Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Poetycki powrót po wielu latach – bez poprawek, bez dopisywania czy skreślania słów przez „dojrzałą rękę”. Wiersze „tamtej poetki” zostają oddane w całości: z nadmiarem emocji oraz intensywnością, która nie szuka dystansu ani kontroli. Pani Anima od początku była figurą sprzeciwu wobec stabilnego modelu podmiotu. W jej perspektywie myślenie rodzi się z doświadczeń cielesnych, z relacji i pamięci. Z kolei Kangór – dziecięcy totem i autoironiczny „paszport” do świata natury – chroni tom Ewy Kuryluk przed patosem i jednoznacznością. Dzięki niemu żałoba nie zamienia się w koturnowy lament, a trauma nie zastyga w pomniku. Pani Anima wraca nie jako dokument epoki, lecz jako głos, który wciąż sprawdza granice wrażliwości i języka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 63
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
wiersze z lat 1970–2017 zebrane przez autorkę
Pani Anima czyli Kangór składa się z wierszy wczesnych. Wybrałam te, które podobają mi się nadal, nic w nich nie zmieniając. Starość bywa bowiem od młodości mądrzejsza, ale cierpi na brak animuszu. Ułożone chronologicznie wiersze zaczynają się od Konturu (1979), wydanego bez ingerencji cenzury. Natomiast drugi zbiór zatrzymała na pięć lat, może z powodu tytułu Pani Anima, budzącego skojarzenia z Panem Cogito Zbigniewa Herberta (wówczas na indeksie), z którym istotnie polemizował. Następnie, 13 grudnia 1981 roku, w dniu otwarcia mojej pierwszej wystawy amerykańskiej, wprowadzono w kraju stan wojenny. Dopiero kiedy śrubę poluzowano, Wydawnictwo Literackie w Krakowie przepchnęło mój tomik.
Pani Anima wyszła bez korekty autorskiej w styczniu 1984. Jeden egzemplarz przysłała mi za Atlantyk mama z zapytaniem: „ciekawe, czy zwiastuje odwilż?”. Tak – potwierdziłam, nie wyjawiając, że przywrócono mi właśnie polski paszport, zatrzymany na półtora roku w nowojorskim konsulacie PRL. Umknęło mi, że wycięto kilka wierszy, głównie erotycznych. Odnalazłam je tej jesieni w starej londyńskiej teczce, więc Pani Anima ukaże się w 2026 roku w komplecie, lecz w innym porządku niż poprzednio. Nie pamiętam, dlaczego nie znalazł się w książce poemat „Od Kardamili do Kytery”, może wydał mi się zbyt odrębny.
„Od Kardamili do Kytery” napisałam w czasie wakacji letnich 1975, spędzonych z Helmutem pod namiotem. W lipcu stał w cieniu rozłożystej pinii na piaszczystym wybrzeżu Kardamili na Peloponezie, w sierpniu borykał się ze zmiennymi wiatrami na kamienistej plaży Cytery. Grecję znałam już wtedy z wycieczki przedmaturalnej. Ale dopiero tamtego lata, dobiegając trzydziestki, wsłuchałam się w „kulturę antycznej Hellady”, jak to polecał jej wielbiciel ojciec, powtarzając nam od małego: „Panta rhei! Grecy to odkryli pierwsi. Wszystko płynie, nic się nie powtarza, wszystko jest względne”.
Ten poemat o metamorfozach przyrody i mentalności, o rodzinie i Europie (przegrodzonej ówcześnie żelazną kurtyną), o Ziemi bez granic i nawigacji tak swobodnej, jakby się było sobie statkiem, żaglem i wiatrem, antycypuje pożegnanie ze Starym Światem. Dokonało się na razie tylko w wyobraźni, skierowanej na nowy tor w czasie trzytygodniowego pobytu w Nowym Jorku jesienią 1974 roku. Manhattan natchnął tytułowy wiersz Konturu, portret brata na tle Bliźniaczych Wież i mój Piotrowi dedykowany „grecki rejs”. O poezji za oceanem opowiem we wstępie do Animy w Ameryce.
rodzicom i Piotrusiowi
Ciało słońcem podzielone
na drogi światła i cienia
czerwonym konturem bólu
przygwożdżone do ziemi.
Śpij. Niech muska cię trawa
mucha przysiada na powiece.
Śpij. Niech wieże Manhattanu
spoczną na torach niebieskich.
Miasto słońcem podzielone
na ulice światła i cienia
czerwonym konturem bólu
przygwożdżone do ziemi.
Śpij. Niechaj sen trwa wiecznie
mucha osiądzie na powiece.
Manhattan wzleci i do nieba uniesie
źdźbła trawy z Parku Centralnego.
Przydrożne listki koniczyny.
Droga pod górę i bielony
konar czereśni opatrzonej
ojca spojrzeniem spolegliwym.
Dnieje. I dymu wąska strużka
zagięta za horyzont rześki
przybliża przestrzeń. Dziadka sady
strome parowy. Do Zbaraża ścieżkę.
Złuszczone płaty seledynu.
Chropawy mur. Palimpsest połatany.
Ogołocona weranda pamięci
z pnączy wonnej trawy.
W kropelkach tuszu odtworzony
starty krajobraz wspólne źródła
huculskich kafli ubogie barwy
monogram chwiejnym ściegiem haftowany.
– W słotny poranek powrócimy razem
w cień swojski ujazdowskich wirydarzy –
zanim marzenie w słowie zwarzy się
ogrzewam dłonie w rysach Twojej twarzy.
Rzucony śnieg na szczyty Alemanii
i wicher dmie
zwiastując kroki Twoje
w welonie Beatrycze błąkają się dłonie
sza – hałas słyszę spadających lawin
rzucony cień na szczyty Alemanii
piorun uderzył i rozłupał mit
spłonęły krzewy białych berberysów
z miękkiego szala wysączył się krzyk
wystąpił z brzegów strumień wyobrażeń
na palcu ojca pierścień z ametystem
beryllium płynie strontium samoistnie
gruzełki rtęci rozpryskują się
bród przebrnęliśmy strugi oblodzone
na palcu ojca po pierścieniu znamię
wróćmy! połacie lśnią Arkadii
w dolinie Tempe kwitnie głóg
Spadła kurtyna postrzępiona
ostatni widz opuścił salę
w startej pozłocie legła cisza
i kocią łapą igra z frędzlami
zaułek o krok od Broadwayu
mizerna trupa na obskurnej scence
chude aktorki z ospowatą cerą
grają Charyty boginie dziewczęce
w spodniach wypchanych na kolanach
w zgrzebnej koszuli i onucach
wjeżdża w fotelu z popękanej skóry
brodaty Chaos ojciec Nocy
ponownie dźwięczą tamburyny
pod powiekami spuchniętymi
dzwoneczki jaskry iskry szpaki
gondole w mięcie i burzanie
źrenice skaczą nad stopniami
stąpają kocimi stopami
na schodach słania się
i spada
syn
Ereb w uścisku Nocy
Ciemnieje las
i śpiewa ptak
siostra syci się światłem
w sukni splecionej z surowej trawy
tańczy Ik ostatni
kiełkuje ziarno w śluzie spojówki
kamień zabija głód
na trampolinie cyrku Tremondi
Petrus wystąpi znów
mur metropolii pręgierz piramid
Suza i Nowy Jork
pluski Wenecji lot ponad dźwięki
Boston Paryż mrok
o zmierzchu spieszy tropione zwierzę
satrapa trzaska z bicza
opoki sen nasenny lek
LSD puszcza dziewicza
ciemnieje kres
i syczy gaz
brat syci się cieniem
w cenniejszym wianku z swoich opłatków
ciągnie przez cudze miedze
Zaszyta w śpiwór melancholii
minęła wiosna
– jak mdło w ustach –
ukrył się ślimak w muszli ucha
w oskrzelach znowu stan zapalny
z niezaczernionych stronic listu
sens pustki spływa w spodek nudy
osowiał zmysł i wodą podszedł
wieczorem smutek obsiał bruzdy
stoicyzm nasz już w wieczną ciszę
wprzęga woźnica – wspólny Charon
w Twej dłoni ułamana gałąź
w przedsionek serca wpływa łabędź
Szwem obwiedziona szrama
w powietrzu nadmiar różu
schylam się do Twych stóp
podnoszę garstkę kurzu
w białym tłumoku skroń
w oku zasycha sól
nikt Ciebie nie wysłucha
dookoła mur
w pudełku profil kobiety
brudna wata szlam
nikt Cię nie odprowadzi
musisz odejść sam
czerwona struga wytryska
powietrze ścina ją w słup
struchlałą twarz matki mijasz
i przemieniasz w kurz
Zygzak różową obskoczy salę
zaćmi się pościel w piątkowy wieczór
w skoszonej trawie przycupnął szarak
z szpicrutą w dłoni sobowtór czeka
chylą się przęsła na pożegnanie
kolano gnie się w obrzmiałym stawie
stopa otrząsa opiłki szklane
za parawanem błyszczy emalia
dwa kciuki lniane zwiną bandaże
z gazy wyłuszczą odświętną biel
w matowym kloszu drut się przepali
sobowtór mocno obejmie Cię
W niezasklepionej czarze serca
ostygłej cieczy odpływ
kleszcze spinają słabe przewody
w pęcherzykach odma
w fartuszkach z krepy w wiankach z rumianków
tańczy korowód dzieci
skupiony świetlik w wiejskiej sutannie
gasi świeczkę trzecią
dworcowy hotel drzemie w betonie
kaszlą parowozy
akt zgonu portier wnet Ci wsunie
w ostudzone dłonie
Dnieje w szpitalnym ogrodzie
ćma czmychnęła spod oka
spalonej skóry miedze
wrzątek słońca oblał
myśl ucieka zagonem
zieleń tli się fosforem
niebieski parkan winnicy
gnie się pod kiści naporem
ostrze światła lapis lazuli
tnie źrenice na dwie blizny
pleców kalekie mielizny
wiatr wiosenny smaga z oddali
Zanim kolorem dopełni się biel
w przestrzeni leżysz nieokreślonej
płytkie nacięcia w przegubach rąk
czerwień przepływa na cienia stronę
zanim kolorem dopełni się biel
osika liściem bezbarwnym szemrze
brunatne stopy kolec obrzeże
czerwień zastygnie w ornament rdzy
zanim kolorem dopełni się biel
dwie krople w przezroczystej niecce
przez most w milczeniu Maria niesie
cień syna wędruje pod prąd
Oszklona sala w drapaczu chmur
odczyt w początek lata
wtłoczoną w pancerz obcej mowy
myśl Twoją nuda oplata
ku niewidocznej smudze Dunaju
oko wybiega chciwie
ojciec za żonę pragnie wziąć córkę
syn za matką idzie
pot który ścierasz wierzchem ręki
osiądzie na mojej skórze
resztka letniego płynu w szklance
żyłki w cielistym marmurze
w szarej godzinie żarzy się róż
szpaler w cesarskim ogrodzie
zapisać w liniach wspólnej dłoni
spotkanie dwóch pokoleń
Wkładam Ci do ust późny obol
wybacz – już dawno naruszyło wiosło
zmarszczone czoło acherońskiej wody
woźnico
przyjmij monetę pokorną
i jeszcze jedną
– płacę za siebie –
nocą o cienie ocieram się w sieni
skrzypią ramiona pluszczą włosy
O hamadriado w brzozie ojca
co roku w blady świt grudniowy
stukam w twój konar i trzykrotnie
wymawiam szeptem imię: Karol
opadły liście i szron ścina
siwizną już skronie chryzantem
zima zastała mnie w dzielnicy
żydowskich slumsów na Long Island
w alejach Centralnego Parku
babiego lata nitka wątła
w tył przesunięta pora roku
i za wysoko tarcza słońca
lecz oto nagle deszcz ulewny
wśród kulek gradu płatek śniegu
spotykam pogrzeb na Broadwayu
w bramie świątyni staję obcej
o hamadriado w każdym drzewie
mieszkają szepty twoich sióstr
spójrz – stukam w konar obcej brzozy
a za plecami – nieproszony
jednoramienny stąpa stróż
Czerwona nić
z muszli wnętrza wysnuta
złota gadzina
szkarłatnym wężem przekłuta
nici nici
snuj się snuj
