numeru wypełniły listy tytułów – raczej anonse niż reklamy – kilku oficyn. Nikt z autorów nowego periodyku się nie ujawnił. „Redaguje: Zespół”. Pierwszy numer został oddany „do rąk czytelnika”, bez uszczegółowień wskazanych po dekadach w cytowanym haśle.
Anonimowy autor pisał w otwierającym artykule Książki dla narodu (tytuł wersalikami, nie wykluczam jednak, że drugi rzeczownik miał literę intencjonalnie wielką): „Dla naszych wydawnictw uspołecznionych, dla naszych księgarń wzorem jest wydawnictwo radzieckie z naukowo opracowanymi metodami pracy nad książką – pracy politycznej, literackiej, artystycznej”. Przepisuję z powodu kolejności prac zgoła niehistorycznej, i dzisiaj bowiem w najróżniejszych stronach, orientacjach i ideologiach prymarnym aktem odbioru jest wtłoczenie w oczodół politycznego monokla.
W dzialeVIII. Literatura piękna znaleźć można trzy tomiki Woroszylskiego. Starał się wtedy aż nadto, lecz nie przebił Gorkiego: pięć nowych edycji, z tym że wynik tego drugiego nabity został wydaniem fragmentów Matki w serii „Biblioteka Żołnierza. Popularne Wypisy Literackie”, z poddziału Książki dla początkującego czytelnika (to eufemizmy walki z analfabetyzmem), oraz trzema tytułami w dziale IX. Literatura dla dzieci i młodzieży. Zwycięzcą numeru, to znaczy pisarzem bez międzydziałowego wspomagania, okazał się Kraszewski: pięć książek.
Z perspektywy historycznoliterackiej łatwo – choć bywa też spornie – wskazywać arcydzieła. A recenzent nowości, zgoda, dysponuje (a na pewno powinien) taką wiedzą, przede wszystkim jednak musi zdać się na własną wrażliwość, intuicję, kompetencję interpretacyjną. Niestety, czasem opiera się również na ideologii i uprzedzeniach. Te pierwsze spotkania udokumentowane zostały w rocznikach „Nowych Książek”. Pisząca o Lecu Barbara Biernacka bystrze zauważyła, iż „Myśli nieuczesane nie mają w sobie na szczęście nic a nic z »myśli złotych«” (1958, nr 5). Ta sama autorka wcale dzielnie poradziła sobie z Mylnymi wzruszeniami Białoszewskiego, a było to doprawdy duże wyzwanie (1961, nr 17). Stanisław Zieliński potraktował cokolwiek z waszecia Disneyland Dygata (1965, nr 12). Wojciech Żukrowski zasadnie upomniał się o uznanie dla pisarstwa Lema (1969, nr 6), pisząc jednak o Pamiętniku z powstania warszawskiego, pobłądził fatalnie: „dlaczego on [Białoszewski] tak wyprał z myśli swojego bohatera, zrobił z niego wyłącznie przewód pokarmowy, wypłosza z amputowaną pamięcią i zdolnością do kojarzenia, embrion pływający w roztworze cudzej walki, kulący się odruchowo i szukający mamy” (Mironek w powstaniu, 1970, nr 19).
Pod koniec pięciostronicowego omówienia Herbertowskiego Pana Cogito Andrzej Lam, nawiązując do przywołania przez poetę Don Kichota, konstatuje: „zawsze jakieś ważne wartości ludzkie przeżywają swój zmierzch i zawsze domagają się głosu, szczególnie przejmującego wtedy, kiedy giną” (1974, nr 19). No i powiedzcie, że i zestawienie obu postaci, i wniosek nie brzmią dzisiaj jeszcze mocniej.
październik 2019
