Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Schyłek VI wieku naszej ery. Imperium Rzymskie dogorywa. Broni się jeszcze tylko stolica (miasto Rzym),oblężona po raz ostatni już przez plemiona barbarzyńców. Pierścień oblężenia przebija grupa straceńców, pragnąca odszukać mityczny ostatni legion (jedyny legion, który pono nie uległ barbarzyńskiej nawałnicy) i sprowadzić go pod mury Rzymu dla ocalenia miasta. Dowodzą tym elitarnym zespołem desperatów dwaj ludzie: konsul Valerianus i najlepszy żołnierz Rzymu, trybun Fulviusz, zwany bogiem wojny Towarzyszy im małżonka konsula, Terencja Sabina, w której Fulviusz jest zakochany...
[opis okładkowy]
ISBN 83-60297-04-5
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Zagórowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Waldemar Łysiak
#r
O s TX TOSCI &
KiOjfO
tom II
Wydawnictwo
Waldemar Łysiak
OSTATX_m %0J{0,RJ31
ISISIBJBIBJSIHISISiBIBIBfSISISIBISISISIHIBIBISI
Waldemar
Łysiak
SDII
Wo
WD o
WIE o
Will o
XIX o
XXDo
ML
Łysiak
y\
os TM X
KIO j{O %T J71
tom II
Wydawnictwo Warszawa 2005
© Copyright by Waldemar Łysiak 2005
[ copyright autora obejmuje również
wszystkie rozwiązania graficzne i typograficzne książki ]
Wydanie I Warszawa 2005
% ^ i r i
Opracowanie typograficzne i graficzne: \ i) . ^ b ^ ! - j
Waldemar Łysiak i Adam Wojtasik
Projekt okładki:
Waldemar Łysiak i Adam Wojtasik Redakcja techniczna:
Adam Wojtasik L Ą
Przy opracowaniu graficznym wykorzystano fragmenty obrazów H. Piątkowskiego (front okładki II tomu) i L. Śleńdzińskiego (karta tytułowa I tomu), oraz grafikę J. H. Fussli'ego (str. 576). W tekście wykorzystane zostały fragmenty wierszy A. Łysiaka (str. 194, 274, 403, 573). Obraz H. Piątkowskiego „Rzymska para" vel „Poufna rozmowa oficera legionów z damą" (1872) znajduje się w kolekcji autora książki.
V 1 /
WYDAWNICTWO NOBILIS — Krzysztof Sobieraj ul. Dominikańska 33, 02-738 Warszawa,
tel./fax: 853-12-61, e-mail: [email protected]
ISBN 83-60297-04-5 t. 2.; ISBN 83-60297-05-3 t. 1-2.
DTP: Wydawnictwo Key Text 01-180 Warszawa, ul. Górczewska 8 w w w .key text .com .pl
Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa SA 90-215 Łódź ul. Rewolucji 1905 r. nr 45
Gdy zbliżyliśmy się do Vicetii, skąd prowadziła ku wschodowi Via Postumia, Fulviusz chciał ominąć miasto, lecz setnik Adaloald, Got, którego dał nam komes Egfrid, rzekł:
— Panie, tam wśród straży biskupiej służy mój bratanek Liutperd, bystry chłopak. Zezwól mi jechać i pogadać z nim. Wypytam czy szedł przez miasto, albo blisko miasta, wasz wróg, Seranus Cimber, i czy da się w Vicetii uzupełnić zapasy, bo mąki długo już nie starczy, wkrótce będzie krucho.
Fulviusz wyraził zgodę. Adaloald wziął czterech gockich wojów (ci czterej zostali przy nim, gdy reszta danych nam Gotów wróciła już — zgodnie z umową — do Egfrida; opuścili nas koło Ariminum). Pojechał także Rega, i wziął ze sobą mnie tudzież Atenajosa, licząc, że mnich znający gwary barbarzyńców usłyszy w mieście więcej.
Fałszywie noszony przez Adaloalda pierścień króla Teude-berta łatwo uchylał ostrogockie drzwi i bramy, dlatego rychło Got przyniósł Redze wiadomość, że dowódca straży miejskiej i majordom biskupa zezwalają nam stanąć obozem w za-kołu rzeki biegnącej meandrami wzdłuż calutkiego podgrodzia. Rega kiwnął głową:
— Uwiadom trybuna, Adaloaldzie. My tu jeszcze będziemy się kręcić, zejdziemy miasto, i przed zmierzchem trafimy do obozowiska.
Nie wiem czy w jego decyzji tkwiło więcej rozwagi (chęci spenetrowania grodu), czy więcej nostalgii (chęci powdychania smrodu miejskiego). Może to drugie, bo nie zaznaliśmy wnętrza gwarnego miasta już od kilku tygodni, i niektórych (mnie również) trawiła tęsknota do „urbs". Tutaj bazaltowe chodniki nie były tak szerokie jak w Rzymie, gmachy (piętrowe pudła z kamieni gabińskich) tak wysokie, a wille (rezydencje z marmurów i trawertynów) tak okazale, dużo widzieliśmy drewna i prowincjonalnej lichoty — lecz jednak było to duże miasto. Rozebrany amfiteatr posłużył biskupom do wzniesienia z pogańskich głazów katedry, dawniej katolickiej, teraz zaś ariańskiej, tudzież pałacu biskupiego. Ulice („itinery" dla pieszych i „actusy" dla fur) tętniły pulsem roju. Zwłaszcza deptaki handlowe wokoło forum, prowadzące wzdłuż niskich ceglanych budynków zawierających sklepy, gdzie wszystkim handlowano; były tu nawet baseny rybne z wodą, którą doprowadzał akwedukt. Rega wypytał o ceny wina, mąki i oliwy; później udaliśmy się do latryny publicznej, którą chłodziła fontanna; następnie zasiedliśmy w gospodzie, by odpocząć od tułaczki i przypomnieć sobie kuchnię wielkomiejską. Dziewki, które zaczepiały każdego gościa, przepędzaliśmy machnięciami rąk, jak przepędza się muchy ze stołu, lecz nikt nie machnął ręką kiedy przysiadł się bezczelny kleryk. Miał lisią gębę, całą cętkowaną od starych wrzodów, i seplenił, bo brakowało mu zębów na środku pyska. Gdyby zobaczył go Marcipor, mruknąłby: „ — Źle", węsząc kłopoty. Kleryk zagadnął Atenajosa obcesowo:
Salve1, braciszku! Widać, żeś świeżo przybyły, bom ja tutejszy i wszystkich tutaj mnichów znam, rudych także...
Zawiesił głos, czekając odpowiedzi. „Avis" wytrzeszczył nań wzrok i spytał:
Wolisz wino słodkie nocą, czy wiatr północny o poranku?
Tamten zdębiał, a Rega burknął:
— Zostawcie go, dobry człowieku, to wariat.
Intruz zwęził chytre ślepia:
— Ale nietutejszy wariat! Tutejszych znam co do jednego...
— Nietutejszy, wędrowny.
— Wędrowny wariat, no, no! Przebrał się w habit dla hecy wędrownej, czy dla hecy wariackiej?
— Nie, to biedny mnich, któremu złośliwe fata pomieszały rozum. Jego klasztor spalono.
— Który klasztor?
— Qho — rzekł „Avis".
— Co on gada? — spytał intruz.
— Powiedział nazwę swego monasteru.
— Znam wszystkie klasztory. Takiego nie ma.
— Może i nie ma — wzruszył ramionami Rufus. — Ja nie znam się na klasztorach. Spotkaliśmy biedaka w drodze i razem wędrujemy.
— A dokąd?
— Dokądkolwiek. Gdzie bogowie prowadzą.
— Bogowie? Jednego czcimy Boga, jednego jedynego na niebie i ziemi, wszechobecnego Stworzyciela... — uśmiechnął się znowu tamten. — Mówiąc o bogach, wskazujesz, wędrowcze, ilu pogańskich bogów?... Toż przecie tylko pogaństwo dawnej Romy mnożyło bogów. Czyżbyś uprawiał bałwochwalstwo?
— Skąd! — prychnął Rega. — Mówię o dwóch Bogach: o Chrystusie i o Jego Przedwiecznym Rodzicielu. Dwóch to chyba liczba mnoga, klecho? Mam prawo!
Palnął błąd, choć zdawało mu się, że wybieg jest celny. Kleryk pokazał resztki zębów, tym razem już się nie śmiejąc:
— Tu nie rządzi katolickie prawo papieża o Trójcy Świętej, lecz nasze ariańskie kościelne prawo o jedynym Bogu, które neguje boskość Chrystusa, przybłędo! A już wywoływanie dawnych rzymskich bóstw jest tu karane gardłem!
Rega chwycił kubek, łyknął wina i udając lekko podchmielonego starał się wybrnąć z sytuacji:
— Czepiasz się gminnych słów, przyjacielu! Kiedy ktoś westchnie: „ — O bogowie!", wlepisz mu bałwochwalstwo? Tak się potocznie gada! Gdy ja ci rzeknę, iż wędrując śpimy często „sub Jove"*, weźmiesz mnie za czciciela Jowisza, klecho? To bez sensu.
— Wielobóstwo jest bez sensu! — wyseplenił wściekle tamten.
— Całkowicie się w tej kwestii z tobą zgadzam — przytaknął Rufus. — Mnogość wiar czyni jakby żadnej wiary nie było. Masz rację. Napij się z nami.
— Innym razem... — rzekł kleryk, wstając. — Czas mi już. Darujcie, żem zaczepił was i zagadał, ale to z ciekawości jeno, bom zoczył nowego mnicha w grodzie... Szczęśliwej wędrówki.
— Wolisz hodować gołębie, czy pryszcze na gębie? — spytał go rymem Atenajos.
Dziobata twarz kleryka pobladła jak uderzona, lecz nic nie rzekł, tylko odwrócił się gwałtownie i wyszedł z gospody.
— To mi brzydko zalatuje — mruknął Rega. — Zmykajmy stąd. Nie frontem, przez podwórzec!
Wymknęliśmy się tyłem, od tyłu weszliśmy też do stajni, i czym prędzej ruszyliśmy w stronę rzeki, by szukać obozu. Gdy zbliżyliśmy się ku jej brzegom, ujrzeliśmy obóz Fulviu-sza na wyspie! Między brzegiem a obozem biegł nurt rzeki! Przy samym brzegu warowała hurma grodzkich łuczników i kopijników, ni podejść. Chcieliśmy się cofnąć, lecz było za późno, bo opadł naszą trójkę rój jeźdźców.
— Z siodeł! — ryknął ich setnik do nas.
Kilka chwil później, otoczeni grodzką strażą, człapaliśmy już ku miastu, mając dłonie związane sznurami na plecach. Przez całą tę drogę eskortujący gadali między sobą, mocno podnieceni, lecz i uradowani, bo coraz to trzęśli się od śmiechu. Korzystając z tego, Rufus szepnął do mnie i do Atena-josa:
— Gdy wezmą na spytki, mówcie, że...
— Milcz! — syknął Atenajos.
— Chcę was tylko ostrzec, iż...
— Zamilknij, pyskaczu!
— Dlaczego?
— Wolisz żuć, czy wiedzieć? Przeszkadzasz!
Wtedy zrozumiałem (Rega zrozumiał również), że widocznie dziesiętnik i jego żołdacy gadają coś ważnego, a mnich znający gocką mowę chce tego dalej słuchać.
Doprowadzono nas do lochu pod biskupim pałacem. Była to piwnica rotundy, krągła przestrzeń z żelaznymi pierścieniami w murach. Każde kółko miało łańcuch, który kończył się obręczką zakładaną powyżej stopy więźnia. Łańcuch zezwalał ruszać się na boki i ku środkowi klepiska, gdzie stał
dzbanek z wodą i gdzie stawiano jedną brudną michę z jadłem dla wszystkich trzymanych tutaj więźniów. Kiedy nas tam wepchnięto, rozwiązano i przykuto do szorstkiego muru, piwnica była prawie pusta, gościła jednego tylko nieszczęśnika, wyschniętego staruszka o długiej białawej brodzie, śpiącego lub półżywego, bo nawet się nie ruszył, choć żołnierze czynili hałas. Nim sobie poszli, strażnik więzienny, utykający ciężko garbus gigantycznej postury, zakluczył nam łańcuchowe obręczki wokół kostek, uwiesił przy pasie klucz kajdanowy i wskazał dłonią dzban, bez słowa, ale to miało znaczyć: tutaj jest picie. Chciało mi się pić, gardło spierzchło mi ze strachu, wszakże nie mógłbym przełknąć ani dwóch kropel, zbytnio mnie mierził smród odchodów białowłosego więźnia. Strażnik stąpnął ku wyjściu za żołnierzami, lecz wtedy mnich raptownie ucapił jego nogi, skamląc:
— Panie, jam człek niewinny, wczoraj dopiero poznałem tych ludzi, puśćcie mnie, a ja się wywdzięczę bez targu!
Garbus oswobodził prawą nogę i uniósł, by kopnąć mnicha, lecz opuścił ją wolno, gdyż usłyszał pytanie:
— Chcecie złoto, czy może srebro z rubinami?
Żołnierze też stanęli jak wryci, zerkając ciekawie. Garbus
poderwał Atenajosa, przyciągnął do siebie i warknął:
— Gdzie to masz?!
— Jeszcze nie mam, panie, lecz zaraz będę się tu modlił o łaskę bożą dla wykupu, tedy muszę wiedzieć o co konkretnie mam się modlić: wolicie złoto, czy raczej srebro i szlachetne kamyki? Może turkusy?
Gockich żołdaków porwał śmiech, zaś garbus rzucił mnichem na klepisko jak lalką, splunął i wyszedł z lochu. Wyjście nie było kluczone, nie miało drzwi oraz krat, same łańcuchy u nóg starczały. Tuż za wyjściem znajdowało się pomieszczenie strażnika pilnującego przykutych więźniów. Czasami zerkał uważnie do kolistego wnętrza, lecz później nie było go widać; mogliśmy tylko słyszeć jego kroki, gdy odchodził gdzieś na chwilę, jego zęby, gdy żarł, i jego wargi, gdy sie-dział pogwizdując.
Los Fulviusza i los Kornelii trapił mnie wtedy bardziej niż mój własny. Relacja Atenajosa mroziła krew: wszyscy wpadli w pułapkę chytrze zastawioną przez Gotów. Słowa, niby błahe, a ciężkie jak kamienie: „cypel", „grobla", „śluza", „wyspa", „kwarantanna", „sak dla szczurów", oraz inne, które mnich łowił z dialogu eskorty kiedy nas prowadzono. Szczegóły poznaliśmy później od Fulviusza i od Marcipora, więc dzisiaj mogę zdać sprawę szerzej niż ją kwitował Mar-cipor swym „ — Źle/", chociaż to słówko celnie określało stan faktyczny:
Wskazano trybunowi jako plac do biwakowania łachę nadbrzeżną — rodzaj cypla tworzonego przez rzeczny meander. FuWiusz nie wiedział, iż w Vicetii było to miejsce kwarantanny zwane „wyspą zapowietrzonych". Pozwalało się odciąć nurtem rzeki od brzegu, dzięki uniesieniu śluz grobli biegnącej milę dalej, i wtedy cypel stawał się wyspą. Niegdyś separowano tam trędowatych, lub zadżumionych, lub uciekinierów bądź kupców z terenu nękanego epidemicznym choróbskiem. Spuszczoną tak właśnie wodą odcięto Fulviu-sza. Była to woda niezbyt głęboka i nie nazbyt porywista, mógłby ją konnicą przekroczyć, lecz bez piechoty i bez wozów, a do tego płynąca jazda stanowiłaby łatwy cel dla goc-kich łuczników pilnujących linii brzegowej. Znalazł się tedy w wilczym dole, jak schwytany basior.
— Po co to zrobili? — zapytałem.
— Czekali — domyślił się Rega.
— Istotnie, czekali — przytaknął Atenajos. — Czekali na wyznawców Marsa, Jupitera tudzież innych olimpijskich bożków. Ktoś im zapodał, że na północ zdążają bałwochwalcy reaktywujący greckie i starorzymskie wielobóstwo...
— Seranus Cimber! — zgadł znowu Rega. — Musiał tutaj być przed nami, i musiał już się dowiedzieć, że ściga go Valerianus, dłatego podbechtał lub kupił tutejszą hierarchię ariańską!
— Biskup tutejszy to drań, a zwie się Honorius — rzekł mnich. — Goci mówili, iż tępi wszelkie ślady wielobóstwa jak zarazę.
— Typowy ariański fanatyk! — zezłościł się Rufus. — Tępi resztki wyznawców Olimpu, bo coś musi tępić jako krwawy apostoł, gdy nie umie zdusić pogaństwa we własnym plemieniu, gdzie tylko górne warstwy przyjęły nową wiarę, doły zaś dalej czczą cichcem bałwana praojców, drewnianego, leśnego, swojskiego! Denuncjując nas fałszywie, Seranus rzucił temu biskupowi żer, by świątobliwy mąż mógł wyprawić ariańskie igrzyska dla tłumu! Jeśli jakimś cudem wyjdę stąd cało, Seranus mi zapłaci, zemszczę się okrutniej niż planowałem!
— Wyjdziesz dzisiaj... — mruknął Atenajos. — Tylko czy dojdziesz? Grożąc zemstą, obrażasz Chrystusa Pana. Lepiej się módl.
— Modlę się jedynie do bogiń zemsty!! — zgrzytnął Rega. — Skąd wiesz, iż wyjdę dzisiaj, ptakolubie? Ptakiem nie jestem, nie wyfrunę stąd.
— Ja cię wyzwolę, więc nie turbuj swego kalafiora, wkrótce będziesz wolny. Ale tylko skrucha oraz łaska Pańska mogą wyzwolić cię spod jarzma grzechu. Zemsta jest grzechem!
Rufus chciał przeczyć, gdy raptownie dobiegł nas z boku głos leżącego starca:
— Młody ma słuszność! Chrystus prawił: „ — Pomstę ostawcie mnie!".
Przypomnieliśmy sobie, że nie tkwimy tu sami, i dowiedzieliśmy się, że nasz więzienny kompan to nie trup. Biało-brody dźwignął łokciem swe wychudłe członki i usiadł, powtarzając:
— Pan mówi: „ — Zemsta jest moja!".
— Mówi, mówi!... — przytaknął kwaśno Rega. — Mówi też: „ — Będziesz miłował nieprzyjacioły swoje".
— Prawda, że i tak nauczał.
— Vulgo: mam miłować łotrów?... Przestańcie mnie rozśmieszać, twój Chrystus i ty! Gdybym miłował nieprzyjaciół moich, dawno bym przez nich gryzł ziemię!
— Zatem negujesz władztwo Chrystusa Pana? — spytał białobrody.
— Neguję wszystkich idoli, których cudowną sferę głoszą kapłani wszystkich kultów. Ale nawet gdybym chciał bić pokłony bogom, prędzej wybrałbym Jowisza niż Chrystusa. Wolę siłę od słabości, ideę walki od nauki pokory, prawo sprawiedliwego rewanżu od manii bezwarunkowego miłosierdzia, Chrystianizm to niemęska rzecz. To religia dla niewolników, płaczków i bab. Żadne twoje argumenty, starcze, nie przekonają mnie do twego idola.
— Nawet ten, że gdybyś prowadził się niczym Chrystus, uznano by cię za człowieka przyzwoitego, a gdybyś żył niczym Jowisz — byłbyś gwałcicielem, wiarołomcą, krzywo-przysiężcą, cudzołóżcą, mordercą i przeniewiercą? — spytał cierpko białobrody.
— Teraz wiem za co tu siedzisz, staruchu. Za demagogię.
— A ty za unikanie odpowiedzi, bezbożniku? Która droga lepsza, Chrystusowa czy Jowiszowa?
— Obie mi nie pasują. Żeby naśladować Chrystusa czy też Jowisza, musiałbym mieć pociąg do wstrzemięźliwości abne-gackiej lub do rozpasania gromowładnego, a ja zawsze chciałem być tylko wolnym człowiekiem, który nie prześpi jedynego danego mu życia — wyjaśnił Rufus. — Urok życia polega na swobodzie i folgowaniu własnym słabostkom, a tego twój Bóg zabrania swoimi przykazaniami. Wrogowi nie można oddać uderzenia, lecz trzeba bijących krzywdzicieli kochać serdecznie; poplotkować żartobliwie nie wolno, bo to zaraz „rzucanie fałszywego świadectwaspojrzeć ku żonie sąsiada też nie wolno, aby nie zgrzeszyć „pożądaniem żony bliźniego swego"; et cetera, et cetera. Nie patrz, nie piśnij, nie pomyśl, nie dotknij, umartw się na wiór! Czy w tej waszej religii jest coś ludzkiego?
— Jest. Nie ma przykazania zabraniającego gardzić głupim dywagowaniem!
Ten złośliwy komentarz rzucił Atenajos. I odwróciwszy gniewny wzrok od Rufusa, zwrócił się do starca:
— Wybacz mu, bracie, bo on nosi kalafior wewnątrz głowy, a diabła ma w sercu.
— Nie wierzę, by twój towarzysz miał diabła w swoim sercu — szepnął starzec. — On ma tam pustkę, gdyż nie przyjął daru Bożego... Religia jest darem, cudownym darem, innym niż dary-przedmioty. Dar-przedmiot prędzej czy później traci swą siłę, kiedy się już opatrzy, bo istota tej siły tkwiła nie w przedmiocie ofiarowanym, lecz w krótkiej radości dostawania daru. Tymczasem siła daru wiary tkwi w codziennym szczęściu zwracania się ku Opatrzności Bożej i myślą, i modlitwą, z tą ufnością dziecka, któremu sieroctwo nigdy nie zagrozi, mimo wszelkich przeciwności losu.
Wówczas ja odezwałem się pierwszy raz do tego starca:
— Mówisz mową kapłanów, starcze...
— Jestem kapłanem, synu. Jestem ksiądz Damian z kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. To cztery mile od Vice-tii. Ale mój kościół już zniszczono...
— Ten go zniszczył, który cię uwięził?
— Biskup Honorius? Nie, aczkolwiek przez jego wrogość się to stało. Uwięził, bo nie chciałem zdjąć Chrystusa z ołtarza, gdzie prócz Chrystusa nie było nikogo innego. Dla arian Chrystus nie jest Bogiem, więc Honorius nazwał mnie bluż-niercą i rzucił do tiurmy. Nim wprowadził do kościoła swoich kapłanów i stróżów, jacyś dzicy poganie leśni ograbili świątynię i dali ją płomieniom. Wytknął mi, że to moja wina, czy może wprost sprawka moich ludzi. A ja mu odparłem, że tylko on jest tu winny, lecz nie zwycięży, bo prędzej gwiazdy zgasną na niebie niźli Chrystus Pan zniknie z niebios.
— Długo cię będą trzymali tutaj?
— Nie wiem, może i do zgonu samego... Przynieśli mi tu pergamin, inkaust i pióro, bym się pokajał tym piórem, dając pisemne świadectwo mego „błędu". A jam napisał tylko cztery zdania: „/ będzie jeden król na ziemi oraz w niebie — Jezus Chrystus. Miłosierdziu Chrystusa Pana Wszechmogącego polecam w każdej modlitwie twoją osobę, Honoriuszu. Módl się doń, a On ci wybaczy". Dlatego mnie tu trzymają, bym skruszał.
— Skruszałeś już na ciele mocno, tylko jeszcze nie na duchu — prychnął Rega. — Modlisz się bez przerwy, lecz twój wszechmogący Pan jakoś nie zsyła tu zastępu aniołów wybawców. Czymże jest pustka mojego serca, którą tak biegle gromisz, wobec pustki w niebiosach, ku której kierujesz błagania, klecho? Wszyscy jesteście sierotami. Wołacie do bezkresnej dziury w niebie, i możecie żebrać tak ile sił, a nikt stamtąd nie odezwie się, nie odpowie chociażby jednym słowem, nie da wam znaku. Bóg jest wyłącznie ziemską chimerą, konieczną gwoli tłumienia lęku przed pośmiertną nicością, i gwoli łatania kalekiej wiedzy ludzkiej. Ludzie są
śmiertelni dlatego, że są żywi, zaś religijni są dlatego, że są śmiertelni. To strach. Drugim areałem Pana Boga jest ignorancja naszego gatunku. Podobno „tylko wszyscy ludzie wiedzą wszystko". Tak mówi porzekadło, lecz głupio mówi. To bzdura, bo nawet mędrcy i uczeni nie znają mnóstwa aspektów bytu i kosmosu, nie rozwikłali wielu zagadek otoczenia, nie przejrzeli natury dogłębnie. Gdzie tylko uderzają głową o mur tajemnicy — gdzie widzą problem, którego zgłębienie przerasta możliwości rozumu, gdzie zaskakuje ich dziwność, której nie potrafią wytłumaczyć racjonalnie — tam jako siłę sprawczą przywołują magiczną ingerencję Pana Boga. Bóg jest cudownym zapchajdziurą wszelkich luk w rozpoznawaniu mechanizmów świata i mrocznych głębin życia ludzkiego. To tyle.
— Ejże! Nie zapomniałeś o czymś? — spytał Atenajos.
— O czym?
— O roli diabła, bezbożniku. Brak wiary w istnienie Boga nie przeszkadza ci chyba wierzyć w istnienie diabła? Kłopot z tym, że kto wierzy w istnienie diabła, nie może serio negować istnienia Pana Boga.
— Wierzę jedynie, iż diabeł lepiej przystaje do człowieka niźli Bóg.
— Twierdzisz więc, że natura ludzka jest zła, bardziej diabelska niźli bogobojna i bogolubna, czy tak?
— Nie tak, głupku, myślę o współdziałaniu! — rzucił Rega kpiąco, przyjmując złośliwą konwencję wymiany ciosów z mnichem. — Pan Bóg człowiekowi nie pomaga być dobrym i szczęśliwym, każe mu się samemu zmagać, samemu uruchamiać i kultywować silną wolę, ciężką pracę, hart ducha. A diabeł jest zawsze gotowy cię wesprzeć w dawaniu folgi słabościom, w popełnianiu grzechów, łamaniu zakazów, we wszelkim czynieniu zła. I robi to — kusi i pomaga. Interweniuje, a Pan Bóg sobie śpi. To kwestia zaangażowania w dzieło, mnichu. Kiedy biskup, dziś lub jutro, weźmie cię na spytki — diabeł mu dopomoże, a tobie nikt nie pomoże. Chciałbym być obok, gdy zapytasz ekscelencję co woli: siusianie w kucki czy upał?
Rozważę z nim dużo głębsze sprawy, bo to bez wątpienia człek głębszy aniżeli ty, panie Rego, wytwórco pętelkowych siodłanych rzemyków.
Rozważ więc z nim istotę Qho, rudy jarmarczny kuglarzu.
— Jeśli tylko zechce...
— Cóż to jest Qho? — zapytał białobrody kapłan.
— Wszystko — odparł po swojemu „AWs".
— Wszystko? Czyli co?
— Czyli absolut absolutny, proszę księdza! — roześmiał się Rufus. — Ogień i woda, duch i materia, dobro i zło, łącznie metafizyczna równowaga, w której plus i minus tworzą wspólne zero bytu i opatrzności ptasiej.
— Dlaczego ptasiej?
— Az tym pytaniem to już nie do mnie, proszę księdza. Białowłosemu może to wyłuszczyć jedynie czerwonowłosy. Chciałem rzec: czerwonopióry. Aczkolwiek sam uważa, iż jest czerwonoskrzydły i dlatego kalafioroodporny.
Cała ta paplanina stawała się coraz bardziej dziwaczną, szczeniacką, głupią, wprost absurdalną, więc tylko strachem, który mnie wtedy gnębił, mogę tłumaczyć, iż nie zorientowałem się, że to gra, teatralna maskarada ciągnięta z rozmysłem przez dwóch wtajemniczonych. Zwłaszcza do Rufusa nie pasowało takie świergotliwe plecenie głupstw, maniackie kontynuowanie słowotoku pełnego szyderstw, bluźnierstw i prowokacji. Przypomniałem sobie wówczas, iż Rega był już w Rzymie podejrzewany zarówno o czarnoksięstwo, jak i o bezbożność, lecz status Fulviusza chronił jego majordoma przed aresztowaniem i sądzeniem. Zdawało mi się tedy, iż loch, brak nadziei, bliskość kaźni wyzwoliły Rufusa, kazały mu zerwać maskę i głośno oznajmiać prawdę na temat uprawianego ateizmu. Przedśmiertna desperacja często prowadzi brańców i skazańców do takich autodemaskatorskich eksplozji (Philomusus nazwałby to po grecku: „katharsis"*). Jakże wciąż nie znałem Rufusa Regi! Człowieka, który ciągle wpajał mi jedno: „ — Wynajduj!". „Pies «Sotera»" nie zrzucił wtedy maski, lecz przeciwnie — założył maskę! Maskę bezbożnego błazna, pytlusa mądrzącego się i kłócącego po gówniarsku. W ważnym celu — żeby zyskać czas. Robił wszystko, by autokrata Vicetii, Honoriusz, przesunął „spytki" (czyli tortury) na kolejny dzień. Ergo: robił wszystko, by w krągłym lochu doczekać zmierzchu, snu strażnika i występu kuglarza noszącego mnisi habit. Wiedziałbym o tym, gdybym wcześniej zauważył co zrobił swymi zręcznymi palcami Atenajos tarmoszony przez garbusa. Kocim oczom Regi to nie umknęło. Tak jak nie umknęły mu detale sklepienia piwnicy. Dlatego bezustanną paplaniną religijną podjął grę o czas.
Za dnia loch był jasny, gdyż umieszczone wysoko tondka wpuszczały tu dużo światła słonecznego. Kiedy zgasł dzień, strażnik przypalił dwa długachne łuczywa osadzone na murze. Rozkazał kończyć gadanie i spać. Sam oddał się Morfeuszo-wi bez nijakiego trudu, chrapiąc później ciężko. Spośród nas szybko zasnął tylko ksiądz Damianus, widać już przyzwyczajony. Wkrótce jednak i Rufusowi zachciało się spać, dlatego spytał:
— Wszyscy śpimy?
— Oczyszczenie (grec.).
— Ja nie usnę na pewno — oznajmiłem.
— No to dobrze! — mruknął Rega. — Zbudź mnie przed świtem, synku.
— Nie trzeba — szepnął „Avis". — Ja się obudzę kiedy zechcę, a przed samym świtem to może być trochę późno. Kładźcie się, Bóg nam sprzyja.
Sporo minęło czasu, mierzonego moim strachem (a i wypełnionego zdziwieniem, że ci dwaj tak beztrosko znoszą los więzienny), nim usłyszałem dochodzący od góry, ze strefy zupełnego mroku (gdyż nie sięgały tam blaski łuczywa), łopot ptasich skrzydeł. Wtedy właśnie mnich usiadł w kucki i trącił Regę, po czym wyjął skądś kajdanowy klucz strażnika, tego garbusa wciąż chrapiącego za murem. Moment później wszyscy nie mieliśmy już obrączkowanych nóg i nie byliśmy przykuci łańcuchami do ścian. Ksiądz tarł zaspane gały, ja dusiłem łzy radości, a kuglarz i „pies «Sotera»" kłócili się szeptem:
— Ty cholerny durniu! — syknął cichutko Rega. — Nigdy w życiu nie strzępiłem języka równie długo! Strzępiłem, by tamten zechciał podsłuchiwać moje ględy aż do zmierzchu i by przełożył spytki na jutro. Ty zaś co robisz? Obiecujesz mnie uwolnić! Gdyby się zorientował, mógłbyś sobie wsadzić klucz we własne dupsko, a nie w zamki kajdanów, czubku!
— Jak miał się zorientować? Przecież gadałem, że uwolnię was modlitwą.
— Gadałeś, bo rozpierała cię pycha, że taki zręczny z ciebie sztukmistrz, świrusie!
— Będziesz mi przyganiał aż doczekamy tutaj kolejnego zmierzchu, czy będziesz robił co do ciebie należy? spytał Atenajos. — Ja już swoje zrobiłem, teraz twój ruch. Pokaż
swoją zręczność, panie Rego!
Rufus pokazał swoją zręczność w przedsionku celi. Wyjął śpiącemu garbusowi zza pasa nóż i błyskawicznym ruchem rozciął krtań. Chrapanie ustąpiło rzężeniu kiedy struga juchy obryzgała mur. Weszliśmy na kręcone schodki. Kondygnację wyżej zobaczyliśmy dwóch drzemiących wartowników. Pierwszemu Rufus przeciął szyję pod brodą; drugiemu zdusił dłonią gardło, budząc, przyłożył czubek klingi do oka, i zapytał :
— Gdzie śpi biskup?
— Na drugim piętrze! — jęknął wartownik.
— Na drugim piętrze samej wieży?
— Na szczycie rotundy ma sekretariat, a sypialnię obok.
— Wchodzi się dc niej przez sekretariat?
— Można przez sekretariat... ale można i z korytarza, jest tam drugie wejście.
— Zamyka od wewnątrz?
— Zamyka, panie.
— Wszystkie drzwi?
— Wszystkie, prócz wyjścia na taras balkonu.
— Ilu strażników?
— Dwóch, przy zakręcie korytarza.
— A co jest pod tym balkonem?
— Też balkon, tylko mniejszy, na półpiętrze, na luku wnęki klatki schodowej. Panie, daruj mi życie, będę milczał jak grób!
— Nie mogę — odparł Rufus, i chlasnął trzeci raz. — Będziesz milczał jak grób.
Nad każdym trupem białowłosy ksiądz kreślił dłonią znak krzyża i mamrotał kilka słów rozgrzeszenia. Rega przytroczył sobie jeden miecz; drugi podał mi, mówiąc:
Wykaż teraz, że gdym cię szkolił w fechtunku, nie było to stratą czasu, Kaiusie.
Wziąłem broń, lecz pełen obaw:
— Sądzisz, że przebijemy się dwoma mieczami?
— Nie przebilibyśmy się poza bramę i dziesięcioma. Tedy nie mogąc iść do zewnątrz, musimy iść do wewnątrz. Stąpajcie za mną bez hałasu.
Na małym balkonie półpiętra wieży trzeba było tylko trochę unieść wzrok, aby zobaczyć spód dużego balkonu, lecz trzeba byłoby mieć wzrost dwóch ludzi, aby capnąć dłonią jego krawędź.
— Muszę wejść tam! — rzekł Rega. — Sięgnę z twoich ramion, Kaiusie. Wydolisz mnie dźwignąć?
Wydoliłem. Stojąc na moich ramionach chwycił krawędź dużego balkonu i wciągnął ciało. Za chwilę spuścił uwiązaną kotarę, po której wspiąłem się ja. Później mnich obwiązał kotarą księdza i wciągnęliśmy białobrodego. Wreszcie Atena-jos obwiązał siebie, i również został wciągnięty. Teraz mogliśmy wejść wszyscy do sypialni biskupa.
Panował tam jeszcze mrok, lecz na zewnątrz już tylko gęsta szarość, bo przybliżał się świt, więc kiedy rozchyliliśmy drzwi balkonowe — dało się widzieć sprzęty. Łoże oddzielała od reszty wnętrza lśniąca, złotem haftowana kotara. Rufus uchylił ją delikatnie, zajrzał, po czym cofnął rękę, szepcząc:
— Zgadłeś, mnichu, kiedyś mówił, że Pan Bóg nam dzisiaj sprzyja. Ale nie zgadłbyś jak bardzo sprzyja!... Mirabile visu! 2
Jego kocie oczy penetrowały półmrok dużo lepiej niż nasze; wskazał nam stół i zachęcił, by siąść przy nim:
— Nie dojedli wieczerzy zbyt sutej. Kurak zimny, wszelako prawie cały, ciasto, wino, micha owoców, bierzcie się do żarcia!
Oderwał dla siebie udko, jeszcze chwilę krążył po komnacie, a później też spoczął i rzekł:
— Zaczekamy.
Czekaliśmy niezbyt długo, bo ksiądz Damian, źle widząc, strącił kubek ze stołu. Hałas zbudził śpiącego, kotara się rozchyliła, i wylazł nagus, który przypalił kaganek. Wtedy oniemiałem, podobnie jak ksiądz i mnich. Zobaczyliśmy młodzianka ledwie kilkunastoletniego. Był piękny niczym Amor i goły też niczym Amor, miał zmierzwione blondloczki i zwisające przyrodzenia lichego kalibru. Zrazu nas nie dojrzał, kiedy wszakże postąpił kilka kroków, zoczył. Uniósł kaganek, by się przyjrzeć, i rozdziawił gębę, jakby chciał spytać: „ — Coście za jedni?!...", lecz nie wykrztusił głosu. Rega spytał ostro:
— Ktoś ty, chłopcze?
— Je... jestem... Alboin — duknął drżąco ów szczeniak.
— Czyli kto taki?... Służysz tu?
— Słu... służę, panie... Jestem synem Hildirika, panie.
— A Hildirik to kto?
— Do... dowódca garnizonu Aąuilei.
— Przestań się jąkać. Aquilea wiele mil stąd. Co tu porabiasz, gówniarzu?
— Ojciec dał mnie bi... biskupowi Honoriusowi dla... dla przyuczenia kapłańskiego, panie.
— Rozumiem... — kiwnął głową Rufus. — Zbudź więc, Alboinie, swego nauczyciela.
— Kiedy... kiedy chce mi się...
— Nie pójdziesz do latryny. Lej w nocnik, lub w kąt, lub jak chcesz to lej z balkonu.
Kiedy cherubinek wrócił z balkonu, Rega kazał mu wejść do łoża, i chwilę później ujrzeliśmy biskupa. Złapał koszulę, wciągnął na swe opuchłe cielsko, i wodził ślepiami pełnymi
trwogi, nie wiedząc czy to jeszcze koszmarny sen, czy już równie koszmarna jawa.
— Witaj przesławny biskupciu Honopupciu! — parsknął Atenajos. — Wolisz tylcem, czy wierzchem?
Biskup milczał, dysząc ciężko.
Niech ekscelencja nie zwraca uwagi na tego mnicha, to wariat rzekł Rufus. — Może łyczek wina, by udrożnić suchy gardziołek?
— Czego chcesz?! — pisnął biskup.
— Chcę zawieźć ekscelencję do Aąuilei, gdzie komes Hil-dirik pragnie z ekscelencją pogwarzyć o swoim synu. Ruszymy przed śniadaniem, czy już teraz?
— Przywołam straże i nie wyjdziesz stąd żywy!
— Wołaj, ekscelencjo. Kiedy tu wejdą, ty będziesz miał rozpłatany brzuch.
Zapanowała długa cisza. Biskup ważył w spanikowanym łbie możliwości ratunku, gdy Rega dużymi kęsami gryzł pomarańczę, aż sok ściekał na pawiment, niczym krew z kałdu-na ciętego klingą.
— Dogadajmy się! — wychrypiał Honoriusz.
— Nie śmiałbym odmówić waszej ekscelencji. Ekscelencja chce przeżyć, i my też chcemy przeżyć, zatem wspólny mamy cel. Lecz aby to osiągnąć, musimy rzecz rozegrać ściśle według mojego planu, który nie podlega targom. Proszę słuchać. Ekscelencja wezwie tu swą straż i oznajmi, że wybiera się do Aąuilei razem ze mną i z resztą mego taboru uwięzionego na rzece. Niech wasi ludzie przymkną śluzy, uwolnią moich, dadzą im dużo prowiantu i skierują ku Via Postumia, gdzie my zajedziemy przed zmierzchem. Teraz waszym ludziom towarzyszyć będzie do obozu ten głupi mnich, który tutaj wróci z waszym współplemieńćem Adaloaldem, cały i zdrowy, nim ekscelencja ruszy się stąd. Ruszy się stąd ekscelencja gdy wysłucham raportu mnicha. Ekscelencja weźmie ze sobą Alboina, troje sług i dziesięciu konnych. Może ekscelencja jechać własnym wozem. W połowie drogi między Vicetią i Aquileą puszczę ekscelencję wolno, będziecie mogli wrócić na łono swego grodu i swego biskupiego tronu. A my pojedziemy dalej, ekscelencjo. To wszystko.
— Jaką mam gwarancję, że dotrzymasz słowa? — spytał biskup.
— Pełną. Daję bowiem słowo w imieniu człowieka, który u wszystkich mieszkańców Imperium głośny był tym, że nigdy nie złamał słowa. Mówię o szlachetnym trybunie Fulviu-szu. Ekscelencja kupi moje i jego słowo, lub ja dzisiaj przetnę mieczem żołądek ekscelencji. Prosta alternatywa, ekscelencjo. I żadnych targów.
Znowu nastąpiło milczenie; biskup się wahał, chyba wciąż szukał sposobu innego, bądź też wyczekiwał cudu. Źle zrobił, rozgniewał tym Regę. Rufus chwycił go za kark i pchnął ku drzwiom tak gwałtownie, że Honoriusz tryknął łbem listwę framugi i zemdlał. Dwa kopniaki zwróciły mu przytomność. Dźwignął się, odsunął judaszową klapkę w drzwiach (była duża jak drzwiczki komody) i zaryczał:
— Straż!... Straż!!... Evaryk do mnie!
Stojący obok z gołym mieczem Rufus szepnął:
— I pamiętaj, biskupie, że albo wszyscy dziś przeżyjemy, albo wszyscy zginiemy, lecz gdybyśmy mieli umierać — ty pierwszy zginiesz, świniaku!
Dowódca straży nadbiegł, wysłuchał rozkazów swego pana, zabrał mnicha i zniknął. Zostaliśmy w towarzystwie biskupa, który spytał czy może wezwać sługę dla pomocy przy ubieraniu.
— Strój będzie ci konieczny do drogi, ale gdybym musiał ciąć ci brzuszysko, stawiłby przez swe złote i srebrne hafty
opór, którego nie stawi ta koszula, więc póki co, noś koszulę — zawyrokował Rufus. — Tymczasem teraz, gwoli nasycenia mej ciekawości względem wynalazków, wskaż mi, ekscelencjo, wylot akustycznego kanału, którym podsłuchiwałeś moje ględy piwniczne. Wlot zauważyłem u sklepienia piwnicy, i domyśliłem się, że to taka sama sztuczka inżynierska jak we wnętrzach cesarskiego pałacu. Starałem się, by ciekawość przykuła cię aż po zmrok. Gdzie to jest?
Biskup wskazał ów wylot między pilastrem a narożnikiem, i spytał:
— Grałeś bezbożnictwo, żołdaku, czyś prawdę mówił?
— Celuj w środek, a będziesz blisko prawdy — roześmiał się Rufus. — Jednak, mimo wszystko, wolę kadzidła świątyń od koszarowych smrodów, chociem żołdak. Podobnie jak wolę pachnące damy od niemytych dziewek, zaś niemyte dziewki od pachnących chłopaczków, ekscelencjo. Módl się żarliwie, by ktoś nie szepnął tatusiowi tego blondasa, że nie tylko wobec kultów i dogmatów masz upodobania całkiem różne niż żołdacy.
Honoriusz wbił ślepia w ziemię, a Rega podszedł do łoża, mówiąc:
— Wstawaj, Alboinie, i wdziej szaty, jasno się robi już.
Kiedy blondas to uczynił, Rega zapytał:
— Długo pobierasz tu nauki?
— Dwa lata wkrótce miną.
— I czegoś się tutaj wyedukował, synu Hildirika, oprócz dogadzania ekscelencji ciałem? Pismo znasz?
— Tak, choć pisanie idzie mi słabo, lepiej mi idzie czytanie ksiąg — rzekł Alboin.
— Widzę tu sporo ksiąg. Którą z nich lubisz czytać?
— Dzieło biskupa Augustyna „O państwie Bożym .
— Cóż tam znajdujesz interesującego?
— Biskup Augustyn mówi, panie, o różnicy między „ci-vitas Dei"3 i „civitas terrena"4.
— To rzeczywiście pasjonujące, młody człowieku. Przeczytaj mi swój ulubiony fragment, by czas mniej nam się tu dłużył do nierychłego, jak sądzę, powrotu mnicha.
Alboin wziął z sekretariatu księgę, rozwarł, szybko znalazł właściwe strony i czytać zaczął:
— „Miłość różnego rodzaju wybudowała dwa odmienne państwa. Ziemskie państwo zbudowała miłość własna łudzi, gardząca Bogiem; państwo niebieskie zbudowała miłość do Boga, która człowiekiem gardzi. Ziemskie państwo w sobie samym chwały szuka, a państwo niebieskie szuka chwały w Bogu. Królów i mieszkańców pierwszego rozpiera żądza władzy; monarchowie i obywatele drugiego bliźniemu swemu służą. Pierwsi czapkują sile świeckiej; drudzy korzą się wobec mocy Boskiej../'.
— Dosyć będzie! — przerwał czytającemu Rega. — Zdawałoby się, wedle tych słów, iż kto miłuje Niebo, nie miłuje Ziemi, ale co wówczas mniemać o ekscelencji tu obecnej, która praktykuje zarówno miłość niebiańską, kierowaną ku Bogu, jak i ziemską, kierowaną ku bliźniemu swemu, deprawowanemu zboczeniem greckim? Masz w tej kwestii pogląd, Alboinie?
Blondas zaprzeczył ruchem głowy pełnym wstydu, domknął księgę i milczał, dziurawiąc wzrokiem ścianę. Tymczasem z boku przypomniał się ksiądz Damian, wertując inną księgę i czytając głośno akapit:
— „Powiem teraz rzecz ciężką, sprawiającą ból: zali nie sam Kościół jest tu winny? Kościół, który miast błagać Pana Boga Wszechmogącego o przebaczenie — tak się prowadzi, jakby chciał mocniej jeszcze rozgniewać Stworzyciela naszego? Wyjąwszy bowiem nielicznych cnotliwych — cała wspólnota chrześcijańska stanowi kloakę grzechowi Iluż w Kościele naszym znajdziesz takich, co nie są pijakami, Żarłokami, porubcami, cudzołóżcami, rabusiami i tyranami rozkoszującymi się krwią? Czas mija, nic się nie zmienia, zło nie ma końca! Apeluję do sumień i do chrześcijańskich ludów...".
Rega znowu przerwał:
— Któż jest ten apelujący na puszczy do sumienia ludzkiego?
— Salvianus, mnich i teolog z wyspy Lerinum — odparł Damian. — Byłem jego uczniem. Kilka lat temu pomarł, a to dzieło nosi tytuł „O Bożej Opatrzności".
— Opatrzność Bożą będziemy sławić gdy wyjdziemy i wyjedziemy stąd żywi, księżulu. Teraz zaś uprośmy ekscelencję, by kazał nam tu przynieść ziemskie dary z pieców jego kucharza. Trza się posilić przed drogą. Nie należy się posilać tylko przed bitwą, lecz ja wierzę, iż dzięki Bożej Opatrzności nie stoczymy dziś bitwy, tedy nikt nie będzie miał brzucha rozciętego...
Około południa przybyli Adaloald i Atenajos. Wieści przynieśli dobre — wszystko szło jak z płatka. Ku mojemu zdumieniu Rufus rzekł biskupowi:
— Pora wykorzystać twoją izbę tortur, ekscelencjo... Jest w tym budynku, czy gdzie indziej?
— Na co ci ona?! — miauknął przerażony Honoriusz.
— A na co tobie była, siewco wiary?
— Zawarliśmy układ, czego więcej chcesz?!
— Chcę ci założyć „perską obrożę", tę samą, którą zakładasz innowiercom.
— „Crimen non excusat crimen" \ * — krzyknął wzburzony ksiądz Damian.
— Bądź spokojny, klecho, nie uczynię mu krzywdy, jeśli tylko dowódca straży nie będzie robił głupstw — odparł Rega. — Ekscelencjo, każ przynieść tę zabawkę piorunem, bo kończy się moja cierpliwość!
Znałem „tę zabawkę" ze słyszenia. Każda izba tortur miała taki przyrząd, wkładany więzionym. Była to metalowa obręcz z kolcami po stronie wewnętrznej. Spinano ją luźno dla dyscyplinowania więźniów, bądź dociskano lekko dla dręczenia, bądź śrubowano mocno dla uśmiercenia delikwenta, któremu kolce dziurawiły szyję. Kiedy sługa to przyniósł, Rega opiął krąg wokół szyi biskupa, dowiązał kotarowy sznur na zapięciu, i wezwał Evaryka, szefa straży. Temu pokazał Ada-loalda, mówiąc:
— Żołnierzu, widzisz ów pierścień noszony przez twego współplemieńca?
— Widzę — mruknął Got.
— Rozpoznajesz?
— Rozpoznaję pierścień kurierów królewskich.
— Bystre masz oko! To pierścień waszego króla, Teude-berta, zaś Adaloald to jego emisariusz. Pędzimy z misją królewską, by dopaść łotrów, którzy tu byli przed nami i którzy omamili wielebnego biskupa. Każdy, kto zechce nas wstrzymać, sprzeciwi się królowi, pojmujesz to?
— Tak.
— Gdybyś wszakże nie pojmował tego bez reszty, spójrz na szyję swego pana. Kiedy będziemy jechać przez miasto ku bramie, i później przez chaszcze ku mostowi, i później przez most ku Via Postumia — jakiś narwany łucznik lub kusznik
— Zbrodnia nie usprawiedliwia zbrodni! (łac.).
mógłby głupio strzelić do mnie. Wówczas padnę, lecz ponieważ cały czas będę trzymał ten sznur — padając szarpnę go, co ściśnie obręcz i kolce wbiją się w gardło ekscelencji. Jeśli życzysz swemu biskupowi bolesnego zgonu — ustaw gdzieś strzelca. Tylko jak to wytłumaczysz potem hierarchii swego Kościoła i królowi swego plemienia, Evaryku?
— Nie będzie strzelców, ruszajmy — mruknął Got.
— Nie będzie też tropicieli. Nie śledź nas i nie ścigaj. Za każdym razem, gdy dostrzeżemy twoich ludzi, utnę ekscelencji jeden palec. Dwudziesty pierwszy obetnę mu na końcu. Lecz jak będziesz rozsądny, z połowy szlaku odeślę ci całego biskupa. Masz wybór. Wybierz mądrze, dowódco.
— Jużem wybrał — mruknął Got.
— Tedy ruszamy.
— A mój flet? — spytałem.
— Właśnie! — pstryknął palcami Rega. — Zwróćcie nam wszystko coście zabrali przy aresztowaniu. Konie, i miecze, i zwłaszcza flet, bo bez muzyki życie jest nudą. Księdzu natomiast dajcie godne szaty, bo bez nich kapłan jest tylko dziadem.
— I niech oddadzą Liutperda! — przypomniał Adaloald.
— Słyszysz, Evaryku?... — rzekł Rega. — Bratanek Ada-loalda idzie z nami. Ty jedziesz z nami do mostu, stamtąd
wrócisz sobie do grodu.
Tak i było. Kiedyśmy zajechali, trybun zgromił Rufusa:
— Łajdaku! Kradniesz mój przydomek!
Kornelia rzuciła mi się na szyję, nie kryjąc radości, co kazało mi wtedy myśleć, iż pewne marzenia wytwarzają siłę sprawczą większą od skuteczności modlitewnych próśb. Va-lerianus posunął się jeszcze dalej. Stanął przed Rufusem — przed człowiekiem ciągle mu niechętnym i bez słów bił brawo, demonstrując szczery zapał.
— Dłonie ci spuchną, konsulu! — parsknął oklaskiwany.
_Nic mu nie będzie, choćby tak klaskał do samiutkiego
zmierzchu. — rzekł „Soter". — To kwestia wprawy, Rufio. Nasz przyjaciel konsul ćwiczył wśród dworaków i senatorów oklaskujących mowy cesarza. Mowy bywały różne, krótkie lub długie, lecz oklaski zawsze były nieskończone, gdyż każdy bał się przestać bić brawo jako pierwszy. Teraz konsul Valerianus pierwszy raz przerwie jako pierwszy...
— Jako jedyny, wodzu!
— Masz całkowitą słuszność, Rufio, wymierz konsulowi srogą karę!
Nie uściskał Rufusa, tylko patrząc mu w oczy położył zaciśnięty kułak na piersi legionowym gestem, parafrazując legionowe „ — Siła i honor!" słowami:
— Siła i humor, cwaniaku!
Vicetia przypomina mi się dość często, gdyż często szperam w klasztornej bibliotece, a tam moje spojrzenie zahacza o dwa woluminy — o „De civitate Dei" biskupa Augustyna z Hippo Regius, i o „De gubernatione Dei" brata Salvia-nusa z Trewiru. Zamykam wtedy wzrok, słyszę czytających Alboina i Damiana, i składam pomarszczone dłonie błagając Boga, by kiedyś „ziemskie państwo" ustąpiło przed „państwem niebieskim", czego nam nie dane było dożyć, mimo tylu modłów.
Już pierwszego dnia po opuszczeniu Vicetii stało się nieszczęście. Ksiądz Damian, schodząc z wozu, zaczepił sandałem deskę i runął tak pechowo, że krawędź furgonu rozorała mu plecy. Zemdlał. Ułożono biedaka w wozie, na brzuchu, ranę przemyto i opatrzono, lecz źle się goiła, a właściwie wcale się nie goiła, tylko gniła, więc kobiety nie wróżyły nic dobrego. Wtedy Rufus wyjął ze swej „czarnoksięskiej" skrzynki flakonik z jakąś cieczą i sam zrobił „klesze" okład. Dwa, może trzy dni później, rana była już prawie wygojona! Chociaż księżulo dalej leżał blady niby trup i przypominał Philomususa dni agonalnych, jednak stało się jasne, że nie umrze. Gdy zapytałem Regę o tę miksturę cudowną, powiedział, że to sok aloesowy.
— Czyli co?
— Sok z aloesu, rośliny mauretańskiej.
— Wszyscy gadają, że wyleczyłeś księdza za pomocą czarów.
— Kiedy pierdnę tuż przed ulewą, będą gadali, że sprowadziłem deszcz za pomocą czarów. Nigdy się nie uwolnię od takich bajań.
Dziękujący mu „klecha" też go spytał o to:
— Jest li prawdą, panie Rego, żeś ty leczył mnie siłą czarów?
Rufus ani myślał przeczyć:
— Jest, proszę księdza.
— Jakich to użyłeś czarów?
— Modłów.
— Modły nie są czarami! Chyba że modły do pogańskich bałwanów, w tym trzeba widzieć czary.
— Wszystkie modły trzeba takimi widzieć, klecho.
— Modły chrześcijanina nie są czarami, synu!
— A czymże są, jak nie zamawianiem cudów, okadzaniem codzienności, by doznała ingerencji nadziemskiej?
— Mówisz językiem poganina!
— Poganie, którzy karmią się swoimi gusłami, i chrześcijanie, którzy szukają wsparcia swoimi modlitwami, robią to samo — rzekł twardo Rufus. — Czym dla jednych zabobon, tym dla drugich wiara, i vice versa. Jedni i drudzy pragną cudowności rozwiązującej ziemskie problemy. Jedni i drudzy się modlą, a że do innych bóstw? Modlą się do bogów swoich ojców.
— Do kogo ty się więc modliłeś, by mnie wyleczyć?
— Nie znałem mego ojca.
— Pytam: do kogo?
— Do sił natury, klecho.
— Jak Parmenides? Owi filozofowie greccy, którzy utożsamiali naturę z bogiem, żyli w czasach wielobóstwa!
— Tak, żyli w czasach wolności religijnej.
— To ma być żart?
— To jest prawda, święty mężu!... Wielobóstwo dawało wolność, można było wybrać sobie któregoś spośród licznych bogów, po rozważeniu zalet każdego.
— A ci, którzy wybierali Chrystusa, byli karmą dla lwów! To zwiesz wolnością?
— Mówię o wolności w ramach pogańskiego wielobós-twa... — rzekł mniej pewnym głosem Rufus.
— Mówisz o tyranii kultu pogańskiego!
— Czy dziś się jej nie uprawia? Chrześcijaństwo stworzyło monopol władzy duchowej, szerząc przymus wyznawania jednego tylko Boga, którego narzuca każdemu, Boga zazdrosnego o resztę idolów, nie cierpiącego konkurencji!
— Nie cierpiącego tych okrutnych pogańskich bałwanów, żądających krwawej ofiary! — krzyknął Damian. — Nie ma prócz Chrystusa prawdziwych bogów! Nie ma żadnej konkurencji! Nie ma Boga prócz Boga w Trójcy Świętej!
— No właśnie... — westchnął Rufus.
— Co właśnie?
— Właśnie o to mi idzie, proszę księdza... Lecz może zakończmy już ten dialog...
— Czemu?
— Gdyż wedle księdza ja bluźnię, a nie chcę bluźnić.
— Ja natomiast chcę wreszcie jedno zrozumieć: czy ty wierzysz, synu!
— Zależy w co... W twój Kościół, drogi klecho, mniej niż byś pragnął. Przede wszystkim: nie w każdy dogmat. Widzę takie dogmaty, które się kłócą z Ewangeliami, a ja poważam Pismo Święte.
— Nie pytałem czy poważasz, tylko czy wierzysz! Mów czy wierzysz w Chrystusa Króla, naszego Zbawiciela, jedynego Boga!
Rufus zawahał się:
— Własnego zbawienia nie jestem pewny...
— Znowu unikasz szczerej odpowiedzi, całkiem jak tam, wewnątrz lochu, gdzieś długo bluźnił, ale nie wiem czyś wte dy kpił dla przyciągnięcia uwagi biskupa, czyś mówił prawdę. Wyznaj mi ją!... Mówisz, że poważasz teksty ewangelistów, a z Pisma Świętego jasno wynika...
— Z Pisma Świętego wynika to samo co z obserwacji życia i ze znajomości świata: że ludzie dzielą się na świętych ergo nielicznych, mniej świętych ergo liczniejszych, i zupełnie nieświętych ergo bardzo licznych — przerwał księdzu Rufus. — Spośród ludzi, o których mówi Pismo, szczególnie przypadł mi do gustu Tomasz, proszę księdza.
— Dlaczego on?
— Bo jako człowiek dał wyraz naturalnemu zwątpieniu.
Ksiądz pchnął ku Rufusowi wskazujący palec, upominając
lub grożąc:
— Wątpić znaczy błądzić! A długo błądzić, znaczy grzeszyć! Powie ci to każdy duchowny, bezbożniku!
— Nie każdy. Pewnemu księdzu już o tym mówiłem...
— I co ci rzekł?
— Najpierw się uśmiechnął. Później rzekł, iż wątpić, znaczy w połowie wierzyć. I klepnął mnie jak kumpla.
— Mam rozumieć, iż uznał półchrześcijanina za prawego wyznawcę Chrystusa?! — obruszył się ksiądz. — Ładny z niego kapłan, Boże mój! Dobre sobie — „w połowie wierzyć"!
— To nie algebra, połowa połowie tu nierówna, nie noszę takiej równości w moim sercu. Bliżej mi chyba do wiary niż do niewiary, a jeszcze bliżej do wiary niż do religii.
— Znowu nie wiem jak mam to rozumieć, synu...
— Tak, że byłoby mi łatwiej zostać człowiekiem zupełnie wierzącym niż człowiekiem religijnym.
— Widzisz tu sprzeczność?
— Zasadniczą, proszę księdza. Wiara wewnętrzna to jest ścieżka indywidualna, gdy religia to hierarchia, zbiorowy trakt
instytucjonalnego systemu. Mógłbym należeć do Boga, lecz nie do systemu.
— Czyli nie do katolicyzmu?
— Do żadnego fanatycznie misyjnego wojska.
— Dlaczego tak to mienisz?
— Dlatego, że religia i fanatyzm to para małżonków, a ja fanatyzmu nie cierpię, odkąd fanatycy zamordowali pewną kobietę, zwąc ją heretyczką i czarownicą. Miłowałem tę kobietę...
— Współczuję ci, synu — szepnął Damian.
— Była Żydówką, miała imię Ajala* — kontynuował Rega. — Jej siostra miała imię Mazał5, lecz to jej nie pomogło, ją również zamordowano wtedy... Mówię ci o tym dlatego, że wyznawcy Żyda z Nazaretu zamordowali dwie Żydówki, bo były Żydówkami, szanowny kapłanie. Tak działa fanatyzm religijny! Może kiedyś będzie inaczej, lecz na razie, od wieków, religia i wojowniczy fanatyzm są nierozłączne, niby rękojeść i klinga miecza... W Boga chcę wierzyć, chcę, by istniał, lecz nie mogę wierzyć w prawdy absolutne religijnych despotów, drapieżnych doktrynerów i dogmatyków, których misyjnością rządzi zbrodniczy fanatyzm. Czyż sam nie zaznałeś tego draństwa ze strony arianina, który cię więził jak kryminalistę? Czyż nie przez to Kościół chrześcijański został rozerwany, i podczas religijnych wojen padają tysiące ofiar? Czemu Wszechmogący Bóg zezwala, by te ofiary rżnięto w Jego imieniu? To mnie bardzo ciekawi, bo sądząc z Pisma Świętego — Chrystus był miłosiernym lekarzem i nauczycielem, a nie wściekłym fanatykiem.
— Rufusie, mnie też coś bardzo ciekawi — odezwałem się pierwszy raz.
* — Sarenka (hebr.).
_Słucham... — mruknął chłodno, czując, że wsparcia
udzielę nie jemu, lecz księdzu.
— Ciekawi mnie czyś dostrzegł w cudzie naszego wyswobodzenia rękę Zbawiciela...
— Dostrzegłem tam tylko jedną rękę — rękę mnicha, kiedy wyłuskiwał klucz.
— To znaczy, że masz zły wzrok. I nie chcesz się przyznać, żeś się mylił.
— Nie mylę się tutaj.
— Mylisz się. Kiedy leżeliśmy na dnie tej wieży, prawiłeś, iż ludzkie modły o pomoc są bezowocne, albowiem Bóg nie pomaga szukającym ratunku u Niego.
— I cóż?
— Modły, które słałem ja i które słał ksiądz sprawiły, że jestem wolny.
— To wymódl sobie również, abyś przestał wreszcie być głupi — burknął Rega. — Nie dobyła cię stamtąd łaska Trójcy Świętej, tylko biegłość dwójki cwaniaków. Nie twój Chrystus, lecz Rufus, który ma łeb szulera, i Atenajos, który ma złodziejskie palce.
Ja wszakże byłem zawzięty:
— Sto jeszcze pechów mogło wtedy przeszkodzić naszemu uniknięciu tortur i naszemu umknięciu, lecz nic nie przeszkodziło...
— Tak chciały fata.
— Tak działa Opatrzność Boża, ku której kierujemy prośby, a ty jesteś wobec niej głuchy i ślepy, co mnie dziwi bardzo, gdyż oleju ci w głowie nie brakuje. A że nie brakuje ci i skłonności ku dobru, mniemam, iż nosisz w sercu Chrystusa, wbrew własnym ględom, którymi się bronisz przed Nim jak przed intruzem.
Ksiądz spojrzał na mnie ciepło i rzekł uradowany:
— Bellicosa anima! 6 Młodzianku... byłbyś cnym kapła-nem!
— Pewnie będzie, ale jeszcze nie teraz, klecho — ożywił się Rega. — Teraz nie to mu w głowie, ino siedzenie jednej młodej dziewki.
— Szkoda go! — zmartwił się Damian. — Niewiast używają szatani najłacniej, kiedy wiodą człeka do grzechu. Byłby z Kaiusa duchowny pięknie głoszący Słowo Boże.
— Az ciebie byłby udatny wielce kapelan naszego wojska — podsunął Rufus. — Szlachetny trybun łaknie kapelana dla żołnierskich dzikich duszyczek.
— Widać to człek pobożny — stwierdził ksiądz.
— Kapinkę mniej pobożny niż ty, klecho, ale w Rzymie regularnie na mszę prowadzał swoich legionistów. Zgódź się. Utraciłeś świątynię budowaną, będziesz miał wędrowną. Jak Chrystus, który wędrując uczył. Pono naśladowanie Chrystusa jest szczytową cnotą chrześcijanina, a już obowiązkiem klechów.
I tak ksiądz Damian został kapelanem żołnierzy Fulviusza. Nie posiadał nerwu retorycznego, nie władał Rufusowską czy Valerianusowską umiejętnością szermowania słowami niby mieczem lub nożem, ale przecież nie o to chodziło. Nie miał nauczać bądź nawracać — miał spowiadać, upominać i dawać łaskę w rozgrzeszeniu. Nie miał też wygrywać dysput — miał odprawiać msze polowe dla taboru bezdomnych. Nie głosił wtedy wielkich kazań, gdyż nie był złotoustym mówcą. Jako misjonarz nigdy by nie odniósł triumfu ewangelizacyjnego, lecz jako proboszcz chrześcijańskich wędrowców sprawdzał się doskonale. Albowiem tylko sianie nowej wiary wymaga wielu słów, niczym każda szkoła, natomiast przy umacnianiu zakorzenionej wiary starcza szlachetna małomów-ność. I nie trzeba tu mowy wojującej, typowej dla misjonarza, który — choćby był łagodny jak baranek — samym argumentowaniem za Swoim argumentuje przeciwko cudzemu, a więc bije cudzego. Starcza słowo upominające, zresztą wobec wszystkich, bo nie omylisz się tu wobec nikogo — nie ma człowieka bez grzechu. Wszelkie pułapki, które mnoży egzystencja, plus słabość człowieczej natury, powodują, iż żaden człowiek nie był i nie będzie zwolniony od wyznania: „ — ... gdyż bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem".
Kiedyśmy w Rzymie przybyli nocą do świątyni księdza Eulogusa, „Soter" prawił mu, iż dlatego tak chętnie na msze wodzi swych żołnierzy, bo „żołnierzowi łatwiej walczyć, jeśli może przed bitwą oddać się Panu".
