Pakistańskie wesele - Maja Klemp - ebook

Pakistańskie wesele ebook

Maja Klemp

4,0
49,90 zł

lub
Opis

Wbrew tytułowi i przypuszczeniom niektórych, nie jest to banalna opowieść miłosna. Nie ma w niej żadnego różu, a także to nie Maja jest panną młodą. "Pakistańskie wesele" to najprawdziwsza historia o ludziach z krwi i kości. Spojrzenie na inną kulturę przez polską kosmopolitkę. Choć zdaje się, że będzie to historia o blichtrcie i zabawach pakistańskich elit, jest to najlepszy punkt wyjścia do rozmów o stosunkach międzyludzkich, rodzinnych, związkach, partnerstwie, nierównościach społecznych, przyzwyczajeniach, a nawet pracy osób z niepełnosprawnościami czy społecznej tolerancji różnych zjawisk. Mimo wszystko Maja prowadzi swoją opowieść z przymrużeniem oka, okraszając ją dobrym humorem.

 

Maja Klemp, autorka dziennika podróżnego „Pakistańskie wesele” oraz blogu Miłość w czasach strefowych. Gdynianka, która mieszka w Nowym Jorku. Absolwentka japonistyki i hispanistyki na Cardiff University oraz europeistyki na University of Bath. Po ośmiu latach związku, rozwijającego się mimo niemiłosiernej odległości dzielącej ją od ukochanego, wyszła za mąż za poznanego na studiach Pakistańczyka. Od dziecka uzależniona od podróży. Mieszkała w Wielkiej Brytanii, Chile, Japonii, Czechach i Hiszpanii, co pozwoliło jej zanurzyć się w różnych kulturach i nierzadko zakochać w skrajnie odrębnych stylach życia. Uwielbia taniec, zwierzęta, książki, herbatę i dobre perfumy.



Pakistańskie wesele” to powieść podróżnicza na nasze czasy. Maja Klemp, łącząc funkcje tour-operatora i „Pudelka”, zabiera nas w podróż do współczesnego Pakistanu. Pokazuje kraj przez pryzmat ludzi i związków – nowoczesnych, a jednocześnie zakorzenionych w kulturze. Wszystko to z charakterystycznym dla siebie humorem i niewiarygodnie lekkim piórem.”

Barbara Piotrowska, Oxford (UK)



Kiedy weźmiesz tę książkę do ręki, obok zasiądzie Maja Klemp, która z właściwym sobie humorem opowie o kraju męża. „Pakistańskie wesele” obejmuje 14 dni podróży kosmopolitki, której przyszło wystąpić w roli druhny podczas wielodniowych uroczystości zorganizowanych dla elitarnego grona ośmiuset osób.

Dziennik Mai jest subiektywnym portretem współczesnego pakistańskiego społeczeństwa i przestrogą dla wegetarian, którym marzy się wyprawa do tej części subkontynentu. Autorka niczym współczesna bajarka snuje opowieść językiem mówionym, bawi się słowem i skraca dystans. Odwiedzisz z nią inną kulturę, zdobędziesz szczyty Hindukuszu czy zapolujesz na perfumy w piwnicach Islamabadu. Poznasz jej Księcia i historię miłości, która pokonała różnice kulturowe oraz życie w różnych strefach czasowych.

Pakistańskie wesele” to wielobarwny opis ludzi, strojów i miejsc. Maja dzieli się refleksjami na temat aktualnych problemów, jak nierówności społeczne czy brak tolerancji. Lektura utwierdza w przekonaniu, że można podejść do innych łagodniej i bez uprzedzeń. Choć autorka nie pozostaje obojętna na uroki egzotycznych strojów czy biżuterii, którym równie chętnie poświęca uwagę, z nią możesz zajrzeć w głąb ludzkiej duszy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 395

Popularność




Od autorki

Drogi Czytelniku,

książka, którą trzymasz w ręku, nie jest przewodnikiem po Pakistanie. Nie znajdziesz tu encyklopedycznych opisów tamtejszej kultury ani analizy przyczynowo-skutkowej okoliczności historyczno-geograficznych, które ukształtowały go w obecnej formie. Zamiast tego zobaczysz barwny, choć mały, fragment interesującej mozaiki.

W Pakistanie spędziłam zaledwie kilkanaście bardzo intensywnych dni. Ogromnie zróżnicowanych i niezwykle ciekawych. To doświadczenie pozwoliło mi zakochać się w kraju mojego męża tak, jak zakochujemy się w nowo poznanych osobach, kiedy tak naprawdę nic o nich jeszcze nie wiemy.

Nie będę ci obiecywać, że dzięki tej książce lepiej poznasz ów wciąż tajemniczy kraj i zamieszkujących go ludzi. Zabiorę Cię jednak we wspaniałą, pełną przygód podróż, która być może sprawi, że poczujesz pragnienie dalszego odkrywania Pakistanu – czy to sięgając po inne publikacje, czy też decydując się na wyprawę do źródeł. Jeśli tak się stanie, będę mogła uznać, że odniosłam sukces.

Wspaniałej lektury!

Maja

Rozdział 1

Z okresu przed datowaniem

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że pojadę do Pakistanu. Zanim poznałam Księcia, oPakistanie pomyślałam tylko raz. Jakiś kolorowy magazyn publikował zdjęcia ze ślubu pewnego pakistańskiego bogacza. Artykuł zapewne też tam był, bo kojarzyłam, że Pakistan nie sympatyzuje szczególnie zIndiami. O partycji (podziale Indii Brytyjskich na Indie iPakistan) też coś tam było, aczkolwiek szczególne wrażenie wywarły na mnie zdjęcia. Były kolorowe idużo się na nich świeciło. Moja hodowana od dziecka wewnętrzna sroka była zafascynowana wstopniu wykluczającym racjonalne zgłębianie tematu.

Kiedy z kolei poznałam Księcia – pięknego jak z bajki (dlatego tak go nazywam) iboleśnie rozpieszczonego – iwokolicznościach kuchenno-akademikowych zadałam mu pytanie, wjakim to kraju tak piękne aniołki znieba spadają, pognałam do mojej celi, by wygooglować „Pakistan”. Trochę wstyd. Ale nie było aż tak źle, bo mogłam kojarzyć ten kraj tylko ztalibami i ogólną kwintesencją zła. Było to kilkanaście lat temu i jakoś nie każdy był wtedy domorosłym specjalistą od spraw terroryzmu. Zdoczytanych informacji wynikało, że ów opierający się nonszalancko okuchenną szafkę ipopijający mleko prosto zbutelki Adonis prawdopodobnie jest muzułmaninem ido tego może nawet obściskuje się zkolegami. Wszak wPakistanie panowie są ze sobą bardzo blisko. Kobiet wmiejscach publicznych przytulać nie mogą, to chociaż kolegów, którzy są w tej samej sytuacji… Podsumowując, moja wiedza na temat Pakistanu pozostawiała wiele do życzenia. I jest to chyba duże niedopowiedzenie.

W ramach rozwoju znajomości, anastępnie romansu zKsięciem, puste kartki zapełniały się wdość przyzwoitym tempie. Kiełkowała nawet we mnie chęć zobaczenia „tego wszystkiego” na własne oczy, ale… rodzice. Szantaże emocjonalne wymagające obietnic, że nigdy, że co by się nie działo, w żadnym wypadku i wogóle do Pakistanu nie pojadę. Książę to dobry chłopak, ale zpewnością ma wmózgu chip, który się uaktywnia po przekroczeniu granic terytorialnych kraju rodzimego izmienia go wzniewalającego– wzłym idosłownym tego słowa znaczeniu: mordującego, trzymającego jeńców wpiwnicy ikradnącego paszporty– potwora. Wkażdym razie lepiej tam nie jechać. Przynajmniej przed sześćdziesiątką, bo potem to już mnie chyba nikt przemocą zniewalać chciał nie będzie. Zresztą nieważne. Jakimś cudem po latach romansowania (również, a może nawet głównie, na odległość) Książę uczynił ze mnie uczciwą kobietę. Aprzynajmniej zrobił to, co wteorii miało uczynić ze mnie uczciwą, stateczną kobietę. Wyszło, jak wyszło. W międzyczasie kuzynka Księcia została przyrzeczona jego kuzynowi ipodjęto decyzję ojak najszybszym ślubie. Chodziło oto, żeby Sehr (kuzynka) nie zdążyła dorosnąć na tyle, by mieć czelność wyrażać własne zdanie istwierdzić na przykład, że ona takiego tłustego, zgnuśniałego irozpieszczonego knura za męża iwe własnym łożu nie chce.

Teraz czas na pierwszą dygresję, których na kartach tej książki będzie zatrzęsienie. To nie jest kazirodztwo per se. Tam kuzynów ma się ilości znaczne i stopień procentowy tego ukuzynowacenia jest różny. Póki pamiętam, opiszę mniej więcej tę część rodziny Księcia, którą w miarę ogarniam umysłowo.

Odpuszczę sobie przy tym wchodzenie w rodzinne skandaliki, bo chyba mi tak naprawdę nie do końca wypada. Poza tym to nie ma być scenariusz Dynastii. (Szepnę tylko, że niektóre z nich są naprawdę zachwycająco soczyste!) A to i tak tylko rodzina ze strony mamy mamy (po podwójnej kądzieli?). Aczkolwiek tata mamy też jest fajny i ma fajnego brata, który ma niefajną żonę, ale o tym chyba później.

Nie mam pomysłu, jak to opisać klarownie, więc nie będzie klarownie. Będzie chaotycznie. Spróbuję pokoleniami. Może się uda, a wyjdzie, co wyjdzie. Można robić notatki, względnie podejmować próby rysowania drzewa genealogicznego. Osobiście na tym poległam. Może rysownik, któremu niestraszna była genealogia Targaryenów, byłby skłonny się tego podjąć? Choć szczerze mówiąc, wątpię.

Tytułem wstępu: Książę ma trzy siostry, wszystkie młodsze. Najstarsza, Kiran, ma lat chyba dwadzieścia cztery i męża Shamsa, który jestniczym typowy amerykański wanna-be-frat-boy. Podczas naszych pierwszych spotkań wkurzał mnie kosmicznie. Na przykład w meczecie podczas mojego ślubu dłubał sobie między palcami u stóp, azwydłubanych substancji toczył kulki isię nimi bawił. Teraz mnie już tylko lekko śmieszy. Jest jeszcze o rok tylko młodsza od Kiran Maria oraz najmłodsza, siedemnastoletnia, bardzo skupiona na mediach społecznościowych i byciu modnym Fahra.

To teraz idziemy „w górę”. Zacznijmy od tego, że Mama Księcia (zwana dalej Teściową) miała dwójkę braci. W pierwszej kolejności weźmy może na warsztat tego młodszego – nie ma dużego wpływu na rozwój wydarzeń, więc odfajkujemy go i będzie z głowy. Sam stanowił głównie elementantydekoracyjny, przewalając swoje obfite ciałko po kanapach wróżnych sceneriach ispecjalnie się nie udzielał. Jest raczej typem histerycznego, ale sympatycznego nieudacznika. Jego żona jest jedną z najdziwniej wyglądających osób, które w życiu poznałam. Jest strasznie brzydka – w stylu upiorzyc iczarownic zbajek. Mogłaby je grać praktycznie bez charakteryzacji, ponieważ ma taaakie oczy, taaaki nos i taaakie dziwne zęby. Wogóle cała jest taaaka dziwna i w dodatku bardzo ekstrawagancko się ubiera i maluje. Ale! Czasami, patrząc na nią inaczej, pod jakimś kątem, w innym oświetleniu, zastanawiałam się, czy cała ona nie jest przypadkiem na swój sposób piękna… Dziwna sprawa. Ją chyba lubię. Chociaż gdy ją poznałam, na domiar złego chrypiała upiornie i byłam pewna, że to jest jej normalny głos. Okazało się jednak, że akurat była chora. W każdym razie para ma dwie córki. Starsza z nich to około dziesięciolatka, młodsza– któż to wie. Wsumie nawet je lubię, bo wydają się lekko wycofane iniezaangażowane wten cały cyrk. Starsza jest fanką piłki nożnej, ze szczególnym uwzględnieniem FC Barcelony. Obie mnie uwielbiają. Starsza za całokształt, a młodsza za to, że powiedziałam mojej Teściowej, że „się nie zna”, bo to, co ta dziewczynka miała na sobie, to był strój księżniczki Elsy, a nie Anny.

Starszy brat Teściowej jakiś czas temu wziął był i umarł. I to strasznie przykre, bo to podobno był facet super iukochany wujek Księcia. Umierając, pozostawił na tym łez padole małżonkę Rubinę (która podobno jest strasznie wygodnicka, a wręcz leniwa, ale którą osobiście bardzo, ale to bardzo polubiłam) oraz trójkę dzieci. Najstarszego, dwudziestojednoletniego Zakiego (potwornie rozpieszczony bachor, typowa zblazowana, bananowa młodzież, król selfie wtoaletowych lustrach; kiedy zrozumiał, że nie da rady mi zaimponować, stał się pocieszny i raczej sympatyczny), Sehr (nasza panna młoda– wyjątkowo bystra jak na Pakistankę, ładna dziewczyna z lekko jadowitym poczuciem humoru przytępionym niestety przez społeczeństwo; lubię ją bardzo) iAmira (stosunkowo nowy, chyba czteroletni nabytek – jak na dziecko bardzo uroczy iestetyczny). Tenże brat Teściowej przed śmiercią, choć nieświadomy jej nadejścia, wprzypływie nagłego ogłupienia przyrzekł rękę córki swojemu kuzynowi dla jego niedorobionego i zdemoralizowanego synalka, stałego bywalca londyńskich klubów ze striptizem. Zrobił to prawdopodobnie dlatego, że kuzynowi wiele zawdzięczał.

Owdowiała ciocia Rubina, matka panny młodej, oczywiście także nie była jedynaczką, a jej rodzeństwo pozakładało swoje rodziny. Chociaż wsensie krwistym igenetycznym nie jest to rodzina Księcia, to występują oni w tej opowieści wróżnym stopniu zaangażowania. Zresztą, co tam. Jak szaleć, to szaleć. Załatwmy rodzinę cioci Rubiny. Będzie cudownie! Ciocia Rubina ma oczywiście matkę, jakżeby inaczej. Matka sprawia całkiem przyjazne wrażenie. Na powitanie wymacała mi z uśmiechem twarz, chyba w geście błogosławieństwa. Ogólnie taka desi babcia. Lubię desi babcie. Ciocia Rubina ma trójkę braci, a każdy z nich po jednej żonie (zaznaczam, że po jednej, bo w kulturze muzułmańskiej nie jest to wcale oczywiste – w Pakistanie poligamia nadal jest dozwolona). I, jak to podobno mówią wrodzinie Księcia, dwóm braciom się udało. Irzeczywiście. Żona jednego z braci jest przemiła iwogóle ma bardzo miłą twarz. Ma też wspaniałe dzieciaki, w tym osiemnastoletnią Amrę, zktórą się bardzo uspołeczniałam. (Ale co chwilę musiałam jej przypominać, że mimo jedenastoletniej różnicy wieku, nie jestem zgatunku stabilnych, statecznych cioć). Kolejny brat ma żonę brytyjsko-pakistańską. Jest wielka, cudowna imówi po angielsku, za co wielbię ją bezgranicznie. Ona zkolei też ma jakieś tam dzieci, wtym dziwnego syna Alego, który się spytał, czemu jedziemy po sok (ze świeżych owoców) dla mnie:

– Bo lubię.

– Ale ja serio pytam.

– A ja serio mówię. Ty lubisz ciastka, a ja soczki.

– Is it a joke?

No i jest trzeci syn, którego żona się rodzinie nie udała. Tyle w temacie. Kiedy zupełnie jeszcze nieświadoma powiedziałam do Księcia, że ta ciocia jest dziwna, akcentując słowo „dziwna”, by było jasne, że chodzi mi o jego negatywną interpretację, to się zaczął bardzo radośnie śmiać. Później wyszło na jaw, kiedy zazwyczaj sygnalizowałam, że ktoś nie do końca budzi moją sympatię, okazywało się, iż w sumie całej rodzinie też się nie podoba dana osoba.

Skoro rodzinę cioci Rubiny i braci Teściowej mamy mniej więcej zgłowy, przeskoczmy pięterko wyżej, do babci Księcia. Mama Teściowej była podobno jakimś nadczłowiekiem, aniołem nie kobietą, intelektualistką, obrończynią praw kobiet, wojowniczką społeczną, mentorką polityków, ulubienicą ludu (ponoć kiedy wracała do miasta po leczeniu operacyjnym wWielkiej Brytanii, lud witał ją niczym koronowanego władcę z bajek Disneya: procesje, kwiaty rzucane ze wszystkich domów, szał ciał). Do tego wszystkiego miała jeszcze syreni głos, którego uwielbiały słuchać najsłynniejsze desi pieśniarki, Owa Babcia Księcia miała też dwóch braci – bardzo znanych graczy hokeja (scharakteryzuję ich w trzech sloganach: złote medale olimpijskie, najsłynniejsza wPakistanie akademia hokeja iwogóle WOW!). Ci bracia oczywiście się porozmnażali.

I tak, pierwszy z braci, choć na świat nie wydał, to zapładniając, przyczynił się do stworzenia czwórki potomstwa: synka, który był liderem jednego z najpopularniejszych pakistańskich zespołów rockowych (zespół niestety już się rozpadł, ale synek nadal śpiewa, angażując się wróżne muzyczne projekty) i trzech córeczek: Ambrine, Noor i Saffanah. Ciocia Ambrine jest ekstra. To chyba moja ulubiona ciocia. Przede wszystkim jest wyjątkowo piękną kobietą– Książę twierdzi, że po prostu dobrze się starzeje, że kiedyś nie była pięknością. Powiedziałabym, że Książę się nie zna, ale to by chyba źle o mnie świadczyło, więc nie będę drążyć tematu. Teraz jest piękna ijuż. Jest takim ichniejszym księdzem wspódnicy, co nie przeszkadza jej być naczelną tancerką w rodzinie– widziałam, jak trzęsie tyłkiem, i muszę przyznać, że jest niezła! Do tego oczywiście śpiewa, gra na bębenku ijest niezwykle sympatyczna. Myślę, że tym, co ją naprawdę wyróżnia, jest zadowolenie z życia. Inne mają więcej pieniędzy, więcej dwudziestoczterokaratowego złota, większe wille, wszystko inne mają większe i lepsze, ale są wiecznie niezadowolone. Tymczasem Ambrine tryska radością i życzliwością. W przeciwieństwie do swoich dwóch sióstr: obrzydliwie bogatej (kupującej w prezencie ludziom domy) Noor i sfrustrowanej, niezadowolonej zmęża i życia najmłodszej Saffanah. Oczywiście one też mają dzieci. Dzieci wogóle jest tam dużo. Nie kłopotałam się przypisywaniem wszystkich do rodziców. Byłby to daremny trud.

Drugi brat Babci Księcia też płodził, a jakże. Jeśli dobrze pamiętam, sprowadził na świat trzech synów. Ta konkretna gałąź jest najbardziej skandalogenna, dostarcza najwięcej materiałów do plotkowania iwyrażania dezaprobaty. Jeden z jego synów, spadkobierca sportowych tradycji, miłośnik wyścigów konnych, doczekał się trójeczki dzieci: wyjątkowo rozrywkowej ikrnąbrnej córeczki Mehreen i dwóch paskudnych synków. Z czego starszy, Zain, to właśnie nasz knurowaty pan młody. Drugi syn drugiego brata Babci Księcia (czyli brat ojca pana młodego) to istny Tata Muminek, który ma trzy córki Migotki. Te z kolei od dłuższego czasu wprawiają mnie swoim muminkowym istnieniem na Facebooku wdobry nastrój, zaś matka Migotek jest ponoć najlepszą przyjaciółką Teściowej. Trzeci syn drugiego brata Babci Księcia prowadzi pasożytniczy tryb życia. Ma on pomysłową, szalenie biegłą wsztuce szantażu żonę i średnio rozgarnięte dzieci.

To mniej więcej tyle. Oczywiście rodziny jest znacznie więcej, ale ograniczyłam się do zapamiętywania, że wszystkie– choćby odrobinę starsze ode mnie– kobiety to ciocie (auntie), ado facetów itak nie warto się zwracać. Koniec końców: chodzi o to, że Sehr miała wyjść, choć niechętnie, za Zaina, który jest jej kuzynem, ale wsumie chyba drugiego stopnia, więc nie jest to aż tak straszne, jak brzmi. Chociaż straszne itak jest. Ponieważ było to krótko po Księcia imoim ślubie, który wstrząsnął światem cioć iwujków („jak to ślub?” „BEZ NAS?!”), wsumie wypadało, żebym zjawiła się na weselu Sehr. Nie był to nawet taki zły pomysł. Wkońcu gdybym zwyczajnie pojechała do Pakistanu poznać rodzinę męża, to by się wszyscy na mnie rzucili, a ja bym im padła po dwóch dniach. Teraz z kolei w planie był wielki ślub (pardon: skromna, trzydniowa impreza na osiemset osób) i tyle do ogarniania, że nikt nie miałby ani czasu, ani energii, żeby porządnie się na mnie rzucać izaglądać wmoje zachodnie zęby. Wspomniałam mimochodem opomyśle wyjazdu przy rodzicach i odziwo się zgodzili. Tak po prostu. Nie wyrazili sprzeciwu. Nie zaczęli snuć wizji moich zniewolonych piwnicznie ipozbawionych paszportu zwłok.

Główna trudność zgłowy, czas było stawić czoła kolejnym. One does not simply walk into Mordor. And one does not simply go to Pakistan1. Potrzebuję wizy. Nie lubię potrzebować wizy. Jestem rozbestwioną obywatelką Unii Europejskiej. Z drugiej strony pamiętam, że po rozmowie owizę amerykańską czułam niedosyt. Po prostu mi ją dali, nie wypytywali ocały życiorys, nie stawiali oporu. Byłam przygotowana na starcie, nastawiona bojowo, zgłową pełną uszczypliwych odpowiedzi. Aoni tak po prostu dali mi wizę. Na dziesięć lat. Tak się nie robi. Pakistańczycy mają więcej przyzwoitości. Ze wstępnego rekonesansu wsieci wynikało, że Polakom wogóle nie dają wiz turystycznych. Internet roił się od przestróg izaoferował tylko jedną historię wyjątkowo zdeterminowanego chłopaka, który, walcząc ztonami wymaganych dokumentów, wkońcu wyżebrał dla siebie upragnioną wizę. Zdecydowanie nie wiało optymizmem.

Nie moje wielkie pakistańskie wesele zaplanowano na grudzień. Zkolei we wrześniu mój Książę przybywał, może nie na białym rumaku, bo wbiałym samolocie, ale z zamiarem poślubienia mnie. Oczywiście nie było to zbyt proste, bo polskie prawo intensywnie zniechęca nasze kobiety do wydawania się za obcokrajowców, ajuż w szczególności pochodzących ztakich krajów, gdzie nie wystawia się specjalnych zaświadczeń obraku przeszkód prawnych do zawarcia związku małżeńskiego. Inna sprawa, że nawet jeśli je wydadzą, to polskie urzędniczki itak znajdą milion innych rzeczy, do których można się przyczepić. Ato, że na zaświadczeniu jest napisane, że może brać ślub, ale nie, że może brać go konkretnie ze swoją narzeczoną. Albo akt urodzenia jest po angielsku, anie w„krzaczkach”. Ipróżno tłumaczyć takiej pani, że jeżeli już robić ztego problem, to akurat dla Pakistanu odpowiedniejsze byłyby „robaczki”,a nie „krzaczki”, bo zChinami wspólną ma granicę, nie alfabet. Pani się zna ijuż! Dlatego ślub cywilny wzięliśmy wDanii. Na wprost nierealnie pięknej isielskiej wyspie Ærø. Tam potrzebują tylko paszportów iwypełnionego formularza, wktórym sami zaświadczamy, że nie posiadamy innych małżonków. Co ciekawe, akt ślubu zDanii można bez problemu przedstawić wUrzędzie Stanu Cywilnego wPolsce iw ciągu jednego dnia otrzymać polski dokument. Kompletny brak konsekwencji, ale przecież nie będę narzekać. Najważniejsze, że się udało.

W naszym wypadku ślub nie oznaczał, że będziemy żyli długo i szczęśliwie, jak w bajkach. Tak naprawdę był to dopiero początek perypetii, które miały nas w konsekwencji zaprowadzić do wymarzonego punktu – wspólnego mieszkania, gdzieś na świecie, prawdopodobnie w Nowym Jorku, gdzie aktualnie mieszkał Książę wraz z rodzicami i siostrami. Zanim to się miało wydarzyć, czekała nas jeszcze batalia o zieloną kartę i moja wielka przeprowadzka. Do tego czasu pozostawały nam wyczekiwane z tęsknotą spotkania, doprawione dodatkowymi atrakcjami, na przykład duńskim ślubem. Odwlekając chwilę rozstania, zgodnie z tradycją udaliśmy się jeszcze w podróż poślubą. Na nasz tydzień miodowy wybraliśmy piękną, wulkaniczną wyspę Lanzarote, gdzie mieliśmy lecieć z Warszawy.

Korzystając z dwudniowego pobytu w stolicy, spotkaliśmy się z moimi przyjaciółmi, odwiedziliśmy ukochaną perfumerię i… wybraliśmy się na wycieczkę do pakistańskiej ambasady.

W pogodny wrześniowy dzień wysiedliśmy na przystanku autobusowym. Udaliśmy się w stronę ambasady, spod której akurat wyjeżdżał oflagowany samochód, jaki można zobaczyć na filmach. Limuzyna stanęła przed główną bramą, tarasując przejście chodnikiem. Wysiadło z niej dwóch panów. Jeden drugiemu zaczął robić zdjęcia na tle eleganckiej bryki. Urocze. Stałam i patrzyłam jak zaczarowana. Ktoś będzie miał nowe profilowe! Może też powinnam?

Pogapiliśmy się chwilę dla uciechy, samochód odjechał, a my weszliśmy do środka. Skierowano nas do poczekalni, gdzie siedziało już dosyć młode małżeństwo z dzieckiem. Maluch był umiarkowanie grzeczny i cichy, para natomiast wyglądała dosyć depresyjnie. Niczym zmęczeni życiem imigranci. W swoich pakistańskich, kolorowych ubraniach – tak różnych od smutnej polskiej odzieży – paradoksalnie wyglądali podwójnie przykro. Nie sprawiali wrażenia biednych ani ciemiężonych. Po prostu widać było, że nie pasują do życia w tym kraju i nigdy się z nim nie pogodzą. Może nawet najsmutniej jest im pod koniec lata, kiedy ma się świadomość, że przez kolejne kilka miesięcy słońce będzie się pokazywało tylko przypadkiem i tylko na chwilę, ludzie na ulicach staną się jeszcze bardziej naburmuszeni, a ich ubrania jeszcze bardziej szarobure i nijakie. Myślę, że w takiej chwili, w ostatnich promieniach letnio-jesiennego słońca, tęsknota za domem może być najbardziej dominująca.

Patrzyłam na nich i na mojego, jakże innego, jak bardzo zeuropeizowanego męża. Zastanawiałam się, jacy będą ludzie w Pakistanie. Bardziej jak on, a może jak oni?

Rozmyślanie przerwało pojawienie się bardzo grzecznego urzędnika. Książę przedstawił mnie jako swoją żonę– nie wiem, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do bycia czyjąś żoną. W tej chwili słowa meri wife hai2 sprawiają, że na moich ustach pojawia się uśmiech. Nie szczęścia. Rozbawienia. To brzmi tak poważnie idorośle. Zaczynają rozmawiać ze sobą wurdu, aja, odziwo, rozumiem większość konwersacji. Może faktycznie jestem geniuszem językowym? Zwygody nie biorę pod uwagę, że dużo padających właśnie słów jest po prostu po angielsku ipewnie resztę rozumiem zkontekstu. Rozumiem i już! Oczywiście skoro jesteśmy po ślubie, nie będzie żadnego problemu. Mam ubiegać się owizę rodzinną, wypełnić formularz, załączyć zdjęcia, fotokopie paszportów własnego i męża, kopię naszego aktu ślubu, uiścić opłatę idostanę wizę. Mogę złożyć podanie pocztą, nie muszę znowu jechać do Warszawy. Proces powinien potrwać dwa tygodnie.

Po powrocie z podróży poślubnej zabrałam się za wypełnianie wniosku wizowego. Kiedy tylko otrzymałam od Poczty Polskiej potwierdzenie dostarczenia dokumentów, zaczęłam obsesyjnie sprawdzać ceny biletów lotniczych, próbując znaleźć w miarę najtańsze, ale optymalne połączenie. WPakistanie musiałam być już dwudziestego szóstego grudnia na ceremonii nikkah. Ale oile do dni świątecznych moja rodzina ma dosyć luźny stosunek, o tyle Wigilia jest dla nas wszystkich świętością– nie było więc opcji, żebym nie spędzała jej znajbliższymi. Wgrę wchodziły trzy warianty: Turkish, które miało najlepsze połączenie, jeśli chodzi o czas, Qatar, który byłby idealny, gdyby nie to, że wylot był dwudziestego piątego grudnia zWarszawy o dziewiątej rano, i Emirates, które wogóle nie wchodziłyby wgrę zuwagi na długi czas przesiadek, ale była szansa, że moja ukochana nauczycielka tańca, która porzuciła mnie iwogóle Polskę, by zostać najpiękniejszą inajseksowniejszą stewardesą, jaką świat widział, będzie mogła załatwić mi tańsze bilety. Przy cenach biletów za minimum cztery tysiące złotych każda zniżka byłaby odczuwalna. Niestety loty były tak obłożone, że nie było już możliwości wykupienia tańszych biletów przez pracowników. Kiedy byłam w zasadzie gotowa zdecydować się na Turkish, przeczytałam, że prawdopodobnie będę mogła mieć tylko dwadzieścia kilogramów bagażu. Tak się po prostu nie da! Facet zbiura rezerwacji biletów pracujący czasami dla mojego Taty zapewniał, że byłoby to dwadzieścia pięć kilogramów, ale to itak nie to samo, co trzydzieści oferowane przez Qatar. Poza tym miałam nadzieję, że na lotnisku w Doha będą perfumy, które wEmiratach kosztują połowę taniej niż wjedynej perfumerii wPolsce, w której są dostępne, apodobają mi się szalenie. Oczywiście Katar to nie Emiraty iniestety nikt oYas Pefumes tam nie słyszał, ale wtedy otym nie wiedziałam. Jedynym problemem pozostawał dojazd do Warszawy wnoc wigilijną. Rodzice jak zwykle przyszli, awręcz przybiegli zpomocą, zapewniając, że odwiozą mnie samochodem izjemy śniadanie świąteczne na lotnisku. Po jakimś czasie, zmotywowana pięciokilogramowym nożem na gardle, pokonałam opory moralne, zdziką wdzięcznością przyjęłam propozycję ize zgrozą obserwowałam rosnące ceny biletów.

Wkońcu nie wytrzymałam izadzwoniłam do ambasady. Dzwoniłam tam kilkukrotnie, bo zwykle osoba, która się moim wnioskiem zajmowała, jadła lunch (nawet kiedy dzwoniłam tego samego dnia oróżnych godzinach– to taka podpowiedź, gdyby ktoś szukał pracy marzeń zniekończącą się przerwą obiadową), ale wreszcie się udało. Dowiedziałam się, że następnego dnia odeślą mi paszport przez kuriera. Natychmiast kupiłam bilet, po czym zaczęłam się stresować, czy ten paszport odeślą zwizą czy bez niej, bo jak ostatnia idiotka oto nie zapytałam. Czy wiedzą, na jaki adres, bo niby jest adres na wniosku, ale na tym samym wniosku jest też nowojorski adres mojego męża ipakistański adres jego rodziny. Czy będą na tyle inteligentni, żeby odesłać dokumenty do mnie?

Bycie neurotyczką, jakkolwiek może być przy odrobinie dobrych chęci uznawane za czarujące, zdecydowanie wtakich sytuacjach nie pomaga. Na szczęście pracownicy konsularni byli rozgarnięci wstopniu wystarczającym do poprawnej identyfikacji adresu ipo dwóch dniach kompletnej nerwicy dostałam paszport zupragnioną wizą.

Przekalibrowałam zatem swoje neurotyczne zapędy iskupiłam się na takich drobiazgach, jak: czemu na bilecie moje imię i nazwisko są zapisane bez spacji i czy to możliwe, że to ja źle napisałam, a jeśli tak, to co teraz?! W Internecie wyczytałam, że to żaden problem inie mój błąd. Te linie lotnicze tak mają.

Wreszcie wszystko było załatwione i mogłam zacząć przygotowywać się psychicznie do wyjazdu. Mamusia wzięła się za kupowanie tony prezentów, ja dla odmiany stresowałam się pakowaniem (do przewiezienia miałam, oprócz swojej garderoby imiliarda prezentów, garnitur ślubny lubego ijego buty zniemoralnie ciężkimi drewnianymi prawidłami), a Książę zaczął się ze mną kłócić. Innymi słowy – wyjazd zbliżał się wielkimi krokami. I nagle, tak po prostu, rankiem dwudziestego piątego grudnia, kiedy większość odsypiała Wigilię, stałam na Okęciu wkrótkiej kolejce do odprawy.

Nie wiem, czego się spodziewałam. Bo tak naprawdę, jeśli chodzi oPakistan, to nie miałam chyba żadnych oczekiwań. Chciałam, żeby moje kreacje weselne, których przygotowaniem zajmowała się Teściowa, były ładne. To akurat nie wyszło. Ale o tym później.

Teraz należałoby może jeszcze wspomnieć, że temat ubrań na wyjazd budził dość intensywne emocje, żeby nie rzec, iż był zgoła dramatyczny. Mówiąc wprost: prawie się przez niego rozwiodłam. W moim odczuciu wystarczyłoby zasłonić się odpowiednio, założyć długą spódnicę, zabudowaną, nieobcisłą bluzkę, spodnie znormalną, zachodnią tuniką… Po prostu nosić się zachodnio, tylko zachowawczo. Na wesele przecież mogłabym założyć suknię z naszego nowojorskiego ślubu wmeczecie, innego dnia piękną, szmaragdowozieloną (mój mąż jest jednym znielicznych mężczyzn potrafiących prawidłowo taki kolor zidentyfikować) lehengę, którą kiedyś przywiózł mi wcharakterze pamiątki zPakistanu, względnie jedno zwielusari, wktórych się swojego czasu zakochałam. Otóż nie, nie wystarczyłoby inie mogłabym.

Dowiedziałam się, że należy nabyć drogą kupna dzikie ilości nowych ubrań, nie tylko wyjściowo-wieczorowych, ale też codziennych. Pakistan to nie Indie. WPakistanie zwykła, taka właśnie codzienna tunika może kosztować sto dolarów. Ija mam się ztym pogodzić. Żaden zmoich argumentów nie trafiał. Na własne życzenie byłam ubezwłasnowolniana. I choć doskonale sobie zdawałam sprawę, że jest to walka przegrana, stwierdziłam, tak po babsku, że tanio swojej wolności nie sprzedam izanim pozwolę się zamienić wuległą wschodnią małżonkę, pokażę memu szczęściu, jak wygląda prawdziwe piekło na ziemi. Aco?! To, że się ze mną nie rozwiódł, anawet nie storpedował całego pomysłu z wyjazdem, należy mu wpisać do księgi plusów wieczystych.

Wspomnę jeszcze tylko, że w ramach przygotowań do wyjazdu – oprócz niszczenia zdrowia psychicznego mojej drugiej połowy – w prawie nieistniejącym czasie wolnym czytałam książkę napisaną przez Polkę mieszkającą w Karachi. Ciekawostki tam wyczytane konfrontowałam z lubym, zwykle straszliwie go tym denerwując (kto wie, czy nie bardziej niż wyskokami na tle ubioru). Książę radził wyrzucić książkę, twierdząc, że to stek bzdur.

Przykładowe perełki to powszechny brak papieru toaletowego w Pakistanie („za kogo ty nas masz, za dzikusów?”), brak sztućców („wszyscy jedzą sztućcami!”) i nienoszenie bielizny („CO?!”). Przeczytawszy to ostatnie, miałam radosną wizję, jak to będę na weselach sprawdzać, czy faktycznie…

Tłumaczyłam też ukochanemu, że przecież muszę wiedzieć takie rzeczy, żeby nie wyszło, iż nie szanuję ich tradycji, kiedy wszyscy zjawią się bez bielizny, a ja w bieliźnie (albo, co gorsza, na odwrót – oni w bieliźnie, a ja bez…). Zamiast zachwycać się moim poczuciem humoru, Książę reagował iście wybuchowo. Widać wizja zachodniej żony szalejącej na forum rodzinnym była dla niego bardziej stresująca niż rozweselająca. Dziwne.

W każdym razie rozwieść się nie rozwiodłam. Mąż w sprawie mojego przyjazdu zdania nie zmienił, nie spóźniłam się na żaden samolot iw końcu około pierwszej wnocy dwudziestego szóstego grudnia wylądowałam na lotnisku Allamy Iqbala w Lahaurze. Wygramoliłam się zsamolotu wstanie średnim, potoczyłam zmasą ludzką na zewnątrz, anastępnie udałam do toalety. Strasznego miejsca w dziwny sposób oblepionego kurzem wokolicach sufitu, awokolicach podłogi… No właśnie. WJaponii miałam już styczność ztoaletami wschodnimi (nowoczesna wersja wychodków wiejskich, czytaj: dziura w podłodze wyłożona porcelanką i mająca funkcję spłukiwania), ale niekoniecznie miałam ochotę przypominać sobie tamte doświadczenia po kilkunastu godzinach podróży, gdy stawy kolanowe jakby się zastały. Jeszcze bym wylądowała polsko-latynoskim („polsko” z pochodzenia, „latynosko” z wyglądu) tyłkiem wpakistańskim wychodku. Wizja niekoniecznie pociągająca. Otworzyłam kolejne drzwi i zobaczyłam toaletę – prawie zachodnią. Prawie, co znaczy, że oczywiście papieru nie było. Problemu też nie było, bywałam wszak w świecie i wiedziałam, że ten wąż niby prysznicowy (bidetką w Polsce zwany) obok toalety służy do obmycia się, zamiast niehigienicznego podcierania. Bardzo fajna inicjatywa, podoba mi się. Niemniej uważam, że papier powinien być, bo przecież mokre trzeba jakoś osuszyć. Ach te różnice kulturowe. Wkroczyłam do toalety zdeterminowana, by brać byki iwęże za rogi, i… prawie wylądowałam łbem wtoalecie. Warto pamiętać: mokro, czyli też ślisko. Cała podłoga praktycznie pływała. Argh. Odzyskałam równowagę (przynajmniej fizyczną, z psychiczną było gorzej), zrobiłam siusiu, co w mojej głowie urosło do rangi dotarcia na szczyt K2, umyłam ręce iwypełzłam z grymasem twarzy stanowiącym mieszaninę wrogości iobrzydzenia. Nie wiem, czy to ten wyraz twarzy mnie wydał, czy po prostu emanowałam obcością3, ale natychmiast podszedł do mnie pan-w-mundurze zkarteczką znapisem „Maja”, pytając się, czy to na mnie czeka. Przez chwilę miałam ochotę zaprzeczyć iuciec, ale tylko niechętnie pokiwałam głową na potwierdzenie, a on w odpowiedzi, bez zbędnych wyjaśnień, zażądał mojego paszportu. („Zaczyna się. Chcą mi zabrać paszport”).

Nie będę szczegółowo opisywać burzy analitycznej, która rozpętała się wmoim mózgu wykończonym podróżą, Wigilią iwogóle wszystkim. Ostatecznie skonkludowałam, że skoro ma moje imię napisane przez „J”, anie „Y”, to na pewno wszystko jest wporządku. Nie wiem, nie komentuję, głęboko wierzę, że najwybitniejszym umysłom zdarzają się zaćmienia. Wręczyłam, oczywiście robiąc przy tym groźny grymas, mój paszport panu-w-mundurze ipodążyłam pokornie do kontroli paszportowej. Próbowałam się kłócić, że stanął z moimi dokumentami, gdzie jest napisane, iż tylko pakistańskie paszporty, ale machnął na mnie ręką iwbił się bez kolejki. Ja za nim.

Później były jeszcze różne etapy, różne karteczki, pan-w-mundurze bez kolejki i ja niezmiennie za nim. Wreszcie zażądał kwitka bagażowego. Zrezygnowana wręczyłam i kwitek. W końcu razem zawiśliśmy nad taśmą bagażową tak zwaną metodą na sępa. (Ludzie przy taśmach bagażowych zawsze mi przypominają sępy. I zawsze, ale to zawsze oblepiają tę taśmę, mimo że ich bagażu na niej nie ma, zasłaniają widok iblokują przejście. Zwykle olewam ich ikrążę w odległości. Czasem, tak dla jaj, powiszę sobie znimi. Warto wtedy mieć szeroko rozstawione łokcie ibardzo nieżyczliwy wyraz twarzy. Świadczy to odoświadczeniu iprofesjonalizmie. Budzi respekt). Bagaż długo nie przyjeżdżał, pan-w-mundurze wymienił się zdrugim panem-w-mundurze, każąc mi stay here. Ten drugi-pan-w-mundurze próbował coś do mnie mówić wurdu, ale mój mózg odmówił współpracy. Później znowu się wymienili. Panowie, nie pan zmózgiem. Wkońcu bagaż przyjechał, wrzasnęłam, że to ten, a pan-w-mundurze stargał go ztaśmy (wtym momencie go doceniłam iuwierzyłam, że chce mojego dobra – wkońcu było to trzydzieści jeden kilo) iudaliśmy się do wyjścia. Pan-w-mundurze poprowadził mnie prosto do Księcia (uprzedzona nie rzuciłam się na niego z dziką namiętnością, tylko wdzięcznie izgodnością skinęłam mu głową) ipełniącego tej nocy rolę naszego kierowcy Zakiego. Mąż natomiast przywitał mnie pytaniem zwalającym z nóg:

– Jak Ci się podobał protokół VIP?

Że co?To zabieranie mi dokumentów i traktowanie mnie jak niepełnosprawnej umysłowo miało coś wspólnego zbyciem VIP? No dobrze, Książę wygląda na zadowolonego zsiebie, nie zrujnuję tego do końca, ale mógł mnie przecież uprzedzić. A nie, ot tak, z zaskoczenia obce ludzie do mnie podchodzą ipaszport zabierają. WPakistanie.

Lahaur, stolica pakistańskiego Pendżabu i drugie największe miasto w Pakistanie, powitało mnie umiarkowanymi temperaturami wokolicach dziesięciu stopni– wporównaniu zpolską zimą, można więc było powiedzieć, że wyjechałam do ciepłych krajów. Książę opowiadał mi kiedyś, że choć zimy, nawet na północy kraju, gdzie leży Lahaur, są wmiarę łagodne, bez śniegu, paradoksalnie jest tam zimniej niż w Europie. Dopiero po jakimś czasie miałam się dowiedzieć, co dokładnie miał na myśli. Podobnie jak wwielu krajach azjatyckich, wPakistanie nie ma raczej ogrzewania centralnego. Nie ma mrozów, ale temperatura wewnątrz budynków nie różni się specjalnie od tej na zewnątrz – przynajmniej zimą. Po paru dniach przebywania wkilkunastu stopniach (bliżej dziesięciu), przenikliwy chłód zdaje się przylepiać do skóry, nie dopuszczając nawet odrobiny ciepła. Ale otym miałam się przekonać dopiero za jakiś czas. Póki co było mi całkiem przyjemnie. Ruszyliśmy do samochodu, a pan-w-mundurze karnie ciągnął moją malusią walizeczkę (kiedy kupowaliśmy ją z Rodzicami wChile, śmiali się, że to nie walizka tylko ogromny kufer posażny, ale przydaje się na loty zwiększym limitem bagażu, na przykład WizzAirem na zakupy do Hiszpanii – dużo par butów w niej się mieści). Wokół unosiła się gęsta mgła. Wsiedliśmy do samochodu, ruszyliśmy, a wokół wciąż mgła. Ikiedy tak jechaliśmy przez puste, pogrążone wupiornej mgle ulice, Książę spytał opierwsze wrażenia. Jedyne, co byłam w stanie powiedzieć, to:

– What’s with the fog?!4

Z widmowych oparów wyłonił się na drodze posterunek izostaliśmy zatrzymani przez pana-w-poważniej-wygladającym-mundurze-uzupełnionym-większą-bronią-palną. Pan dopytał, kim jesteśmy, skąd jesteśmy idokąd zmierzamy, następnie… życzył sobie zobaczyć mój paszport. ZNOWU! Okazało się, że ja wogóle nie miałam prawa na tej drodze przebywać, wmoim paszporcie jest coś oterytorium wojskowym, że mi tam nie wolno wjeżdżać, amy akurat wybraliśmy drogę wojskową iten, no… Puścił nas wolno, aja dalej radośnie, półświadomie łamałam prawo swą obecnością. Zaki wydawał się nią (tą obecnością) zkolei lekko przytłoczony (poza tym nie znał za dobrze angielskiego), ale wyglądał na miłego.

W końcu dojechaliśmy do celu podróży. Przed nami wyrósł dosyć wysoki mur, za którym krył się duży dom. Książę obiecał, że o tej porze wszyscy będą spali irodzinkę zobaczę dopiero rano. Widać plan się zmienił. Wmyślach błogosławiłam decyzję ozainstalowaniu sztucznych rzęs przed wyjazdem. Błogosławiłam ją jeszcze intensywniej, kiedy auto stanęło pod samymi drzwiami, w których czekała Teściowa i moja najstarsza szwagierka Kiran.(Byliśmy pierwsi. Jutro miały przylecieć moje pozostałe dwie szwagierki). Pozostałe dwie miały przylecieć dopiero następnego dnia.

Tutaj znowu krótka dygresja, na pewno nie ostatnia: moje pierwsze spotkanie z Kiran, dwa dni przed moim ślubem, zaowocowało bardzo ognistą dyskusją na temat włosów. Szczerze mówiąc, moje są średnie, na pewno nieporównywalne z pakistańskimi – tu większość kobiet, choć ponoć nie wszystkie, może pochwalić się grzywą tarpana. Kiran na pewno mogła.

Tamtego dnia spojrzała na moje lekkie piórka zdecydowanie krytycznie, westchnęła głęboko i stwierdziła, że mamy jeszcze trochę czasu, zrobimy mi doczepki. Zaprotestowałam bardzo energicznie, dyskusja trwała i trwała, w końcu stwierdziłam, że po japońskich horrorach mam uraz i straszliwie się boję włosów, do swoich własnych przywykłam, ale i to z trudnością. Wtedy (jeszcze przyszła) szwagierka z widocznym żalem porzuciła wizję doczepek i skupiła się na podkreśleniu tego, że i tak potrzebuję objętości na czubku głowy, bo z dupattą (dużą chustą pełniącą funkcję welonu), a bez objętości będę wyglądać fatalnie.

Oczywiście miałam wiele opcji. Niektóre dziewczyny na przykład wypychają włosy watą. Ironicznie zapytałam, czy mogę do tego użyć skarpety. Ironia została zignorowana, a pomysł ze skarpetą potraktowany jako chęć współpracy. Na tym temat zakończyłyśmy, a ja na ślubie wystąpiłam bez objętości. I chyba aż tak fatalnie nie wyglądałam.

Przywitałam się serdecznie, trzepocząc rzęsami, w przelocie obejrzałam dom (jakie ładne meble!) i udałam się z mężem do przydzielonej nam sypialni. Tu nastąpiły sceny powitalne – akcentem humorystycznym jest to, że pewne czynności związane z życiem małżeńskim należy uskuteczniać na przykład przy włączonej telewizji, koniecznie z dźwiękiem. Jak to Książę tłumaczy: kiedy małżeństwu rodzi się dziecię, wszyscy są zaskoczeni („jak to, skąd toto się wzięło?”). Witaliśmy się zatem przy dźwiękach CNN.

Swoją drogą bycie małżeństwem w Pakistanie jest dość specyficzne. Jak pisała Polka mieszkająca w Karachi, wprzestrzeni publicznej najlepiej udawać, że się nie znamy. Wpewnym momencie naszą ulubioną rozrywką stało się szybkie cmokanie wusta wsamochodzie na ciemnej, koniecznie pustej ulicy, lub w pokoju przy otwartych drzwiach, pod warunkiem, że wszyscy inni byli na dole. Niby nic, ale poziom adrenaliny wzrastał. Życie na krawędzi po prostu. Zupełnie szczerze– żyjąc tak na co dzień, zwariowałabym kompletnie. Przez dwa tygodnie mojego pobytu bawiło mnie to straszliwie. Którejś nocy Książę obudził się nagle ipowiedział:

– Tak się cieszę, że nie zrobiliśmy tego jak we śnie.

– Cooo? O co chodzi? Powiedz!

Niestety Książę nie wiedział, oco chodzi i wrócił spać. Rano powiedział, że śniło mu się, jak się całujemy przy otwartych drzwiach iTeściowa ze wstrętem stwierdziła, że moglibyśmy chociaż je zamykać. No moglibyśmy, oczywiście. Wkażdym razie zaczynam rozumieć, czemu Książę mimo tylu lat spędzonych poza krajem nadal czasami czuje się niezręcznie, okazując czułość w miejscach publicznych. Nie zrozum mnie źle, jestem zdecydowaną przeciwniczką PDA5: widok par obściskujących się namiętnie wmiejscach publicznych zwykle budzi we mnie lekki niesmak. (Szczególnie jeśli para wydaje się być wto okazywanie uczuć nadmiernie zaangażowana). Ale czasami po prostu chce się do człowieka przytulić, nawet jeśli się jest lekko socjopatyczną mną.

Po powitaniu nastąpiła moja konfrontacja z łazienką. Izgadnij... Nie ma papieru toaletowego. Polka zKarachi pisała prawdę! Triumfuję, aKsiążę proponuje chusteczki imówi:

– We will get you some toilet paper.

Super. Oczywiście do końca pobytu papieru nie dostałam, ale myślę, że wpłynęło to dodatnio na moje doświadczanie nowej kultury. WIndiach podobno są wychodki na zewnątrz itrzeba uważać, bo często czają się wnich kobry chcące korzystającego delikwenta ugryźć wtyłek. Ostatecznie, w porównaniu z kobrą, wąż zwodą (ibez krwiożerczych intencji!) zamiast papieru nie jest taki zły. Aha. Nie mają też kabiny prysznicowej, tylko prysznic, którym się leje po wsiech. Nadmiar wody z podłogi zgarniania się do dziury odpływowej czymś podobnym do mycia szyb w samochodzie. Po moim pierwszym pakistańskim prysznicu poszliśmy spać, anastępnego dnia miała się na dobre rozpocząć wielka pakistańska przygoda.

1One does… – Nie można po prostu wejść do Mordoru. I nie można po prostu polecieć do Pakistanu.

2Meri… – To moja żona.

3 Dla zainteresowanych: w Japonii obcy to gaijin, w urdu odpowiednikiem jest gori, nie jest to jednak często stosowane.

4What… – O co chodzi z tą mgłą? Już po powrocie do Polski doczytałam, że mgła ma też wiele wspólnego ze smogiem, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest tam smog i że aż taki.

5Public display of affection – publiczne okazywanie czułości.

Rozdział 2

Nikkah

26 XII

Wstajemy – wcale nie tak rano – budzeni wielokrotnym pukaniem do drzwi. Ci ludzie w ogóle są dziwni. Z moich późniejszych już obserwacji wynika, że do późna bradziażą6, przynajmniej do trzeciej wnocy drą się, śmieją, kaszlą, płaczą, tańczą, śpiewają – ogólnie utrudniają mi spanie – a następnie wstają świtem bladym i robią dokładnie to samo. Plus dobijają się do drzwi. W ciągu dnia, gdy ja dzielnie walczę ze zmęczeniem po nieprzespanej nocy, cała rodzinka zwija się pod kocyczki iodsypia nocne szaleństwa. Zołzowate to takie. Ale wracając do opowieści: w końcu nas dobudzono. Tego dnia miało nie być żadnych imprez, bowiem zaplanowano w meczecie ceremonię nikkah– podpisanie kontraktu małżeńskiego. Na nikkah w najbliższej rodzinie panny młodej obowiązywał następujący dress code: panie na biało, panowie w białych spodniach i zielonych tunikach, przy czym odcienie zieleni dowolne. Książę wybrał ten mniej ciekawy, lekko wpadający wkhaki. Shams iZaki z kolei wystąpili w koszulach wkolorze przypominającym turkus. Natomiast kobiety w„naszej rodzinie”, niby ograniczone kolorystycznie, poszalały jak zwykle.

No to teraz o sukienkach. Po otwarciu szafy znalazłam trzy uszyte dla mnie stroje. Strój na nikkah to był klasyczny shalwar kameez (tunika i bardzo szerokie szarawary) w kolorze lekko złamanej kremem bieli, z wyszytym delikatnym złotym wzorem z cekinów, ozdobiona złotymi guzkami iprzełamana łososiowymi akcentami. Dupatta również była łososiowa ipołyskiwała złociście.

Dupatta to wielki, dwumetrowy szal, który jest obowiązkowym dodatkiem do każdego stroju. Mówiąc „obowiązkowy”, nie mam na myśli mody.

Jeśli wychodzę z pokoju, pokazuję się jakimkolwiek ludziom poza małżonkiem, dupatta musi być. I nieważne, co z nią zrobię. Mogę ją przerzucić niedbale przez jedno ramię, przez przedramiona niczym amerykańska nastolatka na szkolnym balu, przez szyję do tyłu (byle nie do przodu, tak noszą szale mężczyźni), przewiązać ją na skos tułowia, przez łeb niczym welon, mogę się nią owijać jak kocem – cokolwiek. Ale muszę ją mieć.

Czemu? Bo tak. Późniejsze, cierpliwe drążenie tematu pozwoliło mi tę kwestię wyjaśnić. Otóż dupatta jest w pewnym sensie symbolem skromności. Świadczy o gotowości kobiety do zakrycia włosów w godzinie modlitwy czy w innej sytuacji, która mogłaby tego wymagać.

Mam więc lekko kremowy strój i łososiowądupattę. Ładnie. Ipasuje do nowej szminki Maca, którą sprawiłam sobie przed wyjazdem– Red Full Stop. Strój Kiran uszyto ztego samego materiału, ale ona połączyła go ze szmaragdową zielenią. Trochę jej zazdroszczę, bo wyszło ładniej niż u mnie, ale zawsze mogło być gorzej. Kolejny strój wiszący wszafie to sharara (bardzo szerokie spodnie, gdzie jedna nogawka mogłaby spokojnie być spódnicą) ibluzka na mehendi, czyli pierwszy dzień właściwego wesela. Wymarzyłam sobie połączenie jasnego turkusu zkobaltem. I wogóle myślałam, że te spodnie będą lejące się, szyfonowe, czy coś. Dostałam jakiś okrutnie gruby, sztywny materiał. Dół kobaltowy wzłote pionowe paski, agóra zielonkawa wzłote grochy: strój pakistańskiego klauna gotowy do użytku. Do tego turkusowa dupatta w złote paski. Koszmar. A miałam być księżniczką... Trzeci strój to wymarzona, wyśniona niebieska sukienka, którą wyszukałam sobie w Internecie. Mieli uszyć równie cudowną na jej wzór. Niestety to, co zobaczyłam, złamało mi serce, więc nie zamierzam się nad nią rozpisywać. Było źle.

Kontynuując wątek garderobiany. Moja sukienka ze ślubu w Nowym Jorku też mi się nie podobała. Powiedziałam kiedyś, przyciśnięta przez Księcia do muru, że kolory owszem (aczkolwiek rozwodniony groszek to nie to samo co mięta!), zdobienia owszem, ale to wszystko wyglądało, jakby krawiec minął się z powołaniem, bo miał zostać na przykład rzeźnikiem. Skrojone i wykończone to wszystko było, za przeproszeniem, do dupy. Książę stwierdził wtedy, że przede wszystkim źle zdjęłam miarę i podałam za duże obwody. No dobrze, tym razem akcja „wymiary” ciągnęła się przez kilka dni, żeby było idealnie. Teściowa przeznaczyła dla mnie stronę w swoim czarodziejskim notesiku z wymiarami kobiet z rodziny i chyba nam się udało. Poza tym Książę z Teściową podjęli decyzję, że moje kreacje zostaną powierzone najlepszemu, a co za tym idzie, również najdroższemu z krawców w Lahaurze, żebym się nie miała czego czepiać. Rezultat? Jak już wspomniałam, czekały na mnie trzy kreacje: w jednej topiłam się bardzo, druga była po prostu luźna, a w stroju klauna nie dopięłam się w biuście. Nawet nie byłam blisko. A wykończone było znowuż do dupy. Chociaż nie. Spodnie na tyłku też źle leżały, więc nawet gorzej niż do dupy. Tak czy siak – konieczna była wizyta u krawca przed mehendi, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Nadszedł czas poznania pozostałych domowników izjedzenia śniadania. Jako że jest to mój pierwszy dzień, przed wyjściem z pokoju nałożyłam kamuflaż obronny (potocznie zwany makijażem), założyłam shalwar kameez, który dostałam wNowym Jorku od Kiran, dopasowałam do niego jedną ztrzech dupatt, które ze sobą zabrałam, iwypełzłam. Nad ranem Turkish Airlines przyleciały dwie najmłodsze siostry Księcia– Maria iFahra. Też mogłam lecieć Turkish, nawet tym samym lotem ze Stambułu. (Ostatecznie Turkish Airlines olałam – czego w sumie trochę żałowałam – ze względu na niższy limit bagażowy. Jeśli ktoś wam kiedyś powie, że Qatar jest na mniej więcej tym samym poziomie, co Emirates, proponuję wto nie wierzyć. Nie jest. Ale trzydzieści kilogramów limitu jest). W każdym razie Książę był zachwycony perspektywą spotkania z siostrami.

I tu kolejna dygresja. Kiedy Książę opisuje swoje siostry (siedemnastoletnią Fahrę, dwudziestotrzyletnią Marię i rok od niej starszą Kiran), zwykle używa poniższego przykładu.

Załóżmy, że jestem głodny i chcę coś do jedzenia. Poproszę Fahrę. Nagle wszystko ją boli: plecy, głowa, noga, ręka – wogóle jest umierająca inie może się ruszyć. Poproszę Marię. Ta spojrzy na mnie jak na idiotę ipowie: „lodówka jest tam”. Jeśli ośmielę się dyskutować, Maria spokojnie, acz stanowczo wytłumaczy, że ona ma własne sprawy ichyba jestem na tyle rozgarnięty, żeby zrozumieć, że są dla niej ważniejsze od mojego jedzenia. Dlatego zaproponuje mi, żebym skupił się na realizowaniu swoich potrzeb we własnym zakresie. Kiran natomiast będzie bardzo długo narzekała, że jestem niesamodzielny, wszyscy ją wykorzystują inikt jej nie docenia. Na co mogę jej spokojnie odpowiedzieć, by nie marudziła, nie traciła czasu i może jednak zabrała się już za szykowanie posiłku. Zrobi to. Przyniesie mi pełny talerz, oczekując wdzięczności ikomplementów.

Wiem. Może zastanawiasz się, czy mój mąż jest potworem. Żeby zrozumieć, że nie jest, trzeba poznać Kiran, która kocha czuć się niezbędna, uwielbia być przepracowana inade wszystko pławi się wopowiadaniu otym, jak to świat przestałby bez niej istnieć. Sama organizuje absolutnie wszystkie eventy wrodzinie. Gdyby nie ona, zpewnością by się nie odbyły, nikt by sobie bez niej nie poradził i (o matko!) jakaż ona jest tym wszystkim zmęczona. Ale – nawet jeśli początki naszej znajomości były średnie, bo nie lubię, kiedy już na wstępie ktoś mi mówi, że MUSZĘ (na przykład mieć doczepki do włosów) – po bliższym poznaniu Kiran stwierdziłam, że jest ona dobrym człowiekiem. Nie chce źle. Ona po prostu wierzy, że panna młoda wdoczepkach wygląda lepiej.

Maria z kolei jest jej całkowitym przeciwieństwem. Wyznaje zasadę „żyj i pozwól żyć innym”. Sama prawie nigdy nie narzuca swojego zdania inie wtrąca się wsprawy innych. W zamian oczekuje tego samego, jest uparta iasertywna. Zdrugiej jednak strony jest trochę nieżyciowa. Studiuje informatykę ijak większość przedstawicieli tego gatunku jest trochę oderwana od prozy życia. Zdarza jej się na przykład zabłądzić, podróżując metrem i chociaż jest już praktycznie dorosła, będzie szukała pomocy umamusi.

Fahra wydaje się owiele bardziej rozgarnięta wkwestiach praktycznych, co nie zmienia faktu, że wwieku siedemnastu lat wciąż jest odbierana ze szkoły przez różnych członków rodziny. Poza Marią oczywiście. Najlepiej wtej roli spełnia się moja Teściowa. Mąż za to okrutnie wykorzystuje takie sytuacje, przynosząc malutkiej siostrzyczce tyle wstydu, ile tylko zdoła. Zwykle zaczyna od głośnego okrzyku wstylu pakistańskich cioć: „Fahra, jani! (Fahra, kochanie!) Tęskniliśmy straszliwie, martwiliśmy się, chodź już do naaas!”. Skutkuje to jej natychmiastową ewakuacją zkręgu znajomych, zktórymi niestety akurat wtejże chwili się żegnała. Fahra wsiada karnie do samochodu i udaje się na krawędzie nastoletniej depresji. Szczerze? Nie wiem, czemu go jeszcze nie zabiła we śnie.

Czasami Fahrę odbiera jej najstarsza siostra, Kiran. Fahra nienawidzi jej zcałego nastoletniego serca. Uważa, że jej najstarsza, ekstrawertyczna siostra przynosi straszliwy wstyd i stanowi ujmę na jej wizerunku. Dlatego też Kiran musi postępować według bardzo szczegółowych instrukcji. Ma pojawić się niczym upiorny stalker po drugiej stronie ulicy (najlepiej wcieniu drzew) i nawiązać zFahrą kontakt wzrokowy. Nawiązanie kontaktu wzrokowego będzie oznaczało, że Fahra jest świadoma jej obecności iwkrótce będzie gotowa. Kiran ma czekać aż Fahra ruszy i odliczyć pięć kroków, a następnie ruszyć również, ale koniecznie pozostając po drugiej stronie ulicy iw żaden sposób nie sygnalizując, że się znają. Co ciekawsze, Kiran się na to godzi. Bo tak naprawdę Fahry nie da się nie lubić. Pomimo swoich nastoletnich dziwactw i nieśmiałego buntu typowego dla jej wieku jest niesłychanie urocza ibardzo kochająca. Nic dziwnego, że samotna podróż Marii i Fahry na inny kontynent budziła w rodzinie pewne obawy.

Wracając do tematu lotu. Moje szwagierki na szczęście okazały się na tyle ogarnięte, że do Lahauru dotarły bez mojej asysty w Stambule iczekały na mnie niemalże pod drzwiami naszej małżeńskiej sypialni. Podobnie robią rano moje koty– słyszą, że moje zombiaste „ja” zaczyna się ruszać, więc usadzają się przed drzwiami, coby dopilnować, że wpierwszej kolejności pójdę do łazienki inałożę jaśnie państwu do misek. Nie jest to jednak opowiadanie okotach, tylko oPakistanie. W Pakistanie pod drzwiami czekały szwagierki. Zostałam wyściskana, zapewniona o ich radości z mojej obecności, anastępnie poprowadzona do panny młodej. Panna młoda odziana była wturkusową lehengę (spódnicę) ibluzkę. Na głowie miała coś, co się chyba nazywa saharą (chodzi mi o biżuterię nałożoną na bok głowy). Bardzo ładne wkażdym razie to było iwogóle wyglądała jak śliczna, orientalna, porcelanowa laleczka. Sehr nie jest klasyczną pięknością, ale ma niesamowicie przyjemną twarz, jak najbardziej orientalne rysy, jasne oczy, niewiarygodnie jasną cerę i ciemne, ale nie czarne włosy. Spodobała mi się od razu, a potem okazało się jeszcze, że ma mózg. Książę stwierdził, że wsumie zkobiet wjego rodzinie Sehr jest najbardziej do mnie podobna charakterem, więc pewnie dlatego zapałałam do niej taką sympatią. Następnie zostałam zaprowadzona przed oblicze starszyzny, czyli Dziadka Księcia. Dziadek jest absolutnie zachwycający, wygląda jak krasnal, nawet czapeczkę cały czas nosi. Zostałam pogłaskana po głowie (znowuż interpretuję to sobie jako gest błogosławieństwa) iposzłam poznać ciocię Rubinę. Ciocia Rubina na początku wydawała mi się średnio rozgarnięta, ale to dlatego, że była chora. Im mniej była chora, tym stawała się fajniejsza. Wreszcie mogłam udać się na śniadanie, które już ponoć było wprzygotowaniu, co nie do końca okazało się jednak prawdą.

W domu, w którym się zatrzymaliśmy, mieszka ciocia Rubina, Dziadek, trójka dzieci cioci Rubiny (oczywiście po ślubie Sehr będzie ich już tylko dwójka), kierowca ikucharz. Codziennie dochodzi też kilka masi (pań sprzątających) iNazia – dziewczyna, którą kierowca przywozi specjalnie, by wyprasowała ubrania. Nazia jest córką starej masi, która przez lata pracowała dla cioci Rubiny. Teraz już nie pracuje, ale zuwagi na zbliżający się ślub pojawia się wdomu ijest traktowana jak członek rodziny, co mnie bardzo cieszy, bo ztego, co wiem, masi wPakistanie traktuje się różnie (jak chyba na całym świecie). Masi seniorka na mój widok wyciąga do mnie ręce ipodobnież jak Dziadek smyra po głowie, błogosławiąc lub po prostu badając strukturę zachodniej czaszki. Jest to bardzo miłe. Ale miałam pisać ofunkcjonowaniu ze służbą. Jest dziwnie i każdego dnia podobnie, trochę jak w hotelu. Po opuszczeniu pokoju trzeba trochę poprzebywać na zewnątrz, żeby room service miał szansę uprzątnąć wszystko. Zjednej strony jest to wygodne– Książę szaleje, wracając do starych nawyków, rzuca brudne ubrania, gdzie popadnie (przecież itak masi je zgarnie, wypierze, Nazia wyprasuje i czyste ubrania znowu magicznie pojawią się we właściwym pokoju). Z drugiej – irytujące. Po pierwsze nie znoszę tego stanu porozrzucania (uważam też, że wyrabia to wmoim mężu bardzo naganne nawyki). Po drugie nie lubię, kiedy ktoś rusza moje rzeczy i przestawia je winne miejsce.