Pamięć nieulotna - Edward Snowden - ebook + audiobook

129 osób właśnie czyta

Opis

Książka, na którą czekało wielu. Prawda o Edwardzie Snowdenie i kulisach jego dramatycznej decyzji. Prawda o masowej inwigilacji i o tym, że z internetowych konsumentów staliśmy się internetowym towarem. Snowden, CIA, NSA. Od zafascynowanego technologią chłopca po amerykańskiego cyberszpiega. Od idyllicznego dzieciństwa po skomplikowaną dorosłość, która wstrząsnęła światem. To trzeba przeczytać.

W 2013 roku 29-letni wówczas Edward Snowden – były agent Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) i pracownik kontraktowy Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) – zaszokował świat, odchodząc z amerykańskiego wywiadu i ujawniając, że rząd Stanów Zjednoczonych w tajemnicy pracuje nad metodami przechwytywania i rejestrowania wszystkich rozmów telefonicznych, wiadomości tekstowych i e-maili.

Doprowadziłoby to do powstania systemu masowej inwigilacji na niesłychaną skalę, który umożliwiałby wgląd w prywatne życie każdej osoby na świecie. Sześć lat po tym głośnym wydarzeniu Snowden w swojej książce po raz pierwszy ujawnia, jak pomagał tworzyć ten system oraz jak ostatecznie kryzys sumienia pchnął go do trudnych życiowych decyzji.

Od sielankowych klimatów przedmieść przy obwodnicy Beltway, gdzie spędził dzieciństwo, po tajne przydziały z ramienia CIA i NSA – „Pamięć nieulotna” to wyjątkowe świadectwo błyskotliwego młodego człowieka, który dorastał w erze raczkującej ogólnoświatowej sieci, by potem stać się szpiegiem, sygnalistą, a w końcu – na wygnaniu – głosem sumienia internetu.

Pamięć nieulotna to książka napisana z pasją, żarliwością i bezlitosną szczerością; niezwykle ważna, bo opisująca nasze miejsce w świecie ery cyfrowej, niosącej wspaniałe możliwości i przerażające zagrożenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 28 min

Lektor: Czyta: Filip Kosior

Popularność


Tytuł oryginału Permanent Record

First published by Metropolitan BooksHenry Holt and Company, LLCPublisher since 1886120 Broadway, New York, NY 10271www.henryholt.com

Copyright © 2019 by Edward SnowdenAll rights reserved.

Przekład Michał Jóźwiak (rozdziały: 0–2, 6–7, 10–12, 15–16, 20, 23–24, 26, 27), Michał Strąkow (rozdziały: 3–5, 8–9, 13–14, 17–18, 22, 29),Bożena Jóźwiak (rozdziały: 19, 21, 25, 27, 28, Podziękowania)

Redakcja Tomasz Brzozowski, Monika Skowron

Korekta Małgorzata Kłosowicz

Projekt okładkiRodrigo Corral

Zdjęcie autora© Platon

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2019Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-25-9

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dla_L.|

00_Przedmowa|

Nazywam się Edward Snowden. Kiedyś byłem agentem rządowym, teraz jednak działam na rzecz obywateli. Potrzebowałem prawie trzech dekad, by zdać sobie sprawę, że jedno i drugie to nie to samo, a kiedy dostrzegłem różnicę, narobiłem sobie kłopotów u pracodawcy. W rezultacie obecnie poświęcam swój czas na chronienie społeczeństwa przed takimi jak ja: szpiegami Centralnej Agencji Wywiadowczej (Central Intelligence Agency, CIA) i Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Agency, NSA), młodymi ludźmi o technicznym wykształceniu, starającymi się budować świat, który w ich przekonaniu będzie lepszy.

Moja kariera w amerykańskich służbach wywiadowczych trwała jedyne siedem lat, czyli – co stwierdzam z pewnym zaskoczeniem – tylko rok dłużej niż moje życie na wygnaniu w kraju, którego nie wybrałem. Na przestrzeni tych siedmiu lat miałem jednak okazję brać udział w jednym z najważniejszych przełomów w historii amerykańskiego wywiadu – odejściu od śledzenia pojedynczych osób na rzecz masowej inwigilacji całych społeczeństw. Przyłożyłem rękę do powstania technologii, która umożliwiła rządowi jednego państwa gromadzenie przekazów cyfrowych z całego świata, przechowywanie ich całymi latami, a także przeszukiwanie tych zasobów, kiedy tylko zajdzie potrzeba.

Po wydarzeniach z 11 września 2001 roku amerykańskie służby wywiadowcze ogarnęło druzgocące poczucie winy, że nie zdołały zapewnić Ameryce bezpieczeństwa i dopuściły do najbardziej niszczycielskiego ataku na nasz kraj od czasu Pearl Harbor. Przywódcy tych służb postanowili zatem stworzyć system, który miał zapobiec podobnej sytuacji w przyszłości. U jego podstaw miała lec nowoczesna technologia, rzecz obca armii politologów i magistrów zarządzania, stanowiącej trzon wywiadu. Dlatego wszystkie najbardziej tajne agencje otworzyły szeroko drzwi młodym adeptom technologii – takim jak ja. Geeki na własność posiadły ziemię.

Komputery były jedyną rzeczą, na której w tamtych czasach znałem się dobrze, dzięki czemu szybko piąłem się w hierarchii. Miałem dwadzieścia dwa lata, kiedy otrzymałem pierwszy dostęp kategorii „ściśle tajne” i objąłem stanowisko na najniższym szczeblu struktury NSA. Niecały rok później pracowałem już dla CIA w roli projektanta systemów informatycznych ze swobodnym dostępem do kilku spośród najbardziej poufnych sieci na naszej planecie. Nadzór kierownictwa ograniczał się tylko do tego, że towarzyszył mi facet, który zabijał czas, czytając na swojej zmianie powieści Roberta Ludluma i Toma Clancy’ego.

Agencje postawiły sobie za cel jak najszybsze pozyskanie utalentowanych informatyków i żeby go osiągnąć, łamały wszystkie wewnętrzne zasady. Wcześniej za żadne skarby nie zatrudniłyby nikogo, kto nie miał ukończonych studiów magisterskich albo chociaż licencjackich. Ja nie mogłem się pochwalić ani jednym, ani drugim. Gdyby obowiązywały normalne reguły, nigdy nie postawiłbym swojej stopy na terenie placówki wywiadowczej.

W latach 2007–2009 pracowałem w ambasadzie amerykańskiej w Genewie jako jeden z nielicznych informatyków działających pod przykrywką dyplomatyczną. Moim zadaniem było przenieść CIA w przyszłość poprzez cyfryzację i automatyzację sieci, którą rząd Stanów Zjednoczonych wykorzystywał do celów wywiadowczych, oraz włączenie w nią europejskich placówek agencji. Moje pokolenie nie tyle przeprojektowało działanie służb wywiadowczych, ile je zupełnie przedefiniowało. Nie interesowały nas tajne spotkania ani zostawianie sobie nawzajem przedmiotów w tajnych skrytkach. Dla nas liczyły się tylko dane.

W wieku dwudziestu sześciu lat byłem oficjalnie pracownikiem Della, a w praktyce ponownie agentem NSA. Moją przykrywką, podobnie jak większości technologicznie uzdolnionych szpiegów mojego pokolenia, stały się zlecenia kontraktowe. Wysłano mnie do Japonii, gdzie pomogłem zaprojektować system pełniący zasadniczo rolę globalnej kopii zapasowej danych NSA – gigantyczną tajną sieć, która zapewniała, że nawet gdyby wybuch nuklearny zrównał z ziemią siedzibę główną agencji, nie doszłoby do utraty żadnych informacji. Wówczas nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że stworzenie systemu trwale dokumentującego życie wszystkich ludzi na świecie było tragicznym błędem.

Kiedy wróciłem do Stanów, miałem dwadzieścia osiem lat i otrzymałem niebotyczny awans – trafiłem do zespołu, którego zadaniem była koordynacja współpracy pomiędzy Dellem a CIA. Moje zadanie polegało na spotykaniu się z szefami działów technologicznych CIA, opracowywaniu rozwiązań wszelkich problemów, które przychodziły im do głowy, i przekonywaniu ich, by te rozwiązania wdrożyli. Mój zespół pomógł agencji zbudować nowy rodzaj architektury przetwarzania danych – „chmurę” – pierwszą technologię, która dawała wszystkim agentom, niezależnie od miejsca, w którym się fizycznie znajdowali, dostęp do wszelkich potrzebnych informacji i możliwość ich przeszukiwania.

Podsumowując, praca wywiadowcza, która początkowo polegała na łączeniu kanałów informacji, ustąpiła miejsca szukaniu sposobu, jak zachować te dane na zawsze, a następnie zapewnić ich globalną dostępność i możliwość przeszukiwania. Sens projektów, którymi się zajmowałem, zaczął do mnie docierać dopiero wtedy, kiedy w wieku dwudziestu dziewięciu lat przeprowadziłem się na Hawaje, by podjąć się kolejnego zlecenia dla NSA. Wcześniej pracowałem zgodnie z doktryną Need to Know („co potrzebujesz wiedzieć”) – otrzymywałem wytyczne potrzebne wyłącznie do realizacji bieżących zadań. Dopiero kiedy znalazłem się w informacyjnym raju, pojąłem łączne znaczenie moich specjalistycznych projektów i dostrzegłem, jak efekty mojej pracy zazębiają się niczym tryby potężnej machiny napędzającej system globalnej inwigilacji.

W tunelu ukrytym głęboko pod polem ananasów, stanowiącym część dawnej podziemnej fabryki samolotów z czasów Pearl Harbor, siedziałem przed terminalem. Dawał mi on praktycznie nieograniczony dostęp do komunikacji niemal każdej osoby dowolnej płci i w obojętnie jakim wieku, która kiedykolwiek skorzystała z telefonu albo miała kontakt z komputerem. Wśród nich było około 320 milionów moich rodaków, których codzienne życie rejestrowano, rażąco łamiąc nie tylko zapisy Konstytucji Stanów Zjednoczonych, ale i podstawowe wartości każdego wolnego społeczeństwa.

Czytasz tę książkę, bo dokonałem rzeczy niebezpiecznej dla osoby na moim stanowisku: zdecydowałem się powiedzieć prawdę. Zgromadziłem wewnętrzne dokumenty wywiadu dowodzące łamania prawa przez rząd Stanów Zjednoczonych i przekazałem je dziennikarzom, oni zaś potwierdzili ich autentyczność, a następnie opublikowali, czym wywołali światowy skandal.

Książka ta opowiada o zdarzeniach poprzedzających moją decyzję, o zasadach moralnych i etycznych, które do niej doprowadziły, i o źródle tych zasad. A zatem jest to książka również o moim życiu.

Co składa się na życie? Więcej, niż mówimy. Więcej, nawet niż robimy. Życie to również wszystko, co kochamy, oraz wartości, jakie wyznajemy. Dla mnie tym, co kocham i w co wierzę najmocniej, są więzi międzyludzkie i technologie, dzięki którym te więzi są budowane. Wśród tych technologii znajdują się, rzecz jasna, książki. Jednak dla mojego pokolenia głównym narzędziem kultywowania więzi międzyludzkich stał się internet.

Zanim dopadną cię mdłości na myśl o toksycznym szaleństwie, którym zainfekowany jest współczesny sieciowy ul, zrozum, że kiedy ja poznałem internet, wyglądał zupełnie inaczej. Był przyjacielem i rodzicem. Społecznością bez granic i barier; głosem w równej mierze jednostek, co milionów; otwartym na wszystkich Dzikim Zachodem; przestrzenią, gdzie osiedliły się bez wyzyskiwania kogokolwiek najróżniejsze plemiona, by żyć obok siebie i gwarantować swoim członkom swobodny wybór imion, historii i zwyczajów. Wszyscy nosili maski, a mimo to kultura tej anonimowości osiąganej pseudonimizacją* generowała więcej prawdy niż fałszu – stawiała na kreatywność i współpracę, a nie na komercję i współzawodnictwo. Nie był jej obcy konflikt, oczywiście, ale przeważały dobre intencje i pozytywne uczucia. Przepełniał ją prawdziwy pionierski duch.

Zrozumiesz zatem, co mam na myśli, pisząc, że nie poznaję dzisiejszego internetu. Warto przy okazji podkreślić, że zmiana, która nastąpiła, była skutkiem świadomego systematycznego działania garstki uprzywilejowanych. Pęd do przekształcenia biznesu w e-biznes, który towarzyszył wczesnemu internetowi, szybko doprowadził do powstania bańki, a później, na początku XXI wieku, do załamania rynku. Firmy wyciągnęły z tego naukę. Zdały sobie sprawę, że użytkownicy sieci od wydawania pieniędzy zdecydowanie wolą dzielenie się własnym życiem, a więzi międzyludzkie, które budują w internecie, można spieniężyć. Skoro ludzie chcą wykorzystywać sieć przede wszystkim po to, by informować rodzinę, przyjaciół, a nawet nieznajomych, co się u nich dzieje, i otrzymywać od nich w zamian podobne informacje, przedsiębiorstwa musiały jedynie znaleźć sposób, by stać się pośrednikiem wszystkich tych wymian społecznych i przekuć je w dochód.

Ten tok myślenia dał początek kapitalizmowi inwigilacyjnemu i zakończył żywot internetu, który znałem.

W nowej rzeczywistości kreatywny aspekt sieci praktycznie zanikł – niezliczone piękne, trudne, indywidualistyczne strony internetowe zamknęły swoje podwoje. Obietnica wygody przekonała użytkowników, by wymienili osobiste witryny, które wymagały ciągłej uwagi i pracochłonnych zabiegów, na profil na Facebooku i konto Gmail. Bardzo łatwo można było ulec złudzeniu posiadania ich na własność. Mało kto dostrzegał to już wtedy, ale wszystko, czym dzielimy się w sieci, miało przestać należeć do nas. Nowe firmy e-commerce – sukcesorki tych, które upadły, ponieważ nie potrafiły znaleźć niczego, co chcielibyśmy kupić – zaczęły sprzedawać nowy produkt.

Byliśmy nim my.

Nasza uwaga, nasze zajęcia, nasze pragnienia – wszystko, co na swój temat zdradziliśmy, świadomie bądź nie – było rejestrowane i sprzedawane. Potajemnie, by odsunąć w czasie nieuniknione poczucie naruszenia prywatności, które większości z nas zaczęło doskwierać dopiero teraz. Co gorsza, inwigilacja ta zyskała aktywne poparcie, a nawet finansowanie od całej armii rządów łasej na olbrzymie banki danych wywiadowczych, które w ten sposób mogła pozyskać. Zważywszy, że w pierwszych latach XXI wieku większość komunikacji internetowej, poza loginami i transakcjami finansowymi, nie była szyfrowana, w wielu przypadkach rządy nie musiały w ogóle kontaktować się z korporacjami, by wiedzieć, co robią ich klienci. Mogły szpiegować świat, nie puszczając pary z ust.

Rząd amerykański całkowicie lekceważąc postanowienia aktu założycielskiego swojego państwa, uległ tej właśnie pokusie, a kiedy skosztował owocu z zatrutego drzewa, rozgorzał nieuleczalną gorączką. W tajemnicy dał sobie przyzwolenie na masową inwigilację – formę władzy z definicji dotykającą o wiele mocniej niewinnych niż przestępców.

Dopiero kiedy pełniej zdałem sobie sprawę z istnienia systemu inwigilacji i powiązanych z nim zagrożeń, zaczęła trapić mnie świadomość, że nam, członkom społeczeństwa – nie tylko amerykańskiego, ale i światowego – w ogóle nie było dane zagłosować czy choćby wyrazić opinię w tej sprawie. Rząd uruchomił system niemal powszechnej inwigilacji nie dość, że bez naszej zgody, to jeszcze świadomie w taki sposób, by ukryć przed nami prawdę o wszystkich programach. Na każdym kroku zmiany w procedurach oraz ich konsekwencje były starannie ukrywane, również przed większością prawodawców. Do kogo mogłem się zwrócić? Z kim porozmawiać na ten temat? Rząd zadbał, by najcichszy szept prawdy, przedstawienie podstawowych faktów w najmożliwiej ogólnikowy sposób, nawet sędziemu, prawnikowi czy przed Kongresem, stało się tak poważnym przestępstwem, że groziło spędzeniem reszty życia za kratami federalnego więzienia.

Poczułem się zagubiony i na czas zmagań z sumieniem wpadłem w podły nastrój. Kocham swój kraj i wierzę w służbę publiczną. Wśród moich przodków pełno jest mężczyzn i kobiet, którzy służyli naszemu państwu i jego obywatelom. Sam również przysięgałem – nie przed agencją, a nawet nie przed rządem, lecz przed narodem – działać na rzecz i w obronie konstytucji gwarantującej te same swobody obywatelskie, które zostały tak rażąco pogwałcone. Pogwałcone, niestety, między innymi przeze mnie. Dla kogo pracowałem przez wszystkie te lata? Jak miałem pogodzić obowiązek dyskrecji, wynikający z zatrudnienia przez agencje wywiadowcze, z przysięgą wierności ideałom założycielskim własnego kraju? Komu – i czemu – winien byłem większą lojalność? Kiedy powinienem poczuć się moralnie zobligowany do złamania prawa?

Rozważania nad tymi pytaniami przyniosły w końcu odpowiedzi, których potrzebowałem. Zdałem sobie sprawę, że nawiązanie kontaktu z dziennikarzami i wyjawienie im skali nadużyć, jakich dopuściło się moje państwo, nie będzie tym samym, co namawianie do radykalnych działań takich jak obalenie rządu albo delegalizacja działań wywiadowczych. Zależało mi wyłącznie na tym, by rząd i wywiad zaczęły z powrotem postępować zgodnie z ideałami, którymi się afiszowały.

Jedyną miarą wolności kraju jest stopień poszanowania praw obywatelskich. W moim przekonaniu prawa te są w rzeczywistości ograniczeniami władzy państwowej; określają konkretne ramy, w których rządowi nie wolno naruszać swobód osobistych – domenę w czasach rewolucji amerykańskiej noszącą miano wolności, a w dobie rewolucji internetowej rozumianą jako prywatność.

Minęło sześć lat od chwili, gdy się ujawniłem. Zrobiłem to, ponieważ stałem się świadkiem słabnącego zaangażowania rządów tak zwanych krajów rozwiniętych w ochronę prywatności, którą uważam – podobnie jak Organizacja Narodów Zjednoczonych – za fundamentalne prawo człowieka. Niestety na przestrzeni tego czasu zaangażowanie to osłabło jeszcze bardziej, bo w krajach demokratycznych nastąpił skręt w stronę populistycznego autorytaryzmu. Regres uwidocznił się najsilniej w relacjach pomiędzy rządzącymi a prasą.

Próbom podkopania autorytetu dziennikarstwa podejmowanym przez demokratycznie wybranych reprezentantów społeczeństwa towarzyszy bezpardonowa kampania wymierzona w fundamenty prawdy. Prawdziwe przekazy celowo miesza się z fałszywymi, wykorzystując technologię zdolną generować zamęt na niespotykaną dotąd globalną skalę.

Znam ten proces od podszewki, ponieważ tworzenie alternatywnej rzeczywistości to najmroczniejsza ze sztuk uprawianych przez wywiad. Agencje, które na przestrzeni mojej krótkiej kariery sfabrykowały pretekst do wojny, manipulując informacjami wywiadowczymi, i poprzez nielegalne działania oraz tajne sądy zapewniły sobie prawo do porwań („transferów nadzwyczajnych”), tortur („wzmocnionych technik przesłuchań”) i powszechnej inwigilacji („masowego gromadzenia danych”), bez zwłoki przypięły mi łatę chińskiego podwójnego agenta, rosyjskiego potrójnego, a nawet, o zgrozo, milenialsa.

Udało im się powiedzieć na mój temat tak wiele i z taką swobodą, ponieważ zdecydowałem, że nie będę się bronił. Od chwili, gdy wyjawiłem swoją tożsamość, trzymałem się postanowienia, by nie ujawniać żadnych szczegółów z życia osobistego, które mogłyby skazać na jeszcze większe nieprzyjemności znajomych oraz członków rodziny, i tak cierpiących już w imię moich zasad.

Obawa, że sprowadzę na kogoś jeszcze większe kłopoty, była przyczyną wielu rozterek przed napisaniem tej książki. W ostatecznym rozrachunku decyzja, by przekazać dziennikarzom dowody nielegalnego postępowania rządu, sprawiła mi mniej trudu niż ta, by opowiedzieć o swoim życiu. Nadużycia, których byłem świadkiem, wymagały reakcji, nikt jednak nie decyduje się na spisanie wspomnień tylko dlatego, że nie potrafi oprzeć się nakazowi sumienia. Z tego powodu postarałem się o zgodę wszystkich członków rodziny, znajomych i dawnych współpracowników, których przedstawiam na stronach mojej książki z nazwiska bądź w inny sposób zdradzający ich tożsamość.

Podobnie jak nie zamierzam samodzielnie decydować o cudzej prywatności, tak od początku zakładałem, że nie będę na własną rękę wybierał, jakie tajemnice mojego kraju upublicznić, a jakich nie. Dlatego ujawniłem rządowe dokumenty wyłącznie dziennikarzom. Liczba dokumentów, które podałem do wiadomości opinii publicznej, wynosi zero.

Uważam, podobnie jak wspomniani dziennikarze, że nie ma nic złego w ukrywaniu pewnych informacji przez rząd. Nawet najbardziej transparentna demokracja świata powinna mieć prawo do ochrony – na przykład – tożsamości tajnych agentów i ruchów swoich wojsk. Ta książka nie zawiera ani jednej tajemnicy takiej natury.

Opowiedzieć historię mojego życia, chroniąc prywatność moich najbliższych i nie wyjawiając tajemnic rządowych, które rzeczywiście powinny pozostać nieznane, to niełatwe zadanie, ale muszę się go podjąć. I skoro przyszło mi zmierzyć się z tymi dwoma ograniczeniami, odnajdziesz prawdę o mnie w przestrzeni pomiędzy nimi.

* Przetworzenie danych osobowych w taki sposób, by nie można ich było przypisać konkretnej osobie bez użycia dodatkowych informacji (przyp. red.).

Część_01|

01_Widok_z_okna|

Pierwszym, co zhakowałem, była godzina pójścia do łóżka.

Uważałem za niegodziwe, że rodzice zmuszają mnie, bym kładł się spać wcześniej od nich i mojej siostry, choć jeszcze nie byłem zmęczony. Taka pierwsza drobna niesprawiedliwość, której doświadczyłem.

Wiele spośród mniej więcej pierwszych dwóch tysięcy nocy mojego życia kończyło się aktami nieposłuszeństwa obywatelskiego, aż w noc numer 2139 – noc moich szóstych urodzin – nareszcie odkryłem moc bezpośredniego działania. Organy władzy puszczały mimo uszu moje nawoływania do reform, a ja nie należałem do naiwniaków. Dopiero co spędziłem jeden z najprzyjemniejszych dni mojego krótkiego życia – odwiedzili mnie przyjaciele, było przyjęcie, nawet prezenty – i nie zamierzałem pozwolić, by się skończył tylko dlatego, że wszyscy musieli wrócić do siebie. Potajemnie cofnąłem zatem wszystkie zegary w domu o kilka godzin. Z zegarem mikrofalówki poradziłem sobie szybciej niż z tym na piekarniku, głównie dlatego, że było mi łatwiej do niego dosięgnąć.

Kiedy siły wyższe w swej nieskończonej ignorancji nie zwróciły uwagi, co zrobiłem, upoiłem się władzą i zacząłem galopować wokół salonu. Ja, władca czasu, miałem już nigdy nie zostać wysłany do łóżka. Byłem wolny. I w ten oto sposób spowodowałem, że niedługo po tym, jak ujrzałem najpóźniejszy w roku zachód słońca – był to dzień przesilenia letniego – zasnąłem na podłodze. Kiedy się obudziłem, zegary w domu z powrotem pokazywały czas zgodny z zegarkiem taty.

Względem czego nastawiłby dziś swój zegarek ktoś, kto chciałby zrobić to ręcznie? Jeśli postępujesz jak większość ludzi, przyjąłbyś za wzorzec czas na swoim smartfonie. Gdybyś jednak przyjrzał się mu naprawdę uważnie i zagłębił się w jego ustawienia, w końcu odkryłbyś, że jego zegar jest „ustawiany automatycznie”. Co pewien czas twój telefon w tajemnicy – bezgłośnie – pyta sieć operatora: „Hej, która godzina?”. Sieć operatora z kolei zadaje to samo pytanie innej sieci, większej, ta jeszcze większej, i tak dalej, poprzez długi szereg wież transmisyjnych i kabli, aż zapytanie dotrze do jednego z prawdziwych władców czasu, serwera NTP (Network Time Protocol, protokołu synchronizacji czasu), bezpośrednio sprzężonego bądź korygującego swoje nastawy z zegarami atomowymi znajdującymi się między innymi w Narodowym Instytucie Standaryzacji i Technologii w Stanach Zjednoczonych, Federalnym Instytucie Meteorologii i Klimatologii w Szwajcarii oraz w Narodowym Instytucie Technologii Informacyjnych i Komunikacyjnych w Japonii. Tej długiej niewidocznej podróży, która odbywa się w ułamku sekundy, zawdzięczasz to, że za każdym razem, gdy włączasz telefon po rozładowaniu baterii, jego zegar nie pokazuje mrugającej godziny 12:00.

Urodziłem się w 1983 roku, u schyłku świata, w którym ludzie sami nastawiali sobie zegarki. Tego samego roku Departament Obrony Stanów Zjednoczonych rozdzielił swój wewnętrzny system połączonych komputerów na dwie sieci: jedną o nazwie MILNET i przeznaczoną do użytku sił obronnych oraz drugą, publiczną – jej nadano nazwę Internet. Do końca tego samego roku powstały zasady wytyczające granice tej wirtualnej przestrzeni i dające początek wykorzystywanemu do dziś systemowi nazw domen – końcówek .gov, .mil, .edu i, rzecz jasna, .com – oraz kodów przydzielonych pozostałym państwom: .uk, .de, .fr, .cn, .ru i tak dalej. Zatem już na tym etapie mój kraj miał przewagę (a co za tym idzie – ja też). Musiało jednak minąć sześć lat, zanim wynaleziono sieć World Wide Web, i kolejne trzy, nim moja rodzina weszła w posiadanie komputera z modemem, który mógł się połączyć z siecią.

Mamy w zwyczaju wypowiadać się o internecie, jakby był jednolitym tworem, ale, rzecz jasna, tak nie jest. Od strony technicznej rzeczywistość wygląda w ten sposób, że każdego dnia w globalnym klastrze połączonych sieci komunikacyjnych, z którego korzystasz regularnie wraz z trzema miliardami innych osób, czy też mniej więcej czterdziestoma dwoma procentami populacji świata, rodzą się nowe sieci. Mimo to będę używał słowa internet w najszerszym znaczeniu: jako określenia powszechnej sieci złożonej z innych, łączącej większość komputerów na świecie za pośrednictwem szeregu wspólnych protokołów.

Prawdopodobnie zacząłeś się niepokoić, słysząc o protokołach, bo nie masz zielonego pojęcia, czym są, ale niepotrzebnie, bo wszyscy z nich korzystamy. Możesz myśleć o nich jak o językach komunikowania się maszyn – wspólnych zasadach, do których stosują się urządzenia, by rozumieć się nawzajem. Jeśli jesteś mniej więcej w moim wieku, prawdopodobnie pamiętasz, że kiedyś, wpisując adres strony internetowej w pasek przeglądarki, należało zacząć od liter „http”. Było to odniesienie do protokołu przesyłania dokumentów hipertekstowych HTTP (Hypertext Transfer Protocol) – języka łączącego cię z siecią World Wide Web, czyli ogromnym zbiorem stron, w większości opartych na tekście, ale zdolnych również do obsługi zawartości audio/wideo, takich jak Google, YouTube i Facebook. Za każdym razem, gdy sprawdzasz skrzynkę e-mail, wykorzystujesz język IMAP (Internet Message Access Protocol, internetowy protokół dostępu do wiadomości), SMTP (Simple Mail Transfer Protocol, prosty protokół przekazywania poczty) albo POP3 (Post Office Protocol, protokół węzłów pocztowych). Pliki przedostają się przez internet za pośrednictwem protokołu FTP (File Transfer Protocol, protokół przekazywania plików). Jeśli zaś chodzi o procedurę ustalania czasu przez smartfona, o której wspominałem, to aktualizacje docierają na twoje urządzenie przez NTP.

To wszystko to tak zwane protokoły warstwy aplikacji, które składają się na jedną z niezliczonych rodzin protokołów internetowych. Przykładowo, by dane przekazywane w którymkolwiek spośród protokołów, które właśnie wymieniłem, mogły przepłynąć internet i dotrzeć na twój komputer stacjonarny, laptop albo telefon, muszą zostać spakowane w specjalistyczny protokół transportowy. Obowiązuje tu podobna zasada, co na tradycyjnej poczcie, która preferuje, by wysyłać listy i paczki w znormalizowanych kopertach i kartonach. Protokół transportowy TCP (Transmission Control Protocol, protokół kontroli transmisji) jest wykorzystywany między innymi do przesyłania stron internetowych i maili. Z kolei w wypadku aplikacji działających w czasie rzeczywistym, na przykład w telefonii internetowej i streamingu na żywo, stosuje się protokół UDP (User Datagram Protocol, protokół datagramów użytkownika).

Każda próba przedstawienia wielowarstwowej natury tworu nazywanego w moim dzieciństwie cyberprzestrzenią, siecią, netem i autostradą informacyjną, jest skazana na niekompletność, ale warto zapamiętać jedną rzecz: protokoły, które wymieniłem, dały nam możliwość umieszczania w sieci niemal wszystkiego, czego nie jemy, nie pijemy, w co się nie ubieramy i w czym nie mieszkamy. Internet stał się prawie tak samo nieodzowną częścią naszego życia, co powietrze, przez które podróżuje większa część naszych przekazów. I – jak przypominamy sobie przy każdym powiadomieniu z mediów społecznościowych o pojawieniu się kompromitującego wpisu, w którym nas otagowano – wszystko, czemu nadaje się formę cyfrową, zostaje zapisane w formacie, który przetrwa na zawsze.

Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, a przede wszystkim pierwsze dziewięć lat bez internetu, uderza mnie zawsze pewna obserwacja: nie potrafię odtworzyć wszystkiego, co się wtedy działo, bo mogę polegać tylko na swojej pamięci. Dane z tego okresu po prostu nie istnieją. Kiedy byłem dzieckiem, wyrażenie „niezapomniane przeżycie” nie było jeszcze złowrogo brzmiącą, dosłowną techniczną definicją, lecz emocjonalnie nacechowanym określeniem takich zdarzeń, jak moje pierwsze słowa, pierwsze kroki, pierwszy ząb, który mi wypadł, czy pierwsza przejażdżka na rowerze.

Moje pokolenie było ostatnim w historii Ameryki, a prawdopodobnie i świata, o którym można to powiedzieć; byliśmy ostatnim niezdigitalizowanym pokoleniem z dzieciństwem niezapisanym w chmurze, lecz w dużej mierze utrwalonym w formatach analogowych, takich jak odręcznie pisane pamiętniki, zdjęcia polaroidowe i kasety VHS, namacalne i niedoskonałe artefakty, które ulegają degradacji wraz z upływem czasu i mogą zostać bezpowrotnie utracone. Odrabiałem zadania domowe na papierze przy pomocy ołówka i gumki, a nie na połączonym z siecią tablecie rejestrującym dotknięcia klawiszy. Za dokumentację skoków mojego wzrostu nie odpowiadały technologie inteligentnego budynku, lecz framuga drzwi w domu rodzinnym, gdzie rodzice zaznaczali kreski nożem.

Mieszkaliśmy w imponującym starym domu z czerwonej cegły; okalał go nieduży trawnik zacieniony przez derenie, a latem upstrzony kwiatami magnolii służącymi za osłonę plastikowym żołnierzykom, którymi się tam bawiłem. Dom miał nietypowy układ: drzwi wejściowe znajdowały się na pierwszym piętrze i prowadziły do nich masywne ceglane schody. Na tej kondygnacji mieściła się główna przestrzeń mieszkalna: kuchnia, salon i sypialnie.

Piętro wyżej znajdował się zakurzony, pełen pajęczyn, zakazany strych, nawiedzany, jeśli wierzyć mojej mamie, przez wiewiórki czy też, jak upierał się mój tato, przez wampiry-wilkołaki, które pożerały każde dziecko na tyle niemądre, by się tam zapuścić. Pod kondygnacją mieszkalną mieściła się z kolei z grubsza wykończona piwnica – rzecz w Karolinie Północnej rzadko spotykana, szczególnie tak blisko wybrzeża, bo podpiwniczenia mają to do siebie, że często zbiera się w nich woda. Nasze niewątpliwie przez cały rok było zawilgocone, mimo działających na okrągło osuszacza powietrza i pompy drenażowej.

Kiedy moja rodzina się wprowadzała, powiększyła piętro mieszkalne o dobudówkę, gdzie znalazły się pralnia, łazienka, mój pokój oraz salon z telewizorem i kanapą. Na ten ostatni miałem widok przez okno w ścianie mojego pokoju, która pierwotnie była jedną z zewnętrznych. Okno to, niegdyś wychodzące na zewnątrz, teraz pozwalało zaglądać do środka.

Przez niemal wszystkie lata, które moja rodzina spędziła w domu w Elizabeth City, pokój ten należał do mnie, podobnie jak okno przysłonięte firaną prawie w ogóle niezapewniającą prywatności. Od kiedy pamiętam, moim ulubionym zajęciem było jej odsuwanie i zerkanie przez szybę na to, co się działo w salonie. Innymi słowy, odkąd pamiętam, moim ulubionym zajęciem było szpiegowanie.

Szpiegowałem moją starszą siostrę Jessikę. Jej pozwalano chodzić spać później ode mnie i oglądać kreskówki, na które byłem za mały. Szpiegowałem mamę Wendy, jak składała pranie, siedząc na kanapie i oglądając nocne wiadomości. Jednak osobą, którą podglądałem najczęściej, był mój tato Lon – czy raczej, jak to się mówi na amerykańskim południu, Lonnie – okupujący salon do wczesnych godzin porannych.

Tato służył w Straży Wybrzeża, ale wtedy nie miałem najmniejszego pojęcia, co to znaczy. Wiedziałem tylko, że czasem nosił mundur, a czasem nie. Wychodził z domu wcześnie i wracał późno, nierzadko z jakimś nowym gadżetem – kalkulatorem naukowym Texas Instruments TI-30, stoperem Casio na smyczy albo głośnikiem do domowego zestawu stereo. Niektóre z tych rzeczy mi pokazywał, inne gdzieś chował. Na pewno domyślasz się, które interesowały mnie bardziej.

Urządzenie, które wywołało we mnie największą ciekawość, przybyło pewnego wieczora niedługo po tym, jak musiałem iść spać. Leżałem w łóżku i już zacząłem zasypiać, kiedy usłyszałem kroki taty w korytarzu. Wstałem, odsunąłem firanę i obserwowałem. Tato trzymał tajemnicze opakowanie zbliżone rozmiarami do pudełka na buty. Wyciągnął z niego beżowy obiekt o kształcie pustaka, z którego wystawały splątane kable przypominające macki jednego z potworów zamieszkujących głębiny morskie w moich koszmarach.

Powolnymi metodycznymi ruchami – wynikającymi po części ze zdyscyplinowanego inżynierskiego podejścia, a po części ze starań, by nie robić hałasu – tato rozplątał kable i poprowadził jeden z nich, wystający z tyłu urządzenia, w poprzek dywanu, do tylnego panelu telewizora. Następnie wpiął drugi kabel do gniazdka elektrycznego za kanapą.

Nagle ekran telewizora rozświetlił się, a wraz z nim twarz mojego taty. Zwykle spędzał wieczory na kanapie, otwierając kolejne puszki napoju Sun Drop i obserwując biegających po boisku. Tym razem jednak działo się coś innego. Potrzebowałem tylko chwili, by poczynić najbardziej niesamowite spostrzeżenie mojego całego, choć trzeba przyznać, że krótkiego życia: tato kontrolował to, co działo się na ekranie telewizora.

Stanąłem twarzą w twarz z Commodore 64 – jednym z pierwszych komputerów do użytku domowego.

Nie miałem oczywiście pojęcia, czym jest komputer, ani tym bardziej, czy to, do czego używał go tato, było pracą, czy zabawą. Widziałem, że się uśmiecha i chyba dobrze bawi, ale koncentrował się na tym, co działo się na ekranie, równie mocno, co na wszystkich technicznych zadaniach, które wykonywał w domu. Wiedziałem tylko jedno: cokolwiek robił, chciałem robić to samo.

Od tego dnia za każdym razem, gdy tato przychodził do salonu i wyciągał beżową cegłę, stawałem na łóżku, odsuwałem firankę i szpiegowałem jego przygody. Pewnej nocy na ekranie pojawiła się spadająca piłka, a u dołu pozioma kreska. Tato musiał poruszać kreską w lewo i prawo, żeby odbijać piłkę, a ta burzyła mur złożony z klocków o różnych kolorach (Arkanoid). Innej nocy siedział przed ekranem pełnym kolorowych klocków o różnych kształtach, które cały czas spadały. Gdy poruszały się w dół, tato obracał je i przesuwał tak, by tworzyły pełne rzędy, które natychmiast znikały (Tetris). Pewnego razu zupełnie nie mogłem pojąć, co robi tato: odpręża się czy robi coś do pracy? Bo kiedy zerknąłem przez okno, zobaczyłem, że lata.

Tato, który zawsze wprawiał mnie w zachwyt, wskazując palcem prawdziwe helikoptery z bazy powietrznej Straży Wybrzeża, kiedy przelatywały obok domu, pilotował własny helikopter – na moich oczach, w naszym salonie. Wystartował z tyciej bazy przyozdobionej maleńką, powiewającą na wietrze amerykańską flagą, wzniósł się w nocne niebo pełne mrugających gwiazd i natychmiast runął na ziemię. Wydał cichy jęk, który zamaskował mój własny, a gdy tylko uznałem, że już po zabawie, tato pojawił się z powrotem w małej bazie z miniaturową flagą i próbował wystartować jeszcze raz.

Gra zwała się Choplifter!, a wykrzyknik nie tylko stanowił część jej nazwy, ale również dobrze oddawał wrażenia z zabawy. Choplifter! był emocjonujący. Przyglądałem się, jak tato raz za razem wylatuje z naszego salonu na misje rozgrywające się nad płaską, przypominającą księżyc pustynią, podczas których strzela do wrogich odrzutowców i czołgów i unika ich ognia. Helikopter co chwilę lądował i wznosił się w powietrze, ponieważ tato usiłował ratować tłum migających ludzików, transportując go w bezpieczne miejsce. To było moje pierwsze wyobrażenie o tacie: był bohaterem.

Okrzyk radości, który dobiegł z kanapy, kiedy miniaturowy helikopter po raz pierwszy dotarł bez szwanku do bazy z pełnym ładunkiem ludzików, był odrobinę za głośny. Tato błyskawicznie odwrócił głowę w stronę okna, żeby sprawdzić, czy mnie nie obudził, i spojrzał mi prosto w oczy.

Rzuciłem się na łóżko, naciągnąłem na siebie kołdrę i leżałem absolutnie bez ruchu, wsłuchany w ciężkie kroki taty zbliżające się do mojego pokoju.

Zapukał w okno.

– Hej, młody, miałeś być w łóżku już dawno temu. Wciąż nie śpisz?

Wstrzymałem oddech. Nagle tato otworzył okno, sięgnął do pokoju, podniósł mnie razem z kołdrą i resztą pościeli i wciągnął do salonu. Stało się to tak szybko, że moje stopy nawet nie dotknęły dywanu.

Zanim się zorientowałem, siedziałem u taty na kolanach jako jego drugi pilot. Byłem za młody i zbyt podekscytowany, by zdać sobie sprawę, że joystick, który mi wręczył, nie był podłączony. Liczyło się dla mnie tylko to, że mogłem latać razem z nim.

02_Niewidzialna_ściana|

Elizabeth City to urocze, średnich rozmiarów miasto portowe ze stosunkowo dobrze zachowanym historycznym centrum. Podobnie jak większość miejscowości założonych we wczesnym okresie amerykańskiego osadnictwa, wyrosło nad wodą, w tym wypadku na brzegach rzeki Pasquotank, której angielska nazwa powstała w wyniku zniekształcenia słowa z języka algonkińskiego oznaczającego „miejsce, gdzie rozdwaja się nurt”. Pasquotank spływa z obszarów zatoki Chesapeake, przecina bagna na pograniczu Wirginii i Karoliny Północnej, po czym uchodzi do estuarium Albermarle Sound pospołu z Chowan, Perquimans i innymi rzekami. Za każdym razem, gdy zaczynam się zastanawiać, jak inaczej mogło potoczyć się moje życie, wracam myślami do tego zlewiska: nieważne, jaką trasą woda płynie ze źródła, ostatecznie dociera w to samo miejsce.

Moja rodzina od zawsze była związana z morzem, szczególnie po stronie mamy, która pochodzi w bezpośredniej linii od ojców pielgrzymów. Jej pierwszym przodkiem, który postawił stopę na amerykańskiej ziemi, był John Alden, bednarz statku Mayflower. John został mężem pasażerki Priscilli Mullins, której przypadł wątpliwy zaszczyt bycia jedyną na pokładzie samotną kobietą w wieku umożliwiającym zawarcie małżeństwa, a zatem jedyną potencjalną kandydatką do ślubu wśród całego pierwszego pokolenia mieszkańców kolonii Plymouth.

Do zbliżenia Johna i Priscilli w okolicach Dnia Dziękczynienia niemal nie doszło, a to za sprawą ingerencji komendanta Plymouth, Mylesa Standisha. Jego miłość do Priscilli, odrzucenie przez pannę jego zalotów i jej późniejsze wyjście za mąż za Johna posłużyły za kanwę dzieła literackiego, które przewijało się przez całe moje dzieciństwo. Nosiło tytuł The Courtship of Miles Standish (Zaloty Mylesa Standisha), a jego autorem był Henry Wadsworth Longfellow (również potomek Aldena i Mullins):

W pokoju słychać jeno młodzieńca śpieszne pióro,Kreśli skrzętnie list ważny, bo Mayflower już czeka,Gotów ruszyć nazajutrz lub dzień później, jak Bóg da!To zaś listy Aldena, a w nich pełno Priscilli,Pełno imienia i sławy purytańskiej dziewczyny Priscilli!

Córka Johna i Priscilli, Elizabeth, była pierwszym dzieckiem Pielgrzymów urodzonym w Nowej Anglii. Moja mama, również Elizabeth, wywodzi się od niej, jednak prawie wyłącznie w linii żeńskiej, dlatego nazwiska jej przodkiń zmieniały się praktycznie z pokolenia na pokolenie: Alden poślubiła Pabodiego, ich córka – Grinella, ich córka – Stephensa, a córka Stephensów – Jocelina. Wszyscy moi przodkowie-marynarze żeglowali wzdłuż wybrzeża, od terenów dzisiejszego Massachusetts po Connecticut i New Jersey – obsługując szlaki handlowe i unikając piratów grasujących pomiędzy koloniami a Morzem Karaibskim – aż z ustaniem wojny o niepodległość Ameryki ród Jocelinów osiedlił się w Karolinie Północnej.

Amaziah Jocelin, którego zapisywano też Amasiah Josselynem i na różne inne sposoby, był korsarzem i bohaterem wojennym. Przypisuje się mu, że jako kapitan wyposażonego w dziesięć dział barku The Firebrand bronił przylądka Fear w Karolinie Północnej. Po uzyskaniu niepodległości przez Stany Zjednoczone zamieszkał w mieście portowym Wilmington, gdzie objął stanowisko agenta, czyli oficera zaopatrzeniowego marynarki, i założył pierwszą miejską izbę handlową, którą nazwał, dość humorystycznie, Intelligence-Office (Biuro Wywiadu). Jocelinowie i ich potomkowie – Moore’owie, Hallowie, Meylandowie, Howellowie, Stevensowie, Restonowie i Stokleyowie – którzy tworzą resztę drzewa genealogicznego mojej mamy, walczyli we wszystkich konfliktach zbrojnych w historii mojego kraju, od wojny o niepodległość i secesyjnej (w niej krewni z Karoliny bili się po stronie Konferedacji z kuzynami reprezentującymi Nową Anglię i Unię), po obie wojny światowe. Moja rodzina jest jedną z tych, które zawsze gotowe są służyć narodowi.

Ojciec mojej mamy – nazywam go zwyczajnie dziadkiem – to kontradmirał Edward J. Barrett. Kiedy się urodziłem, był zastępcą naczelnika działu inżynierii lotniczej Straży Wybrzeża w siedzibie głównej w Waszyngtonie. W swojej karierze obejmował najróżniejsze stanowiska dowódcze o charakterze inżynieryjnym i operacyjnym, od Governors Island w Nowym Jorku po Key West na Florydzie, gdzie był dyrektorem Połączonej Międzyagencyjnej Grupy Operacyjnej Wschód (formacji pod przywództwem amerykańskiej Straży Wybrzeża zrzeszającej wiele agencji z różnych krajów i mającej za cel zwalczanie przemytu narkotyków w basenie Morza Karaibskiego). Nie zdawałem sobie sprawy, jak wysoko w hierarchii piął się dziadek, ale zauważałem, że ceremonie towarzyszące obejmowaniu przez niego dowództwa stawały się coraz bardziej wyszukane – przemówienia były coraz dłuższe, a torty coraz większe. Przypominam sobie pamiątkę, którą wręczył mi pewien gwardzista artyleryjski podczas jednej z uroczystości: łuskę, wciąż gorącą, woniejącą prochowym piekłem, od pocisku kalibru 40 mm wystrzelonego przed chwilą na cześć dziadka.

Powinienem również wspomnieć o moim tacie Lonie, który w dniu moich narodzin był starszym bosmanem sztabowym w szeregach Straży Wybrzeża i pełnił służbę w Lotniczym Ośrodku Szkolenia Technicznego w Elizabeth City, gdzie był projektantem planów nauczania i instruktorem elektroniki. Często wyjeżdżał na dłużej, zostawiając siostrę i mnie pod opieką mamy. Mama dbała, byśmy rozwijali w sobie poczucie odpowiedzialności – po to wyznaczała nam obowiązki. Nauczyła nas czytać w taki sposób, że do wszystkich szuflad w naszych komodach przyczepiła karteczki opisujące zawartość: SKARPETY, BIELIZNA. Ładowała nas do wózka Red Flyer i pchała go do miejscowej biblioteki, gdzie natychmiast ruszałem w stronę mojego ulubionego działu, który nazywałem „wielkie masini”. Za każdym razem, gdy mama pytała, czy chciałbym poczytać o jakiejś konkretnej „wielkiej masinie”, wpadałem w słowotok:

– O wywrotkach i o walcach drogowych, i o wózkach widłowych, i o żurawiach, i…

– To wszystko, synku?

– No nie… – odpowiadałem. – Jeszcze o betoniarkach, no i o buldożerach, i…

Mama uwielbiała dawać mi zadania matematyczne. Kiedy odwiedzaliśmy markety Kmart albo Winn-Dixie, mówiła, żebym wybrał sobie książki, modele samochodów osobowych oraz ciężarówek, i kupowała mi je, jeśli tylko udało mi się dodać w myślach ich ceny. Podnosiła poziom tego wyzwania wraz z moim wiekiem. Najpierw wystarczało, że zaokrąglę wynik do pełnego dolara, później musiałem podawać dokładną cenę w dolarach i centach, a od pewnego momentu mama żądała, żebym obliczył sumę i dodał do niej trzy procent. Tego ostatniego żądania ni w ząb nie rozumiałem, przy czym nie chodziło mi o arytmetykę, lecz o sens.

– Po co? – spytałem.

– To się nazywa podatek – wyjaśniła mi mama. – Za każdym razem, gdy coś kupujemy, musimy zapłacić trzy procent rządowi.

– A co on z nimi robi?

– Podobają ci się drogi? A mosty? – zapytała. – Rząd wydaje te pieniądze na ich utrzymanie. I na książki do biblioteki.

Jakiś czas później przestraszyłem się, że zawiodły mnie moje obiecujące umiejętności matematyczne, bo suma, którą miałem w myślach, nie zgadzała się z widniejącą na wyświetlaczu kasy. Mama jednak ponownie wyjaśniła, w czym rzecz.

– Podnieśli podatek od sprzedaży. Teraz musisz dodawać cztery procent.

– Czyli teraz biblioteka dostanie jeszcze więcej książek? – spytałem.

– Miejmy nadzieję – odpowiedziała mama.

Moja babcia mieszkała kilka przecznic od nas, naprzeciw zakładu paszowo-młynarskiego i potężnego drzewa orzesznika jadalnego. Odwiedzałem ją od czasu do czasu, po drodze zbierając z ziemi orzechy pekanowe do prowizorycznego koszyka w postaci rozciągniętej koszulki, i kładłem się na dywanie obok długich, niskich regałów z książkami. Zwykle wybierałem sobie do towarzystwa Bajki Ezopa oraz moją chyba ulubioną pozycję, Mitologię Bulfincha. Przewracałem strony jedna za drugą, pochłaniając opisy latających koni, zagmatwanych labiryntów i gorgon o wężowych włosach, które przemieniały śmiertelników w kamień, czasem tylko robiąc sobie przerwę na rozłupanie kilku orzechów. Byłem zachwycony Odyseuszem, całkiem podobali mi się również Zeus, Apollo, Hermes i Atena, ale bóstwem, do którego miałem największy szacunek, zdecydowanie był Hefajstos: nieurodziwy bóg ognia, wulkanów, kowali i drwali, bóg majsterkowiczów. Odczuwałem dumę z tego, że potrafię przeliterować jego greckie imię, i z wiedzy, że od imienia jego rzymskiego odpowiednika, Wulkana, nazwano planetę, z której pochodził Spock ze Star Treka. Od samego początku intrygowało mnie fundamentalne założenie grecko-rzymskiego panteonu. Na szczycie takiej czy innej góry mieszkała ekipa bogów i bogiń, którzy spędzali swoją nieskończoną egzystencję, głównie walcząc między sobą i podglądając to, co działo się wśród ludzi. Od czasu do czasu, gdy dostrzegli coś, co ich intrygowało bądź niepokoiło, przybierali postać jagnięcia, łabędzia bądź lwa i zstępowali z Olimpu, by zbadać sytuację i interweniować. Zwykle próby narzucenia śmiertelnikom woli bóstw prowadziły do katastrofy – ktoś się topił, obrywał piorunem albo zostawał przemieniony w drzewo.

Pewnego razu wziąłem do rąk ilustrowaną edycję legend o Królu Arturze i jego rycerzach. Przeczytałem w niej o kolejnej legendarnej górze. Ta z kolei znajdowała się w Walii. To tam miał fortecę despotyczny gigant Rhitta Gawr, który nie chciał pogodzić się z faktem, że epoka jego dominacji dobiegła końca, a światem będą w przyszłości rządzić władcy wybierani spośród ludzi. Uważał bowiem ludzkość za karłowatą i słabą. Pełen determinacji, by utrzymać się u władzy, zszedł ze szczytu i zaczął podbijać królestwo za królestwem, gromiąc armie. Po pewnym czasie udało mu się pokonać i zabić wszystkich królów Walii i Szkocji, a z ich bród wyplótł sobie pelerynę, którą nosił jako swego rodzaju krwawe trofeum. Następnie postanowił rzucić wyzwanie najpotężniejszemu z królów Brytanii, Arturowi. Dał mu wybór: albo sam zgoli brodę i się podda, albo Rhitta pozbawi go głowy i zetnie jego brodę sam. Artur, rozwścieczony butą potwora, wyruszył w stronę jego górskiej fortecy. Król i gigant stanęli naprzeciw siebie na najwyższym szczycie i toczyli walkę przez wiele dni, aż obrażenia otrzymane przez Artura sprawiły, że nie mógł jej już kontynuować. W ostatniej chwili, gdy Rhitta Gawr chwycił go za włosy, by obciąć mu głowę, król zebrał resztki sił i zatopił legendarny miecz w oku giganta, a ten runął martwy na ziemię. Drużyna Artura zaczęła budować kamienny kopiec na zwłokach Rhitty, ale zanim skończyli, spadł śnieg. Gdy odjeżdżała, widziała jak zbrukana krwią peleryna wypleciona z bród odzyskuje nieskalaną biel.

Góra, o której mowa w legendzie, nazywała się Snaw Dun, co, jak wyjaśniał przypis, w staroangielskim oznacza „śnieżne wzgórze”. Dziś Snaw Dun nosi nazwę Snowdon. To dawno wygasły wulkan wznoszący się na około 1085 metrów, co czyni z niego najwyższy szczyt Walii. Pamiętam ekscytację, gdy natknąłem się na moje nazwisko w tym kontekście, a archaiczny zapis „Snaw Dun” sprawił, że po raz pierwszy w życiu doznałem namacalnego wrażenia, że świat jest starszy ode mnie, nawet od moich rodziców. Powiązanie z bohaterskimi wyczynami Artura, Lancelota, Gawaina, Parsifala, Tristana i pozostałych Rycerzy Okrągłego Stołu było dla mnie źródłem dumy, przynajmniej do czasu, gdy dowiedziałem się, że wyczyny te nie miały charakteru historycznego, lecz legendarny.

Lata później, wspierany przez mamę, przetrząsałem bibliotekę z nadzieją, że uda mi się oddzielić fakty od mitów. Odkryłem, że kiedy władcy Szkocji starali się wzmocnić pretensje do tronu angielskiego, między innymi przemianowali szkocki zamek Stirling na Snowdon w hołdzie legendarnemu zwycięstwu Artura. Rzeczywistość, dowiedziałem się, prawie zawsze jest bardziej skomplikowana i mniej atrakcyjna, niż byśmy chcieli, ale i często okazuje się na swój dziwny sposób ciekawsza niż mity.

Kiedy odkrywałem prawdę o Arturze, miałem już od dłuższego czasu obsesję na temat opowieści nowego rodzaju, snutych w inny sposób. W Boże Narodzenie 1989 roku w naszym domu pojawiła się konsola Nintendo, zamknięte w obudowie w dwóch odcieniach szarości urządzenie, które zawładnęło moim życiem do tego stopnia, że zaniepokojona mama wprowadziła zasadę: żeby wypożyczyć nową grę, musiałem przeczytać książkę. Gry były drogie, a ja, jako że opanowałem już do perfekcji te, które przyszły z konsolą – jeden kartridż mieszczący tytuły Super Mario Bros. i Duck Hunt – byłem żądny nowych wyzwań. Jedyny kłopot polegał na tym, że w wieku sześciu lat nie potrafiłem czytać równie szybko, co przechodzić gier. Nadszedł czas na kolejny popis początkującego hakera. Zacząłem przynosić z biblioteki książki coraz krótsze albo zawierające dużo obrazków. Czytałem ilustrowane encyklopedie wynalazków pełne dziwacznych szkiców welocypedów i sterowców, a także komiksy, które – z czego zdałem sobie sprawę dużo później – były skróconymi, przeznaczonymi dla dzieci wersjami dzieł Juliusza Verne’a i H.G. Wellsa.

To jednak NES – tandetna, ale genialna ośmiobitowa konsola Nintendo – był głównym źródłem mojej edukacji. Z The Legend of Zelda dowiedziałem się, że świat istnieje po to, by go eksplorować, Mega Man dał mi do zrozumienia, że od wrogów można się wiele nauczyć, zaś Duck Hunt… cóż, Duck Hunt pozwolił mi pojąć, że nawet kiedy ktoś śmieje się z twoich niepowodzeń, nie możesz strzelić mu w łeb. Najważniejszą, chyba zresztą do dziś, lekcję w moim życiu odebrałem jednak od Super Mario Bros. Piszę to zupełnie szczerze. Proszę, żebyś potraktował mnie poważnie. Super Mario Bros., wersja 1.0, jest prawdopodobnie najgenialniejszą scrollowaną poziomo grą platformową wszech czasów. Na początku Mario stoi przy lewej krawędzi legendarnego ekranu powitalnego, a od rozpoczęcia gry może się poruszać tylko w jedną stronę: w prawo. To z tego kierunku na ekran wtaczają się nowe elementy scenerii i wrogowie. Mario musi przebrnąć przez osiem światów liczących po cztery poziomy – na ukończenie zadania ma ograniczony czas – by dotrzeć do złowrogiego Bowsera i uwolnić księżniczkę Toadstool. Przez wszystkie trzydzieści dwa poziomy Mario ma za plecami coś, co w slangu miłośników gier komputerowych nazywa się niewidzialną ścianą. Nie pozwala mu ona się cofać. Mario i Luigi mogą zatem tylko iść naprzód – podobnie jak ja i ty. Życie biegnie w jednym kierunku – upływającego czasu – i nieważne, jak daleko uda się nam dobrnąć, niewidzialna ściana zawsze będzie tuż za naszymi plecami, odcinając nas od przeszłości i popychając do wyprawy w nieznane. Dzieciak dorastający w małym miasteczku w Karolinie Północnej w latach osiemdziesiątych XX wieku musi dowiedzieć się skądś o własnej śmiertelności. Czemu by nie od dwóch włoskich imigrantów, braci hydraulików o niezaspokojonym apetycie na pieczarki rosnące w kanałach?

Pewnego dnia mój przechodzony kartridż odmówił posłuszeństwa – nieważne, ile w niego dmuchałem, gra Super Mario Bros. nie chciała się załadować. Tak się wtedy robiło, a w każdym razie sądziliśmy, że tak trzeba: dmuchało się w złącze kartridża, żeby oczyścić je z kurzu, śmieci i psiej sierści zbierających się w środku. Tym razem jednak mimo dmuchania zarówno w kartridż, jak i w szczelinę konsoli, w którą się go wsuwało, ekran telewizora wyświetlał fale i plamy, co – mówiąc oględnie – zaniepokoiło mnie.

Z perspektywy czasu sądzę, że moje Nintendo prawdopodobnie miało uszkodzone jedno z połączeń pinów gniazda kartridża, ale w wieku siedmiu lat nie miałem pojęcia, czym są piny, zatem przepełniły mnie frustracja i rozpacz. Najgorsze było to, że tato dopiero co wyjechał w dwutygodniową delegację i nie mógł mi pomóc w naprawie. W odróżnieniu od świata Mario w moim nie istniały żadne sztuczki ani rury pozwalające zaginać czas, dzięki którym tygodnie mogłyby minąć szybciej, postanowiłem więc przywrócić konsolę do ładu samodzielnie. Wiedziałem, że jeśli mi się powiedzie, tato będzie pod wrażeniem. Udałem się więc do garażu po jego szarą metalową skrzynkę z narzędziami.

Doszedłem do wniosku, że jeśli mam odkryć, co się zepsuło, muszę rozkręcić konsolę. Zasadniczo kopiowałem czy też usiłowałem kopiować czynności, które wykonywał tato, kiedy siadał przy kuchennym stole i naprawiał nasz magnetowid albo magnetofon – dwa elementy wyposażenia domu na moje oko najbardziej przypominające Nintendo. Mniej więcej godzinę wykręcałem moimi niezbornymi i bardzo małymi dłońmi śruby krzyżakowe przy pomocy płaskiego śrubokręta, ale ostatecznie powiodło mi się.

Z zewnątrz konsola miała nieciekawą szarą barwę, za to w jej wnętrzu znajdował się kolorowy gąszcz. Z zielonej jak trawa płytki drukowanej wychodziła tęcza przewodów, pomiędzy dało się dostrzec błyski srebra i złota. Dokręciłem kilka elementów, poluzowałem parę innych – tak na chybił trafił – i na każdy podmuchałem. Następnie wytarłem wszystko papierowym ręcznikiem, co spowodowało, że musiałem jeszcze raz podmuchać na płytkę drukowaną, by usunąć strzępki papieru z igieł, które – co dziś już wiem – były wspomnianymi wcześniej pinami.

Kiedy zakończyłem czyszczenie i naprawy, nadszedł czas na ponowne złożenie. Możliwe, że nasz biszkoptowy labrador Treasure połknął jedną z maleńkich śrubek albo po prostu zgubiła się we włosiu dywanu, ewentualnie pod kanapą. I chyba nie umieściłem wszystkich podzespołów w prawidłowych miejscach, bo ledwie mieściły się w szarej obudowie. Wieczko ciągle odskakiwało, więc docisnąłem elementy dłonią tak, jak się to robi z ubraniami w przepełnionej walizce niedającej się łatwo zamknąć. Po kilku próbach obudowa zatrzasnęła się, ale tylko po jednej stronie, bo druga się wybrzuszyła. Kiedy wcisnąłem ją na miejsce, uniosła się ta część, którą zamknąłem najpierw. Bawiłem się w te przepychanki przez pewien czas, po czym poddałem się i podłączyłem konsolę do prądu.

Wcisnąłem przycisk „power”… i nic. Wcisnąłem „reset”… też nic. Więcej przycisków na obudowie nie było. Przed moją naprawą sąsiadujące z przyciskami światełko jarzyło się czerwienią stopionego metalu, ale teraz nawet ono nie dawało śladu życia. Konsola była zdeformowana i bezużyteczna, a mnie zalała fala poczucia winy i lęku.

Wiedziałem, że kiedy tato wróci z delegacji, nie będzie ze mnie dumny i wskoczy mi na głowę jak Goomba. Bałem się jednak nie tyle jego złości, co tego, że sprawię mu zawód. Współpracownicy mojego taty widzieli w nim doskonałego inżyniera elektronika, który specjalizował się w awionice. Dla mnie był szalonym naukowcem, który próbował samodzielnie naprawiać wszystkie domowe sprzęty – gniazdka elektryczne, zmywarki do naczyń, termy i klimatyzatory. Kiedy tylko mi pozwalał, pełniłem funkcję jego pomocnika, dzięki czemu dowiedziałem się, jaką fizyczną przyjemność może sprawiać zrobienie czegoś samodzielnie i jak intelektualnie stymulujące może być stosowanie podstaw mechaniki; poznałem też fundamentalne zasady elektroniki – różnicę pomiędzy napięciem a natężeniem, między mocą a oporem elektrycznym. Każde zadanie, którego się wspólnie podejmowaliśmy, kończyło się albo udaną naprawą, albo przekleństwami taty; w drugim wypadku ciskał niemożliwy do odratowania sprzęt do znajdującego się po drugiej stronie pokoju kartonowego pudła pełnego bezpowrotnie zepsutych rzeczy. Nigdy nie pomyślałem o nim źle z powodu tych niepowodzeń. Bardzo imponowało mi to, że w ogóle miał odwagę próbować.

Kiedy tato wrócił do domu i odkrył, co zrobiłem NES-owi, ku mojemu zdziwieniu wcale się nie zdenerwował. Nie był, rzecz jasna, zadowolony, ale podszedł do sprawy z wyrozumiałością. Wyjaśnił, że zrozumienie, dlaczego i w jaki sposób coś poszło źle, było dokładnie tak samo ważne, jak wiedza, który element się zepsuł: odkrycie źródła problemu pozwalało zapobiec powtórzeniu się awarii w przyszłości. Tato pokazał mi po kolei wszystkie podzespoły konsoli, wyjaśniając nie tylko, jak się nazywały, ale za co odpowiadały i w jaki sposób ich współdziałanie z pozostałymi elementami gwarantowało poprawne funkcjonowanie urządzenia. Tylko dzięki analizie poszczególnych części mechanizmu można było określić, czy system został zaprojektowany w sposób pozwalający mu jak najwydajniej wykonywać jego zadanie. Jeśli tak było i po prostu nie działał poprawnie, należało go naprawić. Jeśli nie, należało zmodyfikować go tak, by stał się wydajniejszy. Było to, zdaniem mojego taty, jedyne słuszne podejście do naprawy sprzętu, które nie podlegało dyskusji i stanowiło fundamentalny obowiązek każdego, kto posługiwał się technologią.

Jak wszystkie lekcje, których udzielał mi tato, i tę charakteryzowała użyteczność znacznie wykraczająca poza bieżące zadanie. Przede wszystkim miała mi uświadomić znaczenie samodzielności, o czym – jak twierdził tato – Ameryka zapomniała jakiś czas temu, między jego a moim dzieciństwem. Nasz kraj stał się jednym z tych, gdzie koszt wymiany uszkodzonego urządzenia na nowszy model był w większości wypadków niższy niż zlecenie naprawy specjaliście, co z kolei najczęściej kosztowało mniej niż zdobycie części i wymyślenie, jak naprawić urządzenie własnymi rękami. Prawidłowość ta zasadniczo gwarantowała tyranię technologii, utrwalaną nie przez technologię jako taką, lecz przez ignorancję wszystkich użytkowników codziennie korzystających z niej bez zrozumienia. Odmawiając poznania rudymentarnych zasad obsługi i utrzymania sprzętu, na którym polegasz, biernie na tę tyranię przyzwalałeś i godziłeś się na następujące warunki: póki twój sprzęt pracuje, będziesz pracował i ty, a kiedy się zepsuje, pozostaniesz bezradny. Będziesz na łasce przedmiotów, które posiadasz.

Okazało się, że prawdopodobnie wyłamałem tylko jeden lut, ale musieliśmy odkryć który, i tato chciał posłużyć się w tym celu specjalnym sprzętem pomiarowym; miał do niego dostęp w swoim laboratorium w bazie Straży Wybrzeża. Podejrzewam, że mógł przywieźć go do domu, ale z jakiegoś powodu zamiast tego zabrał mnie do pracy. Sądzę, że po prostu chciał pokazać mi swoją pracownię. Uznał, że byłem gotów.

Mylił się. Było to najbardziej imponujące miejsce, jakie w życiu widziałem. Przebijało nawet bibliotekę. A także sklep Radio Shack w centrum handlowym Lynnhaven. Najmocniej utkwiły mi w pamięci ekrany. Samo laboratorium było puste i słabo oświetlone; ściany wykończono standardowym połączeniem beżu i bieli, obecnym w większości rządowych budynków. Jeszcze zanim tato zapalił światło, zahipnotyzowała mnie pulsująca poświata elektrycznej zieleni. „Po co tu jest tyle telewizorów?” – taka była moja pierwsza myśl, po niej zaraz nadeszła kolejna: „I dlaczego wszystkie są nastawione na ten sam kanał?”. Tato wyjaśnił, że to, co widzę, to nie telewizory, lecz komputery, ale ja, choć słyszałem wcześniej to słowo, nie wiedziałem, co znaczy. Początkowo chyba założyłem, że komputerami były te ekrany – monitory.

Tato następnie pokazał mi je jeden po drugim, starając się wyjaśnić, do czego służą: ten przetwarzał sygnały radarowe, tamten przekazywał transmisje radiowe, jeszcze inny symulował systemy elektroniczne samolotów. Nie będę udawał, że zrozumiałem z tego wiele. Komputery te były bardziej zaawansowane od zdecydowanej większości wykorzystywanych w sektorze prywatnym i przerastały moje najśmielsze wyobrażenia. Co prawda ich procesory potrzebowały pięciu minut, by załadować system operacyjny, monitory wyświetlały tylko jeden kolor, a głośników, mogących odtwarzać efekty dźwiękowe i muzykę, nie było, ograniczenia te jednak wyłącznie dodawały im powagi.

Tato usadził mnie na krześle, a następnie podniósł siedzenie tak wysoko, że prawie sięgałem blatu i spoczywającej na nim prostokątnej bryły plastiku. Po raz pierwszy w życiu miałem przed sobą klawiaturę. Tato ani razu nie pozwolił mi pisać na swoim Commodore 64, a w czasie, który rodzice pozwalali mi samemu spędzać przed ekranem, byłem ograniczony do konsol wideo wyposażonych w kontrolery służące do grania. Komputery w laboratorium były profesjonalnymi maszynami ogólnego przeznaczenia, nie urządzeniami rozrywkowymi, i nie wiedziałem, jak je zmusić do pracy. Nie widziałem nigdzie pada, joysticka ani pistoletu – jedynym interfejsem była ta plastikowa prostokątna płyta pokryta rzędami klawiszy z nadrukowanymi literami i cyframi. Co więcej, litery były ułożone w kolejności innej niż ta, której nauczono mnie w szkole. Pierwszą literą nie było A, tylko Q, po niej następowały W, E, R, T i Y. Przynajmniej cyfry były uporządkowane we właściwym szyku.

Tato wyjaśnił mi, że każdy klawisz – każda litera i każda cyfra – ma przypisane konkretne zadanie, i to samo dotyczy ich kombinacji. I podobnie jak w wypadku przycisków na padzie albo joysticku, kiedy poznało się odpowiednie kombinacje, można było zdziałać cuda. Aby zademonstrować mi, co ma na myśli, sięgnął nade mną do klawiatury, wpisał jakieś polecenie i wcisnął klawisz „enter”. Na ekranie pojawił się – jak się potem dowiedziałem – edytor tekstowy. Tato wziął karteczkę samoprzylepną i długopis, nabazgrał jakieś litery i cyfry, po czym kazał mi je dokładnie wpisać na klawiaturze, a sam poszedł naprawić nasze Nintendo.

Kiedy tylko zostawił mnie samego, zacząłem odtwarzać jego bazgroły na ekranie, szukając odpowiednich klawiszy palcami wskazującymi. Jako leworęczne dziecko nauczone posługiwania się prawą ręką z miejsca uznałem to za najbardziej naturalną metodę pisania, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem.

10 INPUT "JAK MASZ NA IMIE?"; IMIE$

20 PRINT "CZESC, " + IMIE$ + "!"

Może ci się to wydawać łatwe, ale nie jesteś – jak ja wówczas – małym chłopcem o pulchnych, krótkich palcach, który nawet nie wiedział, co to są cudzysłowy, nie mówiąc już nawet o tym, że w celu ich wpisania trzeba przytrzymać klawisz „shift”. W końcu, po bardzo wielu próbach i błędach, udało mi się wpisać cały tekst. Wcisnąłem „enter” i ułamek sekundy później komputer zapytał mnie: JAK MASZ NA IMIE?

Byłem zafascynowany. Na kartce taty nie było instrukcji, co mam robić dalej, więc zdecydowałem się odpowiedzieć i raz jeszcze wcisnąłem klawisz „enter”, z którym już zdążyłem się zaprzyjaźnić. I nagle na czarnym tle ekranu pojawiły się litery emanujące radioaktywną zieloną poświatą: CZESC, EDDIE!

Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z programowaniem i technologią komputerową: nauczyłem się, że maszyny te robią to, co robią, ponieważ ktoś im to nakazuje – w bardzo szczególny, bardzo staranny sposób. I nie ma znaczenia, że ten ktoś ma siedem lat.

Niemal natychmiast pojąłem ograniczenia urządzeń przeznaczonych do gier. Nie dawały takiej swobody jak systemy komputerowe z prawdziwego zdarzenia. Nieważne, czy chodziło o Nintendo, Atari, czy Segę – wszystkie konsole zamykały cię w poziomach i światach, które można było przemierzać, a nawet pokonać piętrzące się w nich trudności, ale nie zmieniać. Naprawione Nintendo wróciło do salonu, gdzie grywaliśmy z tatą w Mario Karta, Double Dragona lub Street Fightera na dwie osoby. Na tym etapie we wszystkich tych grach radziłem sobie znacznie lepiej od taty – było to pierwsze zajęcie, w którym go przerosłem – ale od czasu do czasu dawałem mu wygrać. Nie chciałem, by sobie pomyślał, że nie jestem mu wdzięczny.

Nie mam naturalnego talentu do programowania i nigdy nie uważałem się za dobrego programistę. Na przestrzeni kolejnych dziesięciu lat stałem się jednak wystarczająco kompetentny, by móc stanowić zagrożenie. Do dziś uważam, że w kodowaniu jest coś magicznego: wpisujesz polecenia w dziwnych językach, a procesor zamienia je w działanie urządzenia zrozumiałe dla każdego z nas. Fascynowała mnie myśl, że programista w pojedynkę może stworzyć coś uniwersalnego, coś nieograniczonego żadnymi prawami, zasadami ani przepisami poza tymi, które da się sprowadzić do prostej relacji przyczynowo-skutkowej. Pomiędzy kodem, jaki wprowadzałem, a wynikami zwracanymi przez komputer istniał doskonały związek logiczny. Kiedy wydawałem wadliwe komendy, otrzymywałem błędne wyniki. Gdy moje polecenia nie zawierały błędów, komputer generował równie bezbłędny rezultat. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z niczym tak spójnym i sprawiedliwym, tak jednoznacznie bezstronnym. Komputer czekał w nieskończoność na moją komendę, ale przetwarzał ją, kiedy tylko wcisnąłem „enter”, bez zadawania zbędnych pytań. Żaden z moich nauczycieli nie był tak cierpliwy ani nie reagował tak szybko na moje potrzeby. Nigdzie indziej – na pewno nie w szkole i nie w domu – nie miałem tak silnego wrażenia, że panuję nad swoim życiem. Fakt, że perfekcyjnie napisany zestaw komend niezmiennie prowadził do perfekcyjnego wykonania tego samego ciągu operacji, z czasem stał się dla mnie – podobnie jak dla wielu technicznie uzdolnionych dzieci z pokolenia dorastającego na przełomie millenium – jedyną niezachwianą i niepodważalną prawdą.

03_Chłopak_z_Beltway|

Tuż przed moimi dziewiątymi urodzinami przeprowadziliśmy się z Karoliny Północnej do Marylandu. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że moje nazwisko jest tu dobrze znane. Zamieszkaliśmy w hrabstwie Anne Arundel, gdzie słowo „Snowden” spotyka się praktycznie na każdym kroku; musiało jednak minąć trochę czasu, zanim dowiedziałem się, z czego to wynika.

Brytyjski major Richard Snowden przybył do Marylandu w roku 1658, licząc na to, że gwarancje wolności religijnej, jakich lord Baltimore udzielił katolikom i protestantom, obejmą także kwakrów. W 1674 roku do Richarda dołączył jego brat, John; zgodził się on opuścić angielskie hrabstwo Yorkshire i wyemigrować do Ameryki w zamian za skrócenie wyroku więzienia, jaki wydano na niego za głoszenie kwakierskich nauk. Kiedy w 1682 roku William Penn pożeglował na statku Welcome w górę rzeki Delaware, John Snowden był jednym z nielicznych Europejczyków, którzy powitali go u celu jego podróży.

Po wybuchu amerykańskiej rewolucji trzech wnuków Johna Snowdena zaciągnęło się do Armii Kontynentalnej. Ściągnęło to na nich potępienie odrzucającej przemoc społeczności kwakrów, ale młodzi Snowdenowie zdecydowali się posłuchać głosu sumienia, który nakazywał im odstąpić od pacyfistycznych ideałów i wziąć czynny udział w walce o niepodległość. William Snowden, jeden z wnuków Johna i mój przodek w linii prostej ze strony ojca, dosłużył się w amerykańskiej armii stopnia kapitana. Wzięty do niewoli podczas bitwy o Fort Washington w stanie Nowy Jork, zmarł wkrótce potem w jednym z owianych złą sławą obozów jenieckich, jakie brytyjskie władze kolonialne urządziły w magazynach trzciny cukrowej na Manhattanie (podobno Brytyjczycy uśmiercali przetrzymywanych tam jeńców, dosypując im do pożywienia sproszkowane szkło). Syn Williama i jego żony Elizabeth z domu Moor, oddanej zauszniczki generała George’a Washingtona, miał na imię John. Był politykiem, historykiem i wydawcą jednej z pensylwańskich gazet. Jego potomkowie porzucili Pensylwanię i przenieśli się na południe, osiedlając się w tej samej okolicy, gdzie mieszkali ich krewni, czyli Snowdenowie z Marylandu.

W 1686 roku król Karol II podarował rodzinie Richarda Snowdena 800 hektarów porośniętej lasem ziemi, niemal w całości położonej na terenie marylandzkiego hrabstwa Anne Arundel. Snowdenowie założyli tam między innymi Patuxent Iron Works, jedną z największych w kolonialnej Ameryce hut żelaza oraz wytwórni kul armatnich i karabinowych, a także zarządzany przez wnuków Richarda majątek rolny z polami uprawnymi, pastwiskami i mleczarnią. Po zakończeniu służby w Maryland Line, słynącej z bohaterstwa formacji Armii Kontynentalnej, wnukowie Richarda Snowdena powrócili do rodzinnego majątku i – aby w pełni urzeczywistnić wolnościowe ideały, o które walczyli podczas wojny o niepodległość – wyzwolili swoich dwustu czarnych niewolników, kładąc tym samym kres wykorzystywaniu przez Snowdenów pracy niewolniczej na prawie sto lat przed wojną secesyjną.

Dawne posiadłości Snowdenów są dziś przedzielone na pół aleją Snowden River Parkway – ruchliwą, czteropasmową ulicą, wzdłuż której wyrosły modne sieciowe restauracje oraz salony samochodowe. Nieopodal przebiega Patuxent Freeway, czyli odcinek autostrady stanowej nr 32 prowadzący prosto do Fortu George’a G. Meade’a, drugiej pod względem wielkości bazy wojskowej w Stanach Zjednoczonych, a zarazem siedziby Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA). Fort Meade także powstał na gruntach należących niegdyś do moich krewnych, którzy albo sprzedali tę ziemię (jak twierdzi część), albo zostali z niej wywłaszczeni przez amerykański rząd (jak utrzymują inni).

Początkowo nie miałem o tym wszystkim pojęcia. Moi rodzice zażartowali sobie, że władze stanu Maryland zmieniają nazwiska na tablicach ulicznych za każdym razem, gdy sprowadza się tam ktoś nowy. W przeciwieństwie do rodziców nie widziałem w tym nic śmiesznego; ich żart przyprawił mnie wręcz o gęsią skórkę. Z Elizabeth City do hrabstwa Anne Arundel nie jest wcale tak daleko – dzieli je tylko nieco ponad czterystukilometrowy odcinek autostrady międzystanowej I-95 – a mimo to po przeprowadzce poczułem się tak, jakbym wylądował na innej planecie. Zamiast porośniętych bujną zielenią brzegów rzeki otaczały mnie betonowe chodniki. W poprzedniej szkole miałem dobre wyniki w nauce i byłem lubiany przez rówieśników; w nowej stałem się obiektem ciągłych docinków. Nabijano się z moich okularów, z braku zainteresowania sportem, a zwłaszcza z mojego akcentu. Ponieważ w typowy dla mieszkańców Południa sposób przeciągałem samogłoski, nowi szkolni koledzy nazywali mnie debilem.

Stałem się tak przeczulony na punkcie mojego południowego akcentu, że w ogóle przestałem odzywać się w szkole. Ćwiczyłem samotnie w domu, dopóki nie zacząłem mówić „normalnie” – a przynajmniej dopóki nie nauczyłem się wymawiać lokalizacji moich upokorzeń jako English class, zamiast Anglish clay-iss, a słowa „palec” jako finger zamiast fanger. Zanim w końcu nabrałem odwagi, by ponownie zacząć odzywać się na lekcjach, moje oceny mocno się pogorszyły, a niektórzy nauczyciele postanowili poddać mnie testowi na inteligencję, bo nabrali podejrzeń, że cierpię na poważne trudności w nauce. Kiedy przyszły wyniki, nie przypominam sobie, żebym doczekał się jakichkolwiek przeprosin – zamiast tego wysłano mnie na całą masę zajęć pozalekcyjnych, mających „wspierać rozwój zainteresowań”. Mało tego, ci sami nauczyciele, którzy wcześniej powątpiewali w moją zdolność przyswajania wiedzy, teraz zaczęli mieć jakiś problem z tym, że polubiłem zabierać głos na forum klasy.

Miejsce, dokąd trafiliśmy po przeprowadzce z Karoliny Północnej, zwane jest Beltway, czyli obwodnica. W przeszłości nazywano tak autostradę międzystanową nr 495 pełniącą funkcję obwodnicy Waszyngtonu, ale obecnie mianem Beltway określa się rozległy i wciąż rozrastający się pierścień sypialnianych miast, miasteczek i osiedli wokół amerykańskiej stolicy. Rozciąga się on od Baltimore w stanie Maryland na północy aż po Quantico w Wirginii na południu. Mieszkańcami tych stołecznych peryferii są niemal wyłącznie urzędnicy rozmaitych rządowych instytucji oraz pracownicy prywatnych firm, prowadzących interesy z rządem Stanów Zjednoczonych. Powiedzmy sobie szczerze: nikt inny nie ma powodu, by tam się sprowadzać.

Zamieszkaliśmy w Crofton w stanie Maryland, w połowie drogi między Annapolis a Waszyngtonem. Crofton leży na zachodnim krańcu hrabstwa Anne Arundel; w tamtejszej architekturze mieszkalnej dominują wariacje na temat stylu federalnego oraz elewacje wykończone panelami winylowymi. Osiedla takich domów noszą zazwyczaj fantazyjne, staroświecko brzmiące nazwy: Crofton Towne, Crofton Mews, The Preserve albo The Ridings. W samym centrum naszego starannie zaprojektowanego miasteczka znajdował się elegancki ośrodek rekreacyjno-wypoczynkowy Crofton Country Club. Kiedy spojrzy się na mapę, Crofton przywodzi na myśl ludzki mózg: ulice wiją się, przecinają i splatają ze sobą niczym bruzdy pomiędzy fałdami kory mózgowej. Dom, do którego się wprowadziliśmy, stał przy Knightsbridge Turn – szerokiej, spokojnej uliczce w kształcie półkola; wzdłuż niej wznosiły się dwukondygnacyjne budynki z szerokimi podjazdami i podwójnymi garażami. Nasz dom był siódmy w kolejności, licząc od obu końców ulicy – znajdował się więc dokładnie pośrodku tego półkola. Miałem dziesięciobiegowy rower marki Huffy i pracę rozwoziciela gazet – dostarczałem okolicznym mieszkańcom egzemplarze tytułu „The Capital”. Dziwnym trafem dystrybucja tej szacownej wydawanej w Annapolis gazety zaczęła w tamtym czasie poważnie szwankować – problemy z dostarczaniem gazet nasilały się w okresie zimowym i występowały zwłaszcza na obszarze między Crofton Parkway a Defense Highway (taką nazwę nosi przecinający Crofton odcinek drogi stanowej nr 450).

Dla moich rodziców był to ekscytujący okres. Przeprowadzka do Crofton wiązała się dla nich z awansem zarówno finansowym, jak i społecznym. Wysadzane drzewami ulice były niemal wolne od przestępczości, a wielokulturowa, wielorasowa i wielojęzyczna społeczność miasteczka – odzwierciedlająca różnorodną populację całego Beltway, składającą się w znacznej mierze z pracowników korpusu dyplomatycznego i agencji wywiadowczych – była zamożna i dobrze wykształcona. Tuż za naszym domem rozciągało się pole golfowe, za rogiem znajdowały się korty tenisowe, a kawałek dalej mieścił się pełnowymiarowy basen olimpijski. Pod względem dojazdów do pracy życie w Crofton także było bliskie ideału. Mój ojciec, służący wówczas w Straży Wybrzeża w stopniu starszego chorążego, potrzebował zaledwie czterdziestu minut, by dojechać do nowej pracy w Instytucie Inżynierii Lotniczej w kwaterze głównej Straży Wybrzeża, która w tamtym czasie zlokalizowana była w Buzzards Point, w południowej dzielnicy Waszyngtonu, nieopodal bazy wojskowej w Forcie Lesleya J. McNaira. Z kolei moja mama już po dwudziestu minutach jazdy samochodem docierała do nowej pracy w siedzibie NSA, której futurystyczne, pudełkowate gmachy zwieńczone kopułami radiolokatorów i pokryte warstwą miedzi, zabezpieczającą przed podsłuchami i przechwytywaniem sygnałów elektronicznych, znajdują się w samym sercu Fortu Meade.