Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 396
Rok wydania: 1948
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
BIBLIOTEKA PISARZY POLSKJCH i OBCYCH
32
BOLESŁAW PRUS
P I ER W S Z E OPOWIADANIA
— Daleko to?... f
— Czego? ę
ANTEK
POWRACAJĄCA FALA
VI
M I C H A Ł K O
SIEROCA DOLA
V. CO Sie STAŁO W WARSZAWIE
VI. PEWIEN TYP LUDZ! UCZCIWYCH
- VIII. NOWY PRZYJACIEL
IX. FIGIEL POCZCIWEGO JĘDRUSIA
X. DZIEJE LISTU
XI. OPUSZCZONY
biblioteka pisarzy
P I ER W S Z E OPOWIADANIA
* KSIĄŻ K A *
PIERWSZE OPOWIADANIA
BIBLIOTEKA PISARZY POLSKICH i OBCYCH
Pod redakcją Kazimierza Budzika
32
SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA „KSIĄŻKA"
BOLESŁAW PRUS
(ALEKSANDER GŁOWACKI)
PIERWSZE OPOWIADANIA
Opracował Zygmunt Szweykowski
WARSZAWA 1948
Spółdzielnia Wydawnicza ,,K s i ą ż k a" Warszawa Printed in Poland Kwiecień 1948 rok
D-023832
Tłoczono 10.370 egzemplarzy Zakłady Graficzne „K s i ą ż k a" — Łódź Obj. 19 ark- Papier rot. sat. druk. V kl 70 g 47 cm.
WSTĘP
Pierwsze opowiadania nie zawierają ani pierwszych utworów Bolesława Prusa, ani nie są pierwszą książkową publikacją tego autora. Najwcześniejsze z opowiadań umieszczonych w zbiorze, mianowicie Sieroca dola, datuje się z roku 1876, a Prus już od roku 1873 zaczął w czasopismach drukować swe utwory artystyczne, których część wydał przed Pierwszymi opowiadaniami w książkach, mianowicie: To i owo — zbiór drobnych rzeczy, i powieść Kłopoty babuni. Dlaczego więc dał tytuł Pierwsze opowiadania?1
To i owo oraz Kłopoty babuni — były to utwory żartobliwe, przeważnie komiczne, wierszyki, scenki i obrazki z życia czy nawet wesoła powieść, pisane częściowo jako rezultat satyrycznych podniet autora, a częściowo (i to w przeważającej liczbie) wprost dla bezinteresownego budzenia śmiechu. Prus do nich nie miał nigdy wielkiego nabożeństwa, nie cenił, a nawet wstydził się później (zresztą niepotrzebnie) tego rodzaju twórczości: zbiorku To i owo oraz Kłopotów babuni za życia swego nie pozwolił nawet ani razu przedrukować. Wydając natomiast Pierwsze opowiadania dał zupełnie inny wybór utworów — takich mianowicie, których uznawał istotne wartości.
Odczucie wartości tych nie było związane głównie z zagadnieniami artystycznymi (choć i one miały pewne znaczenie): świadomość drogi w tym kierunku, program literacki stworzył Prus nieco później. Chodziło tu przede wszystkim o wartości treściowe, bo te naówczas według pisarza decydowały o ocenie dzieła i o stopniu jego użyteczności. Prus w Pierwszych opowiadaniach dal — jak sądził — taki wybór utworów, które rozwijały ważne zjawiska społeczne i przez to mogły dobroczynnie oddziałać na czytelników, nie tylko by im pokazać nowe oświetlenie życia zbiorowego, ale pobudzić także do odpowiedniego postępowania. Pisarz chciał Pierwszymi opowiadaniami przyczynić się do pewnych zmian życia w Polsce: utwór artystyczny mial na celu głównie zobrazować stanowisko autora, pośredniczyć jak gdyby między myślą Prusa a wolą czytelnika, z którym twórca chce nawiązać bezpośredni kontakt zwracając się do niego nieraz nawet bezpośrednio, ukazując mu możliwości działania czy wprost jego kierunek. „Może spotkacie — pisze np. w zakończeniu Antka — kiedy wiejskiego chłopca, który szuka zarobku i takiej nauki, jakiej między swoimi nie mógł znaleźć... Wówczas podajcie rękę pomocy temu dziecku. Będzie to nasz mały brat, Antek, któremu w rodzinnej wsi stało się już za ciasno, więc wyszedł w świat oddając się w opiekę Bogu i dobrym ludziom". W tekście zaś prawie wszystkich utworów będzie Prus dawał szereg przykładów dobrego i złego działania, będzie pokazywał ludzi, którzy spełniają właściwie swój obowiązek społeczny, którzy spełniają go w sposób dorywczy, przypadkowy lub niewłaściwy, *i wreszcie takich, którzy go nie spełniają wcale. W Pierwszych opowiadaniach obok właściwych aktorów przedstawianych historii spotykamy sporo jednostek towarzyszących akcji, zarówno ludzi szlachetnych, jak satyrycznie ośmieszonych, jak i potępionych bezwzględnie przez autora.
Prus w Pierwszych opowiadaniach chciał zwrócić głównie uwragę czytelników na kategorię istot najbardziej potrzebujących pomocy, troskliwości i opieki ogółu, mianowicie na istoty zupełnie bezbronne, nie mogące przeciwstawić się krzywdzie społecznej, która ich dotykała ze wszystkich stron, choć była zupełnie niezawiniona. Widział trzy odmiany takich bezbronnych członków społeczeństwa polskiego: pariasów wsi, robotników fabrycznych i dzieci - sieroty.
Jeśli chodzi o wieś — pokazuje nam Antka i Michałka. Antek to wprawdzie syn gospodarski, ale o tak małym i biednym gospodarstwie, że graniczy ono niemal z nędzą: „Chata ich była najbiedniejszą we wsi, a pole najgorsze. Matka, choć przecie gospodyni, pracować musiała jak komornica i odziewała się prawie w łachmany". Przymieranie głodem w rodzinie Antka nie należało do rzadkości. Jeszcze gorzej jest z Michałkiem, który ani kawałka ziemi, ani nikogo z bliskich nie ma („gniazdo miał w polu, a spiżarnię — gdzie Bóg da"), urodził się zaś na wsi, gdzie była w ogóle bieda, wśród bagien, kurnych chat i ludzi wymizerowanych z niedożywienia. Zapewne i Antek, i Michał-ko mogliby jako^ we swych wsiach rodzinnych przeżyć z trudem życie, ale cóż, kiedy obaj wyrodzili się z gromady, a to zdecydowało o ich losie: muszą opuścić strony rodzinne, które
choć ubogie, są im niesłychanie bliskie, muszą iść w świat, w nieznane.
"Wyrodzenie się Michałka z gromady nie jest na pozór zbyt dla niego pochlebne: ma on przydomek „durny", wszyscy uważają go za głupiego. Inteligencją nie grzeszy on zbytnio; jest naiwny i pod wieloma względami ograniczony, ale Prus w tym „durnowatym" chłopaku dostrzega jednocześnie nie byle jakie wartości: wyjątkowego ducha pokory, wzruszającą dobroć serca i nawet zdolność do poświęcenia, które to cechy tym silniej występują, że Michałko nie zdaje sobie sprawy z tego, by one podnosiły go w stosunku do innych, by dawały jakieś uprawnienia, by przynosiły zasłużoną nagrodę. Wszystko dobre, co czyni innym, odczuwa jako najprostszy obowiązek, rozumiejący się sam przez się, który nie wrymaga najmniejszej rekompensaty. Wie on jedno tylko, że „źle mu jest, gorzej mu pewnie będzie, lecz ... taka wola boska. Od tego on przecie biedny chłop, żeby dźwigał nędzę na karku, a w sercu obawę i żal... " Dlaczego takie wartości są marnowane—pyta Prus — i czy dobrze dzieje się w społeczeństwie, w którym Michałko znajduje tylko uśmiech politowania, wyzysk, a co najwyżej dorywczą pomoc jednostek o szlachetnym sercu, lecz pomoc nie-zorganizowaną, zjawiającą się przypadkowo? •
Jeszcze wyraziściej zagadnienie marnujących się wartości dostrzegamy w dziejach Antka. Tu znów mamy do czynienia z jednostką utalentowaną, z materiałem na wybitnego mechanika, konstruktora czy rzeźbiarza, który społeczeństwu mógłby oddać wybitne usługi, a który marnuje się w otoczeniu wiejskim, w otoczeniu ludzi dobrej woli wprawdzie, ale ciemnych, borykających się z dużym wysiłkiem o chleb powszedni. Oni również patrzą na Antka jako na istotę niższej kategorii, niemal jako na durnowatego. Nawet matka, głęboko kochająca syna, uważa go za „odmieńca", wierzy, że „coś w niego wstąpiło", i jest przekonana, że z Antka „nie będzie chyba gospodarz ani nawet parobek, tylko darmozjad, na śmiech ludziom i obrazę boską!..." Ambicji chłopca i niemal żywiołowych jego pragnień zdobycia wiedzy nie może zaspokoić ani nauczyciel wiejski, człowiek bardzo ograniczony, ani kowal tępiący uzdolnienia — nikt więc, do kogo w zasięgu swych możliwości mógłby się Antek zwrócić. Warstwy zaś wyższe są zupełnie nieobecne na terenie wsi, którą się zupełnie nie interesują; żadna choćby najwęższa ścieżka nie prowadzi od świata Antka do świata inteligencji, choć przecież docierają do niej tu i ówdzie samorodne wyroby chłopca: „Jego wiatraki, chaty, sztuczne skrzynki, święci i rzeźbione fajki rozchodziły się po całej okolicy. Dziwiono się talentowi nieznanego samouka^ niezgorzej nawet płacono za wyroby Mordce, ale o chłopca nikt się nie pytał, a tym bardziej nikt nie myślał o podaniu mu pomocnej ręki".
A rezultat? Zaprzepaszczanie talentów tak licznych wśród ludu (stanowisko, które obok Prusa podzielał zarówno Sienkiewicz jak i Konopnicka). Antek wprawdzie wyrusza w świat szukać zaspokojenia swych marzeń. Czy jednak znajdzie tam poparcie? Czy tym bezbronnym chłopcem zajmie się ktoś? Gwarancji żadnych nie ma: społeczeństwo nie dba o wyszukiwanie jednostek utalentowanych, nie wyławia ich z masy szarzyzny ludzkiej, nie ma ambicji w tym kierunku; wszystko zależy od przypadku.
Powracająca fala przenosi nas w sferę fabryki, potężnej organizacji życia przemysłowego, która niewątpliwie, według Prusa, jest wyrazem wybitnego rozwoju cywilizacyjnego człowieka. Produkcja wytworów przemysłu — jak sądził cały pozytywizm — to nie mniejsza wartość dla społeczeństwa niż zdobywanie dóbr rolniczych. Prus jednak — podkreślając często tę zasadę — wnosił zawsze dwa zasadnicze zastrzeżenia. Pierwsze polegało na tym, że ówczesny przemysł fabryczny w Polsce nie wyrastał przeważnie z życia naszego, a nawet nieraz nie z istotnych potrzeb społecznych, lecz był wyrazem wtargnięcia do nas obcego kapitału jak i obcych przemysłowców, którzy wykorzystywali tylko odpowiednie, wygodne warunki polskie dla swoich celów osobistych albo politycznych. Właścicielami fabryk byli przeważnie Niemcy, którzy nie- tylko dochodzili u nas do wielkich fortun, ale byli także przednią strażą germańskiego posuwania się na wschód. Dorobek więc ich nie był wcale dorobkiem społeczeństwa polskiego, ale stanowił niebezpieczeństwo dla naszej przyszłości: Polacy pracujący w fabrykach byli mimowolnymi narzędziami utrwalania obcej potęgi i obcego dobrobytu.
Drugie zastrzeżenie Prusa — związane z pierwszym — tyczyło się wyzysku robotnika, o którego nie dbał zupełnie obcy fabrykant, traktujący go niemal jako niewolnika, z którego wyciągał wszystkie siły, całą energię, nie dając mu w zamian nawet minimum warunków egzystencji. Oczywiście ta krzywda wywoływała protesty klasy robotniczej, w niej widzi też pisarz podstawę niepokojów społecznych, nurtujących życie ówczesnej Europy: „źródłem dzisiejszych niepokojów socjalnych — pisał w Szkicu programu'w r. 1883 — są nie same tylko agitacje, ale przede wszystkim niezdrowy stosunek społecznych organów regulujących do wytwarzających... Kapitaliści wciąż pamiętają tylko o prawie „żądania i zaofiarowania", stale zapominając o prawie „użyteczności", na mocy którego ci, którzy mają więcej wpływu i środków, muszą też więcej myśleć o szczęściu i doskonałości innych".
Walka jednak warstwy robotniczej o swe prawa w Polsce miała naówczas — jak mniemał Prus — małe tylko widoki realizacji. Warunki polityczne Królestwa, które uniemożliwiały stworzenie jakiejś zwartej organizacji zawodowej, czyniły środowisko to zupełnie bezbronnym wobec wyzysku fabrykantów. Taki to bezbronny świat mamy w Powracającej fali: Adler jest tu samowładnym panem mas pracujących; z nieśmiałymi próbami protestów radzi sobie doskonale, śrubę wyzysku naciska do ostatecznych granic nie znając żadnego poczucia obowiązku wobec robotników. Polacy są to dla niego, Niemca, ludzie niższych wartości, którymi można pogardzać i lekceważyć ich. Adler nie daje im odpowiednich zarobków, nie zakłada ochron czy szkół dla dzieci, nie daje pomocy w chorobie czy starości. Ludność robotnicza, która pracuje na miliony Adlera — to przepracowani do ostatecznych granic mężczyźni, to kobiety blade i wychudłe, to dzieci brudne, chodzące obdarto lub nago.
Prus — powtarzamy — w ówczesnych stosunkach narodowych polskich nie widział ani takiej władzy, ani takiej siły społecznej, które by samowoli Adlera mogły nałożyć kagańce. Czy wobec tego sytuacja jest zupełnie beznadziejna? Prus odpowiada, że nie. Wierzy on w moralny porządek świata, który nie może tolerować bezkarnego zła. Porządek ten wypływa z samej natury, nakładającej na człowieka szereg praw, które on musi szanować. Jednym z nich jest prawo rozwoju, potęgowania życia: tylko dobro może przyczyniać się do rozwoju, zło natomiast z zasady niszczy życie, przeciwstawia się naturze, która nie może nie uderzyć w krzywdzicieli. Prawo odwetu — uderzające zwykle ze strony zupełnie nieoczekiwanej — jest w naturze nie mniej rzeczywiste od prawa rozwoju. Dlatego też pisarz apeluje do społeczeństwa dowodząc, że głupstwem wprost jest siać krzywdę, skoro ona musi jej inicjatorów doprowadzić do katastrofy. Powracająca fala jest właśnie przykładem udowod-niającym tę zasadę, przykładem mającym charakter ostrzeżenia. Fala krzywdy wraca — oto realna prawda życia-
Sieroca dola — jak sam tytuł wskazuje —^przedstawia dzieje najbardziej bezbronnej istoty, jaką jest dziecko - sierota. Tak jak w Antku przy tym mamy do czynienia z dzieckiem wybitnym, obiecującym. Jaś? syn wdowy po małym urzędniku, był „ogromnie zdolnym chłopcem", obdarzonym nie tylko lotnością umysłu, lecz i silną wyobraźnią oraz wrażliwą uczuciowością. Choć żyje on w sferze inteligencji — w warunkach więc, zdawałoby się, bez porównania lepszych niż Antek — wartości jego także nie są uznawane. I on też uważany jest przez większość otoczenia za dziecko niższych wartości. Taki sąd o Jasiu pogłębia się jeszcze od chwili śmierci matki (śmierci z przepracowania i głodu!), gdy sierota uzależniony został całkowicie od obcych: niesprawiedliwe, krzywdzące poglądy opiekunów chłopca sprowadzają się do tego, że Jaś ani zdolności nie ma, ani nie chce się uczyć, że jest uparty, tępy, krnąbrny i zły. Zamiast dać chłopcu warunki odpowiednie jego możliwościom, dać oświatę i wykształcenie wyższe, spycha się go do rzemiosła, by znów społeczeństwo było zubożone o jednego człowieka zdolnego i twórczego.
Prus przedstawiając krzywdę Jasia' atakuje głównie tak zwanych filantropów, „dobroczyńców" społecznych, odkrywając w nich obłudników, którzy swój egoizm i chęć zdobycia uznania wśród ogółu maskują mniemanymi dobrodziejstwami. Sieroca dola — to ostra satyra na filantropię wyższych warstw społecznych; daje w niej Prus nie tylko wyraziście i z gryzącą ironią pokazaną postać zawodowego „dobroczyńcy", jakim jest pan Karol, ale w ogóle szydzi z całego charakteru filantropii stolicy: dostrzega w niej tylko hasła, za którymi widnieje pustka, jeśli chodzi o realną pomoc bliźniemu. Oto mamy sylwestrowy bal w resursie: Antek, jeden z warszawskich łobuzów, przysłuchując się z ulicy dźwiękom orkiestry, powiada złośliwie: „To tak na nas tańcują! Żeby nie my, toby w Warszawie nie było żadnego balu". Bal naturalnie odbywał się na dobroczynne cele. Obłuda wyższych warstw nakazywała nawet zabawie dawać wzniosłe hasła charytatywnej pomocy. Ale co z tego mieli ubodzy? W jednej z kronik Prus filantropię warszawską przenośnie przedstawia w ten sposób: „Niewiasta piękna ... włosy nieco nadwerężone i przysypane pudrem. Suknia... zmiętoszona i oberwana. Dama ta, zmęczywszy się w tańcu za rs. (rubli srebrem) 10 i straciwszy na ubiór, karetę, bukiet, trzewiczki itd., około rs. 200, zapracowała dla ubogich — grosz, który im ofiarowuje" (Kurier Warszawski r. 1880, nr 7).
Oto są korzyści dla tych, którzy potrzebują. Toteż nie dziwi dola Jasia, który w ostatecznym rezultacie takich dobrędziejów i takich dobrodziejstw społecznych znalazł się sam, w zimie, na ulicy, bez dachu nad głową, bez pomocy, obdarty i chory pragnąc jednego tylko: rychłej śmierci. Ratuje go wprawdzie z tego nieszczęścia szlachetny pan Anzelm, ale i teraz zdecydował tylko przypadek, zdecydowała wola jednostki, a nie wola społeczeństwa, które by nie chciało dopuścić do krzywdy, które by żądało od wszystkich swoich członków wypełnienia obowiązku wobec słabych i bezbronnych, które by nie mogło znieść poniewierania człowieka i miało w tym kierunku odpowiedni trening moralny.
Przygoda Stasia — otwierając tom Pierwszych opowiadań— inny ma zupełnie charakter niż wszystkie omówione dotychczas utwory. Nie znajdziemy w niej bolesnych społecznych krzywizn, nie dostrzeżemy wysiłków autora, by poprzez dzieło sztuki rzucał on wskazówki postępowania dla czytelników. Świat pokazany w Przygodzie nie ma charakteru tendencyjnego, przeciwnie, widzimy właśnie zupełnie bezinteresowne zajęcie się nim twórcy. Prus wprowadza nas w atmosferę pogodną, chwilami zabawną, w której nawet wszystkie zadrażnienia i nieporozumienia rozwiązują się pomyślnie, harmonijnie, zostawiając poczucie pewnej beztroski życia.
Umieszczenie na czele tomu opowiadania tak odskakującego od reszty nie było przypadkowe i miało również charakter pedagogiczny w stosunku do czytelnika. Czytelnik ten—w okresie, o którym mówimy — z nazwiskiem Prusa łączył przede wszystkim pojęcie wesołości; ona też była głównym magnesem powodzenia i decydowała zrazu o poczytności pisarza. Na wędkę więc beztroskiej pogody (zresztą bardzo ujmującej w tonie) chciał Prus złapać czytelnika i wciągnąć do lektury, w której stawiał go wobec ważnych nakazów życia.
Nie było w tym jednak zupełnie jakiegoś schlebiania niewybrednym gustom: w Przygodzie Stasia Prus czytelnikowi dawał — artystycznie biorąc — rzecz nie mniejszej, jeśli nie większej wagi, niż w opowiadaniach pozostałych. Nie można bowiem nie zauważyć, że nacisk tendencji, który wprawdzie nie zdeformował linii artystycznej Antka czy Michałka, odbił się pod pewnymi względami ujemnie na innych opowiadaniach: Powracająca fala stała się z tego względu nieco sztywna, oryginalność zaś Sierocej doli w stosunku do Dickensa, który niejednokrotnie te tematy poruszał—jest niezbyt duża. Przygoda Stasia, napisana w r. 1879, była niewątpliwie sukcesem artystycznym pisarza: stanowiła ona jedną z pierwszych pozycji świadomie otwierających drogę realizmu Prusa. Jćst więc poniekąd sztandarowym wyznaniem Prusa - artysty, wskazującym dalszą drogę jego pracy pisarskiej, i dlatego też naczelne miejsce tego utworu w Pierwszych opowiadaniach należy uznać za zupełnie właściwe.
PIERWSZE OPOWIADANIA
PRZYGODA STASIA
Bohaterem opowiadania jest osoba, która ma — trochę więcej niż łokieć wzrostu, około 30 funtów wagi i ledwie od półtora roku odbywa doczesną wędrówkę. Tę klasę obywateli kraju ludzie dorośli przezywają dziećmi i w ogóle nie traktują dość poważnie.
Dlatego z pewną obawą przedstawiam czytelnikom niedużego Stasia i przede wszystkim proszę ich o cierpliwość. Jest to dziecię tak ładne i czyste, że mogłaby je ucałować każda dama, używająca czteroguzikowych rękawiczek. Włosy ma lniane, oczy duże szafirowe, zgrzebną koszulkę i tyle zębów, ile potrzeba do pójścia na własny chleb. Prócz tego posiada on kołyskę, pomalowaną w czarne i zielone kwiaty na żółtym tle, tudzież wózek, którego jedyną wadę stanowi to, że każde koło zdaje się toczyć w innym kierunku.
Czułbym się niepocieszonym, gdyby powyższe zalety nie zdobyły sympatii dla Stasia, który, na nieszczęście, obok nich nie posiada żadnej niezwykłej cechy. Staś jest dzieckiem legalnym i niepodrzuconym; nie okazuje najmniejszych zdolności do kradzieży lub do gry na jakim instrumencie, a co gorsza — nawet cień głupkowatości nie daje mu prawa do tytułu dobrze urodzonego.
A jednak — jest to dziecię niepospolite; tak przynajmniej twierdzi jego ojciec, Józef Szarak, z profesji2 kowal, jego matka, Małgorzata ze Stawińskich, i dziadek Stawiński, młynarz, nic licząc kumów, przyjaciół i wszystkich osób czcigodnych, które miały możność stracić zimną krew przy obchodzie ceremonii chrztu świętego.
Samo urodzenie Stasia zależało od nieprawdopodobnej kombinacji 3 faktów. Naprzód bowiem musiał Pan Bóg stworzyć dwie rodziny: kowali Szaraków i młynarzy Stawińskich; po wtóre — sprawić to, aby jedna z nich miała syna a druga córkę; a po trzecie — zepsuć we młynie pewną sztukę żelazną i do odkucia jej sprowadzić młodego Szaraka w tej właśnie porze, kiedy serce Małgosi rozwinęło się niby kwiat lilii wodnej na stawie jej ojca. „Istny cud! . .jak słusznie mawiała stara Grzybina, dzieląca czas pomiędzy zamawianie4 chorób i żebranie, które to specjalności nadają starkom 5 wiejskim prawa do rozumienia się na cudach.
Ponieważ według jednozgodnej opinii kobiet doświadczonych Staś ,,wdał się" w matkę, ośmielimy się więc jej przede wszystkim poświęcić kilka wyrazów. Jest to tym niezbędniejsze, że kowalowa odegra rolę bohaterki w zdarzeniu, które (ze smutkiem wyznajemy) nie będzie ani kryminalnym występkiem, ani romansem wołającym o pomstę do nieba.
Przy grobli6, którą tylko w piątej porze roku można przejechać, obok wielkiego stawu, w którym obficie rosły badyle wodne i przeglądał się olszowy gaj, stał młyn. Był to czarny i stary budynek z oknami o drobnych szybkach i posiadał przy prawym boku dwa ogromne koła, dzięki którym trząsł się i klekotał od lat trzydziestu, sporo grosza napędzając właścicielowi — Stawińskiemu.
Młynarz miał syna i córkę, właśnie Małgosię. Syna posłał w świat, aby zbadał sposoby otrzymywania najdelikatniejszej mąki, a córkę chował przy sobie. Nie brakło jej niczego, bo ojciec ani na szmatki dziewczynie, ani na domowe porządki nie żałował pieniędzy. Brakło jej tylko pieszczot.
Stary nie był złym człeczyną; obejście jednak miał chłodne, odzywał się rzadko a ostro i tonął w interesach. To młynarczyków pilnował, aby zboża ludziom nie kradli, to frasować się musiał, aHy chrząkającym pod podłogą młyna wieprzkom dziesięcinę z otrąb regularnie odsypywano, to znowu liczył procenta od sum wypożyczonych, odbierał jedne kwoty a inne w ruch puszczał...
W takich postawiona warunkach Małgosia żyła tylko z naturą, a kochała swój młyn . .. Kiedy w dzień pracowała w sadzie albo karmiła kury i kaczki wielkie i tłuste, albo pieściła się z krowami, które na głos jej biegły jak psy — młyn szumiał i trajkotał poważne, niesłychane melodie. W jego warkocie odzywały się wszystkie instrumenta: skrzypce, bębny, organy; ale grały coś takiego, czego żadna kapela, żaden by organista nie powtórzył.
Natura wydawała się Małgosi bardzo wielkim jeziorem, którego zwierciadło sięgało aż do nieba, a kroplami były: wsie rozrzucone po polu, gaj olszynowy, łąka, młyn, grusze po miedzach, kwiaty jej sadu, ptaki i ona sama .. . Niekiedy przypatrując się obłokom, co wychodziły spoza czarnego płotu lasów, przeglądały się w stawie i biegły za zębate wzgórza — słuchając szumu wiatru, co marszczył wodę i zboże na polach, albo jęku trzciny chwiejącej się na bagnie, zapytywała: czy wTłasny jej byt7 nie jest tylko odbiciem się wszystkiego, co widzi i słyszy dokoła, jak te obrazy drzew i nieba, które odbijają się na falach stawu? .. . Wówczas bez żadnego powodu łzy nabiegały jej do oczu. Przeciągała się, jakby z ramion miały jej wyrosnąć skrzydła i porwać nad obłoki, i śpiewała na nieznaną nutę rzeczy, jakich nie było w żadnej * pieśni ludowej. Aż ojciec wychodził z młyna i mówił markotny:
— Co ty wyśpiewujesz, dziewucho? . .. Dałabyś lepiej spokój, bo się ludzie śmieją! ...
Zawstydzona Małgosia milkła, ale za to przyjaciel młyn każdy wyraz jej i każdą nutę powtarzał, tylko że jeszcze składniej i piękniej. I czy podobna było nie kochać go, choć wyglądał jak straszna głowa niebywałego zwierzęcia, na kilkunastu nogach osadzona — choć ział z paszczy gorącem i pyłem, a wył i trząsł się, jakby jadących groblą chciał pogruchotać ogromnymi kłami?
We święta młyn cichnął. Tylko zardzewiałe chorągiewki na dachu skwierczały żałośnie, a przy stawidłach8 szemrały cienkie strumienie wody z płaczem upadając na śliskie koła. Wówczas, jeżeli latem wieczór był ciepły, siadała Małgosia w czółno i płynęła het! na ogromny -staw, skąd tylko było widać wierzchy młyna.
Tu, zadumana nad głębią, gdzie jak cienie mknęły ryby okrągłookie, przysłuchiwała się szelestom tataraku na kępach, krzykom zwołujących się ptaków wodnych, albo zwiesiwszy głowę na krawędź czółna, patrzyła, jako z dna stawu wypływają gwiazdy jedna za drugą, a na powierzchni fali drży długi snop księżycowego światła. Niekiedy widywała cieńsze od pajęczyny szaty, które dziewice wodne wieszały na kroplach nocnej rosy... To welon ... to płaszcz, a to . .. suknia powłóczysta . .. Płynęła ku nim, lecz wiatr odrzucał je na łąkę, nad którą wnet tworzyło się jezioro mgły srebrnobiałej, pełne pląsających blasków i cieniów . .. Kto się tam bawił i dlaczego jej nie dopuszczano? .. .
Tymczasem nadchodziła ipółnoc. Łódka poczynała drżeć, między kępami rozlegały się ciche pluskania, poza trzciną zapalały się światła tajemnicze i blade. Zdradziecka mgła zasnuwa-ła drogę Małgosi' i słychać było, jakby ktoś szeptał po kępach: „Hej! hej!. . . nie wyjdzie stąd dziewczyna!. .
Ale nad samotną czuwał młyn, wierny , przyjaciel. Nagle drobooszybne oczy jego w oponę9 mgły rzuciły płomienie, czarne wielonożne cielsko poczęło dygotać i w tej samej chwili doleciał
uszu otumanionej dziewczyny znany jej, hukliwy głos, który wołał z gorączkowym pośpiechem:
— Małgoś! . . . Małgoś! . . . Małgoś! ... Małgoś! . . .
Teraz dziewucha spokojnie odkładała wiosło, bo porwany w ogromną paszczę młyna prąd wody sam ku stawidłom niósł czółno. Kładła się na dnie łódki, jark senne dziecię w łagodnie bujanej kołysce, z uśmiechem patrzyła na blade płomyki, skaczące z gniewu nad bagnem, i na chłodne, wilgotne sieci dziewic wodnych, które ją omotać chciały. A stary młyn coraz mocniej gniewał się i krzyczał: „Małgoś! . .. Małgoś! .. . Małgoś! . . . Małgoś! . . — niespokojny o swoją dziewczynę. Wreszcie dziób łódki uderzał o belkowanie mostu.
Jednej nocy wyskoczywszy po takiej wędrówce na brzeg zobaczyła na moście ojca. Stał oparty o poręcz i z uwagą patrzył na siejącą się wodę. W Małgosi serce zadrżało na myśl, że i on czu^a nad nią, choć taki z pozoru obojętny. Wbiegła na * most i przytuliwszy się do ramienia ojca rozmarzona spytała:
— Tatuniu! a kogoście tu wyglądali? . . .
— Myślałem, że chłopi ryby kradną! — odparł stary i ziewnął. Potem podrapawszy się zwolna pociągnął do chaty.
Nigdy jeszcze Małgosia nie czuła się tak samotną i opuszczoną jak w tej chwili i nigdy mocniej nie pragnęła, aby przecie i ją ktoś kochał. Teraz zdawało się jej, że stolarz z miasteczka, skąpy i brzydki wdowiec, który jadł za trzech, miał płaskie piersi i nogi rozbiegnięte jak widły, że stolarz ten jest człowiekiem bardzo dorzeeznym. A już o mielniku10, który dzierżawił wiatrak o dwie mile stąd, często się śmiał i w ogóle za głupkowatego uchodził, nie mogła myśleć bez wzruszenia!. .. Nawet podobne do podługowatych worków z mąką, chłopaki jej ojca, ludzie ordynarni i kłótliwi, w obecnym nastroju11 duszy wydawali
się jej osobami posiadającymi dużo zalet, choć kilka miesięcy temu patrzeć na nich nie mogła bez ckliwości.
* V
W tym ciężkim położeniu znowu młyn postanowił przyjść jej z pomocą i pewnego dnia — pękł we środku z wielkim hałasem ... Aż omączone młynarczyki pobladły ze strachu, a Stawiński rzucił czapkę o ziemię!... Czym prędzej wstrzymano wodę i poczęto radzić, a nawet zaczepiać wszystkich, którzy przejeżdżali po grobli. W całym domu zapanował bezrząd. Chłopcy sejmikowali12 na moście ku zgorszeniu podróżnych. Stary nie chciał jeść obiadu i począł kląć się na wszystkich świętych, że pewno niedługo umrze, a wieprzki, które mieszkały pode młynem, widząc, że nikt im nie sypie otrębów, kwiczały, jak gdyby nadchodził koniec świata.
Wśród zamętu ze sto razy wymieniono nazw^iko kowala Szaraka, a wreszcie jeden z chłopców zaprzągł konika do wozu i pojechał w stronę miasta. Małgosię ogarnął taki strach, jak onego dnia, kiedy to zaziębiwszy .się wyglądała felczera, który miał jej stawiać bańki. Przeczesała włosy, wciągnęła nowe trzewiki i wybiegła przed młyn, który narobiwszy takiego kwasu wszystkim rozwalał się teraz nad groblą i wyszczerzał zęby — bardzo kontent! ...
Zaczerniała noc, powiał wiatr chłodny i dziewczyna musiała iść do swej komory 13. Ledwie układła się, gdy zatrajkotało na dworze i jakiś głos obcy doleciał ją od strony młyna. ,,0 Jezu! ..." — pomyślała Małgosia i pędem odziawszy się dalejże ładować wódkę, rozdmuchiwać ogień i grzać kiełbasę z sosem. W kwadrans wszystko było gotowe, czego by rozespana służąca i przez godzinę nie zrobiła.
Tymczasem kowal, obejrzawszy młyn jak baba chorego, przyszedł ze Stawińskim do chaty. Już w sieni zaleciała go woń wereszczaki14 i aż uśmiechnął się, tak mu było przyjemnie, że go młynarz szanuje i do północy z kolacją czeka. Zdziwił się jednak zobaczywszy w izbie stół ślicznie nakryty, na nim dymiący półmisek i dwa krzesła naprzeciw siebie, ale gospodyni — ani okrucha!
Zafrasowany młynarz przepił do niego wódką, zaprosił da jedzenia i sam jadł milcząc, jak to było w jego zwyczaju. Dopiero po kolacji odezwał się:
— Małgoś! ... a trzeba by do młyna posłać poduszkę i derkę 15, bo pan kowal będą nocowali u nas.
Wyszła Małgosia czerwona, że aż jej wstyd było. Ze złości na siebie miętosiła fartuch w ręku i patrzyła w ziemię. Ale kiedy podniosfa źrenice i ujrzała młodą, wesołą twarz kowala i jego oczy, spod czarnych brwi błyszczące, parsknęła śmiechem i wybiegła do sieni wydać rozkazy służącej. Kowal także się śmiał, sam nie wiedząc z czego, a ciągle zmartwiony Stawiński mruczał pod nosem:
— At! czysta koza! .. . Ludzi rzadko widuje i dlatego taka chichotliwa . .. Głupie to jeszcze, ma dopiero osiemnaście lat...
Na drugi dzień Szarak o świcie wziął się do roboty, lecz n;m wyrychtował16 kowadło i przy ognisku miech urządził, już mu podano śniadanie. Pierwszy raz w życiu Stawiński przyznał, że jego córka jest dobra gospodyni i dba o gości! Ale młynarskie serce jego nie mogło się oprzeć wzruszeniu, gdy zobaczył, jak Małgosia frasuje się17 o młyn, jak tam często zagląda i o wszystko zapytuje Szaraka. Mniej mu się już podobało to, że kowal dużo gada w ciągu roboty albo pokazuje takie na przykład sztuki, jak chwytanie gołymi palcami żelaza do białości rozgrzanego. Milczał jednak stary widząc, że majstrowi pali się robota w ręku i że choć pobaraszkuje chwilkę, to jak zacznie kuć — aż ziemia stęka!. . .
Naprawianie trwało parę dni. W ciągu tego czasu kowal i młynarzówna zaprzyjaźnili się bardzo, a wieczory przepędzali stanowczo razem i tylko we dwójkę, bo uspokojony Stawiński począł znowu zajmować się interesami i na córkę mniej zważał. Otóż ostatniego wieczora, siedząc pod chatą na ławce, taką młodzi prowadzili rozmowę, półgłosem co prawda, bo. im tak szło najskładniej.
— To pan Józef mieszka o pół mili za miastem, na górce? — spytała dziewczyna.
— Ale! ale! ... na onej, co do łąki idzie, co to jest płot chruściany i trochę drzewin — odparł kowal.
— Jaki by tam sad był! Zaraz bym nasadziła buraków, kartofli, fasoli i kwiatów, żeby to moje!
Kowal spuścił głowę i milczał.
— I chatę pan Józef ma ładną. To ta, co przy niej studnia z żurawiem?
— Jużci że ta, ale co nieładna, to nieładna!. .. Nie ma komu dbać o nią. . .
— Żeby tak na mnie — mówiła Małgosia — obieliłabym ją jak się patrzy, w okna bym dała firanki i doniczki, w izbie zawiesiłabym wszystkie te obrazy, co mam. . . Czemu pan Józef tak nie zrobi, zaraz by mu przecie było weselej? .. .
Kowal westchnął.
— Eh! — rzekł — żebyśmy tak bliżej mieszkali, toby mi Małgosia zaraz ochoty dodała i poradziła, gdzie co zrobić! .. .
— Oj! oj! . . . sama bym nawet zrobiła, jakby pan Józef poszedł do kuźni. . .
— Ale na taką dalekość — ciągnął kowal biorąc dziewczynę za palec — toby pewnie Małgosia nie chciała odejść starego?
Teraz młynarzówna umilkła.
— Okrutnie mi się Małgosia podobała, sprawiedliwie mówię! ... Psiakość! . . . jak człowiek teraz wróci do domu, to rady sobie nie da... Ale Małgosi nic po tym!... Małgosi toby s:ę jaki rządca patrzył? .. .
— Ja przecie wiem, co pan Józef jest warty! — ofuknęła go dziewczyna odwracając głowę. — O żadnych tam rządcach nie myślę, tylko o tym, żeby. . .
I znowu umilkła, ale teraz kowal wziął ją już za całą rękę.
— No — spytał nagle kowal — a poszłaby Małgosia za mnie? . . .
Tchu jej zabrakło.
— Ja tam nie wiem! ... — odparła.
W tej chwili Szarak schwycił ją wpół i pocałował w odchylone usta.
— I i i. . . z takimi żartami! ... — syknęła obrażona, wyrwała mu się z objęć i wpadła do chaty zasuwając drzwi za sobą.
-Tej nocy żadne z nich nie spało.
Na drugi dzień zakręcono ostatnie śruby i podniesiono sta-widła. Potok wody lunął z szumem na usychające z nudów koła, które zachwiały się i zaczęły obracać. Młyn szedł doskonale! ...
Stawiński, aby się nie zdradzić, przyciął wargi, ale mu ręce drżały z radości. Obejrzał wszystko, nawymyślał młynarczykom, a wreszcie zaprosił kowala po pieniądze do chaty i' postawił butelkę miodu.
Kiedy wykładał na stół najnowsze papierki, Szarak drapał się w ucho i markotnie uśmiechał. Młynarz spostrzegł to i zapytał:
— A co, synku, jeszcze ci krzywda, żeś mi dwadzieścia i; trzy ruble z kieszeni wypłoszył?
— Za takie wyrychtowanie młyna, Joby mi się córka od was należała! — szepnął Józef.
— Co?... — krzyknął stary — może wolisz dziewuchę niż pie-niądze?...
— Wolę i to, i to...
Stawiński spojrzał mu bystro w oczy.
— Ale ja za nią teraz gotówki niie dam, dopiero po mojej śmierci — rzekł.
— Dłużej mnie niż wam na świecie! — odparł Szarak i pocałował go w rękę. — Bez wyprawy przecie dziewuchy nie oddacie, a mnie już samemu tak nudno, osobliwie, jak zima przyjdzie, że...
Za otwartym oknem mignęła się głowa Małgosi.
— A chodź ino tu!... — zawołał ojciec.
— Ja tam nie pójdę!... — odparła zasłaniając oczy — niech tatunio sami uradzą!...
Stawiński pokiwał głową.
— Oj, kowalu! kowalu!... — rzekł — nie straciłeś tu, jak widzę, czasu na próżno. Ha! ki!edy takie zrządzenie Boskie, to ci oddam dziewuchę, boś dobry majster i wiem, żeś dostatni... ,Ino mi nie krzywdź dziecka, bo tego bym ci nie darował...
W kilka tygodni później odjedz ono, odpito i odtańcowano wesele Małgosi z kowalem. Przy okazji pogodziło się ze sobą dwóch od dawna zwaśnionych sąsiadów, a pokłóciło czterech. Jeden z młynarczyków Stawińskiego podpiwszy sobie nieco przysiągł, że się z desperacji18 utopi, lecz poprzestał tylko na upiciu się dokładniejszym. Natomiast pewien gospodarz, który od dawna miał zamiar wyrzec się wódki, wleciał niechcący w staw i od swej żony otrzymał energiczne napomnienie. Już w pierwszym dniu wesela widłonogi stolarz i wiecznie śmiejący się posiadacz wiatraka, którzy obaj konkurowali o Małgosię, zaczęli rozpowiadać znajomym i nieznajomym, jako dziewczyna ma defekt19, a jej ojciec bawi się lichwą20, skutkiem czego we młynie straszy, i ludziom wykrada zboże z worków. Każdy z zawiedzionych konkurentów upewniał, że nigdy by się z młynarzówną nie ożenił, a tymczasem — państwo młodzi wyjechali do kuźni...
Tu Małgosia święcie dopełniła obietnic. Odnowiła chatę, oplotła ją dzikim winogradem, ozdobiła wewnątrz obrazami
i sprzętami i założyła piękny ogródek na wzgórku, co do łąki spadał. Pod jej nadzorem zwiększył się i wyprzystojniał dobytek kowala, chata wyglądała jak dworek szlachecki, a on sam, Szarak, sprawił sobie nowy fartuch skórzany, tak wielki, żeby z niego dwóch porządnych warszawiaków wykroił i jeszcze by coś zostało na warszawiankę...
Wśród tych zajęć upłynął rok młodemu gospodarstwu. Przyleciały bociany z wiosną, osiadły na prastarym gnieździe na stodółce i jak zaczęły klekotać a klekotać, tak w końcu wyklekotały małego Stasia. W dniu tym kowal zamknął warsztat, dziadek Stawiński przyjechał o czubatą milę drogi oklep i rzewnie rozpłakał się zobaczywszy tłustego, różowego wnuka, który krzyczał, jakby go ze skóry odzierano, a na rączkach i nóżkach miał tyle dołków, ile kosteczek.
W podobnych warunkach znalazłszy się piękne damy zasłaniają okna grubymi roletami, sprawiają sobie do pomocy mam-ki sztuczne i naturalne i przez miesiąc z okładem odpoczywając w haftowanym negliżu \ jakby świat zbudowały, przyjmują powinszowania od pań i panów półgłosem gadających po francusku. Ponieważ jednak Małgosi sztuki te były nieznane, więc już w 48 godzin wzięła się do roboty, a dziadek za nią chorował — naturalnie z radości. W kilka dni poznał już swego wnuka do gruntu, odkrył w nim wielkie zdolności młynarskie i pierwszy przyznał, że nie zdarzyło mu się widzieć równie mądrego jak Staś dziecka nawet między szlacheckimi! ...
A nowonarodzony tymczasem przechodził ciekawą i pełną tajemnic epokę niemowlęctwa, której niejasne wspomnienia odnajdujemy niekiedy w snach uchylających jakby wrota przed-świadomego życia.
Wyobraźcie sobie prostaka, którego w jednej chwili zasypują sprawami całego społeczeństwa. Są tam kwestie artystyczne'
i przemysłowe, filozoficzne 1 i rolnicze, zbrodnie i cnoty, a między nimi mnóstwo interesów, od których zależy jego własne istnienie. On musi to wszystko uporządkować, sprawy swoje oddzielić od obcych, w jednej godzinie uczyć się praktycznych wskazówek na potrzeby drugiej i nie upaść pod brzemieniem pracy!...
W tym położeniu znalazł się pewnego dnia Staś. Po długim śnie przedbytowym 2 spadł na niego uragan wrażeń. Powietrze drażniło mu skórę i płuca, do oczu skakały barwy białe, szare, niebieskie, zielone, czerwone — we wszelkich kombinacjach i odcieniach, a wraz z nimi tysiące form ożywionych lub martwych. Słyszał rozmowy ludzi, łoskot własnej kołyski, bulgotanie gotującej się wody, brzęk much i skomlenie szczeniątka, Kurty. Czuł ucisk powijaków, odcienia temperatury zmieniającej się co chwila, a w końcu — głód, pragnienie, senność i ruch własnych członków. Wszystko to nieuporządkowane, chaotyczne, natrętne, kipiało w głębi jego drobniutkiej, ledwie budzącej się egzystnecji'3. Nie umiał wskazać, skąd przychodzi głód, a skąd biały kolor albo łoskot młotów bijących w kuźni. Czuł tylko zmęczenie i kwilił biedak drżąc z zimna. Jedyną rozrywkę jego stanowił sen, który mu co chwila przerywano i — możność ssania. Toteż ssał jak pijawka, spał i krzyczał, a ludzie dorośli kiwali głowami nad jego niedołęstwem! Słyszycie? . .. niedołęgą nazywali osobę, która w tak straszny odmęt wpadła i tyle spraw obowiązaną była załatwić! .. .
W tej epoce Staś nie odróżniał jeszcze swej matki od siebie samego, a gdy mu się jeść bardzo chciało, ssał wielki palec własnej nogi zamiast matczynej piersi. Śmiano się z tego, choć znamy przecież ludzi pełnoletnich i rozumnych, którzy zamiast własnej dwudziestogroszowej laski zabierają cudze, dwurublo-we kalosze. . .
1 Filozoficzny —
2 Przedbytowy —
3 Egzystencja —
Po ciężkiej pracy i kilkomiesięcznych doświadczeniach doszedł Staś do wielkich rezultatów. Udało mu się uchwycić różnicę między swoją nogę a krawędzią kołyski, a nawet między łonem matki i sienniczkiem. W tym czasie był już bardzo mądry. Wiedział, że głód morduje go od strony nóg, że w jednych punktach głowy koncentrują się21 wszystkie możliwe hałasy, w drugich — wszelkie barwy, i że trzeci punkt służy do ssania.
W kilka miesięcy później porobił jeszcze więcej odkryć. Odróżniał już wypadki złe od dobrych i rzeczy ładne od brzydkich. Dawniej uśmiech i płacz, marszczenie czoła i wyciąganie rąk albo nóg następowały po sobie bez żadnego porządku; posługiwał się nimi, jak początkujący grajek klawiszami fortepianu, których dotyka nie wiedząc, co z tego wyniknie. Dziś śmiał się tylko na widok matki, która mu jeść dawała; płakał po kąpieli, przeciw której protestowały wszystkie jego dwunożne instynkta, marszczył się na widok powijaków krępujących ruchy dzieciom, a do garnczka z ocukrzonym mlekiem wyciągał rączki i nóżki.
Teraz poczęły się w nim tworzyć sympatie i antypatie22, obawy i nadzieje. Lubił Kurtę, ponieważ pies był ciepły, lizał go i miał mordę jak aksamit23. Lękał się ciemności, wśród której można się było rozbić; tęsknił za sadem, gdzie pełną piersią oddycha się i gdzie harmonijny 24 szmer drzew powtarzając rytmy 25pieśni matczynej kołysał dziecię do snu. Barwy szare, które przypominały twardą podłogę lub nie zawsze suchy sienniczek, nie podobały mu się. Natomiast barwy czerwone i niebieskie, przedmioty błyszczące — podniecały go do śmiechu. Wiedział już, że płomień świecy, aczkolwiek ładny i skacze, nieuczciwie jednak obchodzi się z palcami dziecka. Pamiętał też, że nogi ojca są twarde, czarne i większe od całego Stasia, a nóżki matki są tak niskie, że zaczynają się i kończą przy samej ziemi.
Dla matki czuł bezwzględną miłość, ona mu bowiem najwięcej sprawiała przyjemności. Ojciec zaś cieszył się o tyle względami Stasia, o ile posiadał zaciekawiające wąsy, tudzież najponętniejszą w świecie rzecz — zegarek. Za to pieszczoty ojcowskie nie nęciły go; bawił bowiem wtedy chłopca, gdy mu się jeść albo spać chciało, niemiłosiernie drapał go szorstką brodą i ogromnymi, niezgrabnymi rękoma gniótł jego młode i wątłe kosteczki. Jedna tylko rzecz sprawiała, że Staś na widok ojca wyciągał niekiedy rączki i śmiał się: oto — huśtanie. Niewygodnie co prawda było dziecku w tych potężnych ramionach, ale za to jak one go podrzucały wysoko, jaki się robił wicher około niego, jak mu włoski rozpraszał i koszulkę pod-wiewał! ...
Staś już umiał się bawić i figlować. Niekiedy matka brała go na kolana, a ojciec siadał naprzeciw i prosił:
— Chodź, Stasiu, do mnie, chodź!...
On niby idzie, wyciąga ręce, lecz nagle odwraca się i bęc! ... twarzą o ramię matki. Już Stasia nie ma ani na lekarstwo w całym domu, a przynajmniej — on sam nikogo nie widzi!
Czasami ojciec postawił go na stole i trzymał pod boczki, a matka się chowała. Chowa się matka za ojca z prawej strony, a Staś — myk! główkę na prawo i już ją znalazł. .. Chowa się matka za ojca z lewej strony, a Staś — myk! główką na lewo i znowu ją znalazł. Dziecko bawiłoby się tak cały dzień, ale cóż, kiedy ojciec musiał iść do kuźni, a matka do swoich krów! Kładziono wtedy malca w kołyskę i robił się ogromny harmider 26w domu, aż Kurta szczekał! ...
Chłopiec niekiedy stawał na głowie, ale wnet zmiarkował, że pozycja to niewygodna i że najodpowiedniejsze dla natury ludzkiej jest chodzenie — na czworakach. Dzięki tym ruchom przekonał się, że ściany, krzesła i piec nie siedzą w jego oku, ale gdzieś zewnątrz, znacznie dalej niż na długość ręki.
Potężnie wzrastające siły muskularne zmuszały go do wykonywania pewnych prac. Najczęściej dotyczyły one przewracania małego stołeczka, bicia łyżką w podłogę lub bujania kołyską. Ponieważ zaś przez jakiś czas sypiali w niej razem z młodym Kurtą, pies więc zobaczywszy kołysanie wskakiwał na sieńniczek i rozkładał się jak hrabia! To bezczelne nadużycie praw doprowadzało Stasia do zazdrości; krzyczał więc dopóty, dopóki psa nie wypędzono i nie ułożono jego samego w kołysce.
Później zaczęto go uczyć bardzo trudnej sztuki chodzenia. Chłopca bawiło to, że się tak wysoko wznosi nad ziemią; rozumiał jednak związane z przyjemnością niebezpieczeństwa i nader rzadko oddawał się jej bez pomocy osób starszych. W takim razie naprzód — stawał; potem podnosił lewą rękę i prawą nogę, wyginał ją ku środkowi i prawym brzegiem stopy — plusk! o ziemię. Następnie podnosił prawą rękę i lewą nogę, wyginał ją do środka, kulił palce i lewą krawędzią stopy — plusk o ziemię! Po kilku tak skomplikowanych ruchach nie posunął się ani na krok z miejsca, ale za to dostawał zawrotu głowy i upadał. Wówczas myślał, że jakkolwiek chodzenie na dwóch nogach dogadza ludzkiej próżności, niemniej jednak tylko suwanie się na czworakach ma wartość praktyczną. Widok osób chodzących na dwóch nogach budził w nim takie uczucia, jakich doświadczać by musiał człowiek rozsądny dostawszy się między gromadkę skoczków na linie. Z tego powodu bardzo szanował Kurtę posługującego się wszystkimi czterema kończynami i marzył o tym tylko, aby mu dorównać kiedyś w bieganiu.
Widząc niepospolity rozwój duchowych i fizycznych przymiotów dziecka poczęto myśleć o jego edukacji \ Nauczono go mówić: „tata", „mama" i ,,Kurta", który przez pewien czas nazywał się tak samo jak ,,tata"; kupiono mu wysoki stołek z poręczą i podarowano piękną łyżkę lipową, którą Staś od biedy mógłby sobie głowę nakrywać. Ojciec naśladujący we wszystkim matkę chciał też jedynakowi swemu prezent zrobić i w tej myśli przyniósł pewnego dnia śliczną dyscyplinę na sarniej nóżce. Gdy Staś wziął do rąk cenny podarunek i zaczął ogryzać czarne dwuzębne kopytko, matka zapytała męża:
— Po coś ty to przyniósł, Józik?
— A na Staszka.
— Jakże? to ty go będziesz walił?
— Co go nie mam walić, kiedy on będzie taki wisus jak ja.
— Widzicie go!... — krzyknęła matka tuląc syna. — A skądże ty wiesz, że on będzie wisus?...
— Niech no by nie był. . . tobym go dopiero prał ... — odparł dobrodusznie kowal.
Ponieważ w tej chwili Staś zaczął krzyczeć, rozgniewał więc matkę i nagiął ją do opinii ojcowskich. Rodzice nie sprzeczali się już, uznali środek za niezbędny i — zawiesili dyscyplinę na ścianie między świętym Florianem, który od niepamiętnych czasów jakiś pożar gasił, i zegarem, który od dwudziestu lat na próżno usiłował chodzić dobrze.
***
Niezależnie od pierwszych zasad moralności, opartych na sarniej nóżce, starał się kowal o nauczyciela dla syna. Był wprawdzie we wsi stały pedagog, ale ten więcej zajmował się pisaniem denuncjacji27 i próbowaniem dobroci wódek aniżeli elementarzem i dziećmi. Chłopi i Żydzi gardzili nim, a cóż dopiero Szarak, który nie myślał bynajmniej obciążać nauczyciela edukacją swego syna, lecz od razu zwrócił się do organisty.
— Ma teraz Staszek piętnaście miesięcy — myślał kowal — za jakie trzy lata matka nauczy go czytać, a za cztery — trzeba go oddać organiście...
Tylko cztery lata!... Dziś więc już wypadało zaskarbić sobie względy sługi Bożego, który golił się jak ksiądz, nosił dłu* gie czarne surduty, mówił przez gardło i wtrącał do rozmowy łacńskie wyrazy z ministrantury \
Nie zwłócząc tedy zaprosił Szarak jednego razu organistę do Szulima na miodek. Pełen namaszczenia 28 artysta 29 kościelny utarł nos w kraciastą chustkę, odchrząknął i — zrobiwszy tak^ minę, jakby chciał wypowiedzieć kazanie przeciw trunkom gorącym 30 — doniósł Szarakowi, że dziś i zawsze, i przez wieki wieków gotów jest chodzić z nim do Szulima na miodek.
Organista był dumny, drażliwy, a nade wszystko — miał słabą głowę. Już przy pierwszej butelce zaczął bredzić, a przy drugiej rozczulił się i zawiadomił Szaraka, że go uważa prawie za równego sobie.
— Bo to widzisz, mój. .. Panie święty! .. . jest tak. Mnie, jako organiście, miechem dmą i tobie, jako kowalowi. . . Panie święty! . . . także miechem dmą. . . Więc... niby już wiesz, co chcę powiedzieć? Oto, że kowal i organista — to bracia. . . Cha! cha!... bracia! Ja, organista, i ty — smoluch! .. . Mi-sereatur tui omnipotens Deus 31!
Szarak, zwykle wesoły, przy butelce robił się ponurym. Nie zdołał więc ocenić komp-lementu 32 współbiesiadnika i odparł tak głośno, że go Szulim i paru gospodarzy usłyszało:
— Bracia — nie bracia! . . . kowal to prędzej do ślusarza przytyka, a organista. . . jak zwyczajnie ojganista — do dziada! . ..
— Co? ... ja do dziada? ... — krzyknął obrażony mistrz przeszywając kowala płomieniejącym wzrokiem.
— A jużci tak! . .. Przecież wy się nawet modlicie za pieniądze i gracie ładniej, kiedy wam kto. ..
Nie dokończył Szarak, w tej chwili bowiem otrzymał butelką tęgi cios powyżej ciemienia5, tak że szkło na sufit bryznęło, a lepki miód rozlał się po twarzy i świątecznych szatacfi kowala.
— Lapajcie go! — krzyknął poszkodowany nie wiedząc, czy się obcierać, czy gonić organistę, który uciekał po linii, według jego zdania, najkrótszej, lecz w każdym razie bardzo pogiętej.
Teraz obecni wdali się między obrażonych. Wyrzucili za drzwi organistę i poczęli mitygować 33 kowala, który nie posiadał się z gniewu.
— Dam ja ci, dławidudo 3! . . . — wrzeszczał Szarak ujrzawszy za oknem uroczystszą niż kiedy fizjonomią 34 organisty.
— Józefie!. .. kurnie! .. . panie kowalu! ... — perswadowali 5 pośrednicy — uspokójta się! ... Co się wam gniewać na pijanego? ... On durny, on sam nie wie, co robi.. .
— Zbiję rozbójnika na nic! . . .
— Dajta spokój, panie Szaraku! ... Co to bić? ... bić nie każdego wypada. . . On-ci także duchowna osoba i zaraz po wikarym pierwszy!. .. Jeszcze by was Bóg skarał. . .
— Nic mi nie będzie! ... — odparł kowal.
— No, że wam nic. . . Ale macie żonę, dziecko! . . .
Ostatnie wyrazy cudowny wywarły skutek. Na myśl o żonie
i dziecku rozbestwiony kowal uspokoił się i nawet usiłował stłumić w sobie uczucie zemsty. Jużci co prawda, to prawda, że organista idzie zaraz po wikarym; a nużby się Pan Bóg za obicie go rozgniewał i na żonie lub dziecku krzywdy dochodził? ...
Wyszedł z karczmy okrutnie markotny.
— Oj! z tymi dziećmi — myślał — to ci kłopot!.. . Mam dopiero jednego, a już muszę suszyć głowę o wynalezienie nauczyciela, tracić pieniądze na miód!. . . Jeszcze mnie za to przy ludziach poniewierają i swego oddać nie mogę, bo mi o dziecko strach. . .35
Oj! Stachu, Stachu!. .. żebyś ty choć wiedział kiedy, co ja za ciebie wycierpiałem!. . . Daj Boże, żeby mnie choć żona nie zbeształa 1 ! ...
W domu nie obeszło się bez hałasu, ale odtąd Szarak jeszcze bardziej kochał syna, o którego edukacji myślał tak wcześnie i za co mu na głowie flaszkę miodu rozbito. Poczciwy kowal w parę miesięcy zapomniał o swojej krzywdzie, lecz strasznie było mu przykro, że się pogniewał z organistą, jedynym mężem, który mógł pokierować wychowaniem synka, co już sam chodził, gadać umiał i w ogóle niepospolite okazywał zdolności.
Tymczasem nadeszło lato, a wraz z nim chwila, w której nadspodziewanie dobrze miały zakończyć się ojcowskie kłopoty kowala.
Pewnego dnia położyła matka Stasia w sadzie pod gruszą, podesłała mu płachtę, podwinęła koszulkę i mówi:
— Spij że tu, chłopak, i nie drzyj się, ty jagódko moja najsłodsza, jaką kiedy Pan Bóg stworzył i słońce wygrzało!. . . A ty, Kurta, ligaj przy nim i pilnuj, żeby mi go kura nie dziobnęła albo pszczoła nie ugryzła, albo jaki zły człowiek nie urzekł. Ja pójdę buraki pleć, a jak mi się tu nie będziecie dobrze sprawowali, to złapę tyczki i tak wam kości porachuję!...
Ale na samą myśl wykonania groźby schwyciła chłopca na ręce, jakby mu kto miał istotnie krzywdę zrobić, utuliła go, wycałowała i wyhuśtała wołając pieszczotliwym głosem:
— Ja bym ciebie miała bić tyczką?. .. To Kurtę psubrata, nie ciebie!... Mój ty pączku... mój gołąbku... mój synusiu je-dyneńki, złoty!... Nie śmiej się ty, Kurto, sobako kudłata!... nie
przymykaj ślepiów, nie wymachuj ogonem, bo ty wiesz, że ja bym prędzej z ciebie trzy skóry zdarła, niż na niego, na Sta-sieńka mego serdecznego, jeden patyczek ułamała . . . Lu! . ;. lu!... lu!... lu!... lu!.. .
A Kurta tył pod siebie zawinął, pysk z gorąca otworzył i czerwony jęzor wywiesił na lewo jak chustkę. Wyrozumiały pies i chytry!... On myśli sobie: ,,Gadaj ty zdrowa, a ja co wiem, to wiem, że ile razy sienniczek Staszkowi suszyć wypadło, tyle razy dostawał chłopak takie bicie, że w kuźni słychać było!...44
Tak sobie myślał Kurta pyskaty, ale milczał wiedząc, że od najlepszych racji36 mocniejszy jest — ożóg 37, którym wszyscy domownicy, a gospodyni najpierwsza, mitygowali jego psie pretensje.
Staś tymczasem tarł oczy tłustymi pięstuszkami i lniano-włosą głowę pokładał na ramieniu matki. Gdyby umiał mówić rozsądnie, niechybnie by jej powiedział:
— Macie mnie kłaść, to kładźcie, bo po tym garnczysku kaszy z mlekiem dobrze człowiekowi spać się chce!...
Chłopiec by już sam zasnął z własnego przeświadczenia, ale matce wydawało się, że go usypiać potrzeba, więc znowu huśtała go i lulała śpiewając:
Cóżeś wskórała,
Żeś wędrowała Po zielonej olszynie?
Jam choć to zyskał,
Iżeun się wyspał Na puchowej pierzynie! .. .
Dopiero gdy jej zaciężył i wetknął głowę między ramię ą piersi, położyła go na płachcie, targnęła Kurtę za^mokry język i oglądając się poszła w głąb sadu.
Staśkowi płachta zgrzebna a pod nią ziemia wydały się trochę zimne i twarde po matczynych objęciach. Więc choć mu nogi doskonale spały, głową ocknął się jeszcze i podżwig-nął na tłustych rączkach. Chciało się dziecko rozejrzeć: gdz:e matka?... a może i popłakać za nią. Ale że był mały jeszcze, więc dobrze rozglądać się nie umiał i zamiast przed siebie, patrzył pod siebie, na murawę. Tymczasem uczciwy Kurta raz i drugi oblizał go zawiesiście po opalonej twarzy i zaczął iskać w głowę tak serdecznie, że Staś upadł na lewy bok podłożywszy sobie tłusty łokieć pod skroń. Jeszcze chciał się po-dźwignąć, oparł nawet prawą rękę na płachcie i usiłował roz-plątać nożęta. Ale w tej chwili palce u rączki rozbiegły mu się, wiśniowe usta rozchyliły, oczy gwałtem przymknęły i — zasnął. W jego wieku sen bywa mocny jak najtęższy chłop: pokłada człeka pierwej, nim się z nim zacznie borykać...
Wtedy od łąki świeżo skoszonej, gdzie długimi rzędami najeżone i pękate kopice dumały, powiał wiatr gorący jak dmuchanie słońca. Połaskotał przysadziste kopy, pogwizdał w dziuple spróchniałym wierzbom, które na próżno chciały go machaniem gałązek odstraszyć, przecedził się przez pleciony płot i pociągnął po kowalowym sadzie. Zielone liście buraków z pąsowymi wypustkami, wysmukły koper i pierzasta pietruszka zaczęły się trząść jak w febrze, prawdopodobnie ze złości, bo to leniwy naród i nie lubi, aby go dotykano. A rozczochrana nać kartofli, jaskrawe słoneczniki i bladoróżowe makówki kiwały się jak Żydzi w bożnicy, zgorszone widać lekkomyślnością wiatru, który pszczoły od ufów het odpędzał, a samej kowalowej czepiec na głowie przekręcał, choć ona, mimo dwudziestu jeden lat, matka przecie Stasiowa, pani i gospodyni wszystkiego, co tylko jest w sadzie, w chacie, w oborze i na sześciu morgach pola!. . .
— Aj! zbytki! zbytki!. . . aj, jakie zbytki ten wiatr wyrabia! — szemrały czerwonogłowe makówki, poglądające w niebo słoneczniki i tęga nać kartoflana.
A okrągłe listki gruszy, pod którą Stasia ułożyła matka na spoczynek, jak uczciwe piastunki szeptały:
— Cicho!. . . cicho!. . . cicho!. . . bo mi dziecinę rozbudzicie!.
Kurcie, który lubił być czynnym i w najgorszym razie przynajmniej karbował wieprzkom kłapciaste uszy, poczęło się okrutnie nudzić.
— Co to za świat! — myślał — na którym dzieci tylko śpią, gospodyni bawi się rwaniem listków, drzewa, zamiast uczciwie pracować, kiwają się i szeleszczą, bocian na klekotanie zrywa piersi, a gospodarz z chłopakami nie robią w kuźni nic, tylko ruszają miechem i kują?. . . On małym młotkiem bije w kowadło: dyń! dyń! dyń! dyń!. . . a chłopcy wielkimi młotami w żelazo: łup! łup! łup! łup!. . . aż iskry lecą. Stałem nieraz przed kuźnią, tom widział. . .
1 z rozpaczy nad powszechnym lenistwem upadł pracowity Kurta na bok, aż ziemia jękła, spłaszczył się i nogi wyciągnął przed siebie, a chcąc lepiej uwydatnić pogardę dla świata przymknął oboje oczu, aby na nic nie patrzeć. . .
Wtedy przed wzrokiem jego niespracowanej duszy rozwinęło się pole, pełne kapusty należącej do gospodarza, wśród której żerowały stada zajęcy przebierających łapkami i nastawiających uszy jak palce. . .
— Ach, damże ja wam, hultaje! — szczeknął Kurta i dalejże gonić szkodników na wszystkie strony!. . .
Gonił i gonił, a pole przeciągało się do nieskończoności, zające mnożyły się jak krople deszczu ulewnego, a gospodarz, gospodyni i chłopcy patrząc na tę jego bieganinę wołali: „Aj! Kurta, jaki to pies pracowiity, ani godzinki nie odpocznie! ..
A Kurta wyciągnął się i cwałował tak, że aż ogon, który nie mógł podążyć za nim, został gdzieś z daleka. Ledwie dyszał, ale gonił.
Wtem nad głową marzącego psiska poczęła krążyć mucha i wymyślać mu cieniutkim głosikiem:
— Oj! ty. . . ty. . . kundlu jakiś!. . . próżniaku!. . . Najadłeś się osypki i kiedy cały świat rusza się na słońcu, ty leżysz jak kłoda i drzemiesz!. . .
Ocknął się pies i kłap na muchę zębami.
— Widzicie ją, darmozjada!. . . Ona mi tu będzie leżenie wymawiała, kiedy ja zające wyganiam z kapustyL . .
I nie chcąc na obronę swego honoru czasu tracić, wyciągnął się jeszcze lepiej i — wrócił do czynności. A mucha wciąż krążyła nad nim, choć się marszczył i pazury nadstawiał, i piszczała:
— Oj! ty! . . . ty!. . . kundlu jakiś, legarcie38! . . . Kazali ci dziecka pilnować, a ty się sam wysypiasz, próżniaku!.. .
I od tej chwili koper i pietruszka, nać kartoflana, makówki i słoneczniki, wiatr na niebie, oddech śpiącego Stasia, bociany na szopie i młoty w kuźni — wszystko to w takt szemrało:
— Leń Kurta!. . . leń Kurta. . . leń Kurta!. . .
Ale pracowity Kurta wyciągał się pod gruszą i precz gonił zające!
/A * 9
Gdy tak Staś i Kurta spali ładnie pod chuchaniem ciepłego wiatru, Szarakowa obrała liszki z kapusty, oporządziła buraki i poczęła rwać w przetak sałatę na obiad. Dobre to ziele żyło sobie w kącie sadu, przy chruścianym płocie, co biegł wzdłuż drogi. Gospodyni klękła nad nim ostrożnie i wybierając młode listki myślała: jak się też sałata ucieszy, kiedy ją w gorącej wodzie z kurzu obmyją, poleją octem i słoniną okraszą?
Narwała już z pół przetaka, prawie tyle, ile było potrzeba, gdy na drodze rozległ się szmer drobnego, powłóczystego chodu i stukanie kija o ziemię. Jednocześnie usłyszała Szarakowa jakby rozmowę:
— Ustatkujesz ty się w końcu, ha?... — pytał zmęczony głos niewieści.
Kowalowej zdawało się, że odpowiedział na to krótki, niewyraźny szelest, jakby kto kij ciągnął po piasku. Potem znowu nastąpiło kilka kroków i stukanie, połączone z owym osobliwym szelestem.
— Psia wiara! — mówił głos gniewnie. — Tak mi się wywdzięcza, żem mu tyle świata pokazała!... Zgniłby gdzie pod płotem alboby się palił w żarze jak dusza potępiona, żeby nie ja... Durny!...
Zaszeleściło znowu.
— A durny jesteś! mówię ci. Z pastuchami tobie najlepsza kompania, nie ze mną... Byłbyś mądry, gdyby cię psy zgryzły albo na świńskich kościach połamali. Kuternoga M ...
Kowalowa podniosła się i o kilkanaście kroków od płotu ujrzała na drodze zgrzybiałą starowinę z wysokim kijem w ręku. Baba dźwigała na plecach wypchaną płachtę, a spod chusty wymykało jej się parę siwych kosmyków, trzęsących się wraz z głową.
— Komu tak, matulu, klniecie?... Grzybino!... — zawołała ze śmiechem Szarakowa.
Stara zwróciła się do niej.
— To wy, kowalowo?... — rzekła idąc do płotu. — Niech będzie pochwalony!... A ja właściwie też do was chciałam wstąpić — od ojca i byłabym na śmierć zapomniała przez tego Judasza!. . .
Mówiąc to podniosła swój kij i potrząsnęła nim gniewnie.
— Cóż tam tatunio do mnie nakazał? — spytała prędko Szarakowa.
— A no... plącze mi się przy nogach ii nie tylko nie pomaga, ale jeszcze przeszkadza chodzić. Za to, żem go z gnoju wydobyła!. . .
— A co tatunio mówił przez was?. . . — powtórzyła niecierpliwie kowalowa. — Byliście we młynie dzisiaj?. . .
