"Panie Kochanku" - Dionizy Sidorski - ebook

"Panie Kochanku" ebook

Dionizy Sidorski

0,0

Opis

[PK]

 

Pan ten przyjacielem był prawdziwym narodu i szlachty, a nie magnatów, o których wiedział, że za pieniądze rosyjskie kupieni, wszystko przeciw ojczyźnie zrobić byli gotowi. 
[Franciszek Karpiński] 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (3)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 488

Rok wydania: 1987

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Karol Radziwiłł

 

Dionizy Sidorski

„PANIE KOCHANKU”

 

Wydawnictwo „Śląsk”

 

Portret Karola Radziwiłła wykonał Ireneusz Botor

 

Projekt okładki i obwoluty Henryk Bzdok

 

@ Copyright by Dionizy Sidorski, Katowice 1987

I BYDLĘ ULUBIEŃCEM TŁUMÓW?

 

Generał francuski Dumouriez (właściwie Charles Francois du Perier), przebywający w Polsce w okresie konfederacji barskiej, scharakteryzował w swych wspomnieniach jedną z najbardziej popularnych polskich postaci drugiej połowy osiemnastego wieku, księcia Karola Radziwiłła „Panie Kochanku” (przydomek utworzony od określenia, za pomocą którego zwracał się do swych rozmówców, nawet do króla, na przykład: Najmiłościwszy królu, panie kochanku...) niezwykle dosadnie:

„Najbogatszy pan w Polsce, ale głupie bydlę.”

Żyjący i działający w tym samym czasie co książę Czartoryscy, Sułkowscy określali go mianem „półzwierza”, „niedźwiedzia litewskiego”, „opoja” i wieloma innymi epitetami. Tyle że należeli oni do zdecydowanych jego przeciwników, ale przecież prawie cała historiografia polska, przynajmniej ta licząca się, przedstawia Karola Radziwiłła jako niemal wzorzec ciemnoty, zacofania, awanturnictwa politycznego, hultajstwa graniczącego ze zbrodnią, gigantycznego, właściwie patologicznego opilstwa, złego smaku, a nawet chamstwa, wreszcie sobiepaństwa i anarchii. Tak, jakby w tym Radziwille, niczym w soczewce, skupiło się całe polskie zło, z którym po dzień dzisiejszy powinniśmy walczyć, bo wady, które symbolizuje nieszczęsny Karol, wcale nie odeszły w przeszłość i wykazują wyjątkową żywotność. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po publicystyczne prace pierwszej połowy lat osiemdziesiątych naszego wieku.

Władysław Konopczyński (1880—1952) autor wielu fundamentalnych dzieł dotyczących drugiej połowy osiemnastego wieku, między innymi dwutomowej Konfederacji Barskiej, nazywa Karola „opętanym Radziwiłłem”, „tonącym w orgiach zemsty i rozpusty”, zaś Michał Bobrzyński (1849—1935), jeden z najbardziej znanych przedstawicieli krakowskich Stańczyków, taką wydał o nim opinię:

„Radziwiłł Panie Kochanku, pan ogromnej fortuny, popularny dla swojej fantazji w tłumach szlacheckich, zbliżony do nich zupełnym brakiem wykształcenia, podzielający ich wszystkie przesądy, a pod względem zdolności i charakteru człowiek bezprzykładnie tępej i ograniczonej głowy.” Jerzy Łojek we wstępie do dzienników Stanisława Lubomirskiego (Pod władzą księcia Repnina) twierdzi, iż był on „okazem magnackiej ciemnoty i umysłowego prymitywizmu”, Zbigniew Kuchowicz w Obyczajach staropolskich posądza go nawet o ekshibicjonizm. Wszystkie encyklopedie polskie charakteryzują go w mniej lub bardziej dosadny sposób, ale zawsze negatywny. Można by cytować prawie bez końca. Ta potępiająca, niszcząca opinia ugruntowana została także w świadomości potocznej i wlecze się za nim niczym przekleństwo.

Na początku 1983 roku krakowski Teatr im. J. Słowackiego wystawił Listopad Henryka Rzewuskiego, w adaptacji i reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Jedną z czołowych postaci występujących w tej sztuce jest właśnie Karol Radziwiłł. Recenzując to przedstawienie w „Życiu Literackim” (nr. 16), Bożena Winnicka zagrzmiała:

„Jednego nie można odmówić Rzewuskiemu, a mianowicie znajomości czasów, o których pisze. Magnacka ta rodzina brała żywy, choć haniebny udział w ówczesnych wydarzeniach politycznych, stąd zapewne ów brak obiektywizmu w ocenie epoki Rzeczypospolitej. Stąd też najwspanialszą postacią jego powieści jest krewny Rzewuskich, książę Radziwiłł «Panie Kochanku», tępy warchoł i zdrajca, którego dla dobra Polski powinno się było powiesić.”

Mocne słowa. Jeżeli już należałoby powiesić „Panie Kochanku” to i zgodnie z opinią Bobrzyńskiego, zresztą nie tylko jego (powtarzam: „zbliżony dla swojej fantazji w tłumach szlacheckich, zbliżony do nich zupełnym brakiem wykształcenia, podzielający ich wszystkie przesądy...” itd) oraz intencjami Bożeny Winnickiej należałoby powiesić trzy czwarte całego, świadomego swej przynależności narodowej, ówczesnego społeczeństwa polskiego. Tylko kto wówczas by pozostał wśród żywych? Wybrańcy w postaci protoplastów Bożeny Winnickiej? Zresztą, o ile rzeczywiście, autor Listopada legitymuje się, znajomością epoki, którą opisuje (przynajmniej pod względem obyczajowym), o tyle Bożena Winnicka nie. W jednym akapicie popełnia aż kilka błędów. Stąd te uproszczone i kategoryczne opinie, będące, jak często to bywa w takich wypadkach, wynikiem niekompetencji i szczątkowej wiedzy. Otóż „Panie Kochanku” nie był wcale spokrewniony z Rzewuskimi tylko spowinowacony, ale tę nieścisłość można uznać za drobiazg, gorzej z innymi błędami. Recenzentka sugeruje nam, iż Rzewuski dlatego wybiela w swym utworze Radziwiłła, gdyż i jego własna rodzina okryła się hańbą, zatem swój broni swojego, oczyszczając Karola, oczyszcza jednocześnie swoich przodków. Listopad dotyczy wydarzeń z okresu konfederacji barskiej i bezpośrednio ją poprzedzających, a w tymże czasie pradziad Henryka Rzewuskiego, Wacław, hetman polny koronny i jednocześnie senator oraz jeden z jego synów był porwany przez oddziały ambasadora Katarzyny, księcia Repnina i wraz z kilkoma innymi dostojnikami Rzeczypospolitej, wywieziony do Kaługi, gdzie przebywał 6 lat na zesłaniu. Uchodził więc w tym czasie za symbol patriotyzmu i poświęcenia pro publico bono. Drugi syn Wacława, Stanisław Ferdynand, dziad Henryka, walczył w konfederacji barskiej. Hańbą okrył się natomiast znacznie później tylko jeden z członków tej rodziny, Seweryn, współzałożyciel Targowicy.

Ale czy warto w tym miejscu poświęcać tak wiele uwagi Bożenie Winnickiej? Jej samej z pewnością nie, jednak przy tej okazji należy chyba jeszcze raz zauważyć, jak niejednokrotnie potoczne opinie zostają sformułowane na podstawie fałszywych przesłanek i jak nie powinniśmy im dowierzać. Natomiast niewątpliwie warto zatrzymać się chwilę przy samym Henryku Rzewuskim i jego dziele, bowiem on jest głównym twórcą, pokutującej głównie w literackich przekazach, legendy o księciu Karolu Radziwille „Panie Kochanku”, legendy, która przedstawia go zdecydowanie w innym świetle niż historiografia, niż należący do przeciwnego obozu, świadkowie bardzo bujnej i bogatej w wydarzenia biografii litewskiego niedźwiedzia.

Henryk Rzewuski, żyjący w latach 1791 —1866, wydał dwie książki (Pamiątki Soplicy i Listopad), których głównym czy powiedzmy jednym z głównych bohaterów, jest właśnie Karol Radziwiłł. Przytoczmy tutaj fragment z Listopada, powieści mniej obecnie znanej niż Pamiątki Soplicy. Oto „Panie Kochanku” właśnie zdecydował się przystąpić do sprawy barskiej. Jego przyjaciele, dworzanie, klienci namawiają go usilnie, by stanął na czele litewskiej konfederacji. Książę odmawia:

„ — Ale moi bracią, czy z wami, czy przed wami, zawsze będę waszym sługą, i póki chcecie, z wami chodzić będę gdzie gorąco, ale wytłumaczę się, dlaczego marszałkostwa przyjąć nie mogę. Oto ja do tego niezdatny; nie umiałem się oprzeć księciu biskupowi krakowskiemu, a potem, panie kochanku, marszałek nie tylko bić się, ale jeszcze powinien dobrze radzić, to dla mnie za wiele, wolę jednego się trzymać. Na co mnie po dwa naboje kłaść w rurę? Do mnie piszą, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Krasiński, podkomorzy różański, będzie marszałkiem od korony. At sobie zwyczajnie poczciwy szlachcic, jemu z rozjazdem na przepiórki chodzić, a nie z oszczepem na niedźwiedzia. Prędzej się zdrzemnie na piernacie, niż osadzi tureckiego bachmata, ale mąż de moribus antiquis [dawnych obyczajów] i kolegiat domu saskiego. Trzeba mu więc dobrać z Litwy człowieka tęgiego, jak to mówią de hajda, który by miał to właśnie czego tamtemu nie dostaje, na przykład naszego Paca, starostę ziołowskiego. Wszak prawda, że przeciwko niemu nie ma nic do powiedzenia? Wy go znacie, wszakże to nasz Albeńczyk! Już on o tej porze musi być gdzieś blisko Wołoszczyzny; ogłośmy jego marszałkiem, akcedując [przystępując] do konfederacji koronnej, a jeżeli wasza łaska, podejmuję się pod nim regimentarstwa, żeby przed wami iść tam, gdzie generalność rozkaże.

— Zgoda, zgoda — krzyknęli wszyscy — Niech żyje Pac, marszałek konfederacji litewskiej i książę Karol Radziwiłł, regimentarz generalny naszej prowincji

Scena jest dosyć długa, więc skracam ją. Oto niejaki Bazyli Czeczot proponuje, by od razu wyruszyć do boju, zaś Karol na to:

„ — Nie, panie kochanku, na próżno tu powstawać. Przeciwnicy nasi zalewają Litwę; jak się porwiemy, zgniotą nas jak rude myszy, nam trzeba przedrzeć się na Ukrainę. Porta Ottomańska obiecuje nam posiłki. Jak słońce zajdzie, stąd ruszę ku Ukrainie, żeby się przedrzeć do pana Joachima Potockiego, podczaszego litewskiego, który na mnie czeka. W trzydzieści koni co najwięcej wyruszę, żeby nie dać podejrzenia o sobie nieprzyjacielskim czatom. Ze mną będzie pan Bohusz, sekretarz generalny konfederacji, pan Michał Rejtan, pan Bonifacy Sołohub, pan Leon Borowski, pan Seweryn Soplica, a oprócz nich kilkunastu sług moich, którzy zawsze i wszędzie mnie towarzyszą [...]. Wy panowie bracia, starajcie się każdy z tem, co zbrojnego za sobą poprowadzić może, ściągać się do Baru, tylko małemi kupkami, bo tam zebrać się mamy. Wybuchnie swojego czasu i na Litwie konfederacja, ale nie teraz, jeno jak za sobą w Ukrainę wojska przywabimy, wtedy będzie dla niej pora. [...]Opuszczam teraz Litwę, ale mam w Bogu nadzieję, że do niej wrócę, a może prędzej niż się spodziewają.”

I jeszcze jeden, krótki tym razem, fragment z Listopad:.

„Książę był wysokiego wzrostu, przyzwoitej otyłości, twarzy, na której pogoda serca się malowała i uśmiech, któremu się oprzeć było trudno. Duże oczy błękitne, pełne ognia i dowcipu, błyszczały jak dwa szczęsne luminarze na licach, których białość mogłaby pobudzić zawiść kobiety. Wedle zwyczaju litewskiego głowę miał wysoko podgoloną, a wąs gęsty, do góry zakręcony, uzupełniał obraz prawdziwego Sarmaty.”

Karol Radziwiłł jawi się nam w tych fragmentach niemal jako mąż opatrznościowy Rzeczypospolitej, mąż mądry, prawy, skromny, a w dodatku jeszcze te błękitne oczy i gładkość lic. Można się wzruszyć.

Podobnie jak Henryk Rzewuski, także Ignacy Chodźko wyidealizował postać księcia w ongiś bardzo czytanych i popularnych Obrazach litewskich (1840—1850). Józef Ignacy Kraszewski uczynił Radziwiłła bohaterem aż siedmiu swoich utworów, z czego pięciu — głównym. W 1962 roku Wincenty Danek tak oto tłumaczył nam to ogromne zainteresowanie Kraszewskiego postacią Karola:

„Dzieje życia politycznego — pisał on — i prywatnego ostatniego reprezentanta potęgi domu radziwiłłowskiego przedstawiały bowiem wyjątkowo podatny materiał do studium zbiorowości magnackiej i szlacheckiej w końcowym okresie istnienia wolnej (przynajmniej z pozorów) Rzeczypospolitej; równocześnie jednak dostarczały wyjątkowo ciekawego wzorca dla zamknięcia w artystycznych kształtach studium psychologicznego o zboczeniach umysłowych i moralnych, na które cierpiała powyższa zbiorowość, a które się skupiały w postaci bohatera, jakby w sztucznych, syntetycznych kształtach.”

Po lekturze tego tekstu można by przypuszczać, że Kraszewski poddaje w swych utworach druzgocącej krytyce całe życie „Panie Kochanku”, tymczasem nic podobnego się nie dzieje. Co prawda z większą rezerwą i większą dozą rozsądku traktuje Radziwiłła niż Rzewuski czy Chodźko, dostrzega także i ciemne plamy na wyidealizowanej przez swych poprzedników biografii litewskiego magnata, ale traktuje go bardzo wyrozumiale, ciepło, z wyraźną nutką sympatii. Karola z utworów Kraszewskiego można polubić, zwłaszcza z najlepszego i artystycznie najbardziej dojrzałego, powieści, noszącej tytuł Ostatnie chwile księcia wojewody. Przypomina on tu trochę sienkiewiczowskiego Kmicica, trochę Zagłobę, trochę Bogusława. Trylogia Henryka Sienkiewicza i utwory Kraszewskiego poświęcone Karolowi Radziwiłłowi wykazują wiele podobieństw. Charakterystyka postaci, ich kształt psychologiczny, ba nawet wiele sytuacji są prawie identyczne. Sienkiewicz musiał znać te książki i z pewnością skorzystał z nich wiele, jednak mistrzostwem znacznie przewyższył swój pierwowzór. Przytoczmy tutaj tylko mały fragment właśnie Ostatnich chwil księcia wojewody. Dotyczy on nie samego Karola, ale dziewczyny, na której cnotę książę się zawziął, porwał z ojcowskiego domu, lecz nie uchybiwszy jej czci, stracił, w zamian zyskawszy tylko przekleństwo. Pokutował potem za ów grzech młodości przez całe życie, by wreszcie, niemal na łożu śmierci, uzyskać od pokrzywdzonej upragnione przebaczenie.

,,... począł pan Wojniłowicz opisywać Wojzbunównę — relacjonuje Kraszewski — a gdyby był naumyślnie to czynił, żeby księcia ciekawość zaostrzyć, inaczej by sobie nie począł. Rozwodził się detalicznie, bo niedawno ją gdzieś widział: a jaka rączka, a jaka nóżka, a jakie kosy czarne, a jakie liczko białe, a co to za wejrzenie, a głos słodki, a rozum męski, a śmiałość rycerska... — i jeszcze dalej pisze o Wojzbunównie niczym o dziecku — Po Łaskich wzięło dumę i hardość, śmiałe było, butne, coś amazońskiego mając w sobie.”

Z zewnątrz to zupełnie Helena Kurcewiczówna, z charakteru Oleńka Billewiczówna.

Ale dość tych porównań. Należałoby raczej zapytać czy ten literacki obraz Karola Radziwiłła jest wytworem czystej fantazji pisarskiej, czy jednak znajduje jakieś potwierdzenie w dokumentach. Odpowiedź może być jednoznaczna. Tak, znajduje. Oczywiście, w niektórych. Oto Julian Ursyn Niemcewicz opowiada w swym Pamiętniku:

„Pan ten, bez żadnego prawie wychowania, wśród zepsucia, które wielka władza i wielkie dostatki nadawać zwykły, zachował jednak czysty rozsądek i serce obywatelskie. Jak wielu innych, był i on w konfederacji radomskiej chytrości i podstępów moskiewskich ofiarą, podniósłszy broń przeciw Katarzynie uciekać musiał z kraju, znaczną część majątku i sławną bibliotekę radziwiłłowską utracił. Po tylu jednak stratach, acz z największym nierządem, najbogatszym był w Polsce obywatelem. Postać prawdziwie sarmacka, sześć stóp i kilka calów licząca. Sieledziec na głowie, wąs zawiesisty, rysy twarzy ogromne. Pamiętam, gdy wchodził do senatu w karmazynowej ferezji z sobolami, spiętej u góry diamentową klamrą, sobolim kołpaku, lamowym żupanie, żółtych butach, pysznie głowę trzymając do góry, rzekłbyś, że się wieki Zygmuntów wróciły.”

Poeta Franciszek Karpiński, również znający osobiście Radziwiłła, jeszcze lepsze wystawia mu świadectwo:

„Pan ten przyjacielem był prawdziwym narodu i szlachty, a nie magnatów, o których wiedział, że za pieniądze rosyjskie kupieni, wszystko przeciw ojczyźnie zrobić byli gotowi.”

Prawie identycznie charakteryzuje go w swych wspomnieniach Jan Duklan Ochocki:

„Książę Karol Radziwiłł z zapałem przywiązany był do kraju i gotów mu był wszystko poświęcić, czego dał dowody w konfederacji barskiej, w czasie której przekonany, że dla dobra powszechnego pracował, i osobę swoją stawił, i kilkadziesiąt milionów uronił. Lubił wszystko co nasze, zwyczaje stare, aż do stroju, który do śmierci nosił wedle mody litewskiej, zachował co tylko długim wieków nałogiem uświęconem było, wstręt mając do nowości i odmian.”

Zaprezentowałem tu skrajne, radykalnie różniące się od siebie opinie, te odsądzające księcia od czci i wiary, jak i te, gloryfikujące go. Która zatem z tych twarzy jest prawdziwa? Moim zdaniem żadna. Nie podpisałbym się pod żadną z tych opinii. Wszystkie one, zarówno pochodzące od historyków, świadków epoki, jak i pisarzy, posiadają tę samą cechę, by nie rzec wadę. Portret tego litewskiego magnata szkicowany jest tylko w dwóch kolorach, albo czarnym, albo białym. Pachnie tu uproszczeniem aż na trzy mile. Nie mam zaufania do tak relacjonowanej historii. W ten sposób można pisać bajki o czarownicach i o dobrych wróżkach, o diabłach i aniołach.

W wydanej przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą w 1980 roku popularnonaukowej biografii Karola Radziwiłła, znalazłem już w pierwszym rozdziale takie oto zdanie:

„W książce wystąpią postacie symbolizujące obydwa nurty [tzn. myśląc schematami: postępowy i konserwatywny — D.S]: szczególne miejsce wśród nich zajmuje obrońca złotej wolności szlacheckiej, skompromitowany jak cała idea, którą sobą reprezentował, słynny książę Karol Radziwiłł «Panie Kochanku»..

Autorem tych słów jest Marek Borucki (tytuł książki: Po Radziwiłłowsku), który już konsekwentnie używając jedynie biało-czarnych barw, szkicuje postacie jako pozytywne, bądź negatywne. Negatywną jest przede wszystkim Karol i jego współpracownicy, pozytywnymi: Czartoryscy i w ogóle wszyscy stronnicy Familii, czyli partii politycznej utworzonej przez ten klan rodzinny. Borucki nie jest odosobniony. Prawie we wszystkich podręcznikach w ten schematyczny sposób przedstawiane są dzieje drugiej połowy osiemnastego wieku. Gdybyż naprawdę ówczesne społeczeństwo polskie dzieliło się na większość złożoną z aniołów i mniejszość złożoną z czartów, pewnie Rzeczypospolita by przetrwała, a przynajmniej jej konanie nie byłoby tak dramatyczne. A przecież rzeczywistość drugiej połowy osiemnastego wieku (aż wstyd o tym pomyśleć) była niezwykle powikłana i niejednokrotnie trudno oddzielić zło od dobra, a właściwie najczęściej trudno. Czartoryskich można by śmiało, stosując te same ostre kryteria oceny co w przypadku Radziwiłła, oskarżyć o intryganctwo, awanturnictwo polityczne, prywatę, skryte rozboje, stręczycielstwo własnych kobiet, ba, nawet zdradę. Tak. I to w zgodzie z ówczesnym prawem i kodeksem moralnym. Brzmi to może obrazoburczo, ale w porównaniu z faktami jest to niestety prawda. Zresztą postaram się to w dalszej części pokazać.

Druga połowa osiemnastego wieku, na którą przypada dorosłe życie księcia Radziwiłła „Panie Kochanku”, jest okresem uzdrawiania i jednocześnie konania wielkiej Rzeczypospolitej. Czysto polska antynomia. Państwo umrze, a ozdrowieje naród. Nad jego grobem! Polacy toczyli ówcześnie ze sobą nieustający spór o to, jak i w którą stronę, wiedli ten dialog za pomocą słów, szabel, intryg, zajazdów, napadów, jednym słowem prawa i bezprawia. Jak Polak z Polakiem, „Panie Kochanku”. Wszystkie reguły gry były dozwolone, a właściwiej żadnych reguł gry nie było, zmieniały się one w zależności od okoliczności. Ze świeczką trzeba by szukać w osiemnastowiecznej Polsce ludzi — jak byśmy to dzisiaj powiedzieli — o czystych rękach. Nie znajdzie się ich ani po jednej, ani po drugiej stronie barykady, ani na górze, ani na dole. Prócz wyjątków.

Radziwiłła i jego stronników, zwanych obozem republikańskim, najczęściej przedstawia się jako zwolenników anarchii, ludzi pozbawionych programu, ludzi, którzy sami nie wiedzieli czego chcą, ludzi mających w głowach totalny zamęt i tworzących takiż zamęt dookoła siebie. Natomiast przeciwstawia się im Familię Czartoryskich, prezentując ją jako świadomy swych działań zespół; zespół, dążący do realizacji konkretnego programu. A to prawda niepełna. Przywołajmy tu na pamięć autorytet krakowskiego historyka Emanuela Rostworowskiego, który w 1967 roku tak pisał:

„Król w sposób konieczny i naturalny dąży do absolutyzmu [zdaniem obozu republikańskiego — D.S.]. Zrazu wysuwa cele monarchiczne: utrzymanie w pełni prerogatyw korony, wprowadzenie dziedziczności tronu, podporządkowanie majestatowi władzy wykonawczej oraz aukcja wojska i skarbu. Cele te osiągnie, uzyskując przewagę nad republiką. Za pomocą szafowania władzą rozdawniczą może skorumpować większość w sejmie.. «Bywało tak w Anglii, która dla Sarmatów stanowiła przykład republiki», znajdującej się na drodze do utraty wolności. Dalszy środek to liczna armia regularna. Odstraszające przykłady z historii starożytnego Rzymu i czasów nowożytnych pouczały Sarmatów, że armia jest narzędziem jedynowładztwa. Kiedy król za pomocą korupcji i wojska utrwali dziedziczną monarchię, przyjdzie pora na zaprowadzenie absolutyzmu. Przedstawicielstwo stanowe (sejm) ulegnie likwidacji, niezależne dotąd sądownictwo zostanie podporządkowane monarsze, a w końcu przywileje szlacheckie złamane. Sarmaci są głęboko przekonani, że monarchia godzi nie tylko w ich swobody polityczne, ale i w interesy klasowe. Despota podepcze ich karki wywyższając stany niższe: mieszczan i chłopów. Wszystko co w dziejach Europy mogło wskazywać na związki absolutyzmu z emancypacją stanów niższych, zostało w ideologii sarmackiej podchwycone z wielką skwapliwością i urasta do żelaznego prawa despotyzmu równającego wszystkich w poddaństwie.

Przeciw temu zagrożeniu skierowany jest program republikański. Utrzymanie elekcyjności tronu i kontraktowego stosunku między królem a Rzeczypospolitą — to źrenica wolności. Na korupcję w sejmie istnieje środek zaradczy w postaci zasady jednomyślności. Zagrożona wolność zawsze znajdzie w izbie choćby jednego sprawiedliwego Katona, który powie: veto. Ponadto niech sejm się nie zbiera zbyt często i nie obraduje zbyt długo, niech się broń Boże nie upodobni do parlamentu angielskiego, pobyt bowiem w stolicy i pod bokiem dworu psuje «republikantów». Niebezpieczną armię stałą należy ograniczyć do minimum, a obronę kraju zawierzyć szlacheckiemu pospolitemu ruszeniu. Na wszelkie bezprawne zakusy majestatu trzeba odpowiedzieć związkiem konfederackim. Te defensywne środki nie wyczerpują republikańskiego programu. Źle się dzieje w Rzeczypospolitej, w której sejmy nie dochodzą, urzędy są bezsilne, skarb pusty, a granice bezbronne. Naprawa sejmowania, stworzenia republikańskich władz rządowych, podatki i aukcja wojska, to rzeczy pożądane. Ale niebezpieczne, póki nie uzyska się pewności, że wzmocnione środki państwowe nie staną się narzędziem w ręku despotyzmu monarszego. Wstępnym warunkiem do przeprowadzenia reform jest więc obezwładnienie króla przez odebranie mu władzy rozdawniczej. Wszystkie urzędy winny być obsadzane z wyboru sejmików i sejmu, królewszczyzny zaś przyjęte na skarb pospolity. Wtedy zniknie widmo korupcji i gmach Rzeczypospolitej zostanie zwieńczony przez republikański rząd.

Ale rebus sic stantibus, [w takim stanie rzeczy], równowagi między podstępnym majestatem a czujną wolnością winny strzec tzw. władze pośrednicze, czyli senat i ministeria. «Panowie rada», «starsi bracia» świadomi są politycznych arkanów i w braku zrywanych sejmików mogą rozważnie uradzać nad dobrem Rzeczypospolitej na senutus consiliach [na posiedzeniach rady senatu], a na królewskich pokojach pilnować majestatu w charakterze senatorów rezydentów. Ministrowie (hetmani, kanclerze, podskarbiowie i marszałkowie) to «wysokie cedry» na sarmackim Libanie. Są dożywotni i nieusuwalni, a przy tym potężni i niezależni, że majestat im nie straszny. Hetmańska buława udzielnie włada nad wojskiem i dyplomacją wschodnią, pieczęć kanclerska nad metryką koronną (przywileje), klucz podskarbiński strzeże skarbu, a laska marszałkowska stolicy. Do wysokich cedrów zaliczyć można i interrexa — prymasa, który w czasie bezkrólewia piastuje godność głowy państwa. Ci ludzie na absolutystycznych knowaniach mogą jedynie stracić a nie zyskać, są naturalnymi stróżami Rzeczypospolitej i republikanie mogą spokojnie zasnąć na ich łonie. Tak przedstawiałaby się sytuacja w modelowym zarysie”.

Nie wdaję się tutaj w ocenę tego programu i bałbym się wystawić o nim jednoznaczną opinię. Niektóre stwierdzenia w nim zawarte wydają się absurdalne, inne znowu w wielu z nas, po dzień dzisiejszy, budzą nieutuloną tęsknotę i coraz to odżywają w naszych myślach. Że praktyka życiowa odbiegała od tych modelowych założeń? Ba, ale kiedyż to tak bywa, że model z praktyką jest tożsamy i powielany w życiu niczym przez kalkę? Jedno w każdym razie nie ulega wątpliwości, że obóz, który często jawi nam się jako zwykły chaos, kierował się zwartym, posiadającym swą wewnętrzną logikę programem. Na dodatek w wielu wypadkach zbieżnym z programem obozu przeciwnego, który historiografia przywykła faworyzować i wybielać a więc obozem Familii Czartoryskich i Poniatowskich. Oddajmy jeszcze raz, tym razem już na krócej, głos prof. Rostworowskiemu:

„[...] powstał w Polsce dojrzały program naprawy Rzeczypospolitej. Najpełniej wyraził go Stanisław Konarski w dziele O skutecznym rad sposobie. Ale obok tego pomnika literatury politycznej spisali swoje wytyczne ludzie gotujący się do politycznego czynu: Czartoryscy i Stanisław Poniatowski. W programach tych dominują cechy wspólne: zniesienie liberum veto i ustanowienie sprawnego sejmu oraz radykalne ograniczenie niezależnych dotąd ministrów przez utworzenie kolegialnych organów rządu. Konarski i Czartoryscy dążyli do wygaszenia antagonizmu między majestatem a wolnością przez daleko idące podporządkowanie króla Rzeczypospolitej. Król zostaje pozbawiony swej najistotniejszej prerogatywy — władzy rozdawniczej. Urzędnicy mają być powoływani z wyboru sejmików i sejmu. Ogniskując suwerenność narodu szlacheckiego w sejmie, Konarski budował swój system bardziej w interesie średniej szlachty ziemskiej, książęta Czartoryscy zaś, kładąc nacisk na inicjatywę odgórną i rolę senatu, sterowali ku rządnej oligarchii. Był to program grupy, która zamierzała objąć władzę. Poniatowski natomiast, już wówczas kandydat do korony, postulował wprowadzenie monarchii parlamentarnej na wzór angielski. Król miał zachować prerogatywy i stać się szefem scentralizowanej władzy wykonawczej. Reforma sejmu i okiełznanie wybujałych dygnitarstw przez kolegia rządowe to wspólne i podstawowe cechy wszystkich trzech programów.”

A właściwie czterech: republikańskiego, Konarskiego, Czartoryskich i wreszcie Stanisława Poniatowskiego. Czy przy występowaniu w tych programach wielu zbieżności nie można się było ze sobą porozumieć? Teoretycznie, tak. W praktyce nie udało się to do końca nawet królowi Poniatowskiemu i Czartoryskim, czyli siostrzeńcowi i wujom, a tym bardziej stronnictwu republikańskiemu i Famili. Konarski zaś był właściwie osamotniony, Znacznie szybciej umiano i chciano porozumiewać się z przedstawicielami obcych nacji: Francji, Rosji, Prus, Austrii, Anglii. Ta nieumiejętność porozumiewania się z sobą, wypracowana na sejmikach, pokutowała także i potem, gdy Rzeczypospolitej już nie stało. Wbrew pozorom nie potrafiliśmy połączyć się w jedność ani w powstaniu kościuszkowskim (klęska maciejowicka nastąpiła, gdyż Tadeusz Kościuszko w obawie przed rewoltą wewnętrzną pozostawił wojska w Warszawie, wyruszając w bój z małym korpusem), ani w powstaniu listopadowym (sprzeczne koncepcje, rozruchy uliczne, samosądy), ani styczniowym, szarpanym ciągle przez zamachy stanu, rozdzieranym walką wewnętrzną, na którą tracono co najmniej tyle samo energii co na walkę z wrogiem zewnętrznym, przeciwko któremu wzniecono przecież powstanie. Podobnie sprawa wyglądała w okresie I wojny światowej i w dwudziestoleciu międzywojennym. Te mnożące się w nieskończoność partie, upadające jedne za drugim rządy, kryzys polityczny połączony z silnym kryzysem ekonomicznym, potem zamach majowy. Ale zbyt daleko wybiegłem myślami w przód. Powracam do Radziwiłła.

Czy oznacza to, że zamierzam tu pokusić się o rehabilitację „Panie Kochanku”? Uchowaj Boże. Byłoby to przedsięwzięcie karkołomne, ale też nie mam zamiaru pozbawiać go prawa obrony jak też zacierać win i głupoty jego przeciwników. Portret księcia Karola wypreparowany z tła jest ułomny, bo szczątkowy. Zresztą nie bardzo mi się chce wierzyć, by całkiem „głupie bydlę”, „półzwierz”, którego dla dobra kraju powinno się natychmiast powiesić, zdołało stać się bożyszczem tłumu obywateli Rzeczypospolitej. Demon zła? Ano przyjrzyjmy się temu bliżej. Po tylu latach można chyba zdobyć się na trochę obiektywizmu.

Umierając, książę Karol Radziwiłł miał podobno wypowiedzieć te słowa:

„Przyjaciele i słudzy moi, darujcie mi, kiedym się wam nauprzykrzył, pamiętajcie na to, żem też człowiek.”

A chciałoby się dodać, bo w dobie, kiedy to piszę, takie teraz modne: również i Polak.

II POTOMKOWIE LIZDEJKI

 

Cóż to był za ród. Takiego drugiego ani na Litwie, ani w Koronie nie było. Inne, nawet nie mniej możne, wymierały bądź podupadały, a Radziwiłłowie trwali przez wieki i z pokolenia na pokolenie pomnażali swój stan posiadania i rozszerzali swoje wpływy. Wchodzili w koligacje, także z głowami koronowanymi. I chyba ze względu na te koligacje i rozbudzone ambicji jak w żadnym innym rodzie magnackim, numerowano niczym królów poszczególnych jego przedstawicieli (Mikołaj I, Mikołaj II), przy czym często na przykład opatrywano ich przydomkami (Czarny, Rudy, Sierotka; także podobnie udzielnych monarchów na przykład: Krzywousty, Śmiały, Kędzierzawy, Sprawiedliwy). Dla zachowania tradycji, zgodnie z wolą nie legendarnego, lecz znanego już z dokumentów protoplasty, najstarszy syn zawsze nosił imię Mikołaj i tej zasady skrupulatnie przestrzegano.

W 1547 roku Mikołaj Czarny złożył wizytę w Augsburgu cesarzowi Karolowi V i 10 grudnia uzyskał od niego tytuł książęcy, pana na Nieświeżu, Ołyce i Klecku, zaś dla swego stryjecznego brata Mikołaja Rudego tytuł książąt na Birżach i Dubinkach. W cztery dni potem dyplomy te potwierdził król rzymski Ferdynand I. Nie ma się właściwie co temu dziwić, wszak były to czasy słynnego romansu Zygmunta Augusta z Barbarą, która przecież została koronowaną na królową Polski, mimo silnego sprzeciwu dużej części szlachty.

Początek związkom familijnym Radziwiłłów z Hohenzollernami, a potem i innymi książętami Rzeszy niemieckiej, dał książę Janusz (1579—1620), którego drugą żoną, a jednocześnie matką dobrze znanego nam z Potopu księcia Bogusława, była Elżbieta Zofia, córka elektora brandenburskiego, Jana Jerzego. W latach późniejszych książę Antoni (1775—1833), przez pewien czas namiestnik Wielkiego Księstwa Poznańskiego, ożenił się z Fryderyką Ludwiką, pochodzącą z panującej linii Hohenzollernów. Zresztą jego potomkowie całkowicie zniemczeli i piastowali wysokie stanowiska w Berlinie. Radziwiłłów i dzisiaj można spotkać w świecie. Opowiadał mi znajomy dziennikarz, że w latach siedemdziesiątych naszego wieku zetknął się w Argentynie z pewnym księciem Radziwiłłem (imienia już nie pomnę), który pełnił w Buenos Aires obowiązki ambasadora Zakonu Maltańskiego i jako najstarszy wiekiem był dziekanem całego korpusu dyplomatycznego.

Niezależnie od piastowanych przez Radziwiłłów wysokich urzędów (wojewodów, hetmanów, kanclerzy), splendoru dodawał im tytuł dziedziczny archiwariuszy Litwy, bowiem decyzją króla Zygmunta Augusta archiwum rodowe przekształcone zostało w archiwum rządowe Wielkiego Księstwa Litewskiego. W ich rękach znajdowała się cała dokumentacja. W ten sposób niemal każdy stawał się ich klientem. Radziwiłłowie urośli do roli jakby oficjalnych stróżów państwowości litewskiej, symbolizując niejako jej starożytność, jej wielkość, jej trwałość. W XVII wieku nikt nie mógł się równać z Radziwiłłami na Litwie. Dopiero w XVIII, na ich konkurentów wyrośli Czartoryscy.

Skąd się właściwie wzięli Radziwiłłowie, ród tak możny i tak wpływowy? Niestety, zmuszony jestem zaprezentować tutaj rączej legendę niż prawdę. W czasach sarmackich panowała w Rzeczypospolitej moda na starożytność rodów i prześcigano się w tym względzie. Niektórzy, co bardziej zapalczywi, widzieli swych protoplastów aż w cesarstwie rzymskim z epoki Augusta czy nawet Cezara. Bywali i tacy, co sięgali jeszcze głębiej w przeszłość. Tak było w Koronie. Natomiast na Litwie, której ziemie przez wiele wieków (nawet w XIV) oddzielały od reszty Europy rozległe bagna i dziewicze puszcze, skutecznie izolując je od cywilizacji i kultury śródziemnomorskiej, udowodnienie swoich pokrewieństw z Rzymem byłoby przedsięwzięciem karkołomnym. Najchętniej powoływano się więc na swoje koneksje z Jagiellonami bądź ich poprzednikami. Tak też rzecz się ma w przypadku Radziwiłłów. Edward Kotłubaj, autor opasłego tomiska, zatytułowanego Galeria nieświeska portretów radziwiłłowskich, a wydanego w Wilnie w 1857 roku, taki oto ustalił rodowód tych przemożnych książąt. Trzeba tu jednak pamiętać, że Kotłubaj, który miał dostęp do jeszcze nie przetrzebionego przez czasy bardziej nam współczesne archiwum w Nieświeżu, był zapalonym gloryfikatorem Radziwiłłów i nawet z największego grzechu gotów ich rozgrzeszyć. Świadomie malował wyidealizowany obraz całego rodu. Mimo to oddajmy mu głos, bo legenda jest legendą i trudno się z nią kłócić. Można najwyżej w nią nie wierzyć.

„W roku 1283 — opowiada Edward Kotłubaj — waleczny Trojden zasiadł na tronie litewskim; był on najmłodszym synem w. ks. Romunda nastąpił po bracie swym starszym Narymundzie; dwaj inni bracia jego Holsza Giedrus już byli zmarli; trzeci zaś Doumund, ks. uciański, dla burzliwego charakteru i przyjaznych stosunków z pskowianami usunięty został przez naród od tronu. Zapalczywy Doumund żywił z tego powodu silną nienawiść ku bratu swemu, łącząc ją z żądzą opanowania władzy najwyższej. Dla dopięcia obu tych celów, przekupił sześciu zbójców, którzy przebrani po wieśniacku zbliżyli się do w. księcia wychodzącego z łaźni, udając że z prośbą przychodzą i gdy ich książę do siebie przypuścił, rzucili się nań z nienacka i ukrytemi nożami przebili. Po zamordowaniu brata, Doumund chcąc uprzątnąć wszystkich innych pretendentów do tronu, rozkazał zamordować synów brata swego najstarszego Narymunda. Siepacze jego ściśle wykonali ten rozkaz, jeden tylko najmłodszy syn Narymunda uszedł tej rzezi. Mamka ulitowawszy się nad niemowlęciem w pieluchach jeszcze będącym, potrafiła umknąć z niem do kapłanów pogańskich na Rossie mieszkających, których błagała aby dziecię od śmierci ocalili. Krywe Krywejta, czyli kapłan najwyższy, wziął je pod swoją opiekę i starannie ukrył. Tymczasem Rymund, syn Trojdena i Anny ks. mazowieckiej, który przyjąwszy wiarę wschodnią i habit zakonny, przebywał w Ławrze niedaleko Nowogródka, pod imieniem Wawrzyńca, opuścił na chwilę ciszę klasztorną dla pomszczenia ojca swego, zabił Doumunda i zrzekając się praw do tronu, powrócił nazad do klasztoru. W braku potomków panującego rodu, Witenes, marszałek litewski, został obrany na w. księcia litewskiego i rozpoczął nową dynastię.

Gdy zaburzenia w kraju ucichły i wszystko do dawnego porządku wróciło, Krywe Krywejta rozkazał małego Narymundowicza złożyć w lesie w gnieździe orłem, w. księciu zaś oznajmił jakoby miał objawienie od bogów, iż dziecię znalezione w orłem gnieździe miało być jego następcą w godności najwyższego kapłana. Gdy Witenes znajdował się na łowach, Krywejta zaprowadził go zręcznie na miejsce, gdzie dziecię było ukryte, które gdy znalezionem zostało, w. książę nazwał je Lizdejką i oddał na wychowania Krywe Krywejcie. Następnie Lizdejko dorósłszy, tak się umiał podobać Witenesowi, iż ten wydał za niego córkę swą Pojatę czyli też Sauriatę, jakoby w roku 1299, a po śmierci Kriwe Kriwejty uczynił go najwyższym kapłanem. Lizdejko ten jest protoplastą domu radziwiłłowskiego.

Tradycja powyższa — stwierdza dalej Edward Kotłubaj — w części tylko jest historyczną. O istnieniu Lizdejki i znalezieniu jego w orlem gnieździe wspominają kroniki, lecz aby on był synem Narymunda, podpada wielkiej wątpliwości. Narbutt, który uczenie zbadał wszystkie źródła do genealogii książąt litewskich służące, powiada, że: «Potomstwa po sobie Narymund nie zostawił». [...] I rzeczywiście aż do czasu połączenia się Litwy z Polską nie napotykamy nazwiska Radziwiłłów; żaden z potomków Lizdejki nie nosił go aż do tego czasu. Wówczas zaś panowie litewscy, przyjąwszy od Polaków herby, poczęli również, jak i oni, używać rodowych nazwisk przechodzących od ojca na syna. Przy przyjęciu chrztu ś. a przy tem imienia jakiego patrona, imię pogańskie stawało się nazwiskiem rodowem; i tak nazwiska Moniwidów, Gastołdów, i wiele innych, powstały z imion własnych, osobistych, które przy chrzcie ś. zamieniono na rodowe. Podobnież i pierwszy z potomków Lizdejki, który przyjął wiarę chrześcijańską, nazwał się Radziwiłłem i imię te, przekazał dla potomków swoich jako rodowe. Że zaś Radziwiłł było imię czysto litewskie, pokazuje samo zakończenie, albowiem w poczcie w. książąt litewskich znajdujemy niejedno podobnie brzmiące, jak Erdziwiłł, Towciwiłł, Wojszwiłł etc.”

Legenda barwna, niemal jak o Chrystusie. Szczęśliwe uniknięcie rzezi, ucieczka przed siepaczami, potem to orle gniazdo niczym żłobek w stajence, proroctwo bogów, tytuł najwyższego kapłana, podwójne koligacje książęce itd. W pewnych momentach jest co prawda niespójna logicznie (bo na przykład, jeżeli Lizdejko był Synem Narymunda, to czemu Rymund, zrzekając się tronu, nie ofiarował go naturalnemu następcy, jakim był cudem niemal ocalały chłopak?), ale jak już powiedziałem z legendą trudno się spierać. Chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że ukształtowana ona została już w czasach chrześcijańskich (po unii Polski z Litwą), pod wpływem opowieście o Chrystusie. Kotłubaj jeszcze dodaje:

„Gdy Polacy wezwali Jagiełłę na tron polski, Radziwiłł razem z innymi panami litewskimi towarzyszył mu w r. 1385 do Krakowa, gdzie przyjął wiarę katolicką razem z królem, dnia 14 lutego, w katedrze krakowskiej. [...] Zwrócić tu uwagę należy, iż Radziwiłł podpisał się do tego aktu [unii — D.S.] w rzędzie książąt i panów litewskich, a zatem należał już do najwyższego stanu po w. książęciu.”

Znaczenie Radziwiłłów szybko wzrastało. Momentem przełomowym stały się romans i ślub Barbary z Zygmuntem Augustem, a potem jej koronacja na królową. Posypały się wtedy na Radziwiłłów zaszczyty, przywileje, godności i urzędy. Rozrastała się również fortuna.

Umiejętnie wchodzono w koligacje i przejmowano w spadku majątki niekiedy całych wygasających rodów. Dochodziły do tego nadania królewskie za usługi oddane ojczyźnie na polu walki przez hetmanów wielkich litewskich, na przykład Jerzego (1480—1541), Krzysztofa (1585—1640),czy Krzysztofa Mikołaja zwanego Piorunem (1547—1603) szczęśliwie wojującego ze szwedzkimi i moskiewskimi wojskami. WXVII wieku Radziwiłłowie trzęśli Litwą i niewiele w gruncie rzeczy zaszkodziło im opowiedzenie się, w czasie tzw. potopu szwedzkiego, po stronie Karola Gustawa. Po chwilowym kryzysie szybko powrócili do dawnego znaczenia i dawnej potęgi. Możnymi nie przestawali być nigdy. I w takiej to znakomitej kondycji wkroczyli w wiek XVIII.

Karol I Stanisław Radziwiłł, syn księcia Michała Kazimierza i Katarzyny Sobieskiej (siostry króla Jana III!), urodzony w 1669 roku, miał z Anną Katarzyną, córką Hieronima Sanguszki, księcia na Białym Kowlu i Smolanach, trzech synów oraz cztery córki. Drugim z kolei synem był Michał Kazimierz, późniejszy rodziciel także Karola II Stanisława zwanego „Panie Kochanku”.

Kim był ojciec Karola? Niestety niewiele da się o nim dobrego powiedzieć. Był właściwie człowiekiem nijakim, bezbarwnym, o osobowości żadnej. Ze wszystkich cech tego, przecież bogatego w zasługi rodu, przejął chyba tylko jedną. Ambicję. Ambicję przewodzenia Litwie i Radziwiłłom. W przeciwieństwie więc do swoich braci, piął się energicznie po szczeblach kariery publicznej i trzeba przyznać, że cel swój osiągnął. Najpierw otrzymał kasztelanię wileńską, a potem, po usilnych zabiegach, wielką buławę litewską i fotel pierwszego senatora Litwy, czyli urząd wojewody wileńskiego.

Marcin Matuszewicz, klient, a jednocześnie adwokat — jak byśmy to dzisiaj powiedzieli — radziwiłłowskiego domu, autor kapitalnych pod wieloma względami Pamiętników kasztelana brzesko-litewskiego, obejmujących lata 1714—1765, wystawił swemu pryncypałowi życzliwą choć nie bezkrytyczną opinię:

„Był to pan prawdziwie nabożny i sprawiedliwy i osobliwszej dobroci. Nie był mściwy nad nieprzyjaciołami swemi i owszem swoich nieprzyjaciół nie złością i oddawaniem złości za złość, ale dobrocią chciał konwikować. Maksyma jego była pryncypalna, zawsze z królem jedno trzymać, w czem czasem wykraczał, bo aż nadto dworowi był posłuszny, a dwór wiedząc o nieodmiennem i wielkiem jego posłuszeństwie mniej go aprehendował [cenił] ani obawiał się i mało na jego promocje czynił. [...]

Był to pan miernej penetracji, ale przez ustawiczną wielkich i najpierwszych Rzeczypospolitej interesów, w których sam zostawał, praktykę, do wielkiej przyszedł eksperjencji [doświadczenia] [...] Druga maksyma tegoż księcia hetmana była, aby Rosji nie urażał i miał sobie dwór petersburski przychylny i lubo książęta Czartoryscy w wielkim u tego dworu zostają kredycie, przecież ten dwór, a osobliwie cesarzowa Elżbieta, osobliwszą zawsze dla księcia hetmana miała konsyderacją.

Tenże pan nigdy zdrowia swego nie ochraniał, nigdy się nie wyspał, ustawicznie w drogach był, w noce najpogodniejsze najczęściej jeździł, bardzo mało sypiał, nigdy dobrze nie jadł i chociaż wielkim kosztem stół trzymał, jednak gotowania, przez długie czekanie nim szedł do stołu, zawsze przestałe i okrzepłe jadł i tak ustawicznemi pracami, niewygodami osłabił naturę swoją, że go najmniej w tej ostatniej nie sekundowała chorobie.”

Z tej opinii, napiętnowanej dworacką galanterią i uniżonością, wyłania się jednak wyraźnie charakter księcia hetmana Michała Kazimierza, ojca „Panie Kochanku”. Przede wszystkim przepojony był konformizmem i cechowało go tchórzostwo. Zawsze w sytuacjach krytycznych ustępował, o czym będziemy jeszcze mieli okazję się przekonać. Unikał bezpośredniego starcia, przedkładał nad nie klincze i podchody, w przeciwieństwie do syna, którego rozbuchana natura pchała do bezpośredniej walki. Na wszelki wypadek hetman wielki litewski zapalał zawsze panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek, czerpiąc bez skrupułów od jednych i drugich. Od Rzeczypospolitej i jej króla otrzymał najwyższe dostojeństwa, od dworu petersburskiego Order św. Andrzeja. Kłócił się jedynie z Czartoryskimi, którzy w tym czasie rośli w potęgę i zagrażali jego pozycji na Litwie.

W swym życiu nie wyróżnił się właściwie niczym, choć założył w rodowych dobrach wiele manufaktur, czyli rozwinął przemysł i rzemiosło, ale też los nie zgotował mu jakichś nadzwyczajnych okazji, by wykazał się swymi ewentualnymi umiejętnościami. Okres, w którym żył i działał ów hetman wielki litewski, charakteryzował się brakiem wojen, które by prowadziła Rzeczypospolita. Co prawda za jego kadencji zdarzyła się głośna w Europie wojna siedmioletnia, w której między innymi brała udział Saksonia, występująca przeciwko Prusom, a zatem i król Polski, ale Rzeczpospolita targana wewnętrznymi sporami nie udzieliła swemu władcy pomocy, uznając, że w wojnę zaangażowany został tylko monarcha Saksonii, a nie Polski, choć występujący w jednej osobie. Gdy zdarzył się Augustowi III krach na froncie i został zamknięty w kotle wraz ze swoją armią, Rzeczypospolita zwróciła się jedynie do Prus z prośbą o przepuszczenie przez kordon oblegających króla, by mógł otworzyć najbliższe posiedzenie sejmu. Dziwne rozdwojenie jaźni. Przecież przez Polskę, tak obojętną na losy swego króla, przemaszerowywały wojska rosyjskie idące mu na pomoc, konfiskując żywność i dokonując wiele gwałtów. Z kolei Prusy bez żenady przeprowadzały, nawet w Warszawie, pobór do swojego wojska. W Wielkopolsce, na Pomorzu porywano chłopów, a niejednokrotnie i drobnych szlachciców siłą. Rzeczypospolita przypominała wówczas „karczmę zajezdną”, tylko że za usługi nikt nie chciał karczmarzowi płacić. Oficjalnie jednak wojny nie było, szlachta jeśli sięgała po broń, to na sejmikach, przeciwko sobie.

Hetman wielki litewski, Michał Kazimierz Radziwiłł „Rybeńko” (przydomek ten zyskał, podobnie jak potem jego syn Karol, od zwrotu, jakiego używał w rozmowach z innymi ludźmi, których określał mianem „rybeńki”) był, o ile mnie pamięć nie myli, pierwszym w dziejach Rzeczpospolitej hetmanem wielkim, który nigdy nie powąchał prochu, jeśli nie liczyć wiwatów oddawanych z armat zamkowych w Nieświeżu na cześć jego samego, jego rodziny, bądź gości. Jak podaje apologeta Radziwiłłów Edward Kotłubaj: „Bezwładność rządu tak była wielką i wojska Rzeczypospolitej gnuśniały w bezczynności. Hetmani nie mieli nic do czynienia i ks. M. Kaziemierz raz tylko użył garstkę wojska litewskiego do boju i to wewnątrz kraju, przeciw chłopom. W 1756 roku zbuntowało się pospólstwo w Kamieńszczyźnie, dobrach należących do kapituły wileńskiej. Hetman litewski, za ordynansem królewskim, aby uśmierzył to powstanie w marcu wykomenderował 100 piechoty ordynackiej i dwa działa pod komendą kapitana Hila oraz 300 kozaków i wołochów pod komendą pułkownika Motowidło. [...] Mała ta garstka rycerstwa spotkała pod Sławetną 3000 uzbrojonego pospólstwa, bez żadnego trudu rozproszyła niesforną tę kupę i w krótkim czasie przywróciła spokojność w dobrach kapitulnych.”

Też mi powód do dumy i sławy. Nic więc dziwnego, że poważni historiografowie nie lubią i nie cenią Rybeńki. Na przykład Władysław Konopczyński nazywa go „fałszywcem”, „samochwałem”, „amatorem pochlebstw” powszechnie wzgardzanym za tchórzostwo i serwilizm względem dworu. Z tą powszechnością to niewątpliwa przesada. Rybeńko był popularnym człowiekiem na Litwie. Właśnie co jak co, ale tę popularność umiał zdobywać; że środkami, które dzisiaj jesteśmy zdecydowani potępiać, a zatem bankietowaniem i za pomocą alkoholu? Ależ wówczas nikt inaczej nie postępował. Te metody kaptowania sobie zwolenników stosowano i po jednej, i drugiej stronie barykady, a więc i ci święci, i ci grzeszni. Nikt nie miał szans zyskania choćby kilku kresek wśród swoich wyborców bez tzw. stołu, a mówiąc językiem współczesnym, bez wyprawiania bankietów. Sejmikowanie było nieustającym świętem, zamaszystym, hucznym, obchodzonym z fantazją, po polsku. Trzeba przyznać, że magnaci czy ich poplecznicy musieli odznaczać się końskim zdrowiem, by przetrzymać wszystkie wymagania stawiane im przez własnych zwolenników. Wątroba, nerki, żołądek dostawały nieraz spazmów.

Stanisław August Poniatowski, późniejszy król Polski, zanotował w swych Pamiętnikach, wydanych przez Władysława Konopczyńskiego i Stanisława Ptaszyckiego w 1915 roku, kapitalną przygodę, której przytoczenia tutaj aż żal byłoby uniknąć. Dotyczy ona perypetii związanych z wyborami podczas sejmików.

„Wkrótce po wycieczce do Wschowy [1752] — relacjonuje późniejszy nasz monarcha — trzeba było myśleć o sejmikach, a nie była to rzecz łatwa w owych czasach. Chcąc być wybranym na posła, nie dość było mieć wielu przyjaciół w okolicy, trzeba było koniecznie nie mieć ani jednego oponenta; ukrywano swoje kroki, tajono miejsce, w którem miano starać się o wota, z obawy, aby jaki nieprzyjaciel osobisty lub stronnik innej partii, dowiedziawszy się nie wzbudził tam kontradykcji.

Ojciec mój miał w ziemi łomżyńskiej przyjaciela, nazwiskiem Glinkę, wówczas pisarza tego powiatu. Był to człowiek bardzo biegły we wszystkich sejmikowych manewrach i po swojemu sprytny; jemu też zalecono mnie, powierzono, poddano, na to abym został posłem. W istocie więcej utrapienia jeszcze niż zaszczytu przynosiły naówczas zabiegi o tę funkcję, wiedziano z góry, że żaden sejm nie przychodzi do skutku, że król wcale się o to nie troszczył, minister jego daleko mniej jeszcze, większość ministrów polskich też niewiele, że zresztą, gdyby nawet wszyscy najmocniej tego pragnęli, dojście sejmu jest nieprawdopodobieństwem z powodu wytężonej uwagi mocarstw ościennych, starających się zrywać obrady, ku czemu niesłychane znajdowało ułatwienie w zgubnem i niedorzecznem liberum veto. Jedyną korzyścią z nieużytecznej godności poselskiej była tylko możność oparcia się jakiemu istotnie zgubnemu projektowi, gdyby go dwór wymyślił, sposobność obeznania się z reprezentacją publiczną, wdrożenia się do spraw narodowych, lub za narodowe mianych i przygotowania sobie dróg do innych stanowisk, na których kiedyś, tak czy owak, może by się udało czegokolwiek dokonać.

A jednak, dla dojścia dla tego lichego powołania, trzeba było co dwa lata nadskakiwać kilku secinom ludzi, którzy wprawdzie z urodzenia mogli nazywać się szlachtą-posesjonatami takiego lub innego powiatu, ale z których połowa zaledwie umiała czytać, a daleko większa część służyła dawniej lub obecnie zostawała na usługach u tych samych magnatów, co też ubiegali się o ich wota dla siebie albo swych dzieci. Trzeba było przed sejmikiem kilka dni z rzędu rezonować od rana do wieczora z tą ciżbą, podziwiać ich brednie, zachwycać się ich płaskiemi konceptami, nade wszystko ściskać ich brudne, kapcańskie osoby; bez wytchnienia trzeba było dziesięć albo i dwanaście razy na dzień konferować z matadorami okolicznymi, to jest wysłuchiwać pod osłoną największej tajemnicy szczegółów ich drobnych kłótni domowych, uwzględniać ich zabopólne zawiści, wstawiać się za promocją ich do urzędów, układać z nimi, ile i któremu ze szlachetnie urodzonych wyborców dać trzeba gotówki, nareszcie wypadało jeść z nimi śniadania, obiady, podwieczorki, wieczerze za stołami równie brudnemi, jak licho obsługiwanemi, aby w końcu widzieć częstokroć owoc tych pokłonów, wydatków i całej tej cierpliwości zniszczony w jednej chwili przez jakiegoś bałwana, zostającego na żołdzie przeciwników, albo nawet po prostu przez zły humor jakiejś osobistości, która i ciebie i cały sejmik poświęcała swej urazie do nastręczonego tobie kolegi, lub do kogoś z dygnitarzy oświatowych, który pracował dla siebie, a którego promocję u dworu ten gbur spodziewał się zniszczyć, burząc twoją elekcję, bo syn magnata, ubiegający się o godność poselską zazwyczaj przyrzekał taką promocję w nagrodę za udzielaną sobie pomoc.

Pan Glinka przyjął mnie w swoim domu z największemi oznakami radości i uszanowania; co dzień rano i wieczór powtarzał mi w mowach swoich, «że czuje się najszczęśliwszym z ludzi, posiadając w osobie mojej nieoceniony klejnot, który powiat łomżyński powinien oprawić w kosztowny pierścień swojej godności poselskiej, aby oświecał na przyszłym sejmie cały horyzont sarmacki.»

Na takie to biedoty musiałem odpowiadać w podobnym stylu ze dwieście, albo trzysta razy w ciągu tygodnia, podczas którego pan Glinka posiadał mnie w swoim domu albo obwoził po powiecie od dworku do dworku, zbierając obietnice wotów od wszystkich wyborców.

Zostałem nareszcie posłem unanimi voto [wybrany jednomyślnie], razem z miejscowym starostą Przyjemskim, po czem Glinka zawiózł mnie do domu pana starosty makowskiego, a był to ze wszystkich dni dla mnie najcięższy. Stary starosta, dotknięty podagrą, nieruchomy, żył jeszcze po to tylko, aby pić; żona jego była przedmiotem najserdeczniejszych zapałów pana Glinki, który sam będąc wdowcem, spodziewał się, że i ona wkrótce owdowieje; tymczasem zaś umieścił przy niej córkę swoją z pierwszego małżeństwa, osiemnastoletnią dziewczynę, tłustą i białą, prawdziwą Kunegundę, która mówiąc nawiasem, w gorący dzień sierpnia ustroiła się w piękny czarny aksamit z pluszem różowym na odwrotnej stronie. Glinka zaproponował bal tym dwom paniom, które z nim i ze mną złożyły jedyny kadryl, a stary mąż przedstawiał publiczność. Miejscem tańców był rodzaj drewnianego portyku, mający dwanaście stóp wszerz i wzdłuż, wsparty na czterech słupach, gdzie rodzina przychodziła oddychać świeżym powietrzem u drzwi domu, z na pół przegniłą posadzką.

Starosta zasiadł w jednym kącie, drugi zajęły jedyne rozstrojone skrzypce, a Glinka i ja, służąc tym damom na przemian, tańcowaliśmy od szóstej po południu do szóstej rano. Po każdym skończonym tańcu Glinka wychylał pełny kielich, ostatnią kroplę płynu strząsając na paznokieć, a stary starosta wiernie towarzyszył ochocie, pijąc zawsze za moje zdrowie, na co, jako niepijący, tern niższemi odpowiadać musiałem ukłonami. Nie, gdybym na to własnemi nie patrzył oczyma, nie uwierzyłbym temu nigdy! Igła obeszła wokoło cyferblatu, a Glinka pił i tańcował jeszcze; tylko trzy razy redukował ubranie swoje, zawsze mnie przepraszając najpokorniej; odwiązał najprzód pas, potem zdjął kontusz, nareszcie żupan i został w samej koszuli, a w dodatku do szerokich swych polskich spodni i wygolonej głowy nadział na wierzch, pudermantel pani domu, przyklaskującej tym miłym konceptom. O szóstej rano prosiłem go o pardon [wybaczenie], z trudnością otrzymałem pozwolenie udania się do osobnego, pokoju, gdzie zaledwo czas miałem zmienić bieliznę, kiedy pani domu z przewodnikiem swoim i jego córką znowu mnie tam napadła. Niemal na klęczkach wypraszałem się, żeby mi dano odetchnąć i z wielką biedą otrzymałem pozwolenie na wyjazd po obiedzie do Warszawy. Jeszcze nie byłem wyjechał z podwórza szlacheckiego dworku, kiedy oś w moim powozie złamała się. Miałem siebie za straconego, rozpacz ogarniała mą duszę, ale Glinka wspaniałomyślnie użyczył mi swego powozu, rad, że miał pretekst pozostać przy swojej pani, gdy ja tymczasem wlokłem się między sosnami, po piaskach tego lichego i tak biednego powiatu, że dosłownie konie moje i ja mało co nie zginęliśmy z głodu w tej drodze.”

Tak, niełatwa to była służba i często trzeba było płacić za nią zdrowiem, a jednak chętnych nie brakowało. Współcześni posłowie niejednokrotnie narzekają w prywatnych rozmowach na dużą ilość zebrań, konferencji i spotkań z wyborcami, ale gdy tak porównać, można śmiało powiedzieć, że dzisiaj jest lepiej. W relacji Poniatowskiego zwraca uwagę, z jednej strony pogarda, z jaką odnosi się on do tłumu swoich wyborców, z drugiej zaś uporczywa chęć przewodzenia temu pogardzanemu tłumowi. Ta sprzeczność stanie się zauważalna niemal dla wszystkich i Stanisław August, w ciągu swojego długiego przecież panowania, nie zdobędzie właściwie nigdy popularności, nie utożsami się on ze swoim narodem ani naród z nim. Raz tylko, po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, rozentuzjazmowany tłum będzie krzyczał: „Król z narodem, naród z królem”, ale potem zdarzy się Targowica i nieoczekiwane przystąpienie Poniatowskiego do niej. Pojednanie, złudne zresztą, będzie więc trwało bardzo krótko. W tej nieumiejętności porozumiewania się, w obcości władcy wobec rządzonych można dopatrywać się przyczyn wielu niepowodzeń królewskich, nawet gdy podejmował on ze wszech miar słuszne przedsięwzięcia. Oczywiście, powodów do nieszczęść było więcej, ale ten wydaje mi się jednym z podstawowych. Między Radziwiłłami, a ówczesnym narodem szlachtą — takich barier nie było i należy żałować, że swej ogromnej nieraz popularności nie potrafili właściwie, dla dobra kraju, wykorzystać.

Kiedy późniejszy hetman wielki litewski i wojewoda wileński, książę Michał Radziwiłł „Rybeńko”, rozpoczynał swoje samodzielne życie, należał do najzamożniejszych, ale kiedy umierał, majątek jego, pod względem wielkości, nie miał sobie równych, przynajmniej na Litwie. W Koronie jedynie Salezy Potocki mógłby z nim konkurować. Po śmierci bezdzietnego brata, Hieronima Floriana, odziedziczył dobra słuckie i bialskie (dzisiejsza Biała Podlaska), po Sobieskich dobra żółkiewskie. Objął także w posiadanie majątki birżańskie oraz pokaźny posag swojej pierwszej żony, na której wygasł ród Wiśniowieckich, a zatem Rumnie, Brahin, Biały Kamień, Żmigród, Białą Krynicę, Moszany, Pohrebiszcze i inne pomniejsze miejscowości. Ogółem we wszystkich posiadłościach hetmańskich pracowało dla niego 300 tys. poddanych. Jak twierdzi Kotłubaj, majątek jego śmiało można było rachować na 30 milionów talarów. Dzięki tak wielkim posiadłościom zaskarbił sobie wdzięczność i całkowite oddanie wielu rodów szlacheckich, którym nie tylko pojedyncze wioski, ale niekiedy i całe klucze puszczał w dożywotnią dzierżawę, z ogromną dla nich korzyścią. W walce politycznej mógł zawsze liczyć na głosy swojej licznej klienteli. Zresztą nie on wymyślił tę metodę kaptowania sobie zwolenników. Znano ją już od dawna i stosowano powszechnie. To się nazywało wisieć u pańskiej klamki.

W początkowym okresie swojej kariery politycznej miał zdecydowaną przewagę nad swymi przeciwnikami, Czartoryskimi, którzy jednak niemal w zawrotnym tempie potrafili pomnożyć swoje majątki, i prawem, i lewem, a potem skutecznie przeciągać na swoją stronę liczną klientelę. Walka między Radziwiłłami i Familią będzie także i na tym polu zawzięta.

Matką Karola była księżniczka Franciszka Urszula z Wiśniowieckich, córka kasztelana krakowskiego oraz Teofili hrabianki Leszczyńskiej, wojewodzianki podlaskiej. Urodziła się w Czartoryjsku, 13 lutego 1705 roku, a poślubioną została ojcu Karola 23 kwietnia 1725.

„Była to pani — podaje Kotłubaj — bardzo pobożna i jak na wiek swój wielkiej nauki. Była nawet autorką wielu sztuk dramatycznych, które często grywane były na teatrze nieświeskim przez dzieci i panny dworskie. Wyszły one w druku w roku 1754 [już po jej śmierci — D.S.] staraniem Jakuba Pobogi Fryczyńskiego. Są to po większej części komedie przerobione z francuskiego, niewiele jest oryginalnych. Starała się ona o powiększenie biblioteki nieświeskiej, która za jej czasów do 9000 tomów liczyła; za jej staraniem została odnowioną i doskonale urządzoną drukarnia zamkowa w Nieświeżu, w której wiele dzieł wytłoczono.

Niektórzy skłonni są ją posądzać o romans nawiązany pod koniec życia z owym Fryczyńskim, plenipotentem majątków radziwiłłowskich. I właściwie nie należałoby się temu mocno dziwić. Mąż był w ciągłych rozjazdach, zajmował się przede wszystkim życiem publicznym, a rozpoetyzowana i rozegzaltowana żona spędzała całe dnie i noce w samotności, w oczekiwaniu na krótkie chwile spotkań z rozpolitykowanym małżonkiem. Sama zabawa w teatr i literaturę nie wystarczała, zwłaszcza, że była to literatura miernej klasy, po prostu zwykła amatorszczyzna. Dzisiaj księżna Franciszka byłaby ze swymi umiejętnościami członkiem jakiegoś korespondencyjnego klubu tzw. młodych pisarzy, prowadzonego przez którąś z organizacji młodzieżowych, bądź wojewódzki dom kultury.

Współczesny, ale już nieżyjący pisarz, Tadeusz Łopalewski w swej znakomitej powieści Kaduk, czyli wielka niemoc stworzył literacką wizję tego romansu. Oto nękana poczuciem samotności i wiedziona potrzebą serca, błądząc po wielkim zamku nieświeskim, niby przypadkiem, hetmańska żona trafia do skromnego pokoju darzonego sympatią Jakuba Fryczyńskiego. Udzielmy na chwilę głosu Tadeuszowi Łopalewskiemu:

„Porywczym ruchem wyciągnęła rękę. I przymknęła oczy, gdy przylgnęły do niej gorące wargi. Jakież to było błogie, jak radosne! To nie był jeszcze jeden z tych poddańczych, nabożnych pocałunków należnych jej dostojeństwu, to młodość garnęła się do wielkiej pieszczoty. On mnie kocha — myślała uszczęśliwiona — on mnie pragnie. Czuję, to, więc jeszcze nie jestem stara. Z ledwością panowała nad wzruszeniem. Podniosła książkę do oczu, wszakże litery wyskakiwały ze stronic jak rozigrane koniki polne, a jej chciało się śmiać i płakać z tego zamieszania.

Fryczyński nie spuszczał z niej wzroku. Milczenie stawało się niebezpieczne. I księżna, by je przerwać, skupiła uwagę na zadrukowanej karcie, zmusiła wyrazy, by wróciły do porządku, i zaczęła głośno czytać wybrane na chybił trafił wiersze[...].

Tomik wypadł z jej rąk. «Nie da się naprawić tego, co zniszczyły lata» — dawał do zrozumienia bezlitosny mistrz. Zasłoniła twarz, by ukryć łzy, czy ruinę młodości? Nie udało się — i zaniosła się płaczem.

Fryczyński jednym skokiem znalazł się u jej nóg. Spojrzał na stroniczkę Racine’a, pochwycił słowa des ans 1’irreparable outrage i zrozumiał przyczynę. Więc objąwszy stopy pani, całował fałdy sukni i wilgotne od łez palce.

— Nie, nie! Tak nie jest! — starał się zaprzeczyć okrutnej prawdzie. Oplatał ramionami, szeptał słowa uwielbienia. Chłonęła to jak pustynia rosę. I nie opierała się temu, co musiało nastąpić. Choćbym miała umrzeć, zabitą być... chcę tego, jeśli on pragnie. I kiedy zdmuchnąwszy światło, pociągnął ją na tapczan, na niedźwiedzie kosmacze, oddała mu się z gwałtownością jesiennej burzy, którą oślepli namiętnością brali za objawienie wiosny.”

Czy tak było w rzeczywistości? Bardzo możliwe, ale na pewno tego nie wiemy. Prywatna strona życia Polaków jest niezwykle słabo udokumentowana w historii. A słabo dlatego, że stanowiła ona zawsze margines ich indywidualnych losów. Nawet literatura polska nie zdobyła się nigdy na wielkie dzieło typu Tristan i Izolda, Romeo i Julia czy Anna Karenina, i nic dziwnego, na gruncie polskim utwór taki byłby czymś obcym, sztucznym, nie korespondującym z rzeczywistością. „Ja jestem milion” — wykrzykuje Bogu w twarz mickiewiczowski Konrad. Miłość jest dla nas albo chwilową, w każdym razie krótkotrwałą, fizyczną namiętnością, albo poetyckim uniesieniem, nigdy życiem, samoistną wartością, dla której przede wszystkim należy istnieć. Rodzina (zakłada się ją po drodze do czegoś, jakby mimochodem) pełni funkcję przystani, do której od czasu do czasu trzeba zawinąć by odpocząć, nigdy jednak nie stanowi celu naszych życiowych pragnień. Prywatność realizuje się ukradkiem, w antraktach między jednym a drugim zajęciem publicznym czy zawodowym. Tak, bo to co nam wypełnia czas, pochłania nasze myśli, angażuje siły, ambicje, to są właśnie sprawy publiczne.

W dziewiętnastym wieku śpiewano powszechnie:

 

„Pamiętaj żeś Polka, że to za kraj walka.

Niepodległość Polski to twoja rywalka.”

 

Literaturę tego wieku, jak i malarstwo, jak i pamiętnikarstwo zaludnia tłum porzuconych kobiet, wyglądających na ganku swych ukochanych, którzy to albo do powstania, albo za inną sprawą ogólną, wywędrowali gdzieś daleko. Na marginesie wielkich ogólnych problemów walają się szczątki naszego prywatnego. życia, naszych niespełnionych w pełni miłości, szczątki które nawet trudno w całość pozbierać i ułożyć z nich chociaż jeden los, po prostu człowieczy, nie zaś specyficznie polski. Można by powiedzieć w samoobronie, że to zabory wypaczyły naszą mentalność, nasz stosunek do życia i narzuciwszy nam konieczność walki, kazały jej wszystko podporządkować. Byłaby to może i prawda, ale sprawa zupełnie podobnie wygląda także na przykład w osiemnastym i siedemnastym wieku.

W znakomitych skądinąd Pamiętnikach Jana Chryzostoma. Paska znajdziemy obfity materiał dotyczący spraw narodowych, państwowych, dziejów wojen, które toczyła ówczesna Rzeczpospolita, ale zupełnie niewielki dotyczący prywatności życia, chyba że za reprezentatywne w tym względzie uznamy fragmenty poświęcone oswojonej wydrze. W osiemnastowiecznych, kilkutomowych wspomnieniach Marcina Matuszewicza nie mogłem znaleźć nawet krótkiej charakterystyki jego własnej żony. Wiem, ile miała posagu, ale jakim była człowiekiem, co robiła poza rodzeniem dzieci, o tym sza. Myślę, że sam Matuszewicz tego nie wiedział. Ślub zawarł po drodze z jednego sejmiku na drugi, i w domu zjawiał się tylko wówczas, gdy zdarzał się jakiś zastój w interesach publicznych, bądź dotykało go nieszczęście i w zaciszu domowym zbierał siły. Podobnie wygląda życie całego tłumu ludzi wypełniających jego wspomnienia. A przecież był on przeciętnym zjadaczem ówczesnego chleba, nie wojewodą czy ministrem. Biedne te Polki, porzucane, szukające ukradkowych romansów często bardziej z rozpaczy, z poczucia samotności niż potrzeby serca. Przyzwyczajone do tego wielowiekowym treningiem i same nie umiejące już inaczej żyć.

W dziejach naszych niewiele znajdziemy przykładów wielkich miłości i zatopionych w swej prywatnej intymności, szczęśliwych małżeństw. Trzeba ze świeczką szukać. Dlatego i literatura nasza okazała się bezradną. Mamy co prawda Barbarę Radziwiłłównę i Zygmunta Augusta, ale Barbara była Litwinką, a Zygmunt synem Włoszki i Jagiellona. Jest Jan Sobieski ze swoją Marysieńką, lecz to wyjątek, który potwierdza regułę, ale jej nie przeczy, a poza tym Marysieńka była Francuzką. W dziewiętnastym wieku olśniewa nas niezwykła miłość Artura Grottgera i Wandy Monnè. Lecz znowu należy uświadomić sobie, że babką Artura była Francuzka, a Wanda miała w sobie krew i francuską i węgierską. Zygmunt Krasińki zapisał całe zwoje papieru miłosnymi listami do Delfiny Potockiej, ale niezapisał tą miłością życia. Bardziej istniała ona w jego wyobraźni, w chwilach poetyckiego uniesienia, niż w rzeczywistości. Mickiewiczowska Maryla też bardziej wyrazista jest w wierszach niż w jego biografii, plącze się zresztą, legendą raczej, na jej marginesie. Dla tej miłości, przeobrażonej w mit, nie zaryzykował nic, niczego nie poświęcił, nie przewrócił do góry nogami swego świata, nie uczynił z niej celu. Kto z sławnych Polaków dla miłości poświęcił swoją karierę publiczną lub zawodową? Prawie nikt, natomiast wielu ją zniszczyło. To jakieś okruchy, podobnie jak kobiety w życiu Kościuszki, Maurycego Mochnackiego, prawie wszystkich naszych wielkich i małych. Ten przegląd można by uczynić bardziej szczegółowym, ale rezultat będzie zawsze ten sam. Miłość, prywatność, intymność, rodzina jako samoistny cel zajmuje w hierarchii naszych wartości odległe miejsce. Nie umiemy tej sfery życia pielęgnować. Samorealizacji szukamy na forum publicznym, nawet jeśli to forum, ze względu na skromne możliwości, jest małym zaściankowym klepiskiem.

A może nieumiejętność osiągania prywatnego szczęścia skazuje Polaków na sferę życia publicznego i zawodowego? Ucieczka to czy program? Obojętnie jak jest, rządzić takim zbiorowiskiem ludzi jest niezwykle trudno, bo znajdują się oni w ciągłym stanie frustracji i niespełnienia, a więc wewnętrznego niepokoju. Nie można zbudować trwałej struktury społecznej, ogólnej pomyślności, jeśli się nie jest zdolnym do tego w wymiarze jednostkowego losu, jeśli się jest ułomnym na obszarze prywatności. To są naczynia połączone.

W całkowitym braku prywatności, miłości, jako przyszły spadkobierca potęgi Radziwiłłów, a nie jako ukochany syn, zostanie wychowany Karol przyszły wojewoda. Do życia publicznego zaczną go sposobić bardzo wcześnie, człowieczeństwa będzie musiał uczyć się sam.

Książę „Rybeńko” miał z Franciszką Uszulą z Wiśniowieckich trzech synów: Mikołaja, który zmarł w wieku dwóch lat, Janusza i Karola. Ci dwaj byli bliźniakami, Janusz, uważany za starszego, przyszedł na świat o godzinę wcześniej. Umarł, można by powiedzieć, w kwiecie wieku, gdy miał zaledwie 18 lat. Z tej trójki pozostał więc tylko Karol, jako jedyny następca hetmański i przyszła głowa radziwiłłowskiego domu. Córek księżna Franciszka urodziła również trzy: Teofilę Konstancję, Katarzynę Karolinę i Ludwikę Konstancję. Tę ostatnią, podobnie jak pierworodnego syna, pochowano w rodzinnych grobach w dwa lata po jej urodzeniu.

Niemały wpływ na wychowanie Karola, na ukształtowanie się nie tyle jego osobowości, co sposobu bycia, będą mieli dwaj jego stryjowie, którym warto przyjrzeć się nieco bliżej. I nie tylko dlatego. Sami w sobie stanowią interesujący obiekt obserwacji, i to z wielu względów. Edward Kotłubaj, tak łaskawy dla Radziwiłłów, wystawił druzgocącą opinię jednemu z nich, chorążemu litewskiemu, księciu Hieronimowi Florianowi. Pisze on:

„Usunął się do dóbr swoich, gdzie zaczął prowadzić życie prywatne i niewiele się troszcząc o sprawy publiczne, bawił się można: powiedzieć w księcia udzielnego. Oszczędny w swoich wydatkach, a nawet można powiedzieć skąpy, rzadko kiedy występował z ucztami i fetami, wówczas chyba tylko kiedy tego nieodbita potrzeba wymagała, ale w tych razach występował z monarchiczną prawie okazałością, był albowiem nadzwyczaj dumny i próżny. Za to nie żałował swych ogromnych dochodów na utrzymanie licznego, nadwornego wojska. Oprócz garnizonów po zamkach miał on 6000 porządnie umundurowanej i wyćwiczonej piechoty i jazdy, które po obszernych dobrach rozlokowane były. Tak w rządach dóbr swoich, jako też w komendzie nad, wojskiem nie uznawał żadnej nad sobą zwierzchności; nie słuchał rozkazów ani hetmana ani króla i podatków nawet na utrzymanie i wojska Rzeczpospolitej nie płacił. Zapadały wprawdzie na niego wyroki w trybunale skarbowym, ale o te nie dbał, a żadna chorągiew komputowa nie śmiała wkroczyć do dóbr jego dla spełnienia dekretu [...].

Nadzwyczaj absolutny i srogi, utrzymywał w swem wojsku wielką karność, a nade wszystko przestrzegał aby wyprowadzić pijaństwo, gdyż sam bardzo trzeźwy, cierpieć nie mógł tego nałogu. Oficerów miał po większej części Niemców, mianowicie Kurlandczyków, dlatego że Polaków nie lubił, nie znajdując w nich takiego bezwarunkowego posłuszeństwa jakiego wymagał. Ale i ci nie mogąc wytrzymać jego dziwactw i srogości często uciekali, gdyż dobrowolnie nie łatwo było się wykręcić z jego służby. Tak w roku 1750, gdy uciekło mu dwóch Kurlandczyków, 2.600 kozaków rozesłał za nimi w pogoń i pojmawszy w samej Kurlandii, pomimo że byli szlachtą i należeli do Ritterbanku, surowo ukarać kazał; nic nie pomogły ani wstawienie się za nimi dworu, ani prośby brata. Gdy w takich lub innych razach koncentrował swoje wojska w jedne miejsce, przychodziły częstokroć od hetmanów, a nawet od mocarstw ościennych, jako od Austrii i Turcji zapytania: na jaki cel dzieją się te poruszenia. Cieszył się wówczas ks. Hieronim, że strachu napędził sąsiadom, uważając się za mocarza niemal im równego. [...]

Dla sług swoich i oficjalistów nadzwyczaj był srogim, a nawet nielitościwym. Za najmniejsze uchybienie lub nieposłuszeństwo karał srogo chłostą lub więzieniem. Więzienia w zamku bialskim i słuckim ciągle napełnione były ofiarami jego nieubłaganej surowości, a zawsze sarkastyczny w swoich pismach i wyrażeniach, nazywał jeńców swoich najlepszymi śpiewakami na swoim dworze. Marszeta, kapitana swojej milicji, skazał na wieczne więzienie w kajdanach jedynie za nieprędkie wykonanie swoich rozkazów. Oficjalistów swoich, z których nie jeden był nawet majętnym szlachcicem, częstokroć karał chłostą. [...]

Kilka razy dawano mu szkło potłuczone w potrawach, a razu jednego znalazł dużą szpilkę w pieczystem. W ciągłej też był obawie o swoje życie, a to czyniło go więcej, jeszcze podejrzliwym i dzikim. W pożyciu domowem z familią swoją był cierpkim. Z bratem swoim ks. Michałem Kazimierzem, który mając nadzwyczaj słodki charakter, najcierpliwiej znosił wszystkie jego wybryki, w ciągłem był nieporozumieniu.[...]

Trzy razy wchodził ks. Hieronim Florian w związki małżeńskie, ale z każdą żoną obchodził się tak despotycznie i przykro, że po krótkim z nim pożyciu, każda go opuszczała, można powiedzieć uciekała od niego: dwie pierwsze wzięły rozwód, ostatnią śmierć jego uwolniła od nieznośnego z nim pożycia. Do tylu wad ks. Hieronima dodać jeszcze należy rozwiązłość i zabobonność, wierzył we wszystkie gusła i pełne księgi miał zapisane tak nazwanemi arkanami, czyli cudownymi środkami przeciwko chorobom, urokom itp. Razu jednego, gdy odbywał podróż ze Lwowa do Białej, nocował w Miasteczku w Kijanach. Śniło mu się, że przed królem wstać nie mógł, pomimo największych wysileń. Uderzony tym snem, a wierzył w niego mocno, ciągnął z rana kabałę, chcąc dojść jego znaczenia. Wyprorokowała mu ona, że sam będzie królem utrzymany przez jakieś obce mocarstwo, że potem z tem mocarstwem będzie prowadził wojnę, zostanie zdetronizowany i życie zakończy w cudzych krajach. Wróżba ta tak mu utkwiła w umyśle, że aż do końca życia łudził się nadzieją, iż zostanie królem polskim. [...]

I tak na przykład w sąsiedztwie Białej, we wsi swej zwanej Sławacinek, wybudował zameczek drewniany, osadził w niem jednego ze swoich dworzan, mianując go królem sławacińskim, zakreślił granicę jego państwa i postępował z nim jakby z prawdziwym jakimś ościennym monarchą. Prowadził układy dyplomatyczne, zawierał traktaty, zrywał je, wypowiadał wojnę. Wówczas występowały jego wojska, staczały bitwy, oblegały króla sławacińkiego w jego stolicy, zabierały w niewolę. Ks. Hieronim wyprawiał tryumfalny wjazd do Białej. Sądził pojmanego monarchę, ułaskawiał go na koniec i do państw utraconych powracał. Te dziwaczne zabawy, odbywane na serio, ponawiały się dość często. Zapalonym też był myśliwcem ks. Hieronim Florian i utrzymywał na swoim dworze mnóstwo strzelców i doskonałą psiarnię. A miał obszerne pole do zadowolenia tej namiętności, gdyż obszerne lasy w dobrach jego słuckich i poleskich, nietknięte jeszcze toporem przemysłowców, obfitowały w grubego zwierza. [...] Na jaką wielką skalę były one prowadzone służyć może przykładem, że w roku 1752, w przeciągu dwóch miesięcy, sam własną ręką ubił 26 niedźwiedzi, 5 dzików, 12 macior, 15 łosi i 104 wilków.”

Książę Hieronim skończył tak jak żył. Niezbyt chwalebnie. Umarł w dzień swoich imienin 4 maja 1760 roku. Od rana czuł się bardzo źle, ale „trzeźwił się jednak, prezentował się publicznie”. Nadworny jego lekarz, znając skłonności swego pacjenta, zabronił mu wszelkich zbliżeń z kobietami. Księżna małżonka została o tym uprzedzona i nie przyjęła go na noc, wówczas przywołał jedną ze swoich nałożnic i zmarł, niemal na jej łonie, najprawdopodobniej na zawał.

Ale książę Hieronim to przy księciu Marcinie Mikołaju prawie ideał. Magnatom pozwalano wówczas na wiele i w zasadzie nie wtrącano się w ich życie, choćby największym dziwactwem, a nawet i zbrodnią trąciło. W tym wypadku jednak miarka się przelała. Skargi na Marcina sypały się zewsząd, a wieści płynące z jego dworu ulokowanego w Czarnawczycach przerażały nawet dwór saski. Zapadła wreszcie decyzja ubezwłasnowolnienia Marcina, który od roku 1757 stanie się więźniem swojej rodziny i spędzi pod kluczem resztę swego nędznego żywota. Bezpośrednią przyczyną pozbawienia go praw samodzielności było pomieszanie zmysłów, które doprowadziło księcia krajczego „do chęci zostania Żydem”. Podobno miał zamiar sprzedać cały majątek i z gotówką zbiec do Amsterdamu, by stać się tam członkiem jakiejś gminy żydowskiej. Tego było już za wiele. Cały ród poczuł się urażony w swym honorze. Do wykonania wyroku wyznaczony został, na prośbę hetmana „Rybeńki”, książę Hieronim, chorąży litewski.

Do dworu w Czarnawczycach wpadła niespodziewanie dragonia w momencie gdy Marcin zbierał się właśnie do ucieczki, uprzedzony przez Żydów o zamiarze ubezwłasnowolnienia go. Wykręcono mu ręce, gdy chwycił za pistolety. „Potem — jak podaje w swym pamiętniku Matuszewicz — pytał się książę chorąży o ks. krajczynę, żonę jego, która była w zamknięciu. Oddał tedy ks. krajczy klucze do tego pokoju, gdzie była zamknięta i tak ją wyprowadzono, gdzie książęta małe, synowie jej, zamknięte były w wielkiej niewygodzie i smrodzie, gdyż w tej jednej izbie spać, jeść i inne potrzeby natury czynić musieli. Potem ks. chorąży pytał się o metresy, które także z innego zamknięcia wypuszczono. Pytano się ich, która miała dzieci z książęciem i jak się dostała do seraju. Każda swoją musiała powiedzieć historię, jak jedne zwiedzione, drugie ukradzione i gwałtem porwane, trzecie od rodziców, alias od matek sprzedane, a jedną ksiądz pleban dawigrodecki, ukradłszy od rodziców, za 200 dukatów sprzedał. Inne horrenda o nim opowiadali, jak swoje z matres dzieci enecebat [zabijał!] i z nich jakieś destylacje czynił, jak Żydom ufał i myślił do Amszderdamu jechać. [...]

Były prócz tego na folwarku kadetki, młode dziewczęta pięknych twarzy, różnych kondycji, które brano, a gdy lat dojdą, księciu dawano. Te także w wielkiej niewygodzie, boso i w koszulach były, wszędzie zaś był często głód wielki, zawsze zamknięcie, a jako książę wszystkich się ludzi obawiał, aby nie był otruty, tak w sieni pałacowej był browar i kuchnia i piwowar i kucharz przysięgli. Obiad ordynaryjnie bywał o godzinie szóstej po południu, a wieczerza na świtaniu, ale częstokroć przez kilka dni ani obiadu, ani wieczerzy nie bywało.”

Po zdegradowanym księciu krajczym pozostanie z legalnego związku właściwie tylko jeden syn (Mikołaj zszedł bezpotomnie, Jakub zwariował, Antoni został duchownym, Dominik stosunkowo wcześniej zmarł), Michał, który stanie się następcą tej gałęzi radziwiłłowskiego rodu. Niestety zapisze się niezbyt chlubnie w historii, nad czym zresztą często ubolewał później książę Karol. Bowiem właśnie Michał będzie marszałkował konfederacji litewskiej i wspólnie z Adamem Ponińskim, marszałkiem koronnym, doprowadzą do zatwierdzenia przez sejm Rzeczypospolitej pierwszego rozbioru. Po śmierci Karola zostanie on wojewodą wileńskim, w nagrodę za wyświadczone zaborcom usługi. Natomiast jeden z jego synów, także Michał, mianowany zostanie na pewien czas naczelnym wodzem powstania listopadowego. Zniknie jednak wkrótce w cieniu gen. Chłopickiego.

Można śmiało powiedzieć, że w osiemnastym wieku ród Radziwiłłów uległ degeneracji. Podobnie zresztą jak wiele innych magnackich rodów, chociażby Potockich, którzy dostarczyli wcześniej Rzeczypospolitej wielu znakomitych mężów, bitnych hetmanów, a wXVIII wieku największą chyba „sławę” zyskał starosta kaniowski, Mikołaj Potocki, który potrafił zmuszać Żydów, bądź chłopów, by wszedłszy na drzewo udawali wrony, a potem strzelał do nich niby do ptaków. Stryjowie Karola nie byli wcale jedynymi „oryginałami” w tych czasach słynących z zepsucia i moralnego upadku.

Ale kiedy właściwie urodził się główny bohater naszej opowieści, Karol II Stanisław Onufry Jan Nepomucen Radziwiłł, zwany później „Panie Kochanku”? Świat ujrzał 27 lutego 1734 roku w Nieświeżu, w roku, w którym jego ojciec, Michał Kazimierz „Rybeńko”, rozpoczął swą senatorską karierę na pierwszym sejmie, jaki zebrał się po wyborze na króla Augusta III. Późniejszy wielki hetman otrzymał wówczas urząd marszałka nadwornego litewskiego. Rzeczypospolita wkraczała w długi, bo niemal 30 letni okres pokoju, marazmu, pozornej szczęśliwości swych obywateli i niemal ostatecznego rozkładu państwa. Między rokiem 1736 i 1763 nie uda się żadnego sejmu doprowadzić do końca, wszystkie zostaną zerwane i to w większości przez stronników Czartoryskich, w trosce o własne interesy majątkowe bądź w wyniku rozgrywek o intratne urzędy i dostojeństwa.