Pan Samochodzik. Pan Samochodzik i złota rękawica - Zbigniew Nienacki - ebook
Opis

Pan Samochodzik odkupuje stary jacht. W dzienniku pokładowym znajduje piękny wiersz i postanawia odnaleźć autora. Rozpoczyna się wspaniała przygoda. Drogi Tomasza przecina najpotężniejszy i najniebezpieczniejszy przeciwnik - Waldemar Batura.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i złota rękawica

Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i złota rękawica

Wydanie I

Próbka

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Artur Marcin Laskowski, Marcin Nowak

Skład i łamanie • Artur Marcin Laskowski

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

info@libernovus.pl

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–050–9-demo

Liber Novus 2012

ROZDZIAŁ PIERWSZY

STARY POMOST W IŁAWIE • ZAGADKOWA DZIEWCZYNA • TELEGRAM, KTÓREGO NIE WYSŁAŁEM • BAJECZKA Z BAJECZKĄ • ZŁOTA RĘKAWICA • WYZWANIE DO WALKI • MÓJ PATENT STERNIKA • LIST Z OSTRÓDY • W SZOPIE NAD JEZIOREM RUDA WODA • HISTORIA JACHTU „SZKWAŁ” • CZY ZOSTANĘ ARMATOREM? • TAJEMNICA DZIENNIKA JACHTOWEGO

Był 20 czerwca, dzień słoneczny i nieco wietrzny, ale bardzo upalny. Niemal przez cały ten dzień opalałem się na dachu kabiny jachtu, który łagodnie kołysał się na fali, przycumowany do pomostu zbudowanego na pustych, pływających beczkach w pobliżu mostu nad kanałem, łączącym w Iławie Wielki Jeziorak z Małym Jeziorakiem. Kiedyś pomost ten należał do klubu żeglarskiego LOK, lecz władze miejskie klub przeniosły w inne miejsce, a tu miał powstać reprezentacyjny ośrodek wypoczynkowy kolejarzy. Na razie tylko rozebrano na brzegu stare szopy, pomost stał się bezpański, a że znajdował się w pobliżu restauracji „Czapla”, służył teraz za miejsce postoju dla żeglujących po Jeziorakach jachtmanów oraz za „pirs pasażerski”. Na chwiejnych deskach ustawiały się tłumy spoconych, objuczonych walizami wczasowiczów, którzy przyjeżdżali z najdalszych okolic Polski, aby niewielką motorówką, dobijającą do pomostu co pół godziny, przedostać się do ośrodków wypoczynkowych na Wielkiej Żuławie, o której powiadają, że jest jedną z największych wysp w Polsce, a może nawet w Europie.

Na pomoście czekało ciągle po sto, a nawet więcej ludzi w najróżniejszym wieku. Upał doskwierał, przy brzegu nie było ani jednego drzewka dającego cień, motorówka zaś zabierała za każdym razem tylko dziesięć osób. Należało więc długo czekać na swoją kolejkę, co dla ludzi zmęczonych niekiedy wielogodzinną jazdą pociągiem wydawało się ponad siły — niektórzy próbowali wepchnąć się na motorówkę przed innymi. W tej sytuacji raz po raz wybuchały głośne awantury. Po brzegu roznosił się także wrzask matek, które upominały dzieci, aby nie wpadły do wody z chwiejnego pomostu. Cały ten teren przypominał wielkie koczowisko. Spoceni upałem wczasowicze otwierali walizy i posilali się, kupowali lody „Bambino” i śmiecili, bez przerwy śmiecili, brodzili po kostki w śmieciach.

Ale to dość obrzydliwe miejsce położone było w samym centrum miasta i mógł tu łatwo trafić nawet ktoś, kto po raz pierwszy znalazł się w Iławie. I dlatego właśnie tutaj postanowiłem zaokrętować swoją załogę złożoną z warszawiaków, którzy mieli przybyć wieczornym pociągiem. Aż w głowie huczało mi od kłótni i wrzasków, mdło mi się robiło od widoku śmieci, ale odpłynąć stąd nie mogłem. Odejść — także nie, bo na jachcie znajdował się dość cenny sprzęt żeglarski i turystyczny. Skazany więc byłem na słuchanie kłótni, płaczu dzieciaków i upomnień matek, a także — co nie było rzadkością — wesołych śpiewów tych wczasowiczów którzy uznają, że piwo najlepiej gasi pragnienie.

Minęła godzina osiemnasta, przybył chyba pociąg z Warszawy, ponieważ pomost zapełnił się dodatkowymi gromadami objuczonych ludzi. Spoglądali na mnie z zazdrością — w czyściutkim żeglarskim stroju wylegiwałem się beztrosko na dachu kabiny, a oni pocili się w swoich garniturach i mieli za sobą podróż w przepełnionym pociągu. We mnie zaś narastał niepokój, nie widziałem bowiem wśród nich żadnej znajomej twarzy. Nikt z członków mojej załogi się nie zjawił.

Po dwóch godzinach pomost opustoszał, motorówka zabrała ostatnich wczasowiczów, a kierujący nią młody człowiek oświadczył mi, że to już ostatni jego rejs. Jeśli ktoś jeszcze zjawi się na pomoście, to niech się stara dostać na Wielką Żuławę wynajętą gdzieś łódką albo niech zanocuje w hotelu czy na prywatnej kwaterze. Jemu — to znaczy: kierującemu motorówką — też się należy odpoczynek.

O dziesiątej wieczorem zdałem sobie ostatecznie sprawę, że moja załoga nie przyjechała, choć przecież umówiliśmy się na dzisiaj, i to właśnie tutaj. Wiatr zdechł zupełnie, jezioro stało się gładkie i jachtem kołysały tylko fale wzbudzane przez szalejące w pobliżu ślizgacze — nie mogłem więc nawet opuścić tego obrzydliwego miejsca. Czekała mnie noc na jachcie zacumowanym w pobliżu ruchliwej ulicy, przy brzegu usłanym resztkami jedzenia i papierami, w sąsiedztwie jazgotliwych motorówek. Wściekły, gniewnie pomrukując pod nosem, zlazłem z dachu do kokpitu, wsunąłem się do kabiny i rad nierad zabrałem się do przyrządzania kolacji. „Pewnie przyjadą nocnym pociągiem” — pocieszałem się.

W pewnej chwili usłyszałem odgłos kroków na deskach pomostu i mimo zapadającego zmroku, przez szyby bocznego bulaja, zobaczyłem wysoką młodą panienkę z ogromną walizą. „Może czekać tu do rana” — pomyślałem z satysfakcją, zły na swoją załogę, która też się chyba spóźniła na pociąg, podobnie jak ta panienka spóźniła się na motorówkę.

Ale w gruncie rzeczy jestem człowiekiem poczciwym, wyszedłem więc z kabiny i zawołałem:

— Na Wielką Żuławę już się pani dziś nie dostanie. Motorówka półtorej godziny temu ruszyła w ostatni rejs.

Dziewczyna niemal upuściła do wody swoją ciężką walizę.

— O, Boże! Co ja zrobię? Jechałam z Warszawy autostopem, ci panowie zrobili mi głupi kawał i wysadzili mnie w Ostródzie, mówiąc, że to Iława. A pan nie mógłby mnie przewieźć swoim jachtem na wyspę?

Wskazałem na gładkie jezioro, w którym odbijały się już refleksy świateł ulicznych.

— Pani widzi, że nie ma wiatru...

Podniosła rękę do twarzy, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

— Cały dzień nic nie jadłam, pić mi się chce... — jęknęła. — Gdzie ja nocleg znajdę? Miasto pęka od wczasowiczów. Pieniędzy nie mam, moja mama jest właśnie na Żuławie i tam na mnie czeka. Kupiłam sobie wisiorek z serduszkiem za pieniądze, które dała mi na bilet, i dlatego wyruszyłam autostopem. A oni zrobili mi głupi kawał...

Panienka wyglądała na dwadzieścia parę lat i, moim zdaniem, powinna była odznaczać się większym rozsądkiem, to znaczy: albo nie kupować wisiorka za pieniądze przeznaczone na bilet kolejowy, albo zorientować się, że Ostróda to nie Iława. Ale ładnej dziewczynie łatwo się wybacza brak rozsądku, a ona była naprawdę bardzo ładna. Wysoka, szczupła, smagła brunetka z włosami przyciętymi na pazia. Nosiła długą, bardzo kolorową spódnicę w wielkie słoneczniki i śliczną, ręcznie haftowaną bluzeczkę. Już samo to, że nie miała na sobie połatanych i powycieranych dżinsów oraz powyciąganego swetra albo ortalionowej kurteczki — budziło moją sympatię. A że jestem wrażliwy na urodę kobiecą i serce mam czułe na ludzkie kłopoty, po chwili namysłu chrząknąłem głośno i oświadczyłem:

— Właśnie jem kolację. Jeśli pani jest głodna i chce się napić herbaty, to proszę wstąpić na łajbę.

Zawahała się. Obrzuciła mnie i mój jacht uważnym spojrzeniem. Zapewne matka niejednokrotnie ją ostrzegała, aby nie przyjmowała zaproszeń od mężczyzn, których nie zna.

— Pan mieszka sam? — zapytała ostrożnie.

— Jestem kapitanem — powiedziałem z dumą. — Ale moja załoga nie zgłosiła się dziś na jacht. Nie wiem, co się stało. Może spóźnili się na pociąg?

Zdecydowała się. Bo i cóż jej mogło grozić? Jacht stał w dość ludnym miejscu, w samym sercu miasta. Podjęła ogromną walizę i ostrożnie, w swych delikatnych, raczej balowych pantofelkach, zrobiła krok na pokład dziobowy jachtu.

— Och! — zawołała z odrobiną przestrachu, gdy jachtem lekko zakołysało. Ale wolną ręką chwyciła się stalowej liny, topsztagu, i odważnie postawiła drugą nogę na pokład.

Chciałem jej pomóc, wziąć od niej walizkę, lecz stwierdziła:

— Nie, nie, dziękuję. Nie jestem taką niezdarą, na jaką być może wyglądam.

— Wygląda pani na damę — powiedziałem szczerze. — I nawet trochę się dziwię, że podróżowała pani autostopem.

— Bo jestem lekkomyślna — przyznała się.

Otworzyłem przed dziewczyną drzwi kabiny i wskazałem jej miejsce na koi, tuż obok stolika, który rozkładałem na skrzyni mieczowej jachtu.

Podałem kubek gorącej herbaty, kilka kromek chleba posmarowanych smalcem i usiadłem naprzeciwko niej, na drugiej koi.

Jadła z ogromnym apetytem, w milczeniu rozglądając się po kabinie.

— Ładnie tu — stwierdziła, gdy skończyła jeść. — Ile osób może mieszkać na tym jachcie?

— W kabinie tylko dwie, bo tu, jak pani widzi, są tylko dwie koje. Natomiast w kokpicie, zauważyła pani pewnie, są przy burtach takie szerokie ławy, a raczej skrzynie. Otóż w tych skrzyniach kryją się materace i śpiwory. Rozkłada się materac na wieku skrzyni i śpi. W ten sposób mieszkać tu mogą aż cztery osoby.

— A jeśli pada deszcz, to tamci mokną.

— W achterpiku leży płachta brezentowa. Narzuca się ją na bom, tworząc coś w rodzaju namiotu.

Była wszystkiego bardzo ciekawa. Zauważyła, że ściany przy kojach zabudowane są przeróżnymi szafkami. Zaczęła je otwierać, zaglądać do wnętrza.

— O, ma pan radio! — ucieszyła się.

— Tak. Ale nie lubię hałasu — stwierdziłem sucho.

— A tu co jest? — otworzyła inną szafkę.

— To bardzo ważne moje papiery.

— A tutaj ma pan książki? O, przeważnie wiersze — zdziwiła się. — Pan lubi poezję.

— To poezja ludowa Warmii i Mazur. Teraz się nią trochę interesuję — uciąłem, nie chcąc się wdawać w dłuższe wyjaśnienia.

Za bulajami jachtu zapadała już noc. Świeciły latarnie uliczne na drodze do mostu i po drugiej stronie jeziora, na skwerze przy pomniku Stefana Żeromskiego.

— Jak panu na imię? — zapytała.

— Tomasz. A pani?

— Czy to nie wszystko jedno? — roześmiała się. — Przyjaciele nazywają mnie Bajeczką. Bardzo lubię, gdy się w ten sposób do mnie zwracają.

— Bajeczka — powtórzyłem, z przyjemnością obserwując ładne rysy jej twarzy, pięknie haftowaną bluzkę i długą śliczną spódnicę w ogromne słoneczniki.

— Strasznie się objadłam — oświadczyła nagle i wygodnie wyciągnęła się na koi, zrzucając z nóg pantofelki. — Niech pan sobie wyobrazi, że cały dzień spędziłam w podróży.

— Chyba nie ma pani zamiaru tutaj nocować? — powiedziałem.

— A dlaczego by nie? Przecież ma pan aż cztery wolne łóżka. A rano przypłynie motorówka i dostanę się na wyspę.

— No, tak — chrząknąłem zażenowany — ale czy to wypada, pani i ja, tylko we dwoje...

— Pan ma staroświeckie poglądy? — zapytała. — A może pan się mnie boi?

— Oczywiście, że nie — zaprotestowałem.

— Mam do pana zaufanie. Poezja czyni człowieka dobrym — stwierdziła z przekonaniem — a pan lubi wiersze. I może również sam je pisze?

— Nie — zaprzeczyłem. — Natomiast szukam człowieka, który napisał pewien bardzo piękny i interesujący wiersz. Nie wiem, jak się nazywa, ale posiadam informacje, że mieszka lub mieszkał w tej okolicy. Chciałbym go bliżej poznać.

— I od dawna szuka pan tego człowieka? — zapytała, dyskretnie poziewując.

— Od stycznia — stwierdziłem.

Roześmiała się cichutko i obrzuciła mnie wesołym spojrzeniem.

— Z czego się pani śmieje? — naburmuszyłem się. — Uważa mnie pani za dziwaka?

— O, nie, nie dlatego — spoważniała. — Po prostu śmieszna wydała mi się myśl, że pan, człowiek na pewno inteligentny, od stycznia szuka jakiegoś poety i do tej pory go pan nie znalazł. Coś mi tu nie pasuje.

Wzruszyłem ramionami.

— To nie jest takie proste. Powiem pani jeszcze, że nie sam go szukam, jest nas parę osób. Właśnie na nich tu czekam. Mieli dziś przyjechać z Warszawy, zupełnie nie rozumiem, dlaczego ich nie ma.

— Może im się odwidziało wspólne poszukiwanie poety? Mają ciekawsze zajęcia? — powiedziała.

— Pani się myli. To są wprawdzie bardzo różni ludzie, ale ta sprawa bardzo nas z sobą związała. Nie wierzę, aby nagle zrezygnowali z poszukiwań i nawet mnie o tym nie powiadomili. Ten rejs, który miał się dziś rozpocząć, w gruncie rzeczy zorganizowałem tylko dla nich. Wierzę, że poprzez poezję ludzie mogą odnaleźć siebie samych, uczynić swoje życie sensowniejszym, ciekawszym.

— Bardzo pięknie pan mówi — westchnęła, znowu ziewając dyskretnie. — Ale to musiałaby być naprawdę wspaniała poezja. Czy może mi pan pokazać ów wiersz?

Sięgnąłem do szafki nad koją, wyjąłem papierową teczkę, a z niej — przepisany na maszynie wiersz. Podałem go dziewczynie, a ona zbliżyła kartkę do palącej się pod sufitem bateryjnej lampki i czytała chwilę w milczeniu. Potem przeczytała głośno te zwrotki, które jej się najbardziej spodobały.

Ojczyzno moja, ponad tonią

żurawi zwątpień krzyk jesieni.

Do starych gniazd dostępu bronią

trzcin szable. Aż się los odmieni.

I znowu polski rycerz dumnie

podejmie złotą rękawicę.

Widziałem ją w blaszanej trumnie,

gdzie wróg rozbitą miał przyłbicę.

I wy wrócicie tu łabędziem

w łopocie żagli białych skrzydeł,

mój grób z brzozowym krzyżem będzie

jak z Grottgerowych malowideł.

— Jaki ten wiersz ma tytuł? — spytała.

— Nie ma tytułu. Sam go nazwałem: „Złota rękawica” — odrzekłem.

— I pan nie wie, kto go napisał?

— No właśnie! — ożywiłem się. — Wiadomo tylko, że autor mieszkał i być może jeszcze mieszka w tych okolicach.

— Czy tak trudno odnaleźć poetę? — zdziwiła się.

— Trudno, bo to nie był zawodowy poeta. Musimy pytać o niego we wszystkich wioskach nad tym jeziorem. Może był z zawodu cieślą jak Michał Kajka, a może rybakiem czy rolnikiem. To ludowy poeta, proszę pani.

Popatrzyła na mnie jak gdyby z nowym zaciekawieniem.

— Jest pan bardzo miłym, ciekawym i sympatycznym człowiekiem. Zapewne i pana przyjaciele są równie mili. Jaka szkoda, że się do nich nie zaliczam i że na Wielkiej Żuławie czeka na mnie mama.

— A może powie pani jutro swojej mamie, że spędzi wczasy na jachcie? Będą dwie panie, trzynastoletni chłopiec i ja. Myślę, że wygospodarowalibyśmy miejsce do spania i dla pani. To będzie wspaniała przygoda — rzekłem z nadzieją w głosie.

Wyraz niechęci nagle pojawił się na jej ładnej, smagłej twarzy.

— Nie lubię przygód. Przeżyłam kilka i nie pozostawiły mi przyjemnych wspomnień. Myślę też, że nie nadaję się do koczowniczego życia na jachcie. Mam dwadzieścia dwa lata i jedynym moim wielkim marzeniem jest mieć własne mieszkanie, pokój z kuchnią, gdzie mogłabym gotować obiady dla kogoś bardzo miłego, sympatycznego, kogoś, kto poważnie traktuje życie. Nie mam wielkich życiowych celów i ambicji, proszę pana. A raczej: powoli przestaję je mieć. Pan zaś — stwierdziła — jest dorosłym mężczyzną z duszą chłopca, który uwielbia przygody. To nie mój typ. Proszę się nie obrazić, ale nawet nie lubię tego rodzaju ludzi.

Zrobiło mi się przykro.

— Dobranoc — powiedziałem. — Życzę miłych snów.

I wycofałem się z kabiny, zamykając za sobą drzwiczki.

— Dobranoc — usłyszałem głos Bajeczki.

Rozłożyłem materac na drewnianej ławie i wśliznąłem się do śpiwora. Nad głową miałem żagiel zwinięty na bomie, który leżał na dwunożnym, podobnym do cyrkla, wsporniku. A wyżej było niebo pełne gwiazd.

Noc zapadła ciepła, ale męczył mnie hałas. Na pobliskiej ulicy ciągle jeździły samochody, od strony restauracji „Czapla” dochodził nieustanny gwar głosów i śpiewy, na jeziorze, mimo późnej pory, warczały głośno ślizgacze. I na dodatek to mdłe, trupie światło jarzeniówek, odbijających się w czarnej toni.

W uszy wsadziłem sobie woskowe kulki, aby odgrodzić się od hałasu. I chyba zaraz zasnąłem, przez chwilę tylko rozmyślając o dziewczynie, która kazała się nazywać Bajeczką. Twierdziła, że nie lubi przygód, a jednocześnie tak lekkomyślnie pieniądze przeznaczone, na bilet kolejowy wydała na kupno pozłacanego serduszka. Sprawiała wrażenie sprytnej, inteligentnej, a pozwoliła, aby ją oszukano, wysiadła w Ostródzie myśląc, że to Iława...

Obudziłem się o piątej rano, słońce świeciło mi prosto w twarz. Jachtem kołysało, ktoś wszedł na pokład dziobowy.

Zerwałem się z posłania i zobaczyłem Kikę.

— Ładnie nas pan urządził, panie Tomaszu — powiedziała z pretensją w głosie, tupiąc gumiakami na sklejce pokładu.

— Psssst — syknąłem i wskazałem na drzwi kabiny. — Tam jest pewna dziewczyna. Śpi. Jeszcze za wcześnie, żeby ją budzić.

Ale Kika nie myślała zachowywać się cicho. Wiadomość o dziewczynie powiększyła jej pretensje.

— Mogłam się była tego domyślić — oświadczyła z goryczą. — Kompletuje pan sobie nową załogę, a z nas pan zrezygnował.

— Nie gadaj głupstw — rzekłem. — Wczorajszy dzień straciłem czekając na was tutaj w tym okropnym miejscu. A wy nie raczyliście się zjawić.

Kika ze złością rzuciła plecak na podłogę jachtu. Była osóbką bardzo młodą, ale energiczną i samodzielną. A także przekorną. Wiedziała na przykład, że nie lubię dżinsów, i pewnie właśnie dlatego ubrała się w stare, połatane dżinsy i gruby czarny sweter. Na jasnych, krótko przyciętych włosach miała czapkę z teksasu. Była ładna, ale ten strój sprawiał, że wydawała się brzydka.

— Co też pan opowiada — spojrzała na mnie wyzywająco, ujmując się pod boki. — Przysłał pan do nas telegramy, że odwołuje pan rejs i przesuwa go na późniejszy termin. Pani Księżyc i Psycholog rozpakowali plecaki, ale ja miałam już wykupiony bilet i zdecydowałam się wyjechać. Pomyślałam, że jeśli nie spotkam pana, to zabiorę się na „Notosa”, bo on już od dwóch dni żegluje po Jezioraku.

— Telegram? Nie wysyłałem żadnego telegramu. O czym ty mówisz, Kika?

Nareszcie wylazłem ze śpiwora, ale w pidżamie, z nie ogoloną twarzą czułem się nieswojo. Byłem zaspany i trochę nieprzytomny.

— Niech pan wyjmie kulkę woskową z lewego ucha — zwróciła mi uwagę. — Coś mi się zdaje, że moje słowa do pana nie docierają. Dostaliśmy telegram, że rejs przesuwa pan na późniejszy termin. Słyszy pan, co powiedziałam?

— Słyszę. Ale nie wysyłałem żadnego telegramu.

Z kieszeni spodni wyjęła kartkę i podała mi ją bez słowa.

Przeczytałem:

Rejs przesuwam o kilka dni. Nie przyjeżdżajcie. Czekajcie na wiadomość.

Tomasz

Zmiąłem telegram i rzuciłem go na dno kokpitu. Ale po sekundzie podniosłem, rozprostowałem i obejrzałem dokładniej.

— To nie ja go wysłałem — oświadczyłem jeszcze raz. — Ale nadany został z Iławy przedwczoraj wieczorem, to jest w tym samym czasie, gdy i ja tutaj przypłynąłem i przycumowałem. Ktoś chciał nam pomieszać szyki i opóźnić rejs.

— To nie pan wysłał ten telegram? — Dziewczyna aż przysiadła z wrażenia. — W takim razie powinien pan natychmiast zadzwonić do Warszawy, do Pani Księżyc, i wyjaśnić całą sprawę. Jak pan sądzi, czy tego głupiego kawału nie zrobił nam ktoś z „Notosa”? Bo komu innemu może zależeć na tym, aby utrudnić nasze poszukiwania?

Przecząco pokręciłem głową.

— Nie posądzam o to nikogo z „Notosa”. Ale przecież mówiłem wam wiele razy, że mamy nie tylko konkurentów, lecz i przeciwników. Od samego początku ktoś nam psuje szyki.

Poczułem przypływ energii, jak zwykle, gdy wyłaniała się poważniejsza trudność.

— Obudź tę dziewczynę — rozkazałem Kice — i róbcie śniadanie, bo na pewno jesteś głodna. A ja ogolę się i zaraz pobiegnę na pocztę.

Kika otworzyła drzwi kabiny i gwizdnęła głośno.

— Czy pan jeszcze śni, Panie Samochodzik? — zapytała z ironią. — Przecież tu nie ma żadnej dziewczyny.

— Nie ma Bajeczki? — zdumiałem się.

— Jakiej bajeczki?

— No, Bajeczki.

Zajrzałem do kabiny i stwierdziłem, że koja, na której wczoraj położyła się tamta dziewczyna, jest pusta. Zniknęła także walizka, z którą Bajeczka przyszła na jacht.

— Co pan opowiada jakieś bajeczki? — Kika patrzyła na mnie, jak patrzy się na kogoś, kto stracił rozum.

— Chciała, żeby ją nazywać Bajeczką — bezradnie rozłożyłem ręce i miałem chyba bardzo głupią minę. — Była bardzo ładna, w haftowanej bluzeczce i w spódnicy w duże słoneczniki. Spóźniła się na motorówkę i poprosiła, żebym ją przenocował na jachcie. Zjedliśmy razem kolację, potem trochę rozmawialiśmy o poezji...

— O „Złotej rękawicy”? — pokiwała głową Kika. — I pan dał się pociągnąć za język, prawda?

— Tak. Ale...

— Nie ma żadnego „ale”. Ta dziewczyna została przez kogoś wysłana i zrobiła pana w konia.

— Proszę cię, przestań używać tego okropnego żargonu — poprosiłem.

— Powiem krótko: dał się pan nabrać na Bajeczkę, panie Samochodzik. Wszyscy wiedzą, że lubi pan dziewczyny w powiewnych kolorowych spódnicach i haftowanych bluzeczkach. I ona właśnie tak wyglądała, prawda?

— Tak — westchnąłem.

— Serce Pana Samochodzika natychmiast stopniało — szydziła Kika — i bez cienia podejrzeń przyjął dziewczynę na jacht, wtajemniczył we wszystkie nasze sprawy. A gdy Pan Samochodzik spał, dziewczyna zniknęła bez śladu. O, przepraszam, ślad pozostawiła...

Kika wsunęła się do kabiny i zdjęła coś z koi, na której spała Bajeczka.

— Proszę... — podała mi z triumfujące miną to „coś”.

Była to skórzana rękawica pomalowana na złoty kolor.

— Złota rękawica... — mruknąłem.

— Czy rozumie pan coś z tego?

Nie od razu odpowiedziałem na jej pytanie. Najpierw opowiedziałem ze szczegółami o wizycie Bajeczki, o naszej rozmowie na jachcie, o jej pytaniach, moich odpowiedziach. I zakończyłem:

— Nie zdradziłem Bajeczce żadnych tajemnic, bo nie jest tajemnicą, że organizujemy rejs, aby odnaleźć autora „Złotej rękawicy”. Wiele osób wie o naszej wyprawie, jak choćby załoga „Notosa”. Ktoś zdecydował się opóźnić nasz rejs i, wykorzystując to opóźnienie, przysłać tu Bajeczkę. Ona pozostawiła na jachcie pomalowaną na złoty kolor rękawiczkę. Innymi słowy, rzucono mi jawnie wyzwanie do walki, bo tylko tak rozumieć można ten gest. Rzucenie przeciwnikowi rękawicy jest oznaką wypowiedzenia walki.

Kika wzruszyła ramionami.

— Przecież od początku mamy do czynienia z przeciwnikami i bez przerwy toczymy z nimi walkę. Dlaczego akurat teraz, w tej chwili, rzucili nam rękawicę?

— Nie mam pojęcia — mruknąłem.

— A może nie tak dawno wydarzyło się coś ważnego? — zastanawiała się Kika. — Może zrobił pan coś takiego, co do wściekłości doprowadziło naszych przeciwników?

— Nie przypominam sobie takiego wydarzenia — medytowałem głośno. — Ale muszę mieć czas, aby przemyśleć całą sprawę. Zrób śniadanie, Kika, a ja się ogolę.

Byłem tak zdenerwowany tym, co się stało — fałszywym telegramem, opóźnieniem się rejsu i dziwną wizytą Bajeczki — że dwukrotnie zaciąłem się brzytwą. Irytację moją powiększały jeszcze szyderstwa Kiki, która gotując kawę na maszynce gazowej w kabinie, raz po raz wystawiała stamtąd głowę i wygłaszała sentencje w rodzaju:

— W pewnej książce czytałam, że jeśli przed mężczyzną pojawi się dziewczyna, która wygląda jak ta z jego pięknych snów, to on powinien się szybko obudzić i nakazać sobie ostrożność.

— Posłuchaj, Kika — rzekłem wreszcie, z trudem nakazując sobie spokój. — Od chwili, gdy weszłaś na jacht, jesteś tylko członkiem załogi, zwykłym majtkiem, a ja — kapitanem. Na jachcie załoga musi bez szemrania wykonywać polecenia kapitana. Nakazuję ci ciszę. Ani słowa!

— Yes, sir — wyprężyła się dziewczyna.

Nie chciało mi się jeść. Wypiłem tylko kubek gorącej kawy, parząc sobie usta. Zapaliłem papierosa i pognałem na pocztę.

Była siódma rano, a pocztę otwierano dopiero o ósmej. Nerwowo, jak przysłowiowy tygrys w klatce, krążyłem po ulicach, myśląc o sytuacji, w jakiej się znalazłem. Nie ulegało wątpliwości, że nasz rejs zaczynał się niefortunnie, historia „Złotej rękawicy” kryła w sobie jakąś zagadkę. W swoich poszukiwaniach mieliśmy konkurentów i przeciwników. Konkurentów nie lękałem się, a przeciwnicy, jak mi się ostatnio wydawało, zrezygnowali ze swej działalności. Tymczasem, w najbardziej nieoczekiwanym momencie, znowu dali o sobie znać. Co się stało?

* * *

W mojej mikroskopijnej kawalerce na Starym Mieście w Warszawie wszystkie ściany, od podłogi aż do sufitu, pokryte były półkami pełnymi książek. I tylko w jednym miejscu, tuż koło tapczanu, widniało wśród grzbietów książek jak gdyby małe okienko, w którym wisiał oprawiony w ramki mój PATENT JACHTOWEGO STERNIKA MORSKIEGO, wydany przez Polish Yachting Assotiation, czyli Polski Związek Żeglarski. A w szufladzie biurka, wśród najcenniejszych dokumentów, kryła się starannie owinięta w celofan Sportowa Książeczka Żeglarska z numerem 6183, pełna wpisów o zdobywanych kolejno stopniach żeglarskich, od zwykłego żeglarza począwszy, na jachtowym sterniku morskim skończywszy.

Wszystkie te stopnie uzyskałem jeszcze w liceum i w okresie studenckim. Potem — od kiedy podjąłem pracę — tylko sporadycznie udawało mi się znaleźć trochę czasu, aby zaokrętować się na jakiś jacht i odbyć dłuższy pełnomorski rejs. Miałem prawo ubiegania się o patent kapitana żeglugi bałtyckiej, a później o patent kapitana żeglugi wielkiej, ale zajęty pracą zawodową, tropieniem handlarzy antykami i złodziei dzieł sztuki — wciąż zaniedbywałem tę sprawę. Mój patent z biegiem lat żółkł coraz bardziej. I blakły marzenia młodości. Już nawet w snach coraz rzadziej widziałem siebie na mostku kapitańskim, prowadzącego wspaniały jacht w stronę mórz południowych i egzotycznych lądów. Co najwyżej niekiedy zastanawiałem się, czy nie kupić jakiegoś starego, wysłużonego jachtu mieczowego i po wyremontowaniu go popływać w okresie urlopu po którymś z jezior mazurskich. Ale nawet i tych skromnych planów nie realizowałem, ponieważ nie dochodziły do mnie wieści o żadnym tanim jachcie, a na okres lata mój przełożony, dyrektor Marczak z Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków, wynajdywał dla mnie zazwyczaj jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki zadania. Przeżywałem mnóstwo niekiedy bardzo dramatycznych przygód, ale ta jedna — rejs po smaganym wiatrem jeziorze — omijała mnie, pozostawiając w duszy nieugaszoną tęsknotę.

Aż pewnego dnia — a było to przy końcu grudnia, gdy na ulicach Warszawy leżał śnieg i termometr wskazywał dwadzieścia stopni mrozu — przyszedł do mnie list, który zapachniał mi latem, słońcem, jeziorem, lasem, wakacyjną przygodą. Przysłał go mój znajomy, szkutnik z Ostródy, pan Czesław Grodzki.

Drogi Panie Tomaszu

Dowiedziałem się, że nad jeziorem Ruda Woda koło Małdyt, w stodole u Kazimierza W., znajduje się stary jacht, który po wyremontowaniu mógłby Panu dobrze służyć. Wydaje mi się, że za ów wrak nie musiałby Pan zapłacić więcej niż 1000 złotych. Za remont łajby nie wezmę od Pana wiele i wyszykuję ją Panu tak, jak dla siebie, bo dobrze pamiętam, że to dzięki Panu nie straciłem pieniędzy. Wtedy, kiedy chciano mi sprzedać obrazy Kossaka, a Pan zdemaskował je jako falsyfikaty. Jeśli więc nosi się Pan jeszcze z myślą o posiadaniu swojej łajby, proszę mnie powiadomić listownie, umówimy się u Kazimierza W.

Zajrzałem do kalendarzyka, aby upewnić się, kiedy w styczniu wypada wolna sobota, potem dokonałem podsumowania swoich zasobów finansowych. W portfelu miałem dwa tysiące złotych, a siedem tysięcy spoczywało na książeczce PKO. Do lata może jeszcze trochę bym zaoszczędził... Czy z takimi zasobami można pokusić się o kupno, remont i wyposażenie jachtu śródlądowego? Piętnastometrowe dakronowe żagle do zwykłej omegi kosztowały w sklepie żeglarskim ponad siedem tysięcy złotych. A olinowanie stałe i ruchome? Maszt? Koszt remontu u szkutnika? W jakim stanie była ta łajba, skoro jej właściciel chciał za nią tylko tysiąc złotych?

Wysłałem jednak list do pana Grodzkiego, a w najbliższą wolną sobotę, nie zważając na zamieć śnieżną (zima tego roku dawała się mocno we znaki), zjawiłem się swym wehikułem w Małdytach i zapytałem o Kazimierza W. Skierowano mnie na boczną drogę nad jeziorem, do samotnego dużego gospodarstwa. Było południe, zamieć śnieżna wciąż trwała. Z obszernego murowanego domu wyszedł pan Grodzki ubrany w ogromny biały kożuch.

— Łajba jest w szopie za jeziorem. Tylko proszę się nie przestraszyć widoku tego wraka — ostrzegł mnie z uśmiechem.

Nie bardzo wiem, jak wyglądała szopa i jej otoczenie, jezioro i brzeg, nad który zaprowadził mnie znajomy szkutnik. Cały świat zdawał się tonąć w wirującej wokół nas bieli padającego śniegu. Przypominam sobie tylko, że zatrzymaliśmy się przed ogromnymi wierzejami drewnianego budynku. Grodzki uchylił małe drzwi i ujrzałem ów jacht. Ogromną łajbę, która była jedną wielką ruiną nadającą się najwyżej na opał.

W poszyciu zrobionym z wąskich listewek, czyli tak zwanej słomki, widniały dwie potężne dziury. Dach kabiny był załamany, z pokładu dziobowego pozostały nędzne resztki, a otwór forluku miał wyrwaną pokrywę. Brakowało zrębnicy kokpitu. Szyby bulajów wybite, drzwi do kabiny wyrwane z zawiasów. W „wypatroszonym” wnętrzu leżał rumplowy ster z piórem i ogromny przerdzewiały miecz. Tu i ówdzie pozostały plamy łuszczącej się farby — żółtej, białej, brązowej, a nawet niebieskiej, zapewne kadłub wiele razy malowano. Wręgi zrobione z dębu były jednak całe i zdrowe. Ani śladu próchna nie widziało się w stępce, dennikach, pokładnikach. W świetnym stanie znajdowała się rufa, stewa przednia i tylna. Mocne było także jarzmo masztu.

W sylwetce jachtu uderzyło mnie coś znajomego.

— Niech mnie licho porwie — zawołałem — jeśli ja nie znam tej starej balii! Założę się o mój wehikuł, że na przodzie burt są resztki dawnego napisu: „Szkwał”.

Grodzki podszedł do dzioba.

— Ma pan rację. To jest „Szkwał” — stwierdził ze zdumieniem.

— To był „Szkwał” — powiedziałem. — Pudło ma kilka tysięcy lat. Myślę, że starożytni argonauci płynęli nim po złote runo. To nie łajba, lecz wykopalisko.

Szkutnik uśmiechnął się wyrozumiale.

— Pan żartuje — oświadczył. — To jest bardzo, piękny jacht i w zupełnie dobrym stanie.

— Uznaję go za najgorszą łajbę wszechczasów — odrzekłem, bo z całą siłą wezbrały we mnie niemiłe wspomnienia. — Nie wiem, czy mazurskie jeziora znają krypę mniej zwrotną i powolniejszą. Ten jacht był przekleństwem młodych żeglarzy. Znam go lepiej niż pan sądzi. Zdobyłem na nim stopień sternika, ale kosztowało mnie to wiele trudu i potu. Ta łajba była nieposłuszna i powolna jak krowa. Przysiągłem sobie, że nigdy w życiu nie wstąpię na jej pokład. Pływałem potem na dziesiątkach jachtów, ale takiego czegoś nigdy w życiu więcej nie spotkałem. Była pośmiewiskiem całego naszego klubu, używano jej wyłącznie do celów szkoleniowych. Czy wie pan, jak ją przezywano? „Krasula”. Na burtach miała napisane „Szkwał”, ale każdy mówił o niej „Krasula”.

Szkutnik pokręcił przecząco głową.

— To bardzo piękny slup — powtórzył z uporem. — Niech pan spojrzy, jaką ma wysmukłą sylwetkę.

— Znam na pamięć jej wymiary. Długość: osiem metrów i czterdzieści centymetrów, szerokość: dwa metry. Zanurzenie bez miecza: około pięćdziesięciu centymetrów, z mieczem: jeden metr i dziesięć centymetrów — wyrecytowałem.

Pan Grodzki powtórzył po raz trzeci:

— To bardzo piękna łajba. Wiem, że w pewnym klubie w Ostródzie leży stary, niepotrzebny nikomu maszt od dragona i stare żagle do niego. Prawie dwadzieścia siedem metrów szmaty. I maszt, i te żagle sprzedadzą nam bardzo tanio. Przy takich żaglach chodziłaby szybko, jak prawdziwy szkwał. Musiała być przedtem niedożaglona.

— Możliwe — stwierdziłem. — Mieliśmy do niej maszt tylko na mały żagiel. Razem z fokiem piętnaście metrów kwadratowych. Maszt i żagiel pochodziły od starego ramblera.

Grodzki wzruszył ramionami.

— Była pomyślana jako „Szkwał”, a wy zrobiliście z niej „Krasulę”. A czy wyobraża sobie pan, co by to było, gdyby dać jej dwa bliźniacze foki? Natychmiast wpadałaby w ślizg.

Trochę innym, mniej wrogim spojrzeniem obrzuciłem tę stertę wręg i klepek.

Za drewnianymi ścianami szopy huczał wiatr i przez szczeliny w deskach wciskał śnieg na zrujnowany pokład „Szkwała”. Przykucnąłem na połamanej sklejce obrzeża burty i zapaliłem papierosa. Opadły mnie wspomnienia. Usłyszałem skrzyp wrót stodoły. To pan Grodzki — człowiek subtelny i znakomicie rozumiejący mój nastrój — odszedł, abym mógł przemyśleć sprawę i podjąć decyzję. Zapewne powrócił do domu obecnego właściciela jachtu i tam postanowił na mnie zaczekać.

A ja przypomniałem sobie młodość i pierwsze nauki żeglarstwa w międzyszkolnym klubie sportowym. Nie mieliśmy wtedy, tak jak to jest teraz, wspaniałych żaglówek. Pływaliśmy, na czym się dało, nawet zwykłe balie gotowi byliśmy przerobić na jachty. Wśród przeróżnych zapaleńców żeglarstwa znalazł się w naszym klubie nawet taki, który postanowił sam zbudować jacht. Zapomniałem już jego nazwiska, ale pamiętam, jak gorliwie zabrał się do roboty. Zdaje się, że był studentem politechniki i w jej warsztatach wykonywał rozmaite części do łajby. Kadłub był już na ukończeniu, gdy konstruktor i zarazem budowniczy obraził się o coś na nasz klub, a może po prostu skończył politechnikę i otrzymał pracę gdzieś w odległych stronach. W każdym razie swoje dzieło porzucił, pozostawiając je w spadku klubowi. Skończyliśmy pracę bez niego — nie było jej zresztą wiele. Mieliśmy stary maszt i żagle od ramblera, przewieźliśmy łajbę na jeziora mazurskie. Odtąd przez wiele lat tu pływała, ja także wiele razy ją prowadziłem, przeklinając zawsze jej powolność i małą zwrotność. Gdy zdobyłem patent sternika jachtowego, przesiadłem się na szybkie i nowoczesne łajby, porzuciłem też jeziora mazurskie i wyszedłem na zatokę, a potem w morze. O „Szkwale”, czyli „Krasuli”, zapomniałem, bo nie lubimy zachowywać w pamięci nieprzyjemnych wspomnień.

A teraz oto ta sama łajba leżała przede mną w ruinie, osypana śniegiem. Poskrobałem palcem łuszczącą się farbę na obrzeżu burty i nagle coś ścisnęło mnie za gardło. „Oto jak wygląda wdzięczność ludzka — pomyślałem. — Pływano na niej przez wiele lat, wyszkoliła wielu wspaniałych żeglarzy, a teraz tkwi tutaj — zapomniana, skazana na spalenie w piecu”.

We wszystkich żeglarzach, a więc i we mnie tli się przekonanie, że każdy jacht, podobnie jak każdy człowiek, ma duszę. Taką własną jachtową duszę, którą każdy kapitan, gdy wkracza na pokład, musi szybko poznać, aby z łajbą w godzinach wielkiego wichru stanowić jedność i wychodzić cało z niebezpieczeństw.

— „Krasula”, poczciwa „Krasula” — mruczałem do siebie, głaszcząc jej łuszczącą się burtę. — Jakie wiatry zagnały cię aż tutaj, do tej starej szopy?

I obudziło się we mnie pragnienie, aby tę łajbę wskrzesić, uczynić znowu zdolną do pływania. A potem — na złość wszystkim — nazwać ją: „Krasula”. Wymalować tę nazwę na burtach i popłynąć, choćby drwiono sobie z niej i ze mnie.

Obszedłem jacht jeszcze raz dookoła. Wlazłem do kokpitu i do rozwalonej kabiny. Sięgnąłem ręką do znanej mi z dawnych lat małej skrytki pod obrzeżem, gdzie zazwyczaj każdy kapitan chował mapy i dziennik jachtowy. Spodziewałem się, że wygarnę ze skrytki tylko trochę kurzu i śmieci, ale palce moje trafiły na zeszyt. Oprawiony w ceratę, mocno zawilgotniały zeszyt.

Chwyciłem go ostrożnie i podszedłem pod szczelinę w deskach, bo w głębi szopy panował półmrok.

Był to stary, pożółkły już dziennik jachtowy „Szkwała”. Któryś chyba z kolei, ale na pewno ostatni. Na jednej z początkowych kartek, w spisie załogi, odkryłem z bijącym sercem swoje imię i nazwisko: Tomasz NN. — I oficer. Tak, byłem wtedy pierwszym oficerem na „Szkwale”, a teraz stanę się jego armatorem i kapitanem. Kartkowałem dziennik dalej, mimo że sypiący przez szpary w deskach śnieg padał na zapisane stroniczki. I raptem — choć palce grabiały mi z zimna — zrobiło mi się gorąco. Przeczytałem coś, co we mnie, zawodowym detektywie muzealniku, obudziło jakiś sygnał alarmowy nakazujący czujność i uwagę.

Wreszcie zeszyt dziennika jachtowego ukryłem jak skarb na piersiach i opuściłem szopę. Przygięty do ziemi pod nawałem wiatru, oślepiony śniegiem, z trudem dobrnąłem do murowanego domu, gdzie — przy szklance gorącej herbaty — pan Grodzki rozmawiał ze starym, wąsatym rolnikiem.

Otrzepałem kurtkę, zdjąłem czapkę.

— W porządku — powiedziałem. — Kupuję te wręgi i burty.

Spisaliśmy krótką umowę, na mocy której za sumę 1000 złotych (słownie: tysiąc złotych) stałem się właścicielem jachtu „Szkwał”. Kupiłem jacht w cenie drewna opałowego, bo i chyba tyle był wówczas wart.

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZKAZY PANI KSIĘŻYC • CO TO JEST PARTNERSTWO? • CUMULONIMBUS I CO Z NIEGO WYNIKŁO • KTO LUBI ZMYWAĆ NACZYNIA? • HURAGAN • WALKA O JACHT • PRZEWRÓCONY „WICHER” • I ZNOWU BAJECZKA • CZY UMIEM WYMYŚLAĆ PIĘKNE HISTORIE? • DZIENNIK JACHTOWY „SZKWAŁA” • POSZUKIWANIA • MAZURSKI POETA • DYREKTOR DOŁĘGOWSKI I JEGO SEKRETARKA • POZNAJĘ LUSIĘ • GDZIE NOCOWAŁA ZAŁOGA „SZKWAŁA” • CZY POEZJA JEST KOMUŚ POTRZEBNA • DZIEWCZYNA, KTÓRA CHCE UCIEC Z DOMU

Między Lipowym Dworem a Jezierzycami Jeziorak stanowi wąską rynnę, nieco skręcającą na północny wschód. Na lewym brzegu, na ogół bezludnym, nie zamieszkanym, jeżeli nie liczyć dwóch małych gajówek i osady leśnej Gardzień, znaleźć można urocze zatoczki, a przed Szałkowem nawet mały półwysep, świetnie nadający się na biwak. Lewy brzeg jest zadrzewiony, las wspina się tam na kamieniste wzgórza, natomiast na prawym lasów jest mniej, w pobliżu jeziora rozciągają się pola i wioski.

Zacumowaliśmy jacht tuż przed Szałkowem, przy prawym brzegu. Zgodnie z wcześniej opracowanym planem postanowiliśmy rozmawiać z mieszkańcami zarówno Szałkowa, jak i pobliskiej Woli Kamieńskiej, Kamienia, dotrzeć pieszo nawet do wsi Windyki. Na lewym brzegu nie było czego szukać.

Był już wieczór. Iławę opuściliśmy późno, początkowo wiatr mieliśmy przeciwny i w wąskiej rynnie jeziora trzeba było nieustannie halsować, potem gdy upłynęliśmy zaledwie kilka kilometrów, wiatr zupełnie ucichł i żagle obwisły, jakby zmęczone nawet tą krótką pracą.

Przez cały dzień panował skwar, słońce piekło niemiłosiernie, płucom brakowało powietrza. Spojrzawszy jednak w niebo, widziało się, że tam, gdzieś w górze, trwa wiatr i popycha z północy coraz większe i czarniejsze zwaliska burzowych chmur.

— Zdaje mi się, że powinniśmy starannie zwinąć wszystkie żagle — stwierdziłem — i dobrze zamocować kotwicę. Czeka nas koszmarna noc. Chyba musicie opuścić łajbę i poszukać sobie noclegu w jakiejś stodole. Ja pozostanę i dopilnuję, żeby jacht nie roztrzaskał się o brzeg.

Pani Księżyc wzruszeniem ramion przyjęła moje słowa.

— Czy pan aby nie przesadza? — zakpiła. — Prawdopodobnie tej nocy rzeczywiście będzie burza. Ale przeżyłam już na jachcie kilka burz i nie widzę powodu do robienia paniki.

Wśród członków naszej załogi, która składała się z Kiki, Psychologa, Pani Księżyc i z mojej osoby, oprócz mnie tylko Pani Księżyc miała pewne doświadczenie w pływaniu i dokonany przed piętnastu laty wpis: „żeglarz”, do książeczki żeglarskiej. Ale Pani Księżyc chyba już zapomniała, jak to jest, gdy ma się pod nogami nie płyty chodnika, lecz chwiejną podłogę jachtu. Myślę też, że nie zdawała sobie zupełnie sprawy, co to znaczy przyjąć burzę w wąskiej rynnie jeziora okolonego lasami i wzgórzami. Jezioro stanowi wtedy coś w rodzaju ogromnej dyszy, w której pęd burzy jeszcze się wzmaga, a fala wzrasta niekiedy do olbrzymich rozmiarów. Lecz Pani Księżyc była osobą, jak to się określa, apodyktyczną, przyzwyczajoną do tego, że jej słuchano. Bez szemrania wypełniano jej polecenia w biurze, bez szemrania wypełniał polecenia także jej syn.

— Zwiniemy żagle, zamocujemy kotwicę i spokojnie położymy się spać — oświadczyła tonem ucinającym wszelką dyskusję. — Jesteśmy głodni i musimy zjeść kolację. O żadnym noclegu w stodole nie ma mowy.

— W porządku — mruknąłem. — Ale niech pani pamięta, że ją ostrzegałem...

Wyznaję ze skruchą, że gdy Pani Księżyc podejmowała jakąś decyzję sprzeczną z moim przekonaniem, zazwyczaj ustępowałem. Nie chciałem konfliktów na jachcie, zależało mi na tym, aby nasz rejs doszedł do skutku i odbywał się w harmonii. W pojęciu Pani Księżyc mężczyzna, który nie założył rodziny, nie miał żony, dzieci, a do tego uwielbiał przygody — pozostał niemal smarkaczem, którego należy nieustannie strofować i pouczać.

Była ona bardzo ładna, ale zimna, dumna i nieprzystępna, dlatego nazwałem ją Panią Księżyc. Ale o tym wiedziała tylko Kika i żadne z nas dwojga nigdy przy niej nie wypowiedziało tego przydomka, bo lękaliśmy się, że obrazi się na nas śmiertelnie i zrezygnuje z rejsu. W stosunku do mężczyzn Pani Księżyc zachowywała postawę pełną rezerwy i podejrzliwości, jako że przed dziesięcioma laty mąż rozwiódł się z nią i ożenił się z inną kobietą. Zapewne od tamtego czasu mężczyźni wydawali jej się wiarołomcami i nieodpowiedzialnymi kłamczuchami. Pełen rezerwy i podejrzliwości był także jej stosunek do mnie, choć nie dałem jej żadnego powodu do takiego traktowania mojej osoby. Według niej historia z oszukańczym telegramem, Bajeczką i podrzuconą rękawicą „obnażyła moją prawdziwą naturę”.

— Pierwszą lepszą dziewczynę wziął pan na jacht? — ze zdumieniem kręciła głową. — I tak miał pan dużo szczęścia, że pana nie okradła.

— Wyglądała na bardzo porządną dziewczynę i naprawdę potrzebowała pomocy — tłumaczyłem się jak sztubak.

— Mógł pan okazać pomoc, wyszukując dla niej nocleg w hotelu albo domku kempingowym.

— Pan Tomasz postąpił jak dżentelmen — usiłowała mnie bronić Kika.

Ale i jej się dostało:

— Ja wiem, że ty, Kika, jesteś bardzo nowoczesna — stwierdziła Pani Księżyc. — Uciekłaś nawet z domu i wyruszyłaś w Polskę autostopem. I to mając czternaście lat. Pozwól sobie jednak powiedzieć, że zarówno postępowanie pana Tomasza, jak i twoje jest fałszywie nowoczesne.

— Zgadzam się z panią — przyznałem skruszony. — Nie należy uciekać z domu i nie należy przyjmować na nocleg w jachcie nieznajomych, ładnych dziewcząt.

Tak mówiłem, albowiem pragnąłem harmonii i zgody, a poza tym byłem rzeczywiście przekonany, że nic dobrego nie wychodzi z ucieczek z domu, zawsze też potępiałem siebie za skłonność do ładnych kobiet. Obecność Pani Księżyc na pokładzie mego jachtu wynikała między innymi także z owej skłonności. Łudziłem się, że rejs po jeziorze odpręży ją i Pani Księżyc stanie się miła i sympatyczna.

— I jak ona kazała się nazywać? — dopytywała się ironicznie Pani Księżyc.

— Kto? — udałem, że nie wiem, kogo ma na myśli.

— No, ta dziewczyna, którą pan z takim entuzjazmem przenocował na jachcie.

— Bajeczka — powiedziałem spuszczając głowę.

— Bajeczka? — roześmiała się gorzko Pani Księżyc. — Wszystkich mężczyzn najłatwiej nabierać na bajeczki. Ładnie wyglądające i ładnie ubrane.

— Ja ją znajdę — stwierdziłem z przekonaniem — i rozmówię się z nią. Wyjawi mi, kto kazał jej podrzucić pozłacaną rękawiczkę.

Pani Księżyc była jednak innego zdania.

— Radzę panu w ogóle jej nie poszukiwać. Obawiam się, że podczas następnego spotkania znowu pana wyprowadzi w pole.

Takie rozmowy prowadziliśmy na początku naszego rejsu, który, jak wiecie, nie z mojej winy zaczął się z dużym opóźnieniem. A teraz, wieczorem, wbrew moim ostrzeżeniom Pani Księżyc postanowiła pozostać na jachcie. I ja — dla świętego spokoju — podporządkowałem się jej rozkazom, choć nie potrafiłem, niestety, przestać myśleć o Bajeczce i... o pewnej młodej, przepięknej kobiecie, imieniem Diana, którą poznałem przed trzema dniami. Czy można to było zresztą nazwać poznaniem? Ot, dotknąłem tylko jej ręki i raz tylko zajrzałem w oczy. Ale pamięć o niej, jakieś dziwne uczucie niepokoju związane z jej osobą nie przestawały mnie dręczyć.

— Panowie zrobią dziś kolację — oświadczyła Pani Księżyc.

Zerknąłem w niebo, po którym nadciągał ogromny cumulonimbus, i zaprotestowałem:

— Mężczyźni powinni zwinąć starannie żagle i zabezpieczyć je przed huraganem. Należy także dobrze umocować kotwicę. Kolacja to sprawa kobieca.

— Ooooo? — wąskie, czarne brwi Pani Księżyc uniósł do góry wyraz zdumienia. — Czy pan, broń Boże, jest przeciwko równouprawnieniu? Ja i Kika równie dobrze możemy zwinąć i zabezpieczyć żagle oraz zamocować kotwicę. Umówmy się, że na jachcie będziemy stosować zasadę partnerstwa.

— Co to znaczy? — podrapałem się w głowę.

— To znaczy, że na przemian będziemy zamieniać się rolami. Jednego dnia wy będziecie kucharzyć na jachcie, a my nim kierować, innego dnia my będziemy kucharzyć, a wy zajmować się jachtem.

— Co takiego? — oburzyłem się. — Czy ja dobrze słyszę? Mamy się zamieniać rolami? Innymi słowy, jednego dnia wy będziecie chodzić w spodniach, a my w sukienkach, a drugiego na odwrót? Nie zgadzam się. To jakieś nieporozumienie. Co najwyżej, zgadzam się dzielić wszystkimi, a raczej prawie wszystkimi obowiązkami.

— I tak i wy, i my chodzimy w spodniach — stwierdziła Pani Księżyc. — W biurze kieruję pracą dwudziestu osób, w tym kilku mężczyzn. I jakoś daję sobie radę na stanowisku, które kiedyś zajmował wyłącznie mężczyzna. Podczas tego rejsu nie mam zamiaru zrezygnować ze swoich równych praw. Dziś wy będziecie kucharzyć, a my zajmować się jachtem, jutro — odwrotnie. Równouprawnienie, partnerstwo, oto moje zasady. Przyjmuje je pan, czy mam spakować swoje rzeczy i wracać do Warszawy?

„A to narobiłem sobie kłopotu” — pomyślałem melancholijnie. Jako kawaler umiałem oczywiście gotować, sprzątać i wykonywać mnóstwo innych czynności gospodarczych. Ale nie przepadałem za nimi. Marzyłem, że podczas rejsu jakaś kobieca dłoń zrobi mi obiad, przyrządzi śniadanie i kolację, pozmywa brudne naczynia... I teraz spotkało mnie ogromne rozczarowanie.

— Jakie to szczęście — westchnąłem — że nie wszystkie kobiety myślą i postępują tak jak pani. Na przykład owa Bajeczka powiedziała mi, że jej marzeniem jest mieć pokój z kuchnią i troszczyć się o jakiegoś sympatycznego mężczyznę.

— To było z jej strony jeszcze jedno oszustwo — oświadczyła zdecydowanie Pani Księżyc — teraz już nie ma takich kobiet. No więc, jak będzie? Przyjmuje pan moje warunki czy nie?

Rozejrzałem się po niebie, po lądzie, po twarzach reszty członków załogi. Kika uśmiechała się dyskretnie i trudno było wywnioskować po czyjej stoi stronie. Myślę jednak, że jako dziewczyna solidaryzowała się raczej z Panią Księżyc. Psycholog poprawił na nosie swoje ogromne okulary i położył mi rękę na ramieniu.

— Zrobimy im tę kolację — powiedział uspokajająco. — Jeśli pan ma jakieś opory, to sam się nią zajmę. Od takiego małego dziecka — zniżył dłoń niemal do ziemi — uczono mnie zasad partnerstwa. Umiem robić na drutach, gotować, sprzątać, zmywać naczynia, przyszywać guziki, cerować, haftować.

— Jednym słowem, jesteś samowystarczalny i myślę, że podobnie jak ja pozostaniesz w kawalerskim stanie — rzuciłem złośliwie.

Pani Księżyc zagrzmiała z wysokości dachu kabiny, bo wraz z Kiką zabrały się już do klarowania dużego żagla:

— Niech pan nie demoralizuje Psychologa, Panie Samochodzik. Żony nie bierze się po to, aby mieć służącą, ale po to, aby razem iść przez życie, budować rodzinę i wychowywać dzieci.

Psycholog mrugnął do mnie, dając do zrozumienia, że szkoda czasu na dyskusję. Wsunęliśmy się do kabiny i zajęliśmy kucharzeniem. To znaczy Psycholog krajał chleb, a ja smarowałem go smalcem. Na kuchence gazowej gotowała się woda na herbatę.

— I ty lubisz to robić? — spytałem Psychologa.

— Nienawidzę — stwierdził szczerze, — Ale nie mamy wyboru, panie Tomaszu. Mama naprawdę gotowa jest wrócić do Warszawy. A tylko ona może nam wskazać miejsce, gdzie mieszkał ten poeta.

— Masz rację, „Ludwiku do rondla” — pokiwałem głową. — Ale ty posiadasz, jak się to mówi: psychologiczne przygotowanie, i łatwiej ci przyjmować takie ciosy. A we mnie budzi się ogromne uczucie buntu. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak ja nie cierpię zmywania naczyń. Czy wiesz, że w swoim kawalerskim gospodarstwie używam tylko jednego talerza, jednej patelni i jednego garnka, żeby mieć mniej do zmywania? I wszystko jadam jedną łyżką, z rzadka używając noża?

— Pozmywam za pana — ofiarował się Psycholog.

— Dziękuję — uścisnąłem mu prawicę. — W zamian za to udzielę ci rady starszego mężczyzny. Wierz mi, są jeszcze na świecie kobiety, które lubią gotować, sprzątać, zmywać naczynia, cerować, haftować, robić na drutach i przyszywać guziki. Poszukamy ich, choćby na tym jeziorze. I gdy znajdziemy autora „Złotej rękawicy”, wywołamy bunt na jachcie, pozbędziemy się krnąbrnej części załogi i sami obejmiemy tu rządy. Zamustrujemy dziewczyny, które lubią gotować.

— Tak jest, Panie Samochodzik — ucieszył się Psycholog. — A na razie w pokorze znośmy nasze drobne biedy. Czy czytał pan „Wstęp do psychoanalizy” Freuda? W tej książce znajduje się podobno klucz do zrozumienia psychiki i mężczyzny, i kobiety. Zabrałem tę książkę na nasz rejs. Jeśli pan zechce, mogę ją panu pożyczyć.

— A ty tę książkę już przeczytałeś?

— Usiłuję — mruknął.

— Czytałem ją przed laty. I oświadczam ci, Psychologu, że nie znajdziesz w niej odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Dziwię się jednak, że wziąłeś tę książkę na nasz rejs. Wolisz ją czytać niż rozglądać się po jeziorze, po lasach, przeżywać przygody?

— Przecież pan wie, na czym mi zależy — powiedział cicho.

Przygotowywaliśmy kolację, a nad naszymi głowami, na dachu kabiny, łomotało, chrzęściło i rozlegały się tupania. To Pani Księżyc i Kika klarowały żagle. Przez szyby bulajów widziałem, jak po wieczornym niebie sunie coraz bliższy cumulonimbus — gęsta, kłębiasta, ciemnosina chmura niczym wielokilometrowy zwał potężnej góry. Jej wizycie zawsze towarzyszy szalony wiatr, niezwykle silne szkwały, niekiedy nawet huragan z deszczem i gradem. A jednak po rynnie jeziora, w tę i z powrotem, spokojnie sunęły motorówki, na środku zaś z powodu braku wiatru tkwiło kilka jachtów z obwisłymi żaglami. Nikt jakoś się nie kwapił, aby wziąć się do wioseł i skierować jacht do brzegu. Sprawiało to wrażenie, że kapitanowie czekają na burzowy szkwał chcąc go wykorzystać do dalszej żeglugi. Co przezorniejsi najwyżej zrefowali grot i zrzucili fok.

Cumulonimbus zjawił się cicho, podstępnie, zdradliwie, bez żadnych zapowiadających go grzmotów i piorunów. Siedzieliśmy w kabinie i jedliśmy kolację, kiedy nagle kadłubem jachtu wstrząsnął dreszcz i złowróżbnie zaskrzypiała lina kotwiczna. Potem usłyszeliśmy szum drzew na brzegu, syk fal jeziora i wiatr z łoskotem spadł na kabinę. Pospadały ze stolika talerze z jedzeniem, poprzewracały się kubki i gorąca herbata oblała nam spodnie. Potężny szkwał napierał na łajbę, kołysał nią, jakby była korkiem od butelki, przenikliwie gwizdały stalowe liny i coraz groźniej skrzypiała lina kotwiczna.

Wyskoczyliśmy z kabiny do wolnego kokpitu. Jezioro krył mrok, a z tego mroku nadbiegały potężne fale.

— Uwaga, fok! — pisnęła przeraźliwie Kika.

Fok wysunął się ze słabych oplotów liny i z łoskotem wił się w porywach wiatru, uderzał o dach kabiny, wyrywał raksy, którymi był przyczepiony do sztagu. Jeszcze chwila, a podrze się o stalowe liny...

Skoczyłem na dziób i, przygięty pod naporem huraganu, zacząłem się mocować z fokiem, który wił się jak biały żywy zwierz. Z największym trudem zwinąłem go wreszcie w kłąb i mocno chwyciłem w sploty liny szotowej.

— Boże drogi, teraz grot! — krzyknęła Pani Księżyc. Usiłowała wejść na dach kabiny, ale potężna fala, która uderzyła w bok jachtu, przewróciła ją i zmyła do kokpitu.

Nadepnąłem na duży żagiel i zacząłem go oplątywać linami.

— Do diabła z takim partnerstwem! — wrzeszczałem. — To nie partnerstwo, tylko brakoróbstwo, niedbalstwo!

Krótkie fale z ogromną siłą biły w jacht. Jezioro wyglądało, jakby woda zaczęła się gotować. To rufa łajby, to znów jej dziób sunęły do góry i na dół w straszliwej huśtawce. Jacht kładł się raz na lewą, raz na prawą burtę.

— Kotwica sunie po dnie — zapiszczała cienko Pani Księżyc, która już zdołała się podnieść.

Fale dochodziły teraz do dwóch, a nawet trzech metrów wysokości. Kotwica wolno, ale nieustannie sunęła po dnie. Wszystko wskazywało na to, że potężne fale wkrótce wyrzucą jacht na brzeg i stara łajba roztrzaska się o któreś drzewo.

— Do wody! Wszyscy do wody! I trzymać jacht — wydałem rozkaz. — Tu jest płytko. Nikt się nie utopi. Najwyżej od czasu do czasu zaleją nas fale.

Ale Pani Księżyc jeszcze raz pośliznęła się na mokrej podłodze i chyba mocno uderzyła w kolano, bo aż jęknęła z bólu, a Kika, mokra od ciągłych bryzgów wody, trzęsąc się z zimna krzyknęła:

— Nie zejdę do wody, bo słabo pływam. Boję się...

— Psycholog! Za mną! — wrzasnąłem.

— Nie, nie, niech pan zostawi Psychologa — jęczała Pani Księżyc. — Coś mi się zdaje, że skręciłam sobie nogę. Niech pan też nie skacze.

Nie zwracałem uwagi na jej jęki i nakazy. Skoczyłem do wody, która w tym miejscu sięgała zaledwie do pasa. Tyle tylko, że raz po raz przetaczały się ogromne fale, nakrywając mnie z głową. I wtedy chwilami brakowało mi tchu w piersiach. Ale po sekundzie fala przechodziła i znów mogłem złapać oddech.

Trzymając się liny, dotarłem do miejsca, gdzie leżała na dnie kotwica. Dałem nurka, bo nakrywała mnie właśnie ogromna fala, chwyciłem kotwicę i jej ostre zęby mocniej wbiłem w piasek. Gdy wynurzyłem się z wody, krzyknąłem w stronę łajby:

— Psycholog! Bądź mężczyzną! Stań za rufą jachtu i trzymaj go. Ja ci za chwilę pomogę.

Pani Księżyc protestowała lękliwie, ale Psycholog był już w wodzie i całą siłą swoich mięśni powstrzymywał jacht przed cofaniem się na brzeg. Po kilkunastu sekundach znalazłem się obok niego. Przemoczeni, zalewani wodą, tkwiliśmy za rufą, walcząc z wiatrem i falami, które jednak nadal, centymetr po centymetrze, spychały jacht na brzeg.

— Psycholog! Panie Samochodzik! — krzyczały na przemian obie nasze panie, bo choć znajdowaliśmy się tuż obok nich, nie widziały nas w tym kipiącym wodą mroku.

Wsparci nogami o piasek dna — usiłowaliśmy utrzymać jacht dziobem do fali. Szum wiatru i syk piany mieszał się dookoła nas z jakimiś rozpaczliwymi okrzykami, zapewne gdzieś w pobliżu znalazły się i inne jachty. Męskie i kobiece głosy krzyczały, wołały, ale ani ja, ani Psycholog nie mogliśmy pośpieszyć na ratunek, bo nasz jacht też był w niebezpieczeństwie.

Potem zaczął padać grad. Ziarnka lodu wielkości fasoli z łoskotem biły po dachu kabiny, po pokładzie, dnie kokpitu, waliły w nasze nie osłonięte głowy, pluskały na jeziorze. Gdy wskoczyłem do wody, wydała mi się nawet ciepła, ale teraz poczułem chłód. Zacząłem się trząść, dzwoniłem zębami, wciąż kurczowo ramieniem wspierając lewą burtę. Psycholog wspierał burtę prawą.

Nie wiem, jak długo to trwało. Może pięć, może dziesięć minut. Oblewała nas wciąż zimna, coraz zimniejsza woda, powietrze stało się niemal mroźne, okulary mi zaparowały i nic nie widziałem wokół siebie. A grad walił w wodę, w głowę, łomotał na dachu kabiny.

Nagle ucichł ów łomot, wiatr pędził już z mniejszą siłą, fale sięgały tylko do pasa.

— Psycholog! Wracamy na jacht — rozkazałem. — Jeszcze trochę siedzenia w tej lodowatej wodzie i dostaniemy zapalenia płuc.

Szczękając zębami, wycieńczeni, ociekający wodą, z trudem wdrapaliśmy się do kokpitu, a potem wleźliśmy do kabiny, gdzie Pani Księżyc i Kika siedziały na jednej koi, podobne do mokrych kur, które przycupnęły na grzędzie.

— Boże drogi, Psycholog, jak ty wyglądasz? — przeraziła się Pani Księżyc. — A pan, panie Tomaszu? Przecież pan zupełnie przemarzł...

— A tak! — warknąłem. — I proszę, opuśćcie tę kabinę, bo musimy się przebrać w suchą odzież.

Wyszły posłusznie, bez słowa, natychmiast. Krzyknąłem jeszcze za nimi:

— I zapamiętajcie sobie: żadnego partnerstwa na jachcie. Od jutra będziecie robić obiady, kolacje i śniadania.

— A także zmywać naczynia — dorzucił Psycholog.

Z worków podróżnych wydostaliśmy suche ubrania i swetry, przebraliśmy się pośpiesznie i zaraz zrobiło nam się ciepło. Wyszliśmy do kokpitu.

— A teraz wy, drogie panie, także nałóżcie na siebie coś suchego i ciepłego. Zdaje się, że zamiast czerwca mamy marzec.

Pokład łajby był aż biały od grudek topniejącego lodu.

— Szkoda, że nie mamy łyżew — zachichotał Psycholog.

Jachtem kołysało coraz wolniej i wolniej. Cumulonimbus odszedł na północ, zapewne dopiero pod samą Iławą okazał całą swoją grozę i potęgę, nas zaledwie musnął skrajem.

Pojaśniało trochę, nie panowała już ta przerażająca czerń, tylko zwykłe ciemności nocne. Z pokładu naszej łajby nie widać było drugiego brzegu, na naszym zauważyłem jeden jacht, omegę, którą fale i wiatr wyniosły na płyciznę i przechyliły na lewą burtę. Był od nas oddalony o piętnaście metrów.

Doszedł nas stamtąd kobiecy głos, pełen niepokoju:

— Bajeczka zniknęła...

— Co ty mówisz? Nie ma jej? — odpowiedział głos męski.

— Tak. Szukałam wszędzie. Uciekła.

— A mówiłem, żeby ją przywiązać! — gniewnie zawołał mężczyzna. — Teraz szukaj wiatru w polu. I do tego łajba leży na lewej burcie.

Kobieta odkrzyknęła:

— Tu obok jest jakiś jacht. Poproś o pomoc. Ściągniemy naszą łódź na wodę, a potem zabierzemy się do poszukiwania Bajeczki. Nie mogła uciec daleko.

Czyżby załoga omegi trzymała u siebie dziewczynę, która podrzuciła mi pozłacaną rękawicę? Kim byli ci ludzie? Dlaczego korzystając z burzy, Bajeczka od nich uciekła? I co robiła na ich jachcie?

Czekaliśmy z napięciem. Po chwili usłyszeliśmy chlupot wody i koło naszej łajby znalazł się przemoczony rosły brodacz, lat około trzydziestu pięciu.

— Hej! — przywitał nas. — Przeżyliśmy nie lada huragan, prawda?

— Tak — przyznałem, myśląc wciąż o Bajeczce, która umknęła im z jachtu i teraz zapewne przemoknięta, dygocąca z zimna ukrywa się gdzieś w pobliżu, okryta ciemnością jak płaszczem niewidką.

— „Wicher” leży na lewej burcie. Jestem tylko z żoną i sami nie damy rady zepchnąć balii na wodę. Czy państwo mogliby nam pomóc?

— Z ochotą — odrzekłem i wskoczyłem do wody. To samo zrobił Psycholog.

W kokpicie „Wichra” kotłowały się śpiwory, materace, plecaki i torby podróżne. Na prawej burcie siedziała gruba, tleniona blondynka i, jak gdyby nic, ćmiła papierosa.

Przywitaliśmy ją z Psychologiem krótkim: „Hej”, poprosiliśmy, żeby zeskoczyła z jachtu, i we czwórkę zepchnęliśmy łajbę na głębszą wodę. Przy pomocy fału uwiązanego do czubka masztu udało się nam jacht postawić.

— Może po koniaczku? — zaproponowała blondyna.

Przecząco pokręciłem głową.

— Nie pijemy alkoholu — oświadczyłem.

Wyglądali na urzędników: on chyba pracował w jakimś biurze, ona była na pewno księgową, nobliwą i dbającą o swoją opinię. Ale tutaj, na wyraju, tlenione włosy przewiązała złotą opaską i zawiesiła duży krzyż na bujnych piersiach. On też nosił taki krzyż i witał się zawołaniem: „Hej”. Dopiero gdy ludzie są na wakacjach, jak się to mówi: na luzie, wychodzą z nich różne ukryte pragnienia i marzenia. Ta para mieszczuchów chciała uchodzić za hippisów. I to po niewczasie, ponieważ, jak wiadomo, moda na hippisów dawno minęła.

Wróciliśmy na naszą łajbę. Słyszeliśmy, jak blondynka z „Wichra” głośno rozkazuje mężowi:

— Weź latarkę i szukaj Bajeczki. Ja się przebiorę, bo strasznie zmarzłam.

Brodacz zapalił elektryczną latarkę i poczłapał przez wodę na brzeg. Ja i Psycholog zrobiliśmy to samo, ale tak, żeby on tego nie zauważył.

— Bajeczka!... Bajeczka!... Wróć! — pokrzykiwał brodacz, oświetlając każde drzewko, każde zagłębienie gruntu.

Na tym brzegu nie bardzo było się gdzie ukryć, toteż po chwili Psycholog wyciągnął spod krzaka czarnego, przemokniętego i bardzo wystraszonego pudla.

— Czy to nie jest przypadkiem pana Bajeczka? — zapytał brodacza.

— Boże drogi, piesku, jak ty wyglądasz? — zatroskał się brodacz i wziął na ręce czarną pudlicę.

Zaraz nadbiegła z kocem blondyna, owinęli w niego suczkę i, dziękując nam stokrotnie, ruszyli w stronę omegi.

Spodziewałem się, że na jachcie powita mnie chóralny śmiech Pani Księżyc i Kiki. Ale nasze kobiety wyglądały na skruszone i przepłoszone burzą. Posprzątały w kabinie, przygotowały gorącą herbatę. Potem Pani Księżyc rozścieliła nam materace na wilgotnym od gradu kokpicie, który przedtem nakryłem brezentową płachtą.

— Pan powinien pisać książki, panie Tomaszu — powiedziała mi na dobranoc. — Bardzo przekonująco potrafi pan wymyślać przeróżne wesołe bajeczki.

Wygładziła jeszcze poduszkę na mojej koi i weszła do kabiny zamykając za sobą drzwiczki.

— Niczego nie wymyśliłem. Po prostu istnieje dziewczyna o przezwisku Bajeczka i istnieje pudel o takim samym imieniu! — zawołałem z rozpaczą.

Ale chyba nikt mi nie uwierzył.

Nocne jezioro było spokojne, jakby martwe. Jacht tkwił na nim nieruchomo. Leżałem wciśnięty w śpiwór aż po brodę, z głową w kapturze, bo powietrze wciąż miało niską temperaturę. Niemal o wyciągnięcie ręki, tuż za poszyciem z cienkich klepek, od czasu do czasu cichuteńko szeptała coś woda. Wydawało mi się, że mówi do mnie słowami, które pokochałem.

Jezioro moje, z twojej toni

już nie wyciągnę sieci znów,

zabrakło siły w starczej dłoni.

I wiary brak, nadziei, słów.

Jezioro moje, w twoje tonie

z ojczystych słów oddaję śpiew.

Jak kamień krzywdy wiersz zatonie.

Czy kiedyś zabrzmi jękiem mew?

* * *

Wiecie, co to jest dziennik jachtowy?

Otóż jest to specjalnie wydrukowana książka, której wzór został opracowany przez Polski Związek Żeglarski. Zapisuje się w niej wszystkie wydarzenia związane z jachtem i rejsami. Każda stroniczka ma wagę dokumentu i jak każdy dokument — dziennik jachtowy musi być przechowywany jeszcze przez dziesięć lat po ostatnim rejsie.

Zapisów w dzienniku jachtowym dokonuje oficer służbowy, a podpisuje go kapitan. Wszystko, co dzieje się na łajbie, niezależnie od tego, czy stoi ona w porcie, czy żegluje po burzliwym akwenie, notowane jest godzina po godzinie.

Rzecz jasna, prowadzenie takich dzienników obowiązuje przede wszystkim na jachtach wyruszających w morze. Ale w wielu szanujących się klubach żeglarskich dzienniki prowadzi się także na jachtach pływających po jeziorach. Chodzi o to, aby załoga, która nawet jeszcze nie powąchała słonego zapachu morza i nie uczestniczyła w wielkim żeglarstwie, wdrażała się we wszystkie czynności potrzebne potem w pełnomorskich rejsach.

Oczywiście, dzienniki jachtów śródlądowych są traktowane z mniejszą powagą i precyzją. Niekiedy zamiast zapisu o kursie lub położeniu jachtu — bo przecież widać obydwa brzegi jeziora — ktoś dowcipny zanotuje jakąś fraszkę o kapitanie lub naszkicuje jakiś kawał rysunkowy.

Pamiętam, że pełniąc kiedyś służbę na jachcie, który żeglował po Mamrach, zanotowałem w dzienniku jachtowym:

12.05. Załoga umiera z głodu. Kapitan uparł się dopłynąć do Węgorzewa i nie chce nigdzie dobić, a jacht płynie w dużym przechyle i nie można ugotować obiadu. Zresztą skończył się gaz w butli. SOS dla głodującej załogi.

Kapitan — kolega, student niewiele starszy ode mnie — podpisał bez szemrania tę stroniczkę dziennika, lecz opatrzył ją uwagą:

Załoga to maminsynki. Ale ja z nich zrobię żeglarzy.

Jak z tego wynika, dzienniki na łajbach szkoleniowych są w pewnym sensie obrazem życia na jachcie, nastrojów załogi, odzwierciedlają blaski i cienie pięknej żeglarskiej przygody.

Dziennik jachtowy, który znalazłem w skrytce „Szkwała”, aż roił się od takich właśnie notatek, zapisów, rysuneczków, fraszek, wesołych uwag o kapitanach i członkach załogi. Pływał ów „Szkwał” po Mazurach, Mamrach i Śniardwach, po Jezioraku, kilkakrotnie znalazł się na Zalewie Wiślanym. Zmieniali się kapitanowie, zmieniały się załogi, odstępowano „Szkwała” temu i owemu klubowi za coraz mniejszą cenę. Aż wreszcie znalazł się w starej szopie nad Rudą Wodą.

Kupionym przeze mnie wrakiem zajął się pan Grodzki, a ja powróciłem do Warszawy. Tu starannie wysuszyłem butwiejące od starości kartki dziennika jachtowego „Szkwała”. A potem długo i uważnie czytałem zapis znajdujący się na czterech stronach — od sześćdziesiątej ósmej do siedemdziesiątej pierwszej.

Zdarzenia tam utrwalone dotyczyły lipca, słonecznego lipca przed piętnastoma laty. Armatorem, czyli właścicielem „Szkwała”, był wtedy klub żeglarski AZS w Warszawie. Jacht przejął właśnie nowy kapitan i czteroosobowa załoga.

Strona sześćdziesiąta ósma zaczynała się od słów:

9.00 — Protokolarne przejęcie jachtu od kapitana Anny Pujszo.

11.00 — zaokrętowanie załogi i podział funkcji.

Kapitan: Józef Dołęgowski — sternik jachtowy,

I oficer: Jan Śliwowski — sternik jachtowy,

czł. załogi: Danuta Jabłońska — żeglarz, Joanna Ziębicka — żeglarz

A potem były notatki o zaprowiantowaniu, o drobnych naprawach w olinowaniu stałym i ruchomym, o przyszyciu nowych raks do foka. Dziennik prowadzony był bardzo chaotycznie — dawał słaby obraz rejsu przez Jeziorak do Miłomłyna, potem przez Kanał Ostródzko-Elbląski aż na Zalew Wiślany i z powrotem, do Iławy.

Niektóre dni rejsu w ogóle nie znalazły żadnego odzwierciedlenia na kartkach dziennika, zapewne pełniącemu służbę nie chciało się pisać.

Ale na siedemdziesiątej stronie widniało coś takiego, co kazało mi w szopie nad Rudą Wodą chwycić łapczywie ów dziennik i porwać go do Warszawy, suszyć starannie, a potem w biurze adresowym prosić o podanie aktualnego adresu Józefa Dołęgowskiego, który przed piętnastoma laty, zapewne jeszcze jako student, był kapitanem na „Szkwale”. Ów student skończył chyba swoją uczelnię i równie dobrze mógł teraz mieszkać w Krakowie, Łodzi czy Poznaniu.

Biuro adresowe podało mi miejsce zamieszkania aż dwóch Józefów Dołęgowskich. Pierwszy z nich w ogóle nie wchodził w rachubę, gdyż — jak wynikało z informacji — miał już lat siedemdziesiąt siedem, czyli przed piętnastoma laty liczył sobie lat sześćdziesiąt dwa, a więc raczej nie należał do AZS-u. Drugi Józef Dołęgowski był w wieku, który mniej więcej odpowiadał warunkom — zbliżał się do czterdziestki. Sprawdziłem, czy nie ma go w książce telefonicznej. Był. Magister inżynier Józef Dołęgowski. Wszystko się zgadzało — prawdopodobnie przed piętnastoma laty studiował na politechnice, więc mógł należeć do klubu żeglarskiego AZS. Telefon odebrała jakaś młoda osoba.

— Ojca nie ma w domu — oświadczyła. — Jest w pracy, przychodzi bardzo późno i wtedy nie chce już odbierać żadnych telefonów. Najlepiej pan zrobi, jeśli skontaktuje się z nim w biurze.

Podała mi numer telefonu. Zadzwoniłem.

— Ministerstwo Przemysłu Maszynowego. Sekretariat dyrektora Dołęgowskiego — usłyszałem kobiecy głos.

— Chciałbym rozmawiać z dyrektorem — poprosiłem.

— W jakiej sprawie? — pytanie zadane było tonem ostrym, nie znoszącym sprzeciwu.

Zawahałem się.

— W sprawie osobistej... — wyjąkałem wreszcie.

— To proszę dzwonić do prywatnego mieszkania dyrektora. Tu jest ministerstwo — głos stał się po prostu niegrzeczny.

— Chwileczkę, proszę pani! — krzyknąłem, bo odniosłem wrażenie, że nieuprzejma sekretarka chce już odłożyć słuchawkę. — Czy mogłaby mnie pani poinformować w pewnej dość istotnej sprawie?

— Słucham — raczyła się zainteresować.

— Nie orientuje się pani, czy dyrektor Dołęgowski był kiedyś żeglarzem? I czy jako kapitan prowadził jacht o nazwie „Szkwał”?

Odniosłem wrażenie, że zdumienie odebrało sekretarce oddech. Nie słyszałem go w słuchawce. Nawet najlżejszego szmeru. Zapewne codziennie odbierała dziesiątki telefonów od bardzo ważnych osób w bardzo ważnych sprawach, ale nikt jej nigdy nie prosił o podobną informację.

— Zapisałam pana pytanie — odezwała się wreszcie. — Może pan zadzwoni do mnie za dwie godziny. Przy najbliższej okazji zapytam o to dyrektora Dołęgowskiego i dowiem się, czy mogę panu na ten temat udzielić informacji. A z kim rozmawiam?

— Dzwonię z Centralnego Zarządu Muzeum i Ochrony Zabytków — oświadczyłem urzędowo.

Odczekałem dwie godziny i zatelefonowałem ponownie.

— Tak, proszę pana. Dyrektor Dołęgowski był kiedyś żeglarzem i kapitanem na „Szkwale”. — Tym razem była nieco milsza niż uprzednio.

— A czy wobec tego może mnie pani z nim połączyć? — zaproponowałem.

Jej głos znowu stracił swoją miłą intonację.

— Jeśli pływał pan kiedyś z dyrektorem Dołęgowskim i z tego tytułu szuka u niego jakiejś protekcji lub chce przez niego załatwić jakąś sprawę, z góry ostrzegam, że to się panu nie uda. Dyrektor Dołęgowski bardzo tego nie lubi. A poza tym pan jest, zdaje się, muzealnikiem? U nas nie ma żadnych eksponatów — zachichotała cichutko.

— Nie szukani protekcji — burknąłem. — Proszę tylko o kilka słów rozmowy na temat jachtu, którym dyrektor kiedyś żeglował.

— W porządku. Zaraz pana połączę — zdecydowała. Przez dłuższą chwilę trwała w słuchawce głucha cisza, a potem usłyszałem tubalny męski głos.

— Dołęgowski, słucham.

— Już uprzednio dzwoniłem do pana sekretariatu, aby dowiedzieć się, czy to pan przed piętnastoma laty był kapitanem na „Szkwale”.

— Tak. Byłem. I co z tego? Proszę się streszczać — powiedział niezbyt uprzejmie.

— Kupiłem właśnie wrak „Szkwała”...

— Gratuluję — przerwał mi z ironią.

— ... i znalazłem w nim stary dziennik jachtowy. Otóż w zapiskach dotyczących pańskiego rejsu znajduje się pewna informacja, związana z zabytkami naszej kultury. Trafiłem na nią przypadkiem, przeglądając strony dziennika. Sprawa ta wymaga osobistej rozmowy z panem, wyjaśnienia różnych szczegółów. Dzwonię zresztą w pewnym sensie urzędowo, jako pracownik Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków.

Kłamałem, dzwoniłem prywatnie i żaden centralny zarząd nic z tym nie miał wspólnego, ale zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie skłamię, tak ważna osobistość nie zechce ze mną dalej rozmawiać.

— Czy mógłby mi pan powiedzieć, o co konkretnie chodzi? — zapytał dyrektor Dołęgowski.

— To nie jest rozmowa na telefon — odrzekłem. Bo wiedziałem, że jeśli wyłuszczę mu całą sprawę, on pomyśli o mnie: „wariat”, i odłoży słuchawkę.

— A czy to pilne?

— Tak.

Zastanowił się.

— Dziś jestem bardzo zajęty...

Usłyszałem, jak mruczał, zapewne przeglądając kalendarz na biurku.

Wyobraziłem sobie jego wspaniały gabinet, cztery albo pięć telefonów na stoliczku przy biurku, urzędników meldujących się w sekretariacie, gonitwę minut. Nie, rozmowa, którą chciałem odbyć z dyrektorem Dołęgowskim, nie mogła się odbyć w ministerstwie.

— To jest sprawa poufna — dorzuciłem tajemniczo — proponuję kawiarnię dziś wieczorem...

Zawahał się.

— Nie bywam w kawiarniach. Ale proszę wpaść do mnie do domu około dwudziestej. Zgoda?

— W porządku. Znam adres — oświadczyłem i natychmiast odłożyłem słuchawkę, aby się nie rozmyślił.

Punktualnie o dwudziestej pojawiłem się przed dużym nowym blokiem mieszkalnym na Mokotowie. Była odwilż, Warszawa tonęła w topniejącym brudnym śniegu, samochody i autobusy rozpryskiwały na wszystkie strony strugi czarnego błota. Czy była to najlepsza pora, aby rozmawiać o lecie, o poświstach wiatru na stalówkach jachtu, o słońcu, którego promienie załamują się w niebieskawo-zielonych toniach jezior?

Otworzyła mi drzwi szczupła, wysoka, chyba piętnastoletnia dziewczyna w wytartych dżinsach i zielonkawej bluzeczce. Uśmiechnąłem się do niej tak mile, jak tylko potrafię.

— Ojca jeszcze nie ma w domu — poinformowała. — Zapowiedział jednak pana wizytę. Proszę zaczekać w jego gabinecie.

Mieszkanie było chyba wielopokojowe, w obszernym holu znajdowało się kilkoro drzwi. Właśnie jedne z nich otworzyła przede mną dziewczyna w dżinsach i wprowadziła mnie do małego gabinetu z biureczkiem, wygodną kanapą, niskim stolikiem i trzema fotelami. Zapaliła lampę, poprosiła, abym usiadł, po czym stanęła naprzeciw i przyglądała mi się bacznie.

— Proszę się nie obawiać. Ja tu niczego nie ukradnę — oświadczyłem, bo zirytowała mnie jej czujna obserwacja.

Zaczerwieniła się.

— Ojciec mówił, że otrzymał bardzo dziwny telefon od bardzo dziwnego człowieka i umówił się w bardzo dziwnej sprawie. To dlatego przyglądam się panu z taką ciekawością. U nas nie bywają dziwni ludzie, tylko bardzo nudni panowie.

— Rozumiem — kiwnąłem głową.

Nie bardzo wiedziała, jak ma się dalej zachować. Sięgnęła więc po stojącą na biurku czarną, chińską szkatułkę z wielkim smokiem.

— Zapali pan?

— Owszem. Ale swoje. Palę tylko „sporty” — odrzekłem, stwierdziwszy, że szkatułka pełna jest papierosów „marlboro”.

— Niech pan zapali „marlboro” — zaproponowała. — Jeśli wejdzie tu nagle moja matka, to pomyśli, że dym pochodzi z pańskiego papierosa, ja zdążę swojego zgasić. Rodzice nie pozwalają mi palić, a matka ma taki węch, że „marlboro” wyczuje od razu.

Nie przepadam za panienkami, które palą papierosy, ale nie chciałem zrażać sobie tej dziewczyny. Kiwnąłem więc głową i sięgnąłem po „marlboro” Ona usiadła w drugim fotelu i także zapaliła papierosa.

— Czy może mnie pan wtajemniczyć, co to za dziwna sprawa sprowadziła pana do ojca? — zapytała.

— Oczywiście. Pani ojciec był kiedyś żeglarzem. Przed piętnastoma laty jako kapitan jachtu „Szkwał” odbył rejs, który mnie interesuje. Przyszedłem, aby wywiedzieć się o szczegóły tego rejsu.

Wzruszyła ramionami.

— Mój ojciec był żeglarzem? To wydaje się wręcz nieprawdopodobne.

Jakiś ton pogardy usłyszałem w jej głosie. Czyżby nie lubiła własnego ojca?

— A jednak był żeglarzem — stwierdziłem.

Zaśmiała się z ostentacyjną ironią.

— Jeśli to prawda, przekona się pan, jak się zmienił.

Usłyszeliśmy odgłos drobnych kobiecych kroków w holu. Dziewczyna szybko zgasiła papierosa i schowała popielniczkę pod biurko.

Do gabinetu weszła bardzo przystojna, elegancka pani o jasnych włosach, starannie uczesanych. Na twarzy miała delikatny makijaż. Przedstawiłem się, pocałowawszy jej dłoń pachnącą francuskimi perfumami Dziewczyna, rozparta w fotelu, ciągnęła dalej swój wywód, jak gdyby nie odnotowała w świadomości wejścia matki.

— Myśl, że mój ojciec był żeglarzem, wydaje mi się po prostu zabawna. Pan z dużym brzuszkiem na jachcie? On, który nie potrafi o niczym innym rozmawiać, tylko o planach fabryk, o produkcji, o częściach zamiennych do maszyn? Nie wiem, co się robi na jachcie, bo nigdy nie żeglowałam, ale to zajęcie romantyczne. A w moim ojcu nie ma nic romantycznego. Pan zapewne pomylił adres.

— Lusiu, czy to wypada w ten sposób mówić o własnym ojcu? — powiedziała z westchnieniem elegancka pani. — Twój ojciec był kapitanem na jachcie. Poznałam go właśnie jako romantycznego żeglarza. Teraz jest chyba taki sam, ale ty tego nie chcesz zauważyć.

Usiadła w trzecim fotelu i zwróciła się do mnie.

— Pan wybaczy ton i sposób mówienia mojej córki. Ale ona ma piętnaście lat, a to bardzo głupi wiek, jak mówią psycholodzy. W każdej sprawie jest na „nie”. Przeciw ojcu, przeciw mnie, przeciw nauczycielom.

Wolałem zachować dyplomatyczne milczenie, choć mógłbym powiedzieć, że doskonale znam ten rodzaj konfliktów. W iluż to znanych mi rodzinach młodzi chłopcy i młode dziewczyny, dorastając, nagle zaczynają z nadmiernym krytycyzmem spoglądać na swego ojca czy matkę, widzieć w nim same wady, okazywać przekorę, nieposłuszeństwo, co według tych młodych ludzi ma być przejawem samodzielności sądu i myślenia.

Zapadła chwila przykrej ciszy. Na szczęście w holu znów rozległy się kroki, tym razem ciężkie i powolne, zapewne męskie. Do gabinetu wtoczył się niski, okrągły, zażywny pan o lekko czerwonawej twarzy. Ubrany w ciemny, dobrze skrojony garnitur, śnieżnobiałą koszulę i gustownie dobrany krawat. Krótko mówiąc: wysoki urzędnik państwowy.

— Dołęgowski jestem — podał mi rękę. — Przepraszam za spóźnienie, ale miałem konferencję, która się trochę przeciągnęła. Krysiu — zwrócił się do żony — zrób nam dobrej herbatki. Kawy dziś piłem chyba za dużo.

Żona wyszła, a on zajął jej miejsce w fotelu.

— Czy mogę zostać, tato? — zapytała wyzywająco Lusia.

— Chyba tak — pan Dołęgowski pytająco zerknął na mnie. — To nie będzie żadna naprawdę tajemnicza rozmowa, prawda?

— Naturalnie.

— To dobrze — odetchnął. — Słucham więc bardzo uważnie. A może zaczekamy na herbatę?