Pielęgniarki - Christie Watson - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

Christie Watson przepracowała dwadzieścia lat jako pielęgniarka, a w tej osobistej, przejmującej książce uchyla drzwi szpitala i zdradza jego tajemnice. Prowadzi nas szpitalnymi korytarzami na rozmaite oddziały i poznaje z najbardziej niezapomnianymi pacjentami.

Pójdziemy z nią pod rękę korytarzami i odwiedzimy maleńkie wcześniaki, które walczą o życie, zawieszone na granicy przetrwania dzięki sieci cewników i opiece pielęgniarek; usiądziemy pośród pacjentów onkologicznych i dowiemy się, jak na nich wpływa chemioterapia, zobaczymy z daleka, jak instrumentariuszka współtworzy łańcuch pomocy podczas operacji na otwartym sercu; staniemy z boku, gdy Pielęgniarki z zatłoczonego SOR-u będą zmuszone odpierać fale pacjentów otumanionych alkoholem i narkotykami. Podejrzymy wnętrze apteki szpitalnej i zadumamy się nad tysiącami wydawanych recept, spędzimy trochę czasu w kostnicy w towarzystwie pielęgniarek i rodzin pacjentów. Przekonamy się, że ten najbardziej niedoceniany z zawodów to źródło podstawowej opieki i życzliwości.

Zbyt rzadko słyszymy głos pielęgniarek, a Christie jest tak szczera, mądra i przenikliwa, że godnie oddaje im sprawiedliwość.

To wspaniała opowieść o życiu w jego najkruchszej fazie.

"Płakałem. Zamyślałem się. Śmiałem. Bardziej niż zwykle doceniłem tę najbardziej niedocenianą z profesji." - Adam Key, autor "Będzie bolało"

"Wyjątkowa książka. Watson pokazuje, dlaczego pielęgniarka pracuje ciężej niż 99 procent prawników (w tym ja) i zasługuje na wyższą od nich płacę. Coś wspaniałego!" - Clive Stafford Smith, oficer Orderu Imperium Brytyjskiego, prawnik specjalizujący się w prawach człowieka

"Te piękne wspomnienia – czułe, pouczające, bezlitosne, przepojone współczuciem, przypominają mi, że gdy czuję się najbardziej osamotniona, oczywiście wcale sama nie jestem." - Rachel Joyce, autorka książki Niezwykła wędrówka Harolda Fry

"Podczas dwudziestoletniej kariery pielęgniarskiej Christie Watson widziała wszystko. Bez owijania w bawełnę opisuje kulisy pracy w państwowym szpitalu, gdzie cuda są na porządku dziennym." - „You Magazine”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE LANGUAGE OF KINDNESS
Przekład EWA BORÓWKA
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja EWA PENKSYK-KLUCZKOWSKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Konsultacja ZUZANNA POTACZEK
Zdjęcie na okładce © PeopleImages / Getty
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
The Language of Kindness Copyright © Christie Watson 2018 Copyright © for the translation by Ewa Borówka Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-16-5
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Pielęgniarkom

Poeta jest słowikiem, który w ciemności śpiewa, by swoimi słodkimi dźwiękami rozweselić sobie samotność; jego słuchacze są jak ludzie zaczarowani melodią niewidzialnego muzyka, którzy czują, że są wzruszeni i napełnieni błogą słodyczą, lecz nie wiedzą, skąd ani dlaczego.

Percy Bysshe Shelley(Obrona poezji w przekładzie J. Świerzowicza)

OD AUTORKI

Zdarzenia tu opisane opierają się na wspomnieniach moich przeżyć z czasów, gdy pracowałam jako pielęgniarka. Dla ochrony prywatności pacjentów i współpracowników zmieniłam cechy charakterystyczne osób i miejsc, a w celu dodatkowego ukrycia ich tożsamości połączyłam opisy pewnych postaci i sytuacji. Wszelkie podobieństwa są zatem czysto przypadkowe.

ZA CO WARTO RYZYKOWAĆ ŻYCIE

Pielęgniarstwo pozostawiono osobom „tak starym, słabym, zapijaczonym, bezecnym, głupim czy złym, że nie nadają się do niczego innego”.

Florence Nightingale

Nie zawsze chciałam być pielęgniarką. Brałam pod uwagę rozmaite zawody, doprowadzając tym do irytacji doradcę zawodowego z mojej niezbyt renomowanej szkoły średniej. Zbałamucona wizjami paradowania pod słońcem w kostiumie kąpielowym i pływania z delfinami wspominałam między innymi o pracy oceanografki, chciałam się zajmować biologią morza. Gdy dowiedziałam się, że większość takich naukowców bada plankton u wybrzeży Walii, uznałam, że trzeba sprawę przemyśleć. Podczas wakacji w Swansea często podglądałam stryjeczną prababkę patroszącą sumy w wielkim zlewie kuchennym, a raz wypłynęłam w morze z krzepkimi i kudłatymi gburami w żółtych gumiakach, którzy szczali za burtę i klęli na czym świat stoi. Na śniadanie jadałam zaś sercówki i pulpę z rozgotowanych szkarłatnic. Biologia morza stanowczo nie wchodziła w rachubę.

– Prawo – podpowiedziała nauczycielka, gdy moi rodzice, wtedy już równie jak ona rozdrażnieni moją postawą, dopytywali, do czego mogłabym się nadać. – Ona może się wykłócać od rana do nocy.

Ale ja nie miałam predyspozycji do systematycznego przyswajania wiedzy. Interesowały mnie zwierzęta oraz ochrona przyrody. Marzyłam o pracy fotografki „National Geographic” oraz o podróżach do gorących i egzotycznych miejsc, w których świeci słońce, a ja wreszcie paraduję cały dzień w kostiumie kąpielowym i ani na chwilę nie wyskakuję z japonek. Chodziłam na marsze i demonstracje przeciwko wiwisekcji i rozdawałam w zabudowanym szarą cegłą centrum Stevenage ulotki ze zdjęciami katowanych psów, zakrwawionych, wychudzonych kotów i królików o ślepiach poczerwieniałych od laboratoryjnych testów kosmetyków. Nosiłam jarmarcznej jakości przypinki o treściach politycznych. Stale mi się odczepiały i wbijały w ciało, aż któregoś wieczora odkryłam na piersi konstelacyjkę nakłuć po szpilce. Gdy mama kupiła sobie na pchlim targu wypchane kurczątko i ustawiła je pośród innych bibelotów, odmówiłam wchodzenia do salonu i w ramach protestu przełykałam swoją wegetariańską kolację na schodach, powtarzając:

– Albo ja, albo kurczaczek. Nie chcę mieć nic wspólnego z morderstwem.

Mama, która z niewyczerpaną cierpliwością wybaczała mi bóle egzystencjalne wieku dojrzewania, schowała kurczątko, przytuliła mnie i dorobiła mi kanapek z serem. Właściwie to ona nauczyła mnie dobroduszności, choć wtedy jeszcze tego nie doceniałam. Nazajutrz buchnęłam ze szkoły szczura, żeby ocalić go przed dysekcją w pracowni biologicznej. Nazwałam go Furter i liczyłam, że będzie żył bezpiecznie u boku mojego domowego szczura Franka, który lubił przesiadywać mi na ramieniu i oplatać mi szyję ogonem jak ekscentrycznym naszyjnikiem. Frank, rzecz jasna, Furtera zjadł.

Pływaczka, trębaczka jazzowa, właścicielka biura podróży, uczona... Brałam pod uwagę astronomię, dopóki jako dwunastolatka nie odkryłam, że tata, który nauczył mnie nazw wszystkich gwiazdozbiorów, od początku do końca je zmyślił. Ale nie przyznałam się; dalej pozwalałam, by w przypływie entuzjazmu i natchnienia wskazywał palcem niebo i opowiadał swoje historie.

– O, widzisz ten w kształcie hipopotama? To Bark Oriela. A tu kwiat, Dzwonek. Widzisz obrys? I srebrne, prawie niebieskawe zabarwienie poszczególnych gwiazd? Rybacy powiadają, że gwiazdy, gdy się w nie dobrze zapatrzyć, wyszeptują tajemnice ziemi. Tak jak wnętrze muszli opowiada tajemnice morza. Kto wytęży słuch, może w jednej chwili usłyszeć wszystko i nic.

Całymi godzinami wpatrywałam się w gwiazdy, żeby usłyszeć tajemnice ziemi. Nocą wyciągałam spod łóżka kartonowe pudełko z rozmaitymi skarbami: starymi listami, pękniętym breloczkiem, zegarkiem mojego nieżyjącego dziadka, jedną drachmą, odklejoną spod ławki gumą przeżutą przez chłopaka, który mi się podobał, zebranymi w różnych miejscach kamieniami oraz wielką muszlą. Stawałam przy oknie, przykładałam do ucha muszlę i patrzyłam w niebo.

Pewnej nocy do ogrodu zakradli się złodzieje, amatorzy mięsa, które przechowywaliśmy w zamrażarce stojącej w szopie. W tamtych czasach mięso kupowało się hurtowo na targu, z ciężarówek, wprost od pokrzykujących przez głośniki rzeźników w utytłanych białych fartuchach. Policja potrafiła wtedy prowadzić nocą dochodzenie w sprawie kradzieży mrożonego kurczaka i moją obserwację gwiazd zakłóciły właśnie policyjne okrzyki. Wszechświat odpowiedział dziewczynce z muszlą: wegetarianizm to ważna sprawa. Nie jestem pewna, kto się wtedy osobliwiej prezentował: kilku młodych gości niosących mrożonego kurczaka i wielką paczkę kotletów jagnięcych czy chuda nastolatka z wielką muszlą przy uchu, stojąca za szybą w świetle księżyca.

Spośród moich znajomych chyba tylko ja tak bardzo przejmowałam się przyszłym zajęciem i zawodem. Nie rozumiałam jeszcze wtedy, że chcę żyć na wiele sposobów, przeżyć życie na wielu poziomach. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że odnajdę właśnie to, czego szukam (oprócz kostiumu kąpielowego i słońca): że zarówno pielęgniarstwo, jak i pisanie to ciągłe wchodzenie w skórę innych ludzi.

Odkąd ukończyłam dwanaście lat, stale sobie gdzieś dorabiałam. Szorowałam kuchenki w podrzędnej restauracji – ohyda, a do tego towarzystwo skąpiradeł parzących trzy herbaty z jednej torebki. Pracowałam jako roznosicielka mleka – doręczałam je na takim mrozie, że aż grabiały mi palce. Kolportowałam prasę, póki nie przyłapano mnie na porzucaniu gazet w obskurnym zaułku. Do nauki nieszczególnie się przykładałam, nie odrabiałam też prac domowych. Rodzice starali się poszerzać mi horyzonty: podsuwali pomysły na karierę i wpajali kult pracy.

– Nauka to potęgi klucz. Masz genialny umysł, ale nie chcesz zrobić z niego użytku.

Byłam z natury zdolna, ale mimo dostarczanych przez rodziców narzędzi oraz ich joie de vivre bynajmniej nie stałam się pilną i rozważną uczennicą. Stale zachęcali mnie do lektury, a w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne dręczące mnie pytania wsiąkłam z kretesem w filozofię: Sartre’a, Platona, Arystotelesa i Camusa. Zamiłowanie do książek to najlepsze, co od nich dostałam. Lubiłam się wałęsać, a jednocześnie mieć pod ręką coś do czytania, ukrywałam więc książki po całej dzielnicy: Małe kobietki w Black Alley, Dostojewskiego za kubłem Catweazela, Dickensa pod wrakiem auta Druciarza.

Porzuciłam szkołę jako szesnastolatka i wprowadziłam się do swojego dwudziestokilkuletniego chłopaka i jego czterech współlokatorów w tym samym wieku. Żyliśmy pośród niebywałego chaosu, a ja pracowałam w wypożyczalni wideo i byłam z tej pracy całkowicie zadowolona: wydawałam VHS-y pracownikom mieszczącego się za ścianą chińczyka w zamian za chow mein z kurczakiem, a mój zapał do wegetarianizmu zaczął słabnąć, ponieważ byłam zbyt zajęta rozstawianiem na półkach filmów dla dorosłych oraz prowadzeniem domu otwartego. Zaczęłam naukę w szkole rolniczej, bo zachciało mi się zostać farmerką, i wytrzymałam tam dwa tygodnie. W szkole turystyczno-hotelarskiej – cały tydzień. Powiedzieć, że nie miałam w życiu celu, to za mało.

Gdy spóźniona na rozmowę kwalifikacyjną nie dostałam posady animatorki zabaw dziecięcych w Pizza Hut, przeżyłam prawdziwe załamanie. Rozpad związku wstrząsnął mną do głębi, chociaż miałam zaledwie szesnaście lat i byłam kompletnie naiwna. Duma nie pozwalała mi wrócić do rodziców. Zero pracy, zero domu. Zgłosiłam się jako wolontariuszka do agencji działającej na rzecz społeczności lokalnej, ponieważ nie udało mi się wówczas znaleźć innej organizacji, która zatrudniałaby nieletnich, a do tego zapewniała zakwaterowanie. Skierowano mnie do domu opieki prowadzonego przez towarzystwo na rzecz osób z porażeniem mięśni (obecnie zwane Scope), gdzie płacono mi dwadzieścia funtów kieszonkowego tygodniowo za zajmowanie się głęboko upośledzonymi ruchowo dorosłymi: pomagałam im w ubieraniu, jedzeniu i korzystaniu z toalety. Wtedy pierwszy raz poczułam, że robię coś wartościowego. Zaczęłam jeść mięso, zaprzątały mnie doniosłe sprawy. Ogoliłam sobie głowę i wciągałam na grzbiet ciuchy z lumpeksu, a całe kieszonkowe wydawałam na tytoń i cydr. Nie miałam grosza przy duszy, ale byłam szczęśliwa. Wtedy też pierwszy raz znalazłam się w otoczeniu pielęgniarek. Obserwowałam wykwalifikowane pielęgniarki z uwagą chorego dziecka śledzącego ruchy rodzica. Nie spuszczałam ich z oczu. Brakowało mi słów, by nazwać ich zajęcia, ich pracę.

– Zajmij się lepiej pielęgniarstwem – doradziła mi któraś. – Dostaniesz wynagrodzenie i dach nad głową.

Poszłam do miejscowej biblioteki i przekonałam się, że cały budynek zaludniają wyrzutki społeczne takie jak ja. Jako dziecko bywałam często w bibliotekach w Stevenage – szkolnej i publicznej – ale tutaj chodziło o coś więcej niż poszerzanie wiedzy i wypożyczanie książek. To był rodzaj azylu. W kącie spał niekłopotany przez bibliotekarzy bezdomny. Nieopodal mężczyzna z zawieszoną na szyi plakietką głoszącą, że jest autystą i chętnie pomoże, zdejmował kobiecie na wózku elektrycznym książkę z najwyższej półki. Wszędzie biegały swobodnie dzieci, a gdzieniegdzie stały grupki rozchichotanej młodszej młodzieży.

Poczytałam sobie o Mary Seacole, która podobnie jak Florence Nightingale, opiekowała się żołnierzami podczas wojny krymskiej. Eksperymenty z pielęgniarstwem zaczęła od podawania leków lalce, potem przeszła do zwierząt domowych i wreszcie zajęła się ludźmi. Nie brałam wcześniej pod uwagę zawodu pielęgniarki, ale powoli zaczynała wracać mi pamięć o tym, jak wraz z bratem wybebeszałam maskotki albo wyciągałam lalkom szklane oczy, by móc je później naprawić. Przypomniałam sobie też podstawówkę i kolejkę dzieci do badania w kierunku anemii; musiałam się chełpić specjalistyczną wiedzą, skoro dały mi się ustawić na szkolnym podwórzu i odciągać sobie powieki, żeby dowiedzieć się, czy zalecam wątróbkę z cebulką. I jeszcze ci niezliczeni znajomi z bólem gardła, którym uciskałam delikatnie opuszkami szyje, jakbym grała na klarnecie, i oznajmiałam: powiększone węzły chłonne.

Nie napisano zbyt wiele o tym, na czym polega pielęgniarstwo i jak się do niego zabrać, nie miałam więc pojęcia, czy się nadam. Dowiedziałam się, że pielęgniarstwo było obecne w każdej kulturze na długo przed powstaniem pierwszych książek historycznych. Jednym z najdawniejszych tekstów poświęconych tej dziedzinie jest pochodzący mniej więcej z pierwszego wieku przed naszą erą indyjski traktat Czaraka-samhita, w którym podkreśla się wagę współczucia wobec całego świata. Pielęgniarstwo jest też blisko związane z islamem. Na początku siódmego wieku pobożne muzułmanki zostawały pielęgniarkami – pierwszą w dziejach islamu przedstawicielką tego zawodu była Rufaidah bint Sa’ad, z powodu swojego współczucia i empatii opisywana jako pielęgniarka doskonała.

Zrozumienie, współczucie, empatia – historia pokazuje, że takie są przymioty dobrej pielęgniarki. Nierzadko wracałam myślami do tego dnia w bibliotece, ponieważ w swojej karierze aż nazbyt często obserwowałam niedostatek tych cech, obecnie zapomnianych i coraz mniej cenionych. Ale jako szesnastolatka byłam pełną nadziei i energii idealistką, a gdy ukończyłam lat siedemnaście, klamka zapadła. Dość skakania z kwiatka na kwiatek i przebierania w pomysłach na życie; zostanę pielęgniarką. Poza tym liczyłam na balangi.

Po kilku miesiącach dostałam się psim swędem na kurs pielęgniarski, choć do wymaganego wieku siedemnaście i pół brakowało mi jeszcze kilku tygodni. Wprowadziłam się do bursy pielęgniarskiej w Bedford, wielkiego, stojącego na tyłach szpitala bloku, w którym poza gromkim śmiechem słyszało się głównie łomot zatrzaskiwanych drzwi. Na moim piętrze mieszkały przede wszystkim osoby z pierwszego roku pielęgniarstwa, kilka osób z radiografii i fizjoterapii, a od czasu do czasu trafiał się też medyk. Studentki pielęgniarstwa, na ogół młode i nieokiełznane, w większości pierwszy raz wyrwały się z domu. Było wśród nich całkiem sporo Irlandek (miałyśmy wybór, mówiły – pielęgniarka albo siostra zakonna) i niewielka grupka mężczyzn (w zasadzie samych gejów). Na dole, przy pralni, mieściła się duszna sala telewizyjna z krzesłami obitymi dermą, do której przy hajcujących non stop grzejnikach przylepiały mi się uda. W tym właśnie pokoju telewizyjnym poznałam studenta psychiatrii: palnęłam z głupia frant, że przykleiłam się do krzesła i tak na kilka lat zostaliśmy parą. Mój pokój znajdował się przy samych toaletach i śmierdział stęchlizną, a koleżanka wyhodowała kiedyś na dywanie rzeżuchę. Kuchnia była brudna, lodówka pełna przeterminowanych produktów, kartka przyczepiona do szafki głosiła zaś: NIE OKRADAJ INNYCH Z JEDZENIA. WIEMY, KIM JESTEŚ.

Echo w korytarzu dzień i noc niosło dzwonek jednego jedynego aparatu telefonicznego. Zewsząd dobiegały odgłosy kłótni, pospieszny stukot obcasów i dźwięki głośno odtwarzanej muzyki. Paliliśmy wszyscy – na ogół papierosy, ale i zapach zioła towarzyszył nam jak cichy biały szum, którego po pewnym czasie nawet się nie zauważa. Krążyliśmy po pokojach, jakby wszystkie należały do nas, i nigdy nie zamykaliśmy drzwi na klucz. U siebie na ścianie miałam plakat z reprodukcją rysunku komór serca autorstwa Leonarda da Vinci oraz półkę z podręcznikami pielęgniarstwa i zaczytanymi do szczętu powieściami, a przy łóżku stertę rozpraw filozoficznych. Do tego czajnik, kaloryfer, którego nie dało się przykręcić, i okno, które się nie otwierało. Była jeszcze umywalka do mycia (siebie i naczyń), strzepywania popiołu, puszczania pawia, a przez kilka tygodni, gdy czekaliśmy na przepchanie toalet, również do sikania. Dla moich rówieśników to było niewiele, ale ja, mieszkająca tak długo we wspólnym pokoju w domu opieki, a wcześniej z chłopakiem i jego współlokatorami, postrzegałam to jako istny raj.

Pierwsza noc jest jednak zawsze najgorsza. Nie miałam pojęcia, czym się będę zajmować jako pielęgniarka, i zaczęłam żałować, że nie dopytałam o to pielęgniarek, które mnie zachęciły do złożenia podania. Przeraziło mnie widmo klęski, wyrazu twarzy rodziców, gdy oznajmię, że znów się rozmyśliłam. I tak przeżyli wstrząs, gdy się dowiedzieli, że chcę zostać pielęgniarką: ojciec wręcz prychnął śmiechem. Choć pracowałam jako opiekunka, nadal widzieli we mnie zbuntowaną nastolatkę, która ma wszystkich w nosie. Wizja mojej osoby jako uosobienia życzliwości nie mieściła im się w głowach.

Tej bezsennej nocy leżałam w łóżku i słuchałam, jak sąsiadka zza ściany kłóci się z chłopakiem, patykowatym i humorzastym ochroniarzem, który – choć nie zezwalał na to regulamin – najwyraźniej z nią mieszkał. W końcu ucichli, a ja dalej nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się wątpliwości. Wiedziałam, że przynajmniej na początku czekają mnie zajęcia teoretyczne, więc ani nikogo przez przypadek nie zabiję, ani nie będę musiała obmywać jakiemuś staruszkowi prącia albo robić czegoś równie okropnego. Mimo to wciąż targał mną niepokój. A gdy poszłam do ubikacji, jednej na całe piętro, i zobaczyłam, że ktoś przylepił do drzwi zużytą podpaskę, żołądek podszedł mi do gardła. Owszem, to było po prostu ohydne, ale wtedy też przypomniałam sobie, że zawsze robiło mi się słabo na widok krwi.

Ta przypadłość potwierdziła się nazajutrz rano podczas badań w poradni medycyny pracy. Pobierano nam krew.

– Do akt – oznajmiła laborantka. – Na wypadek, gdybyś ukłuła się igłą i zaraziła HIV-em. Wtedy będziemy wiedzieć, czy wcześniej nie byłaś już nosicielką. – Wtedy, w roku 1994, HIV otaczała jeszcze aura ignorancji i lęku. Laborantka zacisnęła mi na ręce opaskę. – Jesteś na pielęgniarstwie czy na medycynie? – spytała.

Patrzyłam na igłę, na wzbierającą w strzykawce krew i czułam, jak mętnieje mi wzrok. Głos zdawał się dobiegać gdzieś z oddali.

– Christie! Christie!

Gdy się ocknęłam, leżałam na wznak na podłodze z nogami na krześle, a nade mną stała rozbawiona laborantka.

– Już dobrze?

Uniosłam się wolno na łokciach i złapałam ostrość.

– Co się dzieje?

– Zemdlałaś, kotku. Bywa. Ale może lepiej przemyśl wybór zawodu.

Przez dwadzieścia lat służby tak wiele straciłam, ale jeszcze więcej zyskałam. Pragnę podzielić się z tobą dramatami i radościami towarzyszącymi tej niezwykłej pracy. Przejdź ze mną po salach, od narodzin po śmierć; zajrzymy na oddział intensywnej opieki nad noworodkiem i przez podwójne drzwi wemkniemy się na oddział wewnętrzny, popędzimy korytarzami wezwani do nagłego przypadku, zahaczymy o aptekę i kuchnię dla personelu i trafimy na oddział ratunkowy. Spenetrujemy zakątki szpitala i pielęgniarską codzienność z jej licznymi obliczami. Kiedy zaczynałam, sądziłam, że na zawód pielęgniarki składają się: chemia, biologia, fizyka, farmakologia i anatomia. Teraz wiem, że opieka pielęgniarska to w istocie: filozofia, psychologia, sztuka, etyka i polityka. Napotkamy po drodze wielu ludzi: pacjentów, krewnych i członków personelu, i może kogoś wśród nich rozpoznasz. Bo prędzej czy później każdy z nas wymaga opieki. I każdy komuś opieką służy.

1

DRZEWO KRWIONOŚNE

Każdy człowiek ma prawo do stopy życiowej zapewniającej zdrowie i dobrobyt jego i jego rodziny, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską.

artykuł 25 Powszechnej deklaracji praw człowieka

Idę mostem za cieniem o poszarpanym konturze i patrzę na bladoniebieskie, niemal zielone, szare światło pląsające po powierzchni wody: zaraz świt. Cisza i spokój. Pełnia. Z przeciwka idzie, zataczając się, kilka kobiet w strojach wieczorowych i z rozmazanym tuszem; pod murem zalega w śpiworze jakiś mężczyzna, przy głowie ma kubek po kawie, a w nim garść monet. Ruch uliczny ogranicza się do paru czarnych taksówek i pojedynczych autobusów nocnych. Ale do szpitala maszerują inni podobni mi ludzie o jednakowym wyglądzie: podniszczone buty na płaskiej podeszwie, plecak, blade lico, wadliwa postawa.

Skręcam na teren szpitala i mijam stale otwartą niewielką kaplicę. Półmrok rozjaśniają tylko mdłe lampy i świece, na ołtarzu leży księga modlitw i intencji. Smutniejszej lektury nie uświadczysz.

Przez bramę główną wlewa się pospiesznie personel; niektórzy prowadzą rowery, inni maszerują stanowczo i starają się nie krzyżować spojrzeń z żadną z podenerwowanych osób chcących zasięgnąć języka, niosących skierowanie i torbę podróżną, trzymających za rękę zapłakane dziecko albo prowadzących wózek ze starszym krewnym z nogami otulonymi ciasno kocem. Od dziewiątej posłuży im wsparciem wolontariusz w kamizelce z napisem „W czym mogę pomóc?”. To Ken, siedemdziesięciolatek, którego wnuczka leczyła się tu na sepsę, następstwo terapii raka jajnika. „Chcę pomagać ludziom takim jak ja. Chodzi o drobne gesty”. Ken rozdaje plany szpitala, wskazówki i uśmiechy. Części szpitala oznaczono na mapie kolorami i przybysze mają podążać za barwnymi pasami na posadzce. Co najmniej raz dziennie ktoś przemierza w podskokach żółty pas, podśpiewując piosenkę We’re off to see the wizard... z filmu Czarnoksiężnik z Oz.

Mijam poczekalnię przy izbie przyjęć, gdzie tłoczy się jeszcze więcej osób: bogaci z biednymi, niepełnosprawni ze sprawnymi, ludzie wszystkich ras, kultur i pokoleń. Często widuję tę samą cuchnącą moczem kobietę w klapkach, która siedzi przy wózku wyładowanym reklamówkami i mamrocze coś pod nosem. Czasem pokrzykuje, jakby coś ją bolało, i w okienku pojawia się twarz ochroniarza, który sprawdza, kto zakłóca spokój, ale zaraz chowa się z powrotem. Dziś jej tu jednak nie ma. Dostrzegam za to starszą kobietę, która mimo szpitalnego ogrzewania siedzi w grubym czerwonym płaszczu. Na kilka sekund kieruje na mnie przestraszone, zasmucone spojrzenie. Choć otacza ją kilkanaście osób, wydaje się całkowicie zagubiona i osamotniona. Włosy, niegdyś kręcone, ma teraz przetłuszczone i przyklapnięte; przypomina mi się, jak moja babcia w chorobie strasznie cierpiała, że nie może sobie porządnie wymodelować włosów. Kobieta zamyka oczy i podpiera czoło dłońmi.

Bardzo lubię chodzić po szpitalu. Lecznice zawsze zaliczały się do miejsc świętych. Pierwsze w świecie zakłady opieki nad chorymi stworzył żyjący w latach 437–367 przed naszą erą król Sri Lanki, Pandukabhaya, który budował ośrodki lecznicze w różnych częściach kraju. W 805 roku naszej ery w Bagdadzie powstał szpital psychiatryczny. W czasach powstawania pierwszych placówek leczniczych prawo zabraniało odprawiania pacjentów niezdolnych do opłacenia kuracji. Regulamin trzynastowiecznego szpitala sułtana Kalawuna w Egipcie głosił: „Wszelkie koszty leczenia poniesie szpital, czy pacjent przybywa z bliska czy z daleka, czy jest obywatelem czy cudzoziemcem, czy jest silny czy słaby, wysoko czy nisko urodzony, bogaty czy biedny, pracujący czy bezrobotny, ślepy czy widzący, chory na ciele czy na umyśle, światły czy nieuczony”.

Idę dalej, obok sklepu z upominkami, gdzie kartki z gratulacjami i kondolencjami przedzielają te z życzeniami powrotu do zdrowia. Mijam maleńki butik, w którym nikt nie kupuje ubrań, ale właściciel umie barwnie opowiadać i zawsze wie, co w trawie piszczy, oraz ogólnodostępne toalety, w których pacjenci mdleją, wstrzykują sobie heroinę i padają ofiarą napaści; raz nawet odnotowano przypadek gwałtu. Naprzeciw toalet znajduje się punkt z prasą i czynny na okrągło bufet, gdzie z uszkodzonego automatu do kawy wypłynęło kiedyś kwaśne mleko i zalało przechowywane w suterenie defibrylatory.

Zanim skręcę, zerkam do tyłu, na kobietę w grubym czerwonym płaszczu, i niemal zderzam się z pomocą kuchenną prowadzącą potężny metalowy wózek cuchnący chlorem, pleśnią i samolotowym żarciem. Na lewo od bufetu znajdują się windy, przed którymi czeka zawsze grupa ludzi. Szpital, wzniesiony na drogiej działce, rozrasta się w górę; większość oddziałów mieści się ponad krwiobiegiem powiększających się bez końca budynków szpitalnych. Długie oddziały z licznymi korytarzami wyraźnie odzwierciedlają styl architektoniczny zaproponowany przez Florence Nightingale, która podkreślała terapeutyczną rolę dobrej architektury i wzornictwa szpitalnego. Zalecała dzielenie pięter na podłużne, wąskie bloki z wysokimi oknami wpuszczającymi jak najwięcej świeżego powietrza i światła dziennego. W prowadzonej w latach 1865–1868 korespondencji z architektem Thomasem Worthingtonem Nightingale zwracała też uwagę na praktyczne potrzeby pielęgniarek: „Czy pielęgniarce zmuszonej nieoczekiwanie do spędzenia nocy w szpitalu wystarczą pomieszczenia kuchenne?”.

Wyobrażam ją sobie kroczącą korytarzami i patrzę na własne stopy, mijając poczekalnię pełną pacjentów po wypisie, którzy są zbyt schorowani, by skorzystać z komunikacji miejskiej, i zbyt ubodzy, by wziąć taksówkę, a nie mają krewnych, którzy by ich odebrali. Siedzą na plastikowych krzesłach i na wózkach inwalidzkich, okryci kurtkami, szlafrokami lub kocami, i wypatrują w rozsuwanych drzwiach nieznajomej twarzy albo wyglądają dalej, na puste niebo. Za rzędem siedzisk szumi nietknięty automat z napojami. Zadaję sobie pytanie, czy ci ludzie – w większości starsi i słabowici – czują głód, ból albo strach. Odpowiedź właściwie znam. Poczekalnia pacjentów po wypisie wydaje się bardziej zatłoczona niż ta przy izbie przyjęć. Wszystko jest względne. Może i pacjenci, którzy doznawszy poważnych urazów, walczą o życie na oddziale ratunkowym, czują się pechowcami, ale jeśli mają przy sobie rodzinę i przyjaciół, to mogą pewnie mówić o szczęściu.

Drzwi portierni co chwilę się otwierają i uderzają o baterię pustych butli tlenowych, które wyglądają jak gigantyczne kręgle. W centrali telefonicznej siedzi kobieta z kręconymi włosami i domalowanymi brwiami oraz słuchawkami i mikrofonikiem à la Madonna. Od pewnego czasu próbuję się z nią zbratać, ale mimo moich wysiłków, ilekroć się z nią witam, odwarkuje: „W czym mogę pomóc?”, jakbym rozmawiała z nieznajomą. Ja się jednak nie poddaję.

Tuż obok mieści się apteka: wielki sklep z cukierkami dla dorosłych. Wysuwane szufladki i całe kilometry przeróżnych pigułek. Wnętrze apteki przypomina parkiet Wall Street: zaciemnione schody wiodą do sutereny, a tam leki kompletuje się w apteczkach, które przy każdym otwarciu się oznacza, by mieć pewność, że nikt przy nich nie majstrował, po czym uzupełnia zapas i na nowo plombuje. W Wielkiej Brytanii stosuje się wiele leków, które nie zostały zatwierdzone przez NICE (Narodowy Instytut Zdrowia). To dość powszechna praktyka. W Ameryce na przykład zaledwie 20 do 30 procent środków stosowanych w pediatrii zostało zatwierdzonych przez FDA (Agencję Żywności i Leków).

Obecność repa, czyli przedstawiciela handlowego koncernu farmaceutycznego, jeszcze do niedawna wywoływała w szpitalu poruszenie. Repa wyłowić nietrudno, podobnie jak farmaceutę: ubiera się lepiej niż lekarz. Najmodniejszy mundurek i maniery handlarza używanymi autami oraz umiejętność przykucia uwagi zapracowanego lekarza specjalisty (a wcześniej zjednania sobie sekretarek) – i tak oto szpitale regularnie wizytuje zamaskowana armia atrakcyjnych dwudziesto- i trzydziestoletnich absolwentów, nie dość zdolnych, by dostać się na medycynę. Odwiedziny repa na oddziale oznaczały kiedyś pizzę, długopisy, notesy i inne gratisy. Ze względu na obowiązującą ostatnio zasadę jawności lunche z repami są mniej wystawne, a lekarzom nie wolno brać łapówek w zamian za zamawianie czy przepisywanie wybranych leków. Repy nadal jednak rozdają materiały promocyjne (wszyscy lekarze i pielęgniarki mają w domach kubki i długopisy z nazwami leków, a ulubioną przytulanką mojej córeczki był długo miś we wdzianku reklamującym antydepresant).

Do kolejki przy małym okienku stale napływają studentki pielęgniarstwa czekające na recepty na wynos, czyli takie, które wypisywany pacjent zabiera ze sobą jak jedzenie z knajpy. Sąsiednie drzwi, za którymi przechowywane są niektóre leki i płyny, można otworzyć dopiero po usłyszeniu brzęczyka.

Mój pokój socjalny mieści się trzy piętra nad apteką. To przegrzane, zagracone pomieszczenie z wykładziną dywanową, odsłoniętymi rurami i pułapkami na szczury za progiem, ale nie spędzamy tu za wiele czasu. Przez kilka sekund rozglądam się po pokoju i moje spojrzenie pada na stół, na którym spoczywają przeterminowane rurki intubacyjne oraz wadliwe defibrylatory („Podobno kopią, ale to niepotwierdzona informacja, więc na razie bez paniki!”). Obok leżą saszetki z sosem wyniesione ze szpitalnej stołówki. Wstępujemy tam czasem na tosty albo smażone śniadanie po odebraniu raportów od koleżanek z nocnego dyżuru. To nasze przełożone, które odpowiadają za wszystkie kwestie związane z funkcjonowaniem oddziału: od przydzielania łóżek po nagłe przypadki, ochronę i reagowanie na ataki terrorystyczne. Na stole znajdują się też grube kartoteki zmarłych pacjentów czekające na przeniesienie do biura, w którym obsługuje się krewnych, a także słój z kawą bezkofeinową, który, jak się dowiedziałam pierwszego dnia w pracy, stoi tam zamknięty od lat.

Moja posada pielęgniarki o specjalizacji ratunkowej to osobliwe połączenie dwóch ról. Nasz zespół składa się w większości z doświadczonych byłych pielęgniarek oddziału intensywnej opieki medycznej (takich jak ja) albo oddziału ratunkowego, ale są też wśród nas paramedycy i anestetyczki (wysoko wykwalifikowane pielęgniarki pracujące na bloku operacyjnym). Szkolimy pielęgniarki, lekarzy i innych pracowników służby zdrowia w czynnościach ratunkowych i nosimy przy sobie bipery, czyli pagery, które mogą nas zawezwać do każdego zakątka szpitala: na oddział, blok operacyjny, do bufetu, na klatkę schodową, do poradni zdrowia psychicznego, na parking czy na geriatrię; pracujemy w zespole i pomagamy innym członkom personelu przy nagłych przypadkach i zawałach serca.

Przebieram się za prowizorycznym parawanem. W pokoju nie ma na to innego miejsca, a na pójście do toalety brakuje czasu, więc parawany na dobre wrosły w szpitalny pejzaż. Błyska światełko bipera i pokazuje się komunikat: „Pilne wezwanie do dorosłego, główna stołówka”. Biper alarmowy może milczeć całą dobę, a może się uruchamiać pięć czy sześć razy dziennie. Personel wzywa pomoc, wybierając 2222 i precyzując rodzaj wezwania: dorośli, pediatria, położnictwo, neonatologia, urazówka. Mimo że to szpital, nagłe przypadki mogą się zdarzać rzadko, a mogą też budzić grozę, większość wezwań nazywamy jednak po cichu kompletnie bzdurnymi: pacjent mdleje albo pozoruje atak, raz zdarzyło się nawet wezwanie od osoby użądlonej przez osę.

– Dobrze ci radzę, biegnij bardzo, bardzo powoli – mówi mi koleżanka na samym początku. – Nigdy nie wiesz, co zastaniesz, więc lepiej, żebyś nie dotarła pierwsza, chyba że dokładnie wiesz, co robić.

Ale teraz mam już pewien staż pracy, więc odpowiadam do bipera: „Ratunkowa”, po czym przeskakując po dwa stopnie, pędzę na dół i mijam centralną część szpitala zdominowaną przez potężny posąg królowej Wiktorii. Przebiegam przez wielki hol z fortepianem, za którym zasiadają czasem zaskakująco wprawni przechodnie. Dziś budowlaniec w odblaskowej kamizelce gra Mozarta. Mijam idącą niespiesznym krokiem kobietę i rozpromienionego mężczyznę prowadzącego nowiutki wózek z okruszkiem niemowlaka w środku oraz doczepionymi balonami z napisem: „Gratulujemy syna!”. Zwalniam nieco na widok większej grupy ludzi przy sortowni poczty, gdzie zza okienka dobiegają przekleństwa i odgłosy radia, a od czasu do czasu czyjaś ręka podaje korespondencję osobie z kolejki. Idę szybkim krokiem w stronę stale nieczynnego bankomatu i wchodzę do szpitalnej stołówki, w której skacowany personel wcina poranną porcję smażeniny.

Kobieta o smutnym spojrzeniu, posiadaczka czerwonego płaszcza, jest krucha i drobna. Pod okryciem wydaje się jeszcze szczuplejsza. Ubrana w kwiecistą bluzkę z krzywo zapiętymi guzikami ma pomarszczoną i wysuszoną skórę, zaropiałe powieki i spierzchnięte wargi, a jej białe, przerzedzone i przyklapnięte włosy wydzielają kwaskowatą woń. Tuż nad mostkiem ma zawieszoną na srebrnym łańcuszku obrączkę. Toczy wzrokiem po twarzach zebranych i drży na całym ciele. Siedzi na stołówkowym krześle otoczona już częścią zespołu ratunkowego: jest tu lekarz rezydent, lekarz stażysta, anestezjolog i pielęgniarka. Nikt nie wygląda na szczególnie przejętego. Tife, pielęgniarkę, dobrze znam. Przez lata pracowała na oddziale ratunkowym. Zawsze cieszę się na jej widok, bo jest oazą spokoju. Dzisiaj też: udało jej się wytrzasnąć skądś koc, co tylko z pozoru jest łatwe, i klęcząc przed pacjentką, przykłada jej do palca mały pulsoksymetr.

– Cześć! – mówi.

– Cześć. Sorry, dopiero się przebierałam.

Nadciąga sanitariusz z wózkiem reanimacyjnym. Przywołuje się go w tym samym czasie co pozostałych członków zespołu i na ogół dociera na miejsce wraz z nimi. Wózek to istny oddział na kółkach. Czego tam nie ma: butle z tlenem, ssak, defibrylator, apteczka i wielkie worki ze wszystkim, czego dusza zapragnie: od glukometru po aparaturę wspomagającą oddychanie.

– Betty trochę pobolewa serce. Parametry w normie. Bardzo jej zimno. Podasz termometr? – prosi i odwraca się do lekarzy. – Zawieziemy ją na ratunkowy, jeśli wam się spieszy.

– Trzeba zrobić dwunastoodprowadzeniowe EKG – oznajmia na odchodnym lekarka i nie zauważa, że stażysta przewraca oczami i mamrocze pod nosem: „Serio?”. – Zajmiesz się tym? – pyta mnie w biegu. Lekarze poza tym, że służą w zespole ratunkowym, są bardzo zapracowani, a gdy rozbrzmi biper, muszą wszystko rzucić, a nieraz i opuścić salę operacyjną, pozostawiając pacjenta pod opieką mniej doświadczonego personelu.

Kiwam głową.

– Witaj, Betty. – Biorę ją za rękę. Jest lodowata. – Jestem Christie. Posadzę panią na wózku i zawiozę na oddział ratunkowy. Nie ma się czym martwić, ale lepiej panią przebadać. Zdaje się, że już panią widziałam? Przy izbie przyjęć?

– Betty przyszła rano na konsultację, ale zjawiła się za wcześnie, więc zaszła na kawę i poczuła duszności. Parametry w normie, ale życie dało jej ostatnio w kość, prawda, Betty?

Widzę jej minę. Jest przerażona.

– Betty niedawno straciła męża, zmarł na zawał.

– Bardzo mi przykro – mówię i otulam ją ciaśniej kocem. Ma niebezpiecznie niską temperaturę. – Boli jeszcze?

Kręci głową.

– Nie chcę sprawiać kłopotu – mówi. – Nie jest źle. To pewnie niestrawność.

Betty nie wygląda na pacjentkę z atakiem serca (czyli zawałem mięśnia sercowego), ale u starszych kobiet nie zawsze występują klasyczne objawy, takie jak ucisk w klatce piersiowej, drętwienie kończyn, duszności, dreszcze i mrowienia, a zdarza się, że pacjentki w ogóle nie uskarżają się na ból. Choroba niedokrwienna serca to najczęstsza przyczyna śmierci w większości krajów zachodnich, a zarazem najpowszechniejsza przyczyna hospitalizacji. Zawały zdarzają się w szpitalach bardzo często, nieraz u osób przebywających w szpitalach z innego powodu. Przychodzą do dentysty, w odwiedziny do krewnego albo na pobranie krwi i stresująca atmosfera szpitala wystarczy, by wytrącić ich z równowagi. Zawał serca to nie to samo co zatrzymanie akcji serca. Zawał wywołują zmiany miażdżycowe, czyli stwardnienie tętnic skutkujące ograniczeniem dopływu krwi do tkanek oraz niedoborem życiodajnego tlenu i glukozy. Zatrzymanie akcji serca może mieć różnorakie podłoże. Ale Betty nie poci się ani nie sinieje, a choć jej tętno jest nitkowate (słabe), wydaje się regularne i wyraźne.

Z pomocą moją oraz sanitariusza Betty powoli przechodzi na wózek. Dźwigam ją, jak najszczelniej owijam jej wątłe ramiona kocem, a na twarz zakładam maskę tlenową z workiem, która pomaga utrzymać wysokie stężenie tlenu. Dla pacjentów z zawałem tlen bywa niebezpieczny, ponieważ może zwężać i tak już zwężone naczynia krwionośne, ale w nagłych przypadkach, gdy pacjent jest poważnie chory, ten gaz okazuje się nieoceniony. Robi też dobrze na kaca. Ale z drugiej strony ma obrzydliwy zapach i działa wysuszająco, a w masce człowiek ma ograniczone pole widzenia, co prowadzi do nasilenia lęku.

Staram się uspokoić Betty.

– To pani poprawi samopoczucie.

Sanitariusz prowadzi wózek, a ja idę obok i myślę sobie, że arterie szpitalne przypominają nasze własne: najmniejsza przeszkoda sprawia, że zamieramy i ożywiamy się dopiero wtedy, gdy człowiek się przesunie i nas przepuści.

Ludzkość długo miała dość mgliste pojęcie o tętnicach i żyłach. W drugim wieku naszej ery Galen, grecki biolog, filozof i praktykujący lekarz (chirurg gladiatorów), twierdził: „W organizmach zwierzęcych arterie przeplatają się z żyłami, a żyły z arteriami”. Panowało przekonanie, że w żyłach krąży pierwiastek naturalny, a w tętnicach – animalny. W średniowieczu wierzono, że płynąca w tętnicach krew zawiera pierwiastek duchowy. Dziś oczywiście nie ograniczamy się już do dawnych wierzeń, jednak tkwi w nich ziarno prawdy. Pogłębione badania arterii podsunęły Galenowi wniosek, który pozostaje aktualny do dziś (i odnosi się metaforycznie także do służby zdrowia): „Odżywiać należy wszystkie części ciała”.

W głębi korytarza, po prawej stronie, mieści się szpitalne kino, w którym wyświetlane są najnowsze filmy dla pacjentów i ich krewnych (na pozór też dla pracowników, ale nie poznałam nikogo, kto miałby czas tam pójść dla rozrywki), ze specjalnym fotelem dla opłacanej przez którąś z fundacji pielęgniarki, która w razie potrzeby ma uspokajać pacjentów albo reagować na sytuacje kryzysowe. Obok działa poradnia seksuologiczna (zawsze pełna, nie ma gdzie usiąść). Betty i ja przemieszczamy się dalej, a mijając ambulatorium, widzimy zbiorowisko wokół mężczyzny na wózku inwalidzkim, który trzyma jednego niezapalonego papierosa w ustach, a drugiego za uchem i klnie siarczyście. Na stojaku na kroplówki za jego plecami wisi wielki zbiornik spienionego przejrzystego płynu, który spływa przez cienki biały przewód opadający na klatkę piersiową pacjenta jak zawieruszona pępowina.

– Już niedaleko – mówię.

Tłok, zamieszanie: żywa szpitalna tkanka. Pędy i gałęzie arterii wiodących do samego rdzenia: oddziału ratunkowego.

Oddział ratunkowy potrafi przerazić. Przypomina o kruchości życia, a cóż może być bardziej przerażającego? Oddział ratunkowy obnaża naszą nietrwałość i choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli, nie potrafimy przewidzieć, kto upadnie na chodnik i dozna katastrofalnego wylewu krwi do mózgu, a na kogo runie dach, co skończy się traumatyczną amputacją kończyny, skręceniem karku, złamaniem kręgosłupa, śmiertelnym krwotokiem; nie wiemy też, kto po sześćdziesięciu latach małżeństwa zostanie okaleczony przez żonę cierpiącą na demencję starczą. Albo kto w niewłaściwym czasie znajdzie się na niewłaściwym miejscu: mężczyzna pchnięty nożem w serce przez nastoletniego chuligana, ciężarna kobieta poturbowana i skopana w brzuch.

Na oddziale nie brak i piękna: poczucia więzi, które przyćmiewa wszelkie konflikty. Pielęgniarka oddziału ratunkowego nie działa machinalnie. W pracy żyje pełnią życia, codziennie mierzy się z silnymi uczuciami i rozterkami. Ale mnie przed otwarciem drzwi zawsze drży ręka, chociaż pracuję jako pielęgniarka już od wielu lat. Nigdy nie przebywałam wyłącznie na oddziale ratunkowym, jednak jako specjalistka od resuscytacji spędzam tu mnóstwo czasu. Zawód pielęgniarki wymaga elastyczności i umiejętności przystosowania się do nowych warunków oraz przekierowania energii tam, gdzie potrzebują jej w danej chwili pacjenci i współpracownicy, nawet jeśli to terra incognita. Ale oddział ratunkowy nadal mnie przeraża. W odróżnieniu od pracowników stołówki, którzy wezwali pomoc dla Betty, personel oddziału ratunkowego wybiera 2222 i przywołuje zespół reanimacyjny dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się rozpaczliwa albo pacjent doznaje takiego urazu, że nie obejdzie się bez pomocy specjalisty.

Oddział ratunkowy jest nieprzewidywalny, jednak natężenie ruchu rządzi się pewnymi regułami. W dni robocze poranki należą do matek, które przesiedziały noc z dzieckiem przy piersi i dopiero z nadejściem dnia otrzeźwiały i odkryły, że jego stan zamiast się poprawić, jedynie się pogorszył. W ciągu dnia mamy do czynienia z wypadkami i urazami, a wieczór to pora pracowników biurowych, którzy nie mogą się dostać do lekarza pierwszego kontaktu, lecz nie chcą brać zwolnienia lekarskiego. Nocą w tygodniu może się zdarzyć wszystko, a ludzie na ogół trafiają tu dopiero wtedy, gdy naprawdę coś im dolega. Ale od czwartkowego wieczora aż do poniedziałkowego poranka w korytarzach roi się od imprezowiczów, rozedrganych, o rozbieganym spojrzeniu. W niedzielę rano spływają już ciurkiem, a im później przychodzą, w tym gorszym są stanie: młodzi ludzie o źrenicach jak koła młyńskie, czyli ci, którzy przesadzili z amfetaminą i jej wszelkimi pochodnymi, albo alkoholicy heroiniści o źrenicach maleńkich jak główka szpilki, niewidzących, nieprzepuszczających światła.

Na oddziale ratunkowym roi się od policjantów, rozkrzyczanych krewnych oraz pacjentów leżących w rzędach i poprzedzielanych cienkimi zasłonkami: starszy człowiek z udarem, a obok alkoholik, ciężarna z podwyższonym ciśnieniem, stolarz z urazem ręki, pacjent z podejrzeniem stwardnienia rozsianego, młody człowiek z silną anemią czy dziecko z sepsą. Zawały serca, tętniaki mózgu, udary, kwasica ketonowa w przebiegu cukrzycy, zapalenie mózgu, malaria, astma, niewydolność wątroby, kamica nerkowa, ciąża pozamaciczna, poparzenie, skutki przemocy, załamanie nerwowe... ugryzienie przez psa, złamanie, niewydolność oddechowa, atak na rozmaitym tle, przedawkowanie narkotyków, choroba psychiczna, uszkodzenie ciała wskutek przygniecenia albo kopnięcia przez konia, rana kłuta albo postrzałowa. Pamiętam nawet na wpół odpiłowaną głowę.

Betty krzywi się i sięga po moją dłoń. Przechodzimy przez przestronną poczekalnię pełną pacjentów siedzących na plastikowych krzesełkach i podpierających wyklejone plakatami ściany. Wszyscy na nią patrzą, ale nikt jej nie widzi. Jakby nie istniała. Po drodze czytam instrukcje na plakatach:

Jeśli w ciągu ostatnich 48 godzin wystąpiły u ciebie wymioty lub biegunka, poinformuj o tym pielęgniarkę.

Pacjentka w wieku 12–50 lat, która podejrzewa u siebie ciążę, a korzysta z badań radiologicznych, powinna poinformować o tym personel.

Uraz? Rana? Atak? Zadzwoń do NHS Direct. Ból w klatce piersiowej? Zatrzymanie oddechu? Zadzwoń pod 999.

Obok plakatów znajduje się umywalka, a nad nią przymocowane do ściany dozowniki. Jeden zawiera mydło w płynie, natomiast drugi jest pusty: żel na bazie alkoholu już dawno usunięto, ponieważ spijali go alkoholicy zaglądający w tym celu do szpitala. Oczywiście tak zdesperowani ludzie potrzebują pomocy, ale kiedy oddział pęka w szwach, często jedynym wyjściem jest usunięcie żelu. Nikt nie ma czasu zgarniać spod umywalki bezdomnego alkoholika i leczyć wszelkich szkód, które zdążył wyrządzić swojemu organizmowi. Krwawienie z żylaków przełyku, objaw towarzyszący marskości wątroby, należy do najbardziej przygnębiających widoków, jakie było mi dane oglądać – żyły w przełyku pękają i człowiek pluje krwią. I podobnie jak w przypadku wszystkich komplikacji poalkoholowych, krwawienie może wystąpić po spożyciu nawet niewielkiej ilości alkoholu.

Pacjentom siedzącym na krzesełkach najczęściej ktoś towarzyszy. Wszelkie niesnaski poszły w niepamięć – ludzie głaszczą się po głowach, trzymają za ręce. Kilkoro pacjentów płacze. Poczekalnia izby przyjęć kojarzy mi się z Londynem z obrazu Gin Lane Hogartha. Ubóstwo widać gołym okiem. Są tu pijane matki i chudzi jak szkapy ojcowie. Pomieszczenie wypełnia zapach potu i metaliczna woń zaschniętej krwi. Od roku 1215, kiedy to zakonnice i mnisi prowadzący londyński szpital postrzegali go jako schronienie dla ubogich, chorych i bezdomnych, oddział ratunkowy nie zmienił się tak bardzo, jakby się mogło wydawać. Pierwsze pielęgniarki z takiego szpitala zaczęły szkolenie 9 lipca 1860 roku, a po ukończeniu kursu miały szansę odwiedzić Florence Nightingale w jej własnym domu. Rzadka okazja poznania jej poza szkołą budziła zachwyt, ale i obawy: Nightingale prowadziła notatki na temat swoich studentek, opisując też ich „usposobienie”. Co by pomyślała o mnie?

Do końca dziewiętnastego wieku szpital pozostawał placówką dla ubogich, chociaż podejmowano pierwsze próby regulowania zawodu pielęgniarki. W naszej dzisiejszej pracy pobrzmiewają echa historii. Kiedyś zamążpójście wiązało się z utratą posady; dziś nie brakuje, rzecz jasna, zamężnych pielęgniarek, ale na początku kariery poznałam mnóstwo doświadczonych pielęgniarek bez rodziny, mieszkających nieraz w Domu Pielęgniarki, który – nieświadome, ile poświęceń wymaga sumienne wykonywanie tego zawodu – nazywaliśmy Domem Starej Panny. To praca, w której codziennie zostawia się kawał duszy. Zasoby emocjonalne potrzebne do opieki nad człowiekiem w momencie, gdy jest on najbardziej bezbronny, nie są niewyczerpane i podobnie jak większość pielęgniarek, mam za sobą dni, w których czułam się wypalona, wyzuta z ofiarności. Jestem szczęściarą, że mam tak wyrozumiałą rodzinę i przyjaciół.

Betty kaszle i zasłania usta dłonią. Jej wątłe ramiona drżą. Sięga po torebkę, którą położyłam na końcu wózka. Podsuwam ją bliżej jej kolan, a Betty wyjmuje wygniecioną chusteczkę i otarłszy sobie nią usta, chowa z powrotem. Trzyma mocno torebkę, przyciska do piersi, jakby to było dziecko. Kładę jej dłoń na ramieniu.

– Już prawie jesteśmy.

Mijam drzwi prowadzące na zewnątrz, gdzie stoi rząd karetek: lekarz wyłania się i znika, doglądając oczekujących pacjentów leżących jeszcze na twardych karetkowych noszach i przepraszając ich za brak wolnych łóżek. Podłogę nieustannie wyciera sprzątaczka, która od czasu do czasu wykrzykuje coś w przestrzeń nad swoją głową. Od lat cierpi na zaburzenia psychiczne, a służba zdrowia to pracodawca wyrozumiały. Personel pochodzi ze wszystkich krajów i środowisk i wiernie odzwierciedla strukturę pacjentów. Pracowałam z pielęgniarkami ze wszystkich zakątków świata, z pielęgniarkami, które same bywały bezdomne, pielęgniarkami, które pracowały w agencji towarzyskiej, by zarobić na kurs, pielęgniarkami, które same miały umierających lub cierpiących na raka członków rodziny, takimi, które poza pracą opiekują się małymi dziećmi oraz krewnymi w podeszłym wieku, pielęgniarkami lesbijkami, heteryczkami, pielęgniarkami apłciowymi i transseksualnymi, pielęgniarkami uchodźczyniami, tymi z niewiarygodnie majętnych rodzin albo dzielnic z mieszkaniami komunalnymi, gdzie policjanci poruszają się wyłącznie w grupach. Z całą pewnością w niewielu zawodach można zetknąć się z tak zróżnicowanym wachlarzem osobowości.

W naszym zawodzie panuje duża rotacja pracowników między oddziałami i specjalnościami, a w Londynie personel medyczny często przemieszcza się między szpitalami, ale w innych częściach Wielkiej Brytanii pielęgniarki na ogół zostają dłużej w jednym miejscu i zapuszczają tam korzenie. „Jeśli zechcę awansować, będę musiała poczekać, aż ktoś umrze albo przejdzie na emeryturę” – opowiada mi koleżanka z kumbryjskiej prowincji. Ale bez względu na to, gdzie znajduje się szpital, służba zdrowia zatrudnia całą armię pracowników niezbędnych do zaspokajania potrzeb mas: kobiety, które wytwarzają ubranka dla niemowląt albo stoją za ladą w szpitalnym sklepie, personel kuchenny, praczki, techników farmacji, specjalistów od inżynierii biomedycznej.

Na oddziale ratunkowym rozbrzmiewają dziesiątki języków i akcentów, a wykaz współpracujących z administracją szpitala tłumaczy systematycznie się powiększa. Rzadko jednak trzeba korzystać z ich usług. Pacjenci mają na ogół przy sobie młodego krewniaka albo w szpitalu znajdzie się sanitariuszka czy sprzątacz z danej części świata. Można się spierać, czy o pomoc w tłumaczeniach warto prosić amatorów; niektórzy lekarze i pielęgniarki podejrzewają, że tłumaczenia są złagodzone i nieprecyzyjne, ale tak jest szybciej, niż gdyby mieli wzywać tłumacza.

Wiozę Betty dalej, obok osobnego oddziału ratunkowego dla dzieci, rzędu łóżek z długim prostokątnym kontuarem, przy którym leżą sterty papierów: formularze zgody na zaniechanie reanimacji (DNAR), karty obserwacji, skierowania. Obok znajdują się regały, a za przeszklonymi drzwiami ciągną się duże wysuwane pojemniki, w których przechowuje się mnóstwo aparatury. Przed nimi stoją zaś wózki reanimacyjne wyposażone we wszelki sprzęt potrzebny do ratowania pacjenta z zawałem serca. Betty rozgląda się lękliwie na boki i mocniej przyciska torebkę do piersi. Mimo to wszystkie mijane osoby patrzą na mnie, nie na nią. Pozostaje niewidzialna.

Na końcu części reanimacyjnej widać mężczyznę na leżance, a obok niego dwoje ratowników medycznych i strażnika więziennego. Dostrzegam też policjantów, ale stoją przy dyżurce, więc być może są tu w innej sprawie. „Z ciała osoby przyjętej wydobyliśmy kilka przedmiotów”, powiedziała mi kiedyś ratowniczka. „Zostały zneutralizowane”. Paramedycy wyrażają się w specyficzny sposób: nieco sformalizowanego języka używają nawet poza pracą. Zastanawiam się często, czy nie wynika to z obawy, że podczas przekazywania pacjenta parskną śmiechem, rozpłaczą się albo zwymiotują. Zapytana, co rozumie przez „neutralizację”, ratowniczka wyjaśniła, że przedmioty zostały zanieczyszczone. „Wetknął je sobie do tyłka. Telefon. I ładowarkę”.

Kolejnego pacjenta otacza zespół urazowy w specjalnych kamizelkach: lekarz specjalista, pielęgniarka pierwsza, anestezjolog, chirurg ortopeda, pielęgniarka druga. Zatrzymuję nosze tuż obok.

– Zostanie tu pani na chwilę z sanitariuszem Jamiem, dobrze? Zaraz wracam.

Sandrę, oddziałową ratunkowego, wyłowić nietrudno. Wygląda na najbardziej udręczoną i porusza się szybko, taksując wzrokiem otoczenie. Nie mam pojęcia, co powoduje lekarzami i pielęgniarkami, którzy lądują na oddziale ratunkowym, ale są to z reguły osoby uzależnione od adrenaliny. Wysportowane i nieustraszone, błyskawicznie podejmują decyzje i wykazują przytomność umysłu. Wszystkie znane mi pielęgniarki z oddziału ratunkowego są mistrzyniami sarkazmu, ale nie powiedziałabym, że to warunek konieczny do podjęcia tu pracy.

Sandra zatrzymuje się w wydzielonej strefie, w której spora grupa pielęgniarek tłoczy się wokół łóżka z płaczącym pacjentem.

Podchodzę do niej.

– Cześć, Sandra. Mam pacjentkę, Betty, z wezwania do stołówki, ból w klatce piersiowej. Gdzie ją umieścić?

Sandra wita mnie skinieniem głowy.

– Mam komplet. Wiadomo. Daj ją na razie na jedynkę.

Zerkam na Betty siedzącą na drugim końcu pomieszczenia i wytrwale ściskającą torebkę. Ale oczy ma otwarte i rozmawia z sanitariuszem. Cieszę się, że nie patrzy w moim kierunku.

– Trzy kłute – mówi Sandra i wskazuje głową kierunek, z którego dobiega płacz. – Cała noc na nogach.

Dociera do mnie, że jeszcze nie skończyła nocnej zmiany: jak dotąd czternaście godzin na dyżurze. Wielu zastanawia się, jak pielęgniarki stać na życie w Londynie, ale odpowiedź brzmi: nie stać. Większość z nich, tak jak Sandra, dojeżdża spod miasta, więc do dwunastoipółgodzinnego nocnego dyżuru muszą jeszcze dodać dwie lub trzy godziny w drodze.

Dwie pielęgniarki czytają etykiety na woreczkach z koncentratem krwinek czerwonych. Inna przykleiła już do klatki piersiowej pacjenta elektrody defibrylatora i zaczyna przydzielać zadania.

Odzywa się sygnał alarmowy aparatury i Sandra rzuca się w stronę rannego pacjenta. Zbieram się do odejścia.

– Na jedynkę – powtarza.

Sanitariusz pomaga mi przesunąć nosze w stronę przeciwległych boksów.

Przechodzimy obok pacjentki, która szamocze się gwałtownie i wygląda, jakby mogła sobie zrobić krzywdę; leży na podłodze na prowizorycznym posłaniu z poduszek, dopóki nie zostanie otoczona opieką w sali bez mebli o ostrych krawędziach oraz innych potencjalnie niebezpiecznych przedmiotów. Dla pacjentów z zaburzeniami psychicznymi przewidziano na oddziale ratunkowym specjalne pomieszczenie, ale najczęściej jest zajęte. Niestety czasem pacjenci z poważnymi problemami psychicznymi muszą przez dwanaście godzin – albo i dłużej – oczekiwać na przyjęcie na terenie oddziału ratunkowego, miejsca zupełnie nieodpowiedniego dla osoby, która i tak jest zagubiona i wytrącona z równowagi.

Współpracująca z SOR-em pielęgniarka z oddziału psychiatrycznego ma liczne tatuaże i nosi martensy z wystrzępionymi sznurówkami. Jej praca jest z każdym dniem trudniejsza. Odpowiedzialność jest olbrzymia, system niewydolny, a pielęgniarka musi zachować spokój bez względu na wszystko. Ta pacjentka wyraźnie cierpi i młóci rękami powietrze, a pielęgniarka siedzi przy niej na podłodze i przemawia łagodnym, cichym głosem. Ciekawe, jak długo będzie tam siedzieć, znosząc wymierzane od czasu do czasu kopniaki i ciosy. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia w pewnym roku liczba zgłoszonych ataków na pracowników służby zdrowia wyniosła 68 683, z czego 69 procent stanowiły incydenty z pacjentami psychiatrycznymi. Istotne jest tu określenie „zgłoszonych”. Szacuje się, że skutki przemocy i agresji skierowanych przeciwko pracownikom szpitali kosztują brytyjską służbę zdrowia 69 milionów funtów rocznie. A gdyby każda pielęgniarka zgłaszała każde zdarzenie? Pielęgniarka siedząca na podłodze nie doniesie o razach, które spadają dziś na nią przez wiele godzin. Będzie siedziała z pacjentką, starając się jej nie osądzać, i wnet zapomni o kilku siniakach.

– Żal mi tej pielęgniarki – mówi Betty. – Powinni wam więcej płacić, dziewczęta.

Opuszczamy blok reanimacyjny i oddzielone kotarami łóżka, gdzie nadal uwija się Sandra, i przechodzimy do części głównej, mijając rząd ustawionych w korytarzu kozetek z pacjentami oczekującymi na przyjęcie na oddział. Ci ludzie albo są poważnie chorzy i potrzebują szpitalnego łóżka, lecz na oddziałach nie ma miejsca, albo zostali poddani triażowi – pogrupowano ich według stopnia nasilenia objawów – i czekają na badanie i przyjęcie, które powinno nastąpić w ciągu czterech godzin, chociaż w dni takie jak dziś mogą czekać znacznie, znacznie dłużej. Albo umrzeć niepostrzeżenie na kozetce.

Sanitariusz