Piętno dzieciństwa - Katarzyna Kielecka - ebook + audiobook + książka

Piętno dzieciństwa ebook i audiobook

Katarzyna Kielecka

4,7

Opis

Jaką cenę w dorosłym życiu płaci człowiek, który doświadczał w dzieciństwie przemocy?
Wojtek Rawicki pozornie jest szczęśliwy i spełniony zawodowo. Wysokie stanowisko w banku, piękny dom i żona z dziećmi tworzą idylliczny obraz. Tymczasem traumy sprzed lat pozostawiły rany w duszy mężczyzny, które wciąż się nie zagoiły. Lata koszmaru, dręczące sny i nieustanne trudności z ujawnianiem emocji są dla Wojtka wciąż nie do pokonania. Pochopne i złe decyzje dodatkowo skomplikowały jego życie oraz wywołały spiralę niekończących się wyrzutów sumienia.
Gdy w wigilijny wieczór Rawicki dowiaduje się, że ma córkę, jego świat ulega nagłej zmianie. Bohater podporządkowuje wszystkie działania jednemu celowi – aby poznać własne dziecko i stać się dla niego tatą.
Czy mężczyzna zdoła znaleźć w sobie odwagę i wytrwałość, by zawalczyć o nowe życie?
Piętno dzieciństwa to drugi tom dylogii o rodzeństwie Rawickich. W pierwszej powieści Sedno życia swoją historię przedstawiła Edyta. Teraz nadszedł czas, by dopuścić do głosu jej brata - Wojtka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 553

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 54 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© David Pereiras | stock.adobe.com

© Africa Studio | stock.adobe.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2018

ISBN 978-83-66201-96-5

Tacie, który nauczył mnie bawić się słowami, latami kształtował moje poczucie humoru i wyobraźnię oraz zasiał we mnie miłość do książek.

Niech się niebo nie kojarzy tylko z deszczem,

niech się rzeka nie kojarzy z rzeką łez,

są na świecie dobre okna w dobrym mieście

i ta wiara, że w człowieku człowiek jest.

Agnieszka Osiecka, Nie jesteś sama

Prolog

Człowiek dorastający w otoczeniu muzyki klasycznej powinien być czuły i wrażliwy. Muzyka łagodzi obyczaje, koi, porusza zmysły i oczyszcza. Budzi emocje i wyciąga je na wierzch. Otwiera serca, zachęca do zwierzeń i wzruszeń. Podobno nawet stymuluje rozwój mózgu i umiejętność logicznego myślenia. Podobno. Bardzo chciałbym w to wierzyć.

Nienawidziłem muzyki od dziecka. Chorobliwie, niemożebnie, wykraczając poza wszelkie granice zwykłej, niewinnej abominacji. A już w szczególności nie znosiłem Bizeta, którego na okrągło i do znudzenia zwykł słuchać mój ojciec. Kiedy późnym popołudniem wracał do domu, pierwsze kroki kierował do gabinetu, gdzie na zabytkowej, ciężkiej, intarsjowanej komodzie z ciemnego drewna trzymał ulubiony sprzęt muzyczny. Ów sprzęt zmieniał się z biegiem lat, był coraz bardziej nowoczesny i donośny, uzbrojony w potężne kolumny nagłaśniające rozstawione tak, by dźwięk otaczał słuchacza ze wszystkich stron, potęgując wrażenie, że tkwi się w pułapce bez wyjścia. Komoda i Bizet – nieodłączny duet – to wartość stała gabinetu. W sumie ojciec też się nie zmieniał.

Od najmłodszych lat spędzałem tam całe godziny. Nie wynikało to z mojej decyzji ani wyboru. Nie stanowiło też efektu troski ojca ani jego chęci pogłębiania relacji z jedynym, ukochanym synem. Po prostu niezbędny był mu ktoś, na kim mógłby odbijać stres, rozczarowania i niepowodzenia. Dosłownie i w przenośni.

Kiedy tylko zjawiał się na podjeździe przed domem, biegłem do okna sprawdzić, czy jest sam. Jeśli przywoził jakąś kobietę, byłem wygrany. Wracałem do swoich zajęć z poczuciem, że sprzyja mi szczęście. Wiedziałem, że w ogóle nie będzie pamiętał o moim istnieniu. Jeśli jednak z auta wygrzebywał się tylko on, zrezygnowany porzucałem wszelką inną aktywność, przysiadałem na szczycie schodów tuż przy drzwiach do mojego pokoju i czekałem, aż mnie zawoła. Wołał za każdym razem, bez wyjątków, choć nie zawsze natychmiast. Wolałem zachować czujność, bo znacznie lepiej było usłyszeć za pierwszym razem. Wówczas należało jak najszybciej zejść, zameldować się w gabinecie i złożyć zwięzłe zeznanie z całego dnia. Oczywiście nie chodziło mu o bzdury w stylu: co jadłem na obiad, czy dobrze bawiłem się z kolegami albo jaką oglądałem kreskówkę. Szło o konkretne informacje w zakresie zdarzeń, które mogłyby ojca zasmucić. A smuciło go wszystko: zgubiona bluza, potłuczony talerz, pała w dzienniczku czy sprzeczka z kolegami. Nawet pęknięta podeszwa w bucie albo urwany suwak od zimowej kurtki mogły stać się powodem jego frasunku. Każdy taki kłopot ojciec musiał z siebie strząsnąć, bo kumulowanie negatywnych myśli i wrażeń jest bardzo niewskazane. On o siebie dbał, więc strząsał. Za pomocą otwartej dłoni lub paska od spodni – prosto w moją twarz lub plecy i pośladki. Najchętniej tak i tak, żeby zapewnić sobie pełne spektrum relaksu.

Podstawowy schemat nie był skomplikowany… Wchodziłem do gabinetu, stawałem naprzeciwko biurka, przy którym już siedział, i w pełni opanowanym głosem o wszystkim mu donosiłem. Ojciec milczał. Kiedy kończyłem, wstawał, podchodził do mnie powoli, zwykle dwa razy uderzał w twarz, po czym zaczynał rozpinać pasek. Wówczas należało możliwie szybko odwrócić się do ściany, pochylić lekko do przodu, opierając o nią ręce, i ze stoickim spokojem przyjąć na zadek to, co sobie umyślił. Teoretycznie im grzeczniej stałem, tym szybciej kończył, chociaż bywało tak, że niezależnie od wszystkiego ponosiła go fantazja i trzepał bez umiaru, aż go rozbolała ręka. Kiedy kończył swoją rozrywkę, odwracałem się i ze spokojną miną czekałem, aż pozwoli mi wyjść. Standardowo zwalniał mnie od razu, jednak niekiedy musiałem czekać na baczność długie minuty, żeby sobie o mnie przypomniał i wygłosił sakramentalne: „Wyjdź”.

Podczas bicia nie myślałem o niczym, całą swoją dziecięcą wolę kierując na to, żeby nie wydać żadnego dźwięku ani się nie skrzywić. By zachować skupienie, usiłowałem liczyć uderzenia i zbierać je w szersze kolekcje. Chwiejąca się mocno średnia tygodniowa składała się mniej więcej z dwudziestu uderzeń pasem, co rocznie oscylowało w granicy tysiąca. I choć różnice między poszczególnymi dniami potrafiły sięgać nawet stu procent w obie strony, wynik roczny był w miarę stały. Może ojciec czuł, że musi wyrobić jakąś normę? Grzmotnięć z liścia otrzymywałem znacznie mniej. Pewnie bardziej męczyła mu się przy tym ręka albo miał obawy, że zostawi rzucający się w oczy ślad. W każdym razie zupełnie nieświadomie przyczynił się do mojej przyjaźni z matematyką i dbał, żeby nie zabrakło mi materiału do kolejnych wyliczeń.

Jeśli nie miałem pomysłu na donosy, zgłaszałem po prostu, że nie zdarzyło się nic. Absolutnie nie oznaczało to wolności. Przykazywał mi wówczas usiąść na krześle obok biurka i jeszcze raz się zastanowić. Trwałem zatem bez słowa i niemal bez ruchu, dopóki się nie odezwał. Czasem godzinę, czasem dwie. Zależało to głównie od tego, ile miał roboty i jak mocno skupiał się na swoich niezrozumiałych dla mnie zadaniach. Krzesło, które służyło mi do tego zastanawiania się, było zwyczajnym, nielitościwym kawałem drewna bez miękkiej, materiałowej wyściółki. Już po półgodzinie okropnie odgniatały się pośladki i człowiek marzył tylko o tym, żeby zerwać się ze smyczy i biec gdziekolwiek, byle jak najdalej. Tymczasem zerwanie się groziło niezmiennie pozycją twarzą do ściany i smagnięciami paskiem za niesubordynację.

Moje dzieciństwo utkane było niekończącymi się kalkulacjami: czy bardziej opłaca się odstać ten krótki czas pod ścianą, czy odwalać przydługawą odsiadkę na twardym krześle. Od czasu do czasu, kiedy się wyjątkowo spieszyłem i zależało mi na szybkim odzyskaniu wolności, udawało mi się zdobyć na odwagę i wymyślałem jakieś durne, nieprawdziwe przewinienia, żeby od razu zakończyć to towarzyskie spotkanie ojca z synem. Zwykle jednak siedziałem bez ruchu jak trusia i zatapiałem się we własnych myślach. Nawet nie wiem, czy z chęci uniknięcia bólu, czy po prostu w ramach filozoficznej rezygnacji.

Moje krzesło stało naprzeciwko komody. Na niej umieszczona była wieża stereofoniczna, która zawsze trawiła w swych przepastnych trzewiach którąś z ulubionych płyt ojca. Z głośników rozmieszczonych w kątach pokoju grzmiał Bizet. Nienawidziłem każdego dźwięku, każdej nuty, wszystkich bez wyjątku cholernych taktów. Starałem się go nie słuchać, lecz wwiercał się w mózg przez zdradzieckie drgania lekkomyślnych błon bębenkowych. Przenosił się przewodnictwem kostnym przez bezbronne elementy mojego szkieletu. Miałem wrażenie, że włazi we mnie do środka przez każdy, nie dość strzeżony por w skórze. Znałem na pamięć już wszystko. Poławiaczy pereł i Symfonię C-dur byłbym pewnie w stanie nucić nawet we śnie, gdybym się tego tak strasznie nie brzydził. Carmen przyjmowałem równie chłodno, co jej pierwsi widzowie ponad sto lat przede mną na scenie paryskiej Opéra-Comique. Wprawdzie im nie pasowała treść libretta, a mnie okoliczności słuchania, jednak efekt był taki sam. Niezależnie od talentu artysty i jakości jego dzieł Bizet był u mnie skreślony na wieki.

Aby odwrócić uwagę od doznań słuchowych, skupiałem wzrok na bajecznych widokach, jakie miałem przed oczami. Były niemal na wyciągnięcie ręki – na komodzie, mniej więcej półtora metra ode mnie. Wtedy nie miałem pojęcia, ile ten mebel jest wart. To się nie liczyło. Przez wszystkie kolejne spędzane w bezruchu kwadranse wydawał się moim jedynym przyjacielem, towarzyszem i powiernikiem. Całkowicie bezcennym. Był w zasadzie sekretarzykiem, chociaż chyba nie znałem wówczas tego słowa. Na zawsze pozostał już dla mnie komodą.

Wyposażono go w dwie potężne nóżki w kształcie lwich łap z wyraźnie zarysowanymi pazurami. Przez całą szerokość ciągnęły się trzy głębokie szuflady z falistymi frontami, bogato zdobione intarsjami. Przedstawiały dziwne, fascynujące mnie wówczas obrazy walk ze smokami, wilkami, lwami i jakimś dzikim, demonicznym ptactwem. Chyba inspirowane mitologią. U stóp dzielnych herosów gęsto padało zwierzęce truchło, bo bohaterowie byli niezmordowani i niezwyciężeni. Po bokach twórca mebla upchnął beztroskie i sielskie zdobienia roślinne łagodzące tę brutalną i krwawą jatkę. Idealne odbicie mojego życia w zamożnym, dostatnim domu otoczonym pięknym i zadbanym ogrodem, w którego sercu pośród szlachetnie brzmiących decybeli i bezcennych antyków toczył się codzienny koszmar.

Nadstawka na komodzie stanowiła coś na kształt otwieranego schowka. Ojciec czasem wstawał od biurka i uchylał drzwiczki sekretarzyka, żeby sięgnąć coś ze środka. Gapiłem się wówczas zachłannie, by jak najwięcej uchwycić i zarejestrować. Było tam dziesięć szufladek. Na każdej znajdowała się ozdobna gałka do pociągania i kontynuacja scen z dużych szuflad na dole. Z początku za każdym razem gdy udało mi się ujrzeć to tajemnicze wnętrze, starałem się zapamiętać zdobienia jednej, wybranej szuflady. Po paru latach znałem już wszystkie na pamięć, jednak i tak łapczywie łowiłem je wzrokiem, bo stanowiły moją jedyną rozrywkę. Na klapie sekretarzyka, gdy pozostawała zamknięta, nie działo się nic ciekawego. Same miejskie pejzaże, budynki, drzewa i tego typu duperele.

Nie zdawałem sobie sprawy, że ta komoda to autentyk, osiemnastowieczne barokowe cudeńko, którego nie powstydziłoby się przyzwoite muzeum. Dla mnie była to odskocznia i raj, własna, prywatna armia, która nieustannie, minuta po minucie, toczyła w dziecięcej wyobraźni bój z największym demonem i wrogiem. Na okrągło wyświetlane w głowie sceny, w których ojciec padał martwy niczym zwierzęce ścierwo u stóp herosów z jego własnej komody, stanowiły dla mnie marną, lecz jednak pociechę. W każdym razie pozwalały mi zabić czas, który tam spędzałem, i nie popaść w obłęd z nudów. Pozostaje pytanie, czy nie spaczyły mi psychiki. Wtedy jednak wcale się tym nie przejmowałem.

Kiedy ojciec w końcu przypominał sobie o mnie, ponawiał pytanie:

– Masz mi coś do powiedzenia?

Jeśli potwierdzałem pierwotną wersję, pozwalał mi wrócić do siebie. Często rzucał przy okazji ochłap rodzicielskiej miłości w postaci paru banknotów do podziału z Edytą. Wstawałem, zgarniałem pieniądze do kieszeni i wychodziłem z ulgą. Byłem wolny… aż do następnego razu.

Ratował mnie fakt, że kobiety przyjeżdżały z ojcem w miarę regularnie i nasze męskie spotkania w jego gabinecie nie powtarzały się częściej niż trzy, cztery razy w tygodniu. Rzec można, że dzięki jego rozbuchanemu libido byłem szczęściarzem, szczególnie że od siódmego roku życia odwalałem cały ten proces za siebie i za kompletnie nieświadomą niczego siostrę. Od kiedy stłukła w kuchni kubki, chcąc wyjąć z suszarki ulubiony w serduszka, i dostała za to karnie w twarz, zawsze trzymałem ją od ojca na dystans i w razie potrzeby za wszelkie jej dziecięce zbrodnie podstawiałem rodzicowi swoje braterskie pośladki. Jemu i tak było wszystko jedno. Mnie w sumie już też.

Edyta wydawała mi się miękka i krucha. Łatwa do zniszczenia nie tyle fizycznie, co gdzieś tam w środku. Urodziła się o całe dwadzieścia minut później niż ja. Tkwiłem w przekonaniu, że jako starszy i silniejszy mam obowiązek ją chronić, szczególnie że była fajtłapą i beksą. Już z tego tylko powodu miała u ojca przerąbane. Uważał ją za totalne zero niewarte uwagi. Dzięki temu przez całe dzieciństwo ją tylko poniżał, a mnie – traktując jak materiał na prawdziwego mężczyznę – lał po gębie i tyłku albo trzymał godzinami w bezruchu na krześle.

Fascynował mnie. Nienawidziłem go, ale mnie fascynował. Jako dzieciak myślałem o nim jak o jakimś udzielnym władcy stojącym ponad prawem i wszelką przyzwoitością. Był niczym starożytny bóg: okrutny, bezwzględny i niezwyciężony. Budził we mnie coś na kształt podszytej lękiem admiracji. Zastanawiałem się wtedy, czy kiedykolwiek zdołam stać się taki jak on: doskonale opanowany, skupiony i kompletnie od nikogo niezależny. Zazdrościłem mu władzy, jaką miał nad innymi, i łatwości w skrywaniu emocji. A może wcale ich nie skrywał? Może po prostu w ogóle nic nie czuł? Też chciałem być tak stoicki, niedostępny i tajemniczy, żeby nic nie było po mnie widać i żeby nikomu nie dać się ranić. Wiedziałem tylko, że bezwzględnie nie chcę nikogo bić. Kompletnie mi to nie pasowało. I tu rodził się mój dylemat, bo to bicie wydawało mi się niezbędne. Wtedy nawet myślałem, że on też tego nie lubi, że robi, co musi, bo to po prostu kolejny, niewygodny obowiązek mężczyzny – jak golenie się albo wycinanie włosów z nosa.

Czasami podglądałem go, kiedy gościł kobiety. Ciekawiło mnie, czy traktuje je tak samo jak mnie. Filowałem przez dziurkę od klucza i w obsesyjnym napięciu nasłuchiwałem, czy nie dotrze do mnie charakterystyczny dźwięk uderzenia w policzek albo szczęk rozpinanego paska. Drzwi były jednak potężne, z litego drewna, więc nieźle izolowały. Przedzierał się przez nie tylko bezlitosny Bizet. Podpatrzeć mogłem wyłącznie migające ułamki scen, z których nie szło nic wywnioskować. Dlatego pewnego razu, aby nabrać pewności, ukryłem się w gabinecie. Nie było to trudne. Tuż przy oknie stała wielka, głęboka szafa na dokumenty. Między nią a szerokim parapetem tkwiła zasłonka – gruba, nieprzeźroczysta i zawsze przesiąknięta papierosami, których woń nieustannie unosiła się w całym pomieszczeniu. Dla kilkuletniego, drobnego chłopca przycupnięcie tuż przy ścianie pod dachem z parapetu nie stanowiło najmniejszej przeszkody. Mogłem albo kucnąć, albo usiąść i pozostać całkowicie niewidoczny. Nie musiałem nawet wykazywać się specjalną ostrożnością. Zasłonka była na tyle ciężka, że byle dotknięcie ramieniem czy głową nie zdołałoby poruszyć jej na tyle, żeby zajęty gościem ojciec mógł to zauważyć.

Kobieta miała długie, czarne, lśniące włosy i mocno opaloną skórę. Była okropnie chuda, niemal bez bioder i piersi. Nawet dziewczyny z ósmej klasy, które podglądałem przez szparę w drzwiach do szatni sali gimnastycznej, wydawały się bardziej zaokrąglone. Niektóre z siódmej też. Tymczasem większość kobiet ojca była niemal płaska. Widocznie taki miał gust. Przyglądałem się intensywnie w oczekiwaniu na standardowy schemat: baczność, zeznania, policzek, odwrócenie się przodem do ściany, alternatywnie – siedzenie na krześle. Nic takiego nie nastąpiło. Ojciec kazał jej się najpierw rozebrać. Pomyślałem, że choć to może nietypowe, skończy się przecież jak zawsze, szczególnie że odwrócił ją tyłem do siebie i sięgnął do paska. Zaskoczył mnie, bo zsunął także spodnie. Przez kolejne minuty patrzyłem między rozstawionymi palcami przyłożonych do twarzy dłoni na coś, co nie mieściło się w mojej całkiem jeszcze dziecinnej i naiwnej głowie. Miałem wrażenie, że robi jej straszną krzywdę, bo okropnie jęczała i krzyczała. W końcu stęknął także i on, po czym znieruchomiał i nagle wszystko się skończyło. Bez słowa i całkiem spokojnie założył spodnie, zapalił papierosa, a jej – nadal nagiej – kazał usiąść na moim krześle naprzeciwko komody. Trwała niemal w bezruchu, założywszy nogę na nogę. Całkiem jak ja. Zastanawiałem się, czy nie marznie i czy też wyobraża sobie sceny walk z postaciami z intarsji. W pewnej chwili chyba na moment przysnąłem, bo nagle z odrętwienia wyrwało mnie głośne i gwałtowne powtórzenie wcześniejszej sceny.

Na koniec kobieta próbowała coś powiedzieć, ale ojciec uderzył ją w twarz. Znów zapalił papierosa, rzucił na biurko banknoty, kazał jej się ubrać i wyjść. Zrobiła to bardzo szybko. Nie odezwała się już ani jednym słowem.

Ojciec zagrzebał się jeszcze na dobrą godzinę w dokumentach. Ja warowałem w swojej kryjówce, bo nie miałem jak uciec. Moim głównym problemem było to, że coraz bardziej chciało mi się sikać. W dodatku potwornie mnie mdliło. To doświadczenie zza zasłonki wydawało mi się jeszcze gorsze niż czas, który spędzałem z ojcem w gabinecie sam na sam. Kiedy w końcu wstał od biurka i wyszedł, ja także wymknąłem się po cichu i niezauważony pobiegłem do łazienki usunąć z siebie ślady hańby. W kącie pod parapetem, gdzie spędziłem cały wieczór, zostawiłem kałużę. Jeszcze przez długi czas nie rozumiałem, co tam się wtedy zdarzyło, jednak już nigdy nie próbowałem ojca podglądać. Często śniłem po nocach o nim, o tej kobiecie i obezwładniającym lęku, który mi wówczas towarzyszył. Rano niezmiennie wynosiłem ukradkiem zasikane prześcieradło i piżamę do prania. Chyba byłem nieszczęśliwym dzieckiem. Chyba mnie to przerastało…

Nie pomógł mi nikt dorosły. Matka umarła, zanim zdążyliśmy w ogóle ją poznać, ciotka – siostra ojca – wolała udawać, że nie widzi problemów, osoby zatrudniane do opieki nade mną i nad moją siostrą prawdopodobnie były zastraszone albo miały nas w nosie. O kobietach ojca nie ma co gadać. W szkole może by nawet zareagowali, gdybym komuś się zwierzył, tymczasem milczałem jak zaklęty, otwierając się wyłącznie przed Agatą. Zresztą nawet jej nie wyznałem wszystkiego do końca.

Jako nastolatek wstydziłem się własnej głupoty. Dużo czytałem, rozmyślałem, dyskutowałem z Agatą i zaczynałem powoli rozumieć, że nie wolno mi podziwiać ojca, a tym bardziej się na nim wzorować. To była sprawa podstawowa. Skupiałem się na tym, by odciąć się od jego wpływu na moją osobowość. Jednak spustoszenia, jakie zasiał w mojej psychice, wydały okrutny plon. Przez wiele lat towarzyszyło mi przeświadczenie, że wszelkie emocje są z gruntu złe, bo stanowią oznakę słabości. Zaburzyło to moje życie w każdej możliwej sferze, chyba tylko poza zawodową. Miałem coraz poważniejsze obawy, że osiągnięcie jakiejkolwiek naturalnej ekspresji będzie w moim przypadku niemożliwe.

Bardzo pomogła mi terapia. Do pewnego stopnia pozwoliła zrzucić z siebie poczucie winy za to, jaki jestem. Nauczyła mnie także, w jaki sposób bezpiecznie uzewnętrzniać złość. Bałem się tego potwornie, tkwiąc w przekonaniu, że jestem skażony jakimś zmutowanym genem brutalności, obojętności i chłodu. Ujawniania pozytywnych emocji musiałem powoli uczyć się sam. Czuć to jedno, pokazać – drugie. Dla mnie był to wynik nie tylko decyzji, lecz także odwagi. Jeśli chciałem normalnie żyć, musiałem jej w sobie poszukać.

Przez całe dzieciństwo dawałem się ranić ojcu, na którego szacunek chciałem zasłużyć, i Edycie, którą bardzo kochałem, a ona uważała mnie za nadętego, zimnego zdrajcę, takiego samego jak ojciec. Trzecia osoba, która zdołała mnie zranić, to Agata. Ją też kochałem. Była moim najbliższym przyjacielem, niezbędnym jak tlen i woda, a po prostu odeszła. Moich odczuć w żadnym stopniu nie zmieniał fakt, że nie zniknęła z własnego wyboru.

Jako dorosły człowiek wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego ojcu na to pozwalałem. Nigdy nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. Czy się bałem? Chyba nie. Myślę, że poza najwcześniejszymi latami tak naprawdę nie bałem się ojca. Jednak dopóki nie dojrzałem, musiałem uznawać tę jego dorosłą przewagę nade mną. No i musiałem dbać o Edytę. W dodatku, jak się tak nad tym zastanowić, przez długi czas ulegałem złudzeniu, że to jest zwyczajne i normalne, że wszyscy ojcowie to robią, bo tak właśnie wychowuje się synów. Nie mogłem tego sprawdzić, bo nikomu poza Agatą nie miałem ochoty o tym opowiadać.

Kiedy dorośliśmy z Edytą i wynieśliśmy się z domu, ojciec nadal znajdował sposoby, by kpić z nas obojga. Ze mną zabawił się szczególnie okrutnie, kiedy dziewczynie, z którą wówczas zdarzało mi się sypiać, zafundował własnym wysiłkiem ciążę. Marzena przyłapała mnie na spotkaniu w kawiarni z inną kobietą. Zrobiła awanturę i w ramach zemsty poszła z moim ojcem do łóżka. Dwa miesiące później postawiła mnie pod ścianą, informując, że albo wezmę ciężar konsekwencji na siebie, albo wprowadzi się do niego. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że skończy się to identycznie jak przed laty, że kolejny bezbronny dzieciak – mój przyrodni brat lub siostra – spędzi dzieciństwo poniewierany, obijany i traktowany jak śmieć. Nie mogłem na to pozwolić, więc ożeniłem się z Marzeną, chociaż nie miałem wątpliwości, że to kretynka.

Tuż po ślubie wyszedłem na kompletne bydlę.

Z tą inną kobietą, Anią, łączyły mnie tygodnie niewinnych rozmów przy kawie, jedna krótka noc oraz fakt, że mnie kochała. Gdy dowiedziałem się, że nosi moje dziecko, spanikowany, czując się jak w potrzasku, przekonany, że wszystkiemu z pewnością nie podołam, kazałem jej usunąć ciążę. Wydawało mi się, że w ten sposób uwolnię się od problemu. A może nie byłem w stanie racjonalnie myśleć? Tymczasem to zdarzenie wpłynęło na mnie silniej, niż byłem gotów przyznać. Ania zniknęła, jednak myśl o naszym dziecku, któremu odmówiłem prawa do życia, towarzyszyła mi nieustannie i gniotła uparcie moją duszę.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Gdy nasz ojciec zmarł, żadne z jego dzieci nie zdobyło się na ani jedną łzę. Żadne go nie żałowało. Zanim to jednak nastąpiło, po prawie sześciu latach wyrzutów sumienia i gardzenia samym sobą w wigilijny wieczór dowiedziałem się, że moje dziecko urodziło się i żyje. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Nigdy dotąd nie czułem takiej radości. Nie zmąciła mi jej nawet wiedza, że jest chore i czeka je operacja serca. Trafiłem na informacje o córce przypadkiem przez stronę fundacji zbierającej środki na leczenie. Mieszkanie jej matki, które znałem, od dawna zajmowali nowi lokatorzy. O niczym nie wiedzieli albo nie chcieli mówić. Na wysokości zadania stanął mój przyjaciel Emil, na którego od ładnych kilku lat mogłem liczyć we wszelkich trudnych sprawach. Ustalił, że Ania wraz z naszym dzieckiem mieszka u rodziców pod Krakowem. Korzystając z licznych znajomości, zdobył namiary.

Z moją żoną i byłą kochanką ojca – Marzeną – nie łączyło mnie nic. Z jej bliźniętami, a moim przyrodnim rodzeństwem łączyło mnie jeszcze mniej, bo nie potrafiłem ich obdarzyć cieplejszym uczuciem. Moja siostra spędzała święta ogromnie zajęta małym Grzesiem, którego dostała w spadku po zmarłej Agacie. Czułem się w Łodzi zbędny. Bez wahania wskoczyłem w samochód i ruszyłem na południe.

Umiałem siedzieć cierpliwie i czekać bez ruchu. To była jedna z niewielu rzeczy, jakich nauczył mnie ojciec. Załadowałem na tylne siedzenie śpiwór, dwa koce, lornetkę, magiczny czajnik do gotowania wody w samochodzie i termos. Zaparkowałem w krzakach, blisko interesującego mnie domu, i skupiłem się na majstrowaniu kolejnych kaw, rozmyślaniu oraz obserwacji okien. Szczęśliwie nie trzymał mróz. Istniała szansa, że jakoś przeżyję to szaleństwo w plenerze.

Teren był mi kompletnie obcy. Kraków znałem. Wprawdzie głównie z sal konferencyjnych i hoteli, ale jednak. Tymczasem rejon, w którym się znalazłem, nie mówił mi nic. Z nudów grzebałem w tablecie i plątałem się wirtualnie po najbliższej okolicy, jednym okiem zerkając na wyświetlacz, a drugim na dom. Z krajowej dziewięćdziesiątki czwórki zjechałem w lewo tuż za Jerzmanowicami. Nawigacja zapierała się, że na Wawel mógłbym dotrzeć w ciągu czterdziestu minut. Blisko. Tuż obok mnie wisiała tabliczka informująca, że znajduję się przy ulicy Łokietka. Moja szmyrgnięta historycznie siostra zachwycałaby się tą lokalizacją. Mnie to nie ruszało. Dziarski, choć nieduży monarcha zszedł z tego padołu już prawie siedemset lat temu, więc uznałem, że nie ma się nad czym rozczulać. Niech spoczywa w spokoju.

Światem rządziła zima, było świąteczne popołudnie, wokół ani żywego ducha. W niedużej odległości widziałem mały, płatny parking i tablicę informującą o zagospodarowaniu turystycznym okolicy. Próbowałem sobie przypomnieć, czy w tym rejonie jest coś godnego zwiedzania, jednak byłem zbyt zaaferowany, żeby wygrzebać z pamięci cokolwiek. Wokół mnie stały luźno rozrzucone domy. Za nimi marzły w absolutnej ciszy ciemne, puste pola, bo śnieg nie raczył ich ubielić. W oddali czernił się las. Po świecie rozpełzł się mrok. W nielicznych budynkach powoli zapalały się kolejne światła i choinki. Rodziny cieszyły się z bycia razem, ja cieszyłem się z bycia bliżej niż kiedykolwiek.

Interesujący mnie budynek był nieduży, zwarty i nieciekawy. Miał pewnie ze czterdzieści lat i dość poniszczoną elewację, niegdyś piaskową albo żółtą. Żadne cudo. Zbudowany na planie kwadratu, piętrowy, z płaskim dachem, bez ganku, przybudówek czy garażu. Na piętrze przez całą szerokość frontowej ściany ciągnął się balkon, a w zasadzie loggia. Za nią błyszczały olbrzymie okna ozdobione fikuśnymi, bardzo symbolicznymi firaneczkami, jakby nad jasną, uśmiechniętą szeroko twarzą podskakiwała niesforna, krótka grzywka. Doskonale widziałem, co się dzieje w środku, zwłaszcza że miałem lornetkę.

Już po dwóch godzinach czekania spotkała mnie nagroda. Niecierpliwie wyprostowałem się za kierownicą. Przyłożyłem lornetkę do oczu cokolwiek zbyt energicznie, narażając się na malownicze limo. Syknąłem z bólu, odsunąłem sprzęt szpiegowski i nerwowo pomasowałem obity policzek. Tymczasem w oknie pokoju na piętrze zapaliło się światło i dostrzegłem postać, która pojawiła się w drzwiach. Odwracała się jeszcze w progu, jakby zachęcała kogoś do pójścia za nią. Od razu wiedziałem, że to ona, chociaż przesłaniało ją nieco zachodzące na okno świąteczne drzewko. Niska i niepozorna, tak jak ją zapamiętałem. Miała już trzydzieści lat, a z daleka sprawiała wrażenie bardzo młodej dziewczyny. W jej ruchach kryło się mnóstwo energii i dynamiki, jakby wypełniała ją sama radość. Była chyba szczuplejsza niż dawniej, choć nie miałem pewności. Kiedyś widywałem ją wyłącznie w sportowych bluzach i dżinsach. Poza tym jednym wyjątkowym razem sześć lat temu w jej mieszkaniu, kiedy zdesperowany i w poczuciu kompletnej beznadziei poleciałem do niej po choćby złudną nadzieję ratunku. Niespodziewanie dostałem wówczas w prezencie ją całą, żeby potem uciec bez słowa i podziękować jak najgorsza menda.

Tymczasem ona, całkowicie nieświadoma tego, że ją podglądam, w świątecznej bordowej sukience podkreślającej wszelkie walory kobiecości usiadła przy pianinie i zaczęła grać. Dawniej nosiła krótką ciemnoblond fryzurę z zachodzącymi na twarz jakimiś dziwnymi, niesymetrycznymi pazurkami. Teraz włosy jej urosły i łagodnymi falami spływały na ramiona. Połyskiwał w nich ciepły, miodowy odcień, którego wcześniej nie dostrzegałem. Tak wyglądała znacznie lepiej. W każdym razie w moim odczuciu, którym nie miałem się z kim podzielić.

Nie docierał do mnie żaden dźwięk, a jednak byłem głęboko przekonany, że Ania gra świetnie. To stanowiło dla mnie nowość. Niby już przed laty, ucząc matematyki, prowadziła lekcje muzyki z najmłodszymi klasami w podstawówce. Nie zgłębiałem jednak tego tematu, bo kompletnie mnie nie interesował. Poznałem ją przy okazji wyświadczania ciotce belferce szkolnej przysługi. Widywaliśmy się z Anią na warsztatach z podstaw bankowości dla dzieci. Fundowałem jej potem niezobowiązującą kawę w pobliskiej kawiarni, jednak nigdy o nic nie pytałem. Wiedziałem tyle, ile sama zechciała mi powiedzieć. W życiu nie przyszło mi do głowy, że może grać na pianinie z takim zapamiętaniem. Zahipnotyzowała mnie niemal od ręki do tego stopnia, że byłem skłonny z marszu wybaczyć jej ten związek z muzyką, byleby tylko nie sięgała po nuty Bizeta.

Kilka chwil później zmaterializowała się obok niej postać znacznie mniejsza, obdarzona burzą rudych, kręconych włosów. Znałem ją tylko z jednej fotografii z internetu, lecz nie miałem najmniejszych wątpliwości, kim jest. Stanowiła wierną kopię mojej siostry z czasów, gdy byliśmy mali. Różniła się od Edyty tylko okularami na małym, piegowatym nosku.

To była moja córka.

Moje własne dziecko, które niegdyś bezmyślnie chciałem wymazać nie tylko ze swojej świadomości, ale w ogóle z życia. Miała pięć lat. Usiadła grzecznie na foteliku obok pianina i z uwagą słuchała. Kiedy matka przerywała na chwilę grę, żeby zamienić z nią kilka słów, dziewczynka z zapałem obdarzała ją brawami, a ja niemal się dusiłem z przejęcia, zapominając co i rusz oddychać.

Po jakimś czasie cały ten kameralny koncert się zakończył. Starsza wzięła młodszą na kolana i trzymając w dłoni drobną łapkę dziewczynki, zaczęła wciskać kolejne klawisze, najwyraźniej coś jej przy tym tłumacząc. Mała śledziła wzrokiem własną rączkę, a potem w skupieniu próbowała powtarzać te same sekwencje. Chyba świetnie się przy tym bawiły, bo co chwilę uśmiechały się do siebie promiennie. Trwało to dość długo. Dla mnie mogłoby nigdy się nie kończyć. Gapiłem się jak zaczarowany. Wreszcie jednak znudziła je ta zabawa, matka odwróciła córkę buzią do siebie i mocno przytuliła, głaszcząc po niesfornych, rudych loczkach. Dziewczynka zarzuciła jej ręce na szyję. Trwały tak przez chwilę w beztroskiej i magicznej radości z bycia razem.

Tego było dla mnie za dużo. Nie wytrzymałem emocji, które gwałtownie we mnie wzbierały i nie znajdowały żadnej drogi ujścia. Nie przywykłem do takich doznań i nie umiałem sobie z nimi poradzić. Ba, nawet nie potrafiłem ich zdefiniować. Gwałtownie odłożyłem lornetkę na siedzenie obok, uruchomiłem silnik i zawróciłem ostrożnie, żeby nie ściągać na siebie uwagi. Towarzyszyła mi bolesna pewność, że ten sielski świat nut, dźwięków, prostych, serdecznych gestów i zwykłej, szczerej czułości jest mi kompletnie niedostępny. Odjechałem w stronę krakowskiego hotelu ze świadomością, że gdybym jeszcze trochę na nie popatrzył, niechybnie bym się rozpłakał.

Wiedziałem już wtedy, że te dwie istoty siedzące przy pianinie to sedno mojego życia, choć wcale nie miałem pewności, czy będę umiał je pokochać. Dokuczała mi świadomość, że niczego nie mogę im dać, a nic to stanowczo za mało, żeby zawracać im głowę. W domu czekała na mnie żona z dwójką dzieci mojego ojca, których bezpieczeństwo zależało tylko ode mnie. Byłem przekonany, że jeśli zostawiłbym ich samych, ojciec wcześniej czy później zacząłby składać rodzinne, towarzyskie wizyty. To musiałoby się skończyć tak samo, jak moje wieczorne odwiedziny w jego gabinecie. Mimo upływu lat, terapii, sukcesu zawodowego i niezłej pozycji finansowej wciąż byłem w jakimś stopniu zniewolony psychicznie. Ojciec potrafił mnie zastraszyć, szantażować i tłamsić, chociaż pozornie niczego takiego nie robił. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę i sprawiało mu to niezłą uciechę.

Pojechałem do hotelu na peryferiach Krakowa i przesiedziałem cały świąteczny wieczór w pustym pokoju jak ostatni kretyn, wpatrując się w coraz bardziej wygniecioną wydrukowaną z internetu podobiznę dziecka. Zdjęcia Ani nie miałem. Wystarczyło jednak, że przymknąłem oczy i znów widziałem ją w pokoju na piętrze, a jej dłonie płynęły miękko, choć bezdźwięcznie, po kolejnych oktawach. Wypiłem piwo, które w niczym mi nie pomogło, poszedłem pod prysznic, a potem spędziłem bezsenną noc, przewracając się na łóżku i raz po raz dochodząc do ponurej konkluzji, że moje życie jest całkowicie i nieodwracalnie spieprzone. Wreszcie niemal nad ranem podjąłem decyzję, że odpocznę parę godzin i wrócę do Łodzi. Uspokojony tą rezolucją, zasnąłem jak kamień i gniłem w łóżku niemal do południa.

Rozdział 2

Kolejnego dnia prosto z parkingu hotelowego ruszyłem twardo i bez wahania drogą na Olkusz. Jechałem zadowolony i zrelaksowany w przekonaniu, że odzyskałem panowanie nad sobą. Było wczesne popołudnie, może koło trzynastej. Gdy tylko minąłem ulicę Łokietka, z każdym kolejnym kilometrem zaczynałem się łamać. Żeby nie ulec pokusie i nie zawrócić, odbiłem gwałtownie w prawo, w pierwszą lepszą szosę na północ. Liczyłem na to, że jeśli pokieruję się na azymut, opłotkami, też dotoczę się do Łodzi, a przynajmniej zajmę sobie czymś głowę, zamiast nudzić się na gierkówce. Telepałem się przez chwilę spokojnie dziurawą szosą między polami, następnie otoczył mnie las i po paru minutach dotarłem do małego rozjazdu przy drogowskazie na Ojców. Coś mi mówiła ta nazwa. Jakiś park narodowy czy co… Może nawet kiedyś go zwiedzałem. Grzebiąc w odmętach pamięci i szukając jakiegokolwiek skojarzenia, odruchowo skręciłem zgodnie ze wskazówką, mknąc wśród drzew i coraz liczniejszych wapiennych skał widocznych po lewej stronie za korytem wąskiego potoku. To był Prądnik, choć wówczas jeszcze o tym nie wiedziałem. Po krótkiej chwili zaśmiał mi się szyderczo w oczy zakaz wjazdu, zapraszając mój samochód na obszerny, choć pusty parking. Zdecydowałem się na przechadzkę, bo nic tak nie koi rozterek jak spacer wśród zieleni. Nawet jeśli jest to zieleń grudniowa.

Omiotłem wzrokiem ruiny zamku widniejące na wzgórzu tuż obok i stwierdzając beztrosko, że bez Edyty nie mam po co tam włazić, ruszyłem z kamasza kuszącą mnie drogą, która dla mojego auta była niedostępna. Szedłem przez dość luźno zabudowaną miejscowość ulokowaną w czymś na kształt doliny czy szerokiego wąwozu. Po obu stronach piętrzyły się wzgórza porośnięte lasem. Gdzieniegdzie między nimi dostrzegałem szare ściany skał lub rzucone luzem wapienne ostańce. Minąłem wymarłą turystyczną infrastrukturę i hodowlę pstrągów potokowych, gdzie jedynie obszczekały mnie z lubością lokalne psy. Najwyraźniej nie był to dobry czas na zwiedzanie. Nie spotkałem ani jednego człowieka. Po jakichś dwóch kilometrach dotarłem do kładki nad potokiem i moim oczom wreszcie ukazał się widok, który gwałtownie przywrócił mi pamięć.

Byliśmy tu na wycieczce w gimnazjum. Obejrzeliśmy zamek i pokonaliśmy tę samą drogę, którą teraz przebyłem sam, aby wreszcie stanąć u wrót imponującej, skalnej Bramy Krakowskiej, a następnie powędrować widniejącym za nią szlakiem aż do Groty Łokietka. Po zaliczeniu jaskini wróciliśmy całą watahą pod Bramę, gdzie belfrostwo zafundowało nam czas wolny. Większość klasy rozpełzła po trawie i pozapadała się w nią, siadając i kładąc się wśród śmiechów i pogaduszek. Kończyła się wiosna, słońce grzało pełnią sił, świat był piękny, a my – bardzo młodzi.

Edyta strzeliła focha. Nie pamiętam, o co poszło. Obraziła się na mnie i na Agatę. W ramach demonstracji polazła w cień pod blokiem skalnym i zakopała się aż po sterczące końcówki naindyczonych, rudych włosów w jakiejś książce. Popatrzyliśmy na siebie, wzruszyliśmy ramionami i odeszliśmy spokojnie, by poplątać się po okolicy. Z Edytą już tak jest: gdy się nastroszy i najeży, najlepiej po prostu przeczekać. Zwykle najszybciej jej mija, jeśli zostawi się ją w spokoju.

Ruszyliśmy więc we dwoje ścieżką wzdłuż Prądnika w kierunku przeciwnym niż ten, który wiódł do parkingu. Z Agatą łączyło mnie wszystko: przyjaźń, zaufanie, tajemnica i wspólny bagaż doświadczeń, bo ona także była regularnie katowana przez ojca, zwyrodniałego pijaczynę.

– Muszę uciec. Jak najdalej – powiedziała nagle, nie patrząc na mnie i nie przerywając spaceru.

– Wytrzymasz. Jeszcze tylko dwa lata i zwiejemy – przypomniałem jej, zabawiając się jednocześnie odkopywaniem w dal małych kamyków.

Od dziecka, zawsze, ilekroć robiło się gorzej, przywoływaliśmy do siebie sielską wizję, że kiedy skończymy osiemnaście lat, spakujemy plecaki i wspólnie wyniesiemy się z domów. Godzinami bujaliśmy w obłokach, wymyślając, dokąd się udamy i co będziemy robić, gdzie zamieszkamy, które kraje zwiedzimy i kto z nas zrobi bardziej spektakularną karierę. Czasem tworzyliśmy w wyobraźni wspólną biografię, zakładając, że się pobierzemy, a czasem osobne, bo Agata lubiła snuć marzenia o olśniewającym księciu z bajki, na którego średnio się nadawałem. Nie dorastałem jej wizjom do pięt. Zresztą wiedzieliśmy oboje, że nasze plany nie mają szans się ziścić, bo nigdy nie zostawiłbym Edyty samej z ojcem. Mimo to dawały nam siłę i pomagały przetrwać najgorsze.

– Nie wytrzymam dwóch lat. Nie wiem, czy wytrzymam jeszcze dwa miesiące.

– Co się dzieje?

– Dobierał się do mnie – oświadczyła sztucznie lekkim tonem, chociaż z jej twarzy wyczytałem desperację.

– Udało mu się? – spytałem w napięciu, stając na środku ścieżki.

– Obudziłam się w nocy, gdy pchał mi rękę do majtek. Zwiałam, bo był tak nawalony, że nie miał siły wstać. Od tego czasu barykaduję swoje drzwi szufladami. Przestawiłam regał i wysuwam je do połowy. Sam wiesz, że to słaba bariera. Za którymś razem po prostu je połamie i wejdzie.

Przez chwilę analizowałem sprawę, idąc mechanicznie za dziewczyną i gapiąc się na skalną ścianę widoczną w głębi po lewej. Nie mieściło mi się w głowie, że ojciec, choćby nawet najgorszy drań, chciał zgwałcić córkę.

– Zrób to jak najszybciej. Skombinuję ci forsę, gdy tylko wrócimy do Łodzi. Chyba że wolisz iść do dyrki… Ona umie załatwiać takie sprawy. Kiedyś pomogła tej Joaśce. Pamiętasz? Jej stary trafił do pierdla.

– Nie pójdę do żadnej dyrki! – obruszyła się stanowczo. – Ojciec Joaśki robił to latami. Ja nie zamierzam mojemu pozwolić nawet na jeden raz. Nie nadaję się na bezwolną ofiarę i nie dam się zastraszyć. Nie jestem już dzieckiem. Czas się zbuntować.

– Gdzie chcesz jechać?

– W Poznaniu mam ciotkę. Dziesiąta woda po kisielu, ale może mnie przygarnie. Dasz sobie radę beze mnie?

– Nie wiem. Agata… – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Bez ciebie wszystko będzie dużo trudniejsze.

Pokonaliśmy nie więcej niż sto metrów. Krzyki i śmiechy wciąż dobiegały z oddali. Niespodziewanie ścieżka się skończyła i stanęliśmy u stóp murowanego półokręgu ze schodkami. Wokół umieszczono kilka zdezelowanych ławek. Na samym środku widniała niska budka, z której wesoło tryskała woda wprost na obłożone kamieniami duże, odlane z betonu serce. Staliśmy w milczeniu i wpatrywaliśmy się w ciurkającą strużkę. Agata pierwsza wyrwała się z zadumy i podeszła do tablicy informacyjnej przymocowanej do słupka z boku, na granicy trawnika.

– Patrz! – zawołała ze zwykłą radością w głosie. – Ale numer! Znaleźliśmy magiczne źródło!

– Jasne. Jeszcze powiedz, że jeśli się napijemy z tego ścieku, to do końca życia będziemy się tarzać w szczęściu – skomentowałem, ruszając wolno w jej stronę.

– Raczej nie, bo napisali, że woda nie nadaje się do spożycia. Co najwyżej groziłaby nam sraczka. Przy naszym standardowym farcie to chyba bardziej prawdopodobne od szczęścia, nie?

Parsknąłem śmiechem. Jej dystans do rzeczywistości zawsze ustawiał mnie do pionu.

– To co tam wyczytałaś? – spytałem wreszcie, przystając tuż za nią.

– Legendę. Dawno, dawno temu dotarło tu dwoje wędrowców. Szli bardzo długo i byli ogromnie spragnieni. Odkryli źródełko i kiedy napili się z niego wody, natychmiast zapałali do siebie wielką, niegasnącą miłością, która nie opuściła ich już do końca życia. Od tej pory to miejsce nazywane jest Źródłem Miłości.

– No tak. To masz idealne podsumowanie naszych szans na szczęście. Stoimy u Źródła Miłości i nie możemy się z niego napić, bo grozi nam sraczka – skomentowałem.

Zaśmialiśmy się oboje. Ona po chwili spoważniała. Podeszła do szemrzącej rachitycznej kaskady i umyła w niej ręce.

– Chodź – zakomenderowała stanowczo. – Zanurz łapy.

Posłuchałem. Kiedy oboje mieliśmy mokre dłonie, przysunęła się do mnie i oświadczyła:

– Życie jest krótkie. Nie wolno marnować żadnej szansy. Rób to co ja… – I wzmocnionymi siłą tych niechybnych czarów dłońmi dotknęła moich policzków.

Staliśmy bardzo blisko siebie. Powoli uniosłem ręce i otoczyłem nimi jej twarz.

Przez długą chwilę w milczeniu patrzyliśmy sobie w oczy, jakbyśmy czekali na to, że nagle w pobliżu uderzy piorun, a strzały amora wbiją się boleśnie w nasze pośladki. Zapadła cisza. W zasadzie nie stało się absolutnie nic. Wreszcie usłyszałem:

– To chyba nie wystarczy. Myślę, że powinieneś mnie jeszcze pocałować.

Wystraszyłem się. Miałem szesnaście lat, mnóstwo zbyt dorosłych i niepotrzebnych przeżyć za sobą, włącznie z takimi, którymi nie chciałem się dzielić nawet z nią, lecz nigdy wcześniej nie całowałem żadnej dziewczyny. Nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Chyba się tego domyśliła, bo w końcu stanowczym ruchem przyciągnęła mnie do siebie i w następnej chwili pod moimi przymkniętymi powiekami rozprysło tysiące iskier. Nie spodziewałem się, że usta są aż tak miękkie, elastyczne i tak łatwo się poddają. Że mogą tak do siebie pasować, współpracować spontanicznie bez określonego planu. Próbowałem analizować to doznanie na zimno i zupełnie mi nie szło. Wszystko we mnie wirowało, od głowy aż do stóp. Miałem wrażenie, że świat wokół stał się jakby zaczarowany.

– I co? – spytała wesoło, nagle ode mnie odskakując. – Teraz już wiesz, że będziesz mnie kochał aż do końca życia? – Po chwili, bacznie mi się przyglądając, dodała: – To chyba bujda. Nie wyglądasz na zakochanego. – Roześmiała się perliście i uciekła w stronę Bramy Krakowskiej, nie dając mi szans na odpowiedź.

Nie wiem, czy byłbym w stanie cokolwiek z siebie wydusić. Nie umiałem prowadzić takich rozmów ani zachowywać się tak swobodnie. Powoli opuściłem ręce, czując na nich wspomnienie jej skóry. To było dla mnie niezwykle silne doświadczenie. Już od ładnych paru lat unikałem kontaktu fizycznego jak ognia. Nikt mnie nie głaskał, nie przytulał i nie całował. Nie wiem, czy zadziałała ta nagła, niespodziewana czułość, czy magia pierwszego pocałunku, wdzierając się nie tylko w moją zbyt dojrzałą samotność, ale także poruszając gwałtownie nastoletnie ciało. W każdym razie miałem poczucie, że w tej legendzie tkwi ślad prawdy i niezależnie od naszych dalszych losów ta pogodna dziewczyna z pięknym, złotym warkoczem pozostanie dla mnie kimś wyjątkowym.

Gdy dołączyłem do reszty, Agata gawędziła wesoło z Edytą, której foch najwyraźniej się ulotnił. Olewając moje towarzystwo, powędrowały za grupą w stronę parkingu. Wróciliśmy do Łodzi, nie komentując tamtego zdarzenia. Jakieś dwa tygodnie później w czasie kolejnej libacji w jej domu zjawiła się policja. Skatowaną Agatę zabrano do pogotowia opiekuńczego, a potem wywieziono gdzieś w Polskę i skradziono z mojego życia na kilkanaście lat. Nie dzwoniła do mnie ani nie pisała, choć wiem, że odzywała się czasem do Edyty. Nie dowiedziałem się nigdy, czy udało jej się uciec od ojca na czas…

Spotkaliśmy się dopiero w ostatnich miesiącach przed jej śmiercią. Wiedziała, że jest z nią bardzo źle, i nie chciała poruszać niepotrzebnych wspomnień, które i tak niczego by nie zmieniły. Chyba zdawała sobie sprawę, że się nie wywinie. Spędziłem z nią i jej synem kilka przyjemnych, beztroskich dni na Mazurach. Dawno się tyle nie śmiałem. Nie zamieniliśmy wówczas ani słowa o raku i śmierci. To było jej ostatnie w życiu święto, chociaż absolutnie niewinne. Nie chciała, żebym ją zatrzymywał czy po niej płakał, dlatego nie dopuściła do niczego więcej. Potem zajmowała się nią Edyta, a my pisaliśmy ze sobą całymi godzinami na Messengerze. Zależało jej wyłącznie na tym, żeby zapewnić bezpieczne życie dziecku. Wiedziała, że może liczyć na mnie. Oboje mieliśmy nadzieję, że moja siostra także nie zawiedzie. Zostaliśmy sami tylko raz, gdy Edyta i Grześ byli w szkole. Tego dnia przyprowadziłem notariusza, bo Agata chciała spisać testament. Uwinęliśmy się z tym raz-dwa i zamiast zwiać zaraz za prawnikiem, przysiadłem na łóżku i wziąłem ją za rękę.

Uśmiechnęła się lekko zmieszana i rzuciła zaczepnie:

– Widzisz? To była ściema i naiwna bajka dla dzieciaków. Nie zadziałało.

Od razu zgadłem, co ma na myśli. Umierała i brała morfinę. Najwyraźniej i w takiej sytuacji człowiek potrzebuje pewności, że jest dla kogoś ważny.

– Zadziałało, Agata. Bez pudła zadziałało – oświadczyłem, bo na nic bardziej konkretnego nie potrafiłem się zdobyć, a uważałem, że coś jej się ode mnie należy.

Na moment wysunąłem z jej nosa rurki koncentratora tlenu, żeby ją pocałować. Kiedy umieściłem je znów na miejscu, wstałem i nie oglądając się już za siebie, po cichu wyszedłem z mieszkania, zanim cokolwiek zdążyła powiedzieć. Oboje wiedzieliśmy, że nie ma o czym gadać. Potem nie liczyło się już dla nas nic poza Edytą i Grzesiem. Aż do końca.

Z trudem oderwałem się od wspomnień. Chwilę zmarnowałem na rozważania, co też teraz może robić Grześ. Wreszcie zawróciłem spod Bramy Krakowskiej i ruszyłem w stronę parkingu z myślą, że do tego źródła muszę koniecznie wrócić z kimś innym. Może tym razem magia zadziała porządniej. Cholera, chciałbym, żeby zadziałała. Posiedziałem chwilę w samochodzie, napiłem się kawy i tą samą szosą przez las dotarłem na dziewięćdziesiątkę czwórkę. Z determinacją i w pełni świadom tego, co robię, skręciłem z powrotem. Po kilkunastu minutach stałem w znajomych krzakach i patrzyłem w okna z fikuśnymi, krótkimi firankami na pierwszym piętrze. Kawa rozgrzewała mnie od środka, a wraz z nią brzmiące w pamięci słowa Agaty: „Życie jest krótkie. Nie wolno marnować żadnej szansy”.

Przez kolejne dni zdołałem zobaczyć moją córkę jeszcze kilka razy w oknie, a raz nawet całkiem blisko, gdy wyszła z mamą z domu. Wędrowały na przystanek. Zanim zdobyłem się na wykonanie jakiegokolwiek ruchu, wsiadły do autobusu i odjechały w kierunku Krakowa. W końcu dorobiłem się kataru i w sylwestra rano, zmęczony makabryczną gorączką, postanowiłem wrócić do Łodzi. Dalsze wielogodzinne przesiadywanie w aucie nie prowadziło do niczego. Potrzebowałem porządnego antybiotyku i jeszcze porządniejszego planu.

Rozdział 3

Po Nowym Roku niespodziewanie udało mi się poznać przyszłego szwagra. Przybył z wyspy Karsibór w Świnoujściu, na której moja siostra spędziła całe lato. Poderwał ją wtedy, lecz wyjechała bez słowa na wieść o chorobie Agaty. Teraz usiłował wycyganić ode mnie adres mojej siostry. Ponieważ zaintrygował mnie determinacją, postawą i w ogóle samym swoim istnieniem, zaprosiłem go na wódkę. Poszliśmy do mieszkania, które już od wielu dni stało puste, bo lokator znienacka się wyniósł i jakoś nie miałem głowy do szukania nowego. Mój blok stał naprzeciwko budynku, w którym mieszkała Edyta, więc temat rozmowy mieliśmy w zasadzie pod ręką. Jędrek streścił mi swoją historię, w wyniku czego opowiedziałem mu o Agacie i o Grzesiu. Wysłuchał ze względnym spokojem, z rzadka zadając pytania. Wreszcie, kiedy wypiliśmy połowę wspomagacza, postanowiłem uruchomić swoje obiekcje:

– Nie zniechęca cię to, że moja siostra od ciebie uciekła?

– Wręcz przeciwnie. Może nie zrobiła tego w najmądrzejszy sposób, jednak muszę przyznać, że jej powrót do Łodzi jest całkowicie uzasadniony.

– A to, że postanowiła zająć się obcym dzieckiem?

– Nie takim do końca obcym. Ganiała mnie kilometrami po plaży w poszukiwaniu muszelek dla niego. Tornister do szkoły też ja mu znalazłem.

– Na wszystko masz odpowiedź?

– Nie na wszystko, ale dam sobie z nią radę. Z jej szaleństwami też. Zrozum, człowieku, że to jest moja kobieta. W tym zakresie nie mam żadnych wątpliwości. – Zerwał się z fotela i zaczął krążyć po pokoju, najwyraźniej nabuzowany. – Jest nieobliczalna jak żywioł, jak wulkan albo sztorm. Niby ucieka, chowa się po kątach, a przecież nikt nigdy mnie nie całował tak jak ona. Kiedy przestaje udawać kogoś innego i bawić się w przebieranki, wychodzi z niej coś takiego, że warto znosić te jej wszystkie histerie. Mógłbym poświęcić całe lata, żeby się do tego dogrzebać i wywlec na wierzch na stałe. Mam nieodparte wrażenie, że Grześ może mi w tym bardzo pomóc.

– Kochasz ją?

– No pewnie! – fuknął, łypiąc na mnie z widocznym zniecierpliwieniem. – Przecież cały czas ci to tłumaczę.

– Tak po prostu? – spytałem zdziwiony, że można mieć taką pewność co do tego, co się czuje, i tak dobrze wiedzieć, czego się chce.

– Oczywiście, że tak po prostu. Chyba zawsze kocha się tak po prostu. Skąd to zaskoczenie? Nie wiesz, jak to jest? Edyta mówiła, że masz żonę.

– Chyba nie wiem – przyznałem, wzruszając ramionami. – Albo nie jestem pewien.

– Cierpicie na jakieś rodzinne upośledzenie na tle identyfikacji uczuć? Mam nadzieję, że to nie geny – mruknął, opadając ciężko na fotel, jakby to spacerowanie w kółko stanowiło co najmniej pół maratonu. – Dasz mi wreszcie jej adres?

– Aleś w gorącej wodzie kąpany. Całkiem jak ta małpa od Fredry – próbowałem żartować, żeby nieco rozładować atmosferę.

– Nie widziałem Edyty prawie cztery miesiące. Zdajesz sobie sprawę, jak to cholernie długo, jeśli się nie wie, co jest grane? – tłumaczył stanowczym głosem, przeciągając sylaby, jakby usiłował przebić się do świadomości półgłówka. – Wciąż mam przed oczami to, co mi zaprezentowała tuż przed wyjazdem. Tak się nie zachowuje osoba, która ma po prostu w dupie… Cholera, ta wódka wcale mi nie pomaga! – dodał, biorąc do ręki kieliszek, po czym wylał resztę zawartości do kuchennego zlewu.

– Nie chciałbym cię rozczarować i brutalnie hamować twojego zapału, jednak chyba przyda ci się cierpliwość – wypaliłem, idąc za nim do kuchni. – Nie marnuj procentów, panie szwagier. Raczej dolej, bo w tej sytuacji muszę ci jeszcze opowiedzieć, jak twoja wybranka zabalowała w sylwestra.

Zreferowałem wszystko, co trzeba, żeby go trochę ostudzić. Porzucał mięsem na mnie i na siebie, że nie udało nam się spotkać przed świętami, po czym oparł się plecami o parapet i zamilkł na amen. Wróciłem do pokoju i otworzyłem balkon. Kiedy wychyliłem się za balustradę, ogarnął mnie rześki, styczniowy chłód. Łapał lekki mróz. Nie czułem ani grama wiatru. Bezchmurne niebo zapchane było gwiazdami. Tłok jak na noworocznych wyprzedażach w hipermarkecie. Pośród gwiazd królował niepodzielnie księżyc w pierwszej kwadrze, pasąc się i tucząc widokiem zimowego wieczoru. Pomyślałem, że może choć jeden z nas mógłby wyrobić się przed pełnią z wyhodowaniem w sobie nadziei na lepsze jutro. Jędrek wyszedł za mną i stanął tuż obok. Czekał.

– Patrz. – Wskazałem palcem blok naprzeciwko, nie wahając się już ani chwili. – Trzecie okno od lewej na drugim piętrze. Tam, gdzie się świeci przytłumione światło. Poznajesz to rude widziadło za firanką?

Nie skomentował. Stał i patrzył. Polazłem do przedpokoju i przyniosłem mu kurtkę. Nie wyglądało na to, żeby zamierzał odkleić wzrok od jej okna przed nadejściem wiosny.

– Pójdziesz tam? – spytałem.

– Tak – potwierdził pewnym głosem. – Natychmiast, gdy tylko wytrzeźwieję. O nic się nie martw. Będę pioruńsko cierpliwy. Na wszystko przyjdzie czas.

Wycofałem się do pokoju i spokojnie sam opróżniłem flaszkę. Myślałem o tym, że Edyta ma szczęście. Ma cholernie wielkie szczęście.

Kontakt z Jędrkiem bardzo dobrze mi robił. Zakumplowaliśmy się. Był imponująco poukładany, zrównoważony i otwarty, a jednocześnie nastawiony na tryb zadaniowy i na obrany z góry cel. Zamierzał przede wszystkim trzymać się blisko Edyty, wspierając ją w staraniach o uzyskanie pieczy zastępczej nad Grzesiem, i dopiero w finalnej fazie projektu zawlec ją do łóżka oraz na ten swój Karsibór. W dowolnej kolejności. Na samym końcu drogi widział ich wspólne życie we troje. Taki niby banał, a jednak zazdrościłem mu jak wariat niezachwianego przekonania, że to, co robi, ma sens. Wszystko miał przemyślane, więc mógł łagodnie poddać się fali i szalonym pomysłom mojej siostry. Nie starał się niczego przyspieszać. Według niego wystarczyło trzymać właściwy kurs. Postanowiłem się na nim wzorować. Wprawdzie nie potrafiłem tak jasno i jednoznacznie określić swojej wizji przyszłości i własną drogę mogłem analizować tylko do najbliższego zakrętu, jednak mimo wszystko było to już coś. Należało zebrać jak najwięcej informacji o moim dziecku, o jego życiu, chorobie, planowanej operacji i szansach na zdrowie.

Rozdział 4

Sfinansowałem do końca zbiórkę na leczenie małej na stronie fundacji, nastawiłem Emila na tryb psa tropiciela i, korzystając z uzyskanej przez niego wiedzy, odbyłem kolejną wycieczkę do Krakowa, gdzie Ania z naszą córką miały zjawić się na przeglądzie lekarskim. Znów pobawiłem się w zakamuflowanego podglądacza i przy okazji zaiwaniłem z recepcji kartę z historią choroby. Pogoniony potężną dawką adrenaliny, w szpitalnej toalecie fotografowałem telefonem kolejne strony teczki, zupełnie nie rozumiejąc zawartych w dokumentach treści. Ich interpretacją zamierzałem zająć się później. Udało mi się utrwalić każdy świstek, żadnego nie utopić w sedesie i oddać papiery, zanim ktokolwiek połapał się, że ich nie ma. Czułem się wręcz rozbawiony swoim nadspodziewanym sprytem. Pozostało tylko nie zgubić telefonu, wydrukować cały ten chłam i oddać jakiemuś konowałowi do analizy. Sam nie chciałem z tym walczyć, bo już przy pierwszej obejrzanej stronie zwątpiłem we własną inteligencję i znajomość ojczystego języka.

Wróciłem do Łodzi i – znów dzięki Emilowi – załatwiłem półprywatną pogawędkę z kardiochirurgiem dziecięcym z Matki Polki. Mój nieprzeciętny przyjaciel, z zawodu adwokat, prowadził mu kiedyś sprawę rozwodową. Okazało się, że wbrew pozorom rozwody łączą ludzi, bo panowie pałali do siebie ewidentną sympatią. Postanowiłem z tego skorzystać. Siedzieliśmy we trzech przy kawie w kancelarii Emila przy Narutowicza. Specjalnie nie naciskałem na pogaduszki w szpitalu w nadziei, że wbity w relacje kumpelskie łapiduch nie będzie tak sztywno przestrzegał procedur i RODO.

– Skąd to masz? – spytał po obejrzeniu wydruków podwędzonej makulatury, omiatając mnie podejrzliwym spojrzeniem.

– Jak to skąd? Ze szpitala – palnąłem niezbyt mądrze i doprecyzowałem, żeby nie było wątpliwości: – Z Krakowa.

– Gówno, a nie z Krakowa, bo to nasze, łódzkie formularze – oświadczył i zaczął podejrzliwie łypać na Emila, jakby posądzał go o durne żarty.

– Jakie łódzkie? Przecież wiem, gdzie je zdobyłem.

– Patrz. – Wyjął jeden świstek i podstawił mi pod nos. – Tu jest mój podpis. Albo mówisz wprost, o co chodzi, albo nie biorę w tym udziału. Co masz do tego dzieciaka?

Lekko zdurniałem, świadom, że zostałem przyłapany na chachmęceniu. Obserwował mnie z niepokojem wymalowanym na poczciwej, okrągłej twarzy czterdziestolatka. Emil ręczył za niego wszystkimi kończynami. Ględził, że to straszny babiarz i żona słusznie od niego uciekła, ale poza tym jest całkiem przyzwoitym człowiekiem. Dał się oskubać, dba o dzieci i wzorowo płaci alimenty. Emilowi ufałem jak mało komu i dlatego zdecydowałem się walić prosto z mostu. W gruncie rzeczy ten lekarski podpis mnie ucieszył, bo świadczył o tym, że facet może wiedzieć więcej, niż się spodziewałem.

– To moja córka – wypaliłem.

Przez chwilę obserwował mnie w milczeniu. Wreszcie oznajmił spokojnie:

– Znam Zuzię od urodzenia. Operowałem ją pierwszy raz, gdy miała dosłownie kilka dni.

– I tak ją dobrze zapamiętałeś? – wpadłem mu w słowo, bo nie mogłem się powstrzymać od kpiny.

– Pamiętam wszystkich pacjentów – odparował. – W tym akurat nie ma nic niezwykłego. Pamiętam też, że ona nie ma ojca. Od samego początku zajmowała się nią tylko matka. Nawiasem mówiąc, niezła dziewczyna. Świetne cycki – dodał z błyskiem w oku.

– Człowieku, nie wiedziałem o małej! Nie miałem pojęcia, że się urodziła – tłumaczyłem zgodnie z prawdą, bo czułem, że tylko szczerość może mnie uratować. – Odwal się od cycków i mów o dziecku.

– Jej matka wie, że masz te dokumenty?

– Jasne, że nie wie. Gdyby wiedziała, to przecież ona by mi wyjaśniła, w czym rzecz. Jeszcze z nią nie rozmawiałem. To nie takie proste. Nie mam złych zamiarów. Chcę pomóc.

– Okej – wycedził lekarz powoli i chyba wreszcie zaczął mi wierzyć, bo dodał: – Powiem ci wszystko, jeśli udowodnisz, że to twoje dziecko.

Uśmiechnąłem się z ulgą. Wiedziałem, że to nie będzie trudne. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i pokazałem mu cały zestaw zdjęć, które pstryknąłem ostatnio Edycie i Grzesiowi. Na części z nich znajdowałem się także ja. Podobieństwo między Zuzią i jej ciotką było nie do podważenia.

– Kto to jest?

– Moja siostra bliźniaczka – ogłosiłem z triumfem, a Emil, który dotychczas nie wcinał się w rozmowę i spokojnie sączył kawę, energicznie pokiwał głową, potwierdzając.

– Niezła dżaga – mruknął doktorek z zainteresowaniem, jeżdżąc palcami po wyświetlaczu i powiększając podobiznę Edyty, jakby chciał ją przeanalizować kawałek po kawałku.

Zamurowało mnie, bo nigdy wcześniej nie patrzyłem na nią w ten sposób, a tu nagle i szwagier, i ten tutaj…

– Nie ekscytuj się – przerwał mu Emil. – Za nią już ma kto latać. Skup się raczej na faktach zawodowych.

Kardiochirurg raczył zażartować, że jego sprawy zawodowe to zarazem sercowe, rozluźnił się nieco i najwyraźniej uznał, że nie jestem podstępnym knowaczem, bo wreszcie zaczął mówić.

Zuzia urodziła się z wrodzoną wadą serca. W sumie zanim jeszcze pojawiła się na świecie, dzięki USG i wszelkim dostępnym metodom diagnostycznym jej mama wiedziała, że w tej sprawie potrzebna będzie wytrwała walka o życie, dużo sił, pieniędzy i odrobina szczęścia. Nikt nie pytał, czy temu podoła, czy potrafi i chce. Po prostu taki trafił jej się los i musiała wyjść mu naprzeciw.

Kardiologia to skomplikowany dział medycyny. Dla przeciętnego, szarego bankowca wydaje się czarną magią. Dlatego przyswojenie chociaż ułamka tego, co usłyszałem, wymagało ode mnie gigantycznego wysiłku umysłowego, a od mojego rozmówcy oceanu cierpliwości. Serce ma dwie komory i dwa przedsionki. Tyle wiedziałem. Pędzą od nich autostrady tętnic i żył w różnych, z góry ustalonych kierunkach, bo część krwi zawiera tlen i rozprowadza go po całym ciele, a część odtransportowuje dwutlenek węgla do płuc. To było nawet proste. Przed oczami miałem obraz wędrujących czerwonymi tunelami stworków z przeźroczystymi bańkami na plecach. „Życia piękny dar budzi się w nas jak wiosenny świt…” – zabrzmiało mi w głowie. Jakoś tak to leciało. Jako dzieciak oglądałem kreskówkę o tym, co dzieje się w ludzkim organizmie. Wyglądało to jak wielka fabryka zasuwająca na trzy zmiany z centrum dowodzenia w mózgu. Dzięki niej właśnie dowiedziałem się, jak pracuje serce, usłyszałem, że jest mięśniem wielkości ludzkiej pięści i że jego zastawki działają jak jakieś futurystyczne, kosmiczne wrota.

Siedzący naprzeciwko mnie lekarz nie był jednak bohaterem serialu Było sobie życie, a nabazgrane przez niego bohomazy nie miały nic wspólnego z bajką. Nie tworzył inspirowanej anatomią fikcji, lecz krok po kroku ilustrował za pomocą kolorowych długopisów Emila, dlaczego moja córka ma w życiu pod górkę. Jedyne, co zdołałem od pierwszego kopa zapamiętać, to ubytek przegrody międzykomorowej. To było w miarę do ogarnięcia. Komory serca oddziela od siebie ściana. Zuzia miała w tej ścianie szparę. Przez szparę mieszała się krew utlenowana z nieutlenowaną i to stanowiło przyczynę kłopotów. Do tego dołożył kilka dodatkowych dupereli, które już mnie przerosły, choć z pewnością dotyczyły zastawek. Wrota dla tych wędrujących stworków nie otwierały się, jak trzeba. Trochę tak, jakby w biurowcu co chwilę zacinała się winda.

Żeby uporządkować w głowie sytuację mojej córki, postanowiłem ją upchnąć w solidne ramy statystyki. Jeden procent dzieci rodzi się z wadami serca. Mniej więcej taki sam procent ludzi ma rude włosy. Pod tymi względami była jedna na sto. Tymczasem podobno co czwarte dziecko wychowuje się bez ojca. Tak donosił internet, a ja nie widziałem powodu, żeby wątpić. Zatem w tym zakresie Zuzia była znacznie mniej nietypowa i spokojnie mogłaby z tej wyjątkowości zrezygnować. Nawet gdy się przy niej pojawię, będzie nieprzeciętna.

Po kilku dniach od jej narodzin rozmawiający właśnie ze mną jak gdyby nigdy nic człowiek rozciął jej klatkę piersiową i przeprowadził pierwszą operację. Kilka miesięcy później – drugą. W krążeniu pozaustrojowym z ochłodzeniem ciała. Brzmiało to przerażająco. Cały czas po zabiegu, kiedy tylko nie wyganiano jej z OIOM-u, Ania siedziała przy małej. Postanowiłem, że bez względu na wszystko przy trzeciej operacji będę Zuzi towarzyszył także ja.

Zostałem uświadomiony, że moja córka w wyniku choroby jest dość niska i drobna jak na swój wiek, a w dodatku łatwo się męczy. Jednocześnie jej organizm okazał się nad podziw wytrzymały. Nie dolega jej absolutnie nic więcej, nie imają się jej ani katary, ani grypy, ani zapalenia ucha. Nie stwierdzono również choćby minimalnych śladów próchnicy. Spełniała także inne typowo kardiologiczne warunki i dlatego pod koniec roku została objęta eksperymentalnym programem, z którego wprawdzie w sensie technicznym załapałem niewiele, ale dotarła do mnie finalna konkluzja. Dzięki wysiłkom medycznym i naukowym zakwalifikowane dzieci otrzymywały szanse na zdrowie i normalne życie. Po nowatorskiej formie zabiegu oczywiście konieczna będzie obserwacja kardiologiczna i regularne badania kontrolne, za to codzienność Zuzi nie miała specjalnie się różnić od życia zdrowego człowieka. Odpadały nurkowanie głębinowe, loty w kosmos czy kariera pilota odrzutowca, jednakowoż te atrakcje już same w sobie wykraczały poza obiecywaną przeciętność, więc nie było się o co czepiać. Uspokojony w tej kwestii, zażądałem konkretów:

– Kiedy przeprowadzicie ten zabieg?

– Jeszcze nie wiem. Nie za szybko.

– Dlaczego nie za szybko? Przecież macie kasę! Wpłaciłem na konto fundacji całą potrzebną kwotę.

– Brawo – stwierdził z uznaniem. – Ale to i tak niczego nie zmienia. To skomplikowany proces, do którego musimy się przygotować i my, i zakwalifikowane dzieci. Poza tym czekamy na dostarczenie niezbędnego sprzętu, który mają nam przysłać ze Stanów. No i nie zapadła decyzja, czy operujemy w Łodzi czy w Zabrzu.

– W Zabrzu? W jakim Zabrzu? Dlaczego tam?

– Bo to wspólny program naszej kliniki i Śląskiego Centrum Chorób Serca. Nie słyszałeś o tym szpitalu?

– Zwariuję – oznajmiłem z rezygnacją. – To dlaczego była na badaniach w Krakowie?

– Mnie pytasz? To twoja córka – odpowiedział, uśmiechając się krzywo. – Cholera, a sprawiasz wrażenie inteligentnego. Kiedy dokładnie się przyjrzysz tym papierom, które przyniosłeś, zauważysz, że mieszka pod Krakowem. Na zwykłe kontrole może jeździć tam. Nie ma potrzeby za każdym razem ciągnąć jej przez pół Polski. Pojawi się u nas na pewno przed wakacjami, nie wiem kiedy dokładnie, a operację najprawdopodobniej zaliczy w sierpniu.

– To pół roku – wymamrotałem otumaniony nadmiarem wiedzy.

– Zgadza się. Nie bój nic. To silna dziewczynka. Dbajcie o nią, to spokojnie dotrwa do tego czasu, a potem będzie już tylko lepiej.

Dbajcie o nią… Jak, do cholery, miałem o nią dbać, skoro nigdy nawet mnie nie widziała? Musiałem złożyć przysięgę na wszystkich znanych ojców medycyny z Hipokratesem na czele, że nie zdradzę się z tym, co doktorek mi wyklepał w tajemnicy. Wiedziałem już, że mam przed sobą długie czekanie pełne miliarda niewiadomych, z których największą i podstawową było moje dziecko.

Rozdział 5

Dom, który kupiłem po objęciu stanowiska dyrektora w Future Banku, mieścił się na Stokach przy ulicy Giewont w Łodzi. Był dość duży i wygodny, otoczony niewielkim ogrodem za wysokim, betonowym ogrodzeniem. Chociaż „ogród” nie jest tu może właściwym słowem, bo nie rosły w nim żadne kwiaty. Składał się przede wszystkim z trawnika, który w ramach kojenia nerwów z dużą przyjemnością kosiłem, oraz paru iglaków, głównie cyprysów i tui posadzonych wzdłuż płotu. Cała działka była ze trzy razy mniejsza niż ta, na której od lat gospodarował mój ojciec. Taka absolutnie mi wystarczała. Z tyłu mieścił się obszerny taras z meblami ogrodowymi i mały plac zabaw: piaskownica, zjeżdżalnia, trampolina i huśtawka, czyli jak niemal w każdym domu zamieszkanym przez rodziny z dziećmi. Pojawiałem się z tamtej strony tylko podczas seansów z kosiarką.

Wybrałem jasnoszarą elewację uzupełnioną aż do wysokości okien na parterze ciemnoszarym klinkierem. Z domem łączył się wspólną ścianą szeroki garaż na dwa samochody, z którego wewnętrzne drzwi prowadziły do środka. Przed głównym wejściem chłodną fasadę uzupełniały dwa schodki z maleńką balustradką. Zawsze myślałem, że powinny na niej wisieć doniczki z kwiatami, tylko jakoś nie chciało mi się zadbać o to, żeby się tam pojawiły. Za mało zależało mi na tym miejscu. Stanowczo za mało.

Do wnętrza prowadziły podwójne oszklone drzwi. Z niewielkiego przedsionka wchodziło się do przestronnego, niemal czterdziestometrowego pomieszczenia będącego jednocześnie jadalnią i salonem, w którym poza meblami i monstrualnym telewizorem interesujący był tylko ozdobny kominek z wygiętą w łuk panoramiczną szybą. Mieszkałem tam już cztery lata, a jeszcze nigdy nie widziałem, żeby w tym kominku palił się ogień. Nie było czego nim ogrzewać i nastrajać. Po lewej stronie wzdłuż ściany pięły się wąskie schody na piętro, na którym mieściły się trzy sypialnie i łazienka. Jedną sypialnię zajmowały bliźniaki, wciąż dość małe, by móc mieszkać razem. Druga pełniła funkcję pokoju gościnnego. Czasem sypiała tam pani Krysia zajmująca się domem, kuchnią i dziećmi, czyli tym wszystkim, o co w zasadzie powinna troszczyć się moja żona. Zdarzało się również, że w pokoju gościnnym zatrzymywały się jakieś przyjaciółki Marzeny lub jej matka. Ostatnia sypialnia teoretycznie należała do nas.

Na parterze po prawej stronie ciągnął się mały korytarzyk z czworgiem drzwi: do łazienki, do garażu, do kuchni i do gabinetu. W całym domu rządziła Marzena, w kuchni – pani Krysia, a w gabinecie – ja. Wychodząc, zamykałem go na klucz i przez lata nie wpuszczałem tam nikogo poza Emilem. Raz zaprosiłem Edytę, a później zaczęli w nim gościć Jędrek i Grześ.