Otchłań - Kazimierz Przerwa-Tetmajer - ebook

Otchłań ebook

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

4,3

Opis

Czy wiecie co to jest cierpieć? Co to jest wić się w konwulsjach bólu? Co to jest powtarzać sobie w duszy i ustami: bez rady! bez rady?!... Czy wiecie, co to jest położenie bez wyjścia, starajcie się to zrozumieć: położenie bez wyjścia... starajcie się to zrozumieć, wniknąć w to zdanie. Nie tak, jak się mówi sto razy na dzień, ale wniknijcie w to. Tkacz, który nie ma majątku, który czuje, że ślepnie, który utrzymuje rodzinę z pracy — oto jest sytuacja bez wyjścia...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Otchłań

Fantazya psychologiczna

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2018

Kazimierz Przerwa-Tetmajer „Otchłań”

Copyright © by Kazimierz Przerwa-Tetmajer, 1900

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: W. L. Anczyc i Spółka

Wydawnictwo: Gebethner i Wolff

Warszawa, Kraków, 1900

ISBN: 978-83-8119-470-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Czy wiecie co to jest cierpieć? Co to jest wić się w konwulsyach bólu? Co to jest powtarzać sobie w duszy i ustami: bez rady! bez rady?!... Czy wiecie, co to jest położenie bez wyjścia, starajcie się to zrozumieć: położenie bez wyjścia... starajcie się to zrozumieć, wniknąć w to zdanie. Nie tak, jak się mówi sto razy na dzień, ale wniknijcie w to. Tkacz, który nie ma majątku, który czuje, że ślepnie, który utrzymuje rodzinę z pracy — oto jest sytuacya bez wyjścia...

 Cóż on może zrobić?

 Zabić siebie — i nie wiedzieć o niczem...

 Cóż on może zrobić?

 Zabić siebie i swoją rodzinę...

 Tak jest! I ja tak mogę zrobić! Zabić siebie i ją! Mogę tak zrobić — zabić siebie i ją... Siebie i ją...

 Albo tylko siebie...

 Albo — albo tylko ją...

 Przeklęta! Ona! Ona i Ona! Czyż życie nie ma nic, nic, nic, tylko kobietę?! Życie ma oceany życia poza kobietą, a jednak — a jednak my żyjemy przez kobiety...

 Czy kobieta jest człowiekiem? Czy jest dodatkiem do człowieka? Czy jest tem, czem jest człowiek mężczyzna? Czy jednakowo żyją kobiety przez mężczyzn, jak mężczyźni przez kobiety? Czy kobieta nie jest czemś innem, czemś innem? Czy jej konstrukcya moralna nie jest błędem stworzenia, nie jest błędem natury, jak konstrukcya naszego ciała, tak licha? Czy właśnie nie to jest tragedyą życia, tak częstą tragedyą, że kobieta jest czemś innem?... A zawsze Ona! Wszędzie i zawsze Ona! Jak gdyby życie nie miało całego oceanu życia poza nią, jak gdyby Ona była życiem życia...

 A jeśli jest...

 Nie cierpię jej! Nienawidzę jej! Nienawidziłem jej zawsze, nienawidzieć jej będę do końca! Cała moja duma męzka, wszystko, co we mnie jest, buntuje się przeciw niej i popycha mnie do tej nienawiści i utwierdza mię w tem niecierpieniu...

 Ja nie mogę żyć bez Niej!...

 Nie mogę!

 Nie mogę żyć bez kobiety...

 Widzicie! Mogę się zabić, mogę sobie wyłupić oczy, mogę sobie przebić język, mogę się zagłodzić, mogę się rzucić z mostu, mogę ze sobą zrobić wszystko, co chcę i jak chcę, a żyć bez kobiety — nie mogę.

 Jestem swoim panem, absolutnym swoim panem, ale to, że nie mogę bez niej żyć, to jest państwem nad państwem mojem, to jest panem nademną.

 Nie mogę...

 I wy nie możecie i my wszyscy nie możemy — ale ja nie mogę także żyć z nią.

 Także nie mogę.

 Wyobraźcie sobie tkacza, który nie ma majątku, który utrzymuje swoją rodzinę i który ślepnie — wyobraźcie to sobie i zrozumcie położenie bez wyjścia.

 Bo ja z nią nie mogę żyć... I bez niej także nie. I jedno mam tylko wyjście: zabić ją i siebie... Bo ja bez niej nie mogę żyć, nie mógłbym...

 Nie! Nie! Jezus Marya! Nie!!!

 Co za straszny krzyk! Zdaje mi się, że rozdarłem powietrze tym krzykiem, jak w sklepie rozdzierają materye jedwabne, zdaje mi się, że rozdarłem nim niebo, jak lew psa — czy nie runęły wieże miejskie? czy nie obaliłem wszystkich drzew?...

 A jednak nie — ja nie krzyknąłem wcale — ona tam śpi, nie obudziła się, śpi tam za firanką w drugim pokoju. O Chryste! To tylko w mojej duszy był ten krzyk, ten krzyk czerwony, ten krzyk straszny... Tak czerwony on był — jak wybuch krwi wlał mi się w duszę czerwonym szmatem, czerwonym strumieniem. Straszny to był krzyk. Zdaje mi się, że wszystkie matki, którymby wydzierano płód z wnętrzności, nie mogłyby krzyknąć przeraźliwiej. A jednak krzyknęłyby za siebie i za dzieci swoje — i za mężów swoich...

 Ha! ha! i za mężów... O Boże, jakże jestem opętany — wszakże są takie, które ich kochają.

 Bo nawet — i Marynia mnie kochała... Czyż nie tuliła się do mnie? Czyż mnie nie całowała? Czyż nie oddała mi się nieprzytomna, szalona, oślepła w owej nocy poślubnej? Czyż nie miałem pod ustami jej ust rozchylonych, drgających czyż nie patrzałem w jej zamknięte oczy, które wszystko mówiły tem, że nic mówić nie mogły? Czyż nie czułem jej piersi pod piersiami memi? Czyż nie rzucała mi się na szyję, nimeśmy się pobrali? Czyż nie była moją do szpiku, do kości, do rdzenia?

 Czyż...

 Ach! Czyż ona nie jest czem innem — czy to, co mnie się zdawało jej czuciem, było i jej czuciem, i jej? Czy zmysły mężczyzny mogą odczuć kobietę? Czy nie jest to dla nich tak trudne, jak trudnoby np. było roślinie odczuć i pojąć kamień, albo kamieniowi naturę światła?

 Czy proces naszego wspólnego myślenia jest taki sam jak proces naszego trawienia, lub umierania? Czy nie jesteśmy do siebie tak podobni zewnętrznie, jak brylant z dyamentu i brylant ze szkła, albo liść sztuczny i liść prawdziwy, a wewnątrz tak różni, jak ich składniki organiczne? Czy to, co ja nazywam «ja», to samo także nazywa kobieta? Czy to, co ja nazywam miłością, to samo także nazywa ona? Czy my nie jesteśmy tak różni, jak dwie farby jednakowego koloru, z których na prawdziwą np. nie działa woda, rozpuszczająca sztuczną, gdy prawdziwą niweczy zimno, które na sztuczną nie działa, a jednak kolor jest ten sam, niebieski, różowy, albo fioletowy? Czy — czy jednem słowem, ja nie rozbijam się o kobietę, jak woda o skałę, które się nigdy nie zleją w jedno, nie sharmonizują, nie zdźwięczą we wspólną jedność, a kobieta o mnie, jak wiatr o wodę, którą może porwać, zamącić, wzburzyć, ale której nigdy nie może zniweczyć w swej istocie? Tak, tak — my się kochamy, my się pragniemy i szukamy siebie — ale jesteśmy sobie żywiołowo obcy, elementarnie psychicznie obcy, zlewamy się, jak rzeki z morzem, ale nigdy nie jesteśmy ogniem, który jest jeden, z czegokolwiek powstał. I to oprócz nędzy i śmierci bywa największą tragedyą w życiu.

 Bo zaiste! Nędza, Śmierć i Miłość, to są te trzy bachantki świata, które najstraszliwszą wyprawiają orgię. Widzę je, gdybym był malarzem, odtworzyłbym je w tej chwili... Woskowa nędza o ptasich oczach i ptasiej twarzy, kościana śmierć, szkielet nagi, tańczący po kwiatach i zbożu i ta Astarte, dławiąca gardła, dzika, chciwa, pragnąca, nienasycona.

 A pod tem wszystkiem ziemia, świat — przeszedł po nim Mojżesz, przeszedł po nim Budda, przeszli po nim mędrcy — i czemże oni są wobec Nędzy, Śmierci i Miłości...

 Śpij, śpij Maryniu... Śpij i uśmiechaj się. Śpij i uśmiechaj się tak, jak uśmiechałaś się do mnie. Uśmiechaj się tak — do niego.

 Boże! Co za hańba! On! znów On! Znów ten on, oklepany, odwieczny, banalny, ten trzeci, ten on, kochanek cudzej żony. Boże! Rozbijać sobie głowę o niego, o ten słup, do którego każdy pies podchodzi, o niego! Boże! Co za wstyd! Ginąć w wannie, we wspólnej kąpieli, topić się w wannie! Umrzeć od męki! Spaść z publicznego mostu! Zabić się na kościelnym progu! Boże! Co za śmieszność! On, wiecznie on, ten trzeci, kochanek żony! O życie! Zaiste! Ironia jest twoje nazwisko.

 Śpij Maryniu — i uśmiechaj się do niego, do tego trzeciego, do swego kochanka. Uśmiechaj się, jak dawniej do mnie. I pomyśl, setki, tysiące, miliony, miliardy kobiet już się tak uśmiechały do swoich kochanków, jak dawniej do swoich mężów — i pomyśl; setki, tysiące, miliony, miliardy kobiet będą się uśmiechały po tobie w przyszłości... O jakież jest straszne uczucie ta przyszłość! Wszystko będzie tak samo! I te wszystkie boleści, cierpienia, smutki, zgryzoty i gorycze nasze — wszystko się powtórzy w przyszłości, tak, jak w nas się powtarza przeszłość.

 O życie! Nieludzkość jest imię twoje...

 Nic, nic — zawsze to samo, zawsze napróżno, zawsze nic. Nikt nie będzie mniej cierpiał dlatego, że ja dziś cierpię, tak, jak ja nie cierpię mniej dlatego, że inni cierpieli. O życie! Zawziętość jest imię twoje...

 Cierpienie, nic tylko cierpienie. Najwyższy ideał ducha i serca, do jakiego wzniosła się ludzkość, Chrystus — jedno cierpienie. Najwyższe uczucie z uczuć: ból. Najpiękniejsza pieśń: skarga. Najczystsze — łzy. O życie! Jakież jest imię twoje?

 Śpij Maryniu, śpij, śpij — Bóg, Los, Konieczność, Nic — czuwa nad tobą. Śpij... Błękitna była toń, błękitna... Liliowa była woń, liliowa... Słoneczna była pieśń, słoneczna...

 Śpij...

 Jak w romansie! Ha, ha, ha! Jest romans. Gdzież, kiedy nie było romansu? Czy mógłby być romans, gdyby nie było romansu? Czy — czy ja nie gram w słowa, jak Hamlet, czy ja myślę? Czy ja jestem? Czy —

 A ty śpij!

 Podła! Wstrętna! Nikczemna! Szatańska! Ty ohydna! Ty wiechciu! Ty ścierko!

 Nóż! Nóż!

 Ah!

 O nie — żeby ją zabić...

 Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów... Poeto! Poeto! Głupi, śmieszny geniuszu! Głupi i śmieszny niewolniku życia, krwi swojej, ciała swego, duszy swojej! Bo jest coś, co jest nad ciałem, nad krwią, nad duszą! Głupi i śmieszny geniuszu! Ty boże ziemski, a głupi, a śmieszny! I tyś kochał! I tyś szalał! I tyś — nie mógł zabić!...

 O Chryste! Co za los! Po co? Po co? Po co?!...

 A ona — śpi.

 Śpi...

 Tak śpi skała, kiedy woda paruje w słońcu, kiedy ją mróz w lód ścina, kiedy jej ubywa, kiedy jęczy z bólu — ona śpi!...

 Zapewne śpi i on...

 On —

 Dlaczego mnie nigdy nie przychodzi na myśl, aby jego zabić?

 Czy lękam się? Tak samo wisiałbym za niego, jak za nią. I to jest przecież moja żona, a to jest mój wróg... Nie — on, on nie jest moim wrogiem.

 Wrogiem moim jest tylko ona i jego wrogiem jest tylko ona. Weszła między nas, jak wchodzi maszyna o dwóch tłokach między dwie ściany. Łączy je sobą i odpycha nawzajem. Gdyby jej nie było, nicby ich nie łączyło, gdyby jej nie było, nicby ich nie odpychało. Czyż ja jego nie cierpię? Ale ona jest w nim. Czyż on mnie nie cierpi? Ale ona jest moją żoną. On we mnie, ja w nim jej nie cierpiemy. On jej nienawidzi jako mojej żony; ja jej nienawidzę jako jego kochanki. Czyż nie przeszlibyśmy koło siebie obojętnie? Albo nawet czy nie pracowalibyśmy razem, wspólnie w jednej myśli? Wszak on — to ja. Ja który byłem.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok