Opis

Wywiad z Robertem Rutkowskim przeprowadzony przez Irenę A. Stanisławską. Terapeuta zdecydował się ku przestrodze powierzyć kawałek siebie czytelnikom. W swoim życiu sporo przeszedł. Doświadczył wielu sytuacji, które mogły go zniszczyć. Jednak tak się nie stało. A na dodatek udało mu się zostać szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. [...] Nie ma poczucia misji, żeby ratować całą ludzkość, jednak jeśli choć jeden człowiek zmieni się dzięki jego historii, to uważa, że warto tę książkę napisać. Jemu też kiedyś pomogła czyjaś historia, dzięki której zrozumiał i poczuł, że zmiana jest możliwa. Sięgnął po narkotyki, mając 18 lat. Od razu wpadł w uzależnienie od heroiny. To był pierwszy narkotyk, jaki poznał – jeden z najsilniejszych znanych narkotyków. Wziął z bezsilności, z rozpaczy, ale również z ciekawości. Bardzo doskwierało mu życie. 

Robert Rutkowski jest psychoterapeutą, wykładowcą i pedagogiem. Prowadzi sesje terapeutyczne dla osób mających problemy z uzależnieniami od substancji i zachowań, kryzysami zawodowymi lub rodzinnymi. Pomaga jako opiekun psychologiczny sportowcom – zajmuje się motywacją, relaksacją oraz usprawnianiem skuteczności działania. Pomaga rodzinom mającym kłopoty ze swoimi dziećmi lub w relacjach między sobą. 

Irena A. Stanisławska jest dziennikarką. Jej publikacje ukazywały się m.in. w magazynach: „Kino”, „Film”, „Film na świecie”, „Playboy”, „CKM”, „Komandos”, „Zdrowie”, „Kobieta i Życie”, „Poradnik domowy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 215

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 25 min

Lektor: Irena A. Stanisławska

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Korekta: Danuta Kownacka

Na okładce zostało wykorzystane zdjęcie Autora © Piotr Wachnik

© for the text by Robert Rutkowski and Irena A. Stanisławska, Warszawa 2016

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacjinie może być reprodukowana,przechowywana jako źródło danychi przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisubez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0273-8

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

1   Pierwszy strzał

Kiedy w twoim gabinecie zjawia się pacjent, jakie pierwsze pytanie zadajesz?

Najpierw dziękuję pacjentowi za zaufanie, że zdecydował się obcemu facetowi powierzyć kawałek siebie – i to tę część siebie, która boli – a dopiero później pytam, z jakim problemem przychodzi.

A co spowodowało, że zdecydowałeś się powierzyć kawałek siebie nie tylko mnie, lecz także czytelnikom?

Mając 51 lat, można się już pokusić o pewien dys­tans do przeszłości. W swoim życiu sporo przeszedłem. Doświadczyłem wielu sytuacji, które mogły mnie zniszczyć. Jednak tak się nie stało. Udało mi się pozostać, trwać. A na dodatek udało mi się zostać szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Jest takie powiedzenie: „Uratować jednego człowieka – to uratować całą ludzkość”. Nie mam poczucia misji, żeby ratować całą ludzkość, jednak jeśli choć jeden człowiek zmieni się dzięki mojej historii, to warto tę książkę napisać. Mnie też kiedyś pomogła czyjaś historia, dzięki której zrozumiałem i poczułem, że zmiana jest możliwa. A byłem naprawdę mocno poturbowany przez życie.

Sięgnąłem po narkotyki, mając 18 lat. Moja historia to zaprzeczenie wszystkiego, co współcześnie mówi się o narkotykach: że najpierw branie rekreacyjne, popalanie marihuany, a dopiero potem ewentualnie coś mocniejszego. Sam od razu wpadłem pod pędzący pociąg towarowy, i to z naprawdę dobrym towarem, bo z heroiną. To był pierwszy narkotyk, jaki poznałem – jeden z najsilniejszych narkotyków na Ziemi.

Wziąłeś z ciekawości?

Z bezsilności, z rozpaczy, ale również z ciekawości. Bardzo doskwierało mi życie. Brakowało mi bezwarunkowej akceptacji mojego ojca, który nie umiał okazać, że jestem dla niego ważny. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego skoro jestem owocem miłości, moja matka i mój ojciec tak się nienawidzą. Żyłem w ciąg­łym napięciu, między jedną awanturą a drugą. Z zerowym poczuciem bezpieczeństwa. Chociaż nie mogę powiedzieć, że ojciec kompletnie się mną nie interesował. Zabierał mnie na wakacje, na wczasy do Szklarskiej Poręby czy Dusznik-Zdroju. Zabierał mnie, bo ułatwiałem mu „branie”. Był uzależniony od „polowania” – zdobywania kolejnych kobiet. A wiele kobiet interesowało się ślicznym, małym chłopczykiem…

Mam z tamtego okresu strasznie bolesne wspomnienie. Miałem wtedy osiem albo dziewięć lat, byłem bardzo ładnym blondaskiem. Któregoś dnia późnym wieczorem obudziły mnie odgłosy dochodzące z sąsiedniego pokoju. Myślałem, że komuś dzieje się krzywda, ale byłem tak przerażony, że nie mogłem się poruszyć. A rano z tego pokoju wyszedł tatuś z panią, która dzień wcześniej zaczepiła nas na ulicy, proponując mi udział w sesjach zdjęciowych dzie­cięcej mody. Pamiętam jak dziś paraliżującą myśl: „Co z mamą? Jest w Warszawie. Sama!”. I ogromne poczucie winy, że to ja odpowiadam za romans ojca. Że to się zaczęło przeze mnie. Oczy­wiście mogę to wyartykułować teraz, z pozycji dorosłego, bo jako dziecko wyczuwałem zagrożenie tylko instynktownie.

Z perspektywy czasu myślę, że ojciec bardzo mnie kochał. I na swój sposób kochał moją mamę. Dowodem może być fakt, że rodzice trzy razy się rozwodzili, a cztery razy brali ślub. Ostatni raz pobrali się w 2005 roku, na dwa miesiące przed śmiercią taty. W naszym domu nigdy nie było przemocy fizycznej, ale ojciec nie radził sobie z hormonami, nie potrafił być wierny. I był „zdobywcą” aż do śmierci. Pomieszkiwał u różnych kobiet, ale nie umiał się uwolnić od mojej matki. Czy te kobiety nie spełniały jego oczekiwań? Czy to był pragmatyzm? W każdym razie – wracał. Na chwilę. Po czym znowu gdzieś go gnało. Więc mojej mamie nie pozostało nic innego, jak przyjąć rolę matki samotnie wychowującej syna.

Dużo dzieci żyje w rozbitych, toksycznych rodzinach, jednak nie wszystkie sięgają po narkotyki.

Można żyć w takiej rodzinie, a mimo to być świetnie wyposażonym w tarczę ochronną. Teoretycznie ja też taką miałem – sport. Moja mama, nauczycielka nauczania początkowego, była mądrą matką. Niezawłaszczającą. Robiła wszystko, żeby mi ten brak ojca (a tym samym męskiego wzorca) wypełnić. Takim zapełniaczem był sport. Kiedy miałem 11 lat, załatwiła mi możliwość trenowania szermierki w Klubie Sportowym Warszawianka. Jeździłem tam na treningi kilka razy w tygodniu przez ponad rok. Kiedy wystrzeliłem w górę (w siódmej klasie podstawówki miałem 193 cm wzrostu), matka przez swoje koneksje zdobyła namiary na trenerkę Romualdę Olesiewicz, swego czasu najlepszą polską koszykarkę, która prowadziła drużynę juniorów w Akademickim Związku Sportowym Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

Pamiętam swój pierwszy trening, kiedy dostałem piłkę i kompletnie zielony ćwiczyłem podstawy gdzieś w kącie sali, a chłopcy z zespołu, którzy trenowali od dwóch do pięciu lat, patrzyli na mnie z góry. Ale trwało to niedługo, bo kiedy minęło pół roku, byłem już jednym z pięciu najlepszych zawodników. A potem bardzo szybko znalazłem się w polskiej reprezentacji juniorów. Zacząłem karierę koszykarską na wysokim poziomie. Gdy miałem 16 lat, zadecydowano, że mam grać w II lidze seniorów.

Lepszej tarczy ochronnej chyba nie można sobie wymarzyć?

Tak, kiedy patrzysz na to z boku. Bo do wszystkiego trzeba dojrzeć. Choć na poziomie umiejętności dorastałem do starszych zawodników (mówiąc nieskromnie – wielu z nich przerosłem), to mentalnie byłem gówniarzem. Chłopcem, któremu zaczęły buzować hormony.

Wśród moich rówieśników wyróżniałem się wzros­tem i urodą. Inicjację seksualną przeżyłem w wieku 16 lat, w trakcie powrotu z turnieju koszykówki w Pradze czeskiej, w pociągu. Moją pierwszą partnerką była Anna. Pani doktor z Częstochowy. Lat 36. Wtedy poznałem coś, co nawet trudno nazwać seksem. Ale moje hormony mocno się uaktywniły. Być może dlatego niedługo później zakochałem się po uszy w dziewczynie dużo ode mnie starszej, na dodatek mężatce. Przeżywałem jakąś absurdalną, platoniczną miłość. Przestałem chodzić na treningi. Więc trener mnie wezwał i zapytał: „Co jest grane?”. Wcześniej nikomu nie przyznałem się do relacji z tą kobietą. Wstydziłem się. Ta tajemnica ciążyła mi jednak tak bardzo, że potraktowałem trenera jak spowiednika. A co on zrobił? Wygadał wszystkim zawodnikom! Wyobrażasz sobie, że zjawiasz się na treningu, a cały zespół wyśmiewa się z ciebie: „Te, Romeo!”. Potworna trauma. Nigdy wcześniej nie czułem się tak oszukany i upokorzony! Zrozumiałem, że tajemnic nie powierza się nieodpowiednim ludziom. Tylko skąd mogłem wiedzieć, że mój trener, mentor, jest jednym z nich?!

Rozstałem się z tą kobietą, dalej grałem, wyjeżdżałem na zgrupowania kadry. Bo chociaż potwornie zawiodłem się na trenerze, granie w kosza było odskocznią od beznadziejnej, znienawidzonej szkoły.

Miałeś problemy z nauką?

Byłem bardzo dobrym uczniem. Podstawówkę skończyłem z czerwonym paskiem. Ale kiedy przyszło do wyboru szkoły średniej, włączył się ojciec – inżynier i pragmatyk. I chociaż byłem stuprocentowym humanistą (klejenie modeli latających nie było moją pasją), zadecydował, że najlepsze będzie technikum. Wybór padł na najlepsze w Warszawie Technikum Elektroniczno-Mechaniczne im. Marcina Kasprzaka. Dzień, w którym się do niego dostałem, mogę uznać za jeden z najgorszych w moim życiu. Ta szkoła to była dla mnie absolutna makabra! Musiałem się uczyć rzeczy, których kompletnie nie rozumiałem: chemii, fizyki, przedmiotów technicznych. Miałem ogromne problemy z ich zrozumieniem. A do tego trzy czwarte pracujących tam nauczycieli nie miało wykształcenia pedagogicznego. Byli to inżynierowie, a często nawet zwykli majstrowie z Zakładów Radiowych im. Kasprzaka, którzy wykładali przedmioty techniczne, mimo że byli totalnymi ignorantami, jeśli chodzi o podejście do młodego człowieka. Stosowali zamordyzm (dziwne, że nie przemoc fizyczną – pasowałaby jak ulał do kontekstu wizualnego, bo budynek szkoły przypominał zakład karny). To był dla mnie koszmar. Znalazłem się w miejscu, którego nienawidziłem. W więzieniu.

Sport nie był wentylem?

Był. Tylko nie dało się pogodzić sportu na wysokim poziomie z tą beznadziejną szkołą. Chociaż w trakcie meczu reprezentacji szkoły zdobywałem 100 punktów, gdy wygrywaliśmy np. 120 do 30, nie dawano mi najmniejszej taryfy ulgowej. Byłem fantastycznym sportowcem, ale niestety nauczyciele i dyrekcja nie traktowali sportowców tak, jak by mogli. Moje wyjazdy na mecze reprezentacji Polski były dla nich dopustem.

W tej szkole, w mojej klasie poznałem Irka Krynickiego. Nosił długie włosy, poszarpane dżinsy. Słuchał innej muzyki. Był hippisem. (Już nie żyje. Popełnił samobójstwo, gdy się dowiedział, że z powodu brania heroiny ma HIV). Zakumplowaliśmy się. Ja, w białym sweterku w serek, w juniorkach, z dobrego domu, nagle zetknąłem się z innym światem – światem kontestacji i buntu. Irek już wtedy miał skonkretyzowane zainteresowania. To była marihuana, a jak się później okazało, również polska heroina. Tylko wtedy nie ciągnęło mnie do narkotyków, trochę się ich bałem.

Pierwszą klasę skończyłem w bólach. Korepetycje, cuda-wianki… Skończyłem drugą – z jeszcze większymi problemami. Zaczęła się klasa trzecia. Nadal byłem grzeczny. Nadal uprawiałem koszykówkę. Nadal byłem uczniem. I nadal się przyjaźniłem z Irkiem. Słuchaliśmy King Crimson, Yes, Johna Lennona. Ściągi na klasówki pisaliśmy w Akwarium – nieistniejącym już, pierwszym i bardzo znanym klubie jazzowym w Polsce, niedaleko mojej szkoły. Irek mi pokazał, że można się wkurwić na świat. I być bardzo wesołym. A ja byłem wtedy strasznie smutnym człowiekiem. Strasznie nieszczęśliwym.

Chyba największym tąpnięciem w moim życiu było zawalenie matematyki. Przez to nie otrzymałem promocji do czwartej klasy. Dostałem poprawkę. Niby nic strasznego. Świat się na tym nie kończy. Tylko że akurat miałem zgrupowanie w Centralnym Ośrodku Sportu w Zakopanem. Jeździłem tam z seniorami z II ligi. A treningi z nimi zawsze były dla mnie bardzo obciążające, ponieważ ci faceci mnie nienawidzili.

Dlaczego?

Bo miałem 16 lat, gdy trafiłem do tej dorosłej drużyny, a oni mieli po 28, 32, 33 lata. Byłem dla nich zagrożeniem. Mogłem ich wygryźć. Tak jest w każdym klubie. O tym się mało mówi, mało pisze, ale to jest jak fala w wojsku, tylko wywołana poczuciem zagrożenia ze strony starych zawodników. Niby jesteśmy drużyną, ale kiedy mieliśmy jechać do Stanów, to jakoś tak bardzo niefartownie złapałem kontuzję w dziwnym tłoku pod koszem.

Byłem więc na zgrupowaniu, obłożony książkami do matematyki. Ale miałem ze sobą też Narkotyki. Niemyte dusze Witkacego, które czytałem zdecydowanie chętniej. Byłem już po paru fajnych lekturach: Wstępie do psychoanalizy Freuda, Stu latach samotności Marqueza, Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa. Fascynował mnie teatr Szajny w warszawskim teatrze Studio, do którego regularnie chodziłem na premiery. Interesowało mnie wszystko, co dziwne, przepoczwarzone, surrealistyczne. Świat rzeczywisty był dla mnie tak przykry, nawet bolesny, a coraz częściej aż nieznośny. Na zgrupowaniu w Zakopcu był Jarek Nowik – starszy ode mnie o kilka lat kolega z drużyny koszykówki warszawskiego AZS AWF. Narkoman. To miała być dla Jarka terapia, wyciąganie z nałogu. Tylko trener nie wiedział, że narkoman zaraża społecznie, że narkoman lubi tonąć w grupie. Jarek miał w dupie wychodzenie z nałogu. Przyjechał na obóz zaopatrzony we wszystkie akcesoria potrzebne do wyprodukowania polskiego kompotu. Miał tzw. waciki, czyli zwykłą watę nasączoną polską heroiną, którą można było przez jakiś czas tak przechowywać, a później w bardzo prosty sposób, w całkowicie amatorskich warunkach wyprodukować z niej świetnej jakości towar. I Jarek tak zrobił. A ponieważ znaleźliśmy wspólny język na temat muzyki, kontestacji i paru innych rzeczy, byłem idealnym kandydatem, żeby spróbować. Gdy w ’81 roku w Zakopanem zdecydowałem się na pierwszy strzał polskiej heroiny, tak naprawdę przeżyłem swój pierwszy w życiu orgazm. Ten strzał heroiny był sto razy przyjemniejszy od pierwszych orgazmów związanych z seksem.

Nikt ci nie mówił, że narkotyki uzależniają?

Nie. Wtedy nie istniała żadna profilaktyka. Nie było przekazu, że narkotyki są złe. Poza tym, gdy człowiek wjeżdża na wygodną autostradę, to nie zakłada, że za 100 kilometrów wyląduje w rowie i będą go reanimować. Dlaczego wziąłem? Bo to był zawodnik z drużyny. To była krew z krwi. A nie zrobiłem tego z kolegą z klasy, z którym sympatyzowałem.

On też ci proponował?

Proponowanie narkotyków nie odbywa się na zasadzie „masz, weź”, tylko na pokazaniu komuś zdeptanemu przez życie, jak rewelacyjnie można się poczuć pod wpływem jakiejś substancji. Ta gotowość do wzięcia jest wynikiem pewnego procesu. Wyobrażasz sobie, co musiało się dziać w mojej głowie, skoro przełamałem się do użycia igły?!

Na widok krwi mdlejesz?

Nie. Ale przecież wkłucie w żyłę nie jest przyjemne. To ingerencja w strukturę twojego ciała. A ja to zrobiłem.

Ten facet ci imponował?

On tak naprawdę był narzędziem. Pasem transmisyjnym. Ja byłem genialnie przygotowany do brania narkotyków. Niestety, młody człowiek nie ma wyobraźni. Nie przewiduje sekwencji zdarzeń. W momencie gdy coś nie trybi (nie układa się w domu, nie idzie w szkole), gdy spotykam się z nienawiścią w drużynie i zachowaniami, które ze sportem nie mają wiele wspólnego – następuje zniechęcenie. Konfrontacja z syfem tego świata spowodowała totalny bunt. To młodzieńcze wkurwienie się jest zresztą wpisane w fazę rozwoju każdego człowieka, jest niezbędne do określenia swojego miejsca w życiu. Więc bunt może być twórczy, pod warunkiem że nie skanalizujemy go w działania destrukcyjne. A takim ewidentnie destrukcyjnym działaniem są narkotyki. Mnie się po prostu wszystko zaczęło pięknie komponować w całość. Skoro Witkacy mógł eksperymentować, to dlaczego nie ja? Skoro po narkotykach można się dobrze poczuć, to dlaczego nie mam tego doświadczyć? Zerowa wiedza o negatywnych konsekwencjach brania, fascynacja odmiennością, młodzieńczy bunt, ból istnienia, zmęczenie fizyczne nadmiarowym, ciężkim treningiem wyczynowym – to wszystko spowodowało samozapłon tkwiącego we mnie podskórnie narkomana. Cały ten kontekst zadziałał w połączeniu różnorakich czynników, które oddzielnie być może nie uruchomiłyby procesu destrukcji. Można powiedzieć, że to tak jak z wynalazkami. Albert Hofman odkrył LSD przypadkiem, gdy połączyły mu się pewne składniki. Niektóre sytuacje w naszym życiu są kompletnie obojętne, aż w pewnym momencie zaiskrzy. Nagle uświadomiłem sobie: „To jest droga, którą chcę dalej pójść”. Liczyło się tylko tu i teraz. Co było na końcu drogi, już mnie nie obchodziło.

Zrobiliście to w toalecie?

Skąd! To się odbyło bardzo kulturalnie, w pokoju. W toalecie Jarek wytwarzał, obrabiał chemicznie sam towar, bo powstawał przy tym olbrzymi smród. To były chemikalia, więc musiała być wentylacja.

On wbił ci igłę?

Tak. On zrobił mi pierwszy zastrzyk. Heroina działa w sposób nieprawdopodobny, że zacytuję Witkacego z Narkotyków. Niemytych dusz: „Znika całe zło”. Momentalnie. Heroina nie jest halucynogenna. Jest narkotykiem znoszącym całkowicie napięcie tkwiące w naszym organizmie.

Poczułeś się, jakbyś fruwał nad ziemią? Lekkość?

Poczułem rozkosz. Ta dawka była umiejętnie podana, ponieważ nie była za duża. Nie skończyło się torsjami. A tak z reguły kończy się pierwszy strzał. I chwała za to. W ten sposób heroina mówi: „Zapraszam cię do mojego świata, ale jednocześnie ostrzegam”. Torsje są właśnie takim sygnałem ostrzegawczym. Buntem organizmu.

Długo czułeś tę rozkosz?

Cały dzień. Heroina trzyma przez sześć–siedem godzin.

Poszedłeś na trening?

W tym dniu nie było treningu. Poszliśmy z Jarkiem na długi spacer po Zakopanem i upajaliśmy się swoim błogostanem. Upajaliśmy się rozkoszą, któ­ra rozpłynęła się w naszych żyłach jak gorąca cze­kolada.

Pokochałeś wszystkich ludzi?

Kochałem wszystkich ludzi. A przede wszystkim siebie. Zakompleksionego, słabego z powodu braku akceptacji wiecznie nieobecnego ojca. Wszystkie moje problemy i rozterki zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zniknęła cała bolesna rzeczywistość. Dostałem skrzydeł! To było wręcz mistyczne doznanie.

Podobne do oświecenia. Stanu wszechogarniającego spokoju, akceptacji, miłości.

Tak. Tylko stan, w którym byłem, różni się od oświecenia tym, że trwa tak długo, jak długo działa narkotyk. Na stan oświecenia ma wpływ nasza świadomość. Możemy nim zarządzać i go podtrzymywać. W wypadku narkotyku, aby ten stan podtrzymać, potrzebna jest kolejna iniekcja. Ale najpierw musimy wylądować w rzeczywistości.

I jak twoje lądowanie wyglądało?

Zacząłem postrzegać świat intensywniej niż przed strzałem. Zdecydowanie bardziej mnie uwierał. Bardziej bolało.

Już przyszła myśl, aby znowu wziąć?

To było tak niebotycznie silne doznanie, że tylko szaleniec nie chciałby tego powtórzyć! Wyobraź sobie pustynię, upał 50 stopni i ktoś podaje ci szklankę wody. Nie napijesz się? Na tym polega potworność działania heroiny. Są tacy, którzy twierdzą, że heroina uzależnia już za pierwszym razem. Ja tego doświadczyłem. Żaden narkotyk nie uzależnia tak jak ona.

Ale gdybyś dostał normalną dawkę i wymiotował, to…

Być może bym się zniechęcił.

Więc nie można powiedzieć, że heroina uzależnia za pierwszym razem.

Można, dlatego że następuje silne „zagotowanie endorfin”, czyli euforia podobna do orgazmu, nawet wtedy, gdy się porzygasz. Następuje takie tąpnięcie w głowie – wtedy jeszcze nieuświadomione – że nigdy nie zapomnisz tego pierwszego razu. I dlatego prawie zawsze to powtórzysz, choćby po to, aby sprawdzić, dlaczego ten pierwszy raz był kiepski. Naprawdę szczęście mają ci, którym fizyczność zniweluje te przyjemne doznania reakcją żołądka na opiaty. Dzięki temu zaoszczędzą kilka lub kilkanaście lat swojego życia, jeśli oczywiście przetrwają ten „romans z egzotyczną dziewczyną o imieniu Heroina”, jak śpiewa Maciej Maleńczuk w piosence Jestem sam: „Poz­nałem egzotyczną dziewczynę. Piękna była to dziewczyna. Miała na imię Heroina. Leciałem. Leciałem. Le­ciałem…”

Nie rozumiem, po co brać drugi raz, skoro odczucia po pierwszym są fatalne?

Bo wszyscy mówią, że jest cudownie! Bo czytali Witkacego, Williama S. Burroughsa, bo Bułhakow w Morfiniście opisuje odczucia morfinisty jako niebywały odlot (a morfina jest 10 razy słabsza od heroiny). Więc nie wierzą, że to może być tak kiepskie doznanie.

A jak wezmą dużą dawkę i znów będą wymiotować?

Za drugim razem już nie. Powiem tak: generalnie nawet normalna dawka wywołuje torsje, ale już za drugim razem daje wyłącznie euforię. Ja dostałem słabszą dawkę. Jakby niezgodnie z zasadami.

Mam koncepcję. Ktoś, kto zaczyna kombinować: „Co prawda ja się czuję fatalnie, ale przecież wszyscy inni mówią, że jest tak fajnie, więc muszą mieć rację”, spróbuje jeszcze raz. Natomiast ktoś, kto ma wysokie poczucie własnej wartości, drugi raz nie weźmie.

Mówienie o tym, że ludzie biorą z ciekawości, jest jak najbardziej słuszne. Ale jeżeli działają wszystkie czynniki ochronne, czyli funkcjonują wszystkie systemy, blokady w naszym życiu: miłość rodziców, ich akceptacja, poczucie bezpieczeństwa w domu, harmonia w życiu, dobre relacje w szkole, fajna grupa rówieśnicza, to gdy np. na obozie żeglarskim pojawi się ktoś, kto powie: „Spróbuj!”, i włączy się nam ciekawość, to po jej zaspokojeniu wcale nie musi się uruchomić proces, że chcę wziąć po raz drugi.

Chyba że doświadczysz euforii.

Ale nawet wtedy, gdy jej doświadczysz, ciekawość została zaspokojona. Już nie szukasz dalej. Bo ci to nic nie załatwia.

Bo jest tylko trochę fajniej niż na co dzień?

Jest inaczej fajnie. Mało tego – jest chemicznie fajnie. Dlaczego, gdy zaproponowałem ci lekarstwo na katar, który ci dokuczał w czasie rozmowy, żachnęłaś się: „Przecież to chemia!”. Ty masz przed nią blokadę. I ona chroni cię przed narkotykami. Dużo ludzi ją ma. I zdecydowanie więcej młodych ludzi niż kiedyś. Bo rozumieją, że chemia, nawet tzw. lecznicza, może wywołać bardzo dużo negatywnych zmian w organizmie. Jest strach. We mnie strachu nie było. Nie było instynktu samozachowawczego.

William Burroughs – autor Ćpuna – napisał zdanie, które zrozumiałem dopiero wtedy, kiedy sam wziąłem: „Heroina wchodzi na poziom komórkowy”. Staje się ona częścią reakcji komórkowych. Staje się częścią ciebie. Nie możesz bez niej funkcjonować. To jest naprawdę wejście w metabolizm. Endorfiny mają identyczny skład chemiczny z heroiną.

Ten pierwszy strzał był jak orgazm. I podobnie jak chłopcy zakochują się w przygodnie poznanej kobiecie czy dziewczynie, z którą przeżyli swój pierwszy seks (co nie ma nic wspólnego z miłością, bo to po prostu buzują hormony), tak ja zakochałem się w heroinie. Wielu heroinistów deklaruje, że iniekcja heroiny jest dużo przyjemniejsza od seksu.

Spróbowałem i odleciałem. Można powiedzieć, że umarłem ja ten wcześniejszy – zakompleksiony, nieśmiały, niemający poczucia swojej wartości. Nie mog­łem już zapomnieć o tej niezwykłej kochance.

A przecież teoretycznie sport powinien mnie wyposażyć w umiejętności pozwalające stawić czoło bólowi istnienia. Nie zrobił tego. Nie ochronił mnie przed wejściem w narkotyki.

A co z drugim strzałem? Też razem z Jarkiem, na zgrupowaniu?

Nie. Jarek zdążył mi podać tylko raz. Ktoś poczuł ten smród gotowania wacików i wywalili go z obozu. Niestety padło podejrzenie, że też mogę brać.

Z Zakopanego pojechałem na drugi obóz sportowy do Limanowej, tym razem z rówieśnikami. Przeżyłem na nim jakieś doświadczenia seksualne z dużo starszą od siebie trenerką drużyny żeńskiej, która tam przebywała. Kompletnie nie myślałem o narkotykach – w głowie miałem tylko seks. Byłem z dala od szarej, smutnej Warszawy, z dala od szkoły, ciężkiej atmosfery domowej, więc wróciłem na właściwe tory, czyli do myślenia osiemnastolatka o seksie, a nie o narkotykach, które już, niestety, gdzieś w mojej głowie sobie wymościły gniazdko. Na razie weszły w sferę podprogową. Nie były jeszcze dominujące w moim życiu.

To były czasy, gdy w sklepach ciężko było cokolwiek kupić. Mama przysłała mi w paczce proszek do prania. W foliowej torebce. Trenerzy uznali, że to są narkotyki. Wybuchła wielka afera. I chociaż wszystko się wyjaśniło, jednak zostałem nastygmatyzowany jako narkoman. Choć jeszcze nim nie byłem.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz