15 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Metabolizm, sen, wahania nastrojów, system immunologiczny, dojrzewanie i seks – to tylko niektóre aspekty naszego życia kontrolowane przez hormony. Dziennikarka medyczna Randi Hutter Epstein z humorem i dociekliwością odkrywa historię tych potężnych związków chemicznych, która toczy się między piwnicami pełnymi słojów z mózgami w formalinie a nowoczesnymi klinikami hormonalnymi w Los Angeles.

W tej pełnej fascynujących niuansów, opisów badań naukowych i zabawnych anegdot książce zostali sportretowani najważniejsi naukowcy stojących za rewolucyjnymi odkryciami na temat równowagi hormonalnej w organizmie człowieka, a także szarlatani, którzy proponowali absurdalne kuracje. Epstein skupia się na ludziach: lekarzu, który w latach 20. XX wieku propagował wazektomię jako niezawodną metodę zwiększania libido, studentce medycyny, która dwadzieścia lat później odkryła hormon hCg informujący o ciąży, oraz matce, która zbierała przysadki mózgowe zmarłych, by za pomocą wydobytego z nich hormonu wzrostu leczyć swojego syna. Przy okazji autorka przybliża funkcje takich hormonów jak leptyna, oksytocyna, estrogen czy testosteron.

Pobudzeni to pasjonująca i szokująca opowieść o historii endokrynologii i niektórych najważniejszych odkryciach medycyny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału AROUSED: THE HISTORY OF HORMONES AND HOW THEY CONTROL JUST ABOUT EVERYTHING
Przekład JACEK KONIECZNY
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE
Redakcja MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Korekta JAN JAROSZUK
Projekt okładki AGNIESZKA WRZOSEK
Łamanie i korekta ANNA HEGMAN
Ilustracje na okładce © Can Stock Photo / Morphart; Man_Half-tube / DigitalVision Vectors / Getty Images; Morphart Creation / Shutterstock
Copyright © 2018 by Randi Hutter Epstein By arrangement with the author. All rights reserved. Copyright © for the translation by Jacek Konieczny Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-44-8
Wydawnictwo Marginesy ul. Mierosławskiego 11a 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Stuarta

oraz

Jacka, Marthy, Joeya i Elizy

WPROWADZENIE

Latem 1968 roku spędzałam dużo czasu w basenie przy domu mojej babci w Sprain Brook Country Club w Yonkers w stanie Nowy Jork. Babcia Martha i jej trzy przyjaciółki (zawsze te same) siedziały w cieniu i grały w kanastę, popijając gorącą kawę i paląc kenty.

Wchodziłam do basenu, żeby popływać ze starszym bratem i siostrą, ale przez większość czasu opalałyśmy się z siostrą, grubo wysmarowane oliwką dla niemowląt firmy Johnson’s, z głowami wciśniętymi między okładki albumów, które owijałyśmy folią aluminiową, aby przechwycić promienie słoneczne.

W drodze do domu porównywałyśmy opaleniznę na ramionach. Siostra zawsze wyglądała ładnie, a ja – jako rudzielec – przybierałam nieodmiennie barwę dojrzałego pomidora i następnego dnia złaził ze mnie naskórek. Babcia Martha opalała się na przepiękny brąz. Wydawało się, że jej skóra nawet mimochodem wchłania promienie słońca.

Pięć lat później dowiedzieliśmy się, że skóra babci bynajmniej nie odznaczała się jakimiś szczególnymi predyspozycjami do pięknej opalenizny. Powodem było zaburzenie hormonalne: choroba Addisona. Jej organizm nie produkował odpowiedniej ilości kortyzolu, hormonu pomagającego w utrzymaniu właściwego ciśnienia krwi i wzmacniającego układ odpornościowy. U ludzi cierpiących na chorobę Addisona występują stany ogromnego osłabienia, nudności i (czasami groźne) niskie ciśnienie krwi. Do tego ciemnieje im skóra. Diagnoza pozwoliła na wprowadzenie prostej metody zaradczej. Babcia zażywała codziennie pastylki z kortyzonem, zawierające hormon pod względem chemicznym przypominający kortyzol, którego brakowało w jej organizmie.

Kiedy babcia przyszła na świat w 1900 roku, słowo „hormon” jeszcze nie istniało. Wymyślono je dopiero pięć lat później. Gdy zachorowała w latach siedemdziesiątych, naukowcy potrafili już wykryć to zaburzenie, zmierzyć poziom hormonów w jej organizmie z dokładnością do jednej milionowej grama i przepisać lekarstwo zwalczające skutki choroby.

W 1855 roku znany fizjolog Claude Bernard zaczął podejrzewać, że wątroba w jakiś sposób zapobiega gwałtownym wahaniom poziomu cukru w organizmie. Od jakiegoś czasu prowadził badania nad trawieniem i zdążył już odkryć, że trzustka wydziela soki rozkładające pokarm. Aby przetestować tę hipotezę, karmił psa samym mięsem, tak by zwierzę nie jadło niczego, co zawiera cukier. Następnie je uśmiercił, natychmiast pobrał ze zwłok wątrobę i sprawdził poziom cukru we wciąż ciepłym organie: najpierw kilka minut po śmierci, a potem ponownie kilka godzin później. Ku jego wielkiej radości poziom cukru w wątrobie psa wynosił na początku niemal zero, ale później stopniowo wzrastał. (Pies nie żył, ale wątroba – podobnie jak inne narządy – funkcjonowała jeszcze przez kilka dni; bez tego nie byłoby transplantologii).

Bernard poinformował swoich kolegów, że wątroba musi zawierać jakiś związek chemiczny, który magazynuje i wytwarza cukier. Twierdził jednak również, że wszystkie narządy, nie tylko wątroba i śledziona, wydzielają substancje pomagające organizmowi sprawnie funkcjonować. Związki te nazwał „wewnętrznymi wydzielinami”. W ten sposób narodziło się nowe podejście do rozumienia organizmu.

Wielu historyków uznaje Bernarda za ojca endokrynologii. Ja nie. Prawdziwi pionierzy zrozumieli, że wspomniane związki chemiczne nie są jedynie wewnętrznymi wydzielinami, ale odgrywają ważniejszą rolę. Pobudzają. Przyłączają się do receptorów umieszczonych na odpowiednich komórkach, uruchamiając różne procesy.

Zaczęłam zgłębiać historię hormonów, ponieważ ostatnie stulecie było czasem niezwykłych dokonań w tej dziedzinie, a także szokujących proklamacji. Odkrycie insuliny w latach dwudziestych i jej zastosowanie w leczeniu cukrzycy sprawiło, że choroba ta przestała być wyrokiem śmierci, a stała się chroniczną przypadłością. Opracowanie w latach siedemdziesiątych testu na poziom hormonu tarczycy u noworodków przyczyniło się do tego, że u tysięcy dzieci nie rozwinęła się niepełnosprawność umysłowa. Zdarzały się jednak i koszmarne pomyłki. Wazektomię zachwalano jako sposób na odmłodzenie podstarzałych mężczyzn – moda ta trwała od połowy lat dwudziestych niemal przez całą dekadę. Niedługo potem pewien lekarz, z którego usług korzystali ludzie pióra, ogłosił, że potrafi wykryć dolegliwości hormonalne na podstawie obserwacji twarzy, po czym zaczął przepisywać im odpowiednie lekarstwa. Była to zwykła szarlataneria, której towarzyszyło podawanie silnych, potencjalnie niebezpiecznych leków.

Pobudzeni zawierają opowieści o śmiałych naukowcach, a także zdesperowanych pacjentach. Na początku XX wieku, jeszcze przed wynalezieniem wyrafinowanych metod obrazowania, pewien neurochirurg przeprowadzał operacje mózgu, aby usunąć fragmenty jednego z gruczołów, co, jak sądzono, hamowało rozwój chorób spowodowanych przez nadprodukcję hormonów. W latach sześćdziesiątych para rodziców przetrząsała laboratoria patologiczne i kostnice w poszukiwaniu hormonu wzrostu dla ich niskiego syna. Pobudzeni to również opowieść o ciekawskich ludziach, którzy byli gotowi oddać życie (czasami dosłownie) za hormonalne nowinki, które miały im pozwolić żyć nieco dłużej albo poczuć się trochę lepiej. Opowieść rozpocznę od historii lekarzy z końca XIX wieku, którzy wypraszali od rodzin zmarłych pozwolenie na pobranie gruczołów, a niekiedy pozyskiwali je ze zwłok wykradzionych z cmentarza. Na koniec opiszę wysiłki współczesnych naukowców śledzących ścieżki hormonalne aż do poziomu definiujących je genów.

Jak odkryliśmy, że hormon wzrostu nie zajmuje się wyłącznie wzrastaniem? Kiedy dowiedzieliśmy się, że pewna substancja produkowana w mózgu kontroluje pracę jąder i jajników? Czy to, że istnieje hormon głodu, oznacza, że do niekontrolowanego obżarstwa popycha mnie nie tyle słaba wola, ile chemia mojego organizmu? A jeśli tak, czy oba te obszary można traktować rozłącznie? W ostatecznym rozrachunku jestem chemią mojego organizmu. Co najnowsze badania mówią o współczesnych zastosowaniach hormonów: testosteronowych żelach popularnych wśród starzejących się mężczyzn i hormonalnej terapii zastępczej u kobiet przechodzących menopauzę?

Pobudzeni zaczynają się w czasach przed odkryciem hormonów, kiedy dziewiętnastowieczni lekarze zaczęli uważnie przyglądać się rozsianym po całym organizmie gruczołom wydzielającym substancje chemiczne. Badania te doprowadziły do stworzenia pojęcia „hormon” na początku XX wieku. W latach dwudziestych nastąpił gwałtowny rozwój nowej dziedziny nauki – endokrynologii – która z niszowego przedmiotu zainteresowania przerodziła się w jedną z najszerzej dyskutowanych specjalizacji medycznych. Odkryto insulinę, wyodrębniono estrogen i progesteron. W tym samym czasie nastąpił wysyp poradników zachwalających najróżniejsze dziwaczne remedia.

O ile „ryczące lata dwudzieste” moglibyśmy nazwać głośnym debiutem endokrynologii, o tyle popularność zdobyła ona za sprawą prawdziwych i szemranych leków, a do ugruntowania jej statusu jako poważnej dziedziny naukowej doszło w latach trzydziestych. Trzy zasadnicze odkrycia, których dokonano w biochemii, obaliły wiele dawnych dogmatów. W przeszłości uważano estrogen i testosteron za całkowicie odmienne substancje, tymczasem badacze ustalili wtedy, że różni je zaledwie jedna grupa hydroksylowa: czyli jeden atom wodoru i jeden atom tlenu. Estrogen i testosteron są w praktyce bliźniakami dwujajowymi w różnym przebraniu. Kiedy w końcu udało się wyizolować estrogen z końskiego moczu, pochodził on nie od klaczy, ale ogierów. Naukowcy zakładali wcześniej, że jajniki produkują estrogen, a jądra testosteron, tymczasem to odkrycie uświadomiło im, że każdy z tych narządów produkuje oba hormony. Badacze sądzili ponadto, że estrogen i testosteron są antagonistycznymi związkami chemicznymi, że – przez analogię do huśtawki – wzrost poziomu jednego prowadzi do spadku poziomu drugiego. W rzeczywistości substancje te nie są wcale przeciwnikami, ale partnerami nierzadko działającymi w zmowie.

Odkrycia te doprowadziły do narodzin bardziej złożonej wizji hormonów. Naukowcy przestali badać je pojedynczo, a zaczęli się przyglądać ich związkom.

Druga połowa XX wieku rozpoczęła się od triumfu. Badacze odkryli sposób mierzenia poziomu hormonów, co wcześniej wydawało się niemożliwe, ponieważ mimo swej wielkiej mocy występują w maleńkich ilościach. Przez długi czas uważano, że są one tak śladowe, że nie da się ich mierzyć. Niedługo potem do sprzedaży dopuszczono pigułkę antykoncepcyjną. Błyskawiczny test ciążowy, który można było wykonać samodzielnie w domu, zastąpił starsze, powolniejsze metody. W aptekach pojawiły się fiolki z hormonami łagodzącymi skutki menopauzy. Ale radość nie trwała długo. Ledwie terapie hormonalne zyskały wielką popularność, zaczęto dostrzegać ich skutki uboczne. Stwierdzono, że zalecane dawki leków prowadzą do śmiertelnych udarów. Zastępcza terapia hormonalna, niegdyś uważana za sposób zapobiegania wszelkim chronicznym dolegliwościom wieku starczego, okazała się skutecznym, ale mimo wszystko nie cudownym lekarstwem, za jakie ją uważano. Dziś mamy bardziej krytyczny stosunek do terapii hormonalnych, ale wielu ich aspektów wciąż nie rozumiemy.

W jaki sposób mamy porównać korzyści z potencjalnymi zagrożeniami? Nie zamierzam tu propagować nowych sposobów zachowania młodości (to odwieczne marzenie, które pojawia się w coraz to nowych wydaniach) ani negować wszystkiego, co nie jest naturalne (ostatecznie jesteśmy zbudowani z hormonów; są naturalnymi związkami chemicznymi występującymi w naszych organizmach). Pobudzeni mają pomóc w uświadomieniu sobie złożonych interakcji, w jakie hormony wchodzą w naszych ciałach, oraz naszych związków z hormonami, z którymi stykamy się w naszym otoczeniu.

Dopiero niedawno dowiedziałam się od mamy, że na kilka tygodni przed zdiagnozowaniem u babci Marthy choroby Addisona przyjaciółki, z którymi grywała w karty, stwierdziły, że babcia wygląda na nietypowo wyczerpaną. Zasypiała w czasie partyjek kanasty. Pewnego razu, w poniedziałek przed Świętem Dziękczynienia w 1974 roku, przyjechała do naszego domu w New Jersey i siedziała nieruchomo przy stole. Zamiast zanurzyć łyżkę w zupie, marszcząc nos i mrucząc, że jest niedosolona, klapnęła na kanapie. Babcia Martha nigdy się tak nie zachowywała. (Potem dowiedzieliśmy się, że głód soli jest jedną z oznak choroby Addisona). Nie dzieliła się jak zwykle najnowszymi ploteczkami, nie narzekała. Nie miała nawet siły, żeby wyjść na werandę i zapalić papierosa. Wystraszona mama zadzwoniła do lekarza.

Ten nie stwierdził żadnych niepokojących objawów, ale w związku z zastanawiającą zmianą osobowości skierował babcię na kilkudniowe badania do szpitala. Kiedy dowieziono ją na wózku do łóżka, była zbyt słaba, żeby podnieść widelec, więc trzeba było ją karmić. Zajmowała się tym mama, która zauważyła wtedy, że język babci jest czarny jak smoła. (Później mama zaczęła się zastanawiać, czy internista w ogóle ją przebadał. Jak można było przegapić coś takiego?)

Mój tata, patolog, poskładał wszystkie te objawy w całość – czarny język, zbrązowiała skóra, skrajne zmęczenie – i wysunął przypuszczenie, że babcia może mieć chorobę Addisona. Zażądał zbadania poziomu hormonów. Stwierdzono niedobór kortyzolu.

W tamtym czasie nie wiedziałam zbyt wiele o tej chorobie, poza tym, że cierpiał na nią John F. Kennedy, co nadawało jej szczególny prezydencki charakter. Z dzieciństwa zapamiętałam, jak mama wciąż przypomina babci: „Tylko nie zapomnij zażyć kortyzonu”. Lekarstwo przyjmowało się rano i wieczorem. Chyba nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że addison jest chorobą hormonalną. W moim rozumieniu hormony wiązały się z cyckami, miesiączką albo seksem. I tyle.

Tymczasem hormony to coś znacznie bardziej skomplikowanego. Są silnymi związkami chemicznymi, które kontrolują przemianę materii, zachowanie, sen, wahania nastrojów, układ odpornościowy, reakcje walki lub ucieczki – a nie tylko dojrzewanie płciowe i seks. W pewnym sensie będzie to zatem opowieść o biochemii żyjących, oddychających, targanych emocjami istot. Historia hormonów jest również opowieścią o odkryciach, ślepych uliczkach, uporze i nadziei. Na Pobudzonych składają się obie perspektywy – odkryć naukowych i ludzi, którzy ich dokonali; to opowieść o tym, co czyni nas ludźmi – od podszewki.

ROZDZIAŁ / 1

GRUBA PANNA MŁODA

Nie minął nawet dzień od pogrzebu Grubej Panny Młodej, kiedy hieny cmentarne próbowały wykopać jej zwłoki[1]. Do tej pierwszej próby ekshumacji doszło koło północy 27 października 1883 roku na cmentarzu Mount Olivet w Baltimore. Strażnik wystrzelił z pistoletu, odstraszając wandali, którzy uciekli ze szpadlami i łopatami. Godzinę później strzały przepłoszyły znad grobu kolejną grupę. Gazety podały sprzeczne relacje z wydarzeń tamtej nocy. Niektóre twierdziły, że pociski dosięgły dwóch rabusiów. Inne, że nikt nie odniósł obrażeń. Tak czy inaczej, wszyscy przeżyli. Oczywiście poza panną młodą.

To doprawdy zadziwiające, że ktokolwiek miał ochotę wyciągać z grobu dwieście trzydzieści kilogramów Blanche Grey, zwanej Grubą Panną Młodą. Zacznijmy od tego, że potrzeba było dwunastu chłopa, żeby przywiązać jej ciało do drewnianej dechy, znieść z drugiego piętra, położyć na karawanie, a potem opuścić pod ziemię. Co najmniej tylu krzepkich mężczyzn musiałoby ją wyciągać z grobu. Ponieważ jej zwłoki były upragnionym przez wielu obiektem badawczym, tamtej nocy strażnik zachowywał szczególną czujność, stojąc na warcie w oknie na pierwszym piętrze swojego domu leżącego na terenie cmentarza, skąd miał bezpośredni widok na kwaterę. Towarzyszył mu pomocnik. Na zmianę wyglądali przez okno z bronią przygotowaną do strzału.

Wskrzeszenia, część Healy Collection, New York Academy of Medicine.

Biedna Blanche Grey. Na świat przyszła w Detroit jako wielkie, pięcioipółkilogramowe niemowlę, a przez następnych dwanaście lat rozdęła się do stu piętnastu kilogramów. Jej matka zmarła kilka dni po porodzie. Ojciec i dwaj bracia uznali, że dziewczyna nigdy nie znajdzie sobie męża i na zawsze zostanie w domu. Grey miała inne plany. Postanowiła uciec i rozpocząć nowe, samodzielne życie z dala od krytycznych oczu krewnych i ciekawskich spojrzeń lekarzy. Wybrała jednak profesję, przez którą wciąż była w centrum zainteresowania.

W wieku siedemnastu lat Grey wsiadła do dyliżansu jadącego na Manhattan z nadzieją, że zatrudni się jako cyrkowy dziwoląg. Uznała, że mogłaby odgrywać rolę Grubaski u boku innych „odmieńców” – kobiet z brodami, karłów, olbrzymów i tym podobnych. Czasami pokazywano ich w ogromnym namiocie, kiedy indziej upychano na tyłach kolejki górskiej w wesołym miasteczku. Przebiegli właściciele cyrków promowali te voyeurystyczne pokazy jako rozrywkę o zabarwieniu edukacyjnym[2].

Możliwość obejrzenia tylu odmiennych osobników pod jednym dachem nie tylko dostarczała rozrywki ciekawskiej publice, ale też wzbudzała zainteresowanie psychologów, neurologów i biochemików[3]. Starali się oni udowodnić, że ludzie ci są tacy, jacy są, z powodu fizycznych ułomności, a nie w wyniku niedostatków moralnych albo boskiej kary, jak powszechnie sądzono. Gdyby tylko udało im się ustalić, co sprawiało, że wyróżniali się na tle innych ludzi, mogliby określić, co takiego czyni całą resztę tak cudownie normalnymi.

Gdyby Grey urodziła się sto lat później i żyła w drugiej połowie XX, a nie XIX wieku, lekarze sprawdziliby, czy nie występuje u niej niedobór któregoś z hormonów łączonych z otyłością – na przykład nieodpowiedni poziom hormonu tarczycy albo wzrostu. Gdyby przyszła na świat bliżej roku 2000, miałaby spore szanse trafić do endokrynologa, który przeanalizowałby poziom leptyny i greliny w jej organizmie. Lekarze badający ją tuż po urodzeniu zainteresowaliby się tym, czy jej matka nie ma cukrzycy, choroby hormonalnej zwiększającej między innymi ryzyko urodzenia otyłego dziecka. Na tyle dobrze znaliby się na zaburzeniach hormonalnych, że sprawdziliby, czy dziecko nie cierpi również na inne schorzenia. Nieleczony niedobór hormonu tarczycy po urodzeniu prowadzi nie tylko do szybkiego przyrostu masy ciała, ale również do zaburzeń kognitywnych i suchej skóry.

Tyle że Grey żyła po niewłaściwej stronie postępu naukowego.

Ale już w tamtych czasach lekarze zaczynali się domyślać pewnych rzeczy. W 1840 roku, czyli czterdzieści lat przed śmiercią Grey, w czasie sekcji kobiety zmarłej na tak zwaną otyłość śmiertelną znaleziono obrośnięty guzem węzeł chłonny w mózgu[4]. Niedługo potem w zwłokach otyłego, opóźnionego w rozwoju dziesięciolatka stwierdzono brak węzła chłonnego w gardle[5]. Czy to możliwe, żeby jakaś choroba węzłów chłonnych zabiła Grubą Pannę Młodą?

Niedługo po przybyciu do Nowego Jorku Grey zarabiała dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo jako Grubaska w muzeum przy ulicy Bowery 210. (W latach trzydziestych XX wieku w tym miejscu powstał Monroe Hotel dla okolicznych meneli, a w 2012 roku zbudowano tam luksusowy wysokościowiec[6]). Niemal natychmiast zwrócił tam na nią uwagę David Moses, bileter zarabiający skromne, w porównaniu z nią, pięć dolarów tygodniowo. Po kilku randkach oświadczył się i zaproponował, że zostanie jej menadżerem. Zgodziła się na obie rzeczy. Miała siedemnaście lat, ale podawała się za osiemnastolatkę. On miał dwadzieścia pięć. Moses sprzedał bilety na ich ślub, który miał się odbyć w jednym z nowojorskich teatrów wodewilowych. Nad wejściem łopotał wielki transparent: „Blanche Grey, najgrubsza dziewczyna na świecie, wyjdzie za mąż na scenie dziś o 21!”. Moses dopilnował, aby o wydarzeniu napisała lokalna prasa, napędzając widzów. W reklamach zachwalano Blanche jako „największy cud świata XIX wieku”.

„Monstrualna Panna Młoda”, napisał „Baltimore Sun”. „Więcej niż lepsza połowa”, stwierdzał „New York Times”. Blanche Grey „waży 517 funtów, należy zatem uznać za coś zupełnie naturalnego, że zgodnie z prawami grawitacji mniejsze ciało uległo sile przyciągania większego”. „Times” określił ją mianem „tłuszczowego monstrum”[7].

Tuż po ceremonii Moses zaproponował, żeby zmieniła pseudonim sceniczny z Grubaski na Grubą Pannę Młodą. Twierdził, że zapewni jej to przewagę na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Grubasek, młodszych i starszych, przecież nie brakowało. Grube panny młode były zaś prawdziwą rzadkością. Moses zapewniał właścicieli teatrów, że ściągnie do nich tłumy, ponieważ zaręczyny i ślub Blanche stały się wydarzeniem medialnym. Zdobył dla niej mnóstwo angaży na czas miesiąca miodowego, który zamierzali przepracować. Następnego dnia rano świeżo upieczona pani Moses miała „występ” na tętniącej życiem promenadzie na nowojorskiej Coney Island. Stamtąd pojechała do Baltimore’s Dime Museum, a potem do Philadelphia’s Hagar & Campbell Casino.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Dime Museum w Baltimore zaoferowało darmowe pokoje w pensjonacie nie tylko dla nowożeńców, ale również uczestników wesela: Bezrękiego Karła, Kobiety z Brodą i Białego Maura. (Okoliczni mieszkańcy zaczęli go nazywać „pensjonatem dziwolągów”[8]). Jedyny zgrzyt miał związek z ich apartamentem dla nowożeńców: Blanche miała kłopot z pokonaniem schodów na drugie piętro. Muzeum zgodziło się ją wciągnąć – przy pomocy odpowiedniej liczby mężczyzn i dźwigu. Moses zaproponował, żeby sprzedać bilety na to windowanie.

Już po kilku dniach pojawiły się złowróżbne znaki. Widzowie narzekali, że Gruba Panna Młoda wciąż przymyka oczy. Kobietę z Brodą niepokoiła plamista i fioletowa skóra Blanche. Jej mąż twierdził później, że troszczył się o nią, ale nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Mimo niepokojących objawów „Baltimore Sun” donosił, że Blanche jest „radosna i szczęśliwa”, a nawet „ośmiela do mrugania okiem żywy szkielet z muzeum, ku wielkiemu niezadowoleniu coraz bardziej zazdrosnego męża”.

Kilka dni później zmarła. Moses był w szoku. Przespał całą noc i obudził się o siódmej, gdy jego żona przewróciła się na drugi bok. Oddychała ciężko, więc pocałował ją i ponownie usnął. Godzinę później poderwało go pukanie do drzwi. Przyszedł dyrektor hotelu. Jeszcze przed podniesieniem się z łóżka Moses spojrzał na żonę i zdał sobie sprawę, że nie żyje[9].

O jej śmierci informowały gazety, podobnie jak wcześniej o ślubie: „Gruba Panna Młoda nie żyje”, donosiła „Baltimore Sun”. „Zabita przez tłuszcz”, pisała „Chicago Daily Tribune”. Jej zgonem zajął się nawet „Irish Times” w artykule zatytułowanym Nagła śmierć grubej kobiety.

Tłumy gromadziły się na ulicach, kiedy zwłoki wieziono na cmentarz. Kobiety wracające z zakupów stawiały na ziemi koszyki i gapiły się na kondukt. Młode dziewczyny przepychały się do pierwszego rzędu. Chłopcy wspinali się na słupy telegraficzne. Sąsiedzi wychylali się z okien. Śledząc transport zwłok Grubaski, mogli za darmo zobaczyć zapłakaną Jednoręką Kobietę, Kobietę z Brodą i innych przedstawicieli cyrkowego „teatru dziwolągów”. „Można było odnieść wrażenie, jakby zgromadzony na chodniku tłum traktował smutek przyjaciół zmarłej biedaczki jako przedstawienie, na które można się bez skrępowania gapić – pisała «Baltimore Sun». – Ludzie śmiali się i trącali łokciami”[10].

W tragicznej historii Grey jak w zwierciadle odbijają się przypadłości „pozłacanego wieku” w historii Ameryki: zainteresowanie cyrkowymi dziwolągami, pogarda dla anormalności (i równoczesne zbijanie na niej pieniędzy) i prasa szukająca we wszystkim sensacji. Moses podobno próbował się wzbogacić na śmierci Grey, sprzedając fotografie jej zwłok za dziewięć centów sztuka. W morzu artykułów, które sprawiały wrażenie raczej przypowieści niż rzetelnej dziennikarskiej roboty, próżno było szukać choć wzmianki o tym, że nawet po śmierci zrobiono z Grey medialną sensację. Mało kogo interesowała jako człowiek. Odnosiło się wrażenie, że prasie służyła do zwiększania nakładów, a ludziom do zaspokajania wścibskich popędów.

Tymczasem historia Blanche to nie tylko opowieść o chwilowej sławie i w sumie pechowym życiu – rzuca ona też pewne światło na dziewiętnastowieczną medycynę. Blanche zmarła akurat w chwili, kiedy naukowcy zaczynali odkrywać nasz układ wewnątrzwydzielniczy, substancje produkowane przez narządy wewnętrzne. Czyli hormony. Dlaczego niektórzy ludzie są bardzo grubi? Nadmiernie owłosieni? Za wysocy? Za niscy? Odpowiedzi na te pytania udało się znaleźć dzięki odkryciu hormonów, co nastąpiło zaledwie kilka lat po pogrzebie Blanche. Z czasem coraz szersza wiedza na temat tych substancji pozwoliła na opracowanie ratujących życie terapii, na przykład insuliny dla cukrzyków.

Badania naukowe pomogły również w rozkodowaniu chemicznych podstaw naszego człowieczeństwa. Nie tylko rozwoju fizycznego, ale również psychicznego. Co wywołuje w nas gniew? Co wytwarza macierzyńską więź? Czy za pomocą wewnętrznej chemii można wyjaśnić nienawiść, miłość i pożądanie? Chyba żadna inna dziedzina medycyny nie zajmuje się tak szerokim spektrum zagadnień jak właśnie endokrynologia – nauka o hormonach.

Pod względem chemicznym hormony są zapętlonymi łańcuchami aminokwasów albo pierścieni atomów węgla z przyległościami zwisającymi po bokach. Tyle że rozpatrywanie ich wyłącznie w kontekście budowy przypominałoby opisywanie futbolu amerykańskiego jako przerzucania elipsoidalnej skórzanej bryły w obrębie prostokąta o długości około stu metrów. Nie zrozumiemy w ten sposób, dlaczego ten względnie niewielki przedmiot odgrywa ogromną rolę w tak złożonym zjawisku, jakim jest futbol.

Jeżeli potraktujecie swoje ciało jak szeroką autostradę informacyjną – zbiór komunikatów przesyłanych w różne strony – układ nerwowy możecie porównać do starodawnej centrali telefonicznej. Zawiera przewody, które przesyłają sygnały tylko wtedy, gdy są podłączone do nadawcy i odbiorcy. Trasę ścieżki wyznaczanej przez nerw można prześledzić od jednego końca do drugiego. Hormony działają na zupełnie innej zasadzie. Co w nich niezwykłe – i co odróżnia je od wszystkich innych substancji znajdujących się w waszym ciele – działają w sposób zupełnie, wydawałoby się, magiczny. Hormony są wystrzeliwane z jakiejś komórki w jednej części organizmu i trafiają w odległy cel, nie korzystając z żadnych połączeń. Są siecią bezprzewodową. Komórka mózgowa może na przykład wydzielić dosłownie ociupinkę jakiegoś hormonu, który wywoła reakcję w jądrach albo jajnikach. (Również inne substancje chemiczne pokonują wielkie dystanse w naszym ciele, na przykład tlen, który podobnie jak hormony przemieszcza się z krwią. Tyle że nie jest wydzieliną żadnego gruczołu ani nie zmierza do konkretnego celu).

Dziewięć najważniejszych gruczołów w organizmie, idąc od głowy do genitaliów, to: podwzgórze, szyszynka i przysadka (w mózgu), tarczyca i sąsiadująca z nią przytarczyca (w szyi), wysepki Langerhansa w trzustce, nadnercza, jajniki i jądra. Na początku XX wieku naukowcy odkryli, że kiedy usunie się z mózgu psa jeden z gruczołów, a następnie wstrzyknie pobrane z niego soki w inne miejsce ciała zwierzęcia, jego funkcjonowanie wraca do normalnego stanu. Doprawdy zadziwiające. Uczeni stwierdzili również, że w każdej komórce naszego ciała znajdują się markery, przypominające komputerowe routery, które kierują hormonalne sygnały dokładnie tam, gdzie powinny trafić.

Później zdali sobie sprawę też z tego, że hormony rzadko kiedy działają w pojedynkę. Spadek poziomu jednego wpływa na pozostałe, a to, niczym przewracające się kostki domina, prowadzi do rozstrojenia funkcji organizmu. Wszystkie wydzieliny gruczołów produkujących hormony są pod pewnymi względami różne, ale jednocześnie podobne. Powiązane. Jak rodzeństwo. A dokładniej: jak kuzyni.

Przed gruczołem stoi proste zadanie: wydzielanie hormonów. One same mają do odegrania trudniejszą rolę: utrzymywanie organizmu w równowadze.

Hormony kontrolują wzrost, metabolizm, zachowanie, sen, laktację, stres, wahania nastrojów, cykl snu i jawy, układ odpornościowy, łączenie się w pary, reakcje walki lub ucieczki, rozwój płciowy, rodzicielstwo i seks. Starają się przywrócić nas do normalnego stanu, kiedy coś się posypie. Same również potrafią narobić zamieszania.

Endokrynologia jako nauka narodziła się dopiero w XIX wieku, długo po innych przełomach w medycynie. Pod koniec XVII wieku uczeni wiedzieli już, że krew krąży po organizmie, a nie przelewa się to w jedną, to w drugą stronę, stworzyli również całkiem przyzwoitą wizję anatomii człowieka. Odkrycie hormonów musiało zaczekać na narodziny fizjologii i chemii w połowie XIX wieku, dzięki którym zyskaliśmy nowe metody badania organizmu. Badacze nie musieli poznawać ludzkiego ciała w taki sposób, jak to czynią kartografowie wyruszający do nieznanej krainy. Nie musieli również ograniczać się do podążania ścieżkami wyznaczonymi przez krew i nerwy. Zaczęli majstrować przy substancjach chemicznych występujących w ludzkim ciele i snuć teorie na temat ich wpływu na zdrowie i choroby. Medycyna stała się bardziej naukową dziedziną wiedzy. W 1894 roku William Osler, uważany za ojca współczesnej medycyny, oświadczył, że „bez fizjologii i chemii lekarz porusza się po omacku, jest niezdolny do głębokiego zrozumienia istoty choroby i skazany na praktykowanie swego rodzaju jarmarcznej farmacji”[11].

Pod koniec XX wieku dowiedzieliśmy się, że hormony wykorzystują do swoich celów komórki układu odpornościowego, a także chemicznych posłańców wysyłanych z mózgu. I na odwrót: komórki chroniące nasz organizm i posłańcy komórek mózgowych potrzebują do prawidłowego funkcjonowania pomocy hormonów. Ten złożony system okazał się bardziej skomplikowany, niż to sobie mogliśmy wyobrażać. Zresztą nadal go w pełni nie rozumiemy.

W czasach Blanche Grey badacze zaczynali dopiero przecierać szlaki. Medycyna znajdowała się wtedy w wieku nastoletnim – była śmiała, arogancka i naiwna. W świecie pozbawionym komisji etyki, formularzy świadomej zgody i wszystkich innych rzeczy, które zmieniły pracę badawczą pod koniec XX wieku, kwitła działalność naukowych detektywów decydujących samodzielnie, w którą stronę podążać i co robić. Dzięki niezwykle zuchwałym eksperymentom nauka rozwijała się szybciej niż dziś, kiedy dba się o to, aby nie naruszyć praw pacjentów.

Ale niezależnie od tego, czy przeprowadza się eksperymenty seryjnie czy powoli, nowe idee rzadko kiedy wyskakują na pierwszy plan. Zwykle tlą się gdzieś, czasami przez wiele dekad. Nad teorią ewolucji dyskutowano już wiele lat przed opisaniem jej przez Charlesa Darwina w 1859 roku. Teoria wywoływania chorób przez bakterie tułała się po europejskich laboratoriach, zanim Robert Koch zdobył rozstrzygające dowody i opublikował je w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Podobnie było z odkryciem hormonów. (Nie powinno zaskakiwać, że teoria hormonów pojawiła się w tym samym czasie co teoria o wywoływaniu chorób przez bakterie, bo choć należą do różnych działów medycyny, obie mówią o maleńkich rzeczach obdarzonych potężną siłą oddziaływania).

Od wieków uzdrowiciele zwracali uwagę na moc soków produkowanych przez jajniki i jądra. Zadawali sobie pytania o funkcję tarczycy i nadnerczy. Musiały przecież służyć jakiemuś celowi. Tylko jakiemu?

Pierwszy prawdziwie naukowy eksperyment związany z hormonami przeprowadzono 2 sierpnia 1848 roku. Arnold Berthold, lekarz, dokonał tego na sześciu kogutach w przydomowym ogródku w Getyndze w Niemczech. Wielu ówczesnych naukowców zastanawiało się, czy jądra zawierają niezbędne do życia soki i w jaki sposób działają. Berthold wyciął po jednym jądrze dwóm kogutom, kolejnej parze usunął oba, a u pozostałej dwójki wykonał dziwaczną zamianę: usunął każdemu oba jądra i umieścił po jednym w brzuchu tego drugiego (w ten sposób każdy kogut miał nie swoje jądro, do tego w niewłaściwym miejscu).

Oto co udało się ustalić Bertholdowi: ptaki pozbawione jąder roztyły się, zrobiły się leniwe i tchórzliwe. Twierdził, że zachowywały się jak kury. Jaskrawoczerwone grzebienie przyblakły i się skurczyły. Samce przestały się uganiać za samicami. Osobniki, którym pozostawił po jednym jądrze, pozostały takimi samymi samcami jak dawniej. Dreptały, kołysząc się, wypinały dumnie piersi i patrzyły pożądliwym wzrokiem na kury. Po wykonaniu sekcji Berthold stwierdził, że pozostałe jądro zwiększyło swoje rozmiary. Uznał, że rozrosło się, aby zrekompensować ubytek drugiego.

Ale najbardziej zadziwiające odkrycie – które powinno było wstrząsnąć światem badań nad jądrami – przyniosła para z zamienionymi gonadami. Bertholda ciekawiło, czy jądra mogą funkcjonować w innej części ciała. Okazało się, że tak. Wsunął je między jelita tłustego, leniwego, wykastrowanego ptaka – młodego, zaledwie trzymiesięcznego kogutka, który między nogami nie miał nic. Mimo to po jakimś czasie zamienił się z powrotem w amatora samiczek mogącego się pochwalić czerwonym grzebieniem. Berthold powtórzył eksperyment z umieszczeniem jądra innego osobnika w brzuchu wykastrowanego koguta i uzyskał identyczny wynik. „Piały pożądliwie, często wdawały się w bójki z innymi kogutkami i przejawiały zwyczajową reakcję na kury”, pisał[12].

Berthold spodziewał się, że kiedy rozkroi koguta, znajdzie w jego wnętrzu sieć nerwów łączących umieszczone w brzuchu jądro z resztą organizmu. Zamiast tego zobaczył, że otaczają je naczynia krwionośne. W czterostronicowym raporcie z eksperymentu Berthold objaśnił po raz pierwszy działanie hormonów: z jego badania wynika, że jądra wydzielają jakąś substancję do krwi, a ta rozprowadza ją po organizmie, dostarczając do miejsca przeznaczenia. Miał rację: hormony są wydzielane przez jedną część ciała i docierają do celu niczym dobrze wycelowana strzała. (Berthold nie posłużył się słowem „hormon”, ponieważ stworzono je dopiero pół wieku później). Nikt nie zainteresował się jego odkryciem. Nauka o hormonach mogła narodzić się już wtedy, ale stało się inaczej.

Nauka nie ogranicza się do eksperymentów. Polega również na badaniu tropów. Dostrzeganiu wskazówek. Rozumieniu wagi spraw. Podążaniu za przeczuciami. Wykonany przez Bertholda w przydomowym ogródku eksperyment na kogutach mógł obalić obowiązujący paradygmat i zmienić naukowe rozumienie wewnętrznych wydzielin. Berthold opublikował wyniki w „Mueller’s Archives of Anatomy and Physiology” pod tytułem Transplantation der Hoden (Hoden to po niemiecku jądra)[13]. Następnie zajął się innymi projektami. Jak napisał Albert Q. Maisel w The Hormone Quest [W poszukiwaniu hormonów], to trochę tak, jakby Kolumb odkrył Amerykę, a potem wrócił do domu i poświęcił resztę życia na badanie ulic Madrytu[14].

Po Bertholdzie również inni dokładali cegiełki do fundamentu, na którym pewnego dnia miała wyrosnąć endokrynologia. Thomas Blizard Curling, chirurg z Londynu, wykonał sekcję dwóch otyłych, upośledzonych umysłowo dziewczynek (jedna zmarła w wieku sześciu, druga dziesięciu lat), aby zobaczyć, czy znajdzie jakiś defekt w ich organizmach[15]. U obu stwierdził brak tarczycy, co skłoniło go do opublikowania artykułu zawierającego tezę o związku tarczycy z niepełnosprawnością umysłową. Inny londyńczyk, Thomas Addison, powiązał wadliwie działające nadnercza z syndromem, który objawiał się osobliwymi brązowymi plamami na skórze i zmęczeniem[16]. Jakiś czas później ów syndrom nazwano od jego nazwiska chorobą Addisona. George Oliver, lekarz z północnej Anglii, karmił swojego syna kupowanymi u rzeźnika owczymi i krowimi nadnerczami, żeby sprawdzić, do czego to doprowadzi[17]. U chłopca gwałtownie wzrosło ciśnienie krwi. Uradowany odkryciem nawiązał współpracę z pewnym uczonym z Londynu; razem przeprowadzili badania na psach, które potwierdziły wcześniejszą obserwację. Tajemnicza wydzielina gruczołu nadnerczowego została nazwana adrenaliną (od ang. adrenals – nadnercza)[18].

Mimo to nikomu w XIX wieku nie udało się poskładać wyników tych różnorodnych eksperymentów w jedną wizję. Uczonym nie przyszło do głowy, że gruczoły może coś łączyć. Nie mieliśmy wtedy do czynienia z jedną dyscypliną naukową, ale ze zbieraniną uczonych zajmujących się poszczególnymi gruczołami. Specjaliści od nadnerczy nie wymieniali się spostrzeżeniami ze specami od jąder, którzy z kolei nie mieli nic wspólnego z kolegami ślęczącymi nad tarczycami.

Potrzeba było wielkiej przenikliwości i woli współpracy, aby połączyć te odrębne wątki badawcze w jedną kategorię, opracować wspólny model funkcjonowania hormonów i nadać mu jakąś nazwę. Musiało powstać więcej badań nad takimi osobami jak Blanche Grey. Ich zwłoki często wykopywano z grobów i przewożono do laboratoriów w Baltimore, Nowym Jorku, Bostonie i Londynie. Fizjologowie, neurologowie i chemicy potrzebowali materiału badawczego, martwego albo żywego, aby badać gruczoły i ich wydzieliny. Musieli się również zjednoczyć pod sztandarem jednej dyscypliny: jako grupa naukowców i lekarzy wymieniających się pomysłami i odkryciami, testujących terapie przynoszące ulgę chorym, a czasami nawet lekarstwa, które pozwalały się pozbyć choroby. Coś takiego wydarzyło się dopiero na początku XX wieku.

Jeżeli chodzi o Blanche, ostatecznie nie została ekshumowana – mimo wielokrotnych prób hien cmentarnych. Gdyby trafiła do jakiegoś laboratorium w Baltimore, odkryto by w jej wnętrzu narządy otoczone złotymi kuleczkami tłuszczu, przypominające sterty mokrych pożółkłych liści. Jakiś ciekawski badacz mógłby je zeskrobać i pobrać szyszynkę z mózgu albo tarczycę z szyi. Mógłby zauważyć, że dany gruczoł jest za mały albo za duży. Blanche skończyłaby zapewne jako naukowa ciekawostka obok szkieletu jakiegoś olbrzyma – stałaby się pożywką dla późniejszych badań, ale nie dostarczyłaby wielu odpowiedzi.

ROZDZIAŁ / 2

HORMONY...JAK BYŚMY JE MOGLI NAZWAĆ

Dwudziestego listopada 1907 roku grupa brytyjskich studentów medycyny udała się do Battersea, aby roztrzaskać pomnik psa. Noc była wyjątkowo mglista, nawet jak na Londyn, sądzili więc, że ujdzie im to na sucho.

Wysoki na dwa metry pomnik był jednocześnie wodotryskiem z dwoma strumieniami: wyższym z wodą dla ludzi i niższym dla psów. Na wysokim granitowym postumencie siedział terier z brązu. Studentów rozdrażniła umieszczona na cokole inskrypcja:

Pamięci Brązowego Teriera uśmierconego w laboratoriach University College w lutym 1903 roku po cierpieniach związanych z wiwisekcją, która trwała ponad dwa miesiące, i przechodzeniu z rąk do rąk kolejnych wiwisekcjonistów, dopóki nie zaznał ukojenia w śmierci. A także pamięci 232 psów poddanych wiwisekcji w tej samej placówce w 1902 roku. Anglicy i Angielki, jak długo będziemy się na coś takiego zgadzać?

Pomnik Brązowego Psa postawili aktywiści działający na przełomie wieków na rzecz praw zwierząt. Miał symbolizować gniew, jaki wzbudzały w nich eksperymenty na zwierzętach. Z kolei studentów medycyny zirytował fakt, że choć umieszczona na cokole tablica nie wymieniała nikogo z nazwiska, była wyraźnym atakiem na dwóch lekarzy, profesorów z londyńskiego University College. Eksperymenty na brązowym terierze prowadzili William Bayliss i Ernest Starling.

W zburzeniu pomnika miały wziąć udział setki studentów, ale większość w ostatniej chwili się wycofała. Siedmiu młodych mężczyzn przebyło drogę z terenu uczelni w centrum Londynu do robotniczej dzielnicy Battersea, leżącej na drugim brzegu Tamizy. „Miejsca tego w normalnych okolicznościach należało unikać”, pisał pewien historyk[1].

Dotarli na południe Londynu i zaczęli podkradać się do pomnika. Im bardziej się do niego przybliżali, tym większe dręczyły ich obawy, że zostaną zaatakowani przez okolicznych mieszkańców albo policję. Kiedy więc dotarli w pobliże Brązowego Psa, ukryli się za gałęziami drzew i krzakami. Jeden ze studentów, Adolf MacGillicuddy, wyskoczył z zarośli, upewnił się, że w okolicy nie ma nikogo, po czym chwycił łom, wyciągnął rękę w górę, zamachnął się i uderzył w łapę psa. Ledwie wszedł na stopień postumentu, usłyszał zbliżające się kroki. Policja! Ile sił w nogach wybiegł z parku.

Dokładnie wtedy do Battersea dotarła druga grupa studentów medycyny, tych początkowo niezdecydowanych. Trafili na miejsce w niewłaściwym momencie. Pierwsza grupa podkradała się po cichu, druga zachowywała się hałaśliwie. Równie dobrze mogliby obwieścić swoje przybycie przez megafon. Duncan Jones, jeden z członków drugiej, zdążył uderzyć psa młotkiem, ale kiedy brał drugi zamach, pochwyciło go dwóch ubranych po cywilnemu policjantów. Dziewięciu studentów poszło za nim na posterunek w nadziei, że zapłacą mandat. Policja wsadziła wszystkich za kratki.

Pierwotna postać pomnika Brązowego Psa w Latchmere Garden Estates.

Uniwersytet zapłacił kaucję i następnego dnia rano chłopcy przyznali się do celowego zniszczenia mienia publicznego, wcześniej jednak przedstawili powody swojego czynu: chodziło o obronę reputacji szacownego londyńskiego University College. Autorzy inskrypcji nie ukrywali swoich zamiarów: chcieli przedstawić naukowców jako ludzi znęcających się nad zwierzętami. Jak ujął to David Grimm w książce Citizen Canine [Obywatel pies]: „Nastąpiło przesilenie wielowiekowego lęku o dusze kotów i psów”[2].

Nawet osoby uważające wspomniane eksperymenty na psach za potrzebne potępiły ten akt wandalizmu, którego dopuścili się studenci. „Niedopuszczalna jest sytuacja, w której istnieją różne normy postępowania dla zwykłych ludzi i dla osób, których rodziców stać na opłacenie kosztów akademii medycznej”, napisano w lokalnej gazecie[3]. Każdy z chłopców musiał zapłacić grzywnę w wysokości pięciu funtów i otrzymał ostrzeżenie, że jeśli ponownie spróbuje zniszczyć pomnik Brązowego Psa, grożą mu dwa miesiące więzienia i ciężkie roboty publiczne. Pomnik pozostał w nienaruszonej postaci: na wysokim postumencie stał wyniosły i dumny pies.

To początkowe niepowodzenie nie zatrzymało krucjaty studentów, a jedynie podsyciło ich wściekłość. Tamtego wieczoru zgraja młodych mężczyzn wpadła na plac Trafalgar, skandując: „Obalić Brązowego Psa!”. Przemaszerowali przez centrum Londynu, wymachując podobiznami psów. Tym razem nie mieli problemu ze zwerbowaniem kolegów. Chmary studentów wylały się z innych akademii medycznych, w tym Charing Cross Hospital, Guy’s Hospital, King’s College London i Middlesex Hospital.

Starszy mężczyzna, który szedł akurat przez centrum Londynu, poczuł muśnięcie na ramieniu, odwrócił się i zobaczył, że ktoś połaskotał go pluszowym psem na patyku. Zaraz potem dostrzegł gniewny tłum niosący wypchane zwierzęta. Co się dzieje?

„To tylko ta zgraja od brązowego psa – wyjaśnił policjant. – Wściekli się, bo ich profesorek zrobił jakiemu kundlowi jakąś wiwisekcję, no więc chłopaki napadły pomnik tego kundla w Battersea. Mówią, że go torturowali, a ten profesor złamał prawo, ale chopacy twierdzą, że to wstyd i że będzie draka”[4].

Całe zamieszanie mogło łatwo pójść w zapomnienie jako kolejny socjalistyczny zryw próbujący podburzyć lud przeciwko establishmentowi. Historycy zdali sobie jednak później sprawę, że tak zwana afera wokół Brązowego Psa wywarła większy wpływ na naukę, niż ktokolwiek mógł sobie wtedy wyobrażać.

Na początku XX wieku William Bayliss i Ernest Starling zademonstrowali coś, czego nikt wcześniej nie rozumiał: że działanie poszczególnych gruczołów – skupisk komórek rozmieszczonych w różnych częściach ciała – opiera się na tym samym mechanizmie. Trzustki, nadnerczy, tarczycy, jajników, jąder i szyszynki nie powinno się, twierdzili, traktować jako odrębnych bytów, a raczej jako elementy jednego dużego systemu. Aby przetestować swoje idee, Bayliss i Starling uciekli się do rozwiązania, na które zdecydowało się wielu naukowców przed nimi: przeprowadzili eksperymenty na psach. Pewnego popołudnia 1903 roku posłużyli się krzyżówką teriera z inną rasą – szczeniakiem, na którym wzorował się twórca pomnika. W ten sposób dziwnym zrządzeniem losu postument stworzony w celu obnażenia mrocznej strony nauki w niezamierzony sposób upamiętnił jedno z jej wielkich odkryć. Obaj mężczyźni dostarczyli amunicji ruchowi przeciwników eksperymentów na zwierzętach, ale również pomogli w stworzeniu niedoprecyzowanej jeszcze wtedy dziedziny medycyny, zwanej endokrynologią. Pomnik przedstawiał prawdziwego psa wykorzystanego jako pomoc na wykładach poświęconych nowej teorii i nowemu pojęciu: hormonom.

Współpraca układała się Starlingowi i Baylissowi dobrze, mimo że wiele ich różniło. Starling wychował się w rodzinie robotniczej, z kolei Bayliss w zamożnej. Starling przypominał gwiazdora filmowego: gęste jasne włosy, wyraziste rysy twarzy, przenikliwe niebieskie oczy. Bayliss wyglądał raczej na włóczęgę o pociągłej szczupłej twarzy i zaniedbanej brodzie. (Jego syn twierdził, że ojciec nigdy się nie golił). Starling był pozytywnie nastawiony do świata, otwarty i impulsywny. Napędzały go osiągnięcia. Bayliss był ostrożnym introwertykiem, zwracającym uwagę na detale. Satysfakcję czerpał z samej pracy badawczej. Mówiono, że tak mocno angażował się w badania, że początkowo nie przyjął zaproszenia do pałacu Buckingham, gdzie miał otrzymać tytuł szlachecki, aby nie przepadło mu zaplanowane wcześniej spotkanie poświęcone fizjologii[5]. Obu naukowców połączyło nawet małżeństwo: Bayliss ożenił się z siostrą Starlinga, Gertrude, która wyglądała równie olśniewająco jak brat[6]. Starling związał się z Florence Wooldridge, bogatą wdową po jego byłym mentorze, Leonardzie Wooldridge’u[7].

Obaj zyskali uznanie jako fizjologowie na długo przed pamiętnym eksperymentem związanym z hormonami. Badali serce, zbierając dowody potwierdzające późniejsze prawo Starlinga, które łączyło siłę skurczów tego organu z siłą jego rozkurczów. Śledzili przemieszczanie się komórek układu odpornościowego w organizmie. Zgłębiali falujące, przepychające pokarm ruchy jelit i nazwali je perystaltyką – od słowa peri, po grecku „wokół”, i stalsis – „ściskać”.

Zainspirowani badaniami rosyjskiego kolegi Iwana Pawłowa zmienili obszar swoich zainteresowań z sił działających we wnętrzu organizmu na jego wydzieliny. To doprowadziło ich do prac związanych z endokrynologią, eksperymentu na psie, prezentacji, a ostatecznie procesu sądowego. Starling i Bayliss chcieli przetestować jedną z najnowszych teorii Pawłowa, która mówiła, że nerwy przenoszą sygnały z żołądka do śledziony, uruchamiając wydzielanie substancji chemicznych.

Szesnastego stycznia 1902 roku przeprowadzili niezwykle prosty eksperyment. Znieczulili psa i usunęli mu nerwy z okolic żołądka. Interesowało ich, czy śledziona będzie nadal wydzielała soki trawienne. Oznaczałoby to, że sygnały z żołądka docierają do niej inną drogą. Przeciwny wynik potwierdzałby hipotezę Pawłowa o tym, że sygnały są przekazywane przez nerwy.

Bayliss i Starling podali psu do zjedzenia kwaśną papkę, podobną do strawionego pokarmu. Mimo braku połączeń nerwowych śledziona wyprodukowała soki trawienne. Badacze doszli do wniosku, że to jakaś tajemnicza substancja chemiczna – a nie sygnał przesłany przez nerw – musiała zakomunikować śledzionie, co ma robić.

W następnym eksperymencie wycięli psu kawałek jelita i zmieszali go z kwaskiem. Podobnie jak wcześniej powstała papka miała naśladować strawione jedzenie. Tym razem jednak wstrzyknęli mieszankę do żyły[8]. Chodziło o to, aby umieścić ją możliwie daleko od nerwów otaczających śledzionę.

Zwycięstwo! Wszystko przebiegło zgodnie z ich oczekiwaniami. Nie tylko potwierdzili ustalenia z pierwszego eksperymentu, ale uznali też, że udało im się wyizolować z jelita specjalną substancję, która pobudziła działanie śledziony. Stwierdzili, że wydzielanie przez nią soków trawiennych odbywa się niezależnie od pracy układu nerwowego i że jest „chemicznym odruchem”[9]. Starling nazwał tę jelitową wydzielinę sekretyną.

Później uznano ją za pierwszy wyizolowany przez człowieka hormon.

Pawłow przeprowadził podobny eksperyment, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Również odczepił nerwy, ale kiedy śledziona wydzieliła soki trawienne, doszedł do wniosku, że musiał przeoczyć kilka mniejszych. Przekonywał, że sygnały zostały przesłane przez ukryte połączenia nerwowe, zbyt małe, aby mógł je dostrzec. To samo badanie. Taki sam wynik. Całkowicie odmienna interpretacja.

Mimo wyników sprzecznych z jego hipotezą Pawłow, podobnie jak wielu badaczy, nie potrafił się rozstać z pokutującym od dawna przekonaniem, że we wnętrzu ciała sygnały są przesyłane za pośrednictwem nerwów. Rosyjski naukowiec trafnie uznał, że to żołądek daje sygnał śledzionie, ale mylił się, twierdząc, że wiadomość biegnie do odbiorcy wyłącznie za pośrednictwem nerwów. Mimo to za badania nad trawieniem otrzymał w 1904 roku Nagrodę Nobla z fizjologii lub medycyny. Sprawił też, że psy śliniły się na dźwięk dzwonka. Jego nazwisko przetrwało w świadomości ludzi w nazwie odkrytego przez niego odruchu Pawłowa, ale za to akurat nie otrzymał żadnej nagrody.

Starling i Bayliss przedstawili swoje nowe idee kolegom z Towarzystwa Królewskiego w 1902 roku[10]. „Jak dotąd – oświadczyli – nie udało nam się pobudzić wydzielania w śledzionie za pomocą stymulacji nerwów błędnych”, które biegną przez gardło do brzucha. W związku z tym – dodali – „wydaje nam się raczej wątpliwe, aby te połączenia nerwowe rzeczywiście zawierały włókna wydzielniczo-motoryczne prowadzące do śledziony”[11].

Czyżby Pawłow się mylił? Była to dość otwarta krytyka wobec szanowanego rosyjskiego kolegi. Obowiązująca teoria mówiła o przesyłaniu chemicznych sygnałów przez układ nerwowy. Bo niby jak inaczej miałyby się poruszać komunikaty? Pozostałym członkom Towarzystwa Królewskiego nie mieściło się w głowie, że jakaś tajemnicza substancja chemiczna mogłaby przekazywać sygnały, nie korzystając ze ścieżek nerwowych. Starling i Bayliss równie dobrze mogliby powiedzieć posłańcowi, który przybiegł spod Maratonu do Aten, że pewnego dnia będzie się wysyłać ostrzeżenia za pomocą e-maili. Sceptycy doszli do wniosku, że muszą istnieć cieniuteńkie nerwy przesyłające komunikaty na podobnej zasadzie, jak robotnicy w fabryce podają sobie części z ręki do ręki, tworząc linię montażową. Wizja czerpiąca z symboliki rewolucji przemysłowej bardziej przemawiała do wyobraźni naukowców z początku XX wieku.

Pawłow był zaszokowany, że ktoś podważył jego tezy, ale uprzejmie zaakceptował odkrycia brytyjskiego zespołu. „Oczywiście, że mają rację – powiedział ponoć, kiedy zapoznał się z ich przypuszczeniami. – Nie ulega wątpliwości, że nie dysponujemy wyłącznym patentem na odkrywanie prawdy”[12]. Mimo to w przemówieniu noblowskim nie zająknął się ani słowem o tym, że Starling i Bayliss zmienili jego teorię.

Jak wyjaśniał Bayliss w artykule napisanym do czasopisma medycznego „Lancet”, śledziony nie pobudzają nerwy, kwas żołądkowy ani cokolwiek innego, co wcześniej wskazywano. „Wydzielanie musi zatem zachodzić pod wpływem jakiejś substancji produkowanej w błonie śluzowej jelit pod wpływem kwasu żołądkowego, a następnie transportowanej przez układ krwionośny do wspomnianego gruczołu”[13]. Z czasem hipoteza ta stała się mniej kontrowersyjna, ponieważ naukowcy zdali sobie sprawę, że nie chodzi o alternatywę: nerwy albo związki chemiczne, ale że reakcjami organizmu sterują oba kanały jednocześnie. Niedawno odkryto, że nawet gruczoły ślinowe podlegają wpływom hormonów, mimo że w czasach eksperymentów na psach na londyńskim University College uważano, że pobudzają je sygnały wysyłane za pośrednictwem nerwów. Niektóre z badań przeprowadzonych w XXI wieku wskazują na przykład, że pojawiająca się po menopauzie suchość w ustach wynika ze spadku poziomu estrogenu i progesteronu[14].

Bayliss i Starling zaprezentowali swoją teorię jeszcze przed powstaniem specjalizacji zwanej endokrynologią. Ich idee były śmiałe, niemal lekkomyślne. Podważali dogmaty, obalali obowiązującą od dziesięcioleci teorię nerwów. Analizując ich niezwykłe spostrzeżenia z perspektywy XXI wieku, doktor Irvin Modlin, gastroenterolog z Yale, napisał, że dwóch Brytyjczyków za jednym zamachem stworzyło nową dyscyplinę naukową[15]. Mechanizmy opisane przez nich ponad sto lat temu do dziś uznawane są za prawdziwe. Naukowcy wiedzą teraz, że sekretyna neutralizuje kwas wylewający się z żołądka w czasie trawienia pokarmu[16]. A dokładniej hamuje wydzielanie kwasu żołądkowego i pobudza wydzielanie wodorowęglanu przez trzustkę. W 2007 roku naukowcy odkryli, że reguluje też gospodarkę elektrolitową w układzie krwionośnym[17]. Mówiąc najprościej, sekretyna jest hormonem, który wspomaga trawienie.

Starling i Bayliss wiedzieli – mimo całej krytyki, która na nich spadła – że odkryli nowe zjawisko, które może zmienić sposób postrzegania ludzkiego organizmu przez naukę. Od wielu lat niewielka grupa lekarzy zastanawiała się nad możliwością komunikacji chemicznej między odległymi częściami ciała. Lekarze zauważyli na przykład, że kiedy matka zaczyna karmić piersią, jej macica się kurczy. Eksperyment z żołądkiem psa dostarczył części brakujących dowodów. Jak to ujął Bayliss na spotkaniu w Towarzystwie Królewskim w 1902 roku: „Często wspominano o chemicznym współodczuwaniu między różnymi organami, na przykład macicą i sutkami, niemniej wedle naszego rozeznania po raz pierwszy dostarczono bezpośredniego eksperymentalnego dowodu takiej zależności”[18].

Kluczowe badania przeprowadzili niedługo przed ogłoszeniem wyników w Towarzystwie Królewskim, niemniej pokaz, który zainspirował twórców pomnika, odbył się rok później, 2 lutego 1903 roku, kiedy Bayliss posłużył się psem, aby zademonstrować swoją teorię sześćdziesięciu studentom londyńskiego University College.

Nie wiedział, że na jego wykład zakradły się dwie aktywistki ruchu sprzeciwiającego się eksperymentom dokonywanym na zwierzętach. Lizzy Lind af Hageby i Leisa Katherina Schartau przyjechały do Anglii ze Szwecji, żeby podjąć naukę w niepełnym wymiarze godzin na pobliskiej uczelni dla kobiet. Chciały dowiedzieć się czegoś o fizjologii, ale interesowało je głównie zdobycie amunicji potrzebnej ruchowi antywiwisekcjonistycznemu. Uczelnia dla kobiet nie pozwalała na eksperymenty na żywych zwierzętach, więc jeśli jakaś studentka chciała je zobaczyć, musiała uzyskać pozwolenie profesorów z uczelni dla mężczyzn. Jak obie kobiety wyjaśniły później w sądzie, zapisały się na uczelnię medyczną, żeby odróżnić się od znacznej większości aktywistów walczących o prawa zwierząt, którzy wykazywali się ignorancją. Im tymczasem zależało, żeby opanować język naukowców i wykorzystać go przeciwko nim.

Obie kobiety działały w pierwszych szeregach ruchu, który nabierał rozpędu od połowy XIX wieku równolegle z rozwojem medycyny laboratoryjnej. Im więcej przeprowadzano eksperymentów, tym częściej naukowcy wykorzystywali psy i koty. A im bardziej wykorzystywali zwierzęta, tym większy niepokój wzbudzali u ich miłośników. Między innymi dzięki głośnym antywiwisekcjonistom Anglia jako pierwszy kraj wprowadziła w tej kwestii ograniczenia prawne. Ustawa nowelizująca uregulowania dotyczące okrucieństwa wobec zwierząt z 1876 roku (przegłosowana dwadzieścia siedem lat przed pokazem zorganizowanym przez Starlinga i Baylissa) stwierdzała, że eksperymenty na żywych zwierzętach mogą prowadzić tylko osoby dysponujące odpowiednimi zezwoleniami, dane zwierzę może zostać użyte tylko raz i musi dostać środki uśmierzające ból, chyba że przeszkadzałyby one w prowadzonym badaniu. Antywiwisekcjoniści uważali te przepisy za zbyt łagodne.

Kobiety przyszły na londyński University College specjalnie po to, żeby zrobić zamieszanie, ale przy okazji obejrzały jeden z najdonioślejszych pokazów endokrynologicznych w historii. Na początku zajęć asystent Baylissa, Henry Dale, wniósł brązowego teriera i przypiął go w pozycji na wznak na czarnym laboratoryjnym stole. Uczeni wybrali psa, który kilka miesięcy wcześniej został wykorzystany w eksperymencie ze śledzioną – później mieli tego pożałować w czasie rozprawy sądowej.

Ponieważ śledziona psa uległa uszkodzeniu w trakcie poprzedniego eksperymentu, Bayliss skupił się na gruczole ślinowym. Idea była ta sama: chodziło o zaprezentowanie chemii przewodu pokarmowego. Uczony nachylił się nad psem, rozciął mu gardło i odchylił skórę w miejscu, gdzie gruczoł ślinowy oplata żuchwę. Zsunął nóż w dół w stronę jabłka Adama. Przeciął jeden z nerwów językowych połączonych ze ślinianką, po czym podłączył luźny koniec do elektrody. Pstryk. Bzzz. Pstryk.

Przez niemal trzydzieści minut profesor porażał prądem nerw. Studenci coraz mocniej wytężali wzrok. A tu nic. Kolejna próba. Pstryk. Bzzz. Pstryk. Nic. Każdy eksperymentator wie, że czasami nawet najlepsze plany zawodzą. Stymulowany prądem nerw miał pobudzić gruczoł ślinowy do wydzielenia swoich soków, a one z kolei uruchomiłyby gruczoły trawienne. Te odegrałyby swoją rolę, zapoczątkowując trawienie bez przesyłania komunikatów za pomocą nerwów. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. W końcu Bayliss dał znak głową Dale’owi, który wyniósł psa z sali, usunął śledzionę, żeby można było sprawdzić pod mikroskopem, czy otrzymała chemiczne sygnały, po czym wbił nóż w serce psa, aby przerwać jego cierpienia. Bayliss i Starling rozcięli później śledzionę, szukając maleńkich nerwów. Mieli nadzieję, że ich nie znajdą – potwierdzałoby to ich chemiczną teorię.

Pokaz na zajęciach zakończył się co prawda niepowodzeniem, ponieważ gruczoł ślinowy nie zachował się zgodnie z oczekiwaniami, ale Lind af Hageby i Schartau wystarczyło to, co zobaczyły. Natychmiast przystąpiły do pisania antywiwisekcyjnej książki, w której przedstawiły przebieg eksperymentu. Zatytułowały ją Shambles of Science: Extracts from the Diary of Two Students of Physiology [Bankructwo nauki. Wyimki z pamiętnika dwóch studentek fizjologii]. Wyraziwszy na wstępie uznanie dla przełomowych badań Baylissa i Starlinga, stwierdzały, że ich książce przyświeca „podwójny zamiar: po pierwsze, zbadanie modus operandi eksperymentów na zwierzętach, a po wtóre, zgłębienie zasad i teorii leżących u podstaw współczesnej fizjologii”[19]. „Badanie modus operandi” miało polegać na zebraniu dowodów świadczących o tym, że naukowcy łamią prawo w czasie wiwisekcji. Autorki napisały, że na własne oczy widziały otwartą ranę na brzuchu psa, co świadczyło niezbicie o tym, że zwierzę było wykorzystywane w jakimś wcześniejszym eksperymencie, co pozostawało niezgodne z prawem.

Stanowiło to pierwszy zarzut przeciwko wiwisekcjonistom.

Kobiety zauważyły też, że pies się wzdrygnął, co oznaczało, że odczuwa ból. Zgodnie z przepisami zwierzętom laboratoryjnym należało podawać środki przeciwbólowe.

Drugi zarzut.

Autorki podały też w wątpliwość źródło, z którego Bayliss i Starling pozyskali psa. W tamtych czasach mówiono, że naukowcy porywali psy, że przeczesywali parki w poszukiwaniu zbiegłych zwierząt. „Jego właściciel mógł go stracić dosłownie dziś rano – pisały – ale żadne ogłoszenie ani obietnica nagrody nie pomoże mu już odzyskać psa”[20]. Tego rodzaju opowieści (trudno powiedzieć, prawdziwe czy zmyślone) dodatkowo powiększały aurę niepokoju otaczającą medycynę laboratoryjną.

Kobiety twierdziły również, że w czasie wykładu Bayliss włożył rękę do wnętrza psa, chwycił jelito i powiedział, że musi uważać, aby wnętrzności nie wypłynęły. Studenci płci męskiej mieli rechotać i bić brawo. Autorki zatytułowały ten rozdział „Dobra zabawa”, ale wydawca, mimo że sam popierał krucjatę przeciwko wiwisekcjom, zażądał, żeby zmieniły tytuł na nieco mniej sarkastyczny.

Pod koniec semestru Lind af Hageby i Schartau przekazały swoją książkę, a także notatki ze wszystkich zajęć, Stephenowi Coleridge’owi, prawnikowi i przewodniczącemu Narodowego Towarzystwa Antywiwisekcyjnego (National Anti-Vivisection Society). Właśnie wtedy zaczęło się zamieszanie z pomnikiem psa.

Kobiety oczekiwały, że Coleridge pozwie naukowców, on z kolei uważał, że nie mają większych szans na zwycięstwo, ponieważ sędziowie przeważnie sympatyzowali z establishmentem medycznym. Poza tym oskarżenia dotyczące znęcania się nad zwierzętami powinny zostać złożone w ciągu sześciu miesięcy od zdarzenia, a ten termin miał wkrótce upłynąć. Aby złożyć pozew, musieliby dodatkowo uzyskać zgodę wysokiego rangą przedstawiciela systemu sądowniczego, a on – podobnie jak sędziowie – słynął z tego, że staje po stronie naukowców. Krótko mówiąc, Coleridge zasugerował, żeby dać sobie spokój ze skomplikowaną procedurą prawną. Miał inny pomysł: demonstrację.

Twierdził, że zamiast prowadzić walkę w obrębie obowiązującego systemu, powinni odwołać się do opinii publicznej i przeciągnąć ją na swoją stronę. 1 maja 1903 roku Coleridge i jego organizacja zmobilizowali ponad trzy tysiące osób do przybycia na wykład w kościele św. Jakuba przy ulicy Piccadilly w centrum Londynu. Tam, wymachując egzemplarzem Shambles, pomstowali na wykorzystywanie zwierząt przez naukowców.

Badania Baylissa i Starlinga nazwał „tchórzliwymi, niemoralnymi i odrażającymi”[21]. Przeczytał antywiwisekcyjne fragmenty z pism znanych angielskich autorów, między innymi Rudyarda Kiplinga, Thomasa Hardy’ego i Jerome’a K. Jerome’a. „Jeżeli to nie są tortury, niech Bayliss i jego koledzy [...] wyjaśnią nam, czym, na litość boską, miałyby one być”.

Tłum zaczął gwizdać i krzyczeć. Wydawany w Battersea tabloid „Daily News” przedrukował przemówienie Coleridge’a w całości. Temat podchwyciła prasa ogólnokrajowa.

Stroniący od rozgłosu Bayliss wolał zignorować sprawę, ale Starling nie miał tyle samozaparcia i zachęcał go do zmierzenia się z tłumem, który kpił sobie z poważnej nauki[22]. Przekonany, że sąd stanie po ich stronie, przekonał Baylissa, żeby wytoczył Coleridge’owi proces o zniesławienie. Bayliss zażądał najpierw od Coleridge’a publicznych przeprosin w nadziei, że uda się uniknąć sądowej szopki. Dopiero kiedy ten nie odpowiedział, złożył pozew.

Jedenastego listopada 1903 roku przed budynkiem sądu w Old Bailey zebrali się studenci, wiwisekcjoniści, antywiwisekcjoniści, profesorowie, naukowcy i różnego rodzaju aktywiści. Jedni przybyli tam, aby wesprzeć oskarżonych, inni – naukowców. Przedmiotem postępowania nie miała być moralność ani legalność prowadzenia eksperymentów na zwierzętach, a wyłącznie sprawa zniesławienia. Powód był naukowcem. Pozwany prawnikiem, który zainicjował publiczny protest.

Z perspektywy Starlinga i Baylissa musiało to wyglądać tak, jakby zakwestionowano wszystkie ich osiągnięcia. Koledzy podchodzili sceptycznie do teorii wydzielin. Opinia publiczna oburzała się na wykorzystywane w eksperymentach metody.

Starling, występujący w roli świadka, przyznał, że zwierzę zostało wykorzystane dwukrotnie, ale wyjaśnił, że ponieważ pies ów i tak miał zostać uśmiercony, wydało im się rozsądniejsze wykorzystać go raz jeszcze zamiast inne zwierzę. Studenci medycyny, którzy również wystąpili w roli świadków, zeznali, że drganie ciała psa miało charakter odruchowy, w żadnym razie nie świadczyło o podaniu za małej dawki środków przeciwbólowych. Proces trwał cztery dni. 18 listopada ława przysięgłych rozpoczęła obrady. Trwały dwadzieścia pięć minut. Ławnicy uznali Coleridge’a za winnego zniesławienia. Sędzia nakazał mu zapłacenie pięciu tysięcy funtów, czyli w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze – pół miliona funtów szterlingów albo trzech czwartych miliona dolarów.