Otello - William Shakespeare - ebook
Opis

Otello to tragedia Williama Shakespeare’a napisana prawdopodobnie ok. 1602-1604 r. Tytułowym bohaterem sztuki jest Maur, który żeni się z córką weneckiego senatora, Desdemoną. Choć żona pozostaje mu wierna, Otello, za sprawą intryg, zaczyna podejrzewać ją o cudzołóstwo i daje się ogarnąć obsesyjnej zazdrości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 125

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

ISBN: 978-83-65922-33-5
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

Doża weneckiBrabancjo – senatorDwóch innych senatorówLodowiko – krewny BrabancjaGracjano – brat BrabancjaOtello – wódz, MurzynKasjo – jego namiestnikJago – jego chorążyRodrygo – młody WenecjaninMontano – zarządca CypruSłużący OtellaHeroldDesdemona – córka BrabancjaEmilia – żona JagonaBianka – metresa Kasja

Oficerowie, panowie, gońcy, muzykanci, majtkowie, słudzy i inne osoby.

Rzecz się odbywa w pierwszym akcie w Wenecji; przez resztę dramatu na Cyprze.

Akt I

Scena 1

Wenecja. Ulica, przy której położony jest dom Brabancja.

Wchodzą Rodrygo i Jago.

RODRYGONie mów mi tego, Jagonie, nie mogęSłuchać tej mowy. Tyż to, coś mą kiesąTak rozporządzał, jakby była twoja,Śmiesz mi powiadać, żeś tego był świadom?JAGODo licha! słuchajże lepiej, co mówię;Jeżeli mi się o tym kiedy śniło,To mną pogardzaj.RODRYGOCzyżeś mi nie mówił,Że go nie cierpisz?JAGOBrzydź się mną, jeżelimNie mówił prawdy. Trzech magnatów naszychForytowało mię na namiestnikaI osobiście czapkowało przed nim,Aby mi dał ten stopień; jakem żołnierz.Stopień ten słusznie mi się przynależał:Znam moją wartość; a on, zatopionyW swym widzimisię i w swej dumie, zbył ichNapuszonymi frazesami, srodzeNastrzępionymi w wojenne termina:„Wierzcie mi — prawił moim protektorom —Żem już mianował kogoś na to miejsce.”I któż to taki ten ktoś? Patrzcie jeno:Ot, zawołany jakiś arytmetyk,Jakiś tam Michał Kasjo, Florentyńczyk.Podwikarz, na wpół potępiony w związkachZ piękną kobietą, który, póki życia,Jednego hufca nie powiódł do bojuI na sprawieniu wojska w polu zna sięTyle co prządka; bohater książkowy,Co o teorii umie pleść nie gorzejNiż jaki burmistrz; cała bowiem jegoSztuka wojenna w gębie, nie w praktyce.Ten to wybrany został, a ja, panie,Com w jego oczach pokazał, co umiem,W Rodos i w Cyprze, i po innych ziemiachTak chrześcijańskich, jak pogańskich, pchniętymPod wiatr i wodę przez tego plus minus,Przez tę chodzącą kredkę; on to został,Pożal się Boże! namiestnikiem jegoMurzyńskiej mości, a ja, ja być muszęJego chorążym.RODRYGOJa bym wolał zostaćJego oprawcą!JAGONie ma na to środka;Taki to służby przeklęty porządek:Awans zależy od łask i protekcji,A nie od prawa starszeństwa, co każe,Aby po jednym odziedziczał miejsceDrugi z kolei. Osądźże sam teraz,Czy mam jaki bądź obowiązek kochaćTego Murzyna.

RODRYGO

To bym go porzucił.JAGOO, pozwól: służę mu gwoli odwetu.Nie wszyscy, bracie, możem być panami,Ale nie wszyscy też panowie mogąMieć wierne sługi. Znajdziesz niejednegoW kabłąk zgiętego, potulnego ciurę,Co w niewolniczych kochając się więzach,Trzyma się miejsca jak osioł za lichąGarstkę obroku; a kiedy zepsieje,Na stare lata bywa odpędzony.W skórę takiego kornego cymbała!Są znowu inni, co pod wymuskanąFormą i strojną barwą uległościChowają serce, siebie tylko pomne;Co dając tylko pozór wiernych usługSwym przełożonym, popierają przez toWłasny interes, a porósłszy w pierze,Nie potrzebują już nikogo słuchaćPrócz siebie samych. Ci mają krztę duchaI do tych rzędu ja się liczę. Jużci,Gdybym był w skórze Otella, nie chciałbym,Ma się rozumieć, być w skórze Jagona:Rzecz to tak pewna, jak żeś ty Rodrygo.Służąc mu, służęli samemu sobie:Nie z przywiązania ani z obowiązku,Niebo mi świadkiem! ale pod pokrywkąTego obojga — dla widoków własnych.Gdyby me czyny miały kiedykolwiekWydać na zewnątrz wewnętrzny stan, zakrójMojego serca, niedługo bym potemMusiał to serce nosić u rękawaNa żer dla kruków. Nie jestem, czym jestem.RODRYGOJakież, u licha, szczęście niesłychaneMa ten grubodziób, że mógł tego dopiąć!JAGOOstrzeż jej ojca, zbudź go ze snu, otwórzStaremu oczy, zatruj mu pociechę;Narób hałasu w mieście; podszczuj krewnych;Niechaj go muchy tną za twoją sprawą.Chociaż łagodny zamieszkuje klimat;Choćbyś mu szczęścia nie wydarł, przynajmniejTak mu je zapraw piołunem udręczeń,Iżby cokolwiek zbladło.RODRYGOW tym tu domuMieszka jej ojciec, zawołam na niego.JAGOZrób to, i głosem tak alarmującymJak ktoś, co w nocy zapuszczony ogieńDostrzeże nagle w ludnej części miasta.RODRYGOHola! Brabancjo! hej! sinior Brabancjo!JAGOWstawaj, Brabancjo! Złodzieje! Złodzieje!Strzeż się! Chroń swoją córkę! Chroń swe worki!Złodzieje! Gwałtu! Złodzieje!

Brabancjo ukazuje się w oknie.

BRABANCJOJakiż jest powód tego zgiełku? Co sięTakiego stało?RODRYGOWszyscyż twoi, panie,Są w domu?JAGOSąli drzwi twojego domuZamknięte, panie?BRABANCJOPo co te pytania?JAGONiech diabli wezmą! Okradli was: weźciePrędzej opończę! Przeszyto wam serce;Utraciliście połowę swej duszy.W tej właśnie chwili czarny baran trykaBiałą owieczkę waszą. Żywo! żywo!Bijcie w dzwon; zbudźcie chrapiących sąsiadów.Inaczej czart was wystrychnie na dziadka.Żywo! powiadam.BRABANCJOCzyście oszaleli?RODRYGOPoznajeszże mój głos, czcigodny panie?BRABANCJONie: któż waść jesteś?RODRYGOImię me Rodrygo.BRABANCJOImię to jeszcze bardziej cię potępia.Wzbroniłem ci się zbliżać do mych progów;Zapowiedziałem ci, że moja córkaNie jest dla ciebie; a ty, wiedzion szałem,Przebrawszy miarę napoju przy uczcie,Przychodzisz teraz zuchwale przerywaćMój wypoczynek.RODRYGOSiniore! siniore!BRABANCJOAle wiedz o tym, że gniewowi memuI stanowisku nie zbywa na środkachDania ci tego gorzko pożałować.RODRYGOUspokój się, siniore.BRABANCJOCo mi prawiszO okradzeniu? To przecie Wenecja,A mój dom to nie lamus.RODRYGOZacny panie,

W czystych, niewinnych chęciach tu przyszedłem.

JAGONiech kaci porwą! Jesteś, panie, jednymZ tych, co się nie chcą modlić, gdy ich szatanDo tego nagli. Masz nas za szubrawców,Dlatego że cię przychodzimy ostrzec?Chcesz sprząc swą córkę z berberyjskim koniem,Mieć rżące wnuki, bachmatów za krewnychI z dzianetami być w powinowactwie?BRABANCJOCoś ty za jeden, bluźnierczy szczekaczu?JAGOKtoś, co ci przyszedł oznajmić, siniore,Że twoja córka w chwili, gdy tu stoim,Klei z Murzynem zwierza o dwu grzbietach,BRABANCJOJesteś nędznikiem.JAGOA pan — senatorem.BRABANCJOZa ten żart ty mi odpowiesz, Rodrygo,Znam cię.RODRYGOOdpowiem za wszystko, siniore.Ależ, dlaboga! za wasząż to wiedząI mądrą wolą dzieje się (a prawieMógłbym tak sądzić), że o tej spóźnionejNocnej godzinie piękna wasza córka,Pod najemnego gondoliera strażą,Zostaje w sprośnych objęciach Murzyna?Jeżeli o tym wiesz, panie, jeżeliśNa to pozwolił, toć zaiste ciężką,Grubą zniewagęśmy ci wyrządzili;Ale jeżeli nie wiesz o tym, mojeWyobrażenie o przyzwoitościMówi mi, żeśmy niesłusznie zostaliZnieważonymi przez was. Nie sądź, panie,Abym, wyzuty z wszelkich winnych względów,Takiego sobie z waszą dostojnościąŻartu pozwalał. Jeżeliście, panie,Córki swej k’temu nie upoważnili,Powtarzam jeszcze raz, to popełniłaWielki występek, pomiótłszy w ten sposóbObowiązkami, pięknością, rozumem,Przyszłością swoją dla awanturnika,Dla wszędobylca, goniącego szczęściePo całym świecie. Sprawdź natychmiast, panie,Czy jest w sypialni, nawet gdzie bądź w domu;Jeśli ją znajdziesz, niechaj sprawiedliwośćŚciga mię z całą surowością za to,Żem cię tak czelnie zdurzył.BRABANCJOSkrzeszcie ognia!Światła! hej! Zbudźcie wszystkich moich łudziłCoś podobnego już mi się marzyło,To przypuszczenie samo mię przygniata.Światła! hej! Światła!

Znika z okna.

JAGOBądź zdrów; muszę odejść;Nie byłoby to stosowne i dla mnieBezpieczne nawet, gdybym był stawionyZa świadka przeciw temu Murzynowi,A pozostając tu świadczyć bym musiał;Bo chociaż może skarci go, to jednakRzeczpospolita nie będzie go mogłaPotępić, bacząc na interes własny,Przy gotującej się cypryjskiej wojnie,Do prowadzenia której nie ma wodzaRównego jemu kalibru. DlategoChoć się nim brzydzę jak piekielną plagą,Ze względu jednak na doczesny żywot,Zmuszony jestem opuścić banderęI znak przyjaźni,

do siebie

który rzeczywiścieJest tylko znakiem. Zawiedź pod „Łucznika”Tych, co go będą szukali; niechybnieTam go znajdziecie, i ja też tam będę.

Wychodzi. Brabancjo wchodzi z domownikami swymi niosącymi pochodnie

BRABANCJONie ma najmniejszej wątpliwości: zbiegła;I nic mi więcej po niej nie zostałoU schyłku tego obmierzłego życiaJak sama gorycz. Powiedz mi, Rodrygo,Gdzie ją widziałeś? Niegodziwe dziecko!Z Murzynem, mówisz? Któż by chciał być ojcem!Skądże wiesz, waćpan, że to ona była?To nie do wiary, jak mnie oszukała!O hańbo! Cóż ci rzekła? – Więcej światła!Zwołajcie wszystkich mych krewnych! – Jak myślisz,Czy wzięli oni ślub?RODRYGOSądzę, że wzięli.BRABANCJOO nieba! Jak wyjść mogła? O wyrodna!Ojcowie, nigdy już odtąd nie mierzcieMyśli swych córek wedle ich postępków;Chyba istnieją jakie czary, zdolnePodejść niewinność młodości, dziewictwa.Nie wyczytałżeś gdzie tego, Rodrygo?RODRYGOW istocie, panie, czytałem gdzieś o tym.BRABANCJOWezwijcie mego brata. O, wolałbym,Żebyś ją waćpan był posiadł. BiegnijcieJedni w tę, drudzy w tę stronę. Czy nie wiesz,Gdzie by ją można znaleźć z tym Murzynem?RODRYGORozumiem, że go wyśledzę, jeżeliRaczysz mi, panie, towarzyszyć, wziąwszyDobrą straż z sobą.BRABANCJOBądź nam przewodnikiem.Przed każdym domem wołać będę; w wieluMam wpływ przeważny. Podajcie mi szpadę,Sprowadźcie mi tu policyjne sługiI siłę zbrojną. Poczciwy Rodrygo,Wskazuj mi drogę, zawdzięczę twe trudy.

Wychodzą.

Scena 2

Tamże. Inna ulica.

Wchodzą Otello i Jago z orszakiem.

JAGONa wojnie, panie, niejednegom zabił,Ale popełnić rozmyślne morderstwo,Jakoś to z moim sumieniem niezgodne.Braknie mi czasem złości, co by mogłaW czymś mi dopomóc. Z jakie dziesięć razyMiałem myśl pchnąć go tu, pomiędzy żebra.OTELLOLepiej jest tak, jak jest.JAGOKiedyż bo prawiłTakie szkarady i w tak obelżywyO waszej cześci wyrażał się sposób,Że gdyby nie ten kęs bogobojności,Jaką mam, byłby mi żywcem nie uszedł.Ale czy tylko twe małżeństwo, panie,Szczelnie zawarte? bo ten magnifikusMa popleczników i gdy się uweźmieCo przeprowadzić, głos jego dorównaGłosowi doży. On was zechce rozwieśćAlbo wam tyle narobi trudnościI tarapatów, o ile mu prawoWszystkimi jego wpływami poparteDa k’temu kiersztak.OTELLONiech czyni, co zechce.Usługi, jakiem oddał senatowi,Zagłuszą jego skargę. Wiedz, Jagonie,I nie zaniedbam z tym jawnie wystąpić,Skoro się dowiem, że chwalba uzacnia;Wiedz, że wywodzę ród ze krwi królewskiej,Zasługi moje mogą i bez czapkiRównać się z taką wysoką fortunąJak ta, po którą sięgnąłem. O gdybymNie kochał czule pięknej Desdemony,Pewnie bym nie był mej niezależności,Nie krępowanej żadnym stałym miejscem,Samochcąc ujął w granice i ścieśniłZa wszystkie skarby mórz. Co to za światła?JAGOTo gniewny ojciec z swymi przyjaciółmi:Ustąpmy, panie.OTELLONie mnie to przystoi.Stawię im czoło: godność moja, stopieńI nieskażona prawość mojej duszyBędą świadczyły za mną. Czyż to oni?JAGONa twarz Janusa! podobno nie.

Wchodzi Kasjo z dwoma posłańcami Doży.

OTELLOSą toPrzyboczni słudzy doży i mój Kasjo.Pomyślnej nocy, moi przyjaciele!Cóż tam nowego?KASJODoża cię pozdrawia,Wodzu, i wzywa, abyś się niezwłocznie,Jak najniezwłoczniej stawił.OTELLOW jakim celu?Nie wiesz?KASJOJeżeli domysł mój prawdziwy,O Cypr to idzie: jakoś tam gorąco.Flota przysłała ze dwunastu gońcówW ciągu tej nocy, jednego za drugim.Zbudzonych ze snu wielu panów RadyJuż się zebrało u doży, wysłanoNa gwałt po ciebie, panie, a gdy w domuCię nie zastano, senat pchnął umyślnychW trzy różne strony, aby cię wyszukać.OTELLODobrze się stało, żeście mię znaleźli.Zostawię tylko parę słów w tym domuI pójdę z wami.

Wychodzi.

KASJOCo on tu porabia,Jagonie?JAGOHm! hm! co? Pojmał tej nocyLądową szkutę: zdobycz to na wieki,Jeżeli tylko się okaże prawną.KASJONie zrozumiałem.JAGOOżenił się.KASJOZ kim?

Otello powraca.

JAGOBa! z kim... Idziemy, panie?OTELLOJestem gotów,KASJOOto nadchodzi drugi poczet, wodzu,Szukając ciebie.JAGOTo Brabancjo, miej sięNa ostrożności, wodzu, bo on nie maDobrych zamiarów.

Brabancjo, Rodrygo i urzędnicy policyjni wchodzą uzbrojeni i z pochodniami.

OTELLOHola! stójcie no tam!

RODRYGOdo Brabancja

Siniore, to ten Murzyn.BRABANCJOHa! rabusiu!

Z obu stron dobywają mieczów.

JAGORodrygo? Jestem na pańskie usługi.OTELLOSchowajcie miecze, bo się rdzą pokryjąOd rosy nocnej. Wiek wasz, panie, więcejDokazać może niżeli wasz oręż.BRABANCJONędzny rabusiu! gdzieś podział mą córkę?Oczarowałeś mi ją, potępieńcze;Bo powołuję się na wszystko w świecie,W czym jest choć trochę zdrowego rozsądku,Czy młoda dziewka, piękna i szczęśliwa,I tak stanowczą mająca odrazęDo małżeńskiego stanu, że wzgardziłaKwiatem najpierwszej tutejszej młodzieży,Bez popadnięcia w czarodziejskie wnyki,Byłaby kiedy na ogólny pośmiechZbiegła z ojcowskich progów, by się rzucićNa powleczone sadzą łono takiejJak ty istoty, wzbudzającej postrach,Nie pociąg? Niechaj cały świat osądzi,Czyli to nie jest tak jasne jak słońce,Żeś ją ty kunsztem piekielnym usidlił,Uwiódł jej młodość jakimiś kroplamiLub czymś podobnym, co o szał przyprawia;Śledztwo to musi wykryć: jest to bowiemJawne dla myśli, prawie dotykalne.Aresztuję cię przeto i oskarżamJako oszusta praktykującegoW pokątny sposób zakazane sztuki.Bierzcie go: jeśli zaś będzie się ważyłStawić wam opór, użyjcie przemocy,Choćby miał życiem przypłacić.OTELLO Odstąpcie,Wy, co trzymacie ze mną, i wy drudzy.Gdyby mi z roli wypadało walczyć,Byłbym był o tym wiedział bez suflera.Gdzież mam pójść, panie, aby odpowiedziećNa uczyniony mi zarzut?BRABANCJODo turmy.Gdzie siedzieć będziesz, dopóki cię zwykłyBieg procedury przed sąd nie powoła.OTELLOGdybym, przypuśćmy, był posłuszny temu,Ciekawy jestem, co by w takim raziePowiedział doża, którego posłańcyPrzyszli mię w nagłym interesie państwaWezwać do niego i oto tu stojąCzekając na mnie.POSŁANIECNie inaczej, panie;Doża jest w sali obrad i dostojnaOsoba wasza była niewątpliwieWezwana tamże.BRABANCJODoża w sali obrad?Teraz, wśród nocy? Wiedźcie go tam! WażnąI ja mam sprawę. Wspaniały nasz dożaI każdy z moich współkolegów pewnieUczuje moją krzywdę tak jak swoją;Bo gdyby taki czyn płazem uchodził,Lada poganin rej by u nas wodził.

Wychodzą.

Scena 3

Tamże. Sala obrad.Doża i senatorowie siedzą wkoło stołu przy świecach.Kilku urzędników stoi opodal, czekając na rozkazy.

DOŻAWieści w tych listach nie są zgodne z sobą:Trudno polegać na nich.PIERWSZY SENATORW rzeczy samej,Sprzeczne są sobie: w moim wymienionoSto siedem galer.DOŻAW moim sto czterdzieści.DRUGI SENATORA w moim dwieście. Jakkolwiek się jednakCyfry w nich różnią (co się musi zdarzaćTam, gdzie podobne dane są oparteNa przypuszczeniu), we wszystkich atoliJedna jest wzmianka o tureckiej flociePosuwającej się w kierunku Cypru.DOŻAZważywszy dobrze, rzecz to jest możebna.Nie ubezpiecza mnie błąd w tych raportach,Raczej nabawia trwogi treść ich główna.

MAJTEKza sceną

Wieści! hej! wieści!

Wchodzi Urzędnik, za nim Majtek.

URZĘDNIKNowy goniec.DOŻACóż tam?MAJTEKTurecka flota żegluje ku Rodos:Mam polecenie od sinior AngelaUprzedzić o tym senat.DOŻACo myślicieO tej przemianie?PIERWSZY SENATORTo niepodobieństwo,Rozsądnie rzeczy biorąc: demonstracjaDla zamydlenia nam oczu. Gdy zważym,Jak wiele Turkom zależy na Cyprze,I pod wzgląd weźmiem, że jak z jednej stronyWyspa ta dla nich ważniejsza niż Rodos,Tak z drugiej, łatwiej zdobytą być może,Bo mniej jest silnie fortyfikowanąI do obrony sposobną niż Rodos:Gdy te uwagi obok siebie stawim,Nie przypiszemy wtedy bisurmanomNiedorzeczności takiej, iżby mieliChować na później to, co przede wszystkim