Pani Kusząca. Magnolia #2 - Meghan March - ebook + audiobook

Pani Kusząca. Magnolia #2 ebook i audiobook

Meghan March

4,6

Opis

2. część dylogii MAGNOLIA

Nie przeproszę za to, kim się stałam. Wiem jednak, że musimy przetrwać. Oboje!

Magnolia Marie Maison była niezwykle silną kobietą. Bo właśnie tego - siły, twardego charakteru i mocnych nerwów - wymagało jej dotychczasowe życie. Nowy Orlean, gdzie mieszkała, był pięknym, ale okrutnym miejscem. Miłość i zbrodnia przeplatały się tu z dużymi pieniędzmi, tajnymi sojuszami i cierpliwie planowaną zemstą. Jeśli piękna Magnolia chciała przetrwać, musiała pozwolić miastu ukształtować swoją osobowość i podporządkować się twardym regułom. Ale tak - warto zrobić wszystko, by przetrwać. Dla niego.

Nie przypuszczała, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Tymczasem Moses Buford po piętnastu latach wrócił z Nowego Jorku. Tylko dla niej, nie liczyła się żadna inna kobieta. Dla Magnolii był gotów na wszystko. Dosłownie. Udało się, znów byli razem. Chcieli zaznać odrobiny spokoju i szczęścia. Tylko tyle.

Tyle że nowoorleański półświatek nie wybaczał. Za dawne grzechy trzeba było odpokutować. Magnolia o tym wiedziała, bo znała zasady. Nieraz ocierała się o śmierć i nie wyszła z tych strasznych wydarzeń bez winy. Wiele wskazywało na to, że zbliżał się czas zapłaty. Właśnie wtedy, kiedy chciała zacząć nowe życie, znów musiała stawić czoła śmiertelnemu zagrożeniu. I bezlitosnej prawdzie. Stawką w tej grze była szansa na ocalenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 38 min

Lektor: Czyta: Daria Brudnias-Dudała

Oceny
4,6 (5 ocen)
3
2
0
0
0
Sortuj według:
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

koniec całkiem fajnej historii
00

Popularność




Meghan March

Pani Kusząca

Magnolia #2

Tytuł oryginału: Madam Temptress (The Magnolia Duet #2)

Tłumaczenie: Olgierd Maj

ISBN: 978-83-283-7225-2

Cover photo and design: © Regina Wamba

Mae I Design

www.exclusivebookstock.com

Copyright © 2020. MADAM TEMPTRESS by Meghan March LLC

Polish edition copyright © 2021 by Helion S.A.

All rights reserved.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/kusma2_ebook Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Rozdział 1

Magnolia

Piętnaście lat wcześniej

Zimny prysznic to naprawdę szczyt upierdliwości, pomyślałam, zakręcając kurek jak najszybciej, jednak nie dość szybko, żeby powstrzymać dreszcz przechodzący mi po skórze, gdy sięgnęłam po wiszący na pręcie ręcznik.

Nagle z dołu dobiegło mnie jakieś stuknięcie i zamarłam w bezruchu.

Wszystkie pozostałe dziewczyny wyjechały poprzedniego dnia, zanim uderzył huragan — jak tylko uświadomiły sobie, że nie będą mogły pracować przez co najmniej kilka dni, jeśli nie dłużej. Od ich wyjazdu co chwilę słyszałam dźwięki, jakich wcześniej nie było nigdy w tym domu. Może miało to związek z tym, że cały aż trząsł się od tych koszmarnych, wyjących wichrów.

„Powinnaś była wyjechać z nimi” — wyszeptała Przemądrzała Dziwka w mojej głowie, jednak stłumiłam ten głos. To teraz był mój dom i nie mogłam pozwolić, żeby cokolwiek się z nim stało. Udało nam się przetrwać huragan, jednak wiedziałam, co mogą z nim zrobić szabrownicy, i to nie była przyjemna myśl.

Nasłuchiwałam dalszych dźwięków, jednak w domu panowała cisza.

Widzisz? To tylko twoja wyobraźnia.

Wytarłam się w rekordowym tempie, zastanawiając się, dlaczego czekałam z prysznicem do zapadnięcia ciemności. A, zaraz. To dlatego, że bez prądu i klimatyzacji w domu było gorąco jak w piecu, a ja harowałam przez cały dzień, aż już sama nie mogłam wytrzymać swojego smrodu. Ale i tak notatka dla pamięci: jutro wykąpię się za dnia.

Wyszłam z łazienki owinięta ręcznikiem, trzymając w dłoni świecę. Zdążyłam zrobić tylko kilka kroków, gdy ujrzałam jakieś ciemne postacie wchodzące po schodach.

— Co u diabła tutaj robicie? Wypierdalać z mojego domu! — wrzasnęłam, ruszając w kierunku sypialni, w której zostawiłam swojego obrzyna.

— Kurwa! Łap ją!

Złapałam za klamkę, chcąc zatrzasnąć za sobą drzwi, ale odbiły się od kogoś lub od czegoś i otworzyły się znowu, po czym walnęły o ścianę.

Jeszcze pięć kroków. Jeszcze trzy.

Sięgnęłam po broń, jednak w tym momencie ktoś skoczył na mnie od tyłu i pod jego ciężarem upadłam twarzą na podłogę. Uruchomił się mój instynkt walki lub ucieczki i zaczęłam jak oszalała wierzgać, próbując kopać i uderzać łokciami, żeby zrzucić z siebie napastnika.

Dostatecznie długo żyłam na tym świecie, żeby wiedzieć, że nie czeka mnie nic dobrego, jeśli nie uda mi się uwolnić i chwycić broni. Mężczyźni traktują kobiety o wiele poważniej, gdy któraś z nich mierzy do nich z dubeltówki.

Udało mi się wymierzyć celny cios łokciem i usłyszałam, jak mężczyzna jęknął. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe.

— Pierdolona suka! Zapłacisz mi za to!

W nozdrza uderzył mnie smród papierosów i taniej whiskey.

Och, kurwa, kurwa. Zachowaj spokój i walcz. Nikt nie może cię zmusić do żadnego płacenia, zwłaszcza jakiś szabrownik.

Nie przestawałam walczyć. Miotałam się i szamotałam, modląc się, żeby udało mi się trafić w jakieś czułe miejsce. Mężczyzna jednak złapał mnie za włosy i szarpnął, odginając moją głowę do tyłu, a następnie waląc nią o drewnianą podłogę.

Iskry zatańczyły mi przed oczami, a kość policzkowa zaczęła pulsować, jakbym oberwała cegłą.

Jasny gwint.

— Puszczaj! Pomocy! — wrzeszczałam, bo co innego mogłam zrobić, skoro na plecach siedział mi chyba jakiś stupięćdziesięciokilowy goryl.

— Zamknij się, do kurwy nędzy. — Chwycił znowu moje mokre włosy z tyłu głowy i raz za razem zaczął uderzać moją twarzą o podłogę, aż poczułam metaliczny smak krwi w ustach.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Nie udało mi się wydobyć krzyku z gardła. Miałam wrażenie, że moje ciało i umysł tracą łączność niczym uszkodzone po huraganie linie telefoniczne.

Musisz zachować przytomność. Musisz przeżyć.

Nie mogłam sobie pozwolić na utratę przytomności. To oznaczałoby, że będę całkowicie bezbronna, a to nie w moim stylu. Byłam wojowniczką. Nie byłam typem ofiary.

Odwrócił mnie. Głowa mi opadła, a ręcznik zsunął się ze mnie, wystawiając moją nagą skórę na wilgotne, gęste powietrze. W kompletnych ciemnościach nie widziałam twarzy mojego napastnika, ale czułam go… wszędzie.

— Złaź ze mnie! — wrzasnęłam nie tak głośno jak poprzednio, mimo starań.

— Ucisz tę kurwę, do cholery, wszyscy w okolicy muszą słyszeć te wrzaski!

To był drugi mężczyzna, którego ledwo dostrzegałam w mroku korytarza. Inna sprawa, że oczy miałam zalane krwią, więc tym bardziej trudno mi było cokolwiek zobaczyć.

Paskudna brudna ręka zakryła mi usta, więc zrobiłam to, co zrobiłaby każda bystra kobieta na moim miejscu — ugryzłam ją z całej siły.

Natychmiast wyszarpnął dłoń.

— Jezu Chryste! Ta dziwka mnie ugryzła!

Pięścią drugiej ręki uderzył mnie w policzek, który i tak już był poobijany. Znowu zobaczyłam iskry przed oczami i czułam, że jestem na skraju utraty przytomności.

Trzymaj się, musisz zachować przytomność.

W czasie gdy ja toczyłam batalię sama ze sobą, opryszek skoczył na równe nogi i po chwili ostry ból przeszył mnie w okolicy żeber, gdy jego twardy but wylądował na moim nagim boku. Miałam wrażenie, że zapadają mi się płuca, gdy wycisnął z nich powietrze, i zaczęłam odczuwać ból w całym ciele jako jedno wielkie pulsowanie.

— Zobaczymy, jak ci się to spodoba, ty pieprzona dziwko.

Z trudem podniosłam się na czworaki, uświadamiając sobie w tym momencie, że nie jestem w stanie uciec.

Ruszył w kierunku mojego obitego ciała. Wyciągnął ku mnie ręce, które w ciemnościach wyglądały niemal upiornie.

— Zabawię się trochę z tobą, zanim stąd odejdziemy.

W uszach mi łomotało i pulsowało z bólu.

— Pospiesz się. Nie mamy całej pieprzonej nocy. — Wtrącił się ten drugi, jakby miał coś innego w planach niż zgwałcenie i zamordowanie mnie.

— Zamknij się. Nigdzie nam się nie spieszy — odparł zbir, wpijający swoje brudne paluchy w moją skórę.

— To w takim razie lepiej się podziel.

Zaczęłam w tym momencie wyrywać się jeszcze bardziej. Nie miałam zamiaru pozwolić na zbiorowy gwałt tego wieczoru. Za nic w świecie.

— Będziesz mógł się zabawić, gdy ja z nią skończę. Minęło już trochę czasu, odkąd udało mi się przelecieć zdzirę z taką wolą walki.

Kopnęłam, trafiając go w łydkę, i drugi mężczyzna roześmiał się.

— Lepiej ją zwiąż. Mogłaby cię zabić, gdybyś tego nie zrobił.

Potwór bliżej mnie wziął coś od tego drugiego, po czym podniósł mnie z podłogi i rzucił na łóżko, jakbym nic nie ważyła.

Przycisnął usta do mojego ucha i jego gorący oddech sprawił, że żołądek omal nie wywrócił mi się na drugą stronę.

— Pożałujesz, że nie byłaś dla mnie milsza, dziwko. Trzeba było od razu rozłożyć nogi. Teraz mi za to zapłacisz.

— Złaź ze mnie — warknęłam, próbując przetoczyć się na bok, co mogłoby mi pozwolić dosięgnąć dubeltówki, leżącej po drugiej stronie łóżka.

— Nie ma, kurwa, mowy.

Przygniótł mnie i wyciągnął moje ręce nad głowę. Wtedy usłyszałam odgłos rozwijanej taśmy klejącej.

— Nie!

Najpierw zakleił mi usta, chociaż wiłam się i wyrywałam spod niego. Unieruchomił mnie swoim ciężarem, po czym oddarł kolejny kawałek taśmy i związał mi ręce w nadgarstkach. Trzecim kawałkiem taśmy przywiązał mnie do łóżka.

Próbowałam krzyczeć, jednak taśma klejąca tłumiła dźwięki, tak więc nie było szans, żeby ktoś z zewnątrz mógł mnie usłyszeć.

Jak tylko unieruchomił moje ręce, ześlizgnął się wzdłuż mojego nagiego ciała, drapiąc mi skórę na nogach. Przywiązał do łóżka moją prawą nogę. Próbowałam go kopnąć lewą, ale przygniótł ją kolanem. Byłam całkowicie bezradna.

— Nieeeeee! — Próbowałam krzyczeć, ale przez szum krwi w uszach sama ledwo słyszałam swój głos.

Śmiejąc się, przywiązał do słupków łóżka najpierw jedną moją nogę, a potem drugą.

— Pieprz się! — wrzeszczałam, ale nie mógł mnie zrozumieć przez taśmę.

Byłam związana niczym ofiara na ołtarzu. Napastnik zarechotał i ten dźwięk sprawił, że każdy centymetr mojego ciała pokrył się gęsią skórką.

Kurwa. Czemu przynajmniej nie byłam ubrana? Jezu Chryste pierdolony.

Łzy napłynęły mi do oczu, mimo że nienawidziłam płakać. Wiedziałam, że to nic nie da i na pewno mi nie pomoże.

Nie było dla mnie tajemnicą, co wydarzy się wkrótce.

Coś, do czego przysięgałam sobie więcej nie dopuścić. Po moim trupie — co w tym przypadku było dość realną perspektywą. Byłam pobita, związana i bezbronna.

Mogę to przetrwać. Mogę przetrwać. Muszę tylko przetrwać, powtarzałam sobie w myślach. I wtedy zobaczyłam błysk w ciemnościach.

Nóż.

Nie.

Kurwa.

Nie!

— Gdy już z tobą skończymy, zapłacisz mi za to uderzenie łokciem w głowę, słyszysz mnie, dziwko? Lepiej więc bądź dla nas miła, bo rozkroję cię od warg do warg.

Poczułam żółć napływającą do gardła i niemal się nią zadławiłam z powodu taśmy, którą miałam zaklejone usta.

— Pewnie to lubisz. Pewnie już jesteś zajebiście mokra na samą myśl o mnie. Takie dziwki jak ty pewnie chodzą mokre przez cały czas, czekając tylko na jakiegoś fiuta.

Miałam ochotę zamknąć oczy, ale wiedziałam, że to nie poprawi w niczym sytuacji, wręcz przeciwnie — nie wiedziałabym, kiedy wykona ruch.

Usłyszałam brzęknięcie sprzączki od jego paska.

Kurwa. Musisz przetrwać, Mags. Dasz radę.

To znaczy, jeśli na końcu nie postanowią mnie zabić.

Następnym dźwiękiem był powolny, drażniący zgrzyt rozsuwanego rozporka.

Moje ciało oblało się zimnym potem. Nie mogłam nic zrobić, byłam zdana całkowicie na ich łaskę, tego, który mnie związał, i tego drugiego, którego głos słyszałam z korytarza.

Proszę, Boże. Rzadko proszę o pomoc, ale teraz naprawdę potrzebuję cholernego cudu. Proszę. Proszę. Błagam. Nie każ mi tego znosić. To może mnie złamać.

Usłyszałam, jak rzucił swoje dżinsy na podłogę, i wtedy zwątpiłam, że Bóg lub ktokolwiek inny może mnie uratować. Takie rzeczy nie przydarzały się takim dziewczynom jak ja — byłyśmy tymi, na które spada całe gówno, i musiałyśmy się nauczyć, jak je przetrwać.

W końcu nie pierwszy raz zostaniesz zgwałcona. Ta myśl jednak nie przyniosła mi żadnego pocieszenia. Żadnego. Chociaż przypomniała mi, że da się to przeżyć. Musiałam to tylko jakoś znieść.

— Musi mi dla ciebie stanąć.

Chrząknął i nie chciałam nawet wyobrażać go sobie stojącego tam z kutasem w ręku. Modliłam się, żeby mu nie stanął. Może był dostatecznie pijany? Miałam cholerną nadzieję, że miał gówniane ciśnienie krwi i nie dałby rady go postawić, nawet gdyby sama Marilyn Monroe robiła mu laskę.

— Och, naprawdę ci dogodzę. — Jego głos był chrypliwy i wiedziałam, że nie mam szczęścia.

Potwory nie miewają problemów ze wzwodem. Przemoc ich podnieca. Zło dodaje im sił, które wzrastają, gdy nasze słabną.

Usłyszałam kolejne stuknięcie, jednak byłam tak mocno związana — i taśma częściowo zakrywała mi uszy — że nie mogłam się zorientować, z której strony dobiegło.

Ale to nie była moja wyobraźnia, bo dostrzegłam, że mój napastnik się odwrócił.

— Ernie? Wszystko w porządku? — Gdy Ernie nie odpowiedział, goryl zamarł na chwilę bez ruchu, po czym ryknął znowu. — Ernie! Co ty u diabła wyprawiasz?

I wtedy go zobaczyłam. Kolejna postać w ciemnościach. Ta była wyższa i wypełniła sobą całą framugę, gdy stanął w drzwiach.

— Skurwysynu, czemu nie odpowiedziałeś?

Błysnęło światło latarki, prawie mnie oślepiając. Potwór też osłonił oczy.

— Bo nie jestem Ernie, ty zjebie.

Mój napastnik ruszył w stronę światła, które jednak zgasło w tym momencie. Po chwili usłyszałam odgłosy walki.

Modliłam się, żeby ten, kto miał latarkę, okazał się moim światłem w ciemnościach. Krzyczałam przez taśmę, kneblującą mi usta, czując, jakby moje gardło darło się na strzępy, i modliłam się, żeby Ernie się nie mylił i że ten człowiek przybył, ponieważ moje wrzaski słychać było na całą okolicę.

Proszę, Boże, proszę, niech się okaże, że to ty wysłałeś tego człowieka.

Bóg nie odpowiedział, jak zawsze. Co oznaczało, że muszę poczekać, kto przetrwa, a jeśli miałby to być facet z latarką, to oby nie okazał się kimś jeszcze gorszym.

Nie wiem, jak długo trwała ich walka, ale miałam wrażenie, że wieczność. Wreszcie… wszystko ucichło.

Zamilkłam, przerażona, że może ocalałym okaże się goryl ze śmierdzącym oddechem, który wróci do zamiaru zgwałcenia mnie. Jednak po chwili znowu zobaczyłam błysk latarki.

— Nic ci nie jest?

Całe moje ciało zwiotczało, a łzy napłynęły mi do oczu. Mężczyzna zbliżył się do łóżka, jednak uważał, żeby nie świecić mi latarką w twarz i nie oślepiać mnie.

Mamrotałam coś pod taśmą. Mężczyzna narzucił skraj koca na moje nagie ciało.

Dzięki ci, Boże. Tak bardzo ci dziękuję. Nie zakrywałby mnie, gdyby chciał mnie zgwałcić, prawda?

— Zaraz to zedrę i na pewno będzie to cholernie bolesne, ale nie jestem w stanie nic na to poradzić, rozumiesz?

Skinęłam głową. Przechylił latarkę, tak żeby widzieć, co robi. Jego palce dotknęły mojej skóry, jednak nie czułam strachu ani potrzeby odsunięcia się.

Wiedziałam, że jestem uratowana, czułam się tak, jakbym ocalała od pewnej śmierci, jakby ktoś mnie wyprowadził z samej otchłani piekieł.

— Dobrze. Raz, dwa… — Zerwał taśmę na dwa.

— Kurwa! — wrzasnęłam. — Jezu, to piecze.

Jego głos był głębszy niż Missisipi, gładki niczym satyna.

— Przyniosę ci zaraz wilgotną szmatkę. Chyba że masz lód, który jeszcze nie stopniał.

Miałam teraz w nosie to, że twarz mnie paliła, i potrząsnęłam głową z boku na bok.

— Uwolnij mnie. Proszę, po prostu mnie uwolnij.

Obydwoje słyszeliśmy desperację w moim głosie.

— Dobrze, zrobię to, daj mi chwilę. — Sięgnął do kieszeni i wyjął nóż. Poczułam ostry, mimowolny przypływ paniki niczym zimny prąd przeszywający mi brzuch.

Musiał to zauważyć, bo na chwilę zamarł z nożem w dłoni.

— Hej, wszystko w porządku. Uwolnię cię. Nie zrobię ci krzywdy. Jak się nazywasz?

— Magnolia — powiedziałam, zmuszając się do zachowania spokoju.

— Jestem Moses. I naprawdę nie jestem amatorem pieprzenia kobiet wbrew ich woli, więc nie masz się czym martwić. Rozumiesz?

Chciałam przełknąć ślinę, ale usta miałam zaschnięte na wiór.

— Tak.

Przeciął taśmę na moich nadgarstkach. Szarpnięciem uwolniłam je do końca i przycisnęłam do piersi. Przytrzymując latarkę przy moich nogach, ostrożnie przeciął taśmę na moich kostkach. Jak tylko byłam wolna, sturlałam się z łóżka i chwyciłam dubeltówkę.

— Hej, hej, spokojnie. — Uniósł dłonie w powietrze, wciąż trzymając w jednej z nich nóż. — Przecież właśnie ci pomogłem. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Nie strzelaj do mnie, Magnolio.

Od dawna nie czułam się tak obolała i nie miałam ochoty na grzecznościowe rozmówki. Dostatecznie już wycierpiałam.

— Skąd się tu wziąłeś?

— Chciałem sprawdzić, co u przyjaciela rodziny, który mieszka po drugiej stronie ulicy, ale dom okazał się pusty. Usłyszałem twój krzyk i pomyślałem, że powinienem to sprawdzić. Próbowałem zapytać tego pierwszego typka, co się dzieje, ale nie chciał ze mną rozmawiać, zamiast tego próbował mnie zabić. Cóż, chyba się domyślasz, jak to się skończyło.

Przełknęłam gulę w gardle.

— Ernie.

— Tak, Ernie. Znałaś go?

Potrząsnęłam głową, ponieważ jednak w tym momencie nie świecił na mnie latarką, więc możliwe, że tego nie widział.

— Nie. Nie znałam żadnego z nich, nie wiem, skąd się wzięli ani dlaczego tu przyszli, ale…

— Już dobrze. Po prostu… odłóż broń. Jak mówiłem, kobiety, które stawiają opór, to nie mój fetysz. — Przesunął światło latarki na swoje ramię. — Trafił mnie? Bo to pali jak sam skurwysyn.

Wtedy dostrzegłam krew, kapiącą po jego ramieniu, i opuściłam broń.

— Tak, zranił cię.

Snop światła znowu przeniósł się na mnie.

— Wygląda, że ciebie też. Twoja twarz wygląda jak obtłuczone jabłko. Co powiesz na to, że udzielimy sobie pierwszej pomocy i zastanowimy się, gdzie możesz pójść, żeby to się nie powtórzyło?

— Pójść? — Spojrzałam na niego, jakby postradał zdrowe zmysły. — Nigdzie się nie wybieram.

Podszedł do mnie. Wprawdzie tym razem nie wycelowałam w niego z dubeltówki, jednak nadal miałam ją w pogotowiu.

— Naprawdę chcesz tu zostać? Bo tych dwóch mogło nie być jedynymi, którzy kręcą się po okolicy, szabrując. Całe miasto teraz oszalało. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Miał rację. Nie byłam bezpieczna, pozostając tam sama. Ale zostałam, bo ten dom był wszystkim, co miałam. Gdyby coś się z nim stało, zostałabym z niczym i znowu bym trafiła na ulicę. To było coś, czego musiałam uniknąć, niezależnie od wszystkiego.

— Nie mogę zostawić domu. Muszę go chronić. Jest wszystkim, co mam.

Przykucnął przede mną.

— Do licha, nie podoba mi się pomysł, żebyś została tu całkiem sama i czekała, aż pojawi się jakiś kolejny Ernie z kolegą i… — urwał, ale nie musiał mi tego wyjaśniać.

Nie chciałam znowu być tak bezbronna. Nigdy więcej.

— Będę miała broń pod ręką i jestem gotowa podziurawić kulami każdego, kto choćby zbliży się do tego domu.

— Może zaczniesz od tego, że założysz coś na siebie. To byłby dobry początek.

Nie lubiłam, żeby ktoś mi rozkazywał lub choćby coś sugerował. Jednak ten człowiek dosłownie ocalił mnie przed niemal pewną śmiercią. Dlaczego?

— Kim? Kim jesteś? Co tu robisz? Pozwól mi się zobaczyć.

Przechylił latarkę, tak że jej promień wydobył z ciemności najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziałam, o harmonijnych rzeźbionych rysach, ciepłym odcieniu skóry i zielonych oczach, które błyszczały jak klejnoty.

— Jak mówiłem, jestem Moses. I najwyraźniej posłano mnie, żebym cię uratował.

Rozdział 2

Magnolia

Teraz

„Okłamywał cię od chwili, gdy się poznaliście”. — Te słowa Mounta wciąż wydają się rozbrzmiewać w samochodzie, pachnącym skórzaną tapicerką.

Spoglądam na Mosesa, a wyobraźnia podsuwa mi najbardziej szalone scenariusze.

— O czym on mówi, do cholery?

Spojrzenie Mosesa mogłoby wypatroszyć człowieka żywcem, jednak Mount uśmiecha się tylko, jakby był z siebie dumny.

Sukinkot. Teraz obydwaj są moimi wrogami.

— Nie wiem, w co obydwaj pogrywacie, ale nie chcę brać w tym udziału. Wiedziałam, że to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. — Potrząsam głową i sięgam do klamki. — Wysiadam.

Szarpię za klamkę i wysiadam, po czym trzaskam drzwiczkami z całej siły, nie przejmując się tym, jak kosztowny jest ten samochód.

Kolejny mężczyzna, kolejny kłamca. Dlaczego w ogóle jestem zdziwiona?

Zgrzytam zębami, tłumiąc ból, który nadchodzi. Zdrada to świństwo. Powinnam to wiedzieć, bo byłam po obu stronach tego równania.

„Może to karma”. — Wtrąca się Przemądrzała Dziwka i mam ochotę dać jej z liścia, żeby się zamknęła. Ostatnie, czego mi trzeba, to przypomnienie, że prawdopodobnie na to zasługuję.

Ruszam w kierunku bramy domu Bernie, ale zatrzymuję się przed nią.

Nie mogę wejść do środka. Nie w takim stanie.

Otwierają się drugie drzwiczki i z samochodu wyłania się potężna sylwetka Mosesa, po czym samochód odjeżdża z piskiem opon i rusza ulicą niczym rydwan szatana. Może zresztą nim jest.

Wyraz twarzy Mosesa jest twardy i nieprzenikniony. Rusza w moją stronę i otwiera usta, ale uprzedzam go.

Kładę ręce na biodra i przygotowuję się do wojny.

— Jesteś żonaty? Masz dzieci? Ile?

— Mamuśka…

Kręcę powoli głową na boki.

— Nie wyskakuj mi tu z mamuśką, tak jakby to miało sprawić, że będę mniej wkurzona. Po raz pierwszy od cholernie długiego czasu uwierzyłam, że jest coś… Że mamy coś wartościowego. A teraz nie wiem, co mam myśleć, do cholery. Więc powiedz mi: gdzie jest twoja cholerna żona, Mosesie?

Pod koniec już krzyczę, ale mam to gdzieś. Bernie nie usłyszy mnie poprzez swoje seriale, a Norma, nawet gdyby usłyszała, nie będzie się wtrącać — najwyżej wyśle mi później wiadomość z pytaniem, czy wszystko w porządku.

Moses przysuwa się bliżej, wyciąga dłoń w moją stronę i spogląda na mnie błagalnie.

Odsuwam się gwałtownie.

— Nie waż się mnie dotykać. Spałam już z dostatecznie wieloma żonatymi mężczyznami, nie chciałabym robić tego znowu. O ile więc zaraz mi nie powiesz, że z jakiegoś dziwnego powodu Mount ze mną pogrywa, to lepiej powiedz mi prawdę, i to natychmiast.

— Nie jestem żonaty i nie mam dzieci, Mags. Nie o to chodzi. To nawet nie było blisko.

Czuję olbrzymi przypływ ulgi, ale boję się zaufać.

— Jesteś pewien, do kurwy nędzy?

Kiwa głową.

— Nigdy nie chciałem się związać z inną kobietą niż ty, czy w to wierzysz, czy nie.

Supeł w moim żołądku rozluźnia się nieco, ale nie wiem, na jak długo.

— To w takim razie w jakiej sprawie mnie okłamałeś?

Moses rozgląda się dookoła. Jakiś samochód zwalnia przed znakiem stopu na trzypasmowej ulicy.

— Nie tutaj. Nie możemy ryzykować. Kimkolwiek jest ten drań, który na ciebie dybie, nie chcę ryzykować, że nas tu znajdzie.

Robi krok w stronę samochodu i sięga do klamki drzwiczek pasażera… żeby otworzyć je dla mnie. Zatrzymuje się i odwraca.

— Jeśli chcesz usłyszeć prawdę, musisz wrócić ze mną do domu.

Zaciskam mocno usta. Tak jakbym miała wybór. Wszystkie moje rzeczy są u niego. Zawiozłam je tam, wierząc w swojej naiwności, że Moses niczego przede mną nie ukrywa.

— Dobrze. Ale chcę usłyszeć wszystko. Całą pieprzoną prawdę, bez ogródek.

— Umowa stoi — mówi i wskazuje na siedzenie pasażera.

Trzymając głowę wysoko, podchodzę do samochodu i wsiadam do środka. Jeszcze mi się nie znudziło jeżdżenie rollsroyce’em, ale teraz nie jestem w nastroju, żeby o tym myśleć.

Moses siada za kierownicą i uruchamia silnik, który odpowiada mruczeniem.

— Kurwa, miałbym ochotę zabić za to Mounta — stwierdza, ściskając kierownicę tak mocno, że aż bieleją mu kostki dłoni. — Dupek, który sądzi, że wie wszystko najlepiej i że to daje mu prawo wtrącać się w życie innych.

To, co mówi, nie jest niczym nowym, ale w tym momencie nie to mnie interesuje. Chcę poznać prawdę o mężczyźnie, który siedzi obok mnie.

Mount i jego motywy nie mają teraz znaczenia. To nie on mnie okłamał.

— Co ukrywasz i dlaczego Mount nagle postanowił zrzucić na mnie tę informację niczym bombę? — pytam wprost, gdy Moses rusza od krawężnika.

Jego kwadratowa szczęka porusza się do przodu i do tyłu, gdy zwalnia przed znakiem stopu i włącza kierunkowskaz. Odwraca głowę w moją stronę i spogląda mi w oczy.

— Tej nocy… gdy się poznaliśmy… — Urywa, a jego pierś unosi się i opada w powolnym oddechu. — Znalazłem się w sąsiedztwie twojego domu nie po to, żeby sprawdzić, jak się miewa przyjaciel rodziny. Miałem tam załatwić pewną robotę dla Mounta.

Mrugam trzykrotnie, gdy dociera do mnie to, co powiedział.

— To w tej sprawie mnie okłamałeś? — pytam z niedowierzaniem i nadal mrugam ze zdziwienia. — Jezu Chryste pierdolony. — Drapię się po głowie, zastanawiając się, czy to w ogóle ma teraz znaczenie. — Kogo obchodzi, dlaczego się tam znalazłeś? Ważne, że tam byłeś.

— Okłamałem cię też w kwestii tego, dlaczego tamci dwaj mężczyźni znaleźli się w twoim domu — kontynuuje. — Nie trafili tam przypadkiem, mamuśka. Przyszli tam z tego samego powodu, co ja.

Opieram się o oparcie fotela, czując ciężar w żołądku. Krzyżuję ramiona na piersi.

— Nie rozumiem. Co to ma znaczyć, do diabła?

— Ta robota, którą miałem wykonać dla Mounta… to było zabranie czegoś z twojego domu. I dlatego oni też się tam znaleźli. Wszyscy szukaliśmy tego samego.

Samochód za nami trąbi, Moses rusza w końcu i skręca w następną uliczkę. Zastanawiam się nad tym, co mi właśnie powiedział.

— Mount wysłał też ich?

— Nie, nie. — Moses potrząsa głową, włączając się do ruchu. — Ja przyszedłem tam po to, czego oni szukali, i miałem im uniemożliwić znalezienie tego.

— Co u diabła mogło się znajdować w tym domu, co było warte zachodu? I jakim cudem ja o tym nie wiedziałam? — pytam, wpatrując się w jego profil. Jego uwaga skupiona jest na prowadzeniu samochodu.

— Dysk twardy.

— Co? — Ściskam nasadę nosa, starając się to wszystko zrozumieć. — Pieprzony dysk twardy? Gdzie? Do kogo należał?

Moses wzrusza ramionami.

— Klient schował go w pokoju jednej z dziewczyn na drugim piętrze. Często tam zostawiał różne rzeczy, uważając to za bezpieczną kryjówkę. Ona o tym nie wiedziała. Nikt nie wiedział. To znaczy, dopóki się nie upił i nie wypaplał komuś, jaki jest sprytny, a wiadomość o tym nie dotarła do Mounta.

— A jakim cudem ty się w to wplątałeś? — pytam, nie pojmując, jakim sposobem gangster z Biloxi przyjął zlecenie od króla Nowego Orleanu, żeby ukraść coś z mojego domu.

Zwalnia na światłach, zatrzymując się w sznurze samochodów, i spogląda na mnie.

— Już od jakiegoś czasu szukałem sposobu, żeby uwolnić się od życia, jakie wtedy prowadziłem. Jak ci mówiłem, miałem świadomość, że jeśli nadal będę się tym zajmował, będę martwy przed trzydziestką. Potrzebowałem porządnie zarobić, żeby móc zacząć wszystko od nowa.

Kawałki układanki zaczynały składać się w całość.

— Więc zwróciłeś się do Mounta z prośbą o pracę? — Nadal nie rozumiałam, dlaczego miałabym mieć z tym problem.

— Niezupełnie — mówi Moses w momencie, gdy światła zmieniają się na zielone. Wciska gaz i znowu zerka na mnie. — Miałem robotę w Nowym Orleanie, grubsza sprawa. Wydawało mi się, że uda mi się to zrobić tak, żeby Mount się o tym nie dowiedział, bo nie zamierzałem go informować i odpalać mu działki za to, że działałem w jego mieście.

— Och — szepczę, gdy zaczynam rozumieć.

Moses kiwa głową, zerkając we wsteczne lusterko.

— Właśnie. Och.

— Mamy ogon? — pytam, instynktownie spoglądając w boczne lusterko.

— Nie, tylko sprawdzam. Jak dotąd, czysto.

— I co się wtedy stało? Jak to możliwe, że nie skończyłeś jako trup? Mount nieczęsto daje komuś drugą szansę. — Wiem to, bo sama miałam wrażenie, że uciekłam z sądu ostatecznego, gdy mi ją oferował.

— Dał mi tydzień, żebym zapłacił to, co byłem mu winien — oczywiście z odpowiednim procentem. Nie miałem takiej gotówki, więc musiałem przyjąć kolejne zlecenie, które nie poszło dobrze. Komuś innemu udało się przejąć towar i sprzedać go. Wiedziałem, że mam przesrane. Wtedy dostałem kolejny telefon od Mounta. To była ta noc, gdy nadciągała Katrina.

— Dzwonił, żeby odzyskać pieniądze?

Moses prycha.

— Nie, to było tak, jakby wiedział, że ich nie mam i nie mogę zdobyć. Zamiast tego zaproponował mi układ. Powiedział, że jeśli zdobędę to, czego potrzebuje, nie będzie musiał mnie przykładnie ukarać.

— Aha — mówię, gdy wszystko zaczyna mi się układać w całość. — I tu dochodzimy do tego dysku z danymi w moim domu.

— Tak. A potem nadeszła Katrina i wprawdzie nikt się nie spodziewał, że okaże się taką suką, ale z drugiej strony właściwie było mi to na rękę — wyjaśnia, skręcając w kolejną uliczkę, żeby wrócić do domu możliwie najbardziej skomplikowaną trasą. — Spodziewałem się, że dom będzie opuszczony. Naprawdę nie sądziłem, że znajdzie się tam jeszcze ktoś, pragnący zdobyć to samo, co ja.

Żołądek mi się ściska i dla spokoju ducha muszę zapytać znowu:

— Jesteś pewien, że Mount nie wysłał również tamtych?

— Tak, spytałem go o to. Ten klient, który po pijaku dzielił się w barze informacjami, nie mówił cicho, i ci, którzy go słyszeli, nie zachowali tych informacji dla siebie. Mount się dowiedział i ktoś inny też. Wiesz, co nastąpiło potem.

Milczę przez dłuższą chwilę, podczas gdy Moses prowadzi auto przez labirynt ulic. Gdy wreszcie dojeżdżamy do garażu w jego domu i drzwi się za nami zamykają, odwracam się na swoim siedzeniu, żeby mu się przyjrzeć.

— Dlaczego przez cały ten czas trzymałeś te informacje dla siebie?

Widzę, jak jego gardło porusza się, gdy przełyka ślinę.

— Nie mogłem wtedy udzielać żadnych informacji. W jakimś stopniu podobało mi się też to, że uznałaś mnie za jakiegoś bohatera, chociaż tak naprawdę nim nie byłem. Ale chciałem być taki dla ciebie. Nie chciałem, żebyś dowiedziała się, że byłem tak samo zły jak ci dranie, którzy się włamali do twojego domu.

Przeciąga dłonią po swojej szczęce.

— Jak u diabła mogłem ci powiedzieć po tym, co przeszłaś? Nie mogłem ryzykować, że mnie wykopiesz. Zostałabyś wtedy bez żadnej ochrony. A co, jeśli ktoś inny przyszedłby po to, nie wiedząc, że już to zabrałem?

— Kurwa, Moses, a dlaczego nie powiedziałeś mi o tym zaraz po tym, jak wróciłeś?

Zerka na sufit samochodu.

— Chciałem. Planowałem to zrobić. Mount kazał mi obiecać, że wszystko ci powiem. Tylko… naprawdę nie chciałem tego spieprzyć. — Jego zielonozłote oczy lśnią od nagromadzonych emocji. — To było dla mnie zbyt ważne. Ty jesteś dla mnie zbyt ważna. Powinienem był ci powiedzieć. To było cholernie głupie, że tego nie zrobiłem.

Rozdział 3

Moses

Czekam, co Magnolia odpowie na moje wyznanie. Jej pierwsza reakcja zdecydowanie nie była taka, jakiej się spodziewałem.

Pomyślała, że mam żonę i dzieci? Tak, jakbym w ogóle mógł chcieć być z kimś innym niż ona! Ale z drugiej strony skąd mogła to wiedzieć? Biorąc pod uwagę, że Mount jej powiedział, iż okłamywałem ją od samego początku, jej wnioski nie były bardziej zaskakujące niż jego wyznanie.

Splata palce na podołku, a ja czekam na jej werdykt.

— Rozumiem, dlaczego mi nie powiedziałeś wtedy… ale teraz? Naprawdę sądziłeś, że po tylu latach cokolwiek mnie obchodzi, dlaczego znalazłeś się w moim domu? — Magnolia bierze głęboki oddech i zmienia nieco pozycję na siedzeniu. — Posłuchaj. Okłamanie kogoś nie jest najgorszą rzeczą, jaką można mu zrobić, możesz mi wierzyć. Przeszłam przez piekło, Mosesie. Przeżyłam rzeczy, o których być może nigdy ci nie opowiem, bo nie mam ochoty ich jeszcze raz przeżywać ani nawet wypowiadać na głos. Rozumiesz, co mówię?

Zwijam dłonie w pięści na myśl o tym, z czym musiała się mierzyć.

— Tak, rozumiem — potwierdzam cicho, żałując, że nie mogłem jej ochronić przed wszystkimi złymi doświadczeniami w życiu, nawet jeśli to dzięki nim jest taką niewiarygodną kobietą.

Odchrząkuje i siada prosto.

— O ile nie masz gdzieś ukrytych dzieci i żony, bo bigamia naprawdę mi nie odpowiada…

Unoszę dłoń, przerywając jej.

— Nie mam żony ani dzieci, przysięgam.

— I nie nabierasz mnie, mówiąc, że traktujesz mnie poważnie? Nie okłamałeś w żadnej innej kwestii?

Biorę jej dłonie w swoje i spoglądam jej w oczy.

— Każde słowo było prawdą.

— Dlaczego więc, do diabła, czekałeś piętnaście lat, żeby wrócić i wyprostować te sprawy? Jedno kłamstwo na samym początku nic nie znaczy. Ale obiecanie mi, że wrócisz, i zniknięcie na półtorej dekady? To z tym mam cholerny problem.

Powinienem był przewidzieć, że będzie chciała wiedzieć więcej. Zasługuje na to.

— Jeśli chodzi o to zlecenie, które miałem wykonać, żeby spłacić Mounta…

— Tak?

Oblizuję wargi.

— Gdy się dowiedziałem, że to nie wypaliło, zrobiłem coś popieprzonego.

Wyraz jej twarzy poważnieje.

— Jak popieprzonego?

— Doprowadziłem do śmierci kobiety.

Nawet się nie wzdrygnęła, ale unosi podbródek i wpatruje się we mnie wzrokiem przenikliwym jak laser.

— I dlaczego trzymało cię to z dala ode mnie przez piętnaście lat?

— Jej facet… chciał się zemścić. Każdy by chciał w tej sytuacji. Ale nie mogłem zaryzykować, że zabije ciebie w odwecie, a potem on zniknął. Zajęło mi cholernie dużo czasu, żeby go wytropić, a gdy to wreszcie zrobiłem, chciałem to załatwić porządnie, więc też nie mogłem się spieszyć. Musiałem to zrobić w odpowiedni sposób, żeby udowodnić, że już nie jestem tym człowiekiem, co kiedyś. Nie mogłem wrócić do ciebie, dopóki nie byłem tego stuprocentowo pewny. Ale zajęliśmy się tym. Znaleźliśmy kreatywne rozwiązanie, które sprawdziło się dla nas wszystkich. Jestem przekonany, że ta sytuacja nie jest już dla nas zagrożeniem. Nie wróciłbym, gdyby wciąż istniało ryzyko, że sprowadzę na ciebie niebezpieczeństwo. Nie ma mowy, za nic w świecie, nie po tych wszystkich latach.

Oczy Magnolii stają się jeszcze szersze i pełne ciekawości.

— Zajęło ci piętnaście lat upewnienie się, że nie wróci i nie zagraża mi w ramach odwetu?

— Jak mówiłem, to była skomplikowana sytuacja, która wymagała ode mnie zastosowania wszystkich moich umiejętności, tak żeby zakończyć ją we właściwy sposób. Ale to nie jedyny powód.

Potrząsa głową i jej piękne włosy falują.

— Dajesz tę resztę.

— Gdy już dostarczyłem ten dysk twardy… dwa tygodnie po terminie… Mount wykopał mnie z pieprzonej Luizjany. To były odsetki za zwłokę.

— Dwa tygodnie — mówi cicho. — Ponieważ zostałeś ze mną, zamiast od razu pojechać do niego z tym dyskiem.

— Tak.

— I nie nalegałeś, żebym wyjechała z tobą ze względu na tego człowieka, którego kobietę zabito.

— To nie był najlepszy plan, muszę to teraz przyznać.

Magnolia unosi palec.

— Poczekaj. Jednej rzeczy nadal nie rozumiem. Dlaczego teraz zaryzykowałeś powrót do Luizjany, skoro Mount ci tego zakazał?

Spoglądam w jej oczy koloru whiskey.

— Miałem już dość czekania. Powiedziałem Mountowi, że może mnie zabić albo może się ze mną spotkać, ale ja, tak czy siak, zamierzam wrócić. Zawarliśmy umowę…

— I częścią tej umowy było, że wyznasz mi prawdę?

Mnie też to zszokowało.

— Nie wiem, czy ten drań nagle stał się sentymentalny, czy co, ale upierał się, że musisz się wszystkiego dowiedzieć. I naprawdę miałem zamiar ci to powiedzieć, czekałem tylko na odpowiedni moment. Bo wiesz, sporo się działo.

Magnolia mruczy tylko, zamiast odpowiedzieć, po czym sięga do klamki i wysiada z samochodu. Robię to samo, zastanawiając się, co teraz zrobi.

Nie muszę się zbyt długo zastanawiać, ponieważ Magnolia obchodzi samochód i staje przede mną.

Stuka mnie w pierś palcem.

— Posłuchaj mnie, Mosesie Bufordzie Gaspardzie. W dupie mam to, że nie powiedziałeś mi prawdy. Tak jak powiedziałam, kłamstwo nie jest najgorszym, co mogłeś zrobić. Ale mimo tego, jeśli jeszcze kiedykolwiek mnie okłamiesz w jakiejś istotnej sprawie, będziesz dymał swoją rękę przez miesiąc. Rozumiesz?

Ulga — słodka, słodka ulga — zalewa moje ciało. Obejmuję moją kobietę ramionami i przyciskam ją do siebie.

— Lepiej w to uwierz. Nie popełnię więcej takiego błędu — szepczę jej do ucha.

— Dobrze, ponieważ naprawdę nie chciałabym teraz szukać kogoś innego, gdy już przywykłam do myśli o regularnym porządnym seksie.

Odsuwam się lekko i spoglądam w jej twarz.

— Nikt oprócz mnie nie ma prawa cię tknąć. Nigdy więcej, kurwa. Lepiej uwierz, że należysz do mnie i do nikogo innego.

Jej wargi wyginają się w przebiegłym uśmiechu.

— Lepiej zabierz mnie do środka i przypomnij mi dokładnie, dlaczego tak jest. Parę orgazmów naprawdę by mi pomogło zapomnieć o całej tej sytuacji.

Rozdział 4

Moses