Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim - Charles Chiniquy - ebook

Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim ebook

Charles Chiniquy

0,0
35,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Niezwykle barwne i wciągające świadectwo rzymskokatolickiego kapłana-Charlesa Chiniquy'ego. Ten żyjący w XIX w. ksiądz umiłował ponad wszystko Słowo Boże, co w czasie jego służby, zadziwiające, rodziło coraz to nowe konflikty z innymi księżmi, szczególnie tymi stojącymi wyżej. Doprowadziło to do tego, że po 25 latach służby kapłańskiej, zmagający się z głosem sumienia kapłan został uznany za niegodnego tej posługi. Z wielkim trudem opuścił więc ciemne lochy papizmu i przeszedł (nie tylko on, ale cała rzesza jego ludzi) na chrześcijaństwo ewangeliczne. Książka z perspektywy księdza pokazuje prawdziwe oblicze rzymskiego katolicyzmu, który schowany za wysokimi murami plebanii i klasztorów wydaje się być taki dobry i pobożny. Wrogość ze strony przełożonych, z którą spotkał się jako ksiądz, była tak ogromna, że doprowadziła go nawet przed sądy, gdzie bronił go sam Abraham Lincoln....

Książka daj też możliwość bliższego poznania realiów życia XIX wiecznej Kanady i Stanów Zjednoczonych. Będzie można towarzyszyć autorowi w walce z wielką plagą alkoholizmu, z jaką borykały się nowe, wielonarodowe kraje. Będzie też można odwiedzić małe Chicago, po którym chybra nikt się wtedy nie spodziewał, że stanie się olbrzymią metropolią najpotęniejszego państwa na świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 1199

Rok wydania: 2007

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 3

Żadne słowa nie są w stanie opisać konsternacji, obaw i wstydu rzymskokatolickiego dziecka komuś, kto nie doświadczył tego, co przeżywa ono, gdy po raz pierwszy usłyszy swojego księdza ogłaszającego zza kazalnicy: „W tym tygodniu poślecie swoje dzieci do spowiedzi. Musicie uzmysłowić im, że jest to jedno z najważniejszych wydarzeń w ich życiu, i od niego będzie zależało ich wieczne szczęście lub nędza. Ojcowie i matki, jeśli z waszej winy lub dziecka, jego spowiedź nie będzie szczera, jeśli zatai swoje grzechy lub będzie kłamać spowiednikowi, który zajmuje miejsce samego Boga, grzechu tego często nie da się naprawić. Diabeł bierze w posiadanie takie serce i przyzwyczai się mówić nieprawdę swemu ojcu spowiednikowi, czy też Jezusowi Chrystusowi, którego on reprezentuje. Życie jego będzie jednym ciągiem świętokradztw, a śmierć i wieczność z potępionymi. Nauczcie więc ich by przyjrzały się skrupulatnie swoim czynom, słowom i myślom, aby niczego nie ukrywały w czasie spowiedzi.”

Byłem w kościele w St. Thomas, kiedy słowa te spadły na mnie jak grom z jasnego nieba.

Często w domu słyszałem z ust matki, a także ciotki odkąd przybyłem do St. Thomas, że od pierwszej spowiedzi będzie zależeć mój wieczny los. A więc najbliższy tydzień będzie decydujący o mojej wieczności.

Blady i rozczarowany wyszedłem z kościoła i wróciłem do domu moich krewnych. Usiadłem za stołem, lecz z wrażenia nie byłem w stanie zjeść czegokolwiek. Udałem się do mojego pokoju, by zająć się lustracją swojego sumienia i przypomnieć sobie wszystkie grzeszne czyny, słowa i myśli. Choć ukończyłem już 10 lat, zadanie to przerastało mnie. Uklęknąłem, by modlić się o pomoc do Dziewicy Maryi, lecz będąc do głębi przejęty lękiem, by nie zapomnieć któregoś z grzechów, mamrotałem słowa modlitwy bez najmniejszego zastanowienia. Było jeszcze gorzej, gdy zacząłem liczyć grzechy. Moja pamięć zaczęła mi zawodzić, zaczęło kręcić mi się w głowie, serce walić jak młotem i z wyczerpania czoło stało się mokre od potu. Sporo czasu spędziłem w tym stanie graniczącym z rozpaczą, gdy mimo bolesnych wysiłków stwierdziłem, że nie jestem w stanie za pamiętać wszystkiego. W nocy praktycznie nie zmrużyłem oka, nie był to żaden sen, lecz dręczące delirium. W przerażającej zmorze wydawało się mi, że zostałem wrzucony do piekła z powodu niewyznania księdzu wszystkich grzechów. Nad ranem obudziłem się wpół żywy, wymęczony zmorami nocnymi. W podobnych zmaganiach upłynęły mi pozostałe trzy dni dzielące mnie od pierwszej spowiedzi. Miałem przed sobą nieustannie surowe oblicze księdza, który nigdy nie uśmiechnął się do mnie. Towarzyszył on moim myślom w ciągu dnia i w czasie nocnych snów, jako wysłannik zagniewanego Boga, sprawiedliwie zirytowanego z powodu moich grzechów. Wprawdzie mieliśmy obietnicę wybaczenia pod warunkiem ważnej spowiedzi, lecz również pokazano mi miejsce w piekle, jeśli spowiedź nie będzie bliska doskonałości jak tylko to jest możliwe. Moje znękane sumienie mówiło mi teraz, że szansa na to, że spowiedź będzie niepomyślna wynosi jak dziewięćdziesiąt dziewięć do jednego, czy to z powodu mojej własnej winy nieprzypomnienia sobie jakichś grzechów, bądź braku skruchy, o której wiele słyszałem, lecz nie wiedziałem nic o jej naturze i skutkach mając w głowie doskonały mętlik.

W taki oto sposób okrutny i perfidny kościół rzymski zabrał z mego młodego serca dobrego i pełnego miłosierdzia Jezusa, którego miłość i współczucie wypełniały moje oczy łzami radości u boku mojej matki. Zbawiciel, którego kościół zmusił mnie czcić ze strachu, to nie ten sam Zbawiciel, który przywoływał do siebie małe dzieci, brał je w ramiona i błogosławił. Jego bezbożne dłonie miały wkrótce poddać torturom i plugawić moje dziecięce serce; postawić mnie u stóp bladego i groźnie wyglądającego człowieka – godnego przedstawiciela bezlitosnego Boga. Zostałem przyprowadzony w strachu i ze drżeniem do podnóżka nieprzebłagalnego bóstwa, podczas gdy Ewangelia wywoływała jedynie łzy miłości i radości u stóp nieporównywalnego Przyjaciela grzeszników. W końcu nadszedł dzień spowiedzi lub raczej sądu i potępienia. Zgłosiłem się do księdza.

Ks. Loranger już nie pracował w St. Thomas. Jego miejsce zajął ks. Beaubien, który z nie mniejszą niechęcią od swego poprzednika odnosił się do naszej szkoły. Wygłosił nawet z własnej inicjatywy kazanie przeciw naszej heretyckiej szkole, które bardzo nas dotknęło. Jego całkowity brak miłości nie pozostał jednak bez wzajemności.

Ks. Beaubien miał defekt mowy, jąkał się i seplenił. Było to okazją do częstych żartów, a moją najbardziej ulubioną rozrywką było naśladowanie go, co zawsze wywoływało burze śmiechu.

Nadeszła pora przypomnieć sobie, ile razy zdarzyło się mi przedrzeźniać go. Okoliczność ta nie miała za zadanie ułatwić mi spowiedź ani uczynić ją przyjemniejszą.

W końcu nadeszła budząca postrach chwila. Uklęknąłem przy boku mojego spowiednika. Trząsłem się cały na ciele. Powtórzyłem wstępną modlitwę wiodącą do spowiedzi, nie bardzo wiedząc, co mówię, cały będąc w strachu.

Według udzielonych nam wcześniej instrukcji mieliśmy wierzyć, że ksiądz jest prawdziwym przedstawicielem, ba, niemal samym uosobieniem Jezusa Chrystusa. W skutek tego, wydawało się mi, że największym moim grzechem było przedrzeźnianie księdza. Zawsze mówiono mi, że spowiedź najlepiej rozpocząć od wyznania największych grzechów, więc rozpocząłem od słów: „Ojcze, winny jestem przedrzeźniania księdza.”

Ledwo co wypowiedziałem ostatnie słowa, kiedy ten domniemany przedstawiciel pokornego Zbawiciela obrócił się do mnie i patrząc mi w twarz, by lepiej mnie poznać zapytał bez ogródek: „A którego księdza przedrzeźniałeś chłopce?” Wolałbym sobie w tym momencie uciąć język niż powiedzieć mu prosto w twarz, kto to był. Milczałem więc przez chwilę, aż zniecierpliwiony i rozzłoszczony moim milczeniem zapytał uniesionym głosem: „Którego księdza pozwoliłeś sobie przedrzeźniać?”

Wiedziałem, że muszę odpowiedzieć. Na szczęście jego podniesiony ton głosu dodał mi siły i animuszu. Powiedziałem: „Sir, to ksiądz jest tym księdzem, którego przedrzeźniałem.”

„A ile razy miałeś czelność przedrzeźniać mnie, chłopcze?”

„Próbowałem sobie przypomnieć” – odpowiedziałem – „ale nie potrafię.”

„Musisz mi powiedzieć ile razy; przedrzeźnianie własnego księdza to wielki grzech.”

„Nie potrafię dokładnie powiedzieć ile razy” – odpowiedziałem.

„No dobrze, moje dziecko, pomogę ci przypomnieć sobie zadając pytania. Mów mi prawdę. Czy przedrzeźniałeś mnie dziesięć razy?”

„Dużo więcej razy.”

„Sto razy?”

„Myślę że pięćset razy, a być może więcej” – odpowiedziałem.

„Czemu chłopcze spędzasz swój wszystek czas przedrzeźniając mnie?”

„Nie wszystek, ale niestety robię to bardzo często.”

„Dobrze mówisz niestety, bo przedrzeźniać własnego księdza, który stoi na miejscu Jezusa Chrystusa, jest wielkim nieszczęściem i wielkim twoim grzechem. Ale powiedz mi chłopcze, dlaczego przedrzeźniasz mnie?”

Dokonując lustracji sumienia nie przewidziałem, że będę zmuszony dać wytłumaczenie powodów, dla jakich przedrzeźniałem księdza i pytanie to poraziło mnie. Nie byłem w stanie odpowiedzieć i długo stałem zaniemówiwszy ze wstydu. Jednak z natarczywym nagabywaniem ksiądz nalegał, że jeśli nie powiem całej prawdy zostanę potępiony. Więc zdecydowałem powiedzieć i oznajmiłem: „Przedrzeźniałem księdza z kilku powodów.”

„Co spowodowało, że przedrzeźniałeś mnie?” – nalegał ksiądz.

„Śmiałem się z księdza, bo ksiądz sepleni. U nas w szkole dla śmiechu często udajemy jak ksiądz mówi na kazaniu.”

„Czy często robiłeś to?”

„Niemal codziennie, a zwłaszcza w święta i po tym, jak ksiądz mówił przeciw nam”.

„Z jakich innych powodów śmialiście się ze mnie, mój mały chłopcze?”

Długi czas milczałem. Ilekroć otwierałem usta, brakło mi odwagi, by odezwać się. Jednak ksiądz nalegał i wydusiłem z siebie: „W miasteczku mówi się, że ksiądz lubi dziewczyny, i że ksiądz odwiedza pannę Richards co wieczór i z tego często śmiejemy się.”

Biedny ksiądz miał chyba dosyć moich odpowiedzi, bo zmienił nagle temat: „Jakie masz inne grzechy?”

Zacząłem wymieniać je, tak jak przychodziły mi na pamięć. Jednak zwykły wstyd wymieniania ich przed człowiekiem był o tysiąc razy większy, niż wstyd z obrazy Boga. To poczucie ludzkiego wstydu, jakie wypełniało mój umysł i moją świadomość, nie zostawiało już miejsca na jakiekolwiek doznania religijne. Kiedy wymieniłem wszystkie grzechy, jakie byłem w stanie zapamiętać, ksiądz zaczął zadawać mi dziwne pytania w sprawach, o których nie jestem w stanie pisać, Odpowiedziałem: „Proszę księdza nie rozumiem, o co mnie pytacie.”

„Pytam cię o szóste przykazanie (w Biblii siódme). Wyznaj wszystko. Pójdziesz do piekła, jeśli z twojej winy nie wyznasz wszystkiego.”

Wówczas zaczął wlec moje myśli w sfery, które dzięki Bogu były mi dotąd obce.

Odpowiedziałem mu: „Nie rozumiem księdza” – oraz – „Nigdy tego nie robiłem.”

Po czym zręcznie zmieniając nieco temat wracał uporczywie do ulubionej sprawy, jaką był dla niego grzech rozpusty.

Pytania stawiał w sposób tak ordynarny, że czerwieniłem się na twarzy pełen będąc odrazy i wstydu. Choć nie jeden raz niestety zdarzyło się mi być w towarzystwie złych chłopców, żaden z nich nie zgorszył mojej moralności w taki sposób, jak to teraz robił ksiądz. Żaden z nich nie ważył się wywlekać z ukrycia cienia tych spraw i stawiać je bez przykrycia przed oczami mojej duszy. Na próżno powtarzałem mu, że nie jestem winny tych rzeczy, że nie rozumiem, o co pyta mnie, nie chciał zostawić mnie w spokoju. Niczym pochylony nad ofiarą sęp, okrutny ów ksiądz rozdzierał i plugawił w swych szponach moje serce.

W końcu zadał mi pytanie w takiej formie, że zostałem nim boleśnie ugodzony. Odczułem niczym szok z akumulatora, poczucie grozy wstrząsnęło mną na wskroś. Byłem jednocześnie tak oburzony, że na głos, by słyszeli to inni powiedziałem mu: „Sir, jestem bardzo zły, widziałem, słyszałem i robiłem wiele rzeczy, których teraz żałuję, ale nie jestem winny tego, co mi ksiądz mówi. Moje uszy nie słyszały gorszych rzeczy od tego, co ksiądz mówi. Proszę nie zadawać mi więcej podobnych pytań, nie uczyć mnie więcej zła niż to, co już wiem.”

Reszta spowiedzi była krótka. Zdecydowany ton mego głosu wywarł skutek. Ksiądz zaczerwienił się, zreflektował się i zaczął dawać mi rady, które może miałyby jakąś wartość, gdyby nie głębokie rany, jakie w duszy mi zadał. Uniemożliwiły mi one uważne słuchanie tego, co mi teraz mówił.

Udzielił mi krótkiej pokuty, po czym zwolnił mnie.

Opuściłem konfesjonał rozdrażniony i zdezorientowany.

Pełen wstydu z powodu tego, co usłyszałem z ust księdza, nie śmiałem podnieść do góry oczu. Udałem się w ustronne miejsce w rogu kościoła, by tam odrobić moją pokutę, to jest odmówić zadane mi modlitwy. Spędziłem długi czas w kościele. Potrzebowałem ochłonąć po okropnej próbie, przez jaką właśnie przeszedłem. Jednak na próżno czekałem na ukojenie. Bezwstydne pytania, które zadano mi, nowy świat nikczemności, do którego zostałem wprowadzony, nieczyste zjawy, które splugawiły moje dziecięce serce, nękały i dezorientowały mój umysł do tego stopnia, że zacząłem gorzko płakać.

Skąd te łzy? Skąd te przygnębienie? Czy płakałem nad swoimi grzechami? Niestety, muszę przyznać był to wstyd, moje grzechy nie wywołały łez. A mimo to, ile grzechów już popełniłem, za które Jezus przelał swoją drogocenną krew. Ale wyznaję, grzechy moje nie były powodem przygnębienia, jakie odczuwałem. Myślałem raczej o mojej matce, która tak bardzo troszczyła się o mnie i tak wiele zrobiła, by uchronić mój umysł od nieczystych form grzechu, których myśli zanieczyszczały teraz moje serce. Powiedziałem do siebie: „O, gdyby moja mama słyszała te pytania, gdyby mogła dostrzec złe myśli, które teraz nękają mnie, gdyby wiedziała, co to za szkoła, do której mnie posłała, pisząc w ostatnim liście, bym poszedł do spowiedzi, jak jej łzy mieszałyby się z moimi!” Odniosłem wrażenie, że moja matka nie będzie więcej kochać mnie, widząc na moim czole nieczystość, jaką skalana przez księdza została moja dusza.

Być może urażona duma była powodem moich łez. A może był to płacz nad resztką uczucia pierwotnej godności, jakiej ślad jeszcze się we mnie znajdował. Moje przygnębienie potęgowane było rozczarowaniem z oddalenia od Zbawiciela za sprawą spowiedzi, która miała mnie do niego zbliżyć. Bóg jeden raczy wiedzieć, jaka była prawdziwa głębia wypełniającego mnie smutku z powodu uczucia większego zbrukania i winy po mojej spowiedzi niż przed nią.

Opuściłem kościół dopiero, gdy kładące się cienie nocy zmusiły mnie udać się do domu wuja z nieznośnym uczuciem sumienia obciążonego złym czynem i towarzyszącą mu obawą przed odkryciem. Choć wujek, jak i większość szanujących się obywateli St. Thomas byli nominalnymi katolikami, nie wierzył on w żadne z doktryn tego kościoła. Wyśmiewał się z księży, ich mszy, czyśćców; a szczególnie ze spowiedzi. Nie ukrywał faktu, że jako młody chłopiec został zgorszony przez czyny i słowa kapłana w konfesjonale. Teraz jego żarty jedynie wzmagały mój niepokój i przygnębienie. „Słuchaj” – powiedział wujo – „Będziesz dobrym chłopcem. Ale jeśli usłyszałeś tyle nowych rzeczy, co ja wtedy, to jesteś bardzo uczonym chłopcem.” Po czym wybuchnął śmiechem.

Zarumieniłem się milcząco. Moja ciocia, gorliwa rzymska katoliczka powiedziała do mnie: „Przecież lżej ci na sercu, odkąd wyznałeś wszystkie swoje grzechy, nieprawda?” Dałem jej wymijającą odpowiedź, nie kryjąc ogarniającego mnie smutku. Myślałem, że byłem jedynym chłopcem, któremu ksiądz stawiał te wulgarne pytania. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu nazajutrz, idąc do szkoły dowiedziałem się, że moi koledzy nie byli wiele szczęśliwsi ode mnie. Jedyna różnica polegała na tym, że oni zamiast smucić się, śmiali się z tego. „Czy ksiądz pytał cię o to i tamto?” –chcieli wiedzieć śmiejąc się przy tym. Odmówiłem odpowiedzi i spytałem: „Nie wstyd wam mówić o tych rzeczach?”

„A co ty taki pełen skrupułów?” – nalegali koledzy. „Jeśli to nie grzech księdzu zadawać takie pytania, to dlaczego nie wolno nam mówić o tych sprawach?” Stanąłem w miejscu nie wiedząc, jak na to zareagować.

Wkrótce okazało się w szkole, że nawet dziewczynki poddane były tym samym skandalicznym i brudnym pytaniom, co chłopcy. Choć z pewnej odległości by uniemożliwić nam dosłyszenie wszystkiego, o czym mówiły one, wyraźnie wynikało, że zadawano im również mniej więcej te same pytania. Niektóre z nich zdawały się być oburzone, podczas gdy inne śmiały się serdecznie.

Pozostałbym niezrozumiany, gdyby zdawało się komuś, że staram się obarczyć większą winą tego księdza niż kogoś innego lub też to, że zadając te pytania posunął się dalej niż wymagało tego spełnienie swoich służbowych obowiązków. Takiego zdania byłem wówczas i z całego serca czułem do tego czło-wieka żywą niechęć, do czasu gdy dowiedziałem się czegoś więcej. Mój osąd był niesprawiedliwy, bowiem człowiek ten jedynie wypełnił swój obowiązek. Okazywał on tylko posłuszeństwo papieżowi i jego teologom. To, że był on księdzem rzymskim, było raczej jego nieszczęściem niż przestępstwem. Stał on, podobnie jak i ja, ze związanymi rękami i nogami u stóp największego wroga świętości i prawdy Bożej, jaki znajduje się na ziemi – papieża.

Nieszczęście ks. Beaubien, jak również wszystkich księży Rzymu sprowadzało się do związania się straszną przysięgą zaniechania własnego myślenia i posługiwania się światłem własnego rozumu.

Wielu rzymskich katolików oraz niemało protestantów nie przyjmują tego do wiadomości. Tym niemniej jest to smutna prawda. Kapłan Rzymu jest automatem; maszyną, która wykonuje, myśli i wypowiada się w sprawach wiary i obyczajów w zgodzie z przykazem i wolą papieża oraz jego teologów.

Gdyby pozwolono księdzu Beaubien być sobą, zbyt wiele było w nim z dżentelmena, by zadawać podobnie pytania. Niewątpliwie jednak czytał on Liguoriego, Densa, Debreyna, autorów zatwierdzonych przez papieża i zobowiązany był przyjąć ciemność za światło oraz przymus za cnotę.