Pan Samochodzik. Pan Samochodzik i niesamowity dwór - Zbigniew Nienacki - ebook + audiobook
Opis

Pan Samochodzik wyrusza do dawnego majątku Joachima Czerskiego. W urządzeniu nowego muzeum pomagają mu młodzi absolwenci studiów: panna Wierzchoń i pan Bigos. Stary dwór kryje niesamowite tajemnice. Czy duchy i zjawy nie przeszkodzą w odnalezieniu skarbu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 15 min

Lektor: Zbigniew Nienacki

Popularność


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i niesamowity dwór

Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i niesamowity dwór

Wydanie I

Próbka

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Artur Marcin Laskowski, Marcin Nowak

Skład i łamanie • Artur Marcin Laskowski

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

[email protected]

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–036–3-demo

Liber Novus 2012

* * *

— A może pójdziemy przez park? Będzie bliżej — zaproponowała Zosia.

— Teraz? Po ciemku?

— Słyszałeś o duchu we dworze i zląkłeś się.

— Nie boję się — wzruszył ramionami Antek — tylko jest naprawdę bardzo ciemno. W parku można wpaść na krzaki i podrapać się. A szosą, choć dalej, wygodniej. I muszę ci powiedzieć, że o żadnym duchu nie słyszałem. Zresztą, rozsądny człowiek w duchy nie wierzy.

— I ty jesteś ten rozsądny człowiek? — zakpiła.

— Staram się być rozsądny — rzekł z powagą. — Pragnę zostać lekarzem, a lekarz nie powinien wierzyć w duchy.

— A ja będę aktorką — w rozmarzeniu powiedziała Zosia.

— Wiem, wiem, słyszałem to już wiele razy — mruknął Antek i nagle skręcił z szosy w rozwalającą się bramę parkową.

— Więc jednak chcesz iść przez park?

— A tak. Chcę ci udowodnić, że się żadnych strachów nie lękam.

— A ja się boję — westchnęła Zosia. Stanęła na szosie i ani myślała pójść przez park.

Antek chwycił ją za rękę.

— Chodź. Strach trzeba przełamywać. Inaczej popadniesz w kompleksy.

— Co to są kompleksy? — zdumiała się Zosia.

Lekceważąco machnął ręką:

— Za długo trzeba by ci tłumaczyć. To są sprawy naukowe dla lekarzy i psychologów. Jeśli się czegoś boisz, każdy lekarz ci poradzi: należy przełamać strach. Zresztą duchów nie ma. Pójdziesz ze mną przez park i sama się przekonasz.

Była ciemna, dżdżysta, listopadowa noc. Wracali ze szkoły, z próby kółka dramatycznego. Szkoła znajdowała się we wsi Janów, a oni mieszkali w Janowce, prawie trzy kilometry dalej, w lasach nad Pilicą. Stały tam trzy domy Funduszu Wczasów Pracowniczych. Ojciec Antka był kierownikiem ośrodka wczasowego, a matka Zosi prowadziła stołówkę.

Wieś Janów łączyła z Janówką asfaltowa szosa, która nieco dalej przeskakiwała rzekę po drewnianym moście. Szosa jednak robiła duży łuk omijając ogromny park i stary dwór, ukryty w gęstwinie wielkich drzew. Dawny właściciel dworu, hrabia Bruśnicki, życzył sobie, aby szosa biegła wzdłuż skraju jego posiadłości i musiano go posłuchać, choć to przedłużało bardzo trasę i podnosiło koszty budowy drogi. Ale to były bardzo dawne czasy, wtedy park był szczelnie ogrodzony wysokim murem z kamienia i nikt nie miał tam prawa wstępu. Potem jednak, przed samą wojną, kupił dwór Joachim Czerski, z zawodu antykwariusz. Nie bardzo dbał o swoją posiadłość, mur wykruszył się w kilku miejscach i ludzie, którym było śpieszno z Janowa do Janówki, wydeptali ścieżkę przez dworski park.

Joachim Czerski umarł przed tygodniem. Nie miał dzieci ani krewnych, więc jego posiadłość miało przejąć państwo. We dworze znajdowało się wiele zabytkowych przedmiotów, starych mebli, obrazów, cennych książek. W okolicy krążyła pogłoska, że w dworku Czerskiego zorganizowane zostanie muzeum regionalne. Na razie jednak władze ograniczyły się jedynie do zamknięcia okiennic, opieczętowania drzwi i okien.

— Mój ojciec bardzo by chciał, aby tu było muzeum — powiedział Antek. — Już dwukrotnie był w tej sprawie u władz wojewódzkich. Czy wiesz, jakie to miałoby dla nas znaczenie? Przyjeżdżaliby tutaj turyści, wycieczkowicze, nasze domy wczasowe byłyby pełne gości, a może zbudowano by jeszcze kilka nowych? Bo przecież tu jest pięknie, prawda?

— Tak — chętnie zgodziła się Zosia. Janówkę uważała za najpiękniejsze miejsce na świecie.

— A teraz tylko jeden dom jest czynny. Ludzie nie chcą tu przyjeżdżać na wypoczynek. Wolą Sopot lub Zakopane. W lipcu i w sierpniu zawsze jest więcej gości, ale przecież nie opłaca się utrzymywać takiego ośrodka tylko na dwa letnie miesiące. Może zlikwidują tutaj Fundusz Wczasów Pracowniczych? Tak mówił ojciec...

— Wiem — westchnęła Zosia. — I wtedy będziemy musieli opuścić Janówkę. Muzeum to byłaby wspaniała rzecz. A najlepiej, żeby w tym starym dworze straszył jakiś okropny duch. Taki duch dla reklamy, dla turystów, rozumiesz? Czytałam, że w Anglii, jeśli zamek posiada ducha, to jest droższy, bo chętniej go zwiedzają. Wczasowicze mieliby jeszcze jedną atrakcję.

— Ach, to dlatego zaczęłaś o tym duchu. Chcesz wymyślić ducha?

— Ducha albo upiora. Jak wolisz. I nawet sama gotowa jestem odegrać rolę ducha.

— Potrafiłabyś?

— Mogę być i duchem, i taką, co widziała ducha i bardzo go się boi. Co ty sobie myślisz? Aktorka musi grać różne role. Są sztuki z duchami. Na przykład u Szekspira występują duchy i upiory. Będę się do tych ról przygotowywać, udając miejscowego ducha. Albo taką, co się ducha zlękła.

Nagle przystanęła na ścieżce parkowej i zaczęła się trząść. Chwyciła Antka za rękę i dzwoniąc zębami, powtarzała:

— Boję się... Boję... On był straszny. Świeciły mu się oczy, miał na sobie białą, powłóczystą szatę, która się rozwiewała od wiatru i ukazywała szkielet... Widziałam trupią czaszkę...

— Gdzie? Co? — zaniepokoił się Antek.

Poklepała go po plecach.

— Nie bądź głupi, ja tylko udaję. Gram, rozumiesz?

— Ducha trudniej zagrać — powiedział Antek.

— A tak — zgodziła się Zosia — ale należy spróbować. — Po chwili dodała: — Jak tu strasznie w tym parku...

Antek pokręcił głową. Nie wiedział czy ona znowu gra, czy rzeczywiście park wydaje jej się straszny.

W przekonaniu Antka w parku było po prostu bardzo nieprzyjemnie. Otaczała ich ciemność tak gęsta, że nie widzieli się wzajemnie i, idąc krętą ścieżką, wciąż musieli trzymać się za ręce. Znali dobrze tę drogę, za dnia, a nawet nocą wiele razy tędy chodzili. I dlatego mimo mroku wiedzieli, kiedy ominąć pień drzewa, krzak, wielki kamień. Ktoś inny już po wielekroć przewróciłby się i podrapał o krzaki albo rozbił sobie głowę o drzewo. A oni raz tylko wleźli w grabowy żywopłot. Wiedzieli, że tuż za żywopłotem rozciąga się gazon przed frontowym wejściem do dworu. Gazon należało ominąć, potem przechodziło się obok na wpół zrujnowanej oficyny. Dalej znowu biegła ścieżka między krzakami i drzewami. Skraj parku był jednak już blisko, a za nim asfaltowa szosa i most na rzece.

Doszli do gazonu przed dworem. Dął silny wiatr, mżyło. Drzewa huczały groźnie. Chwilami, gdy wiatr stawał się porywisty, przez park przetaczał się łoskot, jakby to nie szosa biegła jego skrajem, a tor kolejowy z pędzącym pociągiem.

Po kilku krokach ciemność rozjaśniła się nieco, bo wyszli spomiędzy drzew. Otworzył się przed nimi pusty gazon i trochę rozbieliły mrok jasne ściany starego dworu.

— Jak on się nie bał mieszkać sam w takim wielkim domu — szepnęła Zosia.

— Przyzwyczaił się — powiedział Antek, który bardzo chciał, aby uważano go za człowieka rozsądnego. — Zresztą, w oficynie mieszka przecież stary Janiak. O, widzisz, pali się u niego światło.

Zobaczyła malutkie okienko, rozjarzone czerwonym blaskiem i poczuła się raźniej. Nie oświetlona bryła starego dworu wydawała jej się groźna i martwa, ale światełko w pobliskiej oficynie przydawało nieco życia tej ponurej scenerii.

— A on się nie boi? — spytała.

— Janiak? Co ty wciąż o strachach! — zniecierpliwił się Antek.

— Ja się boję starego Janiaka. On wygląda tak... niesamowicie — namyślała się chwilę, szukając właściwego określenia.

— E, tam — lekceważąco rzekł Antek. — Po prostu dziwak. Taki sam, jak był pan Czerski. A ty co? Chcesz udawać ducha, a umierasz ze strachu. Uważam, że nie tyle odpowiada ci rola straszącego ducha, ile ducha przestraszonego.

— Cichooo — syknęła Zosia i mocniej ścisnęła go za rękę. Ale on nic nie słyszał poza łoskotem wiatru, który głuszył wszystkie inne dźwięki. „0 co jej chodzi?" — zastanowił się. I zaraz zrozumiał. Zobaczył światełko na piętrze starego dworu. Błyskało w pokoju, który mieścił się tuż nad frontowym wejściem. Były tam aż trzy okna i duży balkon oparty o cztery potężne kolumny, wznoszące się jeszcze wyżej i wspierające wielki ozdobny trójkąt, wieńczący front domu. Światełko błysnęło w okienku środkowym, potem w oknie na lewo, a w chwilę później przesunęło się do prawego okna. I zgasło.

— Przecież dwór jest zamknięty i opieczętowany — stwierdził Antek.

— Tttaaak... — wyjąkała Zosia. Dygotała i zęby jej dzwoniły. Ale tym razem nie udawała strachu.

— Złodzieje! Ktoś zakradł się do dworu! — zawołał Antek. Chwycił mocniej Zosię za rękę i pociągnął ją w stronę oficyny.— Trzeba zawiadomić Janiaka.

— To nie złodzieje, tylko duch — pojękiwała Zosia.

Wpadli do kamiennej sieni. Załomotali do jedynych tam drzwi.

— Proszę pana! Proszę pana! Złodzieje! — krzyczał Antek.

Drzwi otworzyły się natychmiast. Na progu małej izdebki stanął brodaty, zgarbiony mężczyzna z wielką szopą siwych włosów na głowie.

W niechętnym milczeniu wysłuchał chaotycznej opowieści Antka o światełku, które widzieli na piętrze dworu. Potem zapalił naftową latarnię i w takim samym ponurym milczeniu wyszedł z domu. We trójkę obeszli cały dwór, oglądając drzwi frontowe i kuchenne, a później zamknięte okiennice. Wszędzie widniały nie naruszone, przyklejone starannie paski papieru z pieczęciami Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Dopiero teraz, po raz pierwszy, odezwał się Janiak. Powiedział krótko swoim skrzypiącym, chrapliwym głosem:

— Śniło się wam, dzieciaki...

A przecież i Zosia, i Antek widzieli wyraźnie to światełko. Jakby ktoś z palącą się świecą albo latarką elektryczną krążył po pokoju na piętrze. Ale jak o tym przekonać Janiaka?

— Może to był duch... — nieśmiało szepnęła Zosia.

Janiak spojrzał uważnie na Zosię, a potem na pogrążony w ciemnościach stary dwór.

— Tam była biblioteka pana Czerskiego. Całe wieczory i noce w niej przesiadywał.

— I co? Co pan myśli? — dopytywała się Zosia.

— Może przesiaduje w niej nadal? — zachrypiał Janiak. A Zosia znowu zatrzęsła się ze strachu.

Antek usiłował być rozsądny.

— Duchów nie ma — powiedział. Ale w jego głosie nie było wielkiego przekonania. Bo wciąż otaczał ich groźnie huczący park i mrok. I pamiętał o światełku, które wciąż widzieli, a które nie miało prawa tam się palić, bo dwór był nie zamieszkany i opieczętowany.

— Więc wam się tylko śniło to światełko — rzekł Janiak. — Bo duchów nie ma. Idźcie do domu, dzieciaki — burknął.

Zbliżył latarnię do twarzy, uniósł szkiełko i zdmuchnął płomyk.

Poszedł zaraz do mieszkania, a oni wzięli się za ręce i prawie biegiem pędzili ścieżką do skraju parku. Bezlistne gałęzie chwytały ich za rękawy, chłostały po twarzach, a oni wciąż pędzili, ani na chwilę nie zwalniając kroku.

Zadyszani przystanęli na szosie. Zobaczyli pobłyskujące wesoło okna w domu wczasowym nad rzeką. Antek poczuł, że znowu wraca mu rozsądek.

— Chciałaś ducha i masz ducha — oświadczył z pretensją w głosie, jakby to Zosia była winna przygodzie w parku.

Nie odezwała się. Słyszała za swoimi plecami ponuro huczący park. Z pewnej odległości, gdy ciemność pochłonęła drzewa, wydało jej się, że goni ich jakiś groźny głos, dobywający się z głębi ziemi, z mroku.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NIESPODZIEWANE WEZWANIE • DZIWNA PARA MŁODYCH LUDZI • NIESPODZIANKA • KONFRONTACJA • SAMOCHÓD CZY KARAWAN • PODRÓŻ DO JANÓWKI • KIM JEST PAN SAMOCHODZIK • SPOTKANIE ZE STARYM DWOREM • PIERWSZA NOC I PIERWSZA PRZYGODA • CZY WIERZĘ W DUCHY

Pod koniec listopada wezwał mnie do siebie mój bezpośredni zwierzchnik, dyrektor Marczak z Naczelnego Zarządu Muzeów w Ministerstwie Kultury i Sztuki na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Od pewnego czasu, po długim stażu pracy w przeróżnych prowincjonalnych muzeach w kraju, pracowałem w Ministerstwie Kultury i Sztuki na etacie skromnego referenta o bliżej nieokreślonych obowiązkach. Nie znaczy to oczywiście, że nie miałem jakiejś konkretnej pracy, przeciwnie raz po raz zlecano mi do wykonania bardzo trudne zadania. Byłem referentem do specjalnych poruczeń — tak chyba można by nazwać moją rolę w ministerstwie. Jeśli gdzieś tam na terenie kraju, podczas kopania fundamentów jakiejś fabryki, łyżka koparki odkryła, na przykład, garnek ze starymi monetami, które — zanim ktoś kompetentny zdołał je zabezpieczyć — już rozproszyły się między ludźmi, czyli mówiąc po prostu zostały rozkradzione, wzywał mnie do siebie dyrektor Marczak i powierzał zadania skompletowania owego skarbu i dostarczenia do jednego z muzeów. Jeśli gdzieś tam zaczęli się panoszyć prywatni handlarze antyków i sprzedawali ludziom falsyfikaty dzieł sztuki albo, co gorsza, wyłudzali od nieświadomych niczego właścicieli bezcenne dzieła jako przedmioty bezwartościowe, to i mnie polecano wtrącenie się w tę sprawę. Niekiedy przychodziły do nas sygnały o zaginionych w zawierusze wojennej bezcennych zbiorach muzealnych lub prywatnych kolekcjach, które raptem odnalazły się za granicą albo ktoś trafił na ślad miejsca, gdzie okupant hitlerowski być może ukrył je, wówczas to mnie zlecano delikatną misję wyjaśnienia takiej historii. Przy wykonaniu tego rodzaju zadań niejednokrotnie współpracowałem z milicją, a także celnikami, z wszystkimi instytucjami i ludźmi, którzy dbają o to, aby przetrzebione przez wojnę skarby naszej kultury narodowej nie zostały jeszcze bardziej zubożone na skutek przemytu do innych krajów oraz niekiedy niewiedzy i nieświadomości ludzkiej. Miałem na swym koncie wiele niepowodzeń i klęsk, nie zawsze udawało mi się wykonać zlecone mi zadania i niejeden raz przestępcy śmiali mi się w twarz. Ale wiele trudnych spraw i zagadek zdołałem wyjaśnić i doprowadzić do szczęśliwego końca. O nich to lubię opowiadać, gdyż słuchaczom wydają się zazwyczaj najbardziej interesujące, o tamtych zaś nieudanych staram się milczeć nie dlatego, abym się wstydził swoich klęsk, lecz wciąż mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je szczęśliwie rozwiązać, a dużym błędem byłoby ujawniać fakty, które mogą w przyszłości okazać się przydatne w walce z tymi, co dziś być może śmieją się ze mnie. Jak mówi przysłowie, ten się śmieje najlepiej, kto się śmieje ostatni.

Od dyrektora Marczaka spodziewałem się i tym razem jakiegoś nowego trudnego zadania. W poczekalni przed jego gabinetem jak zwykle oczekiwało na spotkanie z nim wielu interesantów. Sekretarka dyrektora poleciła mi poczekać, gdyż, choć to on wezwał mnie do siebie, w tej chwili pochłonięty był ważną telefoniczną rozmową. Znalazłem więc w poczekalni wolne krzesło w długim szeregu zajętych foteli.

Z nudów obserwowałem innych interesantów, nikogo z nich zresztą nie znałem. Potem bezwiednie zaczął mi wpadać w ucho szmer prowadzonej obok rozmowy.

W najbliższym moim sąsiedztwie rozsiadł się w fotelu młody człowiek, lat chyba dwudziestu dwóch, w czarnym, grubym swetrze i z długimi jak u dziewczyny włosami. Włosy miał w wielkim nieładzie i chyba od dawna nie myte, bo polepiły się w grube strąki. Podobnie niechlujnie wyglądał jego zarost, gdyż młody człowiek miał coś w rodzaju brody, a raczej zapowiedź brody: rude kępki na policzkach i na szyi. Napisałem: rozsiadł się, lecz właściwiej byłoby określić: rozwalił się w fotelu, niemal w nim półleżał, zwrócony twarzą do dziewczyny, która zajmowała fotel obok. Miała chyba również nie więcej niż dwadzieścia dwa lata, ale w przeciwieństwie do swego sąsiada była starannie ubrana i uczesana. Włosy miała jasne, krótko obcięte. W białej bluzeczce i ciemnej spódniczce wyglądała jak pensjonarka. O ile znam się na urodzie kobiecej — wydaje mi się, że była bardzo ładna.

— ...Taka placówka nadaje się dla ludzi młodych — mówił niechlujny chłopak. — Któremuś z nas, mnie albo tobie, powinni dać kierownictwo. Ale nie dadzą. Przekonasz się, że nie dadzą...

Nie podsłuchiwałem ich rozmowy, ale mówili dość głośno. Ich słowa wpadały mi w uszy.

— Wiem, że nam nie dadzą — skinęła głową dziewczyna. — Już mają kierownika. Będzie nim jakiś urzędnik z ministerstwa. Studia pewnie skończył już dawno i to, czego się nauczył, zdążył zapomnieć. A tę placówkę trzeba będzie organizować od podstaw. Potrzebny jest do tego wybitny fachowiec albo tacy jak my: dopiero po studiach, ze świeżą wiedzą, z nowymi metodami pracy.

— Dali mu to stanowisko przez protekcję. Ma plecy w Warszawie — mruknął młodzieniec. — Znasz bliżej tego faceta?

— Nie. Ale ktoś mi o nim mówił. Podobno z trudem przebrnął przez historię sztuki na uniwerku, pracę na prowincji też dostał przez protekcję, potem wzięli go do ministerstwa, gdzie się zapewne nie sprawdził i teraz chcą mu dać samodzielne stanowisko. Ech, niektórzy to mają szczęście. Nie tak jak my, młodzi, którzy własnymi siłami musimy dojść do wszystkiego...

„Tak, tak — pomyślałem ze smutkiem. — Zdarzają się takie historie..."

— Czy to facet młody, czy stary? — zapytał młodzieniec.

— W średnim wieku. Kawaler.

— To możesz się koło niego zakręcić, wyjść za mąż i zostać panią kierowniczką — złośliwie zachichotał młodzieniec.

— Pewnie brzydki jak noc — odpowiedziała dziewczyna.

Nie słuchałem dalej, bo do poczekalni weszła sekretarka dyrektora Marczaka i poprosiła mnie do gabinetu. Szedłem na to spotkanie z ogromną radością, niedawno przeżyłem arcyciekawą historię, związaną z odzyskaniem zbiorów dziedzica Dunina, skarbami templariuszy i pamiętnikiem hitlerowskiego zbrodniarza. Spodziewałem się, że dyrektor Marczak zleci mi teraz rozwiązanie nowej interesującej zagadki i przeżyję kolejną wspaniałą przygodę.

Marczak przywitał się ze mną bardzo serdecznie i posadził mnie w miękkim fotelu. Sekretarka podała czarną kawę, rozmowa zapowiadała się przyjemnie.

— Czy słyszał pan o niejakim Joachimie Czerskim? — zapytał.

— Nie, panie dyrektorze...

— Nie dziwię się. Nie była to osobistość znana w świecie historyków sztuki i muzealników. Nie był to nawet żaden naukowiec, a po prostu amator. Przed wojną, proszę pana, prowadził antykwariat z książkami przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Dorobił się trochę na tym interesie i przed samą wojną kupił od hrabiego Bruśnickiego, znanego karciarza i hulaki, jego dwór z parkiem i trzydziestoma hektarami ziemi. Miał trochę starych mebli i obrazów, które umieścił w dworku. Potem wybuchła wojna, antykwariat został zburzony podczas powstania warszawskiego i Joachim Czerski osiadł już na stałe na wsi. Żył bardzo skromnie, z dzierżawy tych trzydziestu hektarów. Jak pan wie, w Polsce Ludowej parcelowano tylko majątki powyżej pięćdziesięciu hektarów, więc posiadłości nie objęto reformą rolną. Zapewne z nudów obudziły się w Czerskim pasje naukowe, napisał pracę o polskich ekslibrisach, później zaś usiłował opublikować jakiś przyczynek do dziejów wolnomularstwa w Polsce w dziewiętnastym wieku. Jednym słowem: dziwak, ale takich jest wielu w naszej branży. Pan oczywiście nie domyśla się, dlaczego panu o tym opowiadam?

— Nie, panie dyrektorze. Ale słucham uważnie.

— Otóż Joachim Czerski umarł przed tygodniem, a że nie miał krewnych, jego dworek i zbiory przechodzą na własność państwa. Dwór jest zabytkowy, z dziewiętnastego wieku. Otacza go również zabytkowy park, pełen starych lip i dębów. Władze powiatowe i wojewódzkie bardzo chcą, aby dworek Czerskiego stał się muzeum regionalnym, a jego zbiory były zaczątkiem muzealnej kolekcji i ekspozycji. Pan jeszcze się nie domyśla, do czego zmierzam?

— Nie, panie dyrektorze.

Dwór opieczętowano. Ale nie może to trwać w nieskończoność. Trzeba dokonać fachowej inwentaryzacji zbiorów i należy tam posłać człowieka, który obejmie funkcję przyszłego kierownika i kustosza nowo powstającego muzeum. A tym człowiekiem będzie pan, panie Tomaszu...

Poderwałem się z miękkiego fotela.

— Ja? Ależ ja nie potrafię... Nie umiem — bąknąłem. — Zawsze zajmowałem się rozwiązywaniem zagadek historycznych... Jestem chyba kiepskim organizatorem, nie mam wprawy...

Dyrektor Marczak nie podjął dyskusji. Wysunął szufladę w swoim biurku, wyjął z niej nieduży arkusik papieru i podał mi go:

— Tu jest pańska nominacja na stanowisko kustosza oraz wszelkie pełnomocnictwa do zorganizowania muzeum w Janowce, bo tak się ta miejscowość nazywa.

— Ależ ja nie potrafię. Może ktoś inny lepiej się będzie do tego nadawał? Mnie interesują zagadki, poszukiwania...

Dyrektor Marczak niecierpliwie zabębnił palcami po biurku.

— A ja panu mówię — powiedział z naciskiem — że nikt inny, tylko właśnie pan jest potrzebny w Janowce. A teraz zaprezentuję panu współpracowników.

Zadzwonił na sekretarkę i kazał jej poprosić do gabinetu pannę Barbarę Wierzchoń i pana Bigosa (takie nazwiska wymienił sekretarce).

— To młodzi ludzie, dopiero po studiach — wyjaśnił. — Mam nadzieję, że przy panu staną się dobrymi muzealnikami.

Sprawdziły się moje najgorsze obawy: do gabinetu weszła schludnie ubrana panienka i niechlujny młodzieniec, czyli panna Wierzchoń i pan Bigos. Ja zaś okazałem się tym tępym nieukiem, który wszystko w życiu zawdzięczał protekcji.

— Przedstawiam wam przyszłego kierownika muzeum w Janowce — powiedział dyrektor Marczak.

Obydwoje obrzucili mnie niechętnym spojrzeniem. Chyba nie domyślali się, że słyszałem ich rozmowę, bo nie zauważyłem na ich twarzach ani odrobiny zmieszania. Tylko wyraźną niechęć.

— A teraz do dzieła — oświadczył dyrektor Marczak. I zwrócił się do mnie: — Kiedy nastąpi wyjazd na nową placówkę?

A ja, choć jeszcze przed chwilą chciałem się bardzo bronić przed wyjazdem do Janówki, teraz powiedziałem zaciskając usta:

— Kiedy wyjazd? Natychmiast, panie dyrektorze.

— Co? — oburzył się Bigos. — Ja nie mogę tak od razu jechać. Mam w naprawie moją gitarę.

— To pojedzie pan bez gitary — odrzekłem.

Dyrektor Marczak z zadowoleniem zatarł ręce:

— To lubię. To bardzo lubię. Z kopyta do nowych zadań. Wnioskuję z tego, że ci młodzi ludzie nieźle zaprawią się do pracy pod pana kierownictwem.

Młodzi ludzie wymienili między sobą tak wymowne spojrzenia i tak wymowne było wzruszenie ramion, które zademonstrowała panna Wierzchoń, że jeszcze mocniej zacisnąłem usta.

— Mój samochód czeka przed ministerstwem. Daję państwu dwie godziny na zapakowanie się i zlikwidowanie swoich spraw. Jeśli ktoś z państwa nie może dziś wyjechać, proszę przyjechać jutro pociągiem do Janówki. Z dniem jutrzejszym o godzinie ósmej rano rozpoczynamy urzędowanie.

— Od stacji kolejowej do Janówki jest, zdaje się, około pięciu kilometrów pieszego marszu — wtrącił dyrektor.

— W takim razie będę tu za dwie godziny — pośpieszył z zapewnieniem Bigos.

— Ja też przyjdę z walizką — rzekła panna Wierzchoń.

— To lubię. To bardzo lubię — dyrektor znowu zatarł ręce. — Wnioskuję z tego, że pierwsze lody zostały przełamane.

A ja pomyślałem: „Między nami wyrosła góra lodowa, Antarktyda". I pożegnałem się z dyrektorem Marczakiem. Potem poszedłem do sklepów i dokonałem kilku sprawunków. Punktualnie po dwóch godzinach zająłem miejsce w swoim dziwacznym wehikule, który stał zaparkowany przed ministerstwem.

Panna Barbara zjawiła się z pięciominutowym opóźnieniem. Już z daleka widziałem, jak szła ulicą, objuczona dużą walizką. W pobliżu ministerstwa zaczęła przystawać co kilka kroków, zapewne zastanawiając się, który to z parkujących przy krawężniku samochodów jest moją własnością. A stało tam kilka wartburgów, moskwiczy i piękny opel rekord. Raptem panna Basia zobaczyła pokraczny wehikuł i mnie za jego kierownicą. Coś jakby straszliwa odraza odmalowało się na jej twarzy.

— Co to jest? — wyjąkała, gdy wyszedłem i otworzyłem drzwiczki, aby ją wpuścić do wnętrza.

— Pyta pani o samochód? — odpowiedziałem grzecznie. Byłem bowiem już przyzwyczajony, że mój wehikuł budził drwiny.

— To nie jest samochód. Tego nie można nazwać samochodem. O, tam stoją samochody — wskazała wartburgi i opla — a to, czym pan jeździ, jest jakimś okropnym karawanem.

Takim epitetem nikt dotąd jeszcze nie obdarzył mojego auta. Wyznaję, że poczułem się dotknięty. Owszem, zdawałem sobie sprawę, że samochód jest brzydki, przypomina skrzyżowanie „latającego talerza" z wellsowskim „wehikułem czasu", a najściślej — czółno na czterech kołach nakryte brezentowym namiotem. Mówiono o nim: „poczwara", wołano: „do lamusa z nim". Radzono mi, abym swój samochód pokazywał w cyrku albo w muzeum starożytności. Ale żeby ktoś ośmielił się nazywać go „karawanem"?...

— To bardzo dobry samochód — odrzekłem, powściągając gniew. — Proszę siadać, bo zaraz ruszamy.

— O Boże, czy on się nie rozleci po drodze? — zaniepokoiła się panna Wierzchoń.

Nic już nie powiedziałem. Położyłem jej walizkę na tylnym siedzeniu, a ona wgramoliła się na miejsce obok mnie.

— Nie — oświadczyła nagle. — Ja się przesiądę. Na tylne siedzenie. Jeszcze mnie ktoś ze znajomych zobaczy w tym karawanie i pomyśli, że umarłam i wiozą mnie na cmentarz.

— Pani dowcipy są trochę niewybredne — zwróciłem jej uwagę.

Odtąd nie odzywałem się do niej, bardzo obrażony. „Głupia gęś" — pomyślałem.

Mogłem jej oczywiście opowiedzieć historię wehikułu. O moim wujku Gromille, zapoznanym wynalazcy, który odkupił wrak samochodu „Ferrari 410 — Super America", rozbitego pod Zakopanem przez jakiegoś Włocha. W rozwalonym samochodzie ocalał wspaniały silnik, a wuj dorobił karoserię, wyposażając wehikuł w najróżniejsze własne wynalazki i ulepszenia. Darował mi potem ten samochód, a ja przyjąłem go z tej prostej przyczyny, że nie stać mnie było na inny. Teraz zaś, gdy poznałem jego zalety, nie zamieniłbym swego wehikułu na najpiękniejszego lincolna. Czyż zresztą nie miałem już takich propozycji?*

Próbowałem upiększyć zrobioną przez wujka karoserię, ale wysiłek okazał się płonny. Mój samochód wciąż przypominał zielonkawożółte z brązowymi i granatowymi zaciekami czółno na czterech kółkach, z których dwa tylne miały szprychy, a przednie ich nie posiadały. Nad tym czółnem znajdowało się coś w rodzaju namiotu z celuloidowymi okienkami. Samochód wujka Gromiłły miał wygląd przerażający, wydawać się mógł larwą straszliwego owada z wybałuszonymi oczami ogromnych reflektorów. Ale jego silnik? Pod szkaradną powłoką krył się silnik o tak wielkiej mocy, że potrafiłem rozwinąć szybkość ponad 200 kilometrów na godzinę.

Ferrari 410 to wozy turystyczno-wyścigowe najwyższej klasy, produkowane wyłącznie na indywidualne zamówienie. Cóż z tego, że piękna karoseria tego wspaniałego wozu została rozbita i zastąpiła ją brzydka, wykonana przez wuja? Wóz jeździł tak jak dawniej, był chyba najszybszym samochodem, jaki spotkać można na polskich szosach. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że mój samochód mógł budzić różne skojarzenia, ponure i humorystyczne, ale na pewno nie przypominał karawanu. Dlatego panna Basia nie wydała mi się godna, aby wysłuchać historii o wujku Gromille. A tym bardziej nie uważałem za stosowne zdradzać jej zalet wehikułu.

W zupełnym więc milczeniu siedzieliśmy w wozie, oczekując młodzieńca nazwiskiem Bigos. Ale minęło dziesięć minut, piętnaście, potem dwadzieścia — młodzian nie zjawiał się.

— Obawiam się, że pani kolega dziś się nie zmaterializuje — powiedziałem ze złością. — Pora ruszyć w drogę. Do Janówki jest dość daleko.

— O nie, on przyjdzie. Bardzo nie lubi chodzić piechotą.

Wiadomość o tych pięciu kilometrach od stacji bardzo go zachęciła do jazdy samochodem. Zaczekajmy jeszcze chwilę. On, proszę pana...

— Kustosza. I magistra — wpadłem jej w zdanie. — Bardzo lubię, gdy się mnie odpowiednio tytułuje. Wprawdzie muzeum jeszcze nie mamy, ale ja otrzymałem stanowisko kustosza i mam prawo do tego tytułu.

Aż zaniemówiła. Wiem, co pomyślała: „Pyszałek, dureń! Straszne będziemy mieli życie pod jego kierownictwem".

Po chwili ochłonęła i dokończyła zdanie:

— Kolega Bigos zawsze się spóźnia. Na wykłady też się spóźniał.

Cichuteńko gwizdnąłem przez zęby. A potem warknąłem:

— Już ja go nauczę punktualności. Jeszcze dziś wypiszę listę obecności i będę w niej odnotowywał każde spóźnienie.

— O Boże! jęknęła. — Lista obecności w tak małym, trzyosobowym zespole? Wydawało mi się...

— Co się pani wydawało?

— Powinniśmy darzyć się większym zaufaniem.

— Chciała pani powiedzieć, że powinniśmy tworzyć zgrany i miły zespół, co? Tere—fere—kuku! Nie ze mną takie numery, panno Wierzchoń. Jedno wiem: trzeba podwładnych trzymać w ryzach. Wtedy można coś w życiu osiągnąć. A jak się jeszcze do tego ma znajomości i plecy...

Nie dokończyłem. Do wehikułu zbliżył się kolega Bigos. W lewej ręce miał niewielką walizeczkę, w prawej troskliwie niósł dużą, czerwoną gitarę. O dziwo, mój wehikuł nie wywołał u niego ani uczucia grozy, ani śmiechu. Trącił czubkiem buta oponę na kole i rzekł z miną człowieka, którego nic nie jest w stanie zadziwić:

— Zabawny wozik. Byle się toczył...

Zjednało mi to do niego odrobinę sympatii. Nawet nie oburzyłem się za spóźnienie. Dopiero potem dymyśliłem się, że ta jego postawa wynikała z właściwej mu nonszalancji. Kolega Bigos pozował na człowieka, który zjadł wszystkie rozumy, wszystko przeżył i niczym mu nie można zaimponować.

Walizkę rzucił na tylne siedzenie, obok Baśki, a sam usiadł przy mnie. Czerwoną gitarę położył sobie na kolanach, jakby się obawiał, że rozstanie się z nią, choćby na okres podróży, przysporzy mu niewymownych cierpień.

Ruszyliśmy. Prowadząc wóz po ulicach Warszawy, uprzejmie zapytałem młodzieńca:

— A pan, panie kolego, dlaczego studiował pan historię sztuki? Czy nie lepiej było wstąpić do „Czerwono-Czarnych" albo zgoła do różowych w kropki pomarańczowe? Czy pan sądzi, że pańskie umiejętności muzyczne okażą się przydatne przy organizowaniu muzeum w Janówce?

— Pan nie lubi muzyki? — zdziwił się kolega Bigos.

— Lubię. Nawet big-beat. Ale wolałbym widzieć w panu przyszłego pracownika naukowego.

— Jedno drugiemu nie przeszkadza — lekceważąco machnął ręką kolega Bigos. A potem dodał ni stąd, ni zowąd: — Grunt się nie przejmować i mieć wygodne buty.

— A pani? — zwróciłem się do koleżanki Wierzchoń. — Pani zapewne tańczy albo śpiewa á la Kasia Sobczyk? Wydaje mi się, że zamiast muzeum zorganizujemy zespół pod nazwą „Wyjce ze Strasznego Dworu".

Basia wzruszyła ramionami:

— Nie śpiewam, ale tańczę...

— Ona była na uczelni straszliwym kujonem. Pracuj, pracuj, a garb ci wyrośnie, tak jej zawsze mówiliśmy.

— I wyrósł? — spytałem.

— Trochę się garbi — z tryumfem stwierdził kolega Bigos.

— Nieprawda — oburzyła się koleżanka Wierzchoń. — Każdemu wolno mieć swoje ambicje.

— A pewnie — zgodziłem się. — Ja też mam swoje ambicje. Dziś jestem jeszcze kustoszem w Janowce, a jutro albo pojutrze... w Warszawie.

Potraktowali poważnie moje słowa. Odpowiadały ich wyobrażeniu, które się w ich głowach zrodziło, zanim mnie jeszcze zobaczyli i poznali.

— A ja chciałabym być taka jak ów słynny pan Tomasz — nagle palnęła koleżanka Wierzchoń.

— Jaki „pan Tomasz"? — zdumiałem się. — Ja też jestem Tomasz, ale nie słyszałem, abym był sławny.

Odpowiedziała niemal pogardliwie:

— Nie dziwię się, że pan o nim nie słyszał. Tacy ludzie jak on na pewno pana nie interesują. Jest skromnym pracownikiem, ani myśli robić karierę administracyjną. Opowiadała mi o nim jedna z moich koleżanek. To niezwykły człowiek. Zajmuje się przede wszystkim rozwiązywaniem zagadek historycznych, poszukiwał zaginionych zbiorów. I wiele z nich odnalazł. A przy sposobności przeżył mnóstwo ciekawych przygód.

Chciało mi się śmiać, lecz powiedziałem z ironią:

— Nie słyszałem o takim geniuszu...

— Bo on swoją działalnością się nie chełpi. Ale on, proszę pana, rozwikłał zagadkę tajemniczych szachownic na kościołach nad Odrą, odkrył część skarbów zakonu templariuszy, odnalazł zbiory dziedzica Dunina, złoty dukat Łokietka. Lecz nie szuka rozgłosu, nie robi kariery. Jak inni — dorzuciła w moją stronę.

— I pani chce być takim Tomaszem w spódnicy — stwierdziłem.

— A tak.

— Obawiam się, że w dworku Czerskiego nie znajdzie pani pola do działalności. Będzie pani wstawać o siódmej rano, pitrasić śniadanko i potem aż do czwartej inwentaryzacja zbiorów. Najnudniejsze zajęcie pod słońcem. Wieczór nadchodzi teraz bardzo szybko, nie będzie pani miała dokąd pójść, tylko siąść i płakać. Albo słuchać gitary kolegi Bigosa, co chyba na jedno wychodzi.

Wzruszyła ramionami.

— Nie można powiedzieć, aby pan nas napawał optymizmem.

A kolega Bigos jęknął:

— Najgorsze to wczesne wstawanie...

Powróciłem do sprawy Tomasza:

— A tego zapoznanego geniusza pani kiedyś widziała? Wie pani, jak on wygląda?

— Słyszałam, że jest dość przystojny.

Z zadowoleniem zerknąłem do lusterka nad przednią szybą.

— A ja? — spytałem. — Jak wyglądam?

— Tak, jak i pański samochód — burknęła.

Kolega Bigos ozwał się pojednawczo:

— À propos pańskiego samochodu. Czy nie możemy pojechać nieco szybciej? Uwielbiam szybką jazdę. Stówą, panie...

— Kustosz — dodała szybko i złośliwie panna Wierzchoń.

— Stówą, panie kustosz — podchwycił Bigos.

— Nie, nie! — krzyknęła koleżanka Wierzchoń. — Bo ten karawan się rozleci.

Znowu zmroziła mnie ta wzmianka o karawanie. „Głupia gęś" — pomyślałem jeszcze raz.

Do tej pory jechaliśmy przez zatłoczone ulice Warszawy, więc z konieczności nie mogłem rozwinąć większej szybkości. Znaleźliśmy się już jednak za miastem i chciałem właśnie przycisnąć pedał gazu. Ale zmieniłem zamiar. Nawet nieco zwolniłem szybkość. Odtąd wyprzedzały nas wszystkie samochody i motocykle. Nawet motorower, bzyczący jak zła mucha, wysforował się przed nas, co bardzo oburzyło kolegę Bigosa. Spojrzał na deskę rozdzielczą wehikułu, zauważył w niej dwa zegary — szybkościomierze i inne przedziwne urządzenia wmontowane przez wujka Gromiłłę.

— Kabinę ma pan jak w odrzutowcu, a jedzie pan czterdziestką — rzekł z dezaprobatą. — Stówą, panie kustosz, stówą...

Jechaliśmy jednak wciąż czterdziestką. Aż i mnie to w końcu zmęczyło. A zresztą, do Janówki było ponad dwieście kilometrów. Należało trochę przyśpieszyć, jeśli chcieliśmy przybyć tam przed nocą. I gdy kolega Bigos zadrzemał znudzony monotonią tak wolnego tempa podróży, docisnąłem pedał.

Nagle usłyszałem za sobą głos koleżanki Wierzchoń:

— Ten pan Tomasz, o którym panu opowiadałam, posiada bardzo szybki i sprawny samochód. Dlatego zowią go „Pan Samochodzik". Potrafi jechać z szybkością dwustu kilometrów na godzinę. Wyobrażam sobie, jaką on ma piękną maszynę.

Zwolniłem pedał gazu i znowu wlokłem się czterdziestką.

Była bardzo ciemna listopadowa noc, zimny wiatr przenikał nas chłodem. Rozkołysane stare drzewa w ogromnym parku szumiały jak wzburzone czarne jezioro.

Na frontowych drzwiach dworu rozdarłem kartki z pieczęciami i weszliśmy do przepaścistej sieni. Odnalazłem kontakt elektryczny i zapaliłem światło. Potem zwiedziliśmy kilka pokojów na parterze i zajrzeliśmy na piętro. Dwór wydawał się nam strasznie zagracony, na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem w nim zbyt cennych zabytków.

Panna Wierzchoń poziewywała dyskretnie, ja także czułem się zmęczony podróżą. Kolega Bigos od czasu do czasu wspierał się o ścianę i zamykał oczy.

— Co panu? — zapytałem.

— Zapadam w letarg, panie kustoszu. Taką mam dolegliwość od dzieciństwa. Letarg. Czuję, że z powodu tej choroby jutro zapewne spóźnię się do pracy.

We dworze znajdowała się wielka kuchnia, ale nikomu z nas nie chciało się przyrządzać kolacji. Woleliśmy iść spać na głodnego.

— Panna Wierzchoń będzie mieszkać w pokoju zielonym — zdecydowałem, kierując się kolorem obić na meblach — kolega Bigos weźmie sobie pokój żółty, a ja czerwony.

Były to trzy sąsiadujące ze sobą pokoje, do których wchodziło się z wąskiego korytarza, ciągnącego się wzdłuż frontowej ściany i prowadzącego do pomieszczeń gospodarczych, to znaczy do kuchni i spiżarni. Okna wychodziły na ogród. W każdym z tych pokojów znajdowały się kanapa albo szezlong do spania. Wyjąłem z samochodu śpiwór i dwa wełniane koce, które zawsze wożę. Panna Wierzchoń przezornie zabrała ze sobą kołdrę i poduszkę. Koce więc oddałem koledze gitarzyście, bo zapewne sądził, że we dworze czeka na niego wygodne łóżko ze wspaniałą puchową pościelą.

Powiedzieliśmy sobie „dobranoc" i rozeszliśmy się do swoich pokojów. Trząsłem się z zimna, we dworze nie było centralnego ogrzewania, tylko piece kaflowe i kominki. Nikt nie napalił na nasz przyjazd, bo przecież to my mieliśmy tu wnieść nowe życie. Rozłożyłem śpiwór na renesansowej kanapce i natychmiast się do niego wsunąłem. Jutro czekało nas solidne sprzątanie, bo wszędzie zalegała gruba warstwa kurzu. Pan Czerski — o ile zdążyłem się zorientować — korzystał w gruncie rzeczy tylko z dwóch pokojów na piętrze, tuż przy bibliotece.

Zasypiając układałem plan pracy na dzień następny. A więc po pierwsze: sprzątanie i organizowanie pobytu w Janówce. Po drugie: dokładne zwiedzenie dworu i pobieżna orientacja w zbiorach Czerskiego. To byłoby dużo jak na jeden dzień. I z tą myślą zasnąłem, ukołysany jednostajnym szmerem drzew, który dolatywał przez zamknięte okiennice.

Zbudził mnie dźwięk podobny do skrobania myszy. A potem usłyszałem nad swoją głową głośne stąpnięcie. Minęła długa chwila i do mych uszu doszedł odgłos kroków.

W starym dworze było nas tylko troje. Bigos i Wierzchoń spali na parterze w pokojach sąsiadujących z moim. A jednak coś działo się na górze. W bibliotece lub w tych dwóch pokojach, gdzie kiedyś mieszkał Czerski.

Zerknąłem na fosforyzujące wskazówki zegarka: właśnie minęła północ. I znowu usłyszałem głośne stąpnięcie, a później kroki w dość dziwnym rytmie. Najpierw trzy kroki i cisza. Znowu trzy kroki i cisza. Znowu trzy...

Wyskoczyłem ze śpiwora. Chwyciłem elektryczną latarkę i wybiegłem do sieni. Wspiąłem się po drewnianych schodach, wyłożonych pogryzionym przez myszy dywanem. Na podeście zamajaczyła w świetle latarki jakaś okropna twarz. Przeraziłem się, dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że stoi tam duża rzeźba, nawet dość ładna, tylko błysk latarki wykrzywił jej rysy.

Gdy mijałem podest, wydało mi się, że usłyszałem skrzyp drzwi. Wpadłem do biblioteki, ale minęła dłuższa chwila zanim znalazłem kontakt elektryczny. W tym czasie z sąsiednich pokojów znowu doszedł mnie skrzyp drzwi. Przekręciłem kontakt i stwierdziłem, że w bibliotece nie ma nikogo. Tylko głębokie cienie czaiły się w ogromnych fotelach przy kominku.

Przeszedłem do gabinetu Czerskiego, a później do jego sypialni. Drzwi z sypialni na korytarz zastałem uchylone. „Czyżbym ich nie zamknął?" — zastanawiałem się.

Uchyliłem je szerzej i wtedy coś miękkiego spadło mi na głowę, owinęło się wokoło niej i zaczęło mnie dusić. „Ratunku!" — krzyknąłem, ale głos mój został stłumiony przez miękką materię.

Zdarłem ją z siebie jednym silnym ruchem. Stałem na korytarzu w otwartych drzwiach, w dłoni trzymałem jakiś duży kawał draperii. Obok mnie nie było nikogo, również i korytarz wydał mi się zupełnie pusty. „Kto na mnie rzucił tę szmatę?" — zapytałem siebie.

Obejrzałem górną krawędź drzwi i znalazłem na niej kilka nitek draperii. Wywnioskowałem, że była uczepiona do framugi. Gdy uchyliłem drzwi, materia się naprężyła, a ponieważ została dość lekko umocowana, natychmiast spadła mi na głowę.

Czy ktoś zrobił to specjalnie?

Na parterze szczęknęła klamka, otworzyły się drzwi.

— Panie kustoszu, panie kustoszu! Coś się tam dzieje na górze... — przestraszony głos panny Wierzchoń wypełnił sień.

— Jestem właśnie na górze — odpowiedziałem i zacząłem schodzić na dół.

Panna Wierzchoń w różowej pidżamie stała w sieni i patrzyła na mnie z odrobiną niepokoju:

— Co się stało, panie kustoszu? Czy, broń Boże, nie jest pan lunatykiem?

— Gdzie jest kolega Bigos? — burknąłem.

— Nie wiem. To znaczy wiem. Pewnie śpi. To znaczy, jest pogrążony w letargu.

Zapukałem do jego pokoju, ale nikt się nie odezwał. Panowała tam cisza.

— No, zdaje się, że rozumiem... — mruknąłem.

— Czy coś się stało? — dopytywała się panna Wierzchoń.

— Ktoś się zabawiał w ducha. Słyszałem na górze kroki. W bibliotece i w gabinecie Czerskiego.

— I pan myśli, że to Bigos?

— Ktoś zastawił na mnie głupią pułapkę. Draperia spadła mi na głowę.

— Co? Spadła panu na głowę? — koleżanka Wierzchoń z trudem hamowała śmiech. Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła głośno: — O, rany, wyobrażam sobie, jak pan zabawnie wyglądał, miotając się w takiej draperii.

Walnąłem pięścią w drzwi pokoju Bigosa.

— Wiem, kto jest tym kawalarzem. Gdzie jest kolega Bigos? Uciekł z biblioteki i na pewno krąży gdzieś na górnym piętrze. Albo schował się na strychu.

Barbara Wierzchoń przestała się śmiać. Zrobiła obrażoną minę:

— Dlaczego pan podejrzewa Bigosa? On śpi, czyli znajduje się w letargu. Nie obudzi go pan pukaniem ani nawet waleniem w drzwi. Chyba że go pan walnie pięścią w głowę.

Nacisnąłem klamkę i wszedłem do pokoju Bigosa. Zapaliłem światło.

Bigos leżał na szezlongu przykryty kocami. Dłonie miał złożone na piersiach, usta szeroko otwarte. Wyglądał jak martwy, a jednak żył i chrapał.

— No, widzi pan? On zapadł w letarg. Niesłusznie go pan oskarżył. Wnioskuję z tego, że ma pan o nas jak najgorsze wyobrażenie. I co się tu tylko stanie złego, pan nam przypisze.

— Przepraszam — wybąkałem. — I dobranoc pani.

— A duch? Pozostawi go pan na górze? Może należy go poszukać?

— Goście z zaświatów to nie moja specjalność — odrzekłem i pomaszerowałem do swego pokoju.

Włażąc do śpiwora słyszałem, jak wiatr łomocze i napiera na okiennice. Pomyślałem: „Gdy ja szedłem po schodach na górę, oni mogli być w bibliotece i zawieszali draperię nad drzwiami. Gdy ja wszedłem do biblioteki, oni uciekli do gabinetu Czerskiego, a potem przez jego sypialnię wymknęli się z powrotem na korytarz. Ja szamotałem się z draperią, gdy oni znajdowali się już na dole, w swoich pokojach".

Długo nie mogłem zasnąć. Leżałem i nasłuchiwałem szmerów.

Czy nocowaliście kiedyś w starym domu? Takie budowle podobne są do dziwnych istot, które w dzień wydają się martwe, a nocą zaczynają żyć swoim własnym życiem. Gdy na dworze jest silny wiatr, wówczas stary dom pełen jest przedziwnych szmerów, trzasków, pisków. Trzeszczą drewniane podłogi, coś puka lub skrobie w meblach, czasem zaszeleści odrobina tynku osypującego się po ścianie, ponuro wyje wiatr w kominie, stukają okiennice.

Nasłuchiwałem tych odgłosów i po jakimś czasie moja podejrzliwość wobec Barbary Wierzchoń i Bigosa znacznie osłabła. Kto wie, czy w tamtej chwili nie uległem złudzeniu, zwykłe szmery i szelesty wydały mi się tajemniczymi krokami? Z tą draperią też mógł być przypadek. Wisiała nad drzwiami i nagle urwała się.

Albowiem w duchy nie wierzę.

Więcej książek

Zbigniewa Nienackiego

znajdziesz na stronie

www.nienacki.pl

Wydanie I

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–036–3-demo