Pamiętnik narkomanki - Barbara Rosiek - ebook + książka

Pamiętnik narkomanki ebook

Rosiek Barbara

5,0

Opis

[PK]

 

To prawdziwe notatki dziewczyny, później kobiety, w których zamkniętych zostało piętnaście lat życia na krawędzi, we wciąż na nowo podejmowanej walce z nałogiem. Jej przejmujące, niejednokrotnie bardzo drastyczne świadectwo rodzi prawdę o piekle, jakim jest uzależnienie. Daty dzienne wyznaczają tu czas szkoły, pracy i wakacji, ale przede wszystkim czas życia i śmierci. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Grodzisk Mazowiecki 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 

Biblioteka Publiczna Gminy Nadarzyn

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Barbara osiek

pamiętnik narkomanki

~  ■ PRACOWNIA

SŁÓW

Warszawa 2003

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie.

Mark Twain

21 marca 1973 roku

Pierwszy dzień wiosny. Wspaniały, słoneczny. Wszystko budzi się do życia. I we mnie coś się obudziło. Do głowy wpadł mi szalony pomysł. Poszłam na pierwsze w życiu wagary. Ja, wzorowa córka i uczennica.

Ostatnio wszystko w moim życiu zaczęło się zmieniać. Jeszcze tego nie rozumiałam, ale już czułam, że coś ma nastąpić. Coś nowego i niezwykłego. Może sprawił to wiosenny nastrój, a może ja sama bardzo chciałam, żeby w końcu coś się stało, coś wielkiego i ważnego. Nie potrafiłam już być taka jak przedtem, a nie wiedziałam, co ma nastąpić. I chyba bardzo chciałam, by To stało się właśnie dzisiaj, w ten wiosenny dzień, kiedy można we wszystko uwierzyć od początku. By nie stało się ze mną coś złego, potrzebowałam nowej wiary.

Chodziłam po ulicach, nie bardzo wiedząc, co mam z tą wolnością zrobić. Weszłam do małej kawiarni, gdzie zobaczyłam wielu młodych ludzi, niewiele starszych ode mnie. Trochę się zdziwiłam. Oni chyba też byli na wagarach.

Do mojego stolika dosiadło się dwóch chłopców. Byli dziwnie ubrani. Mieli długie włosy, rzemyki na szyjach i rękach. Spytali, co tu robię i tak zaczęliśmy rozmawiać. Jeden z nich, Filip, długo mi się przyglądał i w końcu spytał, czy chcę iść z nimi w pewne miejsce. Zgodziłam się, nie pytając o nic. Czułam, że to będzie coś bardzo interesującego. Chciałam się dowiedzieć, co porabiają ci chłopcy, jak żyją. Chciałam poznać coś innego od tego, co do tej pory znałam. Czyli domu rodzinnego i szkoły.

Poszliśmy w trójkę. Imienia drugiego chłopaka nie znałam.

Weszliśmy do pewnego mieszkania. Wszystko tutaj było nieokreślone, wszystko, czemu się przyglądałam. Zaczęłam się trochę bać, ale weszłam dalej, do pokoju. Byli tam inni, podobni do moich nowych kolegów. Dziewczyny też były. Wszyscy podobnie ubrani, chociaż każdy inaczej. Filip powiedział im, że jestem „nowa”. Jakaś dziewczyna wstała i zawiesiła mi na szyi sznur przezroczystych koralików. Zrozumiałam, że zostałam przyjęta do ich grona, chociaż jeszcze nie wiedziałam kim są.

Na stoliku zauważyłam kilka strzykawek i jakieś pudełka. Filip wyjął z jednego z nich ampułki i naciągnął płynu do strzykawki. Wziął moją rękę i podwinął rękaw. Bałam się bardzo, ale ciekawość była silniejsza. „Pierwsza komunia” - usłyszałam czyjś głos i śmiech. Poczułam ukłucie i wlewanie się płynu do krwi. Po chwili wszystko się zmieniło. Było mi tak dobrze, ci ludzie byli wspaniali. Nie martwiłam się szkołą, domem. Chciałam zostać tutaj z nimi na zawsze. Nie wiem, jak długo to trwało. Zaczęłam podsypiać. Był to wspaniały półsen. Wszystko straciło znaczenie, liczył się tylko mój stan. Było mi po prostu dobrze.

Teraz, gdy to opisuję, jestem bardzo senna. Nie wiem, jak wróciłam do domu i co powiedziałam rodzicom. Może nie powiedziałam nic, bo trudno było mi mówić. Nie wiem też, jaki zastrzyk zrobił mi Filip. Wiem tylko, że nie żałuję, że poszłam na wagary.

22 marca

Mama obudziła mnie do szkoły. Wstałam szybko, ale nie miałam zamiaru iść. Poszłam do kawiarni. Nie było Filipa ani jego kolegi. Tak jak wczoraj, było tutaj dużo małolatów (sami tak mówią o sobie). Było też dużo starszych, z wytatuowaną pod lewym okiem kropką. Wiedziałam już, że są to gitowcy. Tych Filip radził mi unikać. Mówił, że są źli, nie warto ich znać nawet z widzenia.

Poszłam od razu do tego mieszkania. Byli tam prawie wszyscy ci sami co wczoraj. Od razu podeszłam do stolika. Chciałam się dowiedzieć, co dostałam. Filip złapał mnie za rękę i powiedział:

- To majka, nasza siostra. My sister is morfina. Zapamiętaj. Chcesz?

Kiwnęłam głową. Wszystko się powtórzyło. Nie byłam taka śpiąca jak wczoraj. Cieszyłam się muzyką, słuchałam, o czym rozmawiają, sama niewiele mówiąc. Wydawało mi się, że nie trzeba mówić, kiedy jest tak dobrze. Że wszyscy powinni i tak się rozumieć.

Siedziałam w kącie spokojnie, kiwając się w rytm muzyki. Filip usiadł obok mnie. Widziałam, jak robił sobie zastrzyk. Teraz zobaczyłam, że na rękach ma wiele śladów.

W domu milczałam. Komu i co mogłabym powiedzieć?

25 marca

Mam wszystko olewać i robić swoje, bo jestem hipiską. Mam się nie przejmować codziennością, tylko żyć we własnym świecie. Mam pomagać ludziom podobnym do mnie, czyli innym hipisom. Jestem wolna.

Może i jestem wolna, chociaż muszę chodzić do szkoły i słuchać rodziców. Tylko czy warto ich słuchać? Może i dobrze, że się chodzi do szkoły. Lubię czytać i poznawać nowe rzeczy. Ale to, co poznaję teraz, to zupełnie inny świat. Jeszcze nie rozumiem wielu spraw. Nie wiem, co to znaczy tak naprawdę być hipiską. Ale jestem z nimi. Bo czas już się zbuntować. Tak twierdzi Filip. Ja też tak sądzę.

Nie mogę się pogodzić z tym, co dzieje się w moim domu. Tego nie da się z niczym pogodzić.

Poszłam dzisiaj do biblioteki. Chciałam się dowiedzieć, co wstrzykuje mi Filip. I dowiedziałam się, że morfina jest właściwie najsilniejszym u nas narkotykiem. Dłuższe zażywanie prowadzi do nałogu. A potem niszczy się własne zdrowie. Przeraziłam się. Ale przecież nic się nie stało. Ja tylko spróbowałam. Nie jestem żadną narkomanką. Nie muszę niczego brać. Chociaż... Po niej jest tak cudownie. I nie pamięta się o tych najgorszych sprawach. Po prostu się nie pamięta.

3 kwietnia

Wychowawczyni poszła do ojca, do pracy i powiedziała o moich wagarach. W domu była kosmiczna awantura. Właściwie to nikt nie próbował ze mną tak naprawdę porozmawiać. Nakazano mi powrót do szkoły, więc wróciłam. Nie zwierzyłam się nikomu z tego, co robiłam. Wszyscy nauczyciele byli zaskoczeni, że taka dobra uczennica poszła na wagary. Tak jakby to był tylko przywilej złych uczniów. Dziwni są nauczyciele. Dziwnie myślą. Dobrze się uczysz -jesteś dobra. I odwrotnie. A jacy oni są? To oni są źli. I zupełnie nie wiedzą, jak z nami postępować.

A ja i tak będę robić swoje. Tylko po kryjomu. Już zaczęłam kłamać, że wieczorem idę do koleżanki czy do kina. Dlaczego trzeba kłamać? By robić to, na co ma się ochotę, a dorośli nie pozwalają, oni w ogóle nie orientują się, co się z nami dzieje.

6 kwietnia

Wstałam wcześniej i spotkałam się z Filipem. Zrobił mi zastrzyk. Był jakiś smutny, gdy mu powiedziałam, że muszę iść do szkoły. Lubię go i nic więcej.

Poszłam do szkoły zaćpana. Pokłóciłam się z nauczycielką. Kazała przyjść rodzicom.

Będzie nowa awantura. Ale jakie to ma teraz znaczenie.

12 kwietnia

Chodzę grzecznie do szkoły. Tylko nauczycielki nie chciałam przeprosić. Uważałam, że nie mam za co. Dawno nie widziałam się z ludźmi. Zaćpałoby się. Może nie byłabym taka smutna. Te koszmarne wieczory w domu. Nawet uczyć mi się nie chce. Teraz śmieszy mnie to, że kiedyś zależało mi na dobrych stopniach. Ale kiedyś inaczej wyglądało moje życie. W domu jest coraz gorzej i w końcu poznałam smak innego świata. Czy naprawdę poznałam? Może to tylko małe doświadczenie, które się skończyło? Nie. Czuję, że jestem inna. Nie dam się już teraz stłamsić. Teraz to już naprawdę niemożliwe.

16 kwietnia

Filip nauczył mnie robić sobie zastrzyk. To naprawdę nic trudnego. Sprzęt można bez problemu kupić w każdej aptece. Mam trochę śladów na rękach i przestałam chodzić na WF. Będzie z tego nowa awantura. Trzeba postarać się o zwolnienie. Kiedyś miałam, bo mam chore serce, więc chyba nie będzie to trudne. Trzeba tylko iść do lekarza, jak ślady się trochę zagoją.

Mam pomysł. Najpierw trzeba zrobić badania krwi. Więc do dzieła. Wmówię lekarzowi, że pielęgniarka nie mogła się wkłuć.

21 kwietnia

Mam zwolnienie z WF-u. To nie było trudne. Jeszcze mnie lekarz objechał, że przyszłam tak późno. Mam wadę serca i nie wolno mi wykonywać cięższych prac fizycznych.

O ślady na rękach nie pytał. Mam podwyższone OB i ASO. To po zapaleniu stawów. Czyli naprawdę jestem chora. Mogę spokojnie brać narkotyki, bez obawy, że ktoś mnie nakryje.

Wieczorem czytam książki. To jest mój trzeci świat, obok dwóch tamtych. Nie wyobrażam sobie życia bez książek. I dobrze, że mam mój dziennik. Teraz naprawdę nie mogę nikomu o niczym powiedzieć. Zostało mi tylko pisanie.

Dlaczego właściwie ćpam? Bo jest mi inaczej po majce. I lżej żyć. Tylko do czego to doprowadzi? Skąd mogę to wiedzieć. Moi nowi znajomi nie uczą się, nie pracują. Z czego żyją?

Głoszę swoją filozofię. Tylko co dalej? Lepiej nie pytać. Jakoś to musi być. Właściwie to jestem sama. Filip pomaga mi tylko załatwić ćpanie i niczego za to nie chce. Ale Alfa powiedział mi, że kiedyś będę musiała coś dla nich zrobić. Akurat. Przecież nie muszę brać narkotyków. Biorę, bo tak mi się podoba. Mogę przerwać w każdej chwili.

23 kwietnia

W ogóle nie chce mi się uczyć. Dobrze, że do końca roku szkolnego jeszcze tylko dwa miesiące. A potem zacznie się sezon. Tak mówi Filip. Mam poznać jego uroki. Towar się kończy i właściwie nie ma co ćpać. Bierzemy jakieś prochy. Ale to nie to samo. Ludzie wąchają tri, ale ja nie chcę. Nikt mnie zresztą nie namawia do tego świństwa. Wszyscy są tacy rozdrażnieni, bo nie ma majki. Gdy teraz na nich patrzę, wydają mi się jacyś inni niż tamtego dnia, gdy ich poznałam. Co się zmieniło? Może to ten głód, o którym czytałam? Bardzo możliwe. Ja też się zmieniłam. W domu ze mną już nie można porozmawiać. W szkole warczę na nauczycieli, a oni na mnie. Co się dzieje? Zaczynam bać się tego wszystkiego, ale nie potrafię na razie niczego zmienić. Dokąd mogłabym pójść?

2 maja

Poszłam do szkoły niedoćpana. To znaczy wzięłam, ale za mało i wszystko mnie drażniło. Wyzwałam nauczycielkę. Wezwano od razu rodziców. Od nowego roku szkolnego mam przejść do innej szkoły. To podobno ma być dobre rozwiązanie dla wszystkich. Tylko nie dla mnie. Nikt mnie nie spytał o zdanie w tej sprawie. Popłakałam się. Ale dobrze. Nie chcą mnie tutaj, to odejdę.

W domu wielka cisza. Nie rozmawiamy ze sobą. To znaczy ja uciekam do swego pokoju, gdy oni zaczynają. Jeszcze mi tego trzeba, by ich wysłuchiwać.

10 maja

Do szkoły chodzę teraz na luzie. Niedługo stąd odejdę. Klasy też mi nie żal. Nigdy nie byłam z nimi blisko, nie miałam żadnej przyjaciółki czy nawet koleżanki. Żyłam sobie spokojnie sama wśród książek. Co mnie wygnało z domu? Smak wagarów? Nie tylko. Ale im tego nigdy nie powiem.

Właściwie teraz nic nie biorę i rzadko widuję ludzi. I zabrałam się trochę do nauki. Robią nam sprawdziany, powtórki.

Z lekcji wychodzę do ubikacji na papierosa lub tak sobie wychodzę. Nie wzywają rodziców. Wiedzą, że odchodzę, i chcą to przeczekać. Czuję, że sprawi im to wielką ulgę.

16 maja

Filip dał mi kodę. Nawet fajnie działa. I nie ma śladów na rękach. A to teraz ważne. Jest coraz cieplej i noszę ubranie z krótkim rękawem. Dawno nie byłam w naszej chacie. Spotykam się z Filipem w kawiarni. Mówi, że lepiej tam teraz nie chodzić, ale nie wyjaśnił mi dlaczego. Jest z nim zawsze Alfa. Wyczuwam, że mnie nie lubi. Trudno. Ja też go nie lubię.

1 czerwca

Dzisiaj w szkole były zawody sportowe między klasami. Zgłosiłam się do skoku w dal, wzwyż, do biegu na 60 metrów i wszystkie konkurencje wygrałam. To tak na pożegnanie. Już nie żałuję, że odchodzę. Może w nowej szkole coś się zmieni.

Po zawodach poszłam z dwoma kolegami z klasy na wino. Piliśmy nad rzeką. Trochę się upiłam.

7 czerwca

Już nic nie robię. Chodzę do szkoły dla świętego spokoju i czekam na rozdanie świadectw. Z Filipem też się nie widuję.

Jestem nawet spokojna, nie rozrabiam. Tylko nie chodzę na lekcje tej nauczycielki, przez którą muszę odejść. To już niczego nie zmieni. Wiem, że świadectwa są już wypisane i mam obniżone sprawowanie. Olewam to.

17 czerwca

Byłam w chacie. Ludzie powitali mnie z radością, chociaż właściwie mało się znamy. Ale to nieważne. Jestem jedną z nich. Noszę koraliki i rzemyk, i ćpam z nimi. Nie rozumiem jeszcze tego, co głoszą. Ale może kiedyś zrozumiem.

Filip mówi, bym była gotowa pod koniec czerwca. Wyruszamy w Polskę. Zaczyna się Sezon. Ludzie nie mogą się doczekać.

Mieli tylko ziomki. Zastrzyk zrobił mi Filip. Uświadomiłam sobie dzisiaj, że lubię, jak to on robi mi zastrzyk.

20 czerwca

Dostałam świadectwo. Zdałam do ósmej klasy. Śmieszne. Mam prawie same piątki i obniżone sprawowanie. To jest coś. Nie żegnałam się z nikim. Wzięłam ten papierek i wróciłam do domu. Darowałam sobie akademię i inne szkolne uroczystości. Żegnaj, szkoło. Nie dałam się wam zgnębić. Walka była ostra. Ale nie przegrałam. Robię swoje.

25 czerwca

Skończyłam 14 lat. Ale ze mnie małolata. W domu spokój. Gdy jest jakaś rocznica, wszystko na ten dzień się ucisza. Dziwnie tak. Ale co zrobić? Ja niewiele tutaj mogę. Pozostał tylko bunt.

Co to znaczy mieć 14 lat? Wyrzekać się domu, próbować narkotyków, alkoholu, papierosów.

I trzeba do tego jeszcze być sobą. I z nimi.

26 czerwca

Nieprawda, że wyrzekam się domu. Przecież tak bardzo pragnę, by było inaczej. Chyba wtedy też byłabym inna. Co się ze mną stało przez te trzy miesiące? Dlaczego jestem przeciwko nim? A jak oni myślą? Czy wiedzą, dlaczego taka jestem?

30 czerwca

Jutro mam jechać „w Polskę”. Ale nie pojadę. Nie wychodzę z domu, by się z nimi nie spotkać. Filip będzie czekał. A może nie będzie czekał. Chcę zostać w domu. Nie wiem, czy naprawdę tak chcę, ale obawiam się tego wyjazdu. Coś mnie jeszcze wstrzymuje.

5 lipca

Wiem, że na mnie czekali. Powiedział mi o tym kolega Filipa. Mają przysłać mi kartkę, mogę jeszcze dojechać. Chcę i nie chcę. Jak jest lepiej w domu, to chcę tu być. Ale czasem pojechałabym bardzo daleko. Na razie od czasu do czasu podróżuję w snach. Ładnie się to nazywa. Podróż w nieznane.

Bo podobno w tych snach są pociągi, a w nich pełno wolnych miejsc, i są okręty, które chcą nas zabrać w długi rejs. A tutaj jest smutno i tak zwyczajnie. A raczej niezwyczajnie smutno.

7 lipca

Kupuję ziomki w aptece. Robię je tak, jak nauczył mnie Filip, i wstrzykuję sobie. I wszystko się zmienia. Jest trochę inaczej niż po majce, chociaż podobnie. Nie potrafię określić tej różnicy.

Gdy jestem po zastrzyku, mniej czytam, chyba nawet mniej myślę. Lubię wtedy spacerować po ulicach i przyglądać się ludziom, jak śpieszą się, kłócą, żyją. Nie odczuwam tak wtedy przemijania czasu. Idę przed siebie i chodzę tak godzinami. Dopiero gdy zaczyna się ściemniać, wracam do domu. Mniej mówię i staram się z nimi nie kłócić.

Dziwne to wszystko. A może to ja się zmieniłam.

11 lipca

Kupuję ziomki, zmieniając apteki. Już poznaję farmaceutów i staram się, by oni mnie nie zapamiętali. Dlaczego? Filip mi o tym powiedział. Nie ma go teraz w Częstochowie, ale jego duch jest stale przy mnie.

Jak najdłużej mam się wystrzegać kontaktów z milicją. Przecież nie robię nikomu nic złego. Może tylko sobie. Właściwie całe dnie spędzam sama. Do południa odsypiam narkotyk. Nigdy dotąd nie miałam tak dobrego snu. Gdy rodzice wracają z pracy, wychodzę z domu. Mówię, że idę do kina lub do koleżanki. Ufają mi.

A ja chodzę i patrzę. Patrzę stale na innych i nie chcę myśleć. Chcę tylko patrzeć.

Dlaczego lubię być sama?

17 lipca

Za niecały miesiąc zlot hipów w Częstochowie. Ciekawe, jak to będzie wyglądało. Intryguje mnie to wszystko. Czy do nich należę? Przecież tak naprawdę to niewiele o nich wiem. Mówię, że chcę być wolna i czuję się wolna. Ale czy jest tak naprawdę?

Nie pojechałam „w Polskę”. Zostałam w domu. Tylko, że „robię swoje”. „Przyłącz się, dostrój się i odpadnij” - co to naprawdę znaczy?

Mniej ćpam. Zaczęłam się czegoś obawiać. Nie wiem, co to jest? Nie mogę zapytać Filipa. Nie mam kogo spytać.

25 lipca

Dni są do siebie takie podobne, a przecież moje życie zupełnie się zmieniło. Robię sobie potajemnie zastrzyki, oszukuję rodziców. I czuję, że gubię się w tym wszystkim. Ubieram się inaczej, noszę rzemyki i widzę, że w moim mieście coraz więcej takich jak ja, podobnych. Zbierają się przed zlotem. Chodzą po mieście całymi grupami. Gdy ich mijam, robi mi się tak jakoś ciepło, chciałabym iść z nimi dalej. Niekiedy widzę, jak zatrzymuje ich milicja. Dlaczego? Przecież chodzą po ulicy jak inni ludzie, nie piją alkoholu. Czasami tylko poznaję, że ktoś z nich jest nagrzany.

Przyglądają mi się, uśmiechają się do mnie. Jestem jedną z nich.

31 lipca

Dzisiaj zatrzymał mnie patrol MO. Na ulicy. Tak jak tamtych. Puścili mnie od razu, gdy zobaczyli adres na legitymacji. Ale wcześniej spisali. Czyli stało się.

Nie bałam się. Nie czułam nic. Byłam zaćpana mocniej, wzięłam więcej. Specjalnie tak zrobiłam, by mniej czuć. Odkryłam to przypadkiem, że tak to może zadziałać. Ten stan obojętności był cudowny. Byłam bardzo spokojna.

I bez lęku przyglądałam się niebieskim mundurom. Uśmiechałam się do nich, a oni do mnie. Nie wiem, czego chcieli. Ale to nieważne. Wszystko jest nieważne.

3 sierpnia

Po ostatnim ćpaniu zaczęło mnie boleć serce. Boję się iść do lekarza, mam tyle śladów na rękach. Zbyt wiele, by mu wmówić, że to po pobraniu krwi. Myślę, że to przejdzie. Trzeba tylko na jakiś czas przestać ćpać. Ale brakuje mi tego. Wszystko nagle stało się takie inne.

Rodzice myślą, że jestem smutna z powodu zmiany szkoły. Wiem już, do której szkoły będę chodzić w ósmej klasie. Szkoła. Jak ja mam tam teraz wrócić? Zupełnie sobie tego nie wyobrażam. Tarcza na rękawie, granatowe ubranko, codzienne odrabianie lekcji. Trzeba będzie to robić.

10 sierpnia

Codziennie jestem pod Szczytem na polu namiotowym. Wystarczy tutaj przyjść, usiąść obok rozmawiających hipów i po prostu z nimi być. I to wszystko. To takie proste. Jest się z nimi i nic więcej nie trzeba robić. Przyglądam się, jak grają na bębenkach i fletach, śpiewają, tańczą.

Jesteśmy podobni, chociaż tacy różni. Ludzie przychodzą nas oglądać. Wieczorem przegania nas milicja. Niektórych zamykają na kilka godzin.

Słucham dyskusji ludzi starszych ode mnie o pięć, dziesięć lat i nie bardzo mogę się w tym wszystkim połapać. Ciągle słyszę o filozofii, religii, braterstwie, wolności, pacyfistach. Czuję, że jestem z nimi, ale chciałabym więcej rozumieć. Szukam wśród nich Filipa, ale jeszcze go nie ma.

13 sierpnia

Pod Szczytem tysiące ludzi. I pełno nas, hipów. Chodzimy boso po nagrzanym słońcem polu namiotowym. Zbieramy pieniądze na wspólne posiłki. Niektórzy ćpają. Teraz piją zupę, by nie mieć śladów na rękach. Boją się kontroli milicyjnej.

Słucham zadziwiającej muzyki. Nie znałam jej. Wydaje mi się, że płynę z nią w krainę czarów.

Do domu wracam na noc. Rodzice robią mi o to awantury, ale to do mnie nie dociera. Jestem hipiską, nie należę już do tej ich rzeczywistości. Jestem bardzo daleko.

15 sierpnia

Wrócił Filip. Bardzo się zmienił. Mówił, że na trasie ostro grzał. Inni wyglądają podobnie. Przyjechali na wspólną mszę i jadą dalej. Ja zostaję. Mam tyle pytań do Filipa, ale nie umiem z nim teraz rozmawiać. Poza tym stale jest przy nim Alfa, który patrzy na mnie ironicznie i mówi: - Jesteś już prawdziwą hipiską i ćpunką, teraz się już od nas nie uwolnisz.

Nie rozumiem go. Jest hipem, ale jest zły. Dlaczego Filip ciągle z nim jest?

20 sierpnia

Już po wszystkim. Hipy wyjechały z Częstochowy, gonione przez milicję. A poza tym kochają wieczną, wspólną włóczęgę. Może i ja kiedyś z nimi wyruszę przed siebie. Tak bez celu, tylko dla samego podróżowania. Dzisiaj tu, jutro tam.

Za dziesięć dni szkoła. I to mnie przeraża. Mama zabrała mnie na zakupy. Zeszyty, książki i różne drobiazgi. Kiedyś to mnie cieszyło. Teraz nie chcę o tym myśleć.

Przestałam ćpać. Siedzę w domu. Już mogę iść do lekarza. Chyba niczego się nie domyśli.

24 sierpnia

Byłam u lekarza i załatwiłam sobie zwolnienie z WF-u do nowej szkoły. Powiedział mi, że szmery w sercu go niepokoją. Kazał mi zrobić badania, podejrzewa anemię. Wiem, z czego ona może wynikać. Tylko z ćpania. Więc wszystko się zgadza. Książki nie kłamały. Tylko co dalej?

1 września

Pierwszy dzień w nowej szkole. Idiotyczne uczucie. Czterdzieści osób patrzyło na mnie. Kto w ostatniej klasie zmienia szkołę?

Śmieszni są. Tacy zwykli, ludziki szkolne. Grzeczne dzieci. Nie mogą o niczym wiedzieć. Wiem już, że muszę milczeć.

6 września

Od trzech dni jestem w szpitalu na oddziale zakaźnym. Przywieziono mnie nieprzytomną po zatruciu alkoholem. Leżę sobie w separatce. Mam nic nie robić. Dostawałam kroplówkę. Upiłam się sama z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. I przesadziłam.

Sytuacja jest co najmniej zabawna: rano odwiedza mnie lekarz, trzy razy dziennie dostaję witaminy i na tym koniec. Można zwariować. Mama przyniosła mi książki, ale nie wolno mnie odwiedzać.

Nie pamiętam, jak to się stało.

8 września

Dzisiaj na wizycie było kilku lekarzy. Badali mnie, obmacywali brzuch i patrzyli jak na zjawisko. Może są zaszokowani, że taka małolata potrafiła się tak zatruć szkocką whisky, którą wzięła z barku rodziców. Podobno wypiłam całą flaszkę i padłam.

Nudno tutaj, nie wolno kontaktować się z innymi pacjentami. Z okna widać budynki szpitalne. Mam być tutaj jeszcze tydzień na obserwacji. Już wolę chodzić do szkoły, niż miotać się po tej klatce z własną łazienką. To naprawdę klatka. Obserwują mnie przez szybę. Jakaś aparatka, pielęgniarka, gdy tylko mnie widzi, wybucha śmiechem.

Na piętrze leżą chorzy na żółtaczkę.

12 września

Wypuścili mnie trochę wcześniej, bo już nie mogłam wytrzymać. Nic mi nie jest. Rodzicom kazali mnie pilnować. O, na pewno długo nie będę piła. Tak się zaprawić. Bez sensu. Nawet nie wiem, dlaczego to zrobiłam. A jutro do szkoły. I dobrze.

13 września

Siedzę spokojnie na lekcjach i nie odzywam się do nikogo. Ci ludzie znają się ósmy rok. Ja jestem nowa. Wiedzą, że chorowałam, ale nie wiedzą dlaczego.

Przepisuję i uzupełniam zeszyty. To mnie zajmuje. Lubię się uczyć, poznawać nowe rzeczy. Tylko przestałam lubić szkołę i nauczycieli.

Ciekawe, co dzieje się z Filipem, z ludźmi. Czy już wrócili do miasta? Może jeszcze nie. Jest bardzo ciepło.

Rodzice nie mówią nic o moim wyczynie z alkoholem. Nie pytają, nie rozmawiamy. Jakby nic się nie stało.

14 września

Po szkole grzecznie wracam do domu, omijając z daleka chatę, i biorę się do nauki. Zmiana szkoły chyba dobrze mi zrobiła, ale w klasie jestem obca. Czuję to. Weszłam w ich środowisko, jakbym nagle spadła z księżyca. Wieczorami długo się nad tym wszystkim zastanawiam, oczywiście gdy jest spokój. Nie rozumiem tego wszystkiego, co mnie otacza, nawet siebie przestałam rozumieć. Coś się ze mną dziwnego dzieje, tylko co?

25 września

Filip twierdzi, że wszystko, co nas otacza, sieje zniszczenie. Cytuje jakiegoś amerykańskiego poetę. My mamy być inni. Co my możemy zrobić dla siebie samych? W narkotycznym transie ulepszać świat? Może. Nasze narkotyczno-nikotynowe, a także alkoholowe seanse mają nas wyzwolić. Tylko, na Boga, od czego?

Po szkole idę tam i patrzę. Czasami ćpam i wtedy jest mi wszystko jedno, a czasami tylko patrzę i chcę pytać. Ale pytać nie należy. Wolno mówić, co się chce. Mam wrażenie, że jest to bełkot zagubionych dusz. Powtarzają bezmyślnie jakieś słowa, nie wnikając w ich sens. Jak można coś rozumieć, będąc naćpanym?

Powrót do domu jest jakimś powrotem. Szkoda tylko, że nie do normalnego życia. Może wtedy nie chciałabym żeglować z nimi?

1 października

Zamiast do szkoły, poszłam na wagary, do sądu. Ostatnio zaczęłam interesować się prawem. Może kiedyś będę studiować właśnie prawo? Było kilka spraw, głównie o pobicia i kradzieże. Sędzia zapytał: c?y-ną sali są nieletni? Wyglądam dosyć poważnie i nie zostałą^ wyrźu^ona. Przysłuchiwałam się mowie prokuratora, zeznaniom świadków, patrzyłam na oskarżonych. Siedzieli na oddzielnej ławie wśród milicjantów. W czasie przerw wyprowadzano ich w kajdankach do specjalnego pomieszczenia. W końcu odczytano wyrok. Więc tak to wszystko wygląda.

W domu nic nie mówię. Zapewne kiedyś się wyda, że byłam na wagarach. Sąd to dobre miejsce, by się ukryć przed łapaczami. Tutaj nie szukają wagarowiczów, tylko w kinach i kawiarniach.

6 października

Nadal chodzę do sądu. Przysłuchuję się sprawie o zabójstwo. Kupiłam Kodeks karny i odczytuję na drzwiach paragrafy. Wiem wtedy, o co będzie sprawa. W czasie przerw chodzę na herbatę do kawiarenki w budynku sądu i przyglądam się ludziom w togach. Jacy oni są? Ci, co bronią, i ci, co oskarżają. Na sali rozpraw występują jakby przeciwko sobie. W kawiarence rozmawiają swobodnie, żartują. Dziwne to wszystko.

Nie mogę chodzić na sprawy dla nieletnich, bo odbywają się przy drzwiach zamkniętych. Szkoda. Chciałabym wiedzieć, co takiego robią moi rówieśnicy.

Do domu staram się wracać mniej więcej o tej samej porze. Dlaczego tak ich okłamuję? Co się ze mną stało? A co się stało z nimi?

8 października

Spotkałam koleżankę z klasy. Wychowawczyni pyta o mnie. Powiedziałam jej, że choruję. Muszę skombinować jakieś zaświadczenie lekarskie.

Wczoraj przyśnił mi się Nepal, byłam razem z hipisami, uprawiałam wolną miłość, jadłam LSD garściami. Po dywanie dym się snuje, lubię bawić się włosami, gdzie jest kosz z narkotykami, gdzie jest kosz z narkotykami?

Wolna miłość? Śmieszne.

13 października

Filip dał mi wolne recepty, mogę wypisać sobie zwolnienie. Boję się trochę. Przecież to się wyda. Ale na razie wychowawczyni da mi spokój. Znowu byłam w sądzie. Facet, który zabił swoją żonę, dostał dziesięć lat. Dużo czy mało? Czy można na lata więzienia przeliczać ludzkie życie? Czy cokolwiek liczy się w tym życiu?

Wróciłam do szkoły i znowu nadrabiam zaległości. Dobrze mi idzie. Chociaż z tym nie mam problemów.

W domu bywa różnie. Udaję, że wszystko jest w porządku. Ciągle coś udaję. Spytałam Filipa: czy będąc wolną, ciągle muszę kłamać? Nie odpowiedział mi na to pytanie.

1 listopada

Nic ciekawego się nie działo. Dzisiaj pojechałam na groby. Lubię cmentarze, gdy nie ma tam tłumu. Wtedy jest tam taki spokój. I ten spokój się udziela. Jestem wtedy spokojna. Tutaj wszystko się kończy.

12 listopada

W szkole wydaje mi się, że jestem taka jak inni: denerwuję się przed klasówką, odrabiam lekcje, uczę się. Tylko na przerwach z nikim nie rozmawiam. Chodzę po korytarzu samotnie. Czasami czytam książkę. To wtedy, gdy czuję, że ktoś z klasy chce do mnie podejść i porozmawiać. Zaczynam unikać zwykłych ludzi. Dlaczego? Nie powinnam chyba już o to pytać.

15 listopada

Znowu byłam w sądzie. Chodziłam od drzwi do drzwi, ale nie mogłam usiedzieć na żadnej sprawie. W końcu poszłam do chaty. To dziwne, ale ucieszyli się na mój widok. Ktoś jednak cieszy się, że jestem. Nie było ćpania. Pili wino. Napiłam się i słuchaliśmy muzyki. Przyszedł Alfa. Uśmiechnął się i powiedział:

- Wiedziałem, że będziesz nasza, że zostawisz tamtych.

Co on może o mnie wiedzieć? Tyle samo, co ja o nim. A jednak coś nas łączy oprócz ćpania i tych spotkań. Jesteśmy tak samo zagubieni.

4 grudnia

Dzień moich imienin. Jakże odmienny od tamtych z ubiegłych lat. Zmieniłam się, chociaż oni tego jeszcze nie zauważyli. Przyjmuję prezenty z miłym uśmiechem.

Najlepszy prezent dostałam od Filipa - całe opakowanie majki. Zrobił mi od razu zastrzyk. I powtórzył:

- Baśka, rób swoje, bo oni cię zniszczą.

Może tak, może nie. Jeszcze na coś liczę. Na jakiś gest porozumienia z ich strony. Na byle co.

Jest mi tak dobrze. Jest OK. Chciałabym im powiedzieć, że przecież ich kocham. Ale coś mnie powstrzymuje, coś dusi i nie pozwala powiedzieć tego prostego słowa. A może nie trzeba mówić? Może trzeba coś zrobić?

11 grudnia

Pokłóciłam się z Alfą. Był maksymalnie nagrzany i przyczepił się do mnie. Zaczął wrzeszczeć, że jestem głupią małolatą, nic nie rozumiem, że w końcu muszę wybrać, po której stronie jestem, że koraliki i długie włosy to nie wszystko. Muszę zacząć myśleć i działać.

Wiem, co mu jest. W mieście coraz trudniej o ćpanie. Więc ja też mogę być kiedyś taka? Nie, to niemożliwe. Skończyła mi się majka. I zaczęłam rozumieć, co mógł czuć Alfa. Książki nie kłamały. Ale oni też to wszystko wiedzą. Więc dlaczego idę w to dalej? Czy nie ma z tej drogi odwrotu? Nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Wszyscy przyszli z własnej woli. Co się dzieje?

31 grudnia

Tradycyjnie okłamując rodziców powiedziałam, że idę na Sylwestra do koleżanki z klasy. Mam już nawet wisielczy humor przy pisaniu. Zabrałam kajet na imprezę. Filip rytualnie robił każdemu zastrzyk. Muzyka cicho grała, a ja siedziałam w kącie i pisałam. Pisałam to. Właśnie to: że Nowy Rok i nic więcej, że jestem ćpunką, hipiską, ślicznie kłamię i chce mi się płakać. Rozkleiłam się po ćpaniu strasznie. Płakałam, a Filip objął mnie i uspokajał. Usnęłam. A rano był Nowy Rok.

2 stycznia 1974 roku

Czuję się fatalnie. Serce pracuje jak rozkręcony zegarek. Co chwila inny puls. Możliwe, że trochę przedawkowałam.

Zaczęły mi się trząść ręce. Głupie uczucie. Biorę coś do ręki, a to lata. Przesiaduję w swoim pokoju, żeby jak najmniej pokazywać się rodzicom. Myślą, że się upiłam w Sylwestra.

Zaczęłam się bać. Nie wiem czego. I to jeszcze bardziej mnie przeraża. Ale nie potrafię się zatrzymać. Czuję, że to jakaś nie znana dla mnie siła pcha mnie tam. TAM.

7 stycznia

Przestałam ćpać i znowu zabrałam się do nauki. Żeby „dobrze” wypaść na okres. Piątki i czwórki dla rodziców. I żeby nie wydały się wagary. Gdy ktoś się dobrze uczy, wychowawczyni nie pyta o nieobecności. Piszę klasówki i kuję. Gdyby mnie widział Alfa! Ale olewam go, on wie swoje, a ja swoje. On jest przegrany. I chce, by inni wokół niego też tacy byli. A ja chcę, mimo wszystko, uczyć się dalej. Przecież tyle rzeczy mnie interesuje. Do sądu przestałam chodzić. Teraz musi mi wystarczyć szkoła i dom. No właśnie - dom.

8 lutego

Wywiadówka minęła spokojnie. Rodzice są zadowoleni z dobrych stopni, przecież mam iść do liceum. Ja też jestem zadowolona, że nic się nie wydało. Chociaż wiem, że i tak by mi przebaczyli. Kochają mnie bardzo. Tylko... Jest to jedno małe „ale”, które wszystko niszczy. I sama nic nie zrobię. Nie dam rady.

Jestem z tobą w Rockland

w moich snach idziesz, plącząc, mokry od morskiej podróży po autostradzie Ameryki, do drzwi mej chaty w zachodnią noc.

A my chodzimy tu i tam, i jeszcze tam, i nie ma wiele chat z otwartymi drzwiami.

Można pukać, ale nie wierząc już w nic.

A.G.

2 marca

Czekałam w kawiarni na Filipa i zgarnęła mnie milicja. W ramach specjalnej akcji łapania wagarowiczów. Było nas wielu. Przesłuchiwano nas oddzielnie. Mnie wmawiano, że znam tamtych wszystkich, a przecież nie znałam nikogo. I zdradził mnie mój wygląd. Kazali mi podwinąć rękawy. Milczałam. Nie powiedziałam nic. Odwieźli mnie do domu i powiedzieli rodzicom, że oddają sprawę w ręce kuratora dla nieletnich.

Nie potrafię tego opisać. Ktoś płakał, rozmawiał za ścianą. To była ściana, wielki mur, którego oni już nie potrafią skruszyć. Czuję, że ściana kiedyś zawali się i przysypie mnie ostatecznie. I co wtedy będzie? Śmierć? Możliwe, ale to już nie będzie mnie dotyczyło.

10 marca

Zameldowałam się z ojcem w Sądzie, w Wydziale do Spraw Nieletnich. Pani kurator pytała, zbyt dużo stawiała pytań, a ja nie chciałam jej odpowiedzieć na żadne.

Nie zrobią mi nic. Kazali rodzicom bardziej mnie pilnować. W domu było spokojnie. Taka kosmiczna cisza. Jakby ktoś spóźnił się i przyszedł w puste miejsce.

21 marca

Pierwsza rocznica mojego ćpania. Byłam w chacie. Alfa śmiał się. Filip zrobił mi zastrzyk z ziomków. Iga powiedziała, że mogę u niej zamieszkać, bo teraz milicja nie da mi już spokoju. Jestem notowana. Iga nie bierze zastrzyków, tylko prochy. Chodzi zawsze senna i uśmiechnięta. Straszny to uśmiech. Uśmiech zjawy. Odmówiłam jej. Nie mam powodu odchodzić z domu. Dopiero wtedy milicja zaczęłaby się czepiać. Może nawet chcieliby mnie oddać do zakładu.

Wróciłam do domu nagrzana. Tylko że moje powroty wyglądają już inaczej. Rodzice przyglądają mi się, patrzą na ręce, pytają, gdzie idę, co robię. A ja odpowiadam dla świętego spokoju, to znaczy kłamię perfidnie. Tutaj nie mogę milczeć.

2 kwietnia

Dostałam wezwanie na milicję. Przesłuchiwali mnie. Pytali o wszystko: co robię, jak się uczę, kogo znam? Powiedziałam, że nikogo nie znam. Chcą, żebym sypała. Naiwni. Mówili, że teraz często będę do nich przychodzić, że nie dadzą mi spokoju. A jak ktoś mnie sypnie, wyląduję w poprawczaku.

Uśmiechałam się do nich jak małe dziecko. Powiedziałam, że mi wcale nie przeszkadza pobyt u nich. Uznali mnie za stukniętą. To dobrze. Tak twierdzi Filip.

Co to znaczy być stukniętą?

10 czerwca

Koniec szkoły podstawowej. Jestem uczennicą liceum. I to mnie cieszy, naprawdę cieszy. Dostałam piękne świadectwo. Rodzice są spokojniejsi. Wydaje im się, że teraz coś się zmieni. Może coś się zmieni. Nie wiem. Mam wakacje i bardzo dużo wolnego czasu. Przez ten czas uczyłam się i nie ćpałam. I milicja też mnie nie wzywała. Cały maj dziwnie spokojny. Tylko we mnie czaił się niepokój.

25 czerwca

Skończyłam 15 lat. Ładna liczba. Piętnastoletnia małolata z tak zwaną przeszłością. A z jaką przyszłością? To podobno zależy ode mnie. Nie wiem. Bywają takie chwile, że bardzo chciałabym, ale się po prostu nie da. I znowu sezon. Wiem, że rodzice nigdzie mnie nie puszczą. Gdy ucieknę, będzie mnie szukała milicja. Filip nalega, żeby teraz ruszyć z nimi w Polskę.

Sposób na przetrwanie - milczenie.

Sposób na życie - przetrwanie.

Sposób na milczenie - śmierć.

Zaczęłam zastanawiać się nad śmiercią. Czy się boję? Chyba tak. Kiedyś bardzo się bałam.

1 lipca

Spakowałam plecak i po prostu wyszłam z domu. Rodziców nie było. Zostawiłam im kartkę, że wrócę po wakacjach do szkoły. Kartka była mokra. Łzy?

Czekali już na mnie: Filip, Iga, Tomek i jeszcze kilka osób. Alfy nie było. Siedzi za pobicie milicjanta. Ucieszyło mnie to w pewien sposób. Boję się Alfy.

Pojechaliśmy stopem przed siebie. Pogoda wspaniała. Filip mówi, żebym tego nie opisywała, bo mój dziennik może dostać się w ręce milicji. Ale ja i tak będę pisała.

Wieczorem rozbiliśmy namioty w jakiejś wsi. Chłopcy rozpalili ognisko. Jutro ruszamy dalej na poszukiwanie pól makowych. Dopiero teraz zaczęłam się naprawdę bać, ale zostaję z nimi.

3 lipca

Śpimy do południa, ja z Igą w jednym namiocie, chłopcy w drugim. Iga była zawsze na prochach, a teraz leci w kanał. Nie pytam, dlaczego? Przecież takie pytanie jest absurdalne. Chłopcy organizują jedzenie i ćpanie. Wyruszają o zmierzchu na pole i zbierają. Potem to przyrządzamy, i w kanał. Jest mało sprzętu i robimy jedną pompką. Iga mówi, że to niezbyt bezpieczne, bo można złapać żółtaczkę. Nie wiedziałam. Ale gdy widzę pompkę z towarem, nie myślę o tym. Później leżymy i nawet nie chce się rozmawiać. Nawet jeść się nie chce. Tak że niewiele nas to kosztuje.

7 lipca

Dni są do siebie takie podobne. Bierzemy codziennie. Opalamy się, a raczej snujemy z kąta w kąt. Iga niewiele mówi o sobie. Jest starsza o trzy lata. Czasami tak na mnie patrzy, jakby chciała mi coś ważnego powiedzieć. Czekam, ale ona rezygnuje. Iga czasami w nocy płacze. Już nie mogę tego słuchać.

15 lipca

Średnio co drugi dzień jedziemy dalej w Polskę. Podobno tak bezpieczniej. Kierowcy nawet nas zabierają, chociaż na pewno nasz wygląd ich dziwi.

Coś zaczyna się dziać. Ludzie są rozdrażnieni, sprzeczki wybuchają o drobiazgi. Wiem, co to jest. To ćpanie nas tak zmienia. Robi z nami, co chce.

Moje serce jakoś wytrzymuje to codzienne grzanie. Czasami przeszywa mnie krótki, ostry ból. Ale nie mówię o tym nikomu.

Z dnia na dzień wzrasta zapotrzebowanie na ćpanie. Obie z Igą też chodzimy na pole zbierać. Mam popuchnięte całe ręce. Trudno mi się wkłuć w kanał.

Gdy zaczynam trzeźwieć, przychodzi straszny lęk. Nie wiem, co się ze mną dzieje i czekam na kolejny strzał, żeby to minęło. Nie ćpam już dla przyjemności, ćpam, żeby nie czuć. Filip powiedział, że to początek ciągu. Ale, o Boże, co będzie dalej?

20 lipca

Może wrócić do domu? Mam takie koszmarne sny. Ciągle śnią mi się rodzice. Stoją nad moim grobem i płaczą. Powiedziałam o tym Idze. Mówi, że to początek końca. Jakiego końca? Skończą się wakacje, wrócę do szkoły i nie będzie żadnego końca. A może ma rację? Może przerwać ten Sezon?

Wielu ludzi nosi w sobie ukrytego potwora, chorobę, który wysysa im krew, który ich pożera, rozpacz, która gnieździ się w ich nocy. Oto człowiek, który nie różni się od innych, chodzi, porusza się, i nikt nie wie, że ma w sobie straszliwego pasożyta - boleść stuzębną, która żyje w tym nieszczęśniku i zabija go. Nikt nie wie, że ten człowiek to topiel. Jest spokojny, ale bez dna. Od czasu do czasu niezrozumiałe drżenie przebiega po powierzchni; pojawia się jakaś zmarszczka, znika, pojawia się znowu, tworzy się pęcherzyk powietrza, pęka. Niby to nic, w istocie to rzecz straszliwa: oddech nieznanej bestii.

Wiktor Hugo

Wieczorem Iga odczytała mi ten fragment z Nędzników i powiedziała: Ratuj się, masz jeszcze szansę. Bo potem będzie za późno. Zrozumiałam urywek książki, ale nie potrafiłam go odnieść do siebie. I zrozumiałam Igę. Ale zostałam.

26 lipca

W nocy zaczęło mną telepać. Zaczęłam krzyczeć. Nie potrafiłam się uspokoić. Chłopcy obudzili się i przyszli do naszego namiotu. Filip nic nie powiedział, tylko poszedł na pole. Wrócił z działką i zrobił mi zastrzyk.

- Jesteś w ciągu - powiedział i rozpłakał się. Oni też byli. W tak krótkim czasie wszyscy byliśmy już wpieprzeni.

Rano mdlałam. Filip spakował moje rzeczy i zawiózł mnie do jakiegoś miasteczka, w którym był szpital. Nie wszedł ze mną na izbę przyjęć. Kazał mi się ratować. I nic więcej.

27 lipca

Wylądowałam na reanimacji. I na pierwszym swoim odtruciu. Mówiono mi, co to jest odtrucie, ale nie wiedziałam, że przeżywa się takie męki.

Chciałam być mocna, a byłam niczym. Byłam skazana na ból i aparaturę, która podtrzymywała pracę mego słabego serca.

2 sierpnia

Powoli wszystko wewnątrz uspokajało się. Na zewnątrz czekali rodzice, zawiadomieni przez milicję. Obiecywałam, płacząc. Obiecywałam wiele. Oni mi wierzyli. Tylko nie chciałam zeznawać przed milicją. Wiedziałam, że muszę milczeć, żeby nie wsypać tamtych.

5 sierpnia

Rodzice zabrali mnie do domu. Czekało tam już na mnie wezwanie na Komendę.

Poszłam na przesłuchanie. Mówiłam, że wszystko robiłam sama, że nikogo nie znam. Oczywiście nie wierzyli mi. Ale nie mogli mnie zmusić do mówienia.

10 sierpnia

Odpoczywam w domu po tym koszmarze. Więc tak wygląda sezon. A co z nimi? Jeżeli ja za pierwszym razem się kończyłam, to co z nimi?

Nie wychodzę nigdzie. Rodzice kupili mi podręczniki do pierwszej klasy liceum. Wierzyli, że wrócę. Nie mogli tylko przewidzieć, w jakim stanie wrócę. Na pewno nie mogli myśleć, że mogę w ogóle nie wrócić. A przecież tak mogło być. Dopiero teraz to zrozumiałam. Iga miała rację. Biedna Iga. Czy dla niej nie ma już ratunku? A dla Filipa? A dla innych, którzy zaczynają? Przecież to obłęd, takie życie!

12 sierpnia

Milicja powiedziała rodzicom, że nie będzie żadnej sprawy, chyba że znowu coś zrobię. Dają mi szansę, bym mogła się uczyć. Zebrali o mnie opinie, twierdzą, że mam szansę. Oni tak twierdzą. A co ja myślę? Ja nie myślę. Jestem jak ogłupiała. Chyba to skutki ćpania. Nie umiem się na niczym skoncentrować. Schudłam, drżę cała. Siedzę w swoim pokoju i bezmyślnie patrzę w okno. A jest o czym myśleć. Wszystko mi się odwróciło. To nie wolność, to nie ruch - to ćpanie. To ma być ta wielka przygoda? Jeszcze jeden mit.

15 sierpnia

Na Szczycie zlot. Ale mnie tam nie ma i nie będzie. Nadal siedzę w domu i powoli się uspokajam. Próbuję czytać. Mama karmi mnie jak małe dziecko. Za dwa tygodnie szkoła, muszę nabrać sił.

Milicja szukała mnie, ale na szczęście nie zdążyli dać ogłoszenia w gazetach.

Czasami przechodzi przeze mnie taki dziwny dreszcz, raz po raz czegoś nie pamiętam. Uciekają mi słowa. Rodzice udają, że tego nie widzą. Okazują mi miłość na każdym kroku. I to też jest straszne.

20 sierpnia

Poszłam z rodzicami na spacer. I bałam się. Bałam się tłumu. Czułam się zagrożona. Jak ja sama będę chodzić do szkoły?

1 września

Poszłam sama do szkoły. Zdjęłam koraliki, uczesałam włosy, włożyłam granatową spódnicę i białą bluzkę. Zmieszałam się z tłumem pierwszoklasistów tak, jakby tamtego w ogóle nie było. Ale to było we mnie.

3 września

Jest nas czterdzieścioro w klasie. Młodych, zdolnych. Śmietanka uczniowska Częstochowy. Ambitni. Bez przeszłości, której trzeba się wstydzić lub ukrywać. Sami dobrzy uczniowie, doborowa klasa. I surowy wychowawca. Żadnych wagarów, zwolnień. Tylko nauka i bezwzględne posłuszeństwo.

Mam zwolnienie z WF-u ze względu na chorobę serca. Na przerwach rozmawiamy o niczym. Startuję z pozycji zerowej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Trzeba się dużo uczyć. To nie szkoła podstawowa. To najlepsze liceum w mieście. Więc się uczę.

I pamiętam. Dobrze pamiętam, co było w wakacje. Zwłaszcza we śnie wszystko powraca. Nie widziałam nikogo od tamtej pory. Nie wiem, jak tamci przetrzymali Sezon.

7 września

Rodzice myślą, że wszystko będzie już w porządku. Ja też tak niekiedy myślę. Ale czasami powraca taka dziwna tęsknota. I wtedy sobie myślę, żeby chociaż jeszcze raz zaćpać. Tak trochę. Żeby nie czuć tego przejmującego smutku. Nie dać się życiu, bo pochłonie i zniszczy nadzieję. To taka moja modlitwa. Czasami pomaga. I to, że piszę mój dziennik, pomaga. Tylko po co trwać? Ciągle zadaję pytania, na które nie ma odpowiedzi, albo nie umiem ich znaleźć.

16 września

Powoli wciągam się w kierat szkolnych obowiązków. To też jakiś sposób, by przetrzymać samą siebie. A konkurencja jest silna. Nie ma czegoś takiego u hipów. Tutaj każdy walczy o swoje. Właśnie, to jest właściwe określenie - walczy. Ja nie przesadzam. Uczę się tyle co zwykle i jakoś mi idzie. Czasami tylko czuję, że zawadzam, że nie tutaj moje miejsce, nie wśród tych ludzi.

W drodze do domu spotkałam Igę. Była na prochach. Spytałam o ludzi. Przetrzymali Sezon. Jadą teraz na zupie. Są mi wdzięczni, że nie sypałam i... czekają na mnie. Mimo wszystko czekają, zwłaszcza Filip. Alfa już wyszedł z pudła. Dostał wyrok w zawieszeniu.

To spotkanie bardzo mnie zdenerwowało. Wróciłam do domu roztrzęsiona. Wszystko jakby od nowa wróciło. Iga nagrzana nie z tego świata i to słowo... „czekają”.

Nie, Baśka, nie wolno ci, nie możesz. Nie możesz się w to dalej ładować. To przecież nie to, o co ci chodzi. Tylko o co mi chodzi? W szkole też nie to. W końcu Co?

Chcę studiować. To wiem. Więc trzeba przetrzymać liceum do matury i może wtedy naprawdę będę robić to swoje, naprawdę tylko moje. Tak, trzeba starać się zapomnieć o ćpaniu i o wolności. O wolności?

20 września

Ciągle myślę o spotkaniu z Igą. Tak mnie to wzięło, że zupełnie przestałam uważać na lekcjach. Nic do mnie nie dociera. Wychowawca stale mi się przygląda. Spytał mnie o coś, nie umiałam mu odpowiedzieć. Ale nie postawił mi dwói. Jakie to teraz ma znaczenie?

1 października

Poszłam do chaty. Nie wytrzymałam. Filip, nic nie mówiąc, napełnił strzykawkę, a ja tylko kiwnęłam głową. Potem położyłam się na materacu i było mi po prostu dobrze. Nic więcej. Niczego więcej nie oczekiwałam. Widziałam, jak Iga kiwa się w takt jakiejś absurdalnej muzyki, Alfa śpi, Tomek się śmieje. Ja byłam daleko, daleko, od nich też.

Wróciłam do domu, tak jak wracałam kiedyś, cichutko, nie myląc taktu swego stąpania po brukowanej ulicy. Cicho weszłam do swego pokoju, nastawiłam magnetofon. Tyle trzeba mi było do szczęścia.

4 października

Dostałam susz od Filipa. Powiedział, że muszę zapłacić. Zapłaciłam. Tanio. Najtańszy towar w kraju. Gotuję sobie zupę i idę do szkoły lekko przygrzana. Tak, żeby kontaktować na lekcjach. Nawet stałam się rozmowniej sza. Tylko wychowawca nadal patrzy na mnie jakoś inaczej.

12 października

Dostałam wezwanie na MO. Poszłam tam lekko przygrzana. Kanały miałam czyste, więc niczego się nie obawiałam.

Pytali, czy ćpam, jak się uczę. Powiedzieli, że jeszcze przez jakiś czas będą mnie sprawdzać. Powiedziałam im, że mi to nie przeszkadza, że mi się u nich podoba. Pytali, czy znam tego i tego? Oczywiście nikogo nie znam. Dostałam zaświadczenie jako usprawiedliwienie do szkoły. Idioci, jak ja mam to pokazać wychowawcy?

18 października

Musiałam pokazać wychowawcy to zwolnienie z Komendy. Powiedziałam mu, że byłam świadkiem wypadku drogowego. Może uwierzył. To nieważne. Wszystko jest nieważne. Mam ćpanie.

Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! Dzikie oczy! Święte wycia! Żegnali! Skakali z dachu! W samotności! Powiewając! Niosąc kwiaty! Do rzeki! Na ulicę!

A.G.

Jestem takim malutkim kwiatkiem, wyrwanym z obojętności i wsadzonym w skałę. Nie przyjmę się tutaj. Ale czeka mnie jeszcze słońce, deszcz i gradobicie. A może jakiś wspaniały ptak osłoni mnie swoim skrzydłem.

2 listopada

Filip radzi, by robić przerwy w ćpaniu, żeby nie wpaść w ciąg. A poza tym muszę się jakoś uczyć. Przecież chcę dotrwać do matury. Czujność rodziców jest uśpiona. Tylko na każdy odruch czułości z ich strony reaguję lękiem i muszę mocno trzymać się podłogi, by nie uciec.

Ja chyba nie jestem taka zła. Mimo wszystko, dlaczego miałabym być zła? Tylko boję się ludzi...

Czuję, że ostatnio bardzo się zmieniłam. Jest to dziwny rodzaj dojrzałości. Mimo ciągłego buntu pewne pogodzenie się... Pogodzenie się ze sobą... inaczej. Jestem zmęczona. W samotności pragnę samotności.

Piszę. Piszę - ludzie, nadzieja, smutek, śmierć. Nie piszę - wiara.

20 listopada

Iga umarła w chacie. Filip do mnie dzwonił i mówił, żebym teraz nie przychodziła. Podobno milicja szaleje. Iga usnęła po prochach i więcej się nie obudziła. Nawet nie wiedzieli, kiedy to się stało. Przyszła do chaty ze swoim codziennym uśmiechem na ustach. Była już nagrzana. W chacie nic nie brała.

Dopiero Alfa zorientował się, że coś jest nie tak. Wezwał pogotowie, ale było już po wszystkim. Zgarnęli Alfę i Tomka. Filipa tam wtedy nie było. Szukają go. To jego mieszkanie.

22 listopada

Jestem wstrząśnięta jej śmiercią. Nawet tego nie umiem wyrazić. Miała 18 lat. Była i nie ma jej. I to wszystko przez ćpanie.

Filip znowu dzwonił. Nie wie, co ma robić. Alfę i Tomka puścili, jego nadal szukają. Mówi, że chyba pójdzie na „złoty strzał”. Nie zrozumiałam gó w pierwszej chwili. Dopiero później uświadomiłam sobie, że to narkomańskie samobójstwo. Nie zdążyłam krzyknąć do słuchawki: „Nie!”

27 listopada

Filip jest w szpitalu. Poszedł na „złoty strzał”, ale go odratowali. Milicja prowadzi śledztwo, ale chyba go wypuszczą. Mnie nikt nie wsypał.

Chodzę jak ogłupiała. Chodzę do szkoły, patrzę na moje grzeczne koleżanki i czuję, że zaczynam nienawidzić. Nienawidzić siebie.

2 grudnia

Już po pogrzebie Igi. Robili jej sekcję. Filipa wypuścili. Nie wiem, czy coś dalej będzie się działo. Ale w chacie teraz pusto. Mieszka tam Filip i podobno grzeje bez opamiętania. Trzeba by go jakoś ratować. Tylko jak?

Spytałam o to Alfę. Wyśmiał mnie. Powiedział, że z tej drogi nie ma odwrotu. A poza tym u nas nie leczy się narkomanów. Bo my nie istniejemy. Nie ma nas. Jak to, nie ma nas?

4 grudnia

Te imieniny były dla mnie koszmarne. O Boże, przecież oni niczego nie rozumieją. O niczym nie wiedzą. A ja ciągle widzę Igę, jak czyta mi Nędzników.

Musiałam przyjąć tę ich grę w grzeczną córkę. Nie, to nie tak. Przecież naprawdę ich kocham. Tylko niczego nie mogę im powiedzieć.

Filipie, chociaż ty nie umieraj. Przecież to też jest bez sensu. To nie twoja wina, że Iga umarła akurat w twoim mieszkaniu. Mogło się to stać gdziekolwiek.

Chyba że to ty pierwszy raz podałeś jej narkotyk. Tak jak mnie.

23 grudnia

Przede mną koszmarne święta. Trzeba przetrzymać. Mam jeszcze słomę. Będę grzała. Bo nie wyobrażam sobie, jakby to było na trzeźwo.

Sprzątam, wykonuję wszystkie polecenia rodziców. Robię to w jakimś półśnie. Nie wiem, co będzie dalej? To, co zwykle.

1 stycznia 1975 roku

Przedawkowałam. Tym razem sama. W Sylwka ugotowałam sobie zupę i wypiłam w nocy. Nad ranem obudził mnie jakiś ciężar przygniatający klatkę piersiową. Nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się. Bałam się wezwać pogotowie, bo wszystko by się wydało. Zapadałam co jakiś czas w ciemną otchłań. Gdy odzyskiwałam świadomość, czułam, że umieram. Więc to koniec, mówiłam do siebie i nie robiłam nic. Nie byłam zdolna do żadnego ruchu. Po kilku godzinach mogłam już ustać na nogach. Piłam gorzką herbatę i rzygałam. I tak chyba przez dwie godziny. W końcu usnęłam.

Gdy rodzice wrócili do domu, wyglądałam już mniej więcej normalnie.

A więc tak się umiera.

11 stycznia

Filip jest w szpitalu psychiatrycznym. Odwieźli go tam milicjanci. Przyjechali po niego, żeby go przesłuchać, ale on był na wykończeniu. Przynajmniej uratowali mu życie. Powiedział mi o tym Tomek. I że nie należy go odwiedzać.

Ćpanie mi się skończyło, ale nie mam zamiaru brać. Przynajmniej na razie. Nadal mam zawroty głowy i boli mnie wątroba. Poszłam do lekarza. Wątroba jest powiększona. Przepisał mi jakieś prochy. Trzeba będzie się trochę podleczyć.

A poza tym muszę się uczyć. Odrzuca mnie od książek, ale kończy się okres. Nie ma rady.

23 stycznia

Filip nadal w szpitalu i chyba nieprędko z niego wyjdzie. Tomek mówi, że to dobrze dla niego. Nie zrobią mu sprawy o Igę. Niekiedy mam wrażenie, że przegrałam swoją walkę o życie, chociaż żyję. Nie ma dla mnie ratunku, bo pozostało mi tylko poczucie bezsensu trwania wśród żywych. I ból za tamtym wszystkim i przez to wszystko. Teraz będzie bolało nieustannie.

5 lutego

Spotkałam się z Alfą. Zaproponował mi konkretny układ. Skończyło się darmowe ćpanie, Filip w szpitalu, a w mieście ciężko z towarem. Ponieważ milicja prawie mnie nie rusza, najbezpieczniej będzie, jak ja pojadę po towar do Warszawy. Da mi forsę i adres. Za przywiezienie dostanę swoją dolę. Mam się nad tym zastanowić. Powiedział, że spotkamy się za tydzień.

Forsy na ćpanie nie mam, kraść nie będę, więc jest to jakieś wyjście z sytuacji. Oczywiście jeżeli chcę ćpać dalej.

Chcę. Potrzebuję ćpania. Tęsknię za ćpaniem jak za kimś bliskim. Mimo że wiem, że to samo zło.

Hej, mój dzienniku! Umiem już mówić bez słów, tylko kto mnie zrozumie?

12 lutego

Spotkałam się z Alfą i zgodziłam się na jego propozycję. Mam jechać do Warszawy na początku marca. Dał mi trochę suszu. Mam mało ćpać i grzecznie chodzić do szkoły, żeby gliny się do mnie nie przyczepiły.

Z Filipem już lepiej. Odpoczywa sobie na oddziale. Teraz jest wolny, chociaż zamknięty.

15 lutego

Trochę biorę i boję się tego wyjazdu do Warszawy. Prawie jak w powieści kryminalnej. Ale przecież stale ocieram się o przestępstwo. I to jest łagodnie powiedziane.

Półrocze zaliczyłam nawet z dobrymi stopniami. Jak ja to robię? Doprawdy nie wiem. W klasie potworzyły się małe grupy, ja nadal stoję na uboczu. Mam inne życie. Podwójne. Tego chciałaś, Baśka? Nie. Ale masz. Więc odpieprz się sama od siebie.

2 marca

Spotkałam się z Alfą. Dał mi forsę i adres. Powiedział, że w Warszawie będą na mnie czekać. Warszawy prawie nie znam, ale chyba jakoś tam trafię. O Boże, zwyczajnie się boję.

Jaki jest właściwie Alfa? Wyczuwam, że zły. A może tylko bardziej przegrany i mocno już wciągnięty w ćpanie. Nie wiem, ile lat on ćpa. Odkąd pamiętam, był w ciągu, zawsze nagrzany, niespokojny i w jakiś sposób tajemniczy.

10 marca

Cała sprawa się rypła, jak to się u nas mówi. Pojechałam do stolicy i trafiłam pod wskazany adres bez żadnych problemów. Załatwiłam, co miałam załatwić, i oczywiście od razu przygrzałam. Zostałam tam na noc i miałam z towarem wracać na drugi dzień. Ale w nocy zrobiło mi się duszno i wyszłam na samotny spacer. Przy-grzana, do tego bez dokumentów i z pompką w kieszeni. Zatrzymał mnie patrol MO. Nieletnia w środku nocy w stolicy. I milczy.

Odwieźli mnie najpierw do komendy na Wilczą. Nie chciałam podać swoich danych personalnych. Przesłuchiwał mnie major MO. Przyznałam mu się, że przyjechałam po towar, ale nic więcej nie powiem. Wygadałam się, bo byłam nagrzana, ale to, że nie wolno mi zdradzić adresu, wiedziałam. Zrobili mi rewizję osobistą i odwieźli do Milicyjnej Izby Dziecka na Wiśniową. I tam się dopiero zaczęło.

Nadal nie chciałam powiedzieć, jak się nazywam i skąd jestem. A poza tym nie chciałam przebrać się w specjalne ubranko. Więc oberwałam. W końcu się przebrałam i zamknęli mnie w izolatce, żebym sobie przypomniała, jak się nazywam. Co dwie godziny, tak myślę, zaglądali do mnie i pytali. Po kilkunastu godzinach, już rano, przyszedł szef Izby. Zaprosił mnie do swego gabinetu i powiedział rzeczowo, że zaraz wezwie fotografa i jeszcze dziś moje zdjęcie pójdzie do TV. Ponieważ byłam już prawie trzeźwa, pomyślałam o rodzicach. Doszłam do wniosku, że tego nie mogę im zrobić, i podałam swoje dane. Od razu zadzwonili do Częstochowy. Milicja częstochowska już mnie szukała, bo rodzice zgłosili, że zaginęłam. Rodzice mieli przyjechać po mnie na drugi dzień. A tymczasem siedziałam w Izbie.

Rano śniadanie. Ustawialiśmy się gęsiego i pod czujnym okiem milicjanta schodziliśmy do jadalni. Na komendę kończyliśmy jeść i szliśmy do sali telewizyjnej. Tam wolno nam było grać w bilard, oglądać TV, czytać. Znowu wezwano mnie na przesłuchanie. Trzymałam się już jednej wersji: że jestem narkomanką, że przyjechałam po towar, ale nic więcej nie powiem. Później powiedzieli rodzicom, że mam urojenia i powinni iść ze mną do psychologa. Potem obiad, ta sama procedura. Z milicjantem na przesłuchanie, do kibla i na posiłki. Po kolacji pozamykali nas w sypialniach z judaszami w drzwiach. Nocowałam z dwiema dziewczynami. Jedna uciekła z domu, druga coś ukradła. W nocy co jakiś czas zaglądano do nas, czy śpimy. Łóżko było wygodne, z czystą pościelą. Ubranie zostało przed sypialnią.

Rano rodzice czekali na mnie w gabinecie szefa. I to był najokrutniejszy moment w tej całej sprawie. Nie wiedziałam, czy mam się z nimi przywitać, rzucić na szyję, przepraszać, płakać. Płakała mama. Ja stałam na baczność ze spuszczoną głową. Kazali mi się przebrać w moje ubranie i pojechałam z rodzicami do domu.

Na drugi dzień musiałam od nowa wszystko zeznawać częstochowskiej milicji. Ci też stwierdzili, że mam urojenia albo naczytałam się kryminałów i puścili mnie wolno.

Szkoły nie powiadomili. Powiedzieli rodzicom, że to ostatnie ostrzeżenie.

15 marca

Przed szkołą czekał na mnie Alfa. Powiedział, że wie, że nikogo nie sypnęłam, ale że muszę po ten towar i tak pojechać. Zgodziłam się, bo się go po prostu bałam. Dał mi do zrozumienia, że jeżeli tego nie zrobię, to on coś mi zrobi. Zresztą nie wiedziałam już, co się ze mną dzieje. Gdy na niego patrzyłam, wiedziałam, że i tak pojadę. Czułam się jakaś stracona, przekreślona. Nie wiem, kim jestem, czuję to i teraz, gdy on w końcu sobie poszedł. Jest to jakaś absurdalna desperacja. Tama pomiędzy mną a resztą świata. A tym światem jest dom.

17 marca

Znowu byłam na przesłuchaniu. Ale tym razem pobrali mi odciski palców, zrobili trzy śliczne zdjęcia z numerkiem i założyli mi kartotekę za... włóczęgostwo. Nadal mówiłam, że pobyt na komendzie mi nie przeszkadza i że lubię tutaj przebywać. Stwierdzili, że jestem umysłowo chora. Może jestem. I że kiedyś mogę być niebezpieczna dla otoczenia. Wtedy mnie zamkną. Nie sprecyzowali, gdzie.

Nie ma ludzi niebezpiecznych dla otoczenia. To otoczenie jest dla nich niebezpieczne. Oni się tylko bronią.

7 kwietnia

I pojechałam znów do stolicy. Tylko tym razem na dłużej. Nie miałam zamiaru iść po towar, nie chciałam wplątywać się w tę sprawę. To mi wyglądało na poważne przestępstwo. Co innego grzanie.

Pojechałam do Warszawy nocnym pociągiem. Od razu w Śródmieściu „dałam się” złapać milicji. Powtórzyłam ten sam numer z niepodawaniem swoich danych. Patrol zabrał mnie najpierw do komisariatu na Widok. Tam przetrzymali mnie trochę w izolatce. Potem przewieźli na Wilczą, gdzie siedziałam dłużej w dołku z dwiema prostytutkami. Ponieważ nadal milczałam, zawieziono mnie do Izby Dziecka. Tam mnie pamiętano, nie musiałam ukrywać swoich danych. Tym razem grzecznie się przebrałam, wykąpałam, dostałam śniadanie i od razu na przesłuchanie. Mówiłam to samo. Że jestem narkomanką, przyjechałam po towar, ale nikogo nie sypnę. Powiadomili moich rodziców, ale powiedzieli, że na razie mnie nie wypuszczą, bo prowadzą śledztwo. Przesłuchiwano mnie codziennie przez dziesięć dni. Pani porucznik rozmawiała ze mną o wszystkim. I w końcu powiedziała rodzicom, że mam schizofrenię i trzeba mnie leczyć. Po południu, gdy nie było przesłuchań, tkałam kilimki w świetlicy i wszystko odbywało się tak jak przedtem. Słuchałam opowieści innych bywalców Izby. Ucieczki z domu, kradzieże, porzucone dzieci. I ja wśród nich. Dyscyplina wojskowa, ale bez przesady. Była mała dziewczynka, chyba czteroletnia, którą opiekowali się wszyscy milicjanci. Jej ojciec zabił matkę, a potem się powiesił. Czekała na przydział do Domu Dziecka.

Po dziesięciu dniach stwierdzono, że jestem chora i że milicja nic do mnie nie ma.

I rodzice znowu po mnie przyjechali. Wyjaśniono im, że mają mnie leczyć. Po powrocie do domu to samo powiedziała milicja częstochowska. Tym razem zdążyli powiadomić szkołę. Wychowawca powiedział, że otrzymam świadectwo ukończenia pierwszej klasy, ale muszę zmienić szkołę. Stwierdził, że w swojej klasie mnie nie chce, bo mogę zdemoralizować innych.

11 kwietnia

Spotkałam się z Alfą. Powiedziałam mu, że w Warszawie jestem spalona, że nikogo nie sypnęłam, ale nie mogę się tam więcej pokazywać. Przyznał mi rację i dał trochę towaru za to, że odsiedziałam dla dobra sprawy. Gdyby wiedział, jak było naprawdę, to nie wiem, co by się działo.

W domu wielkie milczenie. Przychodzę ze szkoły, odrabiam lekcje i czuję, że moje poczucie bezsensu osiąga maksymalne rozmiary.

21 kwietnia

W klasie traktują mnie z rezerwą., Jakoś” się rozniosło, że mam kłopoty z milicją. Trudno. Na tym akurat mi nie zależy, co ci ludzie o mnie myślą. A na czym mi zależy? Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

25 kwietnia

Zaliczam zaległości i udaję, że ja, to nie ja. A może nie udaję? Co to jest ta schizofrenia? Co oni mi wciskają? Na szczęście rodzice nie proponują mi wizyty u lekarza. A może obawiają się mojej reakcji? Trudno wyczuć. Absolutnie nie umiemy się porozumieć.

Spotkałam Filipa. Nawet nieźle wygląda. Ale już bierze. Dał mi trochę morfiny. Powiedział mi, że ma żal do Alfy za to, że tak ze mną postąpił. Spytałam go o Igę. Nie odpowiedział. Ale właściwie, co mógł mi powiedzieć? Odstrzeliła w narkomańskim niebycie. Taka śmierć nie dotyczy nas dotąd, dopóki sami nie konamy. A może się mylę? Może z narkomanami nie jest jeszcze tak źle? A może nie wiem jeszcze wszystkiego?

4 maja

Chata u Filipa znowu otwarta. Tylko mniej ludzi przychodzi. Ja tam czasami zaglądam. Nie jestem w ciągu, ćpam sportowo. Trochę płacę. Susz jest tani, gorzej z majką. Ją lubię najbardziej. Staram się nie zawierać nowych znajomości. To zbyt obciążające. Mogę sama się kończyć, ale nie mam zamiaru patrzeć, jak inni to robią. Mit o hipach upadł dawno. Pozostało tylko ćpanie, które wyniszcza fizycznie i psychicznie. Może gdzieś są jeszcze prawdziwi hipisi. Ale tutaj przychodzi się tylko po to, żeby zaćpać.

I to jest ta prawda, do której doszłam po dwóch latach. Już minęły dwa lata. Już za nie płacę. Tylko do jakiej ceny dojdę? Takiej jak Iga? W imię czego? Dla kilku chwil przyjemności i wielu godzin cierpień? Chyba że nie będzie się trzeźwieć do końca. Do wiecznego snu.

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne, histeryczne, nagie.

A.G.

Miałeś rację, Allen. Jeszcze zanim się TO wszystko zaczęło.

10 maja

Niedługo koniec roku szkolnego. Upieram się, by zostać w tej samej szkole. Dlaczego mam odchodzić? Ojciec był u dyrektora i oświadczył, że wychowawca nie ma racji. Zostaję.

Postawiłam na swoim. Tylko czy dobrze na tym wyjdę? Nie wiem. Ale nie mam zamiaru znowu zmieniać szkoły. To przecież niczego nie zmienia. Nie mają się czego czepiać, uczę się przecież dobrze.

Dziwni ci moi rodzice. Na zewnątrz walczą o moje sprawy, a w domu nie ma szansy na porozumienie. A może ze mną już nie da się porozumieć? Bo widzę, że oni chcą. Co z tego, że chcą. Chyba jest już za późno.

13 maja

Ćpam tak średnio. By dotrwać do końca szkoły. W wakacje odpocznę od tego wszystkiego. I nie wyruszę w Polskę. Po każdym Sezonie ktoś umiera.

20 maja

Powiedziałam rodzicom, że w tym roku szkolnym więcej do szkoły nie pójdę, chociaż pozostał jeszcze miesiąc. Nie mogę tam iść. Po prostu nie mogę. I tak dostanę świadectwo.

Wychowawca powiedział rodzicom, że jeżeli źle się czuję, to mogę nie przychodzić. Już zdałam do drugiej klasy. Dobrze to sobie obmyślił. Myśli, że się nie pojawię w drugiej klasie. Myli się. Ale teraz nie mogę.

Tkwię zamknięta w swoim pokoju. Leżę w łóżku i patrzę w sufit. Zupełnie nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie rozumiem tego. Czasami coś jem, myję się i tak leżę.

Nie chcę. Nie chcę niczego. Niech wszyscy zostawią mnie w spokoju. Chcę być sama, zupełnie sama.

Rodzice nie pytają o nic. Czasami tylko słyszę, jak kłócą się między sobą o to, co mają robić. Mama mówi, żeby to przeczekać, że to chwilowe załamanie. Czego chce ojciec, nie dosłyszałam. To nieważne. Ważne, że mama zostawi mnie w spokoju. Że zostanę tutaj sama.

23 maja

Siedzę w domu i tutaj czuję się bezpiecznie. Tylko tutaj. Tam jest strasznie. Tam jest coś, czego się boję. Boję się cała w środku. Nie chcę tam być. Tutaj jest dobrze. Chyba zwariowałam, albo cały świat wokół mnie szaleje i chce mnie wchłonąć.

30 maja

Przyszedł do mnie Filip. Rodzice byli w pracy. Mówił, że dzwonił wiele razy, ale rodzice odpowiadali, że jestem chora. Zrobił mi zastrzyk z morfiny. Dawno nie ćpałam. Od razu zrobiło mi się lepiej. Chciał mnie zabrać na spacer, ale bałam się. Powiedział, że jeszcze przyjdzie. Tylko nie wolno mi mówić o niczym. Nikomu. Spytał, czy poszłabym do szpitala. Nie zrozumiałam go. Dlaczego miałabym iść do jakiegoś szpitala? Nic mi nie jest. To minie. Naprawdę nic mi nie jest.

Spytałam go o ludzi. Tomek jest w szpitalu. Jest trochę nowych ludzi. Milicja dała im spokój. Mogę w każdej chwili przyjść do chaty. Nie pójdę. Nie trzeba nigdzie chodzić. Nie trzeba nic robić. Tak jest dobrze. Tylko tak.

7 czerwca

Czuję się trochę lepiej. Nie wiem, co się ze mną działo. To znaczy, wydaje mi się, że działo się coś złego, tylko nie umiem tego określić.

Zaczęłam wychodzić z domu. Tak jak kiedyś chodzę po ulicach i przyglądam się ludziom. Omijam miejsca blisko szkoły. Tam chodzić nie chcę. Najczęściej bywam w parku pod Szczytem. Za dwa miesiące będą tu tłumy. Teraz jest jeszcze spokojnie. I tak zwyczajnie. Nic nie muszę robić, nigdzie się nie spieszę.

9 czerwca

Byłam w chacie. Zrobiło mi się niedobrze. Tam, gdzie zawsze siedziała Iga, teraz siedziała inna dziewczyna. Wszystko mi się przypomniało. Wróciło. Filip widział to i szybko zrobił mi zastrzyk. Potem usiadłam przy niej i długo na nią patrzyłam. Tak kiedyś Iga patrzyła na mnie. Tylko że ja się nie uśmiecham. Dlaczego się nie uśmiecham? Bo wiem, co będzie dalej. Kiedyś ktoś tak mnie będzie wspominał. A może nawet nie będzie dokładnie pamiętał. Była? Owszem. Odstrzeliła.

20 czerwca

Mama przyniosła moje świadectwo ukończenia pierwszej klasy liceum, a więc koniec. OK. Mam prawdziwe wakacje. A od września pójdę normalnie do szkoły. I dalej będę się uczyć. Ja będę żyć. Wyjdę z ćpania. Sama. Nie dam się. Chcę żyć.

25 czerwca

I skończyłam 16 lat. Szesnastka to już coś. Mam nawet tymczasowy dowód osobisty. Ważna mi osoba. Przynajmniej mam co okazywać organom ścigania, czyli glinom. Odkąd uznali, że jestem stuknięta, dali mi spokój. I dobrze. Niech tak sobie myślą.

Rodzice chcą mnie gdzieś wysłać na wakacje. Tak jakby gdzie indziej się nie ćpało. Przecież to takie proste - ćpun od razu pozna ćpuna i dojdą do porozumienia. Chyba będzie lepiej, jak zostanę w domu. Chociaż nie wiem. Filip zostaje. Będzie tylko jeździł na kilka dni po towar. Kazał mi kupić jak najwięcej ziomków i to w różnych aptekach. Mam tego cały zapas. Wystarczy na długie ćpanie.

Kupiłam jeszcze kodę. Prochy też są dobre, chociaż działają słabiej. Ale dłużej. A to się liczy. Teraz wszystko się liczy. Myślę, że nie jestem wpieprzona, chociaż to trwa już ponad dwa lata. Tylko ta moja wątroba. No i głowa. Coś się tam dzieje. Ale lepiej w to nie wnikać.

1 lipca

Nie ma żadnego Sezonu. Sportowe ćpanie i odpoczynek przed drugą klasą. To wszystko. Żadnych ciągów. Muszę się kontrolować. Postanowienie jest dosyć dobre, ale jak je zrealizować? Nie oszukuj się, Baśka, przecież wiesz, jak się leci po sportowym ćpaniu.

Doprawdy nie wiem. Może przydałaby się jakaś pomoc? Tylko gdzie jej szukać?

Tak już ma być zawsze: poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch, kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, nie kończące się noce udręk. Już nie potrafię płakać, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie podziało się moje uczucie miłości? Boże, co ja ze sobą zrobiłam?

3 lipca

Rozklejasz się, Baśka. Nie ma się czym przejmować. Trzymasz się jeszcze i dobrze. Tomek się kończy - jego brocha. Alfa cię wkurwia - olej go raz na zawsze.

Tak myślę? Może już tak myślę. Może kiedyś tak samo będą o mnie myśleć inne, młode ćpuny, gdy ja im będę serwować towar jak lody. A może kiedyś ktoś przeze mnie się przekręci. Przecież wszystko jeszcze może się zdarzyć. W naszych życiorysach sytuacja zmienia się z minuty na minutę, bo wtedy naprawdę wiele się dzieje, chociaż niewiele robimy. Wystarczy wziąć o działkę za dużo, wpaść w łapy glinom, ześwirować. I już jest inaczej.

Wystarczy powiedzieć w domu - odchodzę i już zaczyna cię zżerać sumienie.

12 lipca

Alfa ruszył w Polskę. Odbija sobie tamten Sezon, kiedy kiblo-wał. Filip zostaje. Filip jest przygnębiony, Filip jest smutny. Martwię się o niego. Chyba jest mocno uzależniony.

A więc Alfy nie będzie teraz w mieście. Tomek wyszedł ze szpitala i pojechał z nim. Na całkowite zatracenie. Takie jest narko-mańskie życie.

Teraz ja odwiedzam Filipa. Przynoszę mu coś do jedzenia, ale on nie może jeść. Cały czas pije zupę albo ładuje ziomki. I opowiada mi o sobie. Słucham tego ćpuńskiego bełkotu, choć czasami nie jest to bełkot. I on kiedyś był zwykłym chłopakiem, nawet takim, jacy są w mojej klasie. Chodził do szkoły. Gdy skończył 18 lat, wyrzucili go. To Alfa dał mu pierwszy strzał, Filip mnie - reakcja łańcuchowa. A ja kogo wciągnę? O nie, nie zrobię tego.

Filip nie ma rodziców, tylko jakąś ciotkę. Ale ona już się nim nie zajmuje, przecież jest pełnoletni. Chciał zostać lotnikiem. Opowiada mi o różnych typach samolotów, chodząca encyklopedia. Tylko czasami już nie pamięta. Kiedyś latał na szybowcach i wtedy w jego życiu pojawił się Alfa.

I kiedyś w moim życiu pojawił się Filip. I kiedyś w czyimś życiu pojawię się ja. I spotkamy się wszyscy tam wysoko, wyżej niż szybowce Filipa, dalej niż gniew Alfy, nawet jeszcze dalej niż moje marzenia.

15 lipca

Za miesiąc zlot, Filipie. Filipie? Za miesiąc przybędą tu nasi bracia i nasze siostry, którzy nie są może tak wpieprzeni jak my, bo oni są hipisami, a my już tylko starymi ćpunami. Filipie, zabiorę cię na pole namiotowe i tam każdy będzie chciał cię wysłuchać.

Posadzę cię na zielonej trawie, wśród słońca i namiotów, i będziemy wspólnie słuchać.

Obudź się, Filipie. Obudź się do życia.

Filip śni. Czasami się odzywa. Nie wiem, czy mnie słyszy. Może słyszy muzykę, bo uparcie nastawia magnetofon.

20 lipca