Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pewnego razu w Paryżu - Diana Palmer

Brianne i Pierce spotkali się w Paryżu. Ona była uczennicą w  szkole dla dziewcząt, on – dwa razy starszy od niej – niedawno stracił żonę. Brianne, wyraźnie oczarowana Pierce’em, szukała jego towarzystwa. Jednak Pierce czuł, że nie powinien kontynuować znajomości z tak młodą dziewczyną. Ale gdy dowiedział się, że ojczym chce wydać ją za mąż wbrew jej woli, uznał, że musi jej pomóc...  

Opinie o ebooku Pewnego razu w Paryżu - Diana Palmer

Fragment ebooka Pewnego razu w Paryżu - Diana Palmer

Diana Palmer

Pewnego razu w Paryżu

Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ubrana na czerwono szykowna blondynka, której towarzyszył o wiele od niej wyższy ciemnowłosy mężczyzna, stanęła przed portretem Mony Lisy, wyrażając dobitnie po francusku swoją opinię. Mężczyzna roześmiał się. Oboje mieli najwyraźniej ochotę postać przed obrazem trochę dłużej, ale czekający w kolejce turyści, którzy przybyli do Luwru, aby zobaczyć umieszczone za kuloodporną szybą arcydzieło Leonarda da Vinci, nie ukrywali zniecierpliwienia. Jeden z nich miał zamiar sfotografować obraz przy użyciu flesza, lecz strażnik w porę to zauważył.

Brianne Martin, siedząc w pobliżu na ławce, przyglądała się zwiedzającym z nie mniejszym zainteresowaniem niż dziełom sztuki. W krótkich spodenkach i luźnej bluzce, ze swymi błyszczącymi zielonymi oczami, splecionymi w warkocz jasnymi włosami i przewieszonym przez szczupłe ramię plecakiem, wyglądała na studentkę. Rzeczywiście, miała prawie dziewiętnaście lat i chodziła w Paryżu do ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt. Nie znajdowała jednak wspólnego języka z większością koleżanek, gdyż nie pochodziła jak one z bogatej i wpływowej rodziny.

Jej rodzice należeli do klasy średniej i tylko dzięki temu, że matka Brianne wyszła powtórnie za mąż za Kurta Brauera, magnata naftowego, dziewczyna miała okazję zakosztować życia w luksusie. Nie był to zresztą jej wybór. Kurt Brauer nie lubił Brianne, a gdy Ewa, jego nowa żona, zaszła w ciążę, postanowił pozbyć się pasierbicy. Paryska szkoła z internatem wydawała się idealnym rozwiązaniem.

Bolało ją, że matka nie protestowała.

– Spodoba ci się tam, moja droga – tłumaczyła córce z pełnym nadziei uśmiechem. – Będziesz miała dużo pieniędzy na swoje wydatki. Czyż to nie przyjemna odmiana? Twój ojciec zarabiał tylko marną pensję, nie starał się niczego w życiu osiągnąć. Teraz powodzi się nam znacznie lepiej, nie wolno ci tego nie doceniać.

Tego rodzaju komentarze pogarszały tylko jej i tak napięte stosunki z matką. Ewa, drobna blondynka, była słodką, lecz samolubną istotą, zawsze i wszędzie wypatrującą swej życiowej szansy. Polowała na Brauera jak myśliwy, uzbrojona w swoje powłóczyste spojrzenia, tiule i koronki. Ku zdumieniu Brianne w pięć miesięcy po śmierci jej ukochanego ojca wzięła ślub i niedługo później zaszła w ciążę. Zaraz potem przeniosły się z małego, ale przytulnego mieszkanka w Atlancie do luksusowej willi w Nassau.

Kurt Brauer był bogaty, ale źródła jego dochodów pozostawały dla Brianne tajemnicą. Podobno zajmował się wydobywaniem ropy, lecz w biurze w Nassau pojawiali się ciągle jacyś dziwni, podejrzani ludzie.

Oprócz domu w Nassau jej ojczym posiadał letnie rezydencje w Barcelonie i na Riwierze Francuskiej, między którymi pływał czasem swym prywatnym jachtem. Limuzyny z kierowcami i posiłki, za które płacił trzycyfrowe rachunki, stanowiły dla niego chleb powszedni. Nie liczył się nigdy z pieniędzmi, a Ewa była przy nim w swoim żywiole. Po raz pierwszy w życiu niczego jej nie brakowało i nie znała umiaru w konsumowaniu kolejnych przyjemności. Za to Brianne czuła się podle. Ojczym ją drażnił i napawał obawą, nic więc dziwnego, że kiedy wyczuł niechęć ze strony pasierbicy, natychmiast postanowił się jej pozbyć.

W Paryżu Brianne czuła się obco tylko z początku. Szybko polubiła to niezwykłe miasto, a Luwr stał się jednym z jej ulubionych miejsc. Uwielbiała ten stary pałac, zamieniony na muzeum, który ostatnio przeszedł generalny remont. Nie wszystkie zmiany przypadły jej do gustu – zwłaszcza ta szklana piramida przed wejściem – ale i tak nie straciła ochoty do regularnych odwiedzin, takich jak dzisiejsze. Fascynowały ją muzealne zbiory, a że była młoda, podchodziła ze szczególnym entuzjazmem do wszelkich nowych doznań i przeżyć.

Kiedy więc tak siedziała na ławeczce w sali z Moną Lisą i obserwowała turystów, jej uwagę zwrócił pewien mężczyzna. Wpatrywał się w jedno z włoskich malowideł, ale bez szczególnego zainteresowania. W istocie zdawał się go nie widzieć – miał przygasłe, jakby obojętne spojrzenie, a jego twarz poorana była zmarszczkami, które mogły być znakiem cierpienia.

Mężczyzna wydał jej się dziwnie znajomy. Był wysokim brunetem o przyprószonych siwizną gęstych włosach, szerokich ramionach i wąskich biodrach. Zauważyła, że w jednej ręce trzyma cygaro. Nie palił go oczywiście, bowiem wiedział, że w miejscu, gdzie zgromadzono tyle skarbów, palenie jest zabronione. Zdaje się, że po prostu musiał coś trzymać w dłoni, a traf chciał, że było to właśnie owo cygaro. Może trzyma je, żeby nie obgryzać paznokci?

Uśmiechnęła się, rozbawiona swoimi domysłami. Nie, taki elegancki mężczyzna na pewno nie obgryza paznokci. Wyglądał na bogatego, miał na sobie kremową sportową marynarkę, białe spodnie i beżową koszulę bez krawata. Na prawym przegubie nosił złoty zegarek z wąską bransoletką, na lewej dłoni błyskała złota obrączka. W tej samej dłoni trzymał również cygaro, więc Brianne pomyślała, że zapewne jest mańkutem.

Kiedy się odwrócił, dostrzegła jego szeroką, ogorzałą twarz, zaciśnięte usta i lekko zakrzywiony nos. A także niewielki dołek w podbródku, duże czarne oczy i ciemne krzaczaste brwi. Wyglądał doprawdy fascynująco.

Cały czas nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że skądś go zna. Natężyła umysł, poszukała dobrze w pamięci i naraz…

Ależ tak! Spotkała go na przyjęciu, które jej ojczym zorganizował po ślubie dla swoich współpracowników. Facet był rzeczywiście bogaczem, prowadził interesy w branży budowlanej. Nazywał się Hutton. Właśnie, L. Pierce Hutton. Jego firma specjalizowała się w budowie platform wiertniczych, a także nowoczesnych biurowców w centrach wielkich miast. On sam był wybitnym architektem, cenionym w środowisku ekologów, a znienawidzonym przez konserwatywnych polityków, ponieważ demaskował wszelkie próby omijania prawa chroniącego środowisko naturalne, które to próby tak często podejmowali jego nieuczciwi konkurenci.

Tak, oczywiście, że go pamiętała. Niedawno umarła mu żona. Było to przed trzema miesiącami, ale chyba jeszcze cierpiał z tego powodu. Stąd ten nie widzący wzrok i roztargniona, nieobecna mina.

Postanowiła przedstawić się i porozmawiać. Podeszła do niego lekko onieśmielona, licząc na to, że zauważy ją i sam się odwróci. Nie zauważył. Nadal wpatrywał się w obraz takim wzrokiem, jakby miał ochotę za chwilę go podpalić.

– To słynny obraz – odezwała się cicho, stając u jego boku. – Nie podoba się panu?

Spojrzał na nią, mrużąc oczy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest taki wysoki. Brianne nie była niska, lecz sięgała mu zaledwie do ramienia.

– Je ne parle pas anglais – odpowiedział, nieco zaskoczony, ale też chyba niezbyt zadowolony, że go zaczepiła.

– Owszem, mówi pan po angielsku – odparła. – Wiem, że mnie pan nie pamięta, ale ja pana tak. Był pan na przyjęciu w Nassau, kiedy moja matka wyszła za mąż za Kurta Brauera.

– Och, tak – westchnął – współczuję jej – dodał po angielsku.

– Ja również.

– Czego chcesz?

Spojrzała na niego swymi jasnozielonymi oczami, zbita nieco z tropu tym niezbyt kulturalnym pytaniem.

– Chciałam tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu śmierci pańskiej żony. Na przyjęciu nikt nawet o niej nie wspomniał. Pewnie wszyscy obawiali się poruszać ten temat. Cóż – uśmiechnęła się lekko – ludzie zawsze tak reagują, gdy ktoś z ich znajomych straci bliską osobę. Udają, że o niczym nie wiedzą, albo czują się zażenowani i mamroczą coś pod nosem. Tak było, kiedy umarł mój ojciec. A ja pragnęłam tylko, żeby ktoś mnie objął i pozwolił mi się wypłakać. – Teraz zdobyła się na szerszy uśmiech. – Mało kto to rozumie.

Mężczyzna nadal patrzył na nią lodowatym wzrokiem, wciąż zdziwiony, że młoda dziewczyna zaczepiła go pierwsza i najwyraźniej nie ma zamiaru odejść. Przyjrzał się jej twarzy, zwracając uwagę na piegowaty nos.

– Co pani robi we Francji? Czyżby Brauer działał teraz w Paryżu?

Brianne pokręciła głową.

– Moja matka jest w ciąży. Przeszkadzałam im, więc wysłali mnie tutaj do szkoły.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– To co pani robi o tej porze w muzeum?

– Uciekłam właśnie z lekcji. Robótki ręczne – dodała z krzywym grymasem na twarzy. – Mogę robić wszystko, tylko nie to. Nie interesuje mnie szycie i haftowanie poduszek. Wolę księgowość i rachunkowość.

– W pani wieku? – mruknął, a jego twarz jakby się rozpogodziła.

– Mam prawie dziewiętnaście lat – poinformowała go poważnie. – Jestem świetna z matematyki. Dostaję same szóstki. Pewnego dnia, gdy zrobię dyplom, będzie pan mnie musiał zatrudnić. Przysięgam, że wyrwę się kiedyś z tego cholernego więzienia i zacznę prawdziwe studia.

– Życzę powodzenia – rzekł z uśmiechem. Brianne spojrzała na coraz bardziej zniecierpliwiony tłum, czekający w kolejce przed portretem Mony Lisy.

– Wszyscy chcą zobaczyć ten obraz, a potem są zdumieni, że jest taki mały, a na dodatek umieszczony za szkłem – stwierdziła, zmieniając temat. – Podsłuchiwałam, co mówią. Chce pan wiedzieć, czego prawie wszyscy się spodziewają? Ogromnego malowidła! Muszą być zawiedzeni, że po tak długim czekaniu w kolejce nie widzą dzieła wielkości ściany.

– Cóż, życie pełne jest rozczarowań.

– Prawda? – Spojrzała na niego śmielej, zajrzała mu w oczy z otwartością, na jaką pozwalają sobie tylko nastolatki. – Naprawdę przykro mi z powodu śmierci pańskiej żony, panie Hutton. Słyszałam, że byliście państwo małżeństwem od dziesięciu lat i bardzo się kochaliście. Musi być panu teraz bardzo ciężko.

Hutton drgnął niczym wrażliwa na dotyk roślina.

– Nie rozmawiam o prywatnych sprawach, więc…

– Rozumiem – przerwała mu. – To wymaga czasu. Ale nie powinien pan być teraz samotny. Ona na pewno by tego nie pochwalała.

Zacisnął szczęki, jakby z trudem mu przychodziło zachować kamienną twarz.

– Przepraszam, panno…

– Martin – podsunęła. – Brianne Martin.

– Z wiekiem przekona się pani, panno Martin, że z obcymi nie należy zbyt łatwo wchodzić w zażyłość, a tym bardziej opowiadać im o wszystkim.

– Wiem, zawsze mówię za dużo. Stąpam zbyt odważnie po kruchym lodzie. – Jej zielone oczy spojrzały na niego z łagodną życzliwością. – I wcale się tego nie boję.

– Zauważyłem.

Przez chwilę milczeli, wreszcie Brianne odezwała się znowu:

– Musi pan być silnym człowiekiem, skoro nie mając jeszcze czterdziestki, tyle pan już osiągnął. Każdy przeżywa jednak w życiu trudne chwile, nawet najtwardsi i najbardziej niezłomni. Ale nawet w środku nocy błyska nam jakieś światełko, promyk nadziei. – Podniosła rękę, widząc, że uśmiecha się pobłażliwie i zamierza jej przerwać. – Dobrze, nic już więcej nie powiem. Sądzi pan, że ten człowiek ma właściwe proporcje? – zapytała ni stąd, ni zowąd, wskazując głową na obraz mężczyzny i kobiety, któremu Hutton przed chwilą się przyglądał. – Chyba jest trochę… karłowaty, prawda? Ona z kolei ma przesadnie obfite kształty, ten malarz był pewnie miłośnikiem pulchnych ciał. – Westchnęła głośno i dodała: – A jednak jej zazdroszczę. Ja przez całe życie będę chyba miała małe piersi. – Spojrzała nagle na zegarek. – Boże, spóźnię się na matematykę, a to jedyna lekcja, której nie chcę opuścić! Do widzenia, panie Hutton!

Po tych słowach pobiegła w kierunku wyjścia, nie oglądając się za siebie. Wyglądała niezgrabnie ze swym długim warkoczem i chudymi nogami, ale Hutton uśmiechnął się, odprowadzając ją wzrokiem. Zabawna dziewczyna, pomyślał. Zrazu chciał ją zlekceważyć, jednak później przypadła mu do gustu.

Zaśmiał się w duchu, spoglądając na nie zapalone cygaro, które wciąż trzymał w dłoni. Myślała, że nie spodobał mu się obraz… W ogóle nie patrzył na obrazy! Nie przyszedł przecież do Luwru, aby podziwiać dzieła sztuki. Miał zamiar skoczyć po zmroku do Sekwany. Margo odeszła, a on, mimo usilnych starań, nie potrafił bez niej żyć. Nie zobaczy już nigdy jej roześmianych niebieskich oczu, nie usłyszy, jak delikatnym głosem, w którym pobrzmiewał francuski akcent, mówi żartobliwie o jego pracy. Nie poczuje pod sobą jej miękkiego ciała, prężącego się w ekstazie w półmroku ich sypialni, nie poczuje, jak z rozkoszą wbija mu w skórę paznokcie w miłosnym uniesieniu.

Zamrugał oczami, czując, że pieką go od łez. Miał pustkę w sercu. Od pogrzebu żony nikt nie odważył się okazać mu współczucia. Zabronił wymawiać jej imię w swoim cichym, opustoszałym domu w Nassau. W biurze był niestrudzony i wymagający. Wszyscy to rozumieli.

Nie spodziewał się, że samotność jest taka straszna. Nie miał rodziny, dzieci, które stanowiłyby dla niego pociechę. Po tragicznym poronieniu Margo nie mogła ponownie zajść w ciążę, to był jej największy dramat.

Nigdy jednak nie przywiązywali do tego zbyt wielkiej wagi, sami byli bowiem dla siebie wszystkim. Och, byłoby cudownie mieć dzieci, oczywiście, lecz przecież nie pragnęli ich obsesyjnie. Cieszyli się pełnią życia, zawsze i wszędzie byli razem, zakochani w sobie i wpatrzeni w siebie – aż do końca. Margo troszczyła się o niego nawet wtedy, gdy siedząc przy jej łóżku, patrzył z rozpaczą, jak ukochana niknie w oczach. Pytała, czy je ile trzeba, i czy nie śpi za mało. Bała się, jak sobie poradzi, kiedy jej zabraknie.

– Nigdy nie chodzisz zimą w płaszczu – mówiła słabnącym głosem – nie nosisz parasola, kiedy pada, ani nie zmieniasz mokrych skarpet. Tak bardzo się martwię, mon cher. Musisz o siebie dbać, tu comprends?

Obiecywał jej to z płaczem, a ona tuliła jego głowę do swych wychudłych piersi.

Westchnął głośno, pogrążony w ponurych wspomnieniach. Kilku turystów spojrzało na niego ze zdziwieniem, a on pokręcił głową, jakby dopiero teraz uzmysłowił sobie, gdzie jest. Odwrócił się w tej samej chwili i wyszedł po schodach na zalany słońcem paryski bulwar.

Uliczny gwar pozwolił mu wrócić do rzeczywistości. Nie przeszkadzał mu hałas, który sprawiał, że mieszkańcy przeludnionego i zatrutego spalinami centrum Paryża stawali się coraz bardziej nerwowi. Rozluźniwszy zaciśniętą dłoń, sięgnął do kieszeni po zapalniczkę i zaczął się jej przyglądać, stojąc na kamiennych schodach. Dostał ją od Margo z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. Na złotej obudowie były wyryte jego inicjały. Zawsze nosił tę zapalniczkę przy sobie. Przesunąwszy teraz palcem po jej gładkiej powierzchni, znowu poczuł ból w sercu.

Zaciągnął się cygarem. Dym podrażnił mu płuca, lecz po chwili podziałał na niego kojąco. Odetchnął głęboko, spoglądając na tłum turystów, spieszących do Luwru. Cieszyli się wakacjami. Byli szczęśliwi i roześmiani, podczas gdy on cierpiał.

Nieoczekiwanie przypomniał sobie Brianne i to, co mu powiedziała. Cóż za dziwna historia… Zupełnie obca dziewczyna pojawia się nie wiadomo skąd i udziela mu rad, jak uleczyć złamane serce.

Uśmiechnął się mimo rozdrażnienia. Była miłym dzieciakiem. Niepotrzebnie tak szorstko się z nią obszedł. Pamiętał, że jej matka poślubiła Brauera i zaszła w ciążę. Brianne wspominała, że stało się to wkrótce po śmierci ojca. Musiała to bardzo przeżyć. A potem przeszkadzała ojczymowi, więc ten wysłał ją do Paryża. No tak, każdy ma jakieś problemy. Takie jest życie.

Hutton spojrzał z posępnym uśmiechem na swego roleksa. Za pół godziny miał spotkanie w ministerstwie. Zważywszy na natężenie ruchu o tej porze, będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli spóźni się tylko o następne pół godziny. Podszedł zrezygnowany do krawężnika, aby złapać taksówkę. Nie czekał długo. Po chwili wsiadł do starego peugeota i odjechał.

Brianne wślizgnęła się do klasy, starając się robić jak najmniej zamieszania. Skrzywiła się, gdy pyszałkowata Emily Jarvis zaczęła na jej widok szeptać coś do koleżanek. Emily była jedną z tych osób, których Brianne szczerze nie cierpiała. Na szczęście miała spędzić w tej ekskluzywnej szkole jeszcze tylko miesiąc. Liczyła, że potem wyślą ją na studia. Na razie jednak musiała znosić towarzystwo i Emily, i jej zarozumiałych przyjaciółek.

Otworzyła książkę do matematyki i zaczęła słuchać wykładu z algebry. Przynajmniej te zajęcia były interesujące i coś jej dawały. Radziła sobie z rozwiązywaniem równań dużo lepiej niż z szyciem.

Po lekcji zatrzymała się w holu, otoczona przez dwie grupy przyjaciółek. W jednej z nich stała Emily. Była efektowną blondynką, nosiła bardzo drogie rzeczy, a pochodziła ponoć z utytułowanej brytyjskiej rodziny, której przodkowie mieli powiązania z dworem Tudorów. Mimo to Brianne nie była w stanie spojrzeć na nią życzliwszym okiem.

– Powiedziałam Madame Dubonne, że uciekłaś z lekcji – oznajmiła Emily z jadowitym uśmiechem.

– Nie ma sprawy – odparła Brianne, również się uśmiechając. – Ode mnie dowiedziała się za to, co robiłaś we wtorek po zajęciach z doktorem Mordeau w sali plastyki.

Zanim zaszokowana Emily zdążyła coś odpowiedzieć, Brianne posłała jej drwiący uśmiech i zniknęła w holu. Wszystkich dziwiło zawsze, że choć wygląda na osobę delikatną, niemal bezbronną, ma w istocie niezłomny i twardy charakter. Koleżanki, które próbowały jej dogryźć, zwykle tego żałowały. Rzeczywiście, Brianne powiedziała Madame Dubonne, co Emily wyprawiała z nauczycielem plastyki. Dlaczego miałaby nie mówić? Wszystkie dziewczyny były zbulwersowane ich niedyskretnym zachowaniem. Każda, która weszła do sali, słyszała wyraźnie, co robili, i widziała ich sylwetki za przezroczystym parawanem.

Brianne nie lubiła skarżyć, ale Emily tak zdążyła jej dopiec, że nie było jej wcale żal tej złośliwej dziewczyny. Trudno, raz będzie skarżypytą, może Emily da jej wreszcie spokój.

Emily dała spokój Brianne. Jeszcze tego samego dnia doktor Mordeau został wysłany na długi urlop zdrowotny, a jego nieletnia kochanka nie zjawiła się więcej w szkole. Jedna z dziewcząt widziała podobno, jak następnego dnia rankiem Emily wsiadała z walizkami do limuzyny. Gdzie wyjechała – nikt nie wiedział. Dość, że nie pojawiła się już w szkole ani razu.

Po tym wydarzeniu Brianne miała mniej problemów. Dawne przyjaciółki Emily zdały sobie sprawę, że ich pozycja w klasie spadła, i nie dokuczały jej dawnej rywalce. Za to Brianne zaprzyjaźniła się z młodszą od siebie o rok rudowłosą Carą Harvey. Chodziły razem do galerii i muzeów, których w Paryżu nie brakowało. Choć Brianne nie chciała się do tego przyznać, miała nadzieję ponownie spotkać w którymś z tych miejsc Pierce’a Huttona. Ten człowiek ją fascynował. Wydawał się taki samotny. Nigdy dotąd nie czuła równie silnego duchowego związku z drugą osobą. Było to trochę zaskakujące, ale nie budziło jej niepokoju. Przynajmniej na początku.

W dniu swoich dziewiętnastych urodzin Brianne poszła późnym popołudniem do Luwru, aby obejrzeć obraz, w który wpatrywał się Pierce Hutton pamiętnego dnia, kiedy to rozpoznała go i odbyła z nim rozmowę. Mimo urodzin nie była w dobrym humorze. Nikt nie złożył jej życzeń, dostała tylko kartkę od Cary. Matka, jak zwykle, zapomniała o jej święcie, a ojca nie było. Gdyby żył, otrzymałaby zapewne od niego róże albo jakiś prezent. Tak było zawsze. A teraz? Cóż, nie pamiętała równie smutnych urodzin. Nawet Luwr nie był w stanie jej pocieszyć.

Okręciła się na pięcie, powiewając spódnicą. Oprócz niej miała na sobie białą jedwabną koszulkę na ramiączkach oraz pantofelki na płaskich obcasach. Zamiast torebki nosiła plecak, który był o wiele wygodniejszy. Co rusz odrzucała niecierpliwie do tyłu swoje długie jasne włosy. Wolałaby, żeby były bardziej puszyste, może też trochę bardziej podatne na układanie, a nie ciężkie i opadające na ramiona. Może powinna je ściąć?

Niestety, nie spotkała w muzeum Pierce’a Huttona i humor jeszcze bardziej jej się pogorszył. Wyjrzała przez okno, zauważyła, że zrobiło się ciemno i pomyślała, że trzeba wracać do internatu. Postanowiła złapać taksówkę, chociaż nie bała się wcale chodzić po Paryżu wieczorami. Wyszła na zewnątrz, rozejrzała się za taksówką, naraz jednak zauważyła niewielkie bistro. Poczuła ochotę, by wstąpić i napić się czegoś. Może zamówi lampkę wina? W końcu to jej urodziny.

Wszedłszy do mrocznego, zatłoczonego lokalu, natychmiast zdała sobie sprawę, że jest to raczej bar niż bistro – i to dość ekskluzywny. Nie miała zbyt wiele pieniędzy, więc nie było jej stać na wizytę w takim miejscu. Zawróciła do wyjścia ze skwaszoną miną i miała nacisnąć właśnie mosiężną klamkę, gdy ktoś złapał ją nagle za rękę.

Spojrzała zaskoczona na ciemnookiego mężczyznę.

– Stchórzyłaś? – zapytał. – Czyżbyś była za młoda na takie miejsca?

Brianne wstrzymała oddech. Mężczyzną, który ją zaczepił, był Pierce Hutton. Mówił głębokim, szorstkim, trochę niewyraźnym głosem. Kosmyk gęstych czarnych włosów opadał mu na czoło. Oddychał ciężko, jakby był zmęczony. Albo pijany.

– Kończę dzisiaj dziewiętnaście lat – powiedziała niepewnie.

– Świetnie. Wszystkiego najlepszego.

– Ale już od dawna czuję się dorosła.

– Jeszcze lepiej. Pewnie masz już nawet prawo jazdy.

– Ale nie mam samochodu.

– Prawdę mówiąc, ja też nie.

Poprowadził ją do stolika w rogu, na którym stała opróżniona do połowy butelka whisky oraz dwie szklanki: jedna pękata, druga wysoka, zapewne z wodą sodową. W popielniczce leżało zapalone grube cygaro.

– Pewnie nie znosisz dymu – mruknął, gdy udało mu się usiąść, nie wpadając na stolik. Najwyraźniej siedział już w tym barze od dłuższego czasu.

– Na powietrzu mi nie przeszkadza – odparła Brianne. – Duszę się jednak w zadymionych pomieszczeniach. Zimą miałam zapalenie płuc, jeszcze nie doszłam do siebie.

– Zupełnie jak ja – powiedział Hutton zdławionym głosem, gasząc cygaro.

– Chorował pan na zapalenie płuc?

– Nie – uśmiechnął się. – Nie doszedłem wciąż do siebie, nie mogę odzyskać równowagi. Powiedziałaś, że z czasem wszystko minie, prawda? Skłamałaś, dziewczyno. Wcale nie jest lepiej. Mam wrażenie, że rak zżera moją duszę. Brakuje mi Margo… – zacisnął dłonie w pięści z grymasem bólu na twarzy – cholernie mi jej brakuje!

Brianne przysunęła się bliżej, objęła go ramieniem. Ten gest wystarczył, by Pierce natychmiast przygarnął ją do piersi. Poczuła na szyi jego gorący oddech, usłyszała nieskładnie szeptane słowa, których sensu nie była w stanie zrozumieć. Pierce płakał. Cały drżał, łkając z rozpaczy. Pocieszała go, jak mogła, mrucząc mu do ucha pokrzepiające słowa, jednak on nie był w stanie wydobyć się z rozpaczy.

Kiedy wreszcie się uspokoił, poczuła się trochę zażenowana. Mógł być niezadowolony, że widzi go w takim stanie. Najwyraźniej jednak wcale mu to nie przeszkadzało. Podniósł głowę z głośnym westchnieniem i położył jej na ramiona swe potężne dłonie. Potem zaś spojrzał na nią załzawionymi oczami bez cienia skrępowania.

– Zaskoczyłem cię, prawda? Jesteś Amerykanką, a w Ameryce mężczyźni nie płaczą. Maskują uczucia i nigdy się do nich nie przyznają. – Roześmiał się, ocierając łzy. – Cóż, jestem Grekiem. Ze strony ojca. Moja matka była Francuzką, a babka Argentynką. Mam latynoski temperament i nie wstydzę się okazywania uczuć. Śmieję się, gdy jestem szczęśliwy, i płaczę, kiedy mi smutno.

– Ja też. – Brianne sięgnęła do kieszeni po chusteczkę i z uśmiechem otarła mu wilgotne policzki. – Podobają mi się pana oczy.

– Tak? – Poruszył się niespokojnie, zakłopotany lekko tym nieoczekiwanym wyznaniem. – A dlaczego?

– Są takie ciemne.

– Latynoski temperament – powtórzył – i latynoska krew. Odziedziczyłem je po ojcu i dziadku. Byli właścicielami tankowców. – Pochylił się ku niej. – Sprzedałem je wszystkie. Kupiłem spychacze i dźwigi.

– Nie lubi pan tankowców? – zapytała z przejęciem.

– Nie lubię, kiedy wycieka z nich do morza ropa. Dlatego dbam, żeby platformy wiertnicze, które buduję, były szczelne. – Wziął do ręki szklankę i napiwszy się, podsunął ją Brianne. – Spróbuj. To dobra szkocka whisky, importowana z Edynburga. Jest łagodna i w dodatku rozcieńczona wodą.

Brianne zawahała się.

– Nigdy nie piłam alkoholu – wyznała.

– Wszystko robimy kiedyś po raz pierwszy.

– Dobrze. A więc na zdrowie! – Łyknęła sporą porcję i oczy o mało nie wyszły jej z orbit. Chuchnęła głośno, wpatrując się w szklankę. – Ależ to mocne!

– Hamuj się, dziecko – uśmiechnął się. – To kosztowny trunek. Nie można pić go duszkiem.

– Po pierwsze nie jestem dzieckiem, mam dziewiętnaście lat – poinformowała go,popijając kolejny łyk. – A po drugie to jest całkiem niezłe.

Zabrał jej szklankę.

– Wystarczy. Nie chcę być oskarżony o uwiedzenie nieletniej.

– Naprawdę? – powiedziała, unosząc brwi. – Więc przez chwilę myślał pan o tym, żeby mnie uwieść.

– Tego nie powiedziałem.

– Niech pan nie oszukuje.

– Czyżbyś umiała czytać w myślach?

– Nie – roześmiała się. – Szczerze mówiąc, mam niewielkie doświadczenie w tych sprawach. Zawsze jednak byłam ciekawa, po co kobiety rozbierają się przy mężczyznach.

– Hm…

– Jest pan zakłopotany.

– A ty bezwstydna.

– Staram się. Pochlebia mi taka opinia. W każdym razie w szkole nie dowiem się zbyt wiele o seksie, w muzeum też nie. Oglądanie posągów w Luwrze nie jest najlepszą metodą edukacji seksualnej. Zresztą, nie mam kompleksów, wszystko przede mną. Czy wie pan – zachichotała – że Madame Dubonne, nauczycielka w naszej szkole, chyba nadal uważa, że dzieci przynoszą bociany?

Pierce nie odpowiadał, więc przyglądała się przez chwilę jego śniadej twarzy, wreszcie zapytała:

– Czy czuje się pan już lepiej?

– Trochę. – Wzruszył ramionami. – Wypiłem jeszcze za mało, ale już jestem znieczulony.

Dotknęła ostrożnie jego wielkiej dłoni. Była ciepła i muskularna, spod mankietu białej koszuli wystawały czarne włosy. Paznokcie miał gładkie, czyste i równo przycięte. Działał na nią, działał tak, jak nie działał nikt przed nim.

Spojrzał na jej długie, delikatne palce i zauważył:

– Nie malujesz paznokci. A u nóg?

– Też nie. – Pokręciła głową. – Mam zbyt niezgrabne stopy. Moje ręce i nogi na pewno mnie nie zdobią.

– Nieprawda. – Ujął jej dłonie. – Mnie się podobają. – Zamilkł na chwilę. – Dziękuję, Brianne – dodał krótko, zmienionym nagle tonem, jakby był zły, że musi to powiedzieć.

– Proszę. Ludzie potrzebują czasami pocieszenia – stwierdziła z uśmiechem. – Ale pan jest twardy. Da pan sobie radę i bez tego.

– Może.

– Na pewno – rzekła z przekonaniem. – „Znieczulanie się’’ też jest zbędne w pana przypadku. Nie powinien pan już wrócić do domu? – zapytała, rozglądając się wokół. – Obserwuje pana jakaś blondynka. Założę się, że ma ochotę zaciągnąć pana do łóżka, a potem ukraść panu portfel.

Hutton pochylił się w kierunku Brianne i szepnął konfidencjonalnie:

– Nie miałaby ze mnie pożytku. Jestem zbyt pijany.

– Chyba by jej to nie przeszkadzało.

– Przeszkadzałoby. Kobiety tego nie lubią.

– Może nie wszystkie? – uśmiechnęła się tajemniczo.

– Chcesz powiedzieć, że tobie nie przeszkadza? Że mogłabyś pójść teraz do mnie i…

– Panie Hutton, musiałby pan najpierw wytrzeźwieć – przerwała mu szybko. – Mój pierwszy raz będzie wystrzałowy, porywający, jak symfonia Beethovena. Jak może mi to zapewnić pijany mężczyzna?

Hutton odchylił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim, szczerym śmiechem.

– Tak czy inaczej, mogłabyś mi pomóc trafić do domu – powiedział w końcu. – Z tobą jestem bezpieczny, sam przepadnę. – Położył na stole pieniądze, po czym dodał z wahaniem: – Tylko obiecaj, że nie będziesz próbowała mnie uwieść.

– Obiecuję. – Położyła rękę na sercu.

– W porządku. – Wstał, zatoczył się, oparł dłonią o blat. – Cholera, chyba trochę przesadziłem. Widać, że piłem? – zapytał. – Mów szczerze.

– Nie – Brianne zrobiła niewinną minkę – nic a nic.

– Nie pamiętam nawet, jak tu trafiłem. Boże, chyba wyszedłem w trakcie rozmów na temat budowy nowego hotelu!

– Och, na pewno będą jeszcze trwały, kiedy pan wróci – stwierdziła, tłumiąc śmiech. – Ruszajmy, panie Hutton. Musimy złapać taksówkę.

Tytuł oryginału:

Once in Paris

Pierwsze wydanie:

MIRA Books, 1998

Opracowanie graficzne okładki:

Robert Dąbrowski

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Korekta:

Jolanta Nowak

© 1998 by Diana Palmer

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2000, 2002, 2008, 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

ISBN 978-83-276-1611-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com