47,90 zł
Ta książka to nie solowa aria, lecz zespół kobiecych głosów: bibliotekarek, żołnierek, aktywistek i prawniczek.
Kiedy Rosja rozpoczęła inwazję na pełną skalę, Wiktoria Amelina, ukraińska powieściopisarka i poetka stała się badaczką zbrodni wojennych. Dokumentowała ruiny szkół, ośrodków kultury oraz zbierała zeznania ocalałych i świadków okrucieństw. Jej zapiski odzwierciedlają osobiste przeżycia terroru, ale niosą ze sobą głębokie przesłanie: konieczność widzenia poszczególnych istot ludzkich, nieodwracania wzroku od cierpienia.
Autorka została zabita przez rosyjską rakietę w 2023 roku w wieku 37 lat. Celem książki zredagowanej przez przyjaciół i jej męża, Aleksa Amelina, było i jest odegranie roli w dążeniu do sprawiedliwości za popełnione na jej rodakach zbrodnie.
Laureatka uznanej brytyjskiej nagrody The Orwell Prize za rok 2025.
Wstęp: Margaret Atwood
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2026
Wiktoria Amelina, Patrząc na kobiety, patrząc na wojnę
Tytuł oryginału: Looking At Women Looking At War
Warszawa 2026
Copyright © by Victoria Amelina, 2025
Copyright © for the foreword by Margaret Atwood, 2025
Copyright © for the translation by Hanna Pustuła-Lewicka, 2026
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-68823-09-7
Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka
Redakcja: Anna Wojczyńska
Korekta: Joanna Kłos
Projekt okładki, układ typograficzny, łamanie: Katarzyna Błahuta
Redaktor prowadzący: Patryk Walaszkowski
Współpraca redakcyjna: Vendula Czabak
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10, lok.3
00–013 Warszawa
www.krytykapolityczna.pl
Podczas wojny jest niewiele miejsca na przeszłość i przyszłość, na perspektywę, na trafne przewidywania: jest tylko rozpalona do czerwoności bieżąca chwila, bezpośredniość percepcji, intensywność emocji, w tym gniewu, niepokoju, strachu. W tragicznie niedokończonej książce, pisanej z samego środka odrażającej, brutalnej kampanii wojennej, mającej na celu zniszczenie Ukrainy, Wiktoria Amelina rejestruje też surrealizm: poczucie, że rzeczywistość wykrzywia się jak w koszmarnym śnie, że to nie może się dziać naprawdę. Zbombardowane przedszkola z uśmiechającymi się postaciami z radzieckich kreskówek na ścianach. Są też jednak momenty odwagi, koleżeństwa, wspólnego zaangażowania w sprawę. Rosję napędza w tej wojnie chciwość – więcej terytoriów, więcej zasobów materialnych – ale Ukraina walczy o życie: nie tylko o przetrwanie państwa, ale też o życie swoich obywateli, ponieważ nietrudno zgadnąć, co przyniosłoby im rosyjskie zwycięstwo.
Nie musimy wyobrażać sobie rzezi, masowych rabunków, gwałtów, egzekucji doraźnych, głodu, odbierania dzieci i czystek, bo to już wszystko było. Rosjanie podają się za „braci” Ukraińców, ale Ukraińcy odrzucają to pokrewieństwo. Po co komu „brat”, który jest morderczym psychopatą i próbuje cię zabić?
W tej sytuacji wielu ukraińskich artystów odłożyło uprawianie sztuki, by bronić ojczyzny i swoich współobywateli. Wśród nich była Wiktoria Amelina. Przed wojną znana, utalentowana pisarka. Jak to się mówi, nagradzana pisarka. Wydawała powieści i książki dla dzieci, podróżowała po świecie, stworzyła festiwal literacki. To wszystko zmieniła rosyjska napaść na Ukrainę. Wiktoria przerzuciła się na pisanie o wojnie, dokumentowała zbrodnie wojenne dla ukraińskiej organizacji pozarządowej Truth Hounds, zbierała relacje świadków i ocalałych.
W wielu religiach występuje postać anioła skryby, który spisuje dobre i złe uczynki ludzi. Bóstwo korzysta z jego rejestrów, żeby przywrócić równowagę – wyrównać szalki wagi, z którą tak często jest przedstawiana bogini Sprawiedliwości. Truth Hounds są aniołem skrybą okrucieństw, które Rosja popełnia w Ukrainie. Amelina przygląda się nie tyle samym zbrodniom, ile historiom kobiet, które, tak jak ona, starają się je dokumentować, a także historiom kobiet dotkniętych wojną: ich zniszczonym mieszkaniom, próbom ewakuacji, zabitym partnerom, rozrzuconym konstrukcjom z klocków Lego, zbudowanym przez ich niegdyś szczęśliwe dzieci. Jej pisanie jest pośpieszne, naglące, intymne, osobiste, szczegółowe i zmysłowe.
Kroczy po szczytnych śladach wcześniejszych reporterek wojennych, takich jak Martha Gellhorn, która napisała: „Muszę relacjonować tę wojnę […]. Nie widzę powodu, by prosić jak o uprzejmość o prawo bycia oczami milionów Amerykanów, którzy rozpaczliwie potrzebują to zobaczyć, a sami zobaczyć nie mogą”. Artyści tacy jak Amelina pomagają nam nie tylko zobaczyć, ale też poczuć. Są naszymi oczami. Talent literacki Ameliny był dla niej jako powieściopisarki wielkim darem, a teraz stał się wielkim darem również dla nas.
Amelina zdążyła przed śmiercią przygotować sześćdziesiąt procent tekstu. W dużej części jest to surowy materiał – fragmentaryczny, nieoszlifowany, niezredagowany. Jak wyjaśnia zespół redaktorski, który przygotował książkę do druku: „Autorka zdążyła dopracować strukturę tekstu i napisać niektóre rozdziały (głównie w części I i w zakończeniu), ale pozostałe są nieukończone. Składają się z niezredagowanych notatek i raportów z misji terenowych, bez kontekstu lub z samym tytułem. Zespół redakcyjny przyjął strategię jak najmniejszej ingerencji w oryginalny tekst, a tam, gdzie było to niezbędne, informowania czytelnika o swoich interwencjach”. Efekt tej pracy jest niezwykle nowoczesny. Przywodzi na myśl Księgę niepokoju Fernanda Pessoi czy Ostatnią taśmę Krappa Samuela Becketta. Niepełność nas wciąga: pragniemy uzupełnić to, czego brakuje.
Bardzo trudno jest mi pisać to wprowadzenie: jak wyciągać wnioski, formułować doniosłe stwierdzenia, jeśli temat tej książki ciągle fluktuuje?
Ta wojna miała zakończyć się szybkim zwycięstwem – w lutym 2022 roku rozmaici eksperci zapowiadali, że rosyjska inwazja w ciągu kilku dni zmiecie Ukrainę, a kiedy piszę te słowa, wojna trwa już ponad dwa lata, a mała Ukraina odebrała połowę obszarów, które ogromna Rosja zajęła na początku napaści.
Wojna nie jest statyczna, jest płynna. Przelewa się, niszczy, zmiata wszystko na swojej drodze, wciąga ludzi pod wodę. Jej ostateczny wynik i efekty falowania są nieprzewidywalne.
Jednak w tej chwili – w czerwcu 2024 roku – rosyjskie próby zajęcia Charkowa ugrzęzły w impasie. Ukraina dowiedziała się właśnie, że francuscy wojskowi będą jawnie wspierać jej działania; Stany Zjednoczone dały zielone światło dla ataków na cele wojskowe w głębi Rosji, co powinno pozwolić wyhamować grad rosyjskich pocisków na takie cele cywilne, jak galeria handlowa albo restauracja w Kramatorsku, w której latem 2023 roku w wieku trzydziestu siedmiu lat zginęła Wiktoria Amelina.
Teraz przemawia do nas głos: świeży, żywy, intensywny.
Margaret Atwood
Wiktoria Amelina pozostawiła po sobie nieukończony manuskrypt. Autorka zdążyła dopracować strukturę książki i napisać niektóre rozdziały (głównie w części I i w zakończeniu), ale pozostałe części są nieukończone. Składają się z niezredagowanych notatek i raportów z misji terenowych, bez kontekstu albo tylko z tytułem. Zespół redakcyjny przyjął strategię jak najmniejszej ingerencji w oryginalny tekst, a tam, gdzie było to niezbędne, informowania czytelnika o swoich interwencjach. Zostały oznaczone w następujący sposób:
<<…>> oznacza fragmenty znalezione przez zespół edytorski w starszych kopiach rękopisu i wklejone do wersji ostatecznej.
Szara czcionka wskazuje na surowe, niepełne notatki, pozostawione przez autorkę w rękopisie.
Ustępy kursywą to raporty z pracy w terenie i inne dokumenty, wklejone do manuskryptu przez autorkę.
W nawiasach kwadratowych znajdują się wyjaśnienia dodane przez zespół redakcyjny.
[Nota redakcyjna] w tekście głównym została dodana w celu zasygnalizowania przejścia od wygładzonego tekstu do surowego brudnopisu albo naświetlenia kontekstu.
Wszystkie przypisy redakcyjne służą ukazaniu kontekstu albo informują o stanie tekstu (na przykład o niedokończonych zdaniach albo nierozwiniętych połączeniach).
Wszystkie fragmenty w języku ukraińskim przetłumaczyła na angielski Daisy Gibbons. Teksty poetyckie przełożył z ukraińskiego Uilleam Blacker1*.
To, co zaczęło się jako dziennik ukraińskiej powieściopisarki, która po rozpoczęciu pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku przekwalifikowała się na badaczkę zbrodni wojennych, rozwinęło się w opowieść o niezwykłych kobietach. Wśród moich bohaterek są Jewhenija Zakrewska: wybitna prawniczka i żołnierka, która bierze udział w walkach o wyzwolenie miast na Charkowszczyźnie z linii frontu i przez internet występuje w historycznym procesie sądowym; Ołeksandra Matwijczuk: szefowa organizacji dokumentującej dziesiątki tysięcy zbrodni wojennych, w 2022 roku uhonorowana Pokojową Nagrodą Nobla; i Julia Kakulia-Danyliuk: odważna bibliotekarka z rodzinnej wsi mojego kolegi, Wołodymyra Wakułenki, znalazczyni nagrania, które rzuca światło na okoliczności jego porwania i śmierci.
Mój dobór bohaterek jest bardzo osobisty, ponieważ w rosyjsko-ukraińskiej wojnie wszystko jest osobiste. Podobnie jak wielu moich rodaków, od 24 lutego 2022 roku dokonuję wyborów, które zwykle silniej wpływają na moje życie niż na moją pracę.
Postrzegam tę książkę jako swego rodzaju powieść detektywistyczną. Od wybuchu wojny 2014 roku i teraz, od początku pełnowymiarowej inwazji, ja i miliony Ukraińców szukamy jednej rzeczy: sprawiedliwości.
Poszukiwanie sprawiedliwości przeobraziło mnie z pisarki i matki w badaczkę zbrodni wojennych. Od roku fotografuję wyrwy w ścianach bibliotek, ruiny szkół i domów kultury, rejestruję relacje świadków i ocalałych. Robię to, aby ujawnić prawdę, utrwalić pamięć, w imię sprawiedliwości i szansy na trwały pokój.
Pod wpływem tego samego dążenia stopniowo wróciłam do roli pisarki, by móc wam opowiedzieć o ukraińskim poszukiwaniu sprawiedliwości.
Praca badaczki zbrodni wojennych wymaga znajomości podstawowych zasad międzynarodowego prawa humanitarnego. Musisz nauczyć się rozmawiać z osobami w ciężkiej traumie tak, by nie pogłębić ich cierpienia. Trzeba przestrzegać konkretnych protokołów, które ułatwiają poznanie kluczowych aspektów domniemanej zbrodni wojennej. Jeden z moich mentorów, Roman Awramenko, który kieruje organizacją pozarządową Truth Hounds i działa na tym polu od ponad dziesięciu lat, nauczył mnie jednak, że mając stale na uwadze dwa główne cele, mogę w zasadzie zapomnieć o reszcie, a i tak dobrze wykonam swoje zadanie.
Po pierwsze, należy ustalić, czy dany przypadek jest zbrodnią wojenną w rozumieniu międzynarodowego prawa humanitarnego. Po drugie, trzeba zidentyfikować sprawców i określić ich udział w domniemanej zbrodni wojennej. Zawsze pamiętam o jego radzie podczas pracy w terenie. Rejestrując świadectwa ofiar i fotografując dziury po pociskach, staram się skupić na sprawcach, ale w tej książce szukam przede wszystkim odpowiedzi na fundamentalne pytania o sprawiedliwość, zadawane sobie przez ludzi na całym świecie. Czym jest sprawiedliwość? Komu jesteśmy gotowi kiedyś wybaczyć? Jak, zanim to się stanie, żyć z wiedzą, że sprawcy straszliwych zbrodni pozostają bezkarni? Co zrobić, by to zmienić? Jaką broń wybrać do walki o sprawiedliwość w tym najtrudniejszym czasie? Laptop, aparat fotograficzny, prawo międzynarodowe, sztukę opowiadania historii czy haubicę M777? Każdy wybór jest trudny, jeśli pragniesz prawdziwej sprawiedliwości, a większość z nas nie ma żadnej pewności, czym zakończy się ta walka.
W czerwcu 2022 roku napisałam do obrończyni praw człowieka Ołeksandry Matwijczuk: „Widzę ogrom wysiłków, Twoich i Twoich współpracowników, by dać szansę sprawiedliwości. Mimo wszystkich naszych starań możemy jednak przegrać. A jeśli tak się zdarzy, chciałabym chociaż opowiedzieć o naszej walce o sprawiedliwość. Pozwól mi, proszę, z Tobą współpracować, żebym mogła opowiedzieć Twoją historię”. Ołeksandra natychmiast odpisała, proponując mi spotkanie w Centrum Swobód Obywatelskich. To dzięki temu, że zgodziła się dopuścić mnie do swoich działań na rzecz sprawiedliwości, mój dziennik z czasów wojny przekształcił się w książkę, którą trzymasz w rękach. Jestem wdzięczna Ołeksandrze i wszystkim kobietom, które stały się częścią tej książki i częścią mojego życia.
Dziennik obejmuje okres od 17 lutego 2022 roku do dnia, kiedy zebraliśmy się podIziumem, by uczcić pamięć Wołodymyra Wakułenki, autora książek dla dzieci, zamordowanego przez rosyjskich okupantów. Odnalazłam jego dziennik i przekazałam go Charkowskiemu Muzeum Literatury, poświęconemu ukraińskim ludziom pióra represjonowanym i pomordowanym przez sowiecki i rosyjski reżim. Moje zapiski nie są regularne ani konsekwentnie datowane. Pod tym względem nasze dzienniki, mój i Wołodymyra Wakułenki, są do siebie podobne.
Niedawno kupiłam w centrum Lwowa mój pierwszy pistolet. Podobno każdy jest zdolny do zabijania, a ci, którzy twierdzą inaczej, po prostu nie spotkali jeszcze właściwej osoby. Obcy, który wtargnie do mojego kraju z bronią w ręku, może stać się taką „właściwą osobą”.
Mój nowy pistolet, czarny i groźny, leży na łóżku na stercie kostiumów kąpielowych i kolorowych letnich sukienek. Może będę go potrzebować później, po powrocie. Ale jeszcze nie teraz. Teraz wybieram się na tygodniowy urlop do Egiptu.
– Kiedy wrócimy dwudziestego czwartego lutego do Ukrainy, zacznę chodzić na strzelnicę – tłumaczę synkowi, który w ostatnich miesiącach zdecydowanie za często jak na swój wiek oglądał wiadomości, ale wcale nie boi się inwazji.
Chowam pistolet do sejfu, a stroje kąpielowe do walizki.
Inwazja nie zaczęła się wczoraj, 16 lutego 2022 roku, więc wychodzę z domu z nadzieją, że w ogóle do niej nie dojdzie. Rosjanie przekładają początek pełnowymiarowej wojny od ośmiu lat, od 2014 roku.
– Mamo, to kiedy następny początek inwazji? – mój dziesięciolatek żartuje jak wielu ukraińskich dorosłych.
W progu odwracam się i biegnę do sypialni. Wdrapuję się na taboret i zdejmuję z górnej półki szkatułkę z biżuterią. A jeśli Charków, Kijów, a może nawet Lwów zmienią się wkrótce w ruiny, jak Aleppo i Grozny? Co powinnam zabrać z domu na wypadek, gdybym miała do niego nigdy nie wrócić?
– Mamo, spóźnimy się na samolot!
Zabieram ze sobą tylko platerowany złotem i srebrem naszyjnik z maleńkimi rubinami. Należał do mojej babci; to jedyna ozdoba, którą odziedziczyła po mamie, najstarsza pamiątka w rodzinie. Prababcia, pierwotna właścicielka naszyjnika, urodziła się w Rosji, gdzieś nad Wołgą. Moja ukraińska babcia i dwóch ukraińskich dziadków nie mieli żadnych tak starych przedmiotów; wszystko, co posiadali, przepadło w dziejowych zawieruchach, które w ostatnim stuleciu przetoczyły się przez zbrukaną krwią Ukrainę.
Zakładam naszyjnik z rubinami, jakby to były moje insygnia bojowe.
Na lotnisku w kolejce do kontroli bezpieczeństwa bez przerwy sprawdzam newsy na smartfonie. Około dziewiątej rano pocisk artyleryjski trafił w przedszkole Bajka w Stanicy Ługańskiej, wybijając dziurę w ścianie sali gimnastycznej. Zdjęcie przedszkola trudno objąć rozumem: w jednej ze ścian wyrwa po pocisku, na drugiej czarodziejska wyspa z palmami i zwierzętami; żółte tapety we wzorek nadają sali przytulny wygląd; piłki do futbolu w stosie pokruszonych cegieł.
Parę lat temu odwiedziłam Stanicę Ługańską i kilkanaście innych miast w pobliżu linii kontaktu2. Miałam spotkanie z mieszkańcami w tamtejszym muzeum historycznym. Przywitali mnie uprzejmy zastępca dyrektora i osobliwa ekspozycja: wyszczerbione popiersie Lenina trafione przez rosyjski pocisk, stare pociski z drugiej wojny światowej i nowe, z obecnej – niektóre same wpadły do muzeum przez dach. Wyjrzałam przez wąskie okno na „drugą stronę”, obszar pod rosyjską okupacją albo, jak go nazywają okupanci, „Ługańską Republikę Ludową”. Zastępca dyrektora przyjął ode mnie moje książki i włączył je do zasobów muzeum, jakby współczesna literatura ukraińska w tych okolicznościach stanowiła kuriozum.
Oglądając zdjęcia zniszczonej przedszkolnej sali gimnastycznej, przypominam sobie wreszcie, skąd znam czarodziejską wyspę z palmami: to scena z radzieckiej kreskówki. Ukochani bohaterowie mojego postsowieckiego dzieciństwa, słoń, małpka i wąż boa, patrzą zza palm na to samo co ja: stos gruzu. Pokruszone cegły tworzą mur między zrusyfikowaną małą dziewczynką, którą byłam, a dzisiejszą mną.
„Żadne dziecko nie zginęło ani nie odniosło obrażeń w ostrzale przedszkola w Stanicy Ługańskiej, ponieważ w tamtym momencie sala gimnastyczna była pusta” – czytam w serwisie informacyjnym. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami.
Często sobie mówię, że jesteśmy szczęściarzami, jakbym chciała polemizować z ostatni wersem słynnego wiersza Serhija Żadana o uciekinierach z miasta „z żelaza i kamieni”, które „jest już martwe”3. Serhij napisał go w 2015 roku, kiedy Rosjanie zajęli Donieck, Ługańsk i Półwysep Krymski. Je jednak zwróciłam uwagę na ten wiersz dopiero w 2018 roku, kiedy zobaczyłam go na ścianie Prospektu Myru [Alei Pokoju] w Mariupolu.
Wspomnienia miejsc, ludzi i wierszy kłębią się w mojej głowie, jakby wiadomość o ostrzelaniu przedszkola Bajka w Stanicy Ługańskiej była punktem zwrotnym, który wszystko zmienia.
Mój dziesięciolatek próbuje podejrzeć ekran mojego smartfona, a zniszczone przedszkole to nie jest widok dla niego. Jeszcze nie. Zamykam stronę z wiadomościami i otwieram służbowy czat. Oficjalnie mam urlop, ale mój zespół przygotowuje właśnie wniosek o środki na festiwal literacki, który organizujemy w obwodzie donieckim, całkiem blisko Stanicy Ługańskiej, w przyfrontowej miejscowości o dziwnej nazwie Niu Jork. Wniosek trzeba złożyć do końca tygodnia, najpóźniej 25 lutego, bo inaczej nie zdążymy wystartować z projektem. Dlatego nawet w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku jestem w pracy.
Śledczy i analitycy zbrodni wojennych z Truth Hounds też pracują bez przerwy. Kilka tygodni temu w obwodzie ługańskim prowadzili szkolenie dla lokalnych prokuratorów. W tej chwili dokumentują atak na przedszkole w Stanicy Ługańskiej, zbierają dane do raportu, który 23 lutego 2022 roku ukaże się pod tytułem Skąd przyleciały pociski.
To dla nich ogromnie ważne, by każdy poważny atak został prawidłowo udokumentowany; organizacja Truth Hounds zajmuje się tym od 2014 roku. Zmieniło się tylko to, że świat chyba uświadomił sobie wreszcie prawdę: Rosja prowadzi wojnę w Ukrainie. Możliwe, że teraz to my próbujemy ignorować znaki, że wojna za chwilę wejdzie w nową fazę.
Na tym etapie znam tylko jedną badaczkę Truth Hounds, używającą pseudonimu Casanova. To od niej będę się później uczyć pracy w terenie. Zdążyłam już poznać aktywistkę społeczną i obrończynię praw człowieka Ołeksandrę Matwijczuk. Jednak nigdy bym nie przypuszczała, że za kilka miesięcy wystąpię razem z nią w parlamencie brytyjskim w Londynie, Parlamencie Europejskim w Brukseli i innych niemniej ważnych instytucjach, gdzie będziemy nawoływać do osądzenia sprawców zbrodni, w tym momencie jeszcze niepopełnionych, ale już nieuchronnych. Przyszli zbrodniarze wojenni stoją u naszych granic. Może poznałam niektórych z nich czasie dziecięcych wyjazdów do Rosji, łączy mnie z nimi mój pierwszy język i kultura, która na zawsze będzie częścią mnie, tak jak magia Voldemorta była częścią Harry’ego Pottera. Przyszłe ofiary, ocaleli i świadkowie, których trauma często będzie porównywalna do traumy bezpośrednich ofiar, są w swoich domach w Irpieniu, Mariupolu, Iziumie, Kapytoliwce, Buczy, Czernihowie, Chersoniu i innych miastach i wioskach, których nazwy nie staną się równie znane. Wśród przyszłych ocalałych i ofiar są moi przyjaciele, kolega Wołodymyr Wakułenko i osoby, które dopiero później zostaną moimi przyjaciółmi. Casanova poradzi mi, żebym nie nawiązywała relacji z ofiarami, ale złamię tę zasadę.
Ale teraz jestem urlopowiczką, która czeka na swój lot na błyszczącym nowością ukraińskim lotnisku. Powinnam przestać się gapić w telefon, sprawdzać wiadomości, pracować, rozmyślać o moim nowym pistolecie i o tym, dlaczego ja, krótkowzroczny mol książkowy, postanowiłam go kupić.
Jewhenija Zakrewska
W odróżnieniu ode mnie już teraz dobrze strzela.
Jewhenija Zakrewska, z zawodu prawniczka, zaczęła myśleć o wstąpieniu do armii w marcu 2014 roku.
– Może skończyć się na tym, że wstąpimy do wojska, bo inaczej się nie da – powiedziała osiem lat temu do swojej przyjaciółki, dziennikarki i obrończyni praw człowieka Łesii Hanży.
W marcu 2014 roku Łesia i Jewhenija wracały samochodem do Kijowa z zajętego przez Rosjan Krymu i miały dużo czasu na rozmowę o tym, co tam zobaczyły. Obie brały czynny udział w Rewolucji Godności4 i pojechały na Krym, gdy po zwycięskim zakończeniu protestów Rosjanie wkroczyli na półwysep. Miały nadzieję, że znajdą jakiś sposób, by przeciwstawić się okupacji, ale to była robota dla wojska. Ukraińscy żołnierze nie podjęli działań, czekając na rozkazy, które nie nadeszły. Ukraina była państwem pokojowym i jeszcze nie nauczyła się bronić.
– Do wojska? Tylko czy nas wezmą? – wyraziła powątpiewania zaskoczona pomysłem przyjaciółki Łesia.
Myśl o wstąpieniu do wojska nie opuszczała jednak Jewhenii przez osiem lat wojny, która pożerała ofiary jak mityczny Minotaur w swoim labiryncie. Potwornym labiryntem rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie były obwody doniecki i ługański, przez nas wszystkich błędnie nazywane Donbasem.
W lutym 2014 roku na Krymie Jewhenija i Łesia widziały uzbrojonych, gotowych zabijać rosyjskich najeźdźców i bezbronny tłum z niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy i Krymskich Tatarów. Prawniczka i dziennikarka oczywiście nie mogły powstrzymać inwazji. Jewhenii udało się uratować aresztowanego ukraińskiego demonstranta, a to, co zobaczyła i opisała, pomogło w przygotowaniu skargi, którą Ukraina złożyła później w Międzynarodowym Trybunale Karnym w Hadze. Łesia też nie pozostała bezczynna; napisała artykuł o sytuacji na Krymie i pierwszych aresztowaniach wśród ukraińskich aktywistów. W tamtym czasie to było wszystko, co mogły zrobić przeciwko zbrojnym najeźdźcom. Putin i jego poplecznicy kompletnie nie liczyli się z prawem międzynarodowym ani ukraińską opinią publiczną.
Nadal jednak istniała możliwość wstąpienia do wojska. Jewhenija od kilku lat dużo ćwiczyła. Chodziła na strzelnicę w ramach zajęć integracyjnych z innymi prawnikami i obrońcami praw człowieka, pracującymi na rzecz praw ofiar ostrzelania tłumu bezbronnych demonstrantów w 2014 w Kijowie. Te zajęcia w pewnym sensie były dla nich formą terapii. Dawały im poczucie, że w razie czego będą umieli się bronić. Wiedzieli, że wszystko może się zdarzyć.
Teraz jednak nieuzbrojona Jewhenija Zakrewska stoi na ulicy Instytuckiej w Kijowie5.
Jest 18 lutego 2022 roku. Jewhenija jest gotowa do pełnoskalowej wojny, ale jeszcze nie wstąpiła do wojska. Prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden oświadczył, że Władimir Putin podjął decyzję o pełnowymiarowej zbrojnej napaści na Ukrainę, ale wydaje się, że wciąż jest wybór, cień szansy, że tym razem historia oszczędzi te zbroczone krwią ziemie.
Jewhenija też ma jeszcze wybór. Jako jedna z najwybitniejszych ukraińskich prawniczek mogłaby zostawić walkę innym. Występuje w najważniejszym procesie swojego życia, reprezentując rodziny ofiar masakry, do której w 2014 roku doszło w centrum Kijowa. Wie, że wygra; zadba, by sprawcy z Berkutu, jednostki specjalnej ukraińskiego MSW, ponieśli odpowiedzialność. Jej wyjątkowe wiedza i kompetencje prawne powinny ją zwolnić z ryzykowania życia w okopach.
Aniołki z kolorowego papieru kołyszą się na wietrze na ulicy Instytuckiej. Powoli schodzą się bliscy i przyjaciele ofiar masakry, ocaleli uczestnicy wydarzeń w lutym 2014. Zapalają świeczki. Jewhenija też zapala świeczkę i podchodzi do pomnika. Rozpoznaje twarze na zdjęciach. To właśnie oni, ci zmarli, są jej najważniejszymi klientami.
Niesamowite surrealistyczne światło przesącza się przez chmury, jakby same niebiosa oddawały cześć poległym na ulicy Instytuckiej. Nad Pałacem Październikowym niespodziewanie rozkwita tęcza. W tym budynku mieściły się kiedyś katownie NKWD6, w których zamęczono na śmierć wielu ukraińskich pisarzy, artystów i aktywistów, ale od lat sześćdziesiątych XX wieku działa w nim ważny ośrodek kultury. Tęcza wydaje się znakiem nadziei: może tym razem Ukraińcy ochronią swoje elity przed aresztowaniami, torturami i egzekucjami?
Nie jestem pewna, czy Jewhenija wierzy w znaki. Nie ma zwyczaju delegowania własnych zadań na moce nadprzyrodzone. Możliwe jednak, że w tamtej chwili, gdy patrzy na niebo, tęczę i kołyszące się na wietrze papierowe aniołki, w niej też budzi się wiara w wyższą sprawiedliwość. Fotografuje smartfonem rozświetlone obłoki, tęczę nad zimowym miastem i papierowe aniołki, które kijowskie dzieci powycinały z papieru w hołdzie dla mężczyzn i kobiet zamordowanych osiem lat temu za to, że bronili wolności, godności i demokracji. Najlepszy przyjaciel Jewhenii, ukraiński aktywista Roman Ratuszny, mógł zginąć tamtego dnia. Jewhenija również ryzykowała życiem. Przypadek sprawił, że oni żyją, a ludzie, których twarze widnieją na pomniku, zginęli.
Jewhenija wie, kto ich zabił. Zna wszystkie bolesne szczegóły, ujawnione przez śledczych, prokuratorów i dziennikarzy: dokładną chronologię zdarzeń, trajektorie pocisków, ślady po kulach w pniach drzew, życiorysy sprawców, łańcuch dowodzenia Berkutu. Dowódca jednostki, Dmytro Sadownyk, podejrzany o zamordowanie trzydziestu dziewięciu protestujących pokojowo obywateli, zbiegł do Rosji.
Jeszcze lepiej niż sprawców Jewhenija zna ich ofiary. Ukraińcy nazywają ich sentymentalnie Niebiańską Sotnią7. Wszyscy w Ukrainie wiedzą, że Jewhenija jest prawniczką Niebiańskiej Sotni. Zna imiona i nazwiska poległych, ich twarze, nazwiska i twarze ich rodziców.
Zdecydowała się pójść na prawo po obejrzeniu filmu Adwokat diabła – zainspirowała ją do tego postać grana przez Keanu Reevesa. W dzieciństwie postanowiła być taka jak on, a nie jak jego przeciwnik. I chyba spełniła swój cel: dziś jest adwokatką aniołków – tych poskładanych przez dzieci z papieru, kołyszących się na wietrze.
Doskonale nadawałaby się na główną bohaterkę hollywoodzkiego albo netflixowego dramatu sądowego: delikatna dziewczyna o ciemnoniebieskich oczach i długich rudych włosach.
Wkrótce jednak je zetnie. Po wybuchu pełnoskalowej wojny obie, Jewhenija Zakrewska i Łesia Hanża, wstąpią w szeregi armii.
Zbyt mocno ściskając dłoń mojego syna, przeciskam się pomiędzy ludźmi, niczym uciekinierka z rodzinnego miasta na zatłoczonym dworcu kolejowym. Mojego miasta nikt jeszcze nie zaatakował. Jest 22 lutego 2022 roku. Wciąż jestem turystką w egipskim Luksorze. Próbuję nie zgubić ciekawskiego dziesięciolatka w wielojęzycznym tłumie zwiedzających starożytną świątynię. Jak wszyscy wokół, pstrykam mnóstwo zdjęć, jakby to należało do moich matczynych obowiązków; nie sądzicie, że dzieci fotografowane na tle tysiącletnich kamieni też stają się od tego mniej kruche?
Nasza przewodniczka, uśmiechnięta miejscowa kobieta, doskonale opowiada. Nie potrafię skupić się na jej słowach, ale i tak mam wrażenie, że porwała mnie fala historii: kolejni faraonowie, królestwa powstają i upadają, bezimienny rzemieślnik żłobi święte znaki na kolumnach świątyni Karnak. Czas kłębi się wokół mnie jak ludzki tłum, próbuje wciągnąć w podstępne wiry historii. Czas niesie mnie, ściskając zbyt mocno, jak ja dłoń mojego syna. Tylko że ja czuję się porwana, nie chroniona. Co, jeśli teraz, właśnie w tej chwili nas atakują? Nie mogę sprawdzić wiadomości, internet jest za słaby, nie mogę się doczekać końca wycieczki.
Moje dziecko, w odróżnieniu ode mnie, chłonie opowieści przewodniczki. Kobieta prowadzi nas do wielkiego posągu skarabeusza i mówi, że trzeba pomyśleć życzenie i obejść go siedem razy dokoła, a wtedy życzenie się spełni. Syn nie każe sobie tego powtarzać. Obiega kamiennego żuka, wyprzedzając innych turystów, jakby nie miał za sobą całego dnia zwiedzania w egipskim skwarze. Jakie życzenie warte jest tyle wysiłku?
– Co sobie pomyślałeś? – pyta przewodniczka, spodziewając się pewnie, że jak wszyscy chłopcy w jego wieku, marzy o jakimś nowym gadżecie.
Nie słyszy jej pytania albo udaje, że nie słyszy.
Ale ja nie mam ochoty ukrywać życzenia mojego dziesięciolatka. Chcę, żeby cały świat je usłyszał.
– Żeby Władimir Putin zdechł – mówię.
Uśmiech na ułamek sekundy znika z twarzy przewodniczki. Bąka jakiś uprzejmy frazes. Nie mam do niej pretensji; to nie jest normalne życzenie dziesięciolatka.
Od dnia, kiedy zdmuchnął pięć świeczek na urodzinowym torcie, mój syn zawsze życzył sobie końca wojny. Aż do dzisiaj marzył tylko o pokoju. Nie prosił o ukaranie sprawców, zwycięstwo Ukrainy, sprawiedliwość – chciał tylko końca wojny. Ale ukraińskie dzieci, a może czasy, zmieniają się szybko i nieuchronnie.
Poprzedniego dnia człowiek, któremu mój syn życzył śmierci, ogłosił niepodległość tak zwanych Ługańskiej i Donieckiej Republik Ludowych. Fakt, że prezydent Rosji oficjalnie uznał ich marionetkowe władze, mógł oznaczać, że Rosja rzeczywiście zamierza przejść od wojny hybrydowej do pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Okazało się, że medialna panika nie była blefem. Lada moment nasze życie miało się zmienić, tak jak osiem lat wcześniej zmieniło się życie dzieci na Doniecczyźnie i Ługańszczyźnie. Ścisnęłam dłoń mojego chłopca jeszcze mocniej.
W drodze powrotnej z Luksoru do hotelu opowiedziałam mu historię z dzieciństwa jego babci. W liceum przerwała naukę do egzaminu z matematyki z powodu zimnowojennego kryzysu; uznała, że w obliczu nadciągającej nuklearnej apokalipsy jego wynik nie ma znaczenia, i postanowiła przeznaczyć czas, który jej jeszcze został, na przyjemności.
Do apokalipsy nie doszło, ale to okazało się już po egzaminie. W efekcie mama musiała zdawać historię. Strach przed nuklearną zagładą zaprowadził ją na ten sam uniwersytet, na którym w latach trzydziestych XX wieku studiowali dwaj wybitni prawnicy, Hersch Lauterpacht i Rafał Lemkin. W 1944 roku Lemkin ukuł termin „ludobójstwo”; Lauterpacht jest autorem pojęcia „zbrodnia przeciwko ludzkości”. Oba zostały użyte w procesach nazistowskich zbrodniarzy w Norymberdze, a później Slobodana Miloševicia w Hadze. Zmiana głównego przedmiotu maturalnego szczęśliwie była jedyną konsekwencją niedoszłej apokalipsy mojej matki.
Kiedy opowiadałam o tym mojemu synkowi w taksówce na pustyni, nie wiedziałam jeszcze, że kilka miesięcy później jego babcia też będzie studiować podstawy prawa międzynarodowego, przygotowując się do dokumentowania zbrodni wojennych, które staną się stałym elementem ukraińskiej rzeczywistości.
– Mam nadzieję, że dla waszego kraju wszystko dobrze się skończy – powiedziała uśmiechnięta przewodniczka, usłyszawszy życzenie Andrija.
Też mam taką nadzieję. Po pierwsze, myślę, że siły, które Rosjanie zgromadzili przy granicy z Ukrainą, nie wystarczą do zdobycia i utrzymania Kijowa; miasto będzie zaciekle się bronić. Po drugie, czary starożytnego skarabeusza też muszą się na coś przydać, prawda?
Po powrocie do hotelu czytam, że Putin wystąpił [do Rady Federacji Rosyjskiej] o zgodę na użycie rosyjskich sił zbrojnych poza granicami kraju. Wygląda na to, że nadal żyje; naiwna próba mojego dziecka wykorzystania staroegipskiej magii do uratowania tysięcy istnień ludzkich jak na razie nie przyniosła efektów.
Zamiast o śmierci Putina czytam o odejściu innego człowieka i serce staje mi w piersi: wczorajszej nocy zmarł ukraiński dysydent i obrońca praw człowieka, jeden z najważniejszych przedstawicieli podziemia artystycznego lat sześćdziesiątych. Chcę opowiedzieć o nim mojemu synkowi, ale Andrij już śpi. Dlatego opowiem wam: w 1965 roku Iwan Dziuba opublikował esej Internacjonalizm czy rusyfikacja? o niszczeniu ukraińskiej kultury i brutalnej polityce rusyfikacyjnej w Związku Radzieckim.
Choć z powołania był pisarzem, Dziuba zajmował się przede wszystkim dokumentowaniem łamania praw człowieka i praktyk ludobójstwa. Nie chciał tego, ale historia nie pozostawiła mu wyboru. Niebawem mnie też historia drastycznie ograniczy możliwości wyboru. Jeszcze tego nie wiem, ale przez pozostałą część roku często będę widzieć gwiazdy na niebie nad ukraińskimi miastami. Będą zaciemnienia i 8
Dziuba mawiał „Gdzie silniejsza presja, tam większy opór” i tym tłumaczył fakt, że bardzo wielu najwybitniejszych ukraińskich dysydentów pochodziło z zachodniej części kraju. On sam wychował się w obwodzie donieckim, niedaleko Wołnowachy.
Wkrótce Wołnowacha zniknie z powierzchni ziemi i marna to pociecha, że ukraiński dysydent nie zobaczy, jak rosyjskie wojsko niszczy jego rodzinne miasto. Może jest to jakaś pociecha, ale nie sprawiedliwość.
Casanova
Jako badaczka terenowa Truth Hounds posługuje się kryptonimem Casanova. Chyba jest w moim wieku, a ja mam trzydzieści siedem lat. Też ma syna, długie włosy i aspiracje pisarskie. Jednak podczas gdy ja rzuciłam pracę i zaczęłam pisać, Casanova zaangażowała się w działalność na rzecz praw człowieka, a potem, od 2014 roku, w dokumentowanie zbrodni wojennych. Wiele osób, które się tym zajmowały, zrezygnowało po kilku latach, by walczyć o sprawiedliwość w mniej stresujący sposób, ale nie Casanova.
Ze względów bezpieczeństwa poprosiła mnie o nieujawnianie jej prawdziwego nazwiska. W 2014 roku Casanova brała udział w misji w targanym wojną Donbasie, w 2018 roku pojechała na okupowany Krym. Kto wie, dokąd jeszcze zawiodą ją ideały sprawiedliwości i praw człowieka? Jeśli kiedyś wpadnie w ręce jednego z tych, których pomaga wytropić i doprowadzić przed sąd, lepiej, by nie rozpoznał w niej jednej z najważniejszych specjalistek Truth Hounds.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Przedmowa
Nota zespołu redakcyjnego
Czym jest ta książka?
Część I. Czas wyborów
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
