Pan Samochodzik. Pan Samochodzik i człowiek z UFO - Zbigniew Nienacki - ebook + audiobook
Opis

Pan Samochodzik wyrusza na międzynarodowy kongres do Bogoty. Nie spodziewa się, że przyjdzie mu rozwikłać zagadkę kradzieży z Muzeum Złota oraz tajemniczego blondyna, który twierdzi, że przybył z przyszłości. Czy to prawdziwy kosmita?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 41 min

Lektor: Zbigniew Nienacki

Popularność


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i człowiek z UFO

Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i człowiek z UFO

Wydanie I

Próbka

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Artur Marcin Laskowski, Marcin Nowak

Skład i łamanie • Artur Marcin Laskowski

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

info@libernovus.pl

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–052–3-demo

Liber Novus 2012

PROLOG

Zdarzyło się to miesiąc przed moim służbowym wyjazdem do stolicy Kolumbii, Bogoty. Pracowałem wtedy bardzo intensywnie, przygotowując materiały do referatu, jaki w Bogocie na międzynarodowym kongresie, poświęconym sprawie ochrony muzeów przed coraz liczniejszymi włamaniami, miał wygłosić mój bezpośredni zwierzchnik, Marczak, dyrektor Centralnego Zarządu Muzeów w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Tezy naszego referatu były następujące: na całym świecie mnożą się kradzieże dzieł sztuki i w związku z tym muzea bogatych krajów coraz bardziej udoskonalają systemy zabezpieczające zbiory przed złodziejami. Są to systemy niezwykle kosztowne, wyposażone w skomplikowane aparatury elektroniczne. Biedniejszych państw nie stać na ich zastosowanie. A zresztą, jak wynikało z faktów, które skrzętnie odnotowywałem, doskonaleniu systemów zabezpieczających towarzyszyło zawsze doskonalenie sposobów włamań i kradzieży. Świat był więc widownią swoistej eskalacji: coraz droższe urządzenia zabezpieczające i coraz sprytniejsze sposoby ich unieszkodliwiania. Jak długo miała trwać ta eskalacja?

Stwierdziliśmy w naszym referacie, że indywidualni złodzieje dzieł sztuki należą już do przeszłości, zamiast nich powstały ogromne, międzynarodowe gangi przestępcze. Tym właśnie gangom powinno się przeciwstawiać nie coraz lepsze środki zabezpieczające, ale międzynarodową organizację dla zwalczania gangów, złożoną z rozmaitych specjalistów do walki z kradzieżami dzieł sztuki. Tylko powstanie takiej organizacji mogło — naszym zdaniem — położyć tamę narastającej fali włamań i kradzieży do muzeów. Albowiem dane statystyczne na ten temat były po prostu przerażające. W ciągu minionych czterech lat na całym świecie skradziono czterdzieści dwa tysiące dzieł sztuki o łącznej wartości trzydziestu milionów dolarów. Codziennie łupem złodziei padało średnio od czterystu pięćdziesięciu do pięciuset takich dzieł...

Pewnego dnia, gdy mozoliłem się nad doborem najwłaściwszych słów dla zobrazowania tych zagadnień, do mojego pokoju w Ministerstwie wniesiono nagle drugie biurko. W ślad za nim zjawiła się dziwna osoba. Z początku nie wiedziałem, czy to kobieta, czy mężczyzna, bo miała krótko przycięte włosy, zmierzwione i przypominające ptasie gniazdo. Nosiła ta osoba spodnie i coś w rodzaju luźnej, wełnianej tuniki zrobionej na drutach, podobnej do worka na pszenicę. Na jej szyi wisiał przedziwny naszyjnik — na grubym łańcuszku kołysały się drewniane klocki zupełnie takie same, jakimi kiedyś bawiłem się w przedszkolu. Ile ta osoba mogła mieć lat? — dwadzieścia osiem? czterdzieści? sześćdziesiąt? Tak na dobrą sprawę widziałem tylko jasną cerę policzków, mocno zaciśnięte usta oraz wyraźnie zarysowany podbródek bez zarostu.

— Czego pan lub pani sobie życzy? — zwróciłem się do niej uprzejmie.

— To pan o mnie nic nie wie? — zdumiała się owa osoba głosem kobiecym i miłym dla ucha. — Jestem Florentyna, pańska sekretarka.

Przerażenie odebrało mi głos. Przypomniałem sobie kłopoty, jakie przeżyłem z poprzednią sekretarką, panną Moniką. Wówczas to Marczak zgodził się, żebym sam sobie wynalazł odpowiedniego współpracownika, niekoniecznie zresztą kobietę. A oto teraz przysłano bez mojej wiedzy jakąś pannę Florentynę, dziwną osobę z klockami na szyi.

Bez słowa wyszedłem z pokoju i udałem się do swego zwierzchnika.

Marczak unikał mego spojrzenia. Coś tam chrząkał, pomrukiwał, przesuwał papiery na biurku, a potem zerknąwszy w okno oświadczył urzędowym tonem:

— Dwa lata w pańskim dziale był blokowany wolny etat. Od dwóch lat obiecywał pan, że wynajdzie sobie sekretarkę i nic z tego nie wyszło. Nie stać nas na taką rozrzutność, panie Tomaszu. Proszę się więc nie dziwić, że w tych dniach minister raczył się osobiście zainteresować tą sprawą i musieliśmy przyjąć pannę Florentynę.

— Kim ona jest? — zapytałem grzecznie.

Marczak bezradnie rozłożył ręce.

— Nie wiem, panie Tomaszu. Minister wezwał mnie do siebie i powiedział jak do przyjaciela: „Prowadzisz ożywioną korespondencję z muzeami na całym świecie, wyjeżdżasz wkrótce do Bogoty, aby wygłosić referat. Panna Florentyna zna doskonale dziesięć języków. Taka osoba będzie ci bardzo potrzebna, choćby z tego względu, że referat należy przełożyć na kilka języków”. Odrzekłem ministrowi, że mogą to zrobić wynajęci tłumacze. Ale on znowu rzekł do mnie jak do przyjaciela: „Ta pani pracowała najpierw w Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego, ale z jakichś tajemniczych względów wkrótce jej wymówiono. Potem zatrudniono ją w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niestety, jest osobą pozbawioną jakichkolwiek umiejętności dyplomatycznych i narobiła im mnóstwo kłopotów. Zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw Zagranicznych (a wiesz, że musimy się z nimi liczyć) i poprosili, abym znalazł dla niej u nas jakąś pracę”.

— Nie uznaję protekcji — oświadczyłem.

— Ja także, panie Tomaszu — przytaknął gorliwie Marczak. — Ale w tym wypadku musimy ustąpić. Nasz minister mnie o to poprosił, a jego poprosił inny minister. To jednak pana wina, że do tej pory nie znalazł pan sobie sekretarki.

— I co ja mam z nią zrobić? — westchnąłem.

— Nie wiem, panie Tomaszu — zakłopotał się szczerze Marczak. — Może weźmiemy ją ze sobą do Bogoty, przyda się nam jako tłumacz w rozmowach z muzealnikami innych krajów. Nasz referat też przełoży na dziesięć języków.

Z ciężkim sercem wróciłem do swojego pokoju, gdzie zastałem pannę Florentynę, siedzącą za wniesionym niedawno biurkiem i przeglądającą jakieś zagraniczne czasopismo.

Połowa referatu na kongres w Bogocie była już gotowa. Wręczyłem go jej i poleciłem, aby przetłumaczyła na dziesięć języków.

— Przepraszam panią, ale jakie języki pani zna? — zapytałem.

— Angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, rosyjski, holenderski, grecki, duński. Mogę także dość swobodnie rozmawiać po japońsku, w języku suahili oraz papiamento.

— Papiamento? — pomyślałem, że żartuje sobie ze mnie.

Lecz ona odparła z powagą:

— Papiamento jest językiem używanym przez ludność zamieszkującą Antyle Holenderskie. To mieszanina holenderskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, francuskiego oraz języków afrykańskich. Znam również trochę...

— Nie, nie, dosyć — oświadczyłem błagalnie.

Od tej chwili przez prawie dwa tygodnie nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem w żadnym języku, nawet po polsku. Z początku próbowałem do niej zagadnąć, pytałem o to i owo, ale zbywała mnie półsłówkami albo po prostu monosylabami. Zresztą tak naprawdę nie mieliśmy wspólnego tematu do rozmowy. Ona znała dziesięć języków, ja natomiast byłem detektywem. Mnie interesowali złodzieje dzieł sztuki i włamania do muzeów. Ona sprawiała wrażenie osoby zajętej jakimiś własnymi wewnętrznymi troskami i po prostu ograniczała się do wykonywania tego, co jej zleciłem.

Aż wreszcie po dwóch tygodniach usłyszałem znowu głos Florentyny. Przeglądała właśnie tygodnik włoski „Epoca” i nagle wykrzyknęła z największym entuzjazmem:

— Niech pan sobie wyobrazi, że, jak mówią dane statystyczne, do roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego bardzo dużo Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, czyli Unidentified Flying Objects, zwanych w skrócie UFO ukazywało się właśnie nad Kolumbią.

— I co z tego?

— Przecież mam z panami wyjechać do Bogoty. Ach, jakie to będzie cudowne, jeśli uda mi się tam porozmawiać z kimś, kto widział UFO.

— Panią interesują podobne sprawy?

— Ja po prostu żyję nimi dzień i noc — wykrzyknęła niemal z dzikim entuzjazmem. — Przeczytałam wszystko, co napisano o UFO i UFO-ludkach. Koresponduję z największymi znawcami tego zagadnienia oraz z dziesiątkami ludzi w różnych krajach, którzy widzieli UFO, a nawet kontaktowali się z UFO-ludkami. Znajomość wielu języków jest w tym niezwykle przydatna.

— O tak, oczywiście — przytaknąłem ze zrozumieniem. — Przepraszam za niedyskretne pytanie: pani jest mężatką? ma pani dzieci?

Florentyna zarumieniła się lekko i odparła z niechęcią:

— Nie wyszłam za mąż i mieszkam z mamusią. Kobieta ogarnięta pasją naukową nie może tracić czasu na głupie randki z mężczyznami. Dzieci też, oczywiście, nie posiadam.

— Wszystko jasne — kiwnąłem głową. — Tak więc UFO to pani jedyna namiętność. Z jej powodu wędruje pani od jednej instytucji do drugiej, nigdzie długo nie zagrzewając miejsca. Niestety, muszę panią poinformować, że i ja w żadne UFO nie wierzę. Uważam tę sprawę za wymysł pseudonaukowców i fantastów. Jeśli pragnie pani pracować w moim dziale, to proszę nigdy przy mnie nie mówić o UFO, UFO-ludkach i tym podobnych historiach.

W odpowiedzi usłyszałem ciche:

— Zgadzam się, panie kierowniku...

A kiedy zerknąłem w jej stronę, zauważyłem, że odsunęła nieco kępkę kosmyków zasłaniających jej czoło i oczy. W tych oczach — o dziwo, bardzo dużych i bardzo ładnych — ujrzałem łzy. A choć ostrzegano mnie już wiele razy, iż łzy stanowią broń najczęściej używaną przez kobiety, poczułem głęboką skruchę, zrobiło mi się bardzo przykro i oświadczyłem łagodnie:

— Nie jestem kierownikiem tyranem. Przysięgam, że na wiele może pani sobie pozwolić. Postaram się tolerować pani ewentualne wychodzenie po zakupy w godzinach pracy, a nawet jeśli najdzie panią ochota, aby zatańczyć na własnym biurku, nie powiem złego słowa. Ale o jedno naprawdę błagam: ani słowa o UFO.

Zrozumiała. I odtąd znowu niewiele ze sobą rozmawialiśmy. Aż wreszcie przyszedł dzień naszego odlotu do Bogoty i znaleźliśmy się w trójkę na międzynarodowym lotnisku na Okęciu. Dyrektora Marczaka i mnie celnicy przepuścili do samolotu po pobieżnym tylko sprawdzeniu bagaży. Natomiast pannę Florentynę spotkała z ich strony wielka podejrzliwość. Zaprowadzili ją do specjalnego pomieszczenia, gdzie została poddana osobistej rewizji. Na szczęście panna Florentyna nie posiadała rzeczy zakazanych do wywozu i po jakimś czasie wraz z nami znalazła się w samolocie.

— Niech się pani nie martwi, bo to się niekiedy zdarza — pocieszył ją dyrektor Marczak.

— To mój przepiękny, nowoczesny naszyjnik wzbudził zainteresowanie celników — oświadczyła panna Florentyna. — Zbadali dokładnie wszystkie klocki podejrzewając, że zawierają schowki, w których kryją się jakieś nie oclone towary.

A ja poczułem raptem strach na myśl, że z tak dziwacznie ubraną osobą będę musiał reprezentować nasz kraj za granicą. Dlatego zapytałem złośliwie:

— A pani tunika? Czy ona nie wzbudziła podejrzeń celników? Nie sądzi pani, że ta tunika trochę przypomina worek na pszenicę? O ile wiem, nie ma w naszym kraju zakazu wywozu worków na pszenicę. A jednak, jeśli ktoś wywozi taki worek...

— Stop — odezwała się ostro, czerwona ze złości panna Florentyna. — Pan nie ma gustu i nie zna się na nowoczesnej modzie. Tę tunikę sama zrobiłam szydełkiem, a mój naszyjnik wszystkim się podoba. Tak, tak, zauważyłam, że jest coś we mnie, co budzi pańską niechęć. Teraz wiem co: mój zbyt elegancki wygląd.

To powiedziawszy, panna Florentyna zajęła w samolocie fotel obok mnie i w ten sposób, niemal ramię w ramię, ale w milczeniu, odlecieliśmy do Bogoty.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ZASKAKUJĄCE WYDARZENIE W BOGOCIE • KTO STRACIŁ GŁOWĘ, A KTO JĄ TRZYMAŁ WYSOKO • ROZPACZ DYREKTORA MARCZAKA • FLORENTYNA TRAFIA NA UFO-LOGÓW • NA CO CHCIAŁEM POŻYCZYĆ PIENIĄDZE • DOBROĆ FLORENTYNY • PIĘKNA MULATKA • CO KRYŁA CZARNA TOREBKA • JAK ZOSTAŁEM NAZWANY „EL SENOR COCHECITO” • CZUJNOŚĆ FLORENTYNY

Był to chyba największy skandal, jaki w ostatnim czasie zdarzył się w historii muzealnictwa. Wszystkie światowe gazety pisały o nim na pierwszych stronach — nie szczędząc ironii, szyderstwa, a także wyrazów oburzenia i przestrogi. Po tygodniu informacje o owym skandalu zeszły na dalsze strony, ale nawet najskromniejsza notatka w tej sprawie zawsze zawierała odrobinę szyderstwa, i to pod adresem muzealników, których i ja jestem przedstawicielem. Czytając gazety, ludzie śmieli się z nas w tramwajach, metrach, kawiarniach i prywatnych mieszkaniach. Muzealnicy stali się obiektem dowcipów opowiadanych sobie na przyjęciach. Pewna wielka firma o światowej renomie o mało nie została zrujnowana, kilkunastu starszych wiekiem muzealników skierowano na emerytury, wielu muzealnych detektywów, cieszących się dotąd zasłużoną sławą, poniosło szwank na honorze.

Skandal ów nastąpił podczas Międzynarodowego Zjazdu Muzealników, który odbywał się w Bogocie i poświęcony był sprawie zabezpieczenia muzeów przed coraz bardziej rozprzestrzeniającą się plagą włamań. Trzeciego dnia obrad, późnym wieczorem, gdy na mównicy w sali konferencyjnej hotelu Hilton znalazł się przedstawiciel firmy „Wilson and Company”, specjalizującej się w systemach alarmowych, na salę dotarła wiadomość, że przed półgodziną grupa zamaskowanych włamywaczy uśpiła strażników, sforsowała idealny system alarmowy firmy „Wilson and Company” i zrabowała najcenniejsze eksponaty z magazynów słynnego na całym świecie Muzeum Złota w Bogocie. Wiadomość tę przyniósł inspektor policji don Salazar Esponoza. Niespodziewanie wszedł na salę konferencyjną, wskoczył na podium, dość szorstkim gestem odsunął z mównicy przedstawiciela firmy „Wilson and Company” i podniesionym głosem, z żywą gestykulacją właściwą Latynosom, powiadomił nas o włamaniu i kradzieży.

Tego, co się potem stało na sali konferencyjnej, po prostu nie potrafię opisać. Przedstawiciel firmy „Wilson and Company” zemdlony osunął się na podłogę, muzealnicy — szacowni przecież i godni panowie — poderwali się ze swych miejsc i zasypali inspektora setkami pytań, co spowodowało, że można było ogłuchnąć od wrzasku. Na własne oczy widziałem, jak dyrektor Luwru szarpał sobie włosy na głowie, przerażony, że podobna historia może się zdarzyć również i w Paryżu, a dyrektor British Museum, chłodny Anglik z nieodłączną fajką w zębach, upuścił tę fajkę na ziemię i, co gorsza, sam ją potem przydeptał i złamał. Nie będzie przesady, jeśli stwierdzę, że wszyscy zachowali się tak, jak gdyby na chwilę potracili zmysły. Nie będzie przesady, jeśli dodam, że jedynie dwaj ludzie pozostali spokojni: dyrektor Marczak i ja, jego urzędnik do specjalnych poruczeń. Siedzieliśmy spokojnie właśnie dlatego, że wczoraj na tej samej sali konferencyjnej dyrektor Marczak wygłosił referat, w którym staraliśmy się przekonać zebranych muzealników z całego świata, że stosowanie coraz doskonalszych systemów alarmowych nie ma sensu, gdyż jednocześnie doskonalą się sposoby włamań. To, co się wydarzyło, potwierdziło naszą tezę.

Napisałem, że w ogólnej wrzawie i tumulcie tylko dyrektor Marczak i ja zachowaliśmy spokój. Był to jednak spokój pozorny. Dyrektor Marczak w latach swej młodości kilkakrotnie odwiedzał Amerykę Południową i wydał nawet książkę pt. „Sztuka prekolumbijska”, dlatego wiadomość o okradzeniu magazynów słynnego Muzeum Złota wstrząsnęła nim również mocno jak i innymi uczestnikami międzynarodowej konferencji. Ale Marczak wysoko cenił sobie godność dyrektorską i uważał, że nawet w najbardziej dramatycznej chwili powinien okazywać powściągliwość i spokój godny zwierzchnika Centralnego Zarządu Muzeów. Podobnie pozorny był i mój spokój, a przenikające moją duszę uczucie dumy nie pozbawione zostało domieszki goryczy, ponieważ nasz referat nie został wysłuchany z należytą uwagą. I trudno się temu dziwić, skoro na sali znajdowało się wielu przedstawicieli firm oferujących systemy alarmowe i sekretne zamki, które miały uczynić muzea niedostępnymi dla włamywaczy twierdzami.

Inspektor policji opuścił salę, czemu się nikt nie dziwił, bo przecież czekało go śledztwo w sprawie włamania i pościg za przestępcami. Na odchodnym obwieścił, że włamywacze wkrótce zostaną schwytani, a ich łup odzyskany, wątpię jednak, czy ktokolwiek wierzył w to optymistyczne zapewnienie. Po jego odejściu przewodniczący obrad uspokoił tumult na sali ogłaszając przerwę i zapowiadając na dzień jutrzejszy uroczyste zakończenie konferencji. Potem — zgodnie z uprzednim planem — wszyscy zaproszeni goście mieli odbyć wycieczkę do słynnego Parku Archeologicznego w San Augustin.

Uczestników konferencji zakwaterowano w hotelu Hilton, w którym się ona odbywała. Wjechaliśmy windą na czternaste piętro, gdzie dano nam dwom do dyspozycji luksusowy apartament, a pani Florentynie mały pokój. I tutaj dopiero daliśmy upust swoim prawdziwym odczuciom.

— To straszne, panie Tomaszu. To po prostu okropne — jęknął dyrektor Marczak zapadając się w niezwykle miękki fotel kryty skórą. — Muzeum Złota w Bogocie jest czymś zupełnie wyjątkowym. Posiada piętnaście tysięcy unikatowych wyrobów ze złota, pochodzących z epoki prekolumbijskiej, to jest ośmiokrotnie więcej niż wszystkie tego rodzaju zbiory na świecie. W tym muzeum znajduje się przebogata kolekcja szmaragdów kolumbijskich, a wśród nich największy na świecie nie oszlifowany szmaragd. Pal sześć zresztą szmaragdy! Najcenniejsze są wyroby starodawnej sztuki złotniczej. Nie wszystkie piętnaście tysięcy przepięknych wyrobów ze złota można było umieścić w gablotach muzealnych, co jakiś czas przecież trzeba zmienić ekspozycję. Ogromna ilość owych cudownych rzeczy pozostawała więc w magazynach. I pomyśleć, że padły one łupem złodziei. W tej sprawie nie ma co mówić o stracie wartości milionów dolarów, ponieważ są to zabytki o nieocenionej wartości, nie do odtworzenia, stanowiące wartość historyczną. Jeśli na domiar złego owi włamywacze po prostu przetopią te przedmioty w sztaby, ludzkość poniesie nieodwracalną stratę.

Dyrektor Marczak, zapewne powodowany rozpaczą, mówił do mnie jak do kogoś, kto pierwszy raz w życiu dowiedział się o istnieniu Muzeum Złota. A przecież nieobca mi była cudowna sztuka prekolumbijska. Swoje pierwsze kroki po przylocie do Bogoty skierowałem właśnie do Muzeum Złota, gdzie spędziłem prawie cały dzień. Słuchałem jednak Marczaka w milczeniu, nie przerywając, bo rozumiałem, jakie uczucia miotają tym nie tylko zasłużonym muzealnikiem (dla którego sięgnięcie ręką po zabytek było niemal świętokradztwem), ale i autorem książki o sztuce prekolumbijskiej.

— Trzeba coś zrobić, panie Tomaszu, aby uratować te skarby. Nie możemy tu tkwić bezczynnie. Powinniśmy działać, pomagać w schwytaniu przestępców — wołał zrozpaczony Marczak, a ja siedziałem bezradnie w fotelu i ćmiłem znakomite kolumbijskie cygaro.

Bo cóż mogliśmy uczynić dla sprawy odzyskania owych skarbów w obcym kraju, z garścią pesos w kieszeni, dostarczonych nam przez organizatorów konferencji? Za kilka dni, po obejrzeniu Parku Archeologicznego w San Augustin, mieliśmy odlecieć do kraju.

Marczak wołał do mnie, że trzeba działać, pomagać, robić coś, aby odzyskać zrabowane przedmioty, ale równie dobrze jak i ja wiedział, że nic uczynić nie możemy. Ta sprawa przerastała siły nie tylko nas dwóch, ale i dziesiątków innych muzealników, ba, nawet policji kolumbijskiej. Tylko zgromadzone siły całej światowej policji mogły dokonać cudu, schwytać włamywaczy i odebrać im zdobycz. Byliśmy bowiem pewni, że system alarmowy firmy „Wilson and Company” przełamać mogła tylko doskonale zorganizowana banda, wyposażona w najnowocześniejszą technikę. Być może już w tej chwili kilka helikopterów należących do bandy przewiozło zdobycz na statek stojący niedaleko brzegów Kolumbii. Wkrótce zaś zrabowane z Muzeum Złota skarby znajdą się w niedostępnej kryjówce. Po jakimś czasie złodzieje rozpoczną pertraktacje z szejkami naftowymi lub innymi miliarderami, aby ten i ów skradziony przedmiot odsprzedać po bajońskiej cenie.

W swoim czasie Marczak i ja stoczyliśmy zawziętą walkę z „Niewidzialnymi” — międzynarodowym gangiem złodziei dzieł sztuki. Udało nam się nawet schwytać ich przywódcę, niejakiego Marlona Mendozę. Po tym fakcie na krótko skończyły się włamania do światowych muzeów, zapewne owa banda szukała nowego przywódcy i organizatora. I chyba go znalazła, bo potem włamania zaczęły się od nowa, i to coraz bezczelniejsze. Tym bardziej że kradzieże dzieł sztuki stawały się zajęciem lukratywnym. A działo się tak dlatego, że jedynie dzieła sztuki nie tylko nie traciły nic na swej wartości w dobie ogólnej inflacji, ale przeciwnie, ich wartość rosła z roku na rok. Była to więc najlepsza lokata kapitału dla kogoś, kto miał dużo pieniędzy. Nietrudno więc zgadnąć, że posiadacze ogromnych fortun nabywali dzieła sztuki nawet od złodziei i trzymali je w sejfach, do których nikt nie miał dostępu.

W takiej sytuacji powstawały nowe gangi, starające się sprostać żądaniom bogaczy. Łupy swoje gangsterzy zbywali po wysokich cenach i ogromne sumy inwestowali w dalszy rozwój gangów, które stawały się jak gdyby ponadnarodowymi przedsiębiorstwami. Dysponowały setkami włamywaczy, a także specjalistami od wszelkiej innej roboty, nawet od zabijania. Gangsterzy kupowali myśli i wynalazki inżynierów, aby przełamać systemy alarmowe. Mieli do swej dyspozycji laboratoria, samoloty, statki, przekupywali celników i policjantów. Walka z taką organizacją gangsterską wymagała ogromnych środków finansowych, a tych, jak zwykle na szlachetne cele, brakowało.

O tym właśnie myślałem słuchając pełnych rozpaczy nawoływań dyrektora Marczaka. Czułem swoją bezradność i dlatego nawet nie zabierałem głosu. Milczałem i paliłem cygaro. W końcu i dyrektor Marczak uświadomił sobie naszą sytuację, także zamilkł i zamyślił się.

Nie wiem, jak długo siedzielibyśmy naprzeciw siebie w miękkich fotelach, każdy z nas pogrążony w niewesołych medytacjach, gdyby do naszych drzwi nie zapukała panna Florentyna. Zjawiła się ubrana w swoją straszliwą tunikę i miała jak zwykle na piersiach klockowaty naszyjnik. Ale jej czarne oczy błyszczały niezwykłą radością:

— Przepraszam pana, panie dyrektorze — zwróciła się do Marczaka dygając jak małe dziewczątko — bardzo przepraszam, że dziś po południu urwałam się z obrad konferencji. Poznałam tu jednak pewnego UFO-loga, a jak pan wie, sprawy UFO są mi najbliższe. Otóż ten UFO-log udowodnił mi na podstawie statystyki, że najwięcej latających spodków pokazywało się w Kolumbii nad górami Sierra Nevada de Santa Marta. Dlaczego właśnie tam? Czy to nie ciekawa sprawa? I czy panowie nie wiedzą, gdzie leżą góry Sierra Nevada de Santa Marta? Gdybym została tu trochę dłużej, ów UFO-log poznałby mnie z pewnym człowiekiem, prawdopodobnie jednak wariatem, ponieważ przebywa na terenie sanatorium dla nerwowo chorych. Otóż ten człowiek twierdzi, że jest z UFO...

— Do diabła z UFO — przerwał jej gwałtownie dyrektor Marczak. — Pani nie wypełnia swoich obowiązków. Powinna pani nam towarzyszyć na obradach, a tymczasem wymyka się pani z konferencji. Stała się rzecz straszna. Gdyby pani była wraz z nami, być może dzięki znajomości dziesięciu języków, dowiedziałaby się pani jakichś szczegółów dotyczących owej okropnej sprawy.

I dyrektor Marczak opowiedział pannie Florentynie o włamaniu do magazynów Muzeum Złota.

Oczy Florentyny straciły swój radosny blask.

— O mój Boże, pan ma rację! — szepnęła. — Zaniedbałam swoje obowiązki. Ale postaram się wszystko naprawić. Zresztą jest z nami pan Tomasz. Wiem, że on nie zna się na nowoczesnej modzie, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość: słynie jako znakomity detektyw. Słyszałam o tym od wielu ludzi i nawet czytałam o nim w zagranicznych gazetach.

Marczak pokiwał głową i rzekł ze smutkiem:

— Pan Tomasz jest rzeczywiście dobrym detektywem, ale i on tu nic nie może zdziałać. Jedyne co nam pozostaje, to położyć się spać. Jutro czeka nas zakończenie konferencji i wycieczka do Parku Archeologicznego w San Augustin.

Pochlebiała mi wiara panny Florentyny w moje umiejętności. A że lubimy ludzi, którzy mają o nas dobre zdanie, natychmiast pomyślałem, że być może panna Florentyna nie jest jednak najgorzej ubraną osobą na świecie i oprócz wad ma także zalety, a należy do nich obiektywizm.

Pogrzebałem w kieszeni marynarki i wyjąłem z niej garść pesos.

— Gdyby tak pan dyrektor pożyczył mi kilka pesos... — zaproponowałem nieśmiało.

— A na co one panu? Teraz, po nocy...

— Na dole jest bar czynny do trzeciej nad ranem. Myślę, że powinienem tam wypić kieliszek brandy.

— Co takiego? — szczerze oburzył się Marczak. — Przecież pan jest abstynentem. Zawsze stawiałem pana za wzór innym pracownikom.

Skruszony opuściłem głowę na piersi i wyjaśniłem:

— Ostatnio przeczytałem w pewnej powieści cieszącej się ogromnym powodzeniem u czytelników, że bohater, również detektyw, gdy tylko miał kłopoty, wypijał kieliszek brandy i potem na chwilę rozjaśniało mu się w głowie.

— I to za moje pesos? Za te kilka pesos, które zaoszczędziłem z naszych diet, żeby kupić pamiątkę z Kolumbii? Czy pańskie pesos na ten cel nie wystarczą? — spytał poirytowany dyrektor.

— Mieszkamy w hotelu Hilton — przypomniałem Marczakowi. — To najdroższy hotel w Bogocie. Obawiam się, że ceny w barze są odpowiednio wysokie. Co będzie, jeśli zamówię brandy i zabraknie mi pieniędzy? Chyba pan nie chce, abym naraził na szwank dobre imię Centralnego Zarządu Muzeów?

— Tak, tak, oczywiście. Przenigdy nie wolno nam się kompromitować — pośpiesznie zgodził się ze mną Marczak.

— Da mi więc pan kilka pesos?

Marczak zastanowił się.

— A może zamówi pan tylko wodę sodową? — zaproponował.

— Po wodzie sodowej nie rozjaśnia się w głowie...

Marczak ciężko westchnął, pogrzebał w kieszeni i wreszcie wręczył mi monetę — pięćdziesiąt centavos, coś w rodzaju pięćdziesięciu groszy. Czyniąc zaś ten wspaniałomyślny gest, nie omieszkał głośno zastanowić się:

— Nie jestem pewien, czy nie łamię przepisów. Nie dano nam tych skromnych diet na alkohol.

Nie pozostało mi nic innego, jak schować monetę do kieszeni i podziękować Marczakowi za jego szczodrość. Wstałem z fotela i w towarzystwie Florentyny opuściłem nasz apartament. Kilkanaście kroków szliśmy w milczeniu korytarzem, aż w pewnej chwili znaleźliśmy się tuż obok drzwi do jej pokoju. Wtedy delikatnie dotknęła mojego ramienia.

— Panie Tomaszu — szepnęła nieśmiało. — Chcę panu coś ofiarować.

To mówiąc włożyła klucz do zamka drzwi swego pokoju i otworzyła je na oścież.

Byłem zaskoczony. A cóż takiego chciała mi ofiarować panna Florentyna, otwierając przede mną drzwi? Lecz ona wbiegła do pokoju i po chwili wróciła z garścią pesos w dłoni.

— To, co dał panu dyrektor Marczak, nie wystarczy na kieliszek brandy — oświadczyła, skromnie kryjąc oczy za opuszczonymi powiekami. — Oszczędzałam na kupno jakiegoś drobiazgu, wiem jednak, że muszę się poświęcić dla sprawy.

— Nie mogę przyjąć od pani pieniędzy — odezwał się mój męski honor.

Monetę, którą mi wcisnęła, włożyłem z powrotem w jej dłoń i pobiegłem do windy.

Nie zamierzałem, rzecz jasna, raczyć się alkoholem. Po prostu, gdy siedziałem na górze naprzeciw Marczaka, przyszło mi na myśl, że nie tylko my dwaj, lecz także inni uczestnicy konferencji zapewne komentują wypadek włamania do Muzeum Złota. Muzealnikom zaś towarzyszą muzealni detektywi, a niektórzy z nich, podobnie jak bohater wspaniałej powieści, lubią odwiedzać bary, gdzie po kieliszku brandy rozjaśnia się im w głowie. Chciałem znaleźć się wśród nich, posłuchać rozmów i uwag, dowiedzieć się czegoś więcej o sprawie włamania. Garść pesos potrzebna mi była, aby dla zacieśnienia znajomości z kimś dobrze poinformowanym, zaproponować mu właśnie kieliszek brandy.

Po ogromnym hallu hotelowym spacerował tylko portier w liberii. Nie musiałem pytać go o drogę, gdyż czerwony neon nad schodami prowadzącymi do podziemi wyraźnie informował: „Coctail-bar”. Zszedłem po tych schodach do dość sporego pomieszczenia, gdzie w półmroku królował ogromny, półkolisty bufet z wysokimi stołkami, a ściana za barem przypominała witrynę sklepu z najdroższymi i najbardziej kolorowymi butelkami przeróżnych alkoholi. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, coctail-bar był pusty. A ściślej, prawie pusty. Na wysokim stołku siedziała samotnie młoda kobieta w wieczorowej, skąpej sukni na cienkich ramiączkach i sączyła przez słomkę jakiś coctail z wysokiej, cienkiej szklanki. Za barem urzędował barman w białej marynarce i z czarną muszką pod brodą — chyba Metys, bo miał oliwkową cerę, wystające kości policzkowe i nieprzeniknioną twarz o dziwnie nieruchomych oczach. No cóż, nie uwzględniłem faktu, że dyrektorzy muzeów zaproszeni na konferencję do Bogoty byli przeważnie starszymi panami, nienawykłymi przesiadywać nocami w coctail-barach. Detektywi zaś, których ze sobą przywieźli, nie należeli do osób sowicie opłacanych i jeśli naszła ich ochota na rozjaśniającą umysł brandy, woleli chyba pójść do baru na sąsiednią ulicę, gdzie alkohol kosztował taniej.

Zamierzałem wyjść z podziemia, gdy barman raptownie ożywił się, zrobił zapraszający gest ręką i uśmiechnął się szeroko. W moim kierunku obróciła się także samotna dama — przepiękna, młoda Mulatka. Przypomniałem sobie, że widziałem ją na naszej konferencji, jej uroda zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. A że zawsze miałem upodobanie do pięknych kobiet, tedy nieco nonszalanckim krokiem skierowałem się do stołu barowego i zasiadłem na wysokim stołku. Barman wytwornym gestem podał mi kolorową kartę coctaili, win i wódek. Skierowałem wzrok jedynie na ceny i wybrałem, rzecz jasna, trunek najtańszy. Gdy, składając kartę jak skrzydła kolorowego motyla, wymieniłem jego nazwę (trudną zresztą do wymówienia i zapamiętania), barman lekko uniósł do góry brwi, jak gdyby nie potrafiąc pohamować zdumienia. A jednak z powagą postawił przede mną malutkie naczynie wypełnione... pieprzem.

Piękna Mulatka głośno roześmiała się, a potem zeskoczyła ze swego stołka, podeszła do mnie i powiedziała po angielsku:

— Pan się zapewne pomylił, señor Polacco. Nie zauważył pan, że w karcie oprócz dużych napisów w języku hiszpańskim są także mniejszymi literami wydrukowane nazwy trunków w języku angielskim, francuskim i niemieckim. Poproszę jeszcze raz o kartę — zwróciła się do barmana.

Nietrudno było zgadnąć, skąd wiedziała, że jestem Polakiem. Do klapy marynarki miałem przypięty znaczek konferencji, a na owym znaczku zostało wyszczególnione moje imię, nazwisko oraz kraj, z którego przybyłem.

— Dziękuje, seńñora — odrzekłem grzecznie, jeszcze raz przyjmując kartę i wczytując się w nią już bardzo dokładnie.

— Señorina — poprawiła mnie. — Señorina Leticia.

Dowiedziałem się, że jest panną i przy okazji poznałem jej imię. Nie pozostało mi więc nic innego, jak rozstać się z kartą alkoholi, zeskoczyć ze stołka, przedstawić się, pocałować ją w rękę, a dopiero potem znowu wdrapać się na stołek i kontynuować studia nad cenami trunków. Wybrałem najtańszy gin z tonikiem, który i tak miał pochłonąć połowę moich zasobów gotówkowych. W tym czasie señorina Leticia przeniosła się ze swego stołka na sąsiadujący ze mną. Na szczęście zabrała ze sobą słomkę i szklankę z coctailem.

Umoczyłem usta w szklance z ginem i zapaliłem cygaro.

Panna Leticia uśmiechnęła się do mnie jeszcze promienniej i oświadczyła z głębokim przekonaniem:

— Wysłuchałam wczoraj referatu polskiej delegacji. Zamiast napędzać pieniądze do kas firm produkujących systemy alarmowe, zalecaliście zgromadzenie międzynarodowego funduszu na walkę z gangami rabusiów dzieł sztuki. To, co się wydarzyło w Muzeum Złota, udowodniło, że mieliście całkowitą rację.

Mój Boże, któż z nas nie jest łasy na pochlebstwa. Tym bardziej gdy słyszy je z ust pięknej kobiety. Bo panna Leticia była naprawdę osobą o niezwykłej urodzie. Miała smagłą, delikatną cerę, pełne usta, czarne, gęste włosy ufryzowane na modne „afro” i ogromne, czarne oczy w oprawie długich, ciemnych rzęs (o takich oczach pisze się w powieściach, że są aksamitne). Jej ojcem był człowiek biały, a matką Murzynka. Tu, w Kolumbii, nie miało to żadnego znaczenia, albowiem Kolumbijczycy szczycą się tym, że nie istnieje u nich rasizm. Białych nie traktuje się w Kolumbii lepiej ani gorzej, a może nawet trochę gorzej, szczególnie amerykańskich gringo, jak się ich tu nazywa. Uchodzą za ludzi pyszałkowatych, okazują bowiem innym swoją wyższość i chcą imponować portfelami pełnymi dolarów.

— Pani jest bardzo uprzejma — odpowiedziałem. — Nasz referat był wynikiem wielu przemyśleń, a także doświadczeń. Kiedyś udało się nam rozbić gang „Niewidzialnych” i potem przez jakiś czas był spokój z włamaniami do muzeów.

— Zdaje się, że czytałam o tym nawet w naszych kolumbijskich gazetach — oświadczyła señorina Leticia, kładąc na kontuarze stołu barowego swoją malutką, czarną torebkę. — O ile pamiętam, dość poważną rolę odegrał w tej sprawie pewien detektyw o bardzo zabawnym pseudonimie „Pan Samochodzik”.

— To właśnie ja — skłoniłem się uprzejmie, pełen pychy. — We Francji nazywają mnie „Monsieur la Bagnolette”. W Czechach „Pan Autak”, w Słowacji „Pan Tragacik”. Po polsku zaś „Pan Samochodzik”.

— A po hiszpańsku — klasnęła radośnie w dłonie — po hiszpańsku będzie „El Señor Cochecito”. Mój Boże, tak sławny człowiek siedzi w moim towarzystwie i pije tylko gin z tonikiem. Barman, proszę o jakiś bardziej wyszukany trunek.

— O nie, señorina — zaprotestowałem stanowczo. — Ja piję tylko tonik. Gin zamówiłem wyłącznie po to, aby nie zrobić przykrości barmanowi.

Wyglądała na niezwykle zainteresowaną moją osobą. Schlebiałem sobie, że moja aparycja, a nie fakt rozbicia gangu „Niewidzialnych”, tak wielkie uczyniła na niej wrażenie. Poufale położyła dłoń na mojej ręce i zapytała:

— Jak pan sądzi, don Thomas, kto dokonał włamania do Muzeum Złota? Czy zrobiła to grupa tutejszych włamywaczy, czy jakiś międzynarodowy gang?

— Nie znam szczegółów, señorina. Ale skoro Muzeum posiadało system alarmowy firmy „Wilson and Company”, to nie mogli go sforsować zwykli amatorzy. Sądzę, że międzynarodowy gang „Niewidzialnych” zdołał się zorganizować na nowo po klęsce, jaką mu zadaliśmy. W Europie jeszcze boją się działać, bo ocalałych z pogromu członków gangu „Niewidzialnych” wciąż ma na oku inspektor Raymond Connor i jego specjalna brygada ze Scotland Yardu, dlatego prawdopodobnie przerzucili się na inne kontynenty, przede wszystkim do Ameryki Południowej.

— Sądzi pan, że naszej policji uda się odzyskać skradzione eksponaty?

— Nie znam umiejętności kolumbijskiej policji, señorina. Być może znajdują się w jej szeregach znakomici fachowcy. Rzecz jednak w tym, że jeśli owego zuchwałego rabunku dokonali „Niewidzialni”, to bezcenne zabytki muzealne są już w tej chwili poza granicami Kolumbii. Myślę, że tak silny gang rozbić można tylko przy współpracy policji całego świata, a raczej specjalnie powołanej do tego celu międzynarodowej brygady. Na utworzenie czegoś takiego trzeba mnóstwo pieniędzy. A tak się, niestety, składa, señorina, że świat współczesny stać na kolosalne zbrojenia, a brakuje pieniędzy na walkę z handlarzami narkotyków i złodziejami dzieł sztuki.

W tym momencie w drzwiach baru pokazała się panna Florentyna ubrana w swą tunikę i okropny naszyjnik. Jednym rzutem oka objęła wnętrze baru, a potem jak pantera rzuciła się w naszym kierunku i położyła dłoń na torebce señoriny Leticii.

— Na Boga, panie Tomaszu — jęknęła. — Czy pan nie widzi, że w tej torebce jest ukryty mały magnetofon, który nagrywa pańskie słowa?

Señorina Leticia zrozumiała, że została zdemaskowana. Zdjęła swoją dłoń z mojej ręki, wyrwała torebkę pannie Florentynie i szybkim krokiem skierowała się do drzwi baru. Zanim zniknęła mi z oczu, odwróciła się i posyłając mi uśmiech, zawołała:

— Do zobaczenia, amigo!

Po pannie Leticii pozostał na kontuarze nie dopity kieliszek coctailu. A ponieważ nie widziałem, aby za niego płaciła, pomyślałem ze strachem, że na mnie spadnie obowiązek uiszczenia podwójnego rachunku.

— Czy mam zapłacić również za tę panią? — z drżeniem w głosie zapytałem barmana.

— O nie, señor. Ta pani ma u nas otwarty, nieograniczony kredyt.

— Kim ona jest, u licha? — zapytałem.

— Nie mam pojęcia, señor. Barmana nie interesują takie sprawy. Wiem tylko, że pan jest prawdziwy hombre.

Nie znałem hiszpańskiego, ale wiedziałem, że hombre oznacza stuprocentowego, twardego, odważnego mężczyznę.

— Hombre? — zdumiałem się.

— A tak — skinął głową, rozejrzał się po barze, jak gdyby upewniając się, że oprócz naszej trójki nie ma nikogo obcego, i dodał szeptem: — Z tą señoriną mało kto odważy się rozmawiać. Wszyscy goście jej unikają. Mówią, że to niebezpieczna kobieta. A pan zachował się jak prawdziwy hombre i długo z nią rozmawiał.

Z ulgą zapłaciłem za swój napój i razem z panną Florentyną opuściłem bar. W holu hotelowym, w windzie i na korytarzu w milczeniu i ze skruchą musiałem wysłuchać jej pełnej goryczy mowy:

— To tak pan postępuje, panie Tomaszu? Nie mogłam zasnąć myśląc, że nie wziął pan ode mnie pieniędzy i być może znajduje się pan w tarapatach finansowych. Miałam okropne wyrzuty sumienia. Zaniedbałam bowiem dziś swoje obowiązki. Te wyrzuty sumienia wygnały mnie z pokoju na poszukiwanie pana. I co zobaczyłam? Dał się pan omotać jakiejś pięknej Mulatce, zapewne szpiegowi, który nagrywał rozmowę z panem. Miał rację dyrektor Marczak ostrzegając mnie, że jest pan flirciarzem, któremu każda kobieta może zawrócić w głowie.

Przed drzwiami jej pokoju przyznałem z godnością:

— Ma pani rację, panno Florentyno. Ta piękna Mulatka miała chyba magnetofon ukryty w torebce i coś mi się zdaje, że źle postąpiłem wdając się z nią w rozmowę.

To powiedziawszy, pełen skruchy udałem się do naszego apartamentu. Na szczęście dyrektor Marczak już spał i nie musiałem mu zdawać relacji z niefortunnej przygody w coctail-barze.

Więcej książek

Zbigniewa Nienackiego

znajdziesz na stronie

www.nienacki.pl

Wydanie I

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–052–3-demo