Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Pijane skrzypce" to szczera i wstrząsająca spowiedź profesjonalnej skrzypaczki, która mimo artystycznych sukcesów zmagała się z paraliżującą tremą i stopniowo popadła w uzależnienie od alkoholu.
Autorka opisuje drogę od dziecięcych marzeń i studiów muzycznych, przez pracę w orkiestrze, aż do momentu, w którym alkohol stał się sposobem na pokonywanie lęku przed występami. To, co początkowo przynosiło ulgę, stopniowo przerodziło się w uzależnienie, odbierając jej muzykę, rodzinę, zdrowie i możliwość normalnego funkcjonowania.
Książka bez upiększeń ukazuje stopniowe popadanie w uzależnienie oraz trudną drogę powrotu do normalnego życia w świecie, w którym sięganie po alkohol jest powszechnie akceptowanym elementem codzienności, a granica między nawykiem a nałogiem bywa trudna do uchwycenia. "Pijane skrzypce" to autentyczne świadectwo utraty kontroli, autorefleksji i powolnego odnajdywania drogi do samej siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Maaamooo, a dlaczego ja muszę się uczyć, skoro Kamila nie musi? – zadała swoje ulubione pytanie moja siostra Martina.
– Bo jej to przychodzi samo, a tobie nie – wyjaśniła mama chyba już po raz setny.
– To takie niesprawiedliwe – jęknęła siostra i wróciła do nauki.
Do pierwszej klasy poszłam z przewagą, umiałam już czytać. Zadania domowe rozwiązywałam od razu, bez problemu, a pani nauczycielka szybko zrobiła ze mnie swoją pomocnicę, pomagałam moim kolegom i koleżankom z klasy. Jej następczyni, która pojawiła się u nas w drugim półroczu, była raczej niemile zaskoczona tym, że chodzę po klasie i „wtrącam się” do lekcji.
Wystarczyło, że raz usłyszałam materiał i zostawał mi w głowie. Robiłam zadania szybko i miałam spokój. Martina przyswajała nowe rzeczy raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze znacznie wolniej i z większym wysiłkiem. Sceny typu „nie chcę mi się uczyć” były u nas w domu na porządku dziennym. Za to ćwiczenia na skrzypcach pozostawały obowiązkowe i jednakowe dla nas obu.
Mama pracowała jako nauczycielka w szkole muzycznej. Uczyła gry na akordeonie i flecie poprzecznym. To ona zaszczepiła nam zainteresowanie muzyką. A raczej miała wizję, że muzyką będziemy się zajmować.
Jako małe dziewczynki w gruncie rzeczy nie wiedziałyśmy, czy naprawdę tego chcemy, co to oznacza. Jak każde dziecko zapisane przez rodzica do jakiegoś kółka, czy to po to, żeby zapełnić czas wolny czymś innym niż bieganie po podwórku, czy z nadzieją, że dziecko zajmie się czymś, co samemu rodzicowi się podoba.
Nasza mama chciała, wybrała, trzymała się tego i nie odpuściła.
Martina była o dwa lata starsza, mama zapisała ją na skrzypce, zaczęła w wieku pięciu lat, a ja od tamtej pory w domu słuchałam, jak się uczy, ciągnąc smyczkiem po pustych strunach, a później jak udaje jej się wyciągnąć pierwsze dźwięki, w których rozpoznawałam proste ludowe melodie.
Wtedy mama korzystała z pomocy pani opiekunki, która była matką jednego ze starszych uczniów. Od najmłodszych lat uczęszczałyśmy do żłobka i przedszkola, bo mama musiała szybko wrócić do pracy. Pani opiekunka bardzo pomagała mamie przy opiece i odprowadzaniu nas na zajęcia muzyczne, gdyż tata z powodu pracy nie był w stanie pomóc.
Chodziłam z siostrą także na jej lekcje i uważnie obserwowałam postępy Martiny. Dla mnie mama wybrała fortepian. Myślała, że każda z nas będzie grać na innym instrumencie. Podobno jednak tak bardzo chciałam też grać na skrzypcach – to wiem z opowieści mamy, bo moje własne wspomnienia sięgają co najwyżej do około szóstego roku życia – że uległa moim prośbom i gdy tylko skończyłam pięć lat, zaprowadziła mnie do tego samego nauczyciela.
Doświadczony pedagog Antonín Nováček zmierzył mi długość rączek względem instrumentu i oznajmił, że jeszcze nie mogę zacząć, bo moje ręce są zbyt krótkie nawet na najmniejsze skrzypce. Podobno bardzo źle to zniosłam, obraziłam się i długo z nim nie rozmawiałam. Po pół roku moje rączki urosły i w końcu mogłam pójść do nauczyciela. Mówi się, że wtedy w końcu się otworzyłam i gadałam bez przerwy, jak gdyby się nic nie stało. Osiągnęłam swój cel, wywalczyłam skrzypce! Ku uciesze naszych sąsiadów w bloku, w którym mieszkaliśmy. Oni mieli zapewnioną podwójną rozrywkę. W ogóle nie rozumiem, jak mogli to wytrzymać, bo zwykle ćwiczyłyśmy obie naraz, tylko że każda w innym pokoju. Mieszkaliśmy w ogromnym, siedmiopiętrowym bloku w ostrawskiej dzielnicy Výškovice, na piątym piętrze. To był ogromny budynek z czternastoma klatkami.
Obok nas mieszkała w małym mieszkanku starsza pani Havlasová, która po śmierci męża została strażniczką całej klatki. Nic jej nie umknęło, a gdyby coś przeoczyła, natychmiast wymieniała informacje z koleżankami o podobnych zainteresowaniach, siedzącymi na ławkach przed blokiem. W tygodniu, po powrocie ze szkoły, zostawałyśmy same w domu. Mama zaczynała pracę po południu i kończyła około szóstej, w zależności od liczby uczniów. Tata kończył zmianę w Nowej Hucie (wtedy Klementa Gottwalda) o drugiej po południu, ale zatrzymywał się na piwko i, szczerze mówiąc, nie bardzo go obchodziło, czy gramy na skrzypcach, czy nie.
Miałyśmy to jednak nakazane, więc musiałyśmy ćwiczeniom się podporządkować. Ile minut powiedziano, tyle grałyśmy. Na początku pół godziny, potem godzinę każdego dnia. Zwykle nam się to podobało.
Oczywiście zdarzało się, że nie miałyśmy na to ochoty. Nieraz ponarzekałyśmy i wymyślałyśmy plany ucieczki. W tę sześćdziesięciominutową lekcję wliczałyśmy rozpakowywanie i pakowanie skrzypiec. Czyli minus pięć i plus pięć minut. Zdarzały się dni, kiedy zmieniałyśmy się w łazience jak pociągi na dworcu. Często było tak, że jedna zawzięcie piszczała smyczkiem, a druga tuż za jej plecami z wielką powagą tłumaczyła, że nauczycielka Majerová to głupia gęś, a Jandová z drugiej ławki znowu ma nowe buty.
Jak mama niby miała się dowiedzieć, że nie gramy, skoro jej nie było?
– Dziewczyny, ćwiczyłyście? Ile? – pytała mama po powrocie z pracy. – Jeśli kłamiecie i tak się dowiem!
A jak niby miałaby się dowiedzieć? Zastanawiałyśmy się i ze strachu przed tym, co by się mogło stać, gdyby jednak tak, grzecznie piłowałyśmy struny tak długo, jak nam kazano. Szybko zresztą się dowiedziałyśmy, jak dobrze miała to wszystko przemyślane.
– Jeśli zmyślacie, pójdę do sąsiadów i zapytam – powiedziała, zamykając drzwi, i ruszyła w dół schodami do czujnej starszej pary mieszkającej piętro niżej. Dlaczego nie pójdzie do Havláski? Odpowiedź na to pytanie miałyśmy poznać dużo później. Z uchem przyklejonym do drzwi nasłuchiwałyśmy napięte, słysząc pukanie i głosy.
No pięknie, tego się nie da obejść. Byłyśmy przerażone. Nie to, żeby mama nas biła, nie, ale kary, zakazy, groźby, ultimata… to wszystko też nie było zbyt przyjemne.
Każda z nas została obdarzona jakimś talentem, który rozwijałyśmy codziennym ćwiczeniem i miałyśmy już za sobą niejeden sukces. Co roku odbywał się konkurs, w którym w swoich kategoriach wiekowych należałyśmy do najlepszych. Przechodziłyśmy przez etapy szkolne, miejskie, powiatowe, wojewódzkie, aż w końcu mierzyłyśmy się z najlepszymi z całego kraju. Na tym poziomie rywalizacja stawała się już naprawdę ostra, a my nie byłyśmy tam żadnymi gwiazdami, zawsze pozostawało coś do poprawy.
Raz w roku, w maju, odbywał się Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Kociana w Ústí nad Orlicí, to był nasz stały cel każdego roku szkolnego. Konkurencja wydawała się ogromna zarówno z zagranicy, jak i z Czech, i prawdę mówiąc, nie miałyśmy wielkich szans. Dla nas ogromnym sukcesem było już samo przejście do drugiego etapu i zostawienie kogoś za sobą. Przez te lata zdobyłam dwie trzecie nagrody, kilka wyróżnień i całe mnóstwo doświadczenia. Chyba nie trzeba mówić, że cały nasz codzienny tryb życia był podporządkowany przygotowaniom do konkursów. Nie wychodziłyśmy na dwór, nie miałyśmy czasu. Nie wolno nam było uczestniczyć w grach z piłką, żeby przypadkiem nie wybić sobie palców. A ja tak bardzo kochałam zbijaka!
Kiedy rodzice się rozwiedli, a tata miał nas co dwa tygodnie na weekend, odbierał nas i odwoził tak, żebyśmy miały już wszystko wyćwiczone. A czesne w szkole muzycznej opłacałyśmy same z zaoszczędzonego kieszonkowego, żebyśmy to bardziej doceniły.
Grę na skrzypcach traktowałyśmy jak obowiązek, ale też trochę jak misję. Coś, co bywa wymagające i czasem irytujące, ale w czym jesteśmy dobre, co nam wychodzi i co mimo wszystko nam się podoba.
Jasne, że zdarzało nam się strajkować. Miałyśmy momenty, kiedy najchętniej rzuciłybyśmy skrzypce w kąt. Razem z Martiną nawet napisałyśmy elaborat, żeby mama miała nasze „zakończenie kariery” na piśmie. Ale zawsze w końcu wracałyśmy do tego pięknego kawałka drewna, który wydobywa z siebie tak cudowny dźwięk. Chyba już jako dzieci czułyśmy tę miłość do muzyki.
Bardzo podobał mi się tenis. Ale wyraźnie mi powiedziano, że nie wolno mi nawet dotknąć rakiety, bo to byłoby złe dla prawej ręki. Pozostawało mi więc oglądanie meczów w telewizji i częste wyobrażenia, że to ja gram na korcie.
Mama w końcu uległa mojemu sportowemu zapałowi (dobrze szły mi krótkie sprinty i skok w dal) i zapisała mnie do sekcji lekkoatletycznej. Z radością chodziłam na treningi dwa razy w tygodniu, dopóki po dwóch latach nie stało się jasne, że tego nie da się już pogodzić ze skrzypcami.
Przy wyborze szkoły średniej Martina nie miała wątpliwości. Matematyka była jej wrogiem, za to egzaminy wstępne do szkoły artystycznej zdała z łatwością i bez stresu.
Ja miałam więcej opcji, mogłam wybrać cokolwiek… gdybym tylko wiedziała co. Ale nie miałam najmniejszego pojęcia, co chciałabym robić w przyszłości ani co mogłoby mnie naprawdę interesować. Na obowiązkowe pytanie wychowawczyni, kim chcemy zostać, rok w rok uparcie odpowiadałam: nauczycielką muzyki.
Koledzy i koleżanki zmieniali swoje marzenia w zależności od fantazji, nowej wiedzy, doświadczeń, ja jednak ślepo szłam śladami matki.
Po ukończeniu ósmej klasy wskoczyłam do pociągu, który wiózł mnie prosto ku kolejnej porcji harówki, nerwów, stresu, pięknych i nietuzinkowych przeżyć, podróży… i sporej ilości alkoholu.
Dlaczego i jak właściwie moja mama związała się z tatą, tego nigdy nie zrozumiałam. Byli tacy różni! Niestety z wczesnego dzieciństwa pamiętam bardzo niewiele, więc o ich wspólnym życiu pod jednym dachem wiem prawie nic, muszę polegać jedynie na ich opowieściach.
Pamiętam tylko kilka urwanych scen. Na przykład jak mama zmusiła tatę, żeby posłuchał tego, co właśnie ćwiczyłyśmy. Ojciec, kompletny muzyczny analfabeta, nagradzał każdy nasz występ oklaskami i głośnym skandowaniem: tri-o-la, tri-o-la…, bo wiedział, że to słowo ma coś wspólnego z muzyką. Mama dostawała szału: Co on za bzdury opowiada?! Jak można być aż tak głupim?! Silnie utkwił mi w pamięci obraz taty klęczącego w naszej starej blokowej łazience i wymiotującego do wiadra. Choć potem mama zapewniała mnie, że po alkoholu nigdy nie miał problemów żołądkowych i że wymiotował w całym życiu góra dwa razy.
Jednym z ostatnich wspomnień z czasów, kiedy jeszcze mieszkaliśmy razem, było pewne szkolne poranne wyjście, wyjątkowe, bo tata był w domu i odprowadził nas do szkoły.
Byłam wtedy przeszczęśliwa i marzyłam o większej liczbie takich poranków, o chwilach spędzonych z tatą. Niestety, to był jedyny taki raz. Rodzice mieli wtedy akurat jedną z rozpraw rozwodowych, więc tata nie poszedł do pracy.
Wkrótce potem się wyprowadził, a ponieważ nie miał dokąd pójść, zamieszkał w małym trzypokojowym mieszkaniu ze swoją matką i czteroosobową rodziną jednej ze swoich czterech sióstr. Mama miała już za sobą jedno nieudane małżeństwo. Była ładną kobietą, niskiego wzrostu, z pięknymi kruczoczarnymi włosami sięgającymi pasa, które w młodości czesała w wysoki kok, fryzurę typową dla tamtych czasów i muszę przyznać, że bardzo jej pasowała. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że była atrakcyjna dla wielu mężczyzn.
Pierwszy związek małżeński jednak nie przetrwał długo i, jak sama mówiła, „na szczęście” nie było z niego żadnych dzieci. Nie dziwi mnie więc, że tata się w niej zakochał. Dla mnie zagadką pozostaje raczej to, co ich właściwie łączyłoi w czym tak dobrze się rozumieli.
Tata nie był żadnym przystojniakiem. Jego twarz zdominował wyrazisty nos, znak rozpoznawczy rodu Morysów. Włosy szybko i wcześnie zaczęły mu wypadać, więc nosił popularną wtedy zaczeskę.
Był mądry i inteligentny, wykształcony w kierunkach technicznych. Miewał okresy, gdy z jakiegoś powodu się obrażał, przestawał rozmawiać z mamą i uparcie odmawiał podania przyczyny. A potem nagle zaczynał mówić z powrotem, jak gdyby nigdy nic.
Tę osobliwą cechę chyba po nim odziedziczyłam.
Klasycznej muzyki nie rozumiał w ogóle. Lubił za to przyrodę i odnalazł się w ogrodnictwie. Dużo czytał, uwielbiał powieści historyczne i kryminały, w telewizji oglądał wszystkie możliwe sporty, zwłaszcza kibicował hokejowi na lodzie.
Mama też lubiła hokej, nauczyła mnie oglądać mecze i dopingować, ale nie przypominam sobie, żeby oni kiedykolwiek oglądali jakiś mecz razem. O wspólnych wycieczkach i korzystaniu z uroków przyrody też nic nie wiem. A kiedy próbuję sobie przypomnieć jedyne wspólne wakacje w Zlatých Horách, które tata dostał z pracy, przed oczami staje mi tylko jeden obraz: wieczorne ognisko i rozbawiony ojciec z piwem w ręce.
Coś w tym musiało być, w czymś musieli odnaleźć wzajemne zauroczenie i porozumienie. Przecież nie musieli się pobierać. Wręcz przeciwnie, mama miała problemy z zajściem w ciążę i Martina przyszła na świat dopiero wtedy, gdy oboje mieli trzydzieści lat, co w tamtych czasach uchodziło już za dość późny wiek.
Zgodnie z decyzją sądu, po rozwodzie spędzałyśmy z ojcem dwa weekendy w miesiącu. Chociaż bardzo go kochałam i brakowało mi jego obecności w domu, pobyty u niego nie były przyjemne. Jak już wspomniałam, przeprowadził się do swojej matki, do małego mieszkania 3+1, gdzie jeden z pokoików zajmowała czteroosobowa rodzina jednej z jego sióstr. Tak mało miejsca dla tylu ludzi! Spałyśmy w jednym pokoju z głośno chrapiącą babcią i chrapiącym w innej tonacji ojcem. Ta babcia była jedyną babcią, którą znałam. Miała duże trudności z chodzeniem, była skazana na przebywanie w domu, gdzie z wysiłkiem poruszała się nawet o lasce. Dorobiła się pięciorga dzieci i dziesięciorga wnucząt, których imiona uroczo myliła. Na zewnątrz i do lekarza wychodziła z wielkim trudem, często siadywała przy oknie i długo patrzyła na malutkie ogródki za domem. Rodziny jej dzieci często ją odwiedzały, dlatego w małym mieszkanku w każdy weekend było dość gwarno.
Latem spotykaliśmy się na działce w Krmelínie, kawałek za Ostrawą. Gdy pogoda dopisywała, zazwyczaj wyruszaliśmy tam w niedzielny poranek, a po południu wracaliśmy prosto do domu, do mamy. Tata lubił pracę w ogrodzie, a ja chętnie mu pomagałam.
Bardzo szybko dostrzegłam, że tata nadużywa alkoholu. Nie wiem, ile pił w ciągu tygodnia, gdy chodził do pracy, ale jak się później dowiedziałam, to był główny powód rozwodu. Każdego dnia po pracy kilka piw, w towarzystwie jeszcze więcej, a w stanie upojenia był zanadto nieprzyjemny. Wszystko się skończyło, gdy uderzył mamę, wtedy powiedziała „dość”.
Podczas wspólnych weekendów właściwie nie pamiętam go całkiem trzeźwego. Stało się już regułą, że w drodze do babci zatrzymywaliśmy się w odwiedziny u jego najmłodszej siostry, dorośli wtedy pili alkohol, a ja z Martiną spędzałyśmy czas z naszymi dwiema kuzynkami.
Z każdą sobotą tata był coraz bardziej pijany, a my coraz częściej musiałyśmy się za niego wstydzić. Przy wyjeździe z działki, zanim wsiedliśmy do autobusu, zawsze było „tradycyjne” piwo w gospodzie obok przystanku. Dzieci dostawały lody albo oranżadę, a dorośli piwo, tyle ile zdążyli wypić przed odjazdem. Z czasem tata zaczął przywozić na działkę butelkę wódki. Popijał podczas pracy, aż w końcu kładł się „pod różą”, jak sam żartobliwie nazywał swoje miejsce do leżenia. Pracy w ogrodzie było z jego strony coraz mniej, za to jego stan coraz bardziej nas niepokoił. Nie było już z nim wesoło, nie dało się z nim porozmawiać.
Gdyby mama wtedy wiedziała, jak wyglądał czas spędzany z ojcem, na pewno zrobiłaby wszystko, żebyśmy się z nim nie widywały. Ale my się nie skarżyłyśmy głównie dlatego, że to były jedyne dni, kiedy mogłyśmy uciec od codziennej rutyny, obowiązków, z domu pełnego nieustannej kontroli, rozkazów i gderania. Mama po prostu była nauczycielką i, jak to się mówi, została tym zawodem naznaczona. Była surowa, zasadnicza, nieugięta, uparta, zawsze musiało być tak, jak ona chciała. A ponieważ została sama z naszym wychowaniem, wzięła je w twarde i zdecydowane ręce. Nauczycielska pensja nie była wysoka, alimenty zasądzone przez sąd śmieszne, więc skrupulatnie liczyła każdą koronę.
Swoje podejście stanowczo broniła nawet przed przyjaciółmi czy kolegami z pracy, którzy nieraz próbowali delikatnie zasugerować, by dała nam trochę więcej swobody.
Pewnej zimy pięknie napadał śnieg i nauczycielka wychowania fizycznego zaplanowała lekcję na górce z sankami. Ja oczywiście dostałam zakaz i nawet nie wzięłam sanek do szkoły. Był luty, czyli dwa miesiące przed Kociánką. A co, gdyby coś mi się stało? Stałam na górce i patrzyłam smutno, jak moi koledzy i koleżanki bawią się w śniegu. Z naszego okna było widać tę górkę. Pani nauczycielce zrobiło się mnie żal i wpadła na pomysł. Pożyczyła mi sanki od koleżanki, zamieniła nam czapki, wygoniła wszystkie dzieci na górkę, żeby nie doszło do żadnego zderzenia i żebym mogła choć raz zjechać. Do dziś pamiętam ten moment. Nie to, żebym nigdy wcześniej nie zjeżdżała na sankach, ale ten gest empatycznej nauczycielki znaczył dla mnie naprawdę wiele!
I jeszcze jedno zimowe wspomnienie. Wracałyśmy z lekcji muzyki z mamą, jej koleżanką nauczycielką i jej synem. Panie postanowiły przejść kawałek pieszo do następnego przystanku autobusowego. Wszędzie wokół był śnieg, wtedy zima w mieście wyglądała jeszcze zupełnie inaczej. A my zaczęliśmy się w tym śniegu bawić. Reakcja mamy pojawiła się od razu, gdy tylko po raz pierwszy wylądowałam na ziemi w śniegu.
– Dziewczyny, chodźcie tutaj, przestańcie, będziecie szły obok nas!
–Ale dlaczego? Daj im spokój, przecież to dzieci, bawią się w śniegu – zaprotestowała koleżanka.
– Nie, chodźcie tutaj, będziecie mokre! – kontynuowała mama z przerażająco ważnym argumentem.
– Na Boga, no to będą mokre! I co z tego? Wrócicie do domu i od razu się wysuszycie, przecież to normalne – nie dawała za wygraną koleżanka i mama w końcu ustąpiła.
Do tego przystanku szliśmy chyba z pół godziny, co parę kroków tarzaliśmy się w śniegu. To było takie cudowne! Byłyśmy potem mokre, ale szczęśliwe!
Kłótnie między mamą a Martiną nasilały się z wiekiem. Ja byłam bardziej dyplomatyczna i starałam się raczej rozmawiać, szukać kompromisów bez podnoszenia głosu, choć i u mnie nie obyło się bez spięć. Martina czuła pewną niesprawiedliwość w podejściu mamy do każdej z nas. Twierdziła, że mama bardziej mnie kocha i faworyzuje. Jej niezadowolenie i frustracja doprowadziły w końcu do tego, że uciekła do taty. Mimo że wiedziała, że pije. Miała wtedy piętnaście lat i własny rozum. Tymczasem tata dostał z Nowej Huty przydzielone ładne, dwupokojowe mieszkanie. Urządził je skromnie i przytulnie, ale nagle miał coś, co można nazwać stabilnym zapleczem. U taty było jej wtedy lepiej i spokojniej, niestety tylko do czasu, gdy doświadczyła śmiertelnej zapaści jednej z jego koleżanek. On był wtedy już tak pijany, że nie potrafił nic zrobić, więc z kryzysową sytuacją musiała poradzić sobie sama. Przeżyła ogromny stres i dostała wysokiej gorączki. Tata jednak żałobę po śmierci koleżanki topił w alkoholu dniem i nocą, nie zwracając uwagi na chorą córkę. W końcu Martina wróciła do domu.
Nie trwało to długo. Relacje w domu były jeszcze gorsze i mniej więcej rok później Martina na dobre przeprowadziła się do taty. Jej wiadomości o tym, jak wygląda tam życie, nie były wesołe. Mimo to czuła się tam lepiej. Ja też bywałam u nich bardzo często, ale starałam się dobrze dogadywać z mamą.A w międzyczasie wciąż to samo. Skrzypce, szkoła, skrzypce i znowu skrzypce.
Nasza przyjaźń z Janą rozwijała się stopniowo. Na początku wszyscy w klasie w konserwatorium muzycznym przyglądaliśmy się sobie i wzajemnie się „obwąchiwaliśmy”. Jedyne twarze, które rozpoznawałam, to byli skrzypkowie z konkursów. Łącznie przyjęto nas siedmioro, a cała klasa liczyła dwudziestu czterech uczniów grających na instrumentach smyczkowych plus wokaliści. W sąsiedniej klasie „A” uczyli się pianiści i instrumentaliści dęci. Klasa „C” należała do aktorów i baletmistrzów.
Jana była o rok starsza, przyszła do konserwatorium prosto po dziewiątej klasie. Poszła tam właściwie tylko dlatego, że chciała tego jej mama. Nie była żadnym skrzypcowym talentem, nigdy też nie należała do najlepszych, grała przeciętnie, może nawet trochę poniżej średniej. Ćwiczyła jednak sumiennie i bardzo się starała, żeby przebrnąć przez studia z godnością.
Była wesołym żywiołem, gadatliwa, czasem aż bezczelna, spontaniczna. Zupełne moje przeciwieństwo. W ciągu tych sześciu lat nauki zyskała przezwisko „mysz torpedowa”.
Była drobnej postawy, ale nie patyczak, z lekko pochylonymi ramionami pod ciężarem dużego biustu. Zazdrościłam jej, rzecz jasna, tej rozwiniętej klatki piersiowej, bo natura i geny w tej sprawie akurat mi nie sprzyjały. Blond włosy zwykle nosiła spięte w prosty kucyk, nie miała potrzeby się malować. Była bardziej zauważalna przez swoje chłopięce gesty i ruchy, które podkreślała swoją nieposkromioną żywotnością. Mała blond diablica.
Nasz zupełnie pierwszy kontakt jednak nie był zbyt przyjemny. W ramach nauki mieliśmy przedmiot „intonacja i rytm”. Jak sama nazwa wskazuje, chodziło o doskonalenie umiejętności poprawnego intonowania, czyli właściwego ustawienia wysokości dźwięku podczas czytania nut oraz wyrobienia wyobraźni słuchowej względem zapisu nutowego. „Zaintonować” oznacza więc zaśpiewać to, co widzę w nutach. Podczas jednej z lekcji każdy uczeń miał za zadanie zaśpiewać jedno ćwiczenie. Ledwo zaczęłam, gdy z ławki za mną, gdzie siedziało dwóch chłopaków, rozległ się głos: „Jezus Maria”.
I to by było na tyle. Wystarczyło tak niewiele, a ja się zablokowałam. To mnie bardzo dręczyło, w duchu próbowałam się przełamać, ale nawet na kolejnej lekcji nie zaśpiewałam ani jednej nuty.
– Co za krowa! – rzuciła Jana. O Boże, ale mnie wkurzyła!
Nie miała problemu, żeby potem podczas przerwy zapytać mnie o mój problem ze śpiewem i o tym porozmawiać. Przeprosiła za swoje słowa i zaczęłyśmy częściej ze sobą rozmawiać. Naprawdę stałyśmy się dobrymi koleżankami.
Nie minął nawet miesiąc, a już zostałam zaproszona na rozmowę przez prowadzącego profesora docenta Kocura. Przeczuwałam, o co chodzi. Nie mógł zrozumieć, dlaczego odmawiam śpiewania na jego zajęciach.
– Kamilo, musisz zrozumieć, że zaśpiewanie tego, co jest zapisane, jest niezbędne. Bez tego się nie obejdziemy. Jak mam cię ocenić, skoro nie pokażesz tej umiejętności? – Siedział przy fortepianie i czekał na wyjaśnienie.
–Zaśpiewaj to. – Zagrał kilka dźwięków. Powtórzyłam je. Wskazał ćwiczenie w podręczniku.
–A teraz to. – Też bez problemu.
–No to wytłumacz mi to teraz. Umiesz śpiewać, masz słuch. Dlaczego nie pokazujesz tego na lekcji?
– Ja się… wstydzę przed innymi – wydusiłam z siebie zrezygnowana.
– Nie jesteśmy w przedszkolu. Musisz śpiewać i przestać zachowywać się jak małe dziecko – kontynuował profesor z nieustępliwym wyrazem twarzy. – W przeciwnym razie będziesz miała problem z oceną.
– W takiej chwili nie jestem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku – wyszeptałam, a w oczach piekły mnie łzy. Najwyraźniej zrozumiał, że to nie był po prostu kaprys rozwydrzonego dziecka.
– Spróbujemy stopniowo – zaproponował. – Dam ci do zaśpiewania dwugłos, żebyś nie była sama. Wybierz sobie, z kim chcesz śpiewać.
– Z Elżbietą – wyszeptałam z wdzięcznością.
– No to migiem – pożegnał się dostojny docent, a ja wyszłam z klasy.
Na następnej lekcji wywołał mnie, dobrał nam z Elżbietą dwugłos i zaśpiewałyśmy to, co było wymagane. Uff, dobry początek. Dwa tygodnie później śpiewałam już sama. Profesor Kocur był zadowolony, ja też. Bardzo wtedy doceniłam jego psychologiczne podejście i to, że mnie nie zostawił samej z tym problemem.
Z Janą było mi dobrze. Przy niej powoli traciłam tę sztywność i posłuszeństwo, które przywlekłam z domu. Czułam się przy niej swobodniej, bardziej wolna.
Nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego moja mama jej nie lubiła. Burzyła to, co wybudowała we mnie do tej pory. A Jana dopełniła dzieła i na długo je przypieczętowała pewną zabawną historią. Zabawna była dla mnie, dla Jany i wielu innych wokół. Ale nie dla mamy.
Nie zapraszałyśmy znajomych do domu, tak samo i my do nich nie chodziłyśmy. Mama sobie tego nie życzyła.
Ale kiedy Jana wyjątkowo znalazła się u nas z wizytą, mama postanowiła na szybko usmażyć placki z cukinii. W czasie zbiorów dostawała od znajomych z działki mnóstwo tych zielonych olbrzymów i próbowała je przerabiać na różne sposoby. Nie żeby te placki były złe, wręcz przeciwnie, zazwyczaj wychodziły jej dobrze.
Niestety, akurat ta jedna cukinia, której użyła, okazała się gorzka, a mama zapomniała jej przed smażeniem skosztować. Zatem wszystkie placki wyszły gorzkie.
Zorientowałyśmy się dopiero przy stole, że są prawie niejadalne. No trudno, zdarza się. Nic wielkiego by się nie stało, gdyby nie to, że wychodząc, Jana rzuciła te pamiętne słowa…
– Do widzenia, pani Morysová, wszystkiego dobrego i jakby pani kiedyś znowu robiła placki z cukinii, proszę dać znać!
Od tamtej pory w domu nie wolno było wspominać o Janie, mama wpadała w złość za każdym razem, tak samo jak po tamtej wizycie.
Jana próbowała później przeprosić, kiedy zorientowała się, co swoim komentarzem wywołała, ale to nic nie dało. Mama przez kilka lat bardzo źle znosiła to, że wciąż się z Janą przyjaźniłam.
Całkowicie odmienne zdanie miała mama o Michale – pianiście z grupy A, z którym razem z Janą od razu świetnie się dogadaliśmy. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę i staliśmy się nierozłącznymi przyjaciółmi. Mama bardzo go polubiła. Najwyraźniej podobał jej się też jako chłopak i na pewno nie była jedyną matką, która widziała w Michale idealnego partnera dla swojej córki. Nasza słynna przyjacielska trójka wytrwała całe sześć lat studiów i nie tylko. Jak większość studentów, którzy wybrali ten styl życia wymagający codziennych ćwiczeń, treningów, jakkolwiek by to nazwać, również my troje byliśmy inni. Różniliśmy się od zwyczajnych nastolatków spędzających wolny czas w paczkach, na imprezach czy dyskotekach.
Gdy mówię o wspólnie spędzanym czasie wolnym, mam na myśli godziny w ramach zajęć. Ze szkoły wychodziliśmy nieraz o czwartej po południu, czasem zostawaliśmy nawet do wieczora, jeśli chcieliśmy jeszcze skorzystać z sal do ćwiczeń albo iść prosto na koncert.
W przerwach chodziliśmy razem do kawiarni, żeby złapać oddech i nabrać sił. A jeśli nie było czasu, wyskakiwaliśmy chociaż na papierosa.
Pojęcie „impreza” raczej nas nie dotyczyło, my troje porządnie świętowaliśmy tylko trzy razy w roku: urodziny. Najlepiej było u Michala w domu, gdzie mieli fantastyczną piwnicę idealną na takie okazje. To właśnie w tym domu, gdzie mieszkał Michal, wydarzyło się moje pierwsze (i ostatnie) lesbijskie doświadczenie.
Z piwnicy trzeba było iść do toalety schodami na parter. I kiedy raz razem z Janą, w ataku śmiechu, wspinałyśmy się chwiejnym krokiem do góry, obie straciłyśmy równowagę i padłyśmy na podłogę u szczytu schodów.
To rozbawiło nas jeszcze bardziej. Leżałyśmy tam, rycząc ze śmiechu jak opętane, aż w pewnym momencie Jana nachyliła się nade mną i mnie pocałowała.
Mój śmiech natychmiast ucichł. Przez chwilę analizowałam to uczucie, jak to jest, kiedy całuje mnie dziewczyna.
Czy coś to we mnie poruszyło? Nie.
Podobało mi się to? Nie.
Odsunęłam ją, mówiąc:
– Ej, to chyba nie. – I wróciłyśmy do Michala na dół. Nigdy więcej do tego nie wracałyśmy i dalej byłyśmy po prostu kumpelami.
Do pubu wieczorem chodziliśmy rzadko, żeby odreagować napięcie, pogadać o tym, jak nam poszło. Tak jak aktorzy po spektaklu, my po koncercie szliśmy do Klubu Teatralnego. A im więcej było występów, tym częściej odbywały się te nasze „konferencje klubowe”.
Godzina powrotu do domu była zawsze jasno ustalona. Mama nigdy nie spała, czekała, aż pojawię się w drzwiach.
– Dopóki mieszkasz pod tym dachem, masz słuchać – powtarzała mama, a ja słuchałam.
Nie piliśmy dużo, czasem piwo, innym razem wino. Kiedy modne stały się probówki z Krvesajem (rodzaj alkoholu), musieliśmy też to przetestować. Albo z dumą pokazywać, jak potrafimy pić srebrną tequilę z solą i cytryną.
Nie było tego wiele, również dlatego, że pieniądze miały znaczenie.
Z ciekawości spróbowaliśmy też trawki, ukryci za drzewem pod klubem. Spodziewaliśmy się wielkich wrażeń, a dostaliśmy bardzo niewiele. Kto wie, co nam wtedy właściwie sprzedali…
Kiedy miałam osiemnaście lat, Jana namówiła mnie, żebym razem z nią zrobiła prawo jazdy. W naszej rodzinie nie mieliśmy samochodu, więc wydawało mi się to zbędne, ale przekonała mnie, że kiedyś może się przydać.
Ponieważ mama nie chciała o tym nawet słyszeć, nie mówiąc już o jakiejkolwiek pomocy finansowej, zdecydowałam się zrobić to w tajemnicy. Jana pożyczyła mi pieniądze, które oszczędzała przez lata, a ja później jej je spłacałam.
Chodziłyśmy na zajęcia jazdy, spodobało mi się to. Egzamin teoretyczny i praktyczny zdałyśmy za pierwszym razem. I tak zostałam posiadaczką prawa jazdy.
Mamie powiedziałam dopiero wtedy, gdy wszystko było już załatwione. Nie mogła już nic zrobić, nawet złoszczenie się nie miało sensu. Tylko westchnęła:
– A po co ci ono, skoro i tak nie masz czym jeździć? I tak ci się na nic nie przyda.
I tym razem miała rację.
Tytuł wydania oryginalnego: Housle na moll
Vydalo nakladatelství Věra Nosková — Klika, 2025
© Kamila Moris, 2025
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Poligraf, 2026
© Copyright by Kamila Moris, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Skład i łamanie: Monika Tokaj, Wojciech Ławski
Projekt okładki: Monika Tokaj, Wojciech Ławski
Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż
Redakcja: Mateusz Lewski
Korekta: Marta Akuszew, Nina Rokaz
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet™
www.fortunet.eu
ISBN 978-83-8308-875-4
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel. 71 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
