Pamiętnik księgarza - Shaun Bythell - ebook

81 osób właśnie czyta

Opis

Młody Szkot pod wpływem impulsu przejmuje podupadły antykwariat i postanawia rozkręcić ów bez wątpienia niełatwy interes. Jak się okazuje, decyzja ta wywraca jego życie do góry nogami.

Poznajcie Shauna Bythella, księgarza, bibliofila i wyjątkowego mizantropa ze szkockiego miasteczka Wigtown. Prowadzi tu swój antykwariat, którego niezliczone półki uginają się pod ciężarem tysięcy książek. Wśród nich można znaleźć wszystko: od szesnastowiecznej Biblii po pierwsze wydania powieści Agathy Christie. Raj dla miłośnika książek? Cóż… prawie.

W swoich szczerych, sarkastycznych i przezabawnych zapiskach dokumentuje obfitujące we wzloty i upadki codzienne życie księgarza: utarczki z wrednymi klientami, problemy z ekscentrycznym personelem, frustracje z powodu chronicznie pustej kasy, podróże do najodleglejszych zakątków Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu książkowych skarbów, emocje towarzyszące niespodziewanym znaleziskom, uroki małomiasteczkowego życia… O tym wszystkim przeczytacie w pełnym szkockiego poczucia humoru „Pamiętniku księgarza”.

Ciepła i dowcipna. Będziecie parskać śmiechem. – „Daily Mail”

Niezwykle zabawna (…). Bythell z pasją dowodzi, jak ważne są książki. – „Observer”

Rozkosz dla miłośników książek i księgarni. – „Red Magazine”

Pełna fascynujących osobowości. – „Herald”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału The Diary of a Bookseller

Copyright © Shaun Bythell, 2017–2019

First published 2017 by Profile Books Ltd3 Holford Yard, Bevin Way, London WC1X 9HDwww.profilebooks.com

Cytaty z Bookshop Memories George’a Orwella pochodzą ze zbioru George Orwell: Essays z przedmową Bernarda Cricka (po raz pierwszy opublikowanego pod tytułem The Collected Essays, Journalism and Letters of George Orwell, Vols 1–4, Martin Secker & Warburg, 1968, bieżące wydanie Penguin Book, 2000). Zbiór: copyright © the Estate of Sonia Brownell Orwell, 1984. Przedmowa: copyright © Bernard Crick, 1994. Przedruk za zgodą Penguin Random House UK oraz Estate of Sonia Brownell Orwell.

Przekład Dorota Malina

Redakcja i korekta Dominika Rychel, Anna Hadała-Żołnik, Julia Diduch

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-66360-05-1

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

LUTY

Czy chciałbym wykonywać zawód księgarza? Ogólnie rzecz biorąc, choć pracodawca traktuje mnie dobrze, a w księgarni spędziłem sporo miłych chwil – nie.

George Orwell, Bookshop Memories, Londyn, listopad 1936

Niechęć Orwella do księgarskiego fachu jest zrozumiała. Funkcjonuje stereotyp niecierpliwego, nietolerancyjnego i aspołecznego właściciela księgarni – taką wspaniałą kreację stworzył Dylan Moran w serialu Księgarnia Black Books – który (zasadniczo) wiernie oddaje rzeczywistość. Można oczywiście wskazać wyjątki i wielu księgarzy pewnie nie zachowuje się stereotypowo. Ja, niestety, tak. Nie zawsze jednak tak było i pamiętam, że zanim kupiłem antykwariat, miałem usposobienie życzliwe i przyjazne. Nieustająca lawina głupich pytań, opłakany stan moich finansów, ciągłe sprzeczki z personelem i nieustanne, wyczerpujące targowanie się z klientami sprawiły, że stałem się tym, kim jestem. Czy chciałbym cokolwiek zmienić? Nie.

Antykwariat The Book Shop w moim rodzinnym Wigtown zobaczyłem po raz pierwszy, kiedy w wieku lat osiemnastu wyjeżdżałem stamtąd na studia. Dobrze pamiętam, jak przechodząc z kolegą obok witryny, stwierdziłem, że za rok sklepu na pewno już nie będzie. Dwanaście lat później, podczas bożonarodzeniowych odwiedzin u rodziców, wybrałem się do antykwariatu, żeby zapytać o Trzy gorączki Leo Walmsleya. Rozmawiając z właścicielem, wyznałem mu, że nie mogę znaleźć pracy, która przynosiłaby mi satysfakcję. Zasugerował, żebym odkupił od niego sklep, bo zamierza przejść na emeryturę. Odpowiedź, że nie mam pieniędzy, skontrował: „Po co twoim zdaniem wymyślili banki?”. Niecały rok później, 1 listopada 2001 roku, dokładnie miesiąc po trzydziestych pierwszych urodzinach, wszedłem w posiadanie sklepu z używanymi książkami. Zanim go przejąłem, powinienem był zapewne przeczytać Bookshop Memories Orwella z 1936 roku. Esej nie stracił na aktualności i stanowi cenną przestrogę dla każdego, kto tak jak ja naiwnie myśli, że dni sprzedawcy używanych książek upływają na siedzeniu w kapciach przy kominku, pykaniu fajeczki i lekturze Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego Edwarda Gibbona, przerywanej inteligentnymi rozmowami z rzeszą przemiłych klientów skorych do zostawienia w kasie mnóstwa pieniędzy. Rzeczywistość jest diametralnie inna. Ze wszystkich uwag poczynionych przez Orwella w eseju najbardziej adekwatne wydaje mi się stwierdzenie, że „wielu naszych klientów to ludzie, którzy są uciążliwi, gdziekolwiek się znajdą, ale księgarnia stwarza im prawdziwe pole do popisu”.

W latach 1934–1936 Orwell, pracując nad powieścią Wiwat aspidistra!, dorabiał w Booklover’s Corner w Hampstead. Jego przyjaciel Jon Kimche twierdził, że George niechętnie cokolwiek komukolwiek sprzedawał – to uczucie bez wątpienia znane wielu handlarzom książek. Aby pokazać podobieństwa – a często także różnice – między funkcjonowaniem antykwariatu dziś i w czasach Orwella, każdy miesiąc rozpoczynam fragmentem z Bookshop Memories.

Wigtown mojego dzieciństwa było miasteczkiem pełnym życia. Razem z dwiema młodszymi siostrami dorastałem na małej farmie półtora kilometra od Wigtown, które w porównaniu z płaskimi, słonymi mokradłami wokół gospodarstwa, na których gdzieniegdzie pasły się owce, jawiło nam się jako kwitnąca metropolia. Wigtown, z niecałym tysiącem mieszkańców, leży w Galloway, zapomnianym południowo-zachodnim zakątku Szkocji. Lokalny krajobraz tworzą falujące drumliny na półwyspie zwanym Machars (od celtyckiego machair, czyli żyzna, nisko położona łąka), którego sześćdziesięciokilometrowe wybrzeże oferuje wszystko – od piaszczystych plaż po jaskinie i wysokie klify. Na północ od miasteczka znajdują się Galloway Hills i wspaniała, niemal pusta dzicz stanowiąca część Wyżyny Południowoszkockiej.

W architekturze miasteczka dominują budynki administracji publicznej, zwłaszcza monumentalny ratusz, który niegdyś był siedzibą czegoś, co lokalnie określano mianem hrabstwa. Przez wiele lat podstawę tutejszej gospodarki stanowiły spółdzielcza mleczarnia oraz Bladnoch, wysunięta najdalej na południe destylarnia whisky. To one dawały zatrudnienie większości mieszkańców. Dawniej rolnictwo stwarzało znacznie większe zapotrzebowanie na siłę roboczą, więc w miasteczku i w okolicznych wioskach pracy nie brakowało. Mleczarnię zamknięto w 1989 roku i sto czterdzieści trzy osoby znalazły się na bezrobociu. Destylarnia, założona w roku 1817, zamknęła podwoje w 1993. W rezultacie Wigtown przeszło diametralną transformację. Tam, gdzie dawniej znajdowały się sklep z towarami żelaznymi, warzywniak, budka z pamiątkami, szewc, cukiernia i hotel, teraz straszyły opuszczone lokale i zabite deskami okna.

Dziś Wigtown przeżywa jednak kolejny okres względnej prosperity, co lokalni mieszkańcy przyjmują z pewną dozą optymizmu. Puste zabudowania po mleczarni powoli wypełniły się drobnymi przedsiębiorstwami; zagościli tam kowal, studio nagrań i zakład zduński. W 2000 roku Raymond Armstrong, biznesmen entuzjasta z Irlandii Północnej, wskrzesił destylarnię, wznawiając produkcję whisky na niewielką skalę. Los samego Wigtown też odmienił się na lepsze, gdyż stało się ono prawdziwym centrum książkowego biznesu. Do opuszczonych lokali wróciło życie, a drobnym przedsiębiorcom powodzi się całkiem nieźle.

Wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali w księgarni czy antykwariacie, twierdzą, że interakcje z klientami dostarczają mnóstwa materiałów na książkę – wystarczy zajrzeć do pozycji Weird Things Customers Say in Bookshops [„Dziwactwa, które klienci wygadują w księgarniach”] autorstwa Jen Campbell. Ponieważ cierpię na sklerozę, postanowiłem notować, co dzieje się w moim antykwariacie – zapiski przydadzą mi się, jeżeli kiedyś przyjdzie mi fantazja napisać o tym książkę. Wrażenie, że data początkowa to coś dziwnie mało znaczącego, jest najzupełniej uzasadnione. Po prostu wpadłem na pomysł, żeby zacząć 5 lutego, a luźne notatki przekształciły się w pamiętnik.

ŚRODA, 5 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 5

Zrealizowane zamówienia: 5

O dziewiątej dwadzieścia pięć zadzwonił jakiś facet z południowej Anglii, który rozważa zakup antykwariatu w Szkocji. Chciał się dowiedzieć, jak wycenić inwentarz dwudziestu tysięcy książek. Powstrzymując się od oczywistej reakcji (POSTRADAŁ PAN ZMYSŁY?), zapytałem, ile chce obecna właścicielka. Powiedziała mu, że książki kosztują u niej średnio 6 funtów, a sumę 120 tysięcy funtów proponuje podzielić na trzy. Odparłem, że dzielnik powinien wynosić co najmniej dziesięć, a najprawdopodobniej trzydzieści. Przewożenie dużych ilości książek jest obecnie prawie niemożliwe, a ci, którzy są gotowi się tego podjąć, proponują horrendalne stawki. Sklepów z książkami jest teraz za mało, a książek – za dużo. To rynek kupującego. Nawet w 2001 roku, kiedy przejąłem antykwariat, a koniunktura była znacznie lepsza, poprzedni właściciel wycenił zbiór stu tysięcy książek na ledwie 30 tysięcy funtów.

Być może powinienem zalecić swojemu rozmówcy, żeby przed dokonaniem zakupu przeczytał nie tylko wspomnienia Orwella (Bookshop Memories), lecz także wspaniałą książkę Williama Y. Darlinga The Bankrupt Bookseller Speaks Again [„Antykwariusz bankrut przemawia ponownie”]. Obydwie pozycje są obowiązkową lekturą każdego aspirującego antykwariusza. Tak naprawdę Darling nie był antykwariuszem bankrutem, tylko edynburskim bławatnikiem, który nabrał wielu, wymyślając niezwykle przekonującą postać. Szczegóły są niesamowicie dokładne. Fikcyjny bohater Darlinga – „niechlujny, schorowany, pozornie nudny człowiek, który jednak pod wpływem inspiracji potrafi niezwykle elokwentnie opowiadać o książkach” – doskonale odzwierciedla standardowego antykwariusza.

Dziś do pracy przyszła Nicky. Nie stać mnie już na zatrudnianie personelu na pełny etat, zwłaszcza podczas długiej, mroźnej zimy. Polegam więc na Nicky, równie kompetentnej, co ekscentrycznej, która dwa razy w tygodniu staje za ladą, żebym ja mógł pojechać po towar i pozałatwiać inne sprawy. Nicky jest mocno po czterdziestce i ma dwóch dorosłych synów. Mieszka w małym gospodarstwie nad zatoką Luce Bay jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od Wigtown i należy do zboru Świadków Jehowy. To oraz upodobanie do wytwarzania dziwnie bezużytecznego „rękodzieła” stanowią podstawę jej tożsamości. Nicky większość ubrań szyje sobie sama i jest chorobliwie oszczędna, ale bardzo szczodrze dzieli się swoim niewielkim majątkiem. Co piątek przynosi mi przysmak, który poprzedniego wieczoru, po spotkaniu w Kingdom Hall, wygrzebała ze śmietnika za supermarketem Morrisons w Stranraer; rytuał ten nazywa piątkowym łasuchowaniem. Jej synowie określają ją mianem „flejtuchowatej cyganki”, ale Nicky wrosła w krajobraz antykwariatu tak mocno jak książki i bez niej to miejsce straciłoby mnóstwo uroku. Choć dzisiaj nie jest piątek, przyniosła mi obrzydliwy prezent z supermarketowego śmietnika – paczkę samos, które tak namokły, że zbiły się w bezkształtną masę. Nicky wbiegła, żeby schronić się przed deszczem, wcisnęła mi opakowanie pod nos i powiedziała: „No zobacz tylko, samosy. Cudnie”. Następnie skonsumowała jedną z nich, rozrzucając wilgotne okruchy na ladzie i po podłodze.

W lecie zatrudniam studentki – jedną lub dwie – dzięki czemu mogę oddawać się zajęciom, które uprzyjemniają życie w Galloway. Pisarz Ian Niall wyznał, że kiedy jako dziecko usłyszał w szkółce niedzielnej określenie „kraina mlekiem i miodem płynąca”, myślał, że odnosi się ono do Galloway – częściowo dlatego, że w spiżarni na farmie, gdzie dorastał, produktów tych nigdy nie brakowało, ale również dlatego, że teren ten jawił mu się jako raj. Podzielam tę miłość. Dzięki dziewczynom, które zatrudniam dorywczo, mogę pozwolić sobie na luksus spontanicznych wypadów na ryby, górskie wędrówki albo pływanie. Nicky zwraca się do współpracowniczek per „kochaniutkie”.

Pierwszym klientem (o dziesiątej trzydzieści) był jeden z niewielu naszych stałych bywalców, pan Deacon. To elokwentny dżentelmen po pięćdziesiątce, z brzuszkiem typowym dla stroniących od sportu mężczyzn w średnim wieku. Ciemne, przerzedzone włosy zaczesuje na pożyczkę, tak jak niektórzy łysiejący faceci bezskutecznie usiłujący przekonać innych, że nadal mają bujną czuprynę. Można powiedzieć, że jest dość elegancki, bo ma dobrze skrojone ubrania, tyle że nie nosi ich jak należy: nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak poły koszuli, guziki czy rozporki. Wygląda to tak, jakby ktoś załadował jego ubrania do armaty, potem je na niego wystrzelił, a one jakoś przylgnęły i tak już zostały. Pod wieloma względami jest klientem idealnym: nigdy się nie rozgląda i przychodzi tylko wtedy, kiedy dokładnie wie, czego chce. Jego zamówieniom zwykle towarzyszy recenzja książki wycięta z „Timesa”, którą podsuwa osobie aktualnie stojącej za kasą. Wyraża się zwięźle i precyzyjnie, nie wdaje się w pogawędki, ale nigdy też nie jest nieuprzejmy i zawsze płaci przy odbiorze. Poza tym nie wiem o nim nic więcej; nie znam nawet jego imienia. Właściwie to zastanawiam się, dlaczego zamawia książki u mnie, skoro łatwo mógłby robić to na Amazonie. Może nie ma komputera. Może nie chce go mieć. A może jest przedstawicielem wymierającego gatunku ludzi, którzy wiedzą, że jeśli chcą, żeby księgarnie przetrwały, muszą je wspierać.

W południe do lady podeszła kobieta w bojówkach i w berecie, która położyła przede mną sześć książek, w tym dwa niemal nowe, cenne albumy o sztuce, w idealnym stanie. Podliczyłem, że powinna zapłacić 38 funtów, a kiedy poprosiła o zniżkę, zaproponowałem 35 funtów. „A nie obniżyłby pan do 30?” Kiedy klienci, którym oferuje się zniżkę na produkty już i tak kosztujące ułamek swojej pierwotnej ceny, domagają się rabatu o kolejne 30 procent, bardzo nadweręża to moją wiarę w ludzką przyzwoitość. Odmówiłem, a ona zapłaciła 35 funtów. W pełni zgadzam się teraz z Janet Street-Porter, która zasugerowała, że każdy, kto nosi bojówki, powinien zostać zrzucony na spadochronie do strefy zdemilitaryzowanej.

W kasie: 274 funty i 9 pensów*

Liczba klientów: 27

CZWARTEK, 6 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 6

Zrealizowane zamówienia: 5

Z całego inwentarza stu tysięcy książek dziesięć tysięcy wystawiamy online. Ich spis zamieszczamy w bazie danych zwanej Monsoon, która przekazuje je do Amazona i Abe Books. Dziś klient z Amazona napisał komentarz dotyczący książki Dlaczego istnieje raczej coś niż nic**. Treść skargi brzmiała następująco: „Nadal nie otrzymałem książki. Proszę o rozwiązanie tej sprawy. Jak na razie nie wystawiłem Państwu żadnej opinii”. Takie słabo skrywane skargi są coraz częstsze ze względu na system ocen Amazona i pozbawionych skrupułów klientów, którzy czasem wykorzystują go do wymuszania częściowego, a nawet całkowitego zwrotu kosztów, kiedy nie dostali zamówienia na czas. Książka, o której mowa, została wysłana w zeszły wtorek i powinna była już dotrzeć, więc albo klient chce wyłudzić zwrot, albo wystąpił jakiś problem z Royal Mail, co zdarza się niezwykle rzadko. Odpisałem, żeby poczekał do poniedziałku, a jeśli do tego czasu książka nie przyjdzie, zwrócimy mu pieniądze.

Po lunchu przejrzałem pudła z literaturą teologiczną, które w zeszłym tygodniu przyniósł emerytowany pastor Kościoła Szkocji. Z reguły chętnie przyjmujemy zbiory poświęcone jednemu tematowi, bo w nich prawie na pewno znajdzie się kilka rzadkich okazów, za które kolekcjonerzy są skłonni sporo zapłacić. Teologia jest prawdopodobnie jedynym wyjątkiem od tej reguły, co potwierdziło się dzisiaj: nie trafiłem na nic cennego.

O piątej zamknąłem antykwariat i poszedłem kupić coś na kolację. Ostatnio w lewej kieszeni spodni zrobiła mi się dziura, o której zapominam i ciągle wkładam tam drobniaki. Wieczorem, kiedy rozbierałem się do łóżka, w lewym bucie znalazłem funta i 22 pensy.

W kasie: 95 funtów i 50 pensów

Liczba klientów: 6

PIĄTEK, 7 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 2

Zrealizowane zamówienia: 2

Dzień był piękny i słoneczny. Nicky przyjechała trzynaście po dziewiątej, ubrana w czarny kanadyjski kombinezon narciarski, który kupiła w sklepie charytatywnym w Port William za 5 funtów. Od listopada do kwietnia jest to jej standardowy strój roboczy. W wielkim watowanym owerolu przeznaczonym do sportów zimowych wygląda jak zagubiony teletubiś. W okresie jesienno-zimowym Nicky nieustannie skarży się na temperaturę w sklepie, gdzie rzeczywiście jest chłodnawo. Nicky jeździ niebieskim minibusem, który idealnie pasuje do jej zbierackiego stylu życia. Usunęła wszystkie siedzenia i teraz może wozić najróżniejsze zdobycze: od worków z nawozem po połamane krzesła biurowe. Nicky nazwała busik Bluebell [dzwoneczek], a ja ochrzciłem go Bluebottle [żuk, mucha, dosłownie: niebieska butelka], bo ogólnie rzecz biorąc, to właśnie zawiera.

O dziewiątej przyszedł Norrie (były pracownik, teraz stolarz freelancer), żeby naprawić dach Lisiej Nory, letniskowej chatki w ogrodzie.

W ciągu ostatnich piętnastu lat pracownicy przychodzili i odchodzili, ale jeszcze do niedawna zawsze zatrudniałem na pełny etat przynajmniej jedną osobę. Niektórzy byli wspaniali, inni – dość okropni, niemal ze wszystkimi nadal się przyjaźnię. Na początku brałem do pomocy studentów, którzy w lecie pracowali w soboty, czego nie lubili robić stali pracownicy. Między rokiem 2001 a 2008, mimo wyraźnej tendencji do zakupów przez internet, obroty wrastały ciągle i znacząco. Później, po upadku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku, nastąpiła wielka zapaść i wróciliśmy do punktu wyjścia z 2001, tyle że w tłustych latach nasze koszty własne znacznie wzrosły.

Kilka lat temu razem z Norriem wybudowaliśmy Lisią Norę. Podczas dorocznego festiwalu książki w Wigtown wykorzystujemy ją do małych ekscentrycznych wydarzeń. W zeszłym roku najbardziej wytatuowany mężczyzna w Szkocji wygłosił tam dwudziestominutową prelekcję na temat historii tatuażu. Podczas przemówienia rozebrał się do slipek, żeby zilustrować poszczególne elementy wywodu. Pewna starsza pani, która uznała budynek za toaletę, nieopatrznie weszła do Lisiej Nory pod koniec pogadanki i zobaczyła roznegliżowanego prelegenta. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek się otrząsnęła.

Na odchodnym Norrie wdał się z Nicky w zażartą dyskusję. Usłyszałem tylko końcówkę, ale chyba spierali się o ewolucję. To ulubiony temat Nicky i często się zdarza, że tytuł O powstawaniu gatunków znajduję w dziale „fikcja”, bo ona go tam przenosi. W odwecie wkładam egzemplarze Biblii między powieści.

Przeglądając zbiór teologiczny przyniesiony przez emerytowanego pastora, trafiłem na książkę pod tytułem Gay Agony [szczęśliwa agonia, ale też: agonia gejowska] autorstwa, ironio, H.A. Manhooda [męskość], który, jak się okazało, mieszkał w przerobionym wagonie kolejowym w Sussex.

W kasie: 67 funtów

Liczba klientów: 4

SOBOTA, 4 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 4

Zrealizowane zamówienia: 4

Do pracy przyszła dziś Nicky, żebym ja mógł pojechać do Leeds i przejrzeć prywatny zbiór sześciuset książek o lotnictwie. Wyruszyliśmy z Anną o dziesiątej, a Nicky na pożegnanie udzieliła mi rady: „Obejrzyj te książki, wymyśl cenę, a potem podziel ją na pół”. Powiedziała mi też, że kiedy nadejdzie apokalipsa (czy jej wersja końca świata – kiedy zaczyna o religii, nie słucham zbyt uważnie), i na Ziemi zostaną tylko świadkowie Jehowy, zamierza wejść do mojego mieszkania i zabrać wszystkie rzeczy. Właśnie z tą myślą ogląda stojące u mnie meble.

Młodsza ode mnie o dwanaście lat Anna, amerykańska pisarka, jest moją partnerką. Czteropokojowe mieszkanie nad antykwariatem dzielimy z czarnym kotem, który nazywa się Kapitan na cześć kapitana Toma Cata z Pod mlecznym lasem. Anna pracowała dla NASA w Los Angeles i w 2008 roku przyjechała w wakacje do Wigtown, żeby zrealizować swoje marzenie: zawsze chciała pracować w szkockiej księgarni niedaleko morza. Natychmiast się sobie spodobaliśmy i niedługo po powrocie do Kalifornii postanowiła znów przyjechać. W 2012 roku jej historią zainteresowała się Anna Pasternak, dziennikarka, która odwiedzała Wigtown w czasie festiwalu książki, i opisała ją dla „Daily Mail”. Wkrótce potem do mojej Anny zwrócił się wydawca z propozycją napisania wspomnień. W rezultacie w 2013 roku Short Books opublikowało pierwszą książkę Anny: Three Things You Need to Know About Rockets [„Trzy rzeczy, które musisz wiedzieć o rakietach”]. Mimo sukcesu literackiego Anna przyznaje, że jest „lingwistyczną impresjonistką” – często, kiedy mówi, wymyśla język na nowo, co jest zarazem urocze, jak i frustrujące. Stosuje technikę polegającą na interpretowaniu słów, które słyszy przez częściowo zatkane uszy, i powtarzaniu ich w wersji, która trochę przypomina oryginał, tyle że z zatartymi granicami. Powstaje w ten sposób miejscami niezrozumiała zupa słowna doprawiona garstką wyrazów w jidysz, których nauczyła się od babci.

Kobieta, która sprzedaje książki o lotnictwie, zadzwoniła w zeszłym tygodniu w dość pilnej sprawie. Zbiór należał do jej zmarłego przed rokiem męża. Ona sprzedała dom i w marcu musi się wyprowadzić. Przyjechaliśmy do niej o trzeciej. Moją uwagę natychmiast zwróciło to, że gospodyni nosi perukę, a na podłodze przy drzwiach i pod oknami rozsypane są kasztany. Wyjaśniła, że mąż zmarł na raka, a ona sama teraz leczy się na ten sam nowotwór. Zbiór znajdował się na zaadaptowanym strychu, na który wiodły wąskie schody. Negocjowanie ceny zajęło trochę czasu, ale w końcu uzgodniliśmy 750 funtów za około trzysta książek. Nie miała nic przeciwko temu, żebym nie brał reszty. Gdyby tylko zawsze tak było. Najczęściej ludzie chcą się pozbyć całej kolekcji, zwłaszcza jeśli chodzi o masę spadkową. Razem z Anną zapakowaliśmy do vana czternaście pudeł i ruszyliśmy do domu. Kobieta z wyraźną ulgą pożegnała się ze zbiorem, którym pasjonował się jej mąż. Choć sama nie podzielała jego zainteresowań, wiedziała, że likwidacja tej kolekcji nie będzie dla niej łatwa. Przed odjazdem Anna zapytała ją jeszcze, dlaczego na podłodze leżą kasztany. Okazało się, że kobieta (zresztą tak jak i Anna) boi się pająków, a kasztany ponoć wydzielają substancję chemiczną, która je odstrasza.

Vana (czerwone renault trafic) kupiłem dwa lata temu i zajeździłem go niemal na śmierć. Nawet podczas króciutkich przejazdów ludzie witają mnie entuzjastycznym machaniem, biorąc mnie za swojego listonosza.

Zbiór o lotnictwie zawiera dwadzieścia dwa tomy Putnam Aeronautical Books. To seria poświęcona producentom samolotów i poszczególnym typom statków powietrznych takim jak fokker, hawker, supermarine, rocket aircraft. Dotychczas sprzedawały się dobrze zarówno w internecie, jak w sklepie – cena jednego tomu oscylowała między 20 a 40 funtami. Ofertę za całość oparłem zatem na założeniu, że dość szybko sprzedam putnamy i odzyskam poniesione koszty.

Wiele transakcji zaczyna się od tego, że dzwoni do mnie zupełnie obca osoba i tłumaczy, że niedawno zmarł jej ktoś bliski i to mój interlokutor musi pozbyć się książek nieboszczyka. Oczywiście często jest tak, że dzwoniący nadal jest pogrążony w żałobie, więc praktycznie niemożliwe jest, żeby smutek choć w niewielkim stopniu nie udzielił się i mnie. Przeglądanie księgozbioru daje wgląd w życie właściciela, jego zainteresowania i w jakiejś mierze w jego osobowość. Teraz, nawet kiedy odwiedzam znajomych, przyciągają mnie półki z książkami, które mogą odsłonić przede mną jakąś ukrytą dotychczas prawdę o nich. Moja własna kolekcja jest tego najlepszym przykładem – wśród literatury współczesnej i pozycji na temat szkockiej sztuki i historii, które dominują, trafić można na przykład na Talk Dirty Yiddish [„Jak przeklinać w jidysz”] and Collectable Spoons of the Third Reich [„Kolekcjonerskie łyżki III rzeszy”]. Pierwszą dostałem od Anny, a drugą – od Mike’a, mojego przyjaciela.

Z Leeds wracaliśmy przez Ilkley Moor w deszczu ze śniegiem i do domu dotarliśmy o siódmej. Kiedy otworzyłem drzwi, na podłodze czekały na mnie stosy książek i mnóstwo pudeł, a w skrzynce e-mailowej fura wiadomości. Nicky czerpie sadystyczną przyjemność z rozstawiania kartonów po całym sklepie – pewnie dlatego, że wie, jak dużą wagę przywiązuję do porządkowania, zwłaszcza podłóg. Jako osoba z natury niechlujna uważa, że moje pragnienie porządku i organizacji jest niezwykle ekscentryczne i zabawne, więc celowo wprowadza w sklepie chaos, a kiedy ją strofuję, nazywa mnie pedantycznym neurotykiem.

W kasie: 77 funtów i 50 pensów

Liczba klientów: 7

PONIEDZIAŁEK, 10 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 8

Zrealizowane zamówienia: 7

Jedną z zamówionych książek był Pebble Mill Good Meat Guide [„Poradnik o dobrym mięsie Pebble Mill”].

Ponieważ sporo wysyłamy, mamy umowę z Royal Mail i zamiast wozić paczki na pocztę i wykładać na ladę, tak żeby kierowniczka Wilma mogła je przyjąć, rejestrujemy przesyłki online, a potem Nicky albo ja dostarczamy je na zaplecze urzędu pocztowego, skąd są zabierane prosto do sortowni.

Tak jak wiele wiejskich urzędów pocztowych i ten w Wigtown jest częścią innego sklepu – w naszym wypadku to salonik prasowy i sklep z zabawkami jednocześnie, którego właścicielem jest William z Irlandii Północnej. Jak nazwać przeciwieństwo pogodnego usposobienia? William właśnie takie ma. W olbrzymiej ilości. Nigdy się nie uśmiecha i narzeka na absolutnie wszystko. Jeśli jest w sklepie, kiedy przywożę paczki, celowo mówię mu wesoło „dzień dobry”. Jeśli w ogóle pofatyguje się, żeby zareagować, wymamrotana pod nosem odpowiedź zawsze brzmi: „A co niby w nim takiego dobrego?” albo „Byłby dobry, gdybym nie musiał siedzieć w tym strasznym miejscu”. Ogólnie im pogodniej go witasz, tym bardziej wroga będzie jego odpowiedź. Głębię jego wrogości do świata dobrze obrazuje to, że każde czasopismo przykleja do stojaka trzema kawałkami taśmy, tak że klienci nie mogą ich przeglądać. Wilma w przeciwieństwie do niego jest dowcipna, wesoła i serdeczna. Poczta stanowi w Wigtown prawdziwe centrum życia społecznego – każdy przychodzi tam przynajmniej raz w tygodniu, to tam przekazywane są plotki, tam wiesza się nekrologi.

Po lunchu skończył się nam papier w kasie fiskalnej, a kiedy chciałem wymienić rolkę, okazało się, że nie mamy już ani jednej, więc zamówiłem dwadzieścia nowych. Powinno nam to wystarczyć na dwa–trzy lata, oby na krócej, jeśli nastaną lepsze czasy.

Dziś do Klubu Przypadkowych Książek (KPK) zapisały się dwie nowe osoby. Klub jest pokłosiem inicjatywy, z którą wyszedłem kilka lat temu, gdy interes kręcił się kiepsko i przyszłość jawiła się dość ponuro. Za 59 funtów rocznie klubowicze otrzymują miesięcznie jedną książkę. Nie mają jednak żadnego wpływu na wybór, ten zależy wyłącznie ode mnie. Książki, które umieszczam w pudle KPK, a następnie pakuję i rozsyłam, dobieram niezwykle starannie. Ponieważ wszyscy klubowicze uwielbiają, rzecz jasna, czytać, pieczołowicie wyszukuję pozycje, które moim zdaniem spodobają się każdemu molowi książkowemu. Unikam wszelkich tytułów, które wymagałaby sporej wiedzy technicznej – w pudle ląduje zarówno beletrystyka, jak i non-fiction, z lekką przewagą tej drugiej, i trochę poezji. Wśród książek, które roześlę w tym miesiącu, są: Other Passports Clive’a Jamesa, Cela Prospera Lawrence’a Durrella, biografia Sartre’a pióra Iris Murdoch, Miasteczko jak Alice Springs Neville’a Shute’a i tom pod tytułem 100+ Principles of Genetics. Wszystkie książki są w dobrym stanie, żadna nie pochodzi ze zlikwidowanych zbiorów bibliotecznych, a niektóre – mniej więcej kilka tytułów rocznie – mają kilkaset lat. Szacuję, że jeśli klubowicze postanowiliby sprzedać otrzymane książki na eBayu, składka klubowa zwróciłaby im się z sowitym naddatkiem. Na stronie internetowej mamy klubowe forum, ale nikt z niego nie korzysta, co pokazuje, jaki typ osób przyciągają tego rodzaju przedsięwzięcia – to zrzeszenie ludzi, którzy nie lubią wdawać się w interakcje z innymi. Być może właśnie dlatego w ogóle wymyśliłem ten klub, poniekąd spod znaku Groucho Marxa. Mamy około stu pięćdziesięciu członków, a oprócz skromnej reklamy w „Literary Review” moje działania marketingowe ograniczają się do strony internetowej i profilu na Facebooku, których od dość dawna nie aktualizowałem. Okazuje się, że najskuteczniejszy jest marketing szeptany. Ocaliło mnie to przed finansowym blamażem w bardzo trudnych dla księgarzy czasach.

W kasie: 119 funtów i 99 pensów

Liczba klientów: 11

WTOREK, 11 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 11

Zrealizowane zamówienia: 5

Antykwariatem zajął się Norrie, żebym mógł jechać na aukcję w Dumfries, jakieś osiemdziesiąt kilometrów od Wigtown. To aukcja ogólna, więc nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Wystawia się wszystko: od szezlongów po pralki, lichtarze, dywaniki, porcelanę, biżuterię, czasem nawet samochody. Początkowo jeździłem tam tylko po książki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że najtańszym sposobem na umeblowanie mieszkania nad sklepem (gdy je kupiłem, było puste) będzie upolowanie czegoś na wyprzedaży aukcyjnej. Kiedy więc miałem w antykwariacie pełnoetatowych pracowników, co drugi wtorek sumiennie jeździłem do Dumfries i łowiłem okazje: antyczne meble znacznie piękniejsze i o niebo tańsze niż ich odpowiedniki z IKEI. Sporadycznie wracałem do domu z pudłem książek, znacznie częściej – z georgiańską komódką, wypchaną wiewiórką, lampą stojącą albo fotelem ze skóry. Wśród stałych bywalców aukcji jest Angus, uroczy emerytowany marynarz okrętu podwodnego. Z reguły idziemy gdzieś na bok i plotkujemy o innych kupujących. Wszystkim, których widujemy regularnie, nadał ksywki: na przykład Dave Kapelusznik albo Biskup. Żadne z przezwisk nie jest złośliwe, ale każde doskonale oddaje charakter danej osoby. Dziś wróciłem z drewnianymi nartami Lillywhites, którymi najpierw udekoruję wystawę, a późnej sprzedam je w sklepie. Teraz, ponieważ nie stać mnie na stałych pracowników, rzadko mam okazję uczestniczyć w aukcjach.

Kiedy jest u mnie Anna, staramy się jednak wybrać do Dumfries, więc znajduję kogoś, kto zajmie się sklepem. Anna uwielbia te aukcje, ale zawsze licytuje maksymalnie trzy funty, co oznacza, że zawsze przywozi mnóstwo śmieci, i dziś też tak było. Upolowała między innymi: pieska corgi z mosiądzu, pięć naparstków, stary zestaw kluczy i połamany stojak na grzanki. Raz szarpnęła się na pudełko z plastikową biżuterią za 15 funtów. Znalazła w nim pierścionek, który wydał jej się interesujący. Zaniosła go do domu aukcyjnego Bonhams w dzień darmowej wyceny. Zasugerowali, żeby wystawiła go u nich na sprzedaż. Poszedł za 850 funtów.

Od kilku lat raz w tygodniu udostępniam swój salonik nad sklepem na kurs rysunku. Zajęcia odbywają się co wtorek i prowadzi je lokalny artysta Davy Brown. Grupa składa się z około dziesięciu emerytek. O tej porze roku w mieszkaniu jest przeraźliwie zimno, więc poleciłem Norriemu, żeby na godzinę przed ich przybyciem rozpalił w kominku i włączył farelkę. Niestety zapomniał i jedną z kursantek prawie trzeba było reanimować. Chętnie pozwoliłbym im używać salonu za darmo, ale grupa jest na tyle uprzejma, że płaci mi za koszty ogrzewania, nawet z drobnym naddatkiem.

Po powrocie z aukcji zauważyłem, że witryna antykwariatu z lewej strony jest kompletnie zalana (po obu stronach drzwi znajdują się duże okna, w których umieszczamy wystawy tematyczne). Zawsze trochę przeciekała, ale nigdy nie mieliśmy aż takiej powodzi. Wyjąłem i wyrzuciłem wszystkie namoknięte książki. Teraz zamiast nich witrynę zdobi ręcznik, sześć kubków i rondel, do których skapuje woda. Nie ma roku, żeby coś w budynku nie wymagało interwencji fachowca, a usterki zawsze pojawiają się w zimie, kiedy pogoda jest bezlitosna, a kasa świeci pustkami. Na utrzymanie dachu nad głową i pionowych ścian staram się zarezerwować około 7 funtów rocznie i dotychczas naprawy tyle mniej więcej pochłaniały.

O siódmej wieczorem przyszedł Eliot, dyrektor festiwalu książki w Wigtown. W ostatni weekend września w Wigtown rozpoczyna się tygodniowe święto literatury. Odkąd przejąłem antykwariat, festiwal niesamowicie się rozrósł – zaczęło się od garstki wydarzeń z niewielką, głównie miejscową publiką, a teraz to olbrzymia impreza z pawilonami ogrodowymi na trzysta osób i ponad dwustoma spotkaniami, na które zewsząd zjeżdżają luminarze. Ten wyjątkowy festiwal początkowo organizowało kilkoro ochotników, a teraz ma biuro z opłacaną pięcioosobową ekipą i kilka tysięcy odwiedzających z całego świata. Eliot był dziennikarzem, i to bardzo dobrym. Kilka lat temu przeprowadził się do Wigtown i szybko stało się jasne, że idealnie nadaje się do kierowania festiwalem. Znalazły się więc pieniądze na to, żeby mu zapłacić, i utworzono stanowisko. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, jestem nawet ojcem chrzestnym jego drugiego dziecka. Teraz Eliot mieszka niestety w Londynie, więc nie widuję go tak często, jakbym chciał, ale kiedy przyjeżdża do Wigtown na zebrania zarządu, zatrzymuje się u mnie. Jak zwykle niemal natychmiast po wejściu zdjął buty i rzucił je na podłogę. Nie minęło dziesięć minut, jak się o nie potknąłem.

W kasie: 5 funtów

Liczba klientów: 1

ŚRODA, 12 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 15

Zrealizowane zamówienia: 14

Zimny, ciemny i ponury dzień z nieustającą ulewą. Od ósmej piętnaście do dziewiątej Eliot zażywał kąpieli, więc przed otwarciem sklepu nie miałem szansy się umyć ani nawet wyszorować zębów.

W przeciwieństwie do pogody Nicky od rana była irytująco promienna i wesoła. Rozmawialiśmy o skorzystaniu z usługi Fulfillment by Amazon (FBA, Realizacja przez Amazona). Polega to na tym, że rejestrujemy i opisujemy książki w naszej bazie danych, a potem wysyłamy je do magazynu w Dunfermline, gdzie czekają na zamówienie klienta. Kiedy ktoś zdecyduje się kupić książkę, pracownicy Amazona wyszukują ją, pakują i wysyłają. Rozwiązuje to problem braku przestrzeni w sklepie i przydaje się szczególnie w wypadku kolekcji, które mogą kiepsko sprzedawać się w antykwariacie. Nicky twardo odmawia rejestrowania książek w tej bazie, powołując się na szereg wątpliwych osądów, które zahaczają o etykę i inne nieistotne tutaj dziedziny filozofii. Nie całkiem rozumiem – w gruncie rzeczy w ogóle nie rozumiem jej silnego oporu. Owszem, jest to transakcja z udziałem Amazona, ale i tak sprzedajemy książki za jego pośrednictwem. Bardzo niewielu księgarzy i antykwariuszy ma pochlebną opinię o Amazonie, ale niestety w sprzedaży internetowej to praktycznie monopolista. Poddałem się i już nie próbuję przekonywać Nicky: na moje sugestie i prośby pomocnie kiwa głową, a potem i tak robi swoje, w ogóle nie przejmując się tym, co mówiłem.

Część przedpołudnia spędziliśmy na aranżowaniu w niezalanej witrynie wystawy tematycznej „Olimpiada zimowa”. Wykorzystaliśmy drewniane narty Lillywhites z wczorajszej aukcji. W drugiej witrynie nadal stoi mnóstwo rondli i kubków, do których skapuje woda.

W porze lunchu zawiozłem Annę do Newton Stewart, skąd miała autobus do Dumfries, a stamtąd pociąg do Londynu.

O drugiej po południu facet z wąsami à la Mugabe przyniósł dwa pudła książek o sztuce i kinie. Wypatrzył sobie u nas kilka pozycji, więc uzgodniliśmy, że w zamian za przyniesione książki może wybrać sobie coś do 30 funtów. Takie transakcje to nasz chleb powszedni i obok wyprzedaży mas spadkowych i księgozbiorów jedna z metod nabywania towaru. Prawie codziennie przynajmniej jedna osoba przychodzi z książkami, więc średnio przeglądamy jakieś sto propozycji dziennie. Odrzucamy mniej więcej 70 procent, ale zazwyczaj sprzedającemu zależy na tym, żeby zostawić wszystkie naraz. W rezultacie mamy problem, bo sklep wypełnia się pudłami niechcianych książek. Za nabytki zwykle płacimy gotówką, bo sumy nie wymagają używania czeków. Do tych transakcji mamy piękny wiktoriański rejestr, w którym sprzedający musi wpisać imię i nazwisko, adres oraz kwotę, tak żeby zgadzały się nam finanse.

Pewnego razu, niedługo po tym, jak przejąłem antykwariat, kilka pudeł przyniósł nam młody facet, który emigrował do Kanady. Kiedy go poprosiłem, żeby podpisał się w rejestrze, napisał: „Tom Jones”. Roześmiałem się i pokazałem mu kilka innych nazwisk, które ewidentnie były wymyślone, dodając, że on pierwszy użył pseudonimu Tom Jones. Odpowiedział: „Nic nadzwyczajnego”, i wyszedł. Kiedy zacząłem wyceniać książki, zauważyłem, że na wyklejce każdej z nich widniało wypisane długopisem „Tom Jones”. Jego gusta książkowe pokrywały się z moimi, choć w pudłach znalazłem kilka pozycji, których jeszcze nie czytałem. Zakładając, że one również mi się spodobają, wybrałem parę i odłożyłem dla siebie. Jedna z nich, Rum Doodle. Zdobycie najwyższego szczytu świata Williama E. Bowmana, to klasyczna parodia literatury wspinaczkowej.

W kasie: 104 funty i 90 pensów

Liczba klientów: 8

Ciąg dalszy w wersji pełnej.

* W sumie tej nie uwzględniam dochodów ze sprzedaży internetowej, które Amazon przelewa na nasze konto co dwa tygodnie. Obrót online jest znacznie mniejszy niż w antykwariacie, średnio 42 funty na dzień. Odkąd kupiłem sklep w 2001 roku, handel książkami przeszedł diametralne zmiany, do których my, chcąc nie chcąc, musieliśmy się dostosować. Na początku tysiąclecia sprzedaż internetowa była jeszcze w powijakach, a w handlu książkami używanymi liczył się tylko jeden gracz: Abe Books (w tamtym okresie Amazon sprzedawał wyłącznie nowe pozycje). Jako że Abe Books założyli księgarze, koszty ograniczyli do minimum. Platforma świetnie nadawała się do wystawiania droższych pozycji, takich, które trudno schodzą w sklepie, a ponieważ korzystających z niej sprzedawców było stosunkowo niewielu, można było uzyskać niezłe ceny. Oczywiście teraz Amazon pożera wszystko na swojej drodze – wchłonął nawet Abe Books, przejmując sklep w 2008 roku. W rezultacie internetowy rynek księgarski jest teraz przesycony tytułami tradycyjnymi i elektronicznymi. Nie mamy jednak wyboru, w sprzedaży internetowej musimy korzystać z pośrednictwa Amazona i Abe Books, więc niechętnie to właśnie robimy. Konkurencja tak wyśrubowała ceny, że handel online sprowadza się albo do hobby, albo do wielkiego biznesu kontrolowanego przez kilku dużych graczy z ogromnymi magazynami i bardzo korzystnymi umowami z pocztą. Efekt skali sprawia, że drobni i średni sprzedawcy przegrywają w przedbiegach. Kluczem do problemu jest Amazon i chociaż niesprawiedliwe byłoby zrzucanie na niego całej winy, nie ulega wątpliwości, że zupełnie zmienił rynek książki. Nie bez powodu Jeff Bezos wykupił domenę relentless.com [bezlitosny, nieugięty]. Całkowita liczba klientów też może być myląca – nie uwzględnia wszystkich, którzy nas odwiedzili, a wyłącznie tych, którzy dokonali zakupu. Odwiedzających jest średnio pięć razy więcej niż tych, którzy cokolwiek kupują.

** Autorem jest Lawrence M. Krauss, pełny polski tytuł publikacji brzmi: Wszechświat z niczego. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic. (Ten i wszystkie kolejne przypisy pochodzą od tłumaczki).