Pocztówki z podróży. w 960 dni dookoła świata - Sława Wronek-Kuch, Krzysiek Kuch - ebook

Pocztówki z podróży. w 960 dni dookoła świata ebook

Sława Wronek-Kuch, Krzysiek Kuch

0,0
59,90 zł

lub
Opis

Pocztówki z podróży to osobista relacja z prawie trzyletniej podróży dookoła świata. Trochę komunikacją publiczną, trochę samochodem, a najwięcej na motocyklach przez Azję, Australię, Nową Zelandię, Amerykę Południową, Środkową i kawałek Północnej. Opisy przygód przeplatają się z refleksjami na temat podróżowania, ludzi, pieniędzy…

To nie jest przewodnik ani źródło szczegółowych informacji o świecie, jednak nikt jeszcze tak szczerze i bez zadęcia nie pisał o tym, jak długie podróżowanie wygląda od podszewki, z czym się wiąże i ile kosztuje. Książki podróżnicze z reguły kończą się wraz z powrotem do kraju. Pocztówki z podróży idą dalej i pokazują, jak wygląda powrót do rzeczywistości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 449




Redaktor prowadzący

Agata Sikorska

 

Redakcja

Błażej Kusztelski

 

Korekta

dr Michał Friedrich, Błażej Kusztelski

 

Projekt okładki

Marcin Dolata

 

Mapki

Dominik Szmajda

 

Copyright © by Sławomira Wronek-Kuch, Krzysztof Kuch 2021

Copyright © by Sorus 2021

 

ISBN 978-83-66664-21-0

 

E-book przygotowany na postawie wydania I

 

Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza 15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

[email protected]

księgarnia internetowa

www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

 

KonwersjaEpubeum

Jak wyjechać w podróż dookoła świata

Co musi się wydarzyć, żeby marzenie stało się rzeczywistością? Pewnie u każdego jest inaczej. U nas połączyły się marzenia z dzieciństwa oraz sytuacja zawodowa i materialna. Do tego doszła lektura paru książek podróżniczych, rozmowy z ludźmi, którzy wyjechali w długą podróż, zmęczenie codzienną rutyną i już. Wszystkie puzzle są na swoich miejscach. Jedziemy. Chociaż nie. Zapomniałam o najważniejszym. Najistotniejszymi elementami układanki byliśmy my sami. Nie wiem, czy wybrałabym się w taką podróż, gdyby nie Krzysiek. Stworzyliśmy we dwoje niezniszczalny tandem, nieprzygotowany na nic i gotowy na wszystko.

Zaraz, zaraz, marzenia marzeniami, tandem tandemem, ale od czego tak naprawdę ta konkretna podróż się zaczęła? Łatwo powiedzieć „zrobiliśmy to”, szczególnie po fakcie, ale co zrobić, żeby to zrobić?

Pierwszy i bardzo podstawowy krok to zadanie sobie pytania, czy faktycznie to jest to, czego chcę. Marzenie o podróżowaniu stało się bardzo powszechne, ale często bywa tylko ucieczką myśli, a nie prawdziwym pragnieniem mającym się spełnić. Zastanów się, czy gdyby teraz zjawiła się wróżka i usunęła wszelkie przeszkody, gdybyś mógł pstryknąć palcami i wyjechać, zrobiłbyś to? Jeśli się wahasz, to może twoim marzeniem jest własny biznes, satysfakcjonująca praca, a może dom z ogrodem i śniadania na tarasie? To marzenia jak każde inne – ani lepsze, ani gorsze. A może po prostu jest ci dobrze z tym, co masz?

Jeżeli jednak ćwiczenie mentalne z wróżką wyszło pomyślnie, zastanów się, jaka data wyjazdu jest w twoim przypadku realna. To drugi krok. Ile czasu ci potrzeba, żeby odłożyć pieniądze, poukładać sprawy, zakończyć ważne projekty? A może nie masz zobowiązań, za to dużo wiary we własne siły i chcesz wyjechać jak najszybciej i zarobić w trakcie? Wyznacz realny dla siebie termin, w tym realny mentalnie. Dla nas termin musiał być na tyle odległy, żebyśmy sami mogli uwierzyć, że jesteśmy w stanie zrobić to, co zamierzamy. Ja chciałam skończyć aplikację i zdać egzamin radcowski, a Krzysiek zdać egzamin na terapeutę manualnego. Oczywiście mogliśmy najpierw wyjechać, a potem zająć się tym wszystkim, ale chcieliśmy jakoś zabezpieczyć sobie powrót i wrócić z fachem w ręku i rezerwą na koncie. Poza tym uznaliśmy, że wolimy dłużej popracować w Polsce i zdobyć doświadczenie w swoich zawodach niż pracować w innym kraju tylko dla kasy. Decyzja w każdym przypadku zależy pewnie też od tego, czy na przykład w swoim zawodzie jesteś w stanie zarobić w Polsce wystarczające sumy i na jakim doświadczeniu ci zależy.

Jeżeli masz już ustalony termin, pozostaje trzeci i ostatni krok do wykonania. Zacznij odkładać pieniądze. Nieważne ile, po prostu zacznij. Nasza pierwsza wpłata na konto podróżnicze wynosiła... dwieście złotych – prezent od przyjaciółki Ewy właśnie na ten cel. Zaczęliśmy więc praktycznie od zera. Nie mieliśmy pieniędzy od wujka z Ameryki, ani nie wygraliśmy w totka – chociaż takie historie o nas krążą. Na początku wpłacaliśmy małe kwoty, bo więcej nie mieliśmy. Potem okazało się, że jeżeli wpłatę na konto podróżnicze potraktuje się jak rachunek, który trzeba opłacić od razu po wpłynięciu pensji, to z każdej wypłaty da się dużo więcej wyciągnąć.

Sława już w dzieciństwie wiedziała, że chce podróżować, pozostało tylko namówić Krzyśka

Tak ściboliliśmy przez trzy lata. Wtedy sami do końca nie wierzyliśmy, że nam się uda. Oszczędności przyrastały wolno, więc stwierdziliśmy, że trzeba coś zrobić. Ja zmieniłam pracę na zabójczą dla czasu prywatnego i zdrowia, ale za to ze znacząco wyższą pensją, a Krzysiek pracował w trzech różnych miejscach, wypełniając grafik pacjentami od rana do późnego wieczora. Jak już zaczynasz coś realizować, to w trakcie pojawiają się nowe sposoby. Musisz uwierzyć, że tak jest, chociaż teraz może nie widzisz żadnych perspektyw na zmianę.

Całą resztą, czyli załatwianiem rozmaitych spraw można zająć się już na kilka tygodni lub miesięcy przed wyjazdem. Ile tych spraw będzie to już kwestia podejścia. Jedni spróbują zabezpieczyć wszystkie możliwe sytuacje, inni zakładają, że zaczną się martwić, jak już będzie czym.

Wracając jeszcze do puzzli. Bywa, że tym, co przesądza sprawę, jest jedno zdanie, jeden przykład. Dlatego wszystkim tym, dla których ta książka i nasza wyprawa będą brakującymi elementami układanki, życzymy udanej podróży. Tym, którzy zareagowali: „no tak, ale oni to mają / umieją / robią to czy tamto” – polecam wrócić do testu z wróżką. Prawdę mówiąc, test z wróżką nie był mi potrzebny. Od dziecka marzyłam o podróżach i przygodach. Już na początku podstawówki napisałam w wypracowaniu, że moim największym marzeniem jest podróżowanie (na drugim miejscu – zostanie przedszkolanką, ale to marzenie zweryfikował czas). Odpowiedź na pytanie miałam więc już gotową. Krzysiek też bardzo szybko powiedział „tak”. To nie znaczy, że nie zdarzały się wątpliwości i obawy o to, jak poradzimy sobie w trakcie i po powrocie, i czy w ogóle damy radę. Nawet gdy już kupiliśmy pierwszy bilet, nachodziły nas chwile niepewności.

EUROPA

FINLANDIA (1-5 dzień)

Weekend na rozruch

W końcu jednak wszystkie przygotowania zostały zakończone, a wątpliwości rozwiane. Poranny lot do Helsinek. Z Warszawy. Ze stolicy jednego z największych krajów europejskich. Dopiero mieliśmy się przekonać, jak egzotycznie brzmi „Polonia” w wielu miejscach na świecie.

– Polska? Znam dwoje sławnych ludzi z Polski.

– Naprawdę? A kogo?

– Papieża i Hitlera!

Gość na nikaraguańskiej granicy był tak z siebie dumny, że nie wiedziałam, czy powinnam mu pogratulować, czy też powinno być mi przykro z powodu jego ignorancji i braku edukacji.

Podróż pokaże, że historia Polski staje się co najmniej tak mała jak nasz kraj, gdy uświadamiam sobie, jaki świat i jego historia są wielkie.

Za wcześnie jednak na Nikaraguę. I to o jakieś dwa i pół roku. Na razie siedzimy w samolocie do Helsinek i czujemy, jak bardzo jesteśmy zmęczeni pakowaniem ostatnich skarbów z mieszkania, które nijak nie chciały się zapakować do końca. Jeszcze o trzeciej nad ranem znosiliśmy ostatnie pudła. Do tego oboje mamy zapędy perfekcjonistyczne, więc chcieliśmy uporządkować i zabezpieczyć możliwie wszystko. W praktyce ostatnie tygodnie spędziliśmy na załatwianiu spraw. Nie pamiętam już nawet jakich. Do tego chcieliśmy jeszcze pożegnać się z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Wszystko to sprawiło, że do samolotu wsiadły dwie sflaczałe dętki, a nie rozentuzjazmowani podróżnicy rozpoczynający przygodę życia. Może dlatego, gdy już nasza wymarzona i wyczekana podróż w końcu się zaczęła, czuliśmy, że jest jakoś zwyczajnie. Ot, kolejny dzień, tyle że tym razem w samolocie do Helsinek. Wypad na weekend po prostu.

To jest właśnie iluzja, którą sobie serwujemy. Myślimy o celu jako o czymś, co spełnia się nagle. Nie było i jest. I wtedy są oczekiwania, które mamy na etapie wymyślania. Tyle tylko, że tak się nie dzieje. Do celu docierasz po trochu i przyzwyczajasz się na bieżąco do zmian. Gdy już plan się zrealizuje, czasami nawet tego nie widzimy. Nagle przychodzi oświecenie. O rany, zrobiłem/łam to!

Skąd pomysł, żeby zacząć od Helsinek? Po pierwsze chcieliśmy wyruszyć samolotem, a nie pociągiem, żeby od razu rozpocząć przygodę. Poza tym to dobre miejsce, z którego można już lądem przetransportować się do Rosji. A drugi powód? Helsinki stały się naszym pierwszym celem ze względu na znajomych ze studiów. To jedni z tych, z którymi możesz nie widzieć się lata, mogą mówić innym językiem i pochodzić z kręgu kulturowego ludzi na pozór zimnych i zdystansowanych, a gdy dochodzi do spotkania, jest tak, jakbyśmy widzieli się zaledwie wczoraj. Finowie, jak sami mówią, potrzebują czasu i rozluźniaczy, żeby się otworzyć. Polska wódka bardzo w tym pomaga.

Finlandia to podobno najlepszy kraj do życia. My też jesteśmy pod wrażeniem Helsinek. Wydaje się, że ludzie żyją w równowadze. Mają czas i na pracę, i na życie osobiste. Dbają o reset, rozrywki i czas z przyjaciółmi. Jesteśmy tu latem, więc nie doświadczamy szarej i depresyjnej strony skandynawskiej zimy. Być może wtedy nie jest tak różowo. Zresztą perspektywa z zewnątrz jest zawsze inna. Znam Finów, którzy chętnie by stąd wyjechali. Poza tym jeżeli jesteś do czegoś przyzwyczajony, traktujesz to jako pewnik i nie widzisz nic specjalnego w rozbuchanym socjalu i szacunku do twojego prywatnego czasu. Cudza kawa zawsze lepiej pachnie. To co nas zachwyca, dla nich jest codziennością, a codzienność, jak wiadomo, jest codzienna, a nie wyjątkowa.

Dla nas jednak Helsinki to nie codzienność, więc szwendamy się godzinami po mieście, wieczorami gotujemy, imprezujemy i gadamy ze znajomymi. Ranki zaczynamy od długich śniadań. Uwielbiam, gdy leniwie przedłużają się tak, że prawie zahaczają o lunch. Wystarczy dobre towarzystwo, coś do zjedzenia i dobra kawa. Popołudnia już bardziej aktywne – basen i sauna. Ośrodki sportowe w Helsinkach to nie wypasione i błyszczące siłownie czy kluby fitness jak w Polsce, tylko zwykłe miejsca, które są tu od lat, i z których korzysta prawie każdy. W Polsce miejsca publiczne są nowe, estetyczne, wręcz wymuskane. Tyle tylko, że u nas powstają one stosunkowo od niedawna i zaczynają wpisywać się w nasze nawyki. W Helsinkach nikt nie przykłada do tego wagi – liczy się aktywność, nie otoczenie.

Dobrze nam tu i właściwie moglibyśmy zostać jeszcze kilka dni, ale przecież zaczynamy podróż dookoła świata, a nie wypad na weekend.

ROSJA (6-32 dzień)

Kiedy wreszcie zacznie się ta wielka podróż?

Z Helsinek jedziemy do Sankt Petersburga. Skoro to był wypad weekendowy, to teraz powinna zacząć się podróż właściwa. Nie możemy jakoś poczuć, że zaczyna się przygoda życia. Rosja wydaje się bardzo swojska i podobna do Polski. Sankt Petersburg jest przepiękny, ale to coś, co znamy. Brakuje jeszcze egzotyki. Za krótko jesteśmy poza domem, żeby poczuć różnicę i stwierdzić, że to już. Bardzo powoli dociera do nas, że marzenie właśnie się realizuje, że to początek czegoś wielkiego, jednak z każdym przejechanym kilometrem coraz bardziej cieszą się nasze facjaty.

W porównaniu ze spokojnymi Helsinkami, Sankt Petersburg jest miastem, które nie zasypia. Ulice są zatłoczone i głośne. Nawet grubo po północy Newskim Prospektem pędzą setki samochodów. Próbujemy naszym zwyczajem pokonać na piechotę najwięcej jak się da, ale odległości są zabójcze i każdego wieczora bolą nas nogi. Przydałyby się rowery, można je nawet wypożyczyć, ale w tym tłoku i przy nagminnym łamaniu ograniczeń prędkości trochę zniechęcamy się do tego pomysłu.

Tak często myli się Polaków z Rosjanami. Wrzuca do jednego worka i traktuje jak jeden naród. Świadczy to niby o niewiedzy, ale z drugiej strony dla nas też każdy Azjata to Chińczyk. Podobnie brzmiący język, uroda… Są jednak różnice i myślę, że to z powodu tych różnic oraz ze względu na historię Polacy obrażają się za mylenie ich z Rosjanami. Część z tych różnic śmieszy. Ja widzę je przede wszystkim u kobiet – bardzo, aż w groteskowy sposób, skupionych na urodzie. Wygląd na co dzień jest najważniejszy, a co dopiero gdy ma zostać uwieczniony na zdjęciu! Rosjanki wyginają się do fotki niczym nimfy, jakby były na castingu modelek. Ja też próbuję choć trochę im dorównać, ale to trzeba mieć jednak we krwi.

Nasz pasażer na gapę – Jadźwing w Carskim Siole

Sankt Petersburg to rozmach. Piotr I miał wizję i ją zrealizował. Patrząc na to piękno, trudno pamiętać, że depczemy po trupach tych, którzy Piotrowe zachcianki realizowali. To piękno wymagało ofiar. Petersburg stanowi dość świeżą historię, więc po prostu o tych ofiarach wiemy, a przecież podobne fakty dotyczą wszystkich monumentalnych zabytków okupionych mozolną pracą maluczkich.

Ulice Sankt Petersburga jeszcze długo będziemy czuć w nogach. Na szczęście w pociągu do Moskwy mamy miejsca leżące i możemy się trochę rozprostować. W stolicy zjawiamy się o piątej nad ranem. „Zjawiamy się” to dobre słowo, bo po nocy w pociągu i o tak wczesnej porze wyglądamy jak zjawy. Przydałoby się trochę odpocząć. Jedynym otwartym miejscem okazuje się McDonald’s. Przybytek, do którego nie mamy zwyczaju zaglądać, szczególnie w podróży, kiedy jesteśmy nastawieni na lokalne smaki. Hostel przyjmuje jednak dopiero po południu, więc nie mamy za bardzo innego wyjścia i siły, żeby szukać dalej. Na szczęście w hostelu możemy zostawić plecaki i pobudzeni McKawą biegniemy na Plac Czerwony. Wydaje się jakiś mniejszy niż w telewizji. Ot, zderzenie wyobrażenia z rzeczywistością. Za to Sobór Wasyla Błogosławionego faktycznie wygląda jak z bajki Disneya.

W hostelu spotykamy parę Szwajcarów, która również wyruszyła w długą podróż. Wtedy wydało nam się to niezwykłe, że mamy podobne plany, jednak już w Mongolii odkryliśmy, że takich egzemplarzy jak my jest więcej. Czy to źle? Na pewno czyni naszą podróż mniej wyjątkową, ale przekonuje też, że wszystko jest łatwe, gdy tylko zacznie się to robić.

Sobór Wasyla Błogosławionego tudzież zajawka filmu Disneya

Moskwa przypomina nam trochę Warszawę. Po pierwsze sieć metra – prawie identyczna. Jeszcze tylko dziesięć nowych linii w naszej stolicy i będzie tak samo. No, powiedzmy... Po drugie Plac Czerwony w rzeczywistości jest niewiele większy od Placu Zamkowego i Placu Piłsudskiego razem wziętych. Przede wszystkim jednak nasz Pałac Kultury – bliźniak moskiewskiego, z tą różnicą, że nasz jest unikatowy, a u nich stanowi tylko jeden z siedmiu cudów architektury, nazywanych „Wieżowcami Stalina”. Zjechaliśmy Moskwę metrem wzdłuż i wszerz, wysiadając na najładniejszych stacjach. Marmur, dekoracje i murale przytłaczają przepychem. Robią wrażenie nawet na kimś, do kogo przemawia bardziej minimalizm stacji Stare Bielany.

Kontynuujemy też nasz zwyczaj kumulowania miejskich kilometrów w nogach i posiłkując się od czasu do czasu komunikacją publiczną, szwendamy się po zakątkach Moskwy. Odwiedziliśmy Bułhakowa, Behemota i towarzysza Lenina. Poznaliśmy uprzejmość pań w sklepach i w kasach metra rodem z komedii Barei. Jakoś do tego przywykliśmy i zawsze po odejściu od kasy rzucaliśmy im ciętą ripostę po polsku. Zdążyliśmy to wszystko nawet polubić, a tu już trzeba wyjeżdżać. Jutro mamy pociąg do Irkucka. Majty wyprane, prowiant na trzy i pół dnia przygotowany. Jesteśmy gotowi na spotkanie z legendą.

Transsyberyjski pociąg – legenda

Wiele słyszeliśmy o kolei transsyberyjskiej, zanim zdarzyło nam się osobiście zakosztować jej uroków. Przede wszystkim mówiono nam, że w pociągu strasznie śmierdzi, okna się nie otwierają i nie ma czym oddychać. Naszym zdaniem nie jest tak źle. Nasze okno się otwierało, a jak przez cały dzień siedzisz w zapaszkach, to cóż, stajesz się ich częścią i już tak nie przeszkadzają, nie wspominając o tym, że po części sam je wydzielasz. Po dwóch dniach natomiast mamy powoli dość ograniczonej przestrzeni, przemieszczających się ciągle ludzi i czyhania na wolną toaletę. Kryzys jednak był chwilowy i dotrwaliśmy do końca.

Nieprawdziwe są już legendy o jednej wielkiej libacji wśród pasażerów, o ciągłym częstowaniu wódką. Spożywając dwa piwa po drodze, byliśmy chyba jednymi z najostrzej pijących w naszym wagonie. A może po prostu mieliśmy szczęście do porządnickiego towarzystwa? Najciekawsi są spotykani w pociągu ludzie jadący tysiące kilometrów do swych rodzin, do pracy. Każde życie to odrębna książka. Czasem smutna, bo widzisz, jak lęki i niewiara w marzenia sprowadzają kogoś na ziemię.

Niektóre stopy nie grzeszą czystością, pewnie stąd ten charakterystyczny aromat w pociągu

Andriej tańczy w balecie. Długie godziny w podróży sprzyjają temu, żeby każdy opowiedział swoją historię. Zawrócił z lotniska w Moskwie. Miał bilet do Nowej Zelandii i kontrakt w kieszeni. Mógł tańczyć na tak zwanych światowych scenach, mógł ruszyć ze swoim życiem do przodu. Zawrócił. Ze strachu, z tęsknoty. W małej syberyjskiej wiosce został jego młodszy brat. Sam. Wychowali się w domu dziecka i nie rozstawali nigdy. Żal mi ściska serce, kiedy pomyślę, że kosztem kilku miesięcy rozłąki być może mógł im obu zapewnić lepsze życie. To oczywiście moja perspektywa. Andriej wydaje się z tym pogodzony. Przede wszystkim przyznaje się do tego, ale może szuka potwierdzenia, że dobrze zrobił. Nie wiem, czy dobrze. Zatrzasnął marzeniom drzwi tuż przed nosem. Co teraz robi? Nie wiem, nie mamy kontaktu. A szkoda, bo chciałabym wierzyć, że to była tylko jedna z dróg i że kolejna, na którą wkroczył, pozwoliła mu znowu spotkać się z marzeniem.

Poza tym Andriej dorabia jako prowadnik (czyli po naszemu konduktor) w pociągu. Tyle że taki rosyjski prowadnik w długodystansowych pociągach ma o wiele więcej zadań do spełnienia niż tylko sprawdzenie biletów. Przede wszystkim jest strażnikiem samowara. Tam zawsze wrze cieplutka woda na herbatkę czy na zalanie chińskiej zupki. Samowar to podstawa każdego wagonu i udanej podróży. Andriej zdradził nam kilka zawodowych tajemnic, które może jeszcze kiedyś się przydadzą przy kupowaniu biletów na rosyjskie pociągi. Przydatne w kilkudniowej podróży może okazać się gniazdko elektryczne. Trzeba jednak wiedzieć, że znajdują się one tylko w drugim lub ósmym przedziale plackartowego wagonu (plackarta to rodzaj wagonu trzeciej klasy). Zgadnijcie, w którym przedziale byliśmy, skoro był tam Andrij?

Wśród opowiadanych historii czas w podróży mija bardzo szybko. Poza tym jedzenie, spanie, czytanie, filmik na dobranoc i znowu spanie. Niespostrzeżenie mijamy kolejne strefy czasowe i nagle gdzieś w drodze gubimy pięć godzin. Dodatkową atrakcję stanowią kolejne przystanki, gdzie podczas nawet godzinnego postoju można kupić przeróżne suweniry, obiady, suszone ryby, owoce i kryształowe żyrandole. Jednym słowem wszystko, czego dusza zapragnie.

Naszą drugą sąsiadką jest starsza pani. Trochę chyba nas nie lubi, ale za to bardzo opiekuje się Andriejem. Pod koniec podróży dowiadujemy się, skąd ta niechęć do nas. Miała powody, żeby uznać nas za imbecyli. Jednak dopiero tuż przed wysiadką odważyła się zapytać i upewnić w swoim przekonaniu.

– A co wy tak przez trzy dni ciągle tę jedną stronę czytacie?

– Jedną stronę? Ja trzy książki po tysiąc stron każda trzasnęłam, Krzysiek podobnie!

– No a ciągle patrzysz na tę samą kartkę.

W kolei transsyberyjskiej jest duuużo czasu na rozmowy – Andriej baletmistrz

A, tu jest pies pogrzebany. Starsza pani, niezaprzyjaźniona z techniką, patrząc, jak nieustanie wpatrujemy się w nasze elektroniczne czytniki, słusznie uznała, że jacyś kretyni z nią jadą i uczą się na pamięć jednej strony z książki. Szkoda, że nie odważyła się zapytać wcześniej. Może wtedy dałaby nam szansę? A jak często my tak robimy? Nie mamy wiedzy, zatem oceniamy zgodnie ze swoimi ograniczeniami. Czy da się w ogóle powiedzieć, że ktoś jest jakiś? Że Polacy tacy, a Amerykanie to inni? Bo ja znam Polaków i takich, i innych, Amerykanów już też, do tego jeszcze Północnych, Południowych i Środkowych.

Taka długa podróż daje czas na przemyślenia, gdy nic nie rozprasza i nie ma czegoś do zwiedzania. Dopiero po powrocie do Polski tak naprawdę przekonam się, ile w tej ciszy się wydarzyło, jak przewartościował mi się świat, jak wiele rzeczy stało się prostych i jasnych. Wiem, że wszystko na etapie przejściowym, między marzeniem a planem, jest trudne i niewykonalne. Dociera do mnie, że ci których podziwiam, też mieli takie myśli, być może również pukali się w głowę, stwierdzając: „jestem przecież za mały, żeby coś osiągnąć”. To ci wielcy osiągają wielkie rzeczy, choć też byli kiedyś tymi maluczkimi zadającymi sobie podobne pytania. Tylko przestawienie swego myślenia pozwala stwierdzić, że wszystko jest możliwe również i dla mnie.

Wędzone ryby na peronie

Żegnamy się z Andriejem i z trochę już łaskawiej spoglądającą na nas starszą panią. Spieszno nam nad Bajkał, więc w Irkucku nie zostajemy długo. Po ostatnich wielkomiejskich wrażeniach tęskno nam do natury. Nie ma tu zbyt wiele do zwiedzania, ale jest naprawdę urokliwie. Niska zabudowa, dużo drewnianych domów i zieleni, no i ta muzyka dobiegająca z miejskich głośników. Po prostu pełen luz jak w powiatowym miasteczku. Na pierwszy rzut oka nie widać, że mieszka tu około sześćset tysięcy ludzi. Irkuck to raczej baza wypadowa nad Bajkał lub w góry i tak zdaje się jest traktowany przez większość turystów.

W takich miejscach zawsze zastanawiam się, jak by to było urodzić się gdzie indziej i jak to jest z wpływem na własne życie. Czy faktycznie mogę wszystko? A może jest to tylko wygodna teoryjka wymyślona na potrzeby bogatych społeczeństw, które mają wiele możliwości, a przede wszystkim nie muszą walczyć o byt? Głęboko wierzę w to, że mogę zrobić ze swoim życiem wiele niesamowitych rzeczy. Wiem jednak, że gdybym urodziła się gdzie indziej, tkwiłabym może w głębokim zadupiu. Czy mogłabym się z niego wydostać? Jasne, tylko że dłuższą i trudniejszą drogą. I to jest to, co naprawdę silnie może powstrzymywać ludzi „gorzej urodzonych”. Gorzej w rozumieniu miejsca, gdzie piszczy bieda, gdzie ogranicza ich religia czy ustrój. Strefa dyskomfortu, przez którą trzeba wtedy przejść, jest znacznie dłuższa i trudniejsza albo też gówniana rzeczywistość nie daje zbyt wiele przestrzeni na zmiany.

Często oburzałam się, gdy ludzie stwierdzali, że na taką podróż trzeba mieć dużo pieniędzy. Stawiałam siebie wtedy w sytuacji męczennika, który przecież podjął wiele wysiłków, żeby tę forsę zarobić, i że wcale nie było łatwo. Długo jednak nie da się udawać. Po kilkunastu miesiącach w podróży przestałam złościć się, że ludzie uważają nas za bogaczy. Mają rację, jesteśmy bogaczami, jest nam łatwiej. Jeszcze łatwiej jest Niemcom czy Australijczykom. Ja też w jednej z pierwszych wakacyjnych podróży byłam wściekła, kiedy podróżująca wiele miesięcy Australijka powiedziała mi, że trochę kelneruje, a trochę pracuje jako nauczycielka. Odkłada kasę i wyjeżdża na pół roku. Byłam wściekła, bo żeby zarobić tyle co ona, musiałam wiele lat studiować i ciężko pracować w korpoświatku. Jaką wściekłość musi czuć Boliwijczyk, który nie ma ani jednej, ani drugiej możliwości? Czy mamy wpływ na własne życie? Oczywiście, tyle że jednym jest bliżej, a innym dalej. Czy warto się na to wściekać? A czy to pomoże?

Magiczny Bajkał

Podróż w dosłownym rozumieniu to także nieustanne przemieszczanie się i godziny spędzone w środkach transportu. Ciekawe byłoby wyliczenie, jaki procent czasu spędziliśmy w drodze. Na razie jednak nie liczymy, tylko wskakujemy do busa, który wiezie nas do Listwianki. To nadbajkalska miejscowość popularna wśród Rosjan. Sama w sobie nie jest specjalnie interesująca. Ot, wioseczka nad jeziorem. W szczególności, gdy porównuję ją z moim romantycznym wyobrażeniem Bajkału jeszcze z czasów liceum. To mi uświadamia, że cudownie jest jechać do miejsc, wobec których nie mamy żadnych oczekiwań. Wtedy zamiast porównania rzeczywistości z wyobrażeniem pojawia się zaskoczenie albo po prostu rzeczywistość taka, jaka jest. W każdym razie Listwianka nie ma nic wspólnego z dzikością i romantyzmem.

Zniechęceni brakiem kempingu i drogą ofertą noclegową postanowiliśmy rozbić namiot na skarpie przy plaży. Trzeba przyznać, że widok z namiotu mieliśmy nieziemski. Do tego kupiony na bazarze wędzony omul dopieścił nasze podniebienia. Pobyt nad Bajkałem nie byłby jednak zaliczony bez kąpieli. Zanurzyliśmy się w lodowatej wodzie, ale wybiegliśmy z niej w rekordowym tempie mimo śliskich i obijających stopy kamieni. No cóż, woda w Bajkale może nie jest zbyt przyjazna dla pływaków, ale za to znakomicie nadaje się do chłodzenia wina. Do tego ognisko, widoki i w końcu Bajkał zaczął być magiczny. Wystarczyło tylko znaleźć swoje miejsce, stworzyć fajne dla siebie warunki i zaczyna być lepiej niż w wyobraźni.

W sielskim nastroju kładziemy się spać, gdy nagle słyszymy, że ktoś się zbliża do namiotu. Jacyś goście, jest ich chyba dwóch i wydają się pijani. No to piękny mamy początek nadbajkalskiej przygody. Wyraźnie czegoś od nas chcą. Nie ma tu nikogo oprócz nas, więc krzyczą raczej w kierunku naszego namiotu. W końcu podchodzą i próbują otworzyć suwak. Teraz już słyszymy, co mówią, chcą pieniędzy. W głosach nie ma jednak agresji, więc mamy nadzieję, że chłopakom po prostu zabrakło na flaszkę, aby dobić do Edenu. Mówimy, że my studienty i niet dziengów, no ale na butelczynę możemy dać. O dziwo są wdzięczni, dziękują i odchodzą. Złych zamiarów, zdaje się, nie mieli, ale czy naprawdę chęć nawalenia się uzasadnia straszenie po nocy? Skutek jest taki, że zamiast delektować się szumem Bajkału nasłuchujemy, czy nie wracają z całą gromadą po więcej.

Gdzie te Bolsze Koty?

Podróż daje niesamowitą możliwość wykorzystywania ciała do tego, do czego zostało stworzone, czyli do ruchu. Szczególnie ja to doceniam po latach spędzonych przed komputerem. Tym razem obydwoje potrzebujemy rozruszać się po godzinach spędzonych w pociągu. Dobrze nam więc zrobi kilkunastokilometrowy spacer wzdłuż jeziora do Bolszych Kotów. Przejście wymaga trochę orientacji w terenie, bo o szlaku świadczą jedynie ślady śladów wydeptanych w trawie.

Zabraliśmy ze sobą namiot, śpiwory i różne kempingowe szpargały, a resztę rzeczy zostawiliśmy w Listwiance. Szlak wiódł najpierw przez las, a potem nad brzegiem Bajkału. Na mapie wyglądało to dość niewinnie, ale trasa wiedzie raz w dół, raz w górę po niewysokich pagórkach przez prawie dwadzieścia kilometrów. Kiedy wydawało nam się, że już za chwilę powinniśmy być na miejscu, mijały kolejne kwadranse, a Bolszych Kotów ani widu, ani słychu. W końcu zaczęło mocno padać i grzmieć. Żeby nie zmoknąć do cna, przykryliśmy się płachtą namiotową i pod takim prowizorycznym dachem pokonaliśmy dalszą część trasy. Do Bolszych Kotów dotarliśmy w strugach deszczu dopiero pod wieczór.

– Rozbijamy namiot?

– Nieeee!!!

Zdań odrębnych nie było, oboje zamarzyliśmy o ciepłym łóżku. Szkoda tylko, że cały sprzęt kempingowy targaliśmy na plecach. Bez bagażu byłoby nam zdecydowanie łatwiej.

Wieczór spędzamy w ciepełku, oglądając rosyjskie seriale. Rankiem pogoda już lepsza, ale wracać tą samą drogą to nie w naszym stylu. Planujemy powrót wodolotem. Pomysł znakomity, a byłby jeszcze lepszy, gdyby statki kursowały w środy. Okazało się, że najbliższy kurs jest w piątek późnym popołudniem. W zasadzie moglibyśmy tu zostać na trzy dni dla relaksu, bo wioska jest naprawdę malownicza, ale chcemy jeszcze przed wygaśnięciem wizy połazić po górach. Poza tym nie wzięliśmy zapasu jedzenia (miejscowy sklep oferował tylko piwo i chipsy), a nasze rzeczy zostały w informacji turystycznej w Listwiance i umówiliśmy się, że odbierzemy je wieczorem. Przede wszystkim jednak dopiero co mieliśmy kilka przesiedzianych dni w pociągu. Teraz potrzeba nam ruchu.

Już zaczęliśmy się godzić z perspektywą powrotu na piechotę, kiedy na przystani zaczepił nas jakiś facet i po krótkiej rozmowie zaproponował nam transport łodzią do Listwianki. Nasze zmęczone nogi z ulgą przyjęły tę wiadomość. Jakby tego było mało, na łodzi ugoszczono nas jeszcze świeżymi omulami i zimnym piwkiem. Rybki były przepyszne, złowione w nocy i uwędzone przed chwilą na plaży. W ogóle nieporównywalne z tymi kupionymi na bazarze w Listwiance. Okazało się, że na łodzi jest grupa kumpli, którzy pływają sobie po Bajkale. Trafiliśmy akurat na końcówkę ich trasy. To był znakomity początek dnia, a miało się okazać, że zakończy się równie fajnie.

Po rejsie żegnamy się z naszymi dobroczyńcami i szybko się organizujemy, żeby przed nocą dotrzeć na wyspę Olchon. W tym celu wsiadamy na prom. Niestety jest już ciemno i nie mamy szans na widoki. Za to są fajni współpasażerowie, którzy okazują się miłośnikami polskiej literatury, a szczególnie Janusza Wiśniewskiego. Lubią polskich pisarzy, więc lubią i nas. Nie zdawałam sobie sprawy, że Wiśniewski jest tak popularny w Rosji.

Bajkał – nowa odsłona

Późno docieramy do miejsca noclegowego, ale akurat trafiamy w sam środek imprezy przy ognisku. Rosyjska młodzież od razu zaprosiła nas na wódkę. Nie wiemy, czy to ognisko, czy też ognista woda sprawiły, że pomimo szkolnego rosyjskiego my rozumieliśmy ich, oni rozumieli nas, a rozmowy trwały do późna bez zbędnej gestykulacji. Tu dopiero zobaczyliśmy, jak piękny jest Bajkał. Na wyspie spędziliśmy trzy dni. Pierwszego dnia poszwendaliśmy się trochę, drugiego pojeździliśmy UAZem, a trzeciego wsiedliśmy na rowery. Było cudownie i magicznie. Lepiej niż w wyobraźni.

Olchon to w ogóle miejsce bardzo szamańskie. Co roku na przełomie lipca i sierpnia odbywają się tam międzynarodowe festiwale szamanów. Panuje tu głęboko zakorzeniona wiara w moc natury, a wyspa obrosła w wiele mitów i legend. Szamański klimat czuć w powietrzu. Trochę mniej szamańsko, za to bardziej przaśnie, jest w miejscowych sklepach. Stare drewniane liczydła, artykuły spożywcze jak z lat osiemdziesiątych. Zakupiony w takim sklepie kurczak w puszce okazał się mieszaniną rozdrobnionych pazurów i dziobów. Czas trochę tu przystanął, a przynajmniej rusza się bardzo niemrawo.

Wyspa Olchon

Syberyjskie góry i wulkany, których nie widać

Opuszczamy Olchon, bo przed wygaśnięciem wizy chcemy jeszcze powędrować po rosyjskich górach. Będąc w górach często zastanawiałam się nad sensem wysiłku. Tam jest on dosłowny. Wdrapujesz się na szczyt, czasem resztką sił – i po co? Dla tej chwili satysfakcji z widoku, z osiągnięcia czegoś? A jednak kolejnego dnia czy sezonu znowu wchodzisz i męczysz się. Może to jest tak, jak wielu powtarza: że to o drogę chodzi, a nie o sam szczyt. Mam zresztą wrażenie, że im więcej wielkich projektów w życiu, tym krócej trwa satysfakcja z ich osiągnięcia. Tym bardziej warto się cieszyć drogą i nie przejmować, że czasem jest długa i wyboista.

Cały dzień spędziliśmy w podróży. Najpierw, upchani jak sardynki w busie, z wyspy Olchon do Irkucka, a potem wytrzęsieni na ostatnim siedzeniu w busie – z Irkucka do Arszan. Tu już zaczyna się inna kultura. Mieszanka prawosławia, katolicyzmu i buddyzmu. Tu już nie jest po polsku, powoli zaczyna się coś nowego.

Arszan to niewielka wioska, która stanowi dobrą bazę wypadową do okolicznych atrakcji. Na pierwszy ogień idzie położony nieopodal dacan (buddyjska świątynia). Buddyzm w tutejszym (a później też mongolskim) wydaniu wydaje nam się trochę kiczowaty i infantylny. Ale to może znowu kwestia tego, że mamy określone wyobrażenia, jaki powinien być, i nie zgadzają się one z rzeczywistością. W każdym razie zwiedzamy w miarę szybko i robimy sobie jeszcze spacer do wodospadów. Dość krótkie odległości mamy dziś do przebycia, a skoro dzień się jeszcze nie skończył, łapiemy stopa, żeby dotrzeć do wygasłych wulkanów. Zgodnie z mapą powinny być kilka kilometrów od wioski. Wysiadamy z samochodu i idziemy na poszukiwania. Obejrzeliśmy jeden, w miarę blisko drogi, ale powinien być jeszcze drugi. Żeby było jasne – to nie są stożki widoczne z oddali, ale raczej niewielkie wzniesienia z lekkim wgłębieniem i trochę zastygłej lawy.

W oddali widać jakiś pagórek. To musi być wulkan! Ruszyliśmy łąką w stronę wzniesienia. Łąka stopniowo zmieniała się w bagno, ale nie zawrócimy przecież w połowie drogi. Błotnisty teren zaczęły przecinać rowy z wodą, które udało się pokonać przy pomocy kładek z desek. Kładki szybko się skończyły i pozostało brodzenie w błocie. Wracać czy moczyć buty? Za daleka droga za nami, żeby się tak łatwo poddać. Moczymy buty. Dotarliśmy w końcu na wzgórze. To chyba faktycznie był kiedyś wulkan, nawet miał na środku takie małe wgłębienie wyglądające jak krater, ale to wciąż był zwykły pagórek!

Czy w związku z tym opłacało się wchodzić? Nie odkryliśmy spektakularnego wulkanu, ale widok był naprawdę piękny. Po drodze dostaliśmy głupawki, aż mieliśmy zakwasy w policzkach. Ale nie zabrakło frajdy z pokonywania kolejnych przeszkód i byliśmy ciekawi, w co jeszcze może zmienić się z pozoru zwykła łąka. Nie mam wrażenia, że zaliczyliśmy wątpliwą atrakcję. No to opłacało się czy nie? To mi przypomina słowa profesora Bartoszewskiego, które przeczytałam w jednej z książek Jacka Walkiewicza. Brzmią one tak: „Są w życiu rzeczy, które warto, są rzeczy, które się opłaca. Nie zawsze to, co warto, się opłaca i nie zawsze to, co się opłaca, warto”. Ta okazała się właśnie jedną z takich rzeczy, która zupełnie się nie opłacała, ale było warto, choćby ze względu na nastrój, na przygodę. W innych humorach być może żałowalibyśmy, że w ogóle ruszyliśmy się z domu.

Sajany

Naszym głównym celem są Sajany. Z Arszan można wejść na Pik Lubwi. Szlak jest nieoznakowany, więc pierwszym wyzwaniem było znalezienie, gdzie się zaczyna. Samo wejście też daje trochę w kość. Od samego początku szlak jest bardzo stromy, a droga dość długa. Widok natomiast wynagradza wszystko, nawet ból mięśni i zjazdy na tyłku na bardziej stromych fragmentach w drodze powrotnej. Do tego na szczycie jest pusto. Poza nami tylko jeden osobnik. W drodze powrotnej zbieramy jeszcze sagan dali – zioło, które podobno działa na wszystko, a nawet jeśli nie działa, to na pewno nie szkodzi, skoro w całkiem dobrej formie wróciliśmy z podróży.

Szkoda, że nie mamy już czasu na inne szczyty. Zostawiamy je sobie na przyszłość. Chcemy jeszcze wejść na Pik Czerskiego w paśmie Chamar Daban. Tym razem bazą wypadową jest Sludianka. W przewodniku nie ma zbyt wielu informacji o noclegach w tym miasteczku, a już dawno nie mieliśmy dostępu do Internetu, żeby móc czegoś poszukać. Musimy polegać na tym, co mamy. Na ulicy Lenina pod numerem 155 miała być baza turystyczna. Może kiedyś była, ale teraz ulica kończy się na numerze 153 i dalej już nic. Mamy jeszcze jeden namiar: schronisko w okolicach Muzeum Mineralogicznego. Dotarliśmy do właściwej ulicy. Biedne domki, brudno i śmieci. Muzeum jest, ale schroniska nie widać. Dzwonimy do bramy. Otworzyła nam starsza pani, a za nią roztoczył się widok jak w oazie. Ogród, drewniane domki, czysto, miło i jest nocleg. A na dokładkę wystawy minerałów. Tu zostajemy!

Z przewodnika wynika, że trasę na Pik Czerskiego trzeba podzielić na dwa dni. Gospodyni odradza nam to jednak, bo zapowiadają deszcze. Ale byli tu kiedyś jacyś Polacy, którzy wyszli wcześnie rano i zdążyli wrócić tego samego dnia. Nasi rodacy podołali, a my mielibyśmy nie dać rady? Ruszyliśmy bladym świtem. Osiemnaście kilometrów do stacji meteorologicznej, potem jeszcze trzy godziny na szczyt i wracamy. Niestety pogoda nam nie sprzyjała. W gęstej mgle nie bardzo było widać którędy iść, więc na szczyt weszliśmy chyba jakąś dziwną drogą wiodącą stromą granią, którą na początku wzięliśmy za sam szczyt. Widoków w związku z mgłą nie było, łącznie z widokiem trasy, którą przyszliśmy. Szczyt dość rozległy i „wysypany” kamieniami. Nie widać żadnej ścieżki. Każdy kierunek wydaje się podobny. Gdyby nie zdjęcie, które Krzysiek zrobił tuż przed wejściem na szczyt, nie wiedzielibyśmy, którędy mamy zejść. Jakoś po ustawieniu wbitego w wierzchołek krzyża odgadliśmy, która droga jest właściwa.

Zdobyliśmy Pik Czerskiego, tylko którędy teraz wrócić?

Pomimo niewielkiego stresu schodzenie zaczęło się dobrze. Pierwszemu fragmentowi bardziej wypłaszczonego terenu też jeszcze daliśmy radę, choć już pod koniec tego etapu czuliśmy jednak każdy najdrobniejszy mięsień i marzyliśmy tylko o obiecanej ciepłej bani i spaniu. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie – jak zapamiętałam – wchodząc, robiliśmy zdjęcia. To już niedaleko! Namówiłam

Krzyśka, żeby sprawdził w aparacie, o której to było, chcąc podbudować się faktem, że to już ostatnie minuty. No cóż, pamięć spłatała mi figla. Z tego miejsca została jeszcze ponad godzina drogi. Miny nam zrzedły i zamiast zmotywować się do szybkiej ostatniej prostej ledwo doczłapaliśmy się do schroniska napędzani jedynie perspektywą kąpieli w parującej bani.

Od razu zapukaliśmy do gospodyni, a tu zonk. Ogień już wygaszony. Na szczęście jest jeszcze ciepła woda, a w samej bani też nie zdążyło się wychłodzić, więc chociaż trochę rozpieściliśmy wymęczone ciała. Wniosek z wycieczki był taki, że trasę da się zrobić w jeden dzień, ale trzeba mieć w sobie odrobinę masochisty. My najwyraźniej mamy. Za to kolejny, deszczowy już dzień spędzamy bardzo leniwie. Zakopani w śpiwory czytamy, piszemy i oglądamy zdjęcia. To jest właśnie jedna z przyjemności podróży. Jednego dnia eksploatujesz się do granic wytrzymałości, a drugiego bezkarnie odpoczywasz, ograniczając aktywność do minimum.

Jeszcze tylko musimy podjechać do centrum po bilety do Ułan Ude, ale jakoś tak nie chce nam się wyjść. Nałaziliśmy się wczoraj, jednak mus to mus, kończy nam się wiza. W Ułan Ude żegnamy się z Rosją. Powoli zaczynamy czuć, że to nie urlop, a początek czegoś większego. W poniedziałek rano mamy autobus do Ułan Bator. Mongolskie stepy, przybywamy!