Ostatni Rosjanin. Jak ocalić ginący naród? - Oliver Bullough - ebook
Opis

Temat alkoholizmu w Rosji znamy dzisiaj głównie z internetowych memów i zabawnych filmików ukazujących, że „Rosja to nie kraj, Rosja to styl życia”. Rzadko zastanawiamy się, jaka historia – i ludzka tragedia – kryje się za każdym z tych obrazów.
W latach 60. XX wieku, kiedy Związek Radziecki twierdził, że buduje niebo na ziemi, naród rosyjski zaczął zapijać się na śmierć. Przez jakiś czas dochody czerpane przez państwo z wódki były nawet wyższe niż zyski płynące z przemysłu naftowego. Teraz, pięćdziesiąt lat później, kiedy państwo sowieckie rozpadło się, mieszkańcy Moskwy nadal piją butelkę wódki przed śniadaniem, a Rosja jeszcze niedawno zmagała się z największym kryzysem demograficznym w historii.
W swojej książce Oliver Bullough docieka przyczyn tych zjawisk, ukazując je przez pryzmat historii ojca Dmitrija – niezwykłego prawosławnego popa, któremu udało się stworzyć zalążek prawdziwie chrześcijańskiej społeczności w sercu jednego z najbardziej zbrodniczych systemów w historii. Jego przesłanie głoszące, że jednym z największych nieszczęść Rosji jest alkohol, przysporzyło mu – oprócz rzeszy zwolenników – wielu wrogów wśród władz, które od czasów carskich uznawały alkohol za jedno z najważniejszych narzędzi manipulowania tłumem. Podążając śladami ojca Dmitrija, autor odtwarza świat, jakiego on doświadczył: klęskę głodu, okupację, wojnę, groźny bezkres gułagu, upadek komunizmu i lekkomyślne szastanie dobrami, jakie nastąpiło potem. W historii ojca Dmitrija odbija się historia całego narodu, a jego pamiętniki i kazania dają surowy, jedyny w swoim rodzaju wgląd w życie totalitarnego państwa.
Oliver Bullough oferuje portret Rosji, jakiego jeszcze nie było. Pokazuje, że w kraju tak chętnie miażdżącym własnych obywateli przetrwały odwaga, wytrwałość i – wreszcie – niewielkie, lecz wciąż tlące się przebłyski nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ostatni Rosjanin. Jak ocalić ginący naród?

Oliver Bullough

Tłumaczenie: Patrycja Zarawska, TERKA

Original English language edition first published by Pengiun Books Ltd, London Text copyright © Oliver Bullough 2013 The author has asserted his moral rights All rights reserved

Copyright © 2016 by Wydawnictwo RM Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-463-6 ISBN 978-83-7773-553-4 (e-Pub) ISBN 978-83-7773-554-1 (mobi)

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-CwalinaRedakcja: Ewa Kosiba, TERKAKorekta: Joanna Łagoda, TERKANadzór graficzny: Grażyna JędrzejecProjekt okładki: Tomasz BogusławskiProjekt graficzny książki: Grażyna JędrzejecOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Spis treści

Wprowadzenie: Pogrzebiemy was

Lato

1: Zabrali ziemię naszego dziadka

2: Podwójnie farbowany „Antysowiet”

3: Ojciec Dmitrij był numerem K-956

4: Pokolenie zmian

5: Czerwoni odsuwają od pracy buntowniczego kapłana

6: Zachowywali się jak wolni ludzie

7: Ideologiczny sabotaż

Zima

8: To jak plaga

9: Niegodny pop

10: KGB zrobiło swoje

11: Spoglądam w przyszłość z pesymizmem

12: Już im nie zależy

Wiosna?

13: Tworzenie nowego pokolenia

Postscriptum

Literatura źródłowa i bibliografia

Podziękowania

O Autorze

Wprowa­dze­nie

Pogrzebiemy was

Pierw­sze­go stycz­nia 2004 roku oko­ło po­łu­dnia za­dzwo­nił do mnie Mi­sza, za­przy­jaź­nio­ny dzien­ni­karz. Przy­pusz­cza­łem, że chce mi ży­czyć szczę­śli­we­go no­we­go roku. Dla Ro­sjan Nowy Rok jest waż­niej­szym świę­tem niż na Za­cho­dzie. Lu­dzie wrę­cza­ją so­bie pre­zen­ty i speł­nia­ją to­a­sty za po­myśl­ność w roz­po­czy­na­ją­cym się roku. Przy­ję­te jest, że dzwo­ni się albo pi­sze do zna­jo­mych, choć­by po to, żeby się wspól­nie po­śmiać.

Mi­sza miał jed­nak inną spra­wę. Od jego dziew­czy­ny do­wie­dzia­łem się póź­niej, że już od dwóch dni ostro pił – prze­ry­wa­jąc tyl­ko wte­dy, gdy tra­cił przy­tom­ność – a po­tem cią­gnął to jesz­cze przez ko­lej­ne dwa.

– Słu­chaj, Oli­ver, po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy. Co zna­czy zom­bie hed­ge­hog?

Mó­wił po ro­syj­sku, co praw­da beł­ko­tli­wie, lecz zro­zu­mia­le. Ostat­nie dwa sło­wa wy­po­wie­dział jed­nak po an­giel­sku i naj­wy­raź­niej chciał, że­bym mu je prze­tłu­ma­czył. Zdu­mio­ny, za­py­ta­łem, o co mu cho­dzi. Po tam­tej stro­nie na chwi­lę za­pa­dła ci­sza, po czym Mi­sza za­klął na coś czy ko­goś w swo­im po­ko­ju i roz­łą­czył się. Cze­ka­łem, są­dząc, że za­dzwo­ni jesz­cze raz, ale tego nie zro­bił. Gdy go spo­tka­łem ty­dzień czy dwa póź­niej, nie przy­po­mi­nał so­bie na­szej roz­mo­wy i ni­g­dy się nie do­wie­dzia­łem, dla­cze­go py­tał o jeża zom­bie.

Mi­sza miał pro­blem al­ko­ho­lo­wy. Kil­ka mie­się­cy póź­niej pod­czas wy­ciecz­ki do Cze­cze­nii wsta­li­śmy oko­ło wpół do szó­stej rano, by do­trzeć do Gro­zne­go ze spo­rym za­pa­sem cza­su. Za­mó­wi­łem dla nas w ho­te­lu wcze­sne śnia­da­nie. Pi­łem her­ba­tę i cze­ka­łem, aż usma­żą się dla mnie jaj­ka, kie­dy do ja­dal­ni wszedł Mi­sza. Kel­ner­ka za­py­ta­ła go, co po­dać do pi­cia. Spoj­rzał na mnie.

– Na­pi­jesz się?

Po­trzą­sną­łem gło­wą. Chcia­łem być trzeź­wy w pra­cy.

– Bu­tel­kę bran­dy – za­ży­czył so­bie.

Kel­ner­ka przy­nio­sła al­ko­hol z jed­ną szkla­necz­ką na tej sa­mej tacy co śnia­da­nie. Mi­sza opróż­nił bu­tel­kę, wy­chy­la­jąc kie­li­szek za kie­lisz­kiem, a jed­no­cze­śnie po­chła­nia­jąc ja­jecz­ni­cę, kieł­ba­sę i chleb. Gdy wy­cho­dzi­li­śmy, ku­pił dru­gą. Za­nim do­je­cha­li­śmy do gra­ni­cy Cze­cze­nii, zdą­żył już wszyst­ko wy­pić – litr bran­dy przed dzie­wią­tą rano – i na­le­gał, by­śmy się za­trzy­ma­li na wód­kę.

Nie jest to jed­na z tych hi­sto­rii, w któ­rych dzien­ni­karz prze­sa­dza z pi­ciem, a po­tem zna­ko­mi­cie wy­ko­nu­je swą pra­cę, mimo że le­d­wie się trzy­ma na no­gach. (W Lon­dy­nie opo­wia­da się o fo­to­gra­fie z Fle­et Stre­et, któ­ry po­dob­no spadł z dra­bi­ny, ale za­nim gruch­nął o zie­mię, zdą­żył pstryk­nąć trzy ide­al­ne fot­ki). Nie. Pod­czas gdy ja tego dnia pró­bo­wa­łem pra­co­wać, Mi­sza na prze­mian to za­cho­wy­wał się obe­lży­wie, to po­pa­dał w sen­ty­men­ta­lizm. Wie­czo­rem po­grą­żył się w wiel­kim otę­pie­niu, to­też kil­ku z nas, dzien­ni­ka­rzy, skle­ci­ło jako taki ma­te­riał, któ­ry wy­sła­li­śmy do Mo­skwy pod jego na­zwi­skiem.

Był to wpraw­dzie przy­pa­dek skraj­ny, ale by­naj­mniej nie od­osob­nio­ny. Wie­lu mo­ich ko­le­gów po fa­chu pi­ja­ło al­ko­hol poza biu­rem, a dy­rek­to­rzy w ca­łej Ro­sji na­uczy­li się uj­mo­wać w swo­ich pla­nach czas stra­co­ny na pi­cie. Kul­tu­ra pi­jań­stwa jest tak głę­bo­ko za­ko­rze­nio­na w na­ro­dzie, że ję­zyk za­wie­ra licz­ne sło­wa opi­su­ją­ce róż­ne sta­dia nie­trzeź­wo­ści. Za­poj to wie­lo­dnio­wy ciąg pi­jac­ki – taki jak ten, w któ­ry wszedł Mi­sza oko­ło No­we­go Roku. Apoch­mie­lit­sja ozna­cza wy­chy­le­nie po­ran­ne­go kli­ni­ka, ja­kim się za­bi­ja kaca, któ­ry jest nie­od­łącz­nym ele­men­tem kil­ku­dnio­we­go opil­stwa. Pie­rie­gar to woń al­ko­ho­lu, któ­rą pi­ja­ko­wi zio­nie rano z ust.

Pi­jań­stwo nie do­ty­czy wy­łącz­nie lu­dzi z ni­zin spo­łecz­nych czy ży­ją­cych w nę­dzy. Mi­sza był uzna­nym, uta­len­to­wa­nym i do­brze za­ra­bia­ją­cym dzien­ni­ka­rzem. On i jego ko­le­dzy po fa­chu pili w spo­sób, z ja­kim nie spo­tka­łem się ni­g­dy do­tąd. Po­nad­to – mimo że Ro­sja­nie piją zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż Ro­sjan­ki – w żad­nym wy­pad­ku nie jest to pro­blem wy­łącz­nie mę­ski. Każ­dy ja­dą­cy rano do pra­cy mo­skiew­skim me­trem zo­ba­czy do­brze ubra­ne, uma­lo­wa­ne mło­de ko­bie­ty pi­ją­ce piwo z pu­szek. W Ro­sji ła­twiej ku­pić al­ko­hol niż chleb. W kio­skach całe ścia­ny są za­sta­wio­ne wód­ką sprze­da­wa­ną za­le­d­wie po trzy fun­ty[1] za pół li­tra.

Wę­dru­jąc przez dzi­kie bez­dro­ża w re­jo­nie sy­be­ryj­skie­go je­zio­ra Baj­kał, mój brat i ja spo­tka­li­śmy gru­pę en­tu­zja­stów wy­po­czyn­ku na świe­żym po­wie­trzu. Po­sta­no­wi­li­śmy prze­no­co­wać ra­zem we wspól­nym obo­zie. Byli to pierw­si lu­dzie, na ja­kich na­tknę­li­śmy się od kil­ku dni, to­też wy­ję­li­śmy bu­tel­kę wód­ki, któ­rą trzy­ma­li­śmy na taką oka­zję. Na­szą pro­po­zy­cję przy­ję­to jed­nak nie z ra­do­ścią, lecz z na­ga­ną. Je­den z człon­ków gru­py, pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tu w No­wo­sy­bir­sku, wy­ja­śnił, jak­by prze­ma­wiał do dziec­ka, jak po­win­ni się za­cho­wy­wać praw­dzi­wi wę­drow­cy. Otóż praw­dzi­wi wę­drow­cy mają na uwa­dze każ­dy gram nie­sio­ne­go na ple­cach ba­ga­żu. W ich ple­ca­kach nie ma miej­sca na ta­kie używ­ki jak wód­ka. Za­czą­łem się już za­sta­na­wiać, czy nie po­wi­nie­nem z bra­tem po­szu­kać in­ne­go miej­sca na obóz, kie­dy pro­fe­sor się­gnął za sie­bie.

– Oto cze­go wam trze­ba – rzekł, wy­cią­ga­jąc z ple­ca­ka brą­zo­wą bu­tel­kę.

Był w niej czy­sty spi­ry­tus, ro­syj­ski spirt. Wresz­cie do mnie do­tar­ło. Je­że­li chcesz się upić, po co mar­no­wać miej­sce na wód­kę – któ­ra w 62,5 pro­cent za­wie­ra wodę – sko­ro mo­żesz nieść tę samą ob­ję­tość al­ko­ho­lu i roz­cień­czyć go wodą ze stru­mie­nia.

Wie­czo­rem tego dnia, w któ­rym mój ko­le­ga Mi­sza prze­sa­dził z pi­ciem w Cze­cze­nii, tło­czy­li­śmy się w cia­snej ba­zie woj­sko­wej. Za­gra­nicz­nym dzien­ni­ka­rzom nie wol­no było wów­czas po­dró­żo­wać po tym re­jo­nie bez eskor­ty (cho­dzi­ło za­rów­no o na­sze bez­pie­czeń­stwo, jak i o to, że­by­śmy nie zro­bi­li cze­goś nie­od­po­wied­nie­go), to­też mu­sie­li­śmy się zna­leźć w ko­sza­rach na dłu­go przed za­cho­dem słoń­ca i ewen­tu­al­nym ata­kiem. Mi­sza spał, ale ja czu­wa­łem i wraz z jesz­cze jed­nym dzien­ni­ka­rzem skra­ca­li­śmy so­bie czas przed snem roz­mo­wą z Ilją Sza­bał­ki­nem – puł­kow­ni­kiem, któ­ry dzia­łał jako rzecz­nik sił fe­de­ral­nych – oraz kil­ko­ma in­ny­mi ofi­ce­ra­mi. Sza­bał­kin wy­jął dwu­li­tro­wą bu­tel­kę ta­niej, ale da­ją­cej się wy­pić wód­ki. Ja do­ło­ży­łem małą bu­tel­kę mod­nej wów­czas w Mo­skwie Zie­lo­nej Pie­cząt­ki (zie­lio­na­ja mar­ka).

Szyb­ko od­pa­dłem. To, ile czło­wiek jest w sta­nie wy­pić, sta­je się mia­rą jego mę­sko­ści. Ro­sja­nie mają mnó­stwo po­wie­dzo­nek, któ­ry­mi na­pięt­nu­ją każ­de­go, kto chce się wcze­śnie wy­co­fać albo opu­ścić ko­lej­kę („Dzi­siaj się z nami nie na­pi­jesz, ju­tro zdra­dzisz oj­czy­znę”). Na szczę­ście cu­dzo­ziem­com z re­gu­ły od­pusz­cza­ją – to zro­zu­mia­łe, z góry wia­do­mo, że je­ste­śmy gor­si. Mo­głem tyl­ko pa­trzeć, jak ci czte­rej męż­czyź­ni – trzej wy­so­kiej ran­gi ofi­ce­ro­wie ro­syj­skich sił zbroj­nych oraz uzna­ny re­por­ter – osu­sza­ją bu­tel­ki, jak­by na­stą­pił od­pływ. Kie­dy się wlo­kłem do łóż­ka, na sto­le sta­ły już trzy pu­ste bu­tel­ki i otwie­ra­no czwar­tą. To daje po­nad sześć li­trów wód­ki na pięć osób, z któ­rych jed­na za­le­d­wie za­mo­czy­ła usta, w zwy­kły po­wsze­dni dzień. A jesz­cze nie skoń­czy­li.

Ro­sja­nie, pi­jąc wód­kę, nie są­czą jej ani nie mie­sza­ją z so­kiem. Wy­chy­la­ją jed­nym hau­stem kie­li­szek za kie­lisz­kiem, za­gry­za­jąc szyb­ko ki­szo­nym ogór­kiem lub chle­bem. Ro­syj­ska wód­ka nor­mal­nie ma sztucz­ny, che­micz­ny po­smak, ni­czym pro­dukt nie­uda­ne­go eks­pe­ry­men­tu na­uko­we­go. W prze­ci­wień­stwie do whi­sky, wina czy piwa, pro­du­cen­ci nie silą się, aby pi­cie wód­ki uczy­nić czymś przy­jem­nym. Jest ona środ­kiem do celu, na­rzę­dziem do upi­cia się. Sam na­pi­ję się wód­ki, je­śli trze­ba, ale rzad­ko to ro­bię z wy­bo­ru. Gdy tyl­ko mogę, wy­bie­ram piwo, co ozna­cza, że za­zwy­czaj na­stęp­ne­go ran­ka pa­mię­tam, co się wy­da­rzy­ło w nocy.

Ro­sja­nie za­wsze sły­nę­li z upodo­ba­nia do wszel­kie­go al­ko­ho­lu. Jed­na z pierw­szych hi­sto­rycz­nych wzmia­nek o po­cząt­kach tego na­ro­du mówi o wład­cy, któ­ry nie przy­jął is­la­mu, po­nie­waż re­li­gia ta za­ka­zu­je spo­ży­wa­nia na­po­jów al­ko­ho­lo­wych. Prze­cięt­ny Ro­sja­nin wy­pi­ja trzy razy wię­cej, ob­ję­to­ścio­wo, niż Nie­miec i czte­ry razy wię­cej niż Por­tu­gal­czyk, a to prze­cież tyl­ko ofi­cjal­ne sta­ty­sty­ki[2]. Nikt nie ma po­ję­cia, ile wy­pi­ja się po­kąt­nie pę­dzo­ne­go bim­bru, ale za­pew­ne dużo, sko­ro ze­tknął się z nim każ­dy po­dróż­nik od­wie­dza­ją­cy ten kraj.

Je­cha­łem raz noc­nym po­cią­giem z Pe­ters­bur­ga do Mo­skwy. Ku­pi­łem naj­tań­szy bi­let i wraz z sied­mio­ma in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi sie­dzia­łem nie­wy­god­nie wy­pro­sto­wa­ny w moc­no za­py­zia­łym prze­dzia­le, pod­czas gdy po­ciąg to­czył się przez ciem­ny las. Wszy­scy za­opa­trzy­li­śmy się na po­dróż w piwo, ale te­raz bu­tel­ki były już pu­ste i prze­ta­cza­ły się bez­ład­nie po pod­ło­dze. Pół­pi­ja­ni, po­sęp­ni, wpa­try­wa­li­śmy się w nie­wy­raź­ne za­ry­sy syl­we­tek sie­dzą­cych na­prze­ciw­ko osób.

W pew­nym mo­men­cie sie­dzą­ca przy oknie sta­rusz­ka wsta­ła. Po­gme­ra­ła w tor­bie le­żą­cej na ba­ga­żo­wej pół­ce i wy­do­by­ła z niej dwu­li­tro­wą pla­sti­ko­wą bu­tel­kę oraz ja­sno­nie­bie­ski ku­bek. Za­pro­po­no­wa­ła, że­by­śmy się na­pi­li. Było za ciem­no, by czy­tać, i zbyt nie­wy­god­nie, żeby spać, więc się zgo­dzi­łem. Po­dob­nie jak po­zo­sta­li. Ku­bek prze­cho­dził z rąk do rąk, aż za­to­czyw­szy w prze­dzia­le kół­ko, wró­cił do wła­ści­ciel­ki. Każ­dy z nas upił łyk swo­jej dział­ki, po czym chwi­lę od­dy­chał przez rę­kaw, żeby prze­sta­ło pa­lić.

Sma­ko­wa­ło jak bia­ły spi­ry­tus, ale efekt był zna­ko­mi­ty – cu­dow­ne uczu­cie na­pły­nę­ło rap­tow­nie gdzieś z tyłu gło­wy.

Roz­krę­ci­ła się roz­mo­wa, ja­sno­nie­bie­ski ku­bek krą­żył raz za ra­zem i za­czę­li­śmy się za­cho­wy­wać bar­dziej ha­ła­śli­wie. Sko­ro za­czą­łem wraz z in­ny­mi, wy­co­fa­nie się nie wcho­dzi­ło w grę, szyb­ko się więc upi­łem. Po­czu­łem ulgę, gdy uj­rza­łem, że sta­rusz­ka wy­chy­la ostat­ni ku­bek. Nie zhań­bi­łem się. Nikt nie mógł po­wie­dzieć, że cu­dzo­zie­miec nie do­trzy­mał kro­ku Ro­sja­nom. W tym mo­men­cie sta­ro­wi­na znów się pod­nio­sła, się­gnę­ła na ba­ga­żo­wą pół­kę i zdję­ła z niej ka­ni­ster.

Le­d­wie da­wa­ła so­bie z nim radę, sły­sza­łem plusk roz­chla­pu­ją­ce­go się do­oko­ła pły­nu. Opar­ła po­jem­nik na sto­li­ku i ostroż­nie na­peł­ni­ła bu­tel­kę po­now­nie, po czym od­sta­wi­ła ka­ni­ster na pół­kę. Nie było uciecz­ki. Pi­łem da­lej, aż zsze­dłem.

Po­dob­ne sce­ny roz­gry­wa­ją się w po­cią­gach w Ro­sji co noc. Jed­no­ra­zo­we zda­rze­nie wy­da­je się za­baw­ną aneg­do­tą, ale rzecz po­wta­rza­ją­ca się nie­ustan­nie jest cho­ro­bą, któ­ra to­czy i za­bi­ja ten na­ród. W la­tach 1940–1980 ogó­łem spo­ży­cie na­po­jów al­ko­ho­lo­wych w kra­ju wzro­sło ośmio­krot­nie. Na­ród po­sta­no­wił, naj­wy­raź­niej jed­no­gło­śnie, rzu­cić się w je­den wiel­ki za­poj, a kon­se­kwen­cje tego są ka­ta­stro­fal­ne.

W ser­cu ro­syj­skie­go pań­stwa, daw­nym Księ­stwie Mo­skiew­skim, któ­re swe­go cza­su sku­tecz­nie opie­ra­ło się woj­skom mon­gol­skim, na­po­le­oń­skim i hi­tle­row­skim, do­mi­nu­je ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy. Ty­sią­ce wsi opu­sto­sza­ło. Ty­sią­ce ko­lej­nych są za­miesz­ka­ne je­dy­nie przez garść eme­ry­tów i za kil­ka­dzie­siąt lat też za­pew­ne będą świe­cić pust­ka­mi. W nie­któ­rych mia­stecz­kach w cią­gu ostat­nich 20 lat licz­ba lud­no­ści zma­la­ła o po­ło­wę. W roku 1950 – w szczy­to­wym okre­sie sta­li­now­skich wy­pa­czeń, gdy kraj nie pod­niósł się jesz­cze ze znisz­czeń wo­jen­nych, a od na­ro­du wy­ma­ga­no nie­wy­obra­żal­nych wy­rze­czeń – licz­ba uro­dzeń prze­wyż­sza­ła licz­bę zgo­nów o 1,7 mi­lio­na.

W 2010 roku licz­ba zgo­nów była więk­sza od licz­by uro­dzeń o 240 ty­się­cy, a był to naj­lep­szy pod tym wzglę­dem rok od kil­ku­dzie­się­ciu lat. W 1991 roku kraj za­miesz­ki­wa­ło 148,3 mi­lio­na lu­dzi. W 2010 licz­ba ta spa­dła do 141,9 mi­lio­na. Ro­syj­ski na­ród kur­czy się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie.

Nie cho­dzi o to, że ro­dzi się mało dzie­ci. Prze­ciw­nie – zbyt wie­lu lu­dzi umie­ra. Dla prze­cięt­ne­go Ro­sja­ni­na uro­dzo­ne­go w 2010 roku prze­wi­dy­wa­na dłu­gość ży­cia wy­no­si nie­speł­na 63 lata. Ro­sja­nie obu płci są sta­ty­stycz­nie nie­mal czte­ry razy bar­dziej na­ra­że­ni na śmierć z po­wo­du cho­rób ser­ca niż za­chod­ni Eu­ro­pej­czy­cy i po­nad pięć razy bar­dziej – na śmierć z przy­czyn ze­wnętrz­nych, ta­kich jak: mor­der­stwo, sa­mo­bój­stwo, uto­nię­cie, za­tru­cie czy wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Po­rów­ny­wal­ne licz­by na­głych zgo­nów no­tu­je się w An­go­li, Bu­run­di, Kon­gu, Li­be­rii czy Sier­ra Le­one.

Ro­sja nie jest je­dy­nym pań­stwem do­tknię­tym kur­cze­niem się po­pu­la­cji. Na przy­kład we Wło­szech i Niem­czech prze­cięt­na para ma mniej niż dwo­je dzie­ci, co nie­uchron­nie pro­wa­dzi do zmniej­sza­nia się licz­by lud­no­ści. Eu­ro­pej­ki z za­chod­nich kra­jów nie de­cy­du­ją się na tak licz­ne po­tom­stwo, jak mia­ły mat­ki.

Sy­tu­acja na za­cho­dzie kon­ty­nen­tu jest kło­po­tli­wa sama w so­bie, choć­by w za­kre­sie sys­te­mów eme­ry­tal­nych – lu­dzie żyją dłu­żej dzię­ki po­pra­wie opie­ki me­dycz­nej, a z po­wo­du spad­ku licz­by uro­dzeń co­raz mniej oby­wa­te­li ak­tyw­nych za­wo­do­wo pła­ci skład­ki, z któ­rych ko­rzy­sta co­raz wię­cej star­szych osób. Sy­tu­acja w Ro­sji jest jed­nak znacz­nie po­waż­niej­sza. Jej istot­ny ele­ment to wskaź­nik śmier­tel­no­ści, alar­mu­ją­cy zwłasz­cza wśród lu­dzi czyn­nych za­wo­do­wo. Prze­cięt­ny Ro­sja­nin nie do­ży­wa wie­ku eme­ry­tal­ne­go.

Po­wszech­nie uwa­ża się, że pi­jań­stwo i dra­stycz­ny spa­dek li­czeb­no­ści po­pu­la­cji to pro­blem po­so­wiec­ki. Fak­tem jest, że na­si­lił się po upad­ku ko­mu­ni­zmu i zbiegł się z eko­no­micz­ny­mi prze­kształ­ce­nia­mi, któ­re wów­czas na­stą­pi­ły. In­fla­cja bły­ska­wicz­nie zja­dła eme­ry­tu­ry i oszczęd­no­ści, za­mknię­to fa­bry­ki i mi­lio­ny lu­dzi zna­la­zły się bez pra­cy. Ro­sja­nie pili, by choć na chwi­lę za­po­mnieć o cięż­kich cza­sach, ja­kie prze­ży­wa­li. Praw­da jest jed­nak taka, że pili też przed­tem.

Dziś już nie pa­mię­ta się zbyt do­brze prze­ło­mu lat 50. i 60., gdy Związ­kiem Ra­dziec­kim rzą­dził Ni­ki­ta Chrusz­czow. Był to okres szczy­to­wych osią­gnięć tego pań­stwa w wie­lu dzie­dzi­nach, a dla na­ro­du czas ogrom­nej pew­no­ści sie­bie i wia­ry we wła­sne moż­li­wo­ści. Nie tyl­ko mo­skwia­nie wie­rzy­li, że Zwią­zek Ra­dziec­ki prze­ści­gnie kra­je za­chod­nie pod wzglę­dem pro­duk­cji i ży­cio­wych stan­dar­dów. Oba­wiał się tego rów­nież Za­chód. To wte­dy ZSRR umie­ścił na or­bi­cie pierw­sze­go sztucz­ne­go sa­te­li­tę – sput­nik, wy­słał w ko­smos psa Łaj­kę oraz pierw­sze­go czło­wie­ka, Ju­ri­ja Ga­ga­ri­na. Gary Po­wers zo­stał nad Ura­lem ze­strze­lo­ny w swo­im szpie­gow­skim sa­mo­lo­cie U-2 i wy­glą­da­ło na to, że na­wet naj­bar­dziej za­awan­so­wa­na ame­ry­kań­ska broń znaj­du­je się na ła­sce Ro­sjan.

Rze­sze pań­stwo­wych pra­cow­ni­ków nie­ustan­nie nad­zo­ro­wa­ły ro­sną­cą pro­duk­cję sta­li i uzbro­je­nia, a nad wszyst­kim czu­wa­ły le­gio­ny sta­ty­sty­ków. Ra­dziec­kie czoł­gi, zwró­co­ne na za­chód, sta­ły roz­lo­ko­wa­ne wzdłuż gra­ni­cy Nie­miec Wschod­nich. Bez­li­to­śnie stłu­mio­no wę­gier­skie po­wsta­nie z 1956 roku, zmie­rza­ją­ce do zrzu­ce­nia mo­skiew­skiej do­mi­na­cji. Moż­na zro­zu­mieć, że rząd so­wiec­ki gra­tu­lo­wał so­bie owych osią­gnięć. Przy­szłość ry­so­wa­ła się na czer­wo­no. Chrusz­czow, zwra­ca­jąc się do za­chod­nich dy­plo­ma­tów w 1956 roku, oka­zał im swe za­du­fa­nie i po­gar­dę słyn­nym zda­niem: „Po­grze­bie­my was”. Oby­wa­te­le ra­dziec­cy prze­ży­ją swo­ich za­chod­nich ry­wa­li, po czym wy­ko­pią dla nich gro­by.

Kry­ła się za tą prze­chwał­ką iro­nia, bo gdy­by Chrusz­czow był czuj­ny i do­brze po­in­for­mo­wa­ny, za­uwa­żył­by pe­wien nie­po­ko­ją­cy trend. Otóż mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Ga­ga­rin jako pierw­szy czło­wiek po­le­ciał w ko­smos – to triumf, z któ­re­go Ro­sja­nie są dum­ni do dziś – ro­syj­ski na­ród za­czął wy­mie­rać.

Na po­czą­tek zma­la­ła licz­ba uro­dzeń – do tego stop­nia, że od­bi­ło się to na licz­bie lud­no­ści. Aby ta ostat­nia utrzy­my­wa­ła się na sta­łym po­zio­mie, na każ­dą ko­bie­tę musi przy­pa­dać 2,1 dzie­ci. Od 1965 roku Ro­sjan­ki ro­dzą mniej. I z grub­sza w tym cza­sie Ro­sja­nie za­czę­li umie­rać mło­dziej. Na po­cząt­ku lat 60. ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia prze­cięt­ne­go Ro­sja­ni­na wy­no­si­ła 69 lat – tyle samo co u prze­cięt­ne­go Au­stria­ka. W 2005 roku war­tość ta w Au­strii była o 15 lat więk­sza, w Ro­sji zaś – o czte­ry lata mniej­sza.

Mo­głem się tyl­ko do­my­ślać, dla­cze­go Ro­sja­nie tyle piją. Za­sta­na­wia­łem się, czy nie dzia­ła po pro­stu do­stęp­ność. W Związ­ku Ra­dziec­kim pro­du­ko­wa­no wód­kę, więc się ją piło. Nie jest to jed­nak peł­na od­po­wiedź. Nikt nie za­pi­ja się na śmierć tyl­ko dla­te­go, że może. Gdy po bu­tel­kę się­ga cała po­pu­la­cja, musi być na rze­czy coś po­waż­niej­sze­go. Może Ro­sja­nie czu­li, że wła­sny los wy­my­ka im się z rąk. Kraj po­padł w sta­gna­cję i miał w niej po­zo­stać, a nikt nie po­tra­fił prze­wi­dzieć, jak dłu­go to po­trwa. Je­że­li ju­tro nie bę­dzie lep­sze niż dzi­siaj, cze­mu nie osło­dzić so­bie dnia dzi­siej­sze­go pi­jań­stwem?

Nie mia­łem nic wię­cej, jak tyl­ko do­my­sły. Ba­da­cze aka­de­mic­cy z ja­kichś po­wo­dów nie in­te­re­so­wa­li się Ro­sją lat 60. i 70. XX wie­ku. Nie ist­nie­je po­rząd­na bio­gra­fia Le­oni­da Breż­nie­wa, mimo że stał on na cze­le naj­więk­sze­go pań­stwa świa­ta przez bli­sko dwie de­ka­dy. Nie ma też do­brej książ­ki o Ju­ri­ju An­dro­po­wie, cho­ciaż kie­ro­wał on KGB nie­mal tak samo dłu­go, a przez dwa lata pia­sto­wał sta­no­wi­sko po Breż­nie­wie. Am­bit­ni mło­dzi hi­sto­ry­cy zdo­by­wa­ją szli­fy w in­nych te­ma­tach. Były to lata sta­gna­cji i schył­ku, znacz­nie mniej atrak­cyj­ne od epo­ki Jó­ze­fa Sta­li­na, gdy Zwią­zek Ra­dziec­ki rósł w siłę, czy od cza­sów Mi­cha­iła Gor­ba­czo­wa, kie­dy im­pe­rium się roz­pa­dło.

Jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go mało pi­sze się o tym okre­sie. Są obec­nie do­stęp­ne szcze­gó­ło­we ba­da­nia do­ty­czą­ce szans ży­cio­wych w Ro­sji, ale nie mają swych od­po­wied­ni­ków po­cho­dzą­cych z de­kad Breż­nie­wa. W Związ­ku Ra­dziec­kim wy­da­wa­no prze­mo­wy przy­wód­ców par­tyj­nych w mi­lio­nach opra­wio­nych eg­zem­pla­rzy oraz ty­sią­ce pro­pa­gan­do­wych po­wie­ści ry­su­ją­cych przy­szłość w świe­tla­nych bar­wach. Nie pu­bli­ko­wa­no jed­nak ksią­żek, któ­re by py­ta­ły o to, dla­cze­go ro­bot­ni­cy z kla­sy pra­cu­ją­cej co­raz bar­dziej znie­czu­la­ją się al­ko­ho­lem. Bran­ża wy­daw­ni­cza pod­le­ga­ła cen­zu­rze rzą­do­wej – Ro­sja­nom wol­no było czy­tać tyl­ko tek­sty sła­wią­ce ich rze­ko­my do­bro­byt.

Na­wet tak roz­wle­kła po­wieść jak Dok­tor Ży­wa­go oka­za­ła się dla so­wiec­kie­go re­żi­mu elek­try­zu­ją­co kon­tro­wer­syj­na. Jej au­tor, Bo­rys Pa­ster­nak, zo­stał za­szczu­ty i w 1960 roku przed­wcze­śnie wpę­dzo­ny do gro­bu przez to, że nie do­sto­so­wał się do stan­dar­dów obo­wią­zu­ją­cych so­wiec­kie­go pi­sa­rza i miał czel­ność opu­bli­ko­wać swe dzie­ło za gra­ni­cą.

Mimo że Pa­ster­na­ka po­trak­to­wa­no w ten spo­sób, nie­wiel­ka gru­pa pi­sa­rzy upar­cie two­rzy­ła po swo­je­mu. Prze­my­ca­nie ma­szy­no­pi­sów za gra­ni­cę było wy­ra­zem pro­te­stu prze­ciw­ko re­żi­mo­wi, któ­ry wy­ma­gał pod­po­rząd­ko­wa­nia we wszyst­kim. W tam­tych cza­sach każ­da for­ma twór­czo­ści mu­sia­ła mieć po­zwo­le­nie od pań­stwa, co ozna­cza­ło, że wszel­kie nie­pra­wo­myśl­ne pró­by były tłu­mio­ne w za­rod­ku. W pew­nym mo­men­cie, w lu­tym 1966 roku, An­driej Si­niaw­ski i Ju­lij Da­niel, dwaj pi­sa­rze pu­bli­ku­ją­cy swo­je książ­ki na Za­cho­dzie, zo­sta­li w wy­ni­ku po­ka­zo­we­go pro­ce­su ska­za­ni na lata ła­grów, co do­bit­nie za­świad­cza­ło, że nie­za­leż­ność nie bę­dzie to­le­ro­wa­na.

Pi­sa­rze ci nie byli pro­za­chod­ni jako tacy, ale nie mo­gli znieść ota­cza­ją­ce­go ich ogłu­pie­nia, a ich pro­ces stał się sym­bo­lem tego, przez co prze­cho­dzi­ło całe po­ko­le­nie. „Ceną po­słu­szeń­stwa było na­pię­cie, nie­po­kój, któ­ry z upły­wem lat tyl­ko na­ra­stał. On się uro­dził pi­sa­rzem, nie żoł­nie­rzem” – na­pi­sał pe­wien przy­ja­ciel o Si­niaw­skim. Żoł­nie­rze są po­słusz­ni, pi­sa­rze za­da­ją py­ta­nia, a ustrój to­ta­li­tar­ny nie to­le­ru­je py­tań.

Sa­mo­dziel­nie dru­ko­wa­ne i roz­pro­wa­dza­ne wy­daw­nic­twa pod­ziem­ne (do cze­go na­wią­zu­je ich ro­syj­ska na­zwa sa­miz­dat – „sam wy­dał”) są istot­nym źró­dłem wie­dzy o tym, co się na­praw­dę dzia­ło za fa­sa­dą suk­ce­su, któ­rą Zwią­zek Ra­dziec­ki po­ka­zy­wał świa­tu. Z bra­ku in­ne­go źró­dła to wła­śnie w nich za­czą­łem po­szu­ki­wać wy­ja­śnie­nia po­wo­dów ro­syj­skie­go po­wszech­ne­go pi­jań­stwa.

Po­szu­ki­wa­nia za­pro­wa­dzi­ły mnie jed­nak do­ni­kąd. Idee dy­sy­den­tów były szczyt­ne i god­ne po­dzi­wu – wol­ność wy­po­wie­dzi, swo­bo­da emi­gro­wa­nia, pra­wo do nie­za­wi­słych są­dów – ale nie wy­glą­da­ło na to, by któ­raś z tych spraw mo­gła do­pro­wa­dzić do ma­so­wej epi­de­mii pi­jań­stwa w na­ro­dzie. Po­tem na­tkną­łem się na książ­kę Lud­mi­ły Alek­sie­je­wej, we­te­ran­ki walk o pra­wa czło­wie­ka, od 1977 roku prze­by­wa­ją­cej na przy­mu­so­wym wy­gna­niu. Może dzię­ki temu, że przez 15 lat miesz­ka­ła w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, mia­ła szer­szy ogląd sy­tu­acji i wi­dzia­ła rów­nież to, co dzia­ło się poza sto­li­cą.

Alek­sie­je­wa pi­sa­ła, że Ro­sja­nie wszę­dzie czu­li się przy­gnę­bie­ni hi­po­kry­zją sko­rum­po­wa­nych urzęd­ni­ków, któ­rzy in­nym obie­cy­wa­li świe­tla­ną przy­szłość, pod­czas gdy sami cie­szy­li się owo­ca­mi te­raź­niej­szo­ści. Pań­stwo ro­syj­skie za­bi­ja­ło w czło­wie­ku na­dzie­ję, a isto­ta ludz­ka nie może bez niej prze­trwać. W po­wsta­łej próż­ni lu­dzie się­ga­li po wszel­kie do­stęp­ne iskier­ki na­dziei, nie wy­łą­cza­jąc Boga.

Głód re­li­gii (…) nie był re­zul­ta­tem wy­sił­ków czy­nio­nych przez oso­by du­chow­ne, lecz ra­czej upad­ku i roz­pa­du ofi­cjal­nej ide­olo­gii. Roz­prze­strze­nił się po ca­łym kra­ju i wy­warł wpływ na wszyst­kie gru­py spo­łecz­ne. Ogrom­ne rze­sze lu­dzi pró­bo­wa­ły za­peł­nić du­cho­wą i in­te­lek­tu­al­ną pust­kę al­ko­ho­lem; inni sta­ra­li się ją wy­peł­nić naj­roz­ma­it­szy­mi za­ję­cia­mi, od ogrod­nic­twa po fi­lo­zo­fię.

Ro­syj­ska Cer­kiew pra­wo­sław­na, po­dob­nie jak ofi­cjal­ne hie­rar­chie dzia­ła­ją­cych w ZSRR wspól­not mu­zuł­mań­skich, ży­dow­skich i bud­dyj­skich, zo­sta­ła pod­da­na in­fil­tra­cji i pod­po­rząd­ko­wa­na pań­stwu. Co praw­da ko­mu­ni­ści za­czę­li od ata­ków na re­li­gię i prze­śla­do­wa­nia ka­pła­nów, ale Sta­lin pod­czas II woj­ny świa­to­wej uświa­do­mił so­bie, że pa­trio­tycz­ny apel o obro­nę wia­ry to bar­dzo uży­tecz­ne na­rzę­dzie mo­bi­li­zu­ją­ce.

Cer­kiew pra­wo­sław­na nie była jed­nak mo­no­li­tem. Wśród du­chow­nych zna­leź­li się tacy, któ­rzy nie szli w śla­dy bi­sku­pów i nie po­pie­ra­li nie­wol­ni­czo wła­dzy. Do tych ka­pła­nów za­li­czał się Dmi­trij Dud­ko, dla przy­ja­ciół oj­ciec Dmi­trij. Alek­sie­je­wa opi­sa­ła go w swo­jej książ­ce, więc prze­czy­ta­łem jego pra­ce. I szyb­ko zda­łem so­bie spra­wę z tego, że był wy­jąt­ko­wym czło­wie­kiem.

Pod­czas gdy pań­stwo zaj­mo­wa­ło się wy­pusz­cza­niem ra­por­tów o tym, jak do­brze wie­dzie się lu­dziom, a dy­sy­den­ci sta­ra­li się udo­wod­nić, że to nie­praw­da, oj­ciec Dmi­trij po ci­chu niósł po­cie­chę nie­szczę­snym i spo­nie­wie­ra­nym. Nie za­do­wo­lił się rolą nie­po­praw­ne­go po­cie­szy­cie­la – był też nie­pra­wo­myśl­nym pi­sa­rzem. Zo­sta­ły po nim no­tat­ni­ki, ar­ty­ku­ły i ka­za­nia – set­ki ty­się­cy słów. Od re­la­cji ze spo­wie­dzi pa­ra­fian, po­przez szki­ce au­to­bio­gra­ficz­ne, po wier­sze i ka­zno­dziej­skie mowy. Są dzi­siaj bez­cen­nym źró­dłem wie­dzy dla tych, któ­rzy usi­łu­ją zro­zu­mieć, jak ko­mu­nizm, ruch z za­ło­że­nia sta­wia­ją­cy so­bie za cel do­bro­byt ca­łej ludz­ko­ści, prze­obra­ził się w sys­tem ba­zu­ją­cy na uci­sku i nę­dzy.

Opi­sa­ny przez ojca Dmi­tri­ja ko­mu­nizm – mimo za­pew­nień wła­dzy – nie miał wie­le wspól­ne­go z ru­chem dą­żą­cym do świe­tla­nej przy­szło­ści. Wręcz prze­ciw­nie: pań­stwo so­wiec­kie było nie­mal ide­al­nie za­pro­gra­mo­wa­ne tak, by lu­dzi uniesz­czę­śli­wiać. Od­bie­ra­ło oby­wa­te­lom nie tyl­ko na­dzie­ję, lecz tak­że uf­ność. Każ­de dzia­ła­nie mu­sia­ło być usank­cjo­no­wa­ne przez wła­dzę. Każ­da na­po­tka­na oso­ba mo­gła być do­no­si­cie­lem. Nie ist­nia­ła żad­na gwa­ran­cja, że co­kol­wiek przej­dzie bez kon­se­kwen­cji. Oj­ciec Dmi­trij w swo­ich ka­za­niach na­wo­ły­wał do przy­jaź­ni, cie­pła i wia­ry; za­in­spi­ro­wał po­ko­le­nie lu­dzi, by żyli w czło­wie­czeń­stwie, a nie jak try­by ma­szy­ny.

Po­nad­to oj­ciec Dmi­trij – co uświa­do­mi­łem so­bie, czy­ta­jąc jego książ­ki i za­głę­bia­jąc się w jego świat – był kimś wię­cej niż tyl­ko świad­kiem i dzia­ła­czem. Hi­sto­ria jego ży­cia – od mo­men­tu, gdy się uro­dził w ro­syj­skiej wio­sce tuż po re­wo­lu­cji, po śmierć w Mo­skwie w 2004 roku – jest tak­że hi­sto­rią na­ro­du. Prze­żył ko­lek­ty­wi­za­cję rol­nic­twa, któ­ra do­tknę­ła całe ro­syj­skie chłop­stwo, to jest 80 pro­cent spo­łe­czeń­stwa. Słu­żył w woj­sku pod­czas II woj­ny świa­to­wej, kie­dy mi­lio­ny chło­pów zgi­nę­ło, bro­niąc wła­dzy, któ­ra ich wcze­śniej zgnio­tła. Spę­dził osiem lat w gu­ła­gu, czy­li ła­grach, jak na­zy­wa­no obo­zy pra­cy two­rzo­ne po to, by zła­mać du­cha tych, któ­rzy na­dal sta­wia­li opór. Po­wstał znów, aby prze­ma­wiać do pa­ra­fian w la­tach 60. i 70., sta­ra­jąc się po­móc mło­dym Ro­sja­nom w bu­do­wie bar­dziej wol­ne­go i spra­wie­dliw­sze­go spo­łe­czeń­stwa.

Dziś rzad­ko się pi­sze o tam­tych de­ka­dach, ale były one klu­czo­we dla kry­zy­su lud­no­ścio­we­go w Ro­sji i dla­te­go ta książ­ka sku­pia się wła­śnie na nich. Nie jest to jed­nak bio­gra­fia ojca Dmi­tri­ja ani hi­sto­ria dwu­dzie­sto­wiecz­nej Ro­sji – pla­su­je się gdzieś po­środ­ku. Ży­wot ojca Dmi­tri­ja jest dla mnie ży­ciem jego na­ro­du w ska­li mi­kro­ko­smo­su. Śle­dząc jego ko­le­je losu i oko­licz­no­ści śmier­ci, po­dą­żam śla­da­mi ży­cia i śmier­ci jego na­ro­du.

Jak do­szło do tego, że Ro­sja sta­ła się kra­jem, w któ­rym mój przy­ja­ciel Mi­sza uwa­ża za nor­mal­ne wy­chy­la­nie li­tra bran­dy przed roz­po­czę­ciem dnia pra­cy? Jak sta­ła się kra­jem, w któ­rym nikt się temu nie dzi­wi, kra­jem, gdzie al­ko­hol sprze­da­je się do śnia­da­nia wraz z ja­jecz­ni­cą, kieł­ba­są i chle­bem? Al­ko­ho­lizm jed­ne­go czło­wie­ka jest jego wła­sną tra­ge­dią. Al­ko­ho­lizm ca­łe­go na­ro­du to rów­nież tra­ge­dia, ale za­ra­zem prze­jaw cze­goś znacz­nie więk­sze­go – zbio­ro­we­go za­ła­ma­nia.

Ży­cie pu­blicz­ne w Ro­sji wciąż opie­ra się na nie­uczci­wo­ści. Or­ga­ni­za­cja Trans­pa­ren­cy In­ter­na­tio­nal, ba­da­ją­ca, ujaw­nia­ją­ca i zwal­cza­ją­ca prak­ty­ki ko­rup­cyj­ne, co roku spo­rzą­dza ran­king kra­jów, sze­re­gu­jąc je we­dług 10-stop­nio­wej ska­li, w któ­rej 10 ozna­cza zu­peł­ną przej­rzy­stość (ła­pów­kar­stwo nie ist­nie­je), a prze­ciw­nym bie­gu­nem jest 0 (ła­pów­ki są po­wszech­ne, a na­wet ob­li­ga­to­ryj­ne). W 2011 roku naj­wyż­sze noty uzy­ska­ła Nowa Ze­lan­dia (9,5), naj­niż­sze zaś Ko­rea Pół­noc­na (1). Ro­sja od lat 90. XX wie­ku mie­ści się w za­kre­sie 2,1–2,8, tak samo jak Ni­ge­ria i Bia­ło­ruś, po­ni­żej ta­kich państw, jak Sy­ria, Pa­ki­stan czy Ery­trea[3]. Ro­sja­nie uwa­ża­ją się za cy­wi­li­zo­wa­nych Eu­ro­pej­czy­ków, ale na co dzień mu­szą zno­sić upo­ko­rze­nia ze stro­ny urzęd­ni­ków, któ­rzy swo­im po­stę­po­wa­niem wpi­su­ją się w ety­kę brud­nej dyk­ta­tu­ry.

Za­py­ta­łem kie­dyś mo­je­go przy­ja­cie­la Kolę, co by zro­bił w pierw­szej ko­lej­no­ści, gdy­by zo­stał pre­zy­den­tem. Kola to jo­wial­ny, we­so­ły kom­pan, spo­dzie­wa­łem się więc, że wy­gło­si coś za­baw­ne­go. Może za­le­ga­li­zo­wał­by po­li­ga­mię dla lu­dzi, któ­rych imię za­czy­na się na K.? On jed­nak roz­my­ślał w mil­cze­niu przez po­nad mi­nu­tę. Wpa­try­wał się w swo­ją szklan­kę piwa i ba­wił pa­pie­ro­sem.

– Za­bił­bym się – od­rzekł w koń­cu bez cie­nia uśmie­chu.

Nie ma nic za­ska­ku­ją­ce­go w tym, że Ro­sja­nie daw­no już stra­ci­li en­tu­zjazm do po­li­ty­ki. W pew­nym do­rocz­nym son­da­żu prze­pro­wa­dza­nym przez ośro­dek ba­da­nia opi­nii pu­blicz­nej Le­va­da Cen­ter do wy­bo­ru są trzy opcje: „ży­cie jest cał­kiem nie­złe, da się prze­trwać”, „ży­cie jest złe, ale do znie­sie­nia” i „na­sza fa­tal­na sy­tu­acja jest zu­peł­nie nie do wy­trzy­ma­nia”. W cią­gu ostat­nich 15 lat od­no­to­wa­no wol­ny prze­pływ gło­sów z trze­ciej ka­te­go­rii do dru­giej, ale sam fakt, że są tyl­ko te trzy do wy­bo­ru, nie świad­czy o tym, że kraj ra­do­śnie spo­glą­da w przy­szłość.

W tej książ­ce py­tam, jak do tego do­szło. Nie jest to jed­nak tyl­ko po­dróż w prze­szłość, po­nie­waż kry­zys lud­no­ścio­wy może mieć ogrom­ne kon­se­kwen­cje tak­że w przy­szło­ści. W chiń­skiej pro­win­cji He­ilon­gjiang miesz­ka po­nad 38 mi­lio­nów osób. W gra­ni­czą­cych z nią od pół­no­cy ro­syj­skich jed­nost­kach ad­mi­ni­stra­cyj­nych: ob­wo­dzie amur­skim, Ży­dow­skim Ob­wo­dzie Au­to­no­micz­nym ze sto­li­cą w Bi­ro­bi­dża­nie oraz Kra­ju Nad­mor­skim, któ­re ra­zem wzię­te mają nie­wie­le więk­szą po­wierzch­nię niż He­ilon­gjiang, łącz­nie żyje oko­ło trzech mi­lio­nów lu­dzi. Je­śli licz­ba ta na­dal bę­dzie spa­dać, nikt się za­pew­ne nie zdzi­wi, je­że­li Chiń­czy­cy po­my­ślą, że Ro­sja nie po­trze­bu­je tej zie­mi, i po­sta­no­wią ją dla sie­bie za­gar­nąć. Współ­cze­sny świat ni­g­dy nie sta­nął wo­bec sy­tu­acji, gdy ja­kiś kraj ma za mało miesz­kań­ców, by go za­lud­ni­li i utrzy­ma­li.

Za­tem w hi­sto­rii ży­cia ojca Dmi­tri­ja po­szu­ki­wa­łem jesz­cze cze­goś – ewen­tu­al­nej na­dziei na przy­szłość. Czy szko­dy wy­rzą­dzo­ne na­ro­do­wi ro­syj­skie­mu są od­wra­cal­ne? Czy nowe po­ko­le­nie, wy­cho­wa­ne bez mar­twe­go do­gma­tu ko­mu­ni­zmu, za­po­cząt­ku­je nowy ro­dzaj pań­stwa, w któ­rym lu­dzie będą wol­ni, aby być sobą?

Czy moż­na so­bie wy­obra­zić taki ro­dzaj pań­stwa, w któ­rym Ro­sja­nie z ra­do­ścią ży­li­by, pra­co­wa­li i do­cho­wy­wa­li się dzie­ci – je­dy­ny ro­dzaj pań­stwa, jaki może li­czyć na przy­szłość. To wła­śnie pró­bo­wał zbu­do­wać oj­ciec Dmi­trij, gdy gło­sił ka­za­nia w mo­skiew­skich cer­kwiach i mo­dlił się w ła­grach. To dla­te­go wy­ru­szy­łem śla­da­mi jego i jego przy­ja­ciół na pół­noc do gu­ła­gu, na wschód w góry Ural, a w pierw­szej ko­lej­no­ści na za­chód, do wio­ski Bie­rie­zi­no, w któ­rej się uro­dził, ukry­tej w la­sach w ser­cu Ro­sji.

[1] Około 17 zł (przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Zgodnie z oficjalnymi statystykami z 2010 roku na Rosjanina przypada rocznie 15,1 litra czystego spirytusu, na Polaka – 12,5 litra, jeśli zaś weźmie się pod uwagę, że w Polsce wiele osób deklaruje, że nie pije (procentowo znacznie więcej niż w Rosji), na jednego przyznającego się do picia Polaka przypada 24,2 litra. Nie są to jednak dane miarodajne, choćby z powodu ogromnego spożycia samogonu w Rosji oraz faktu, że Polak twierdzący, że nie pije, bynajmniej nie jest abstynentem.

[3] Polska w 2012 roku uzyskała wskaźnik 5,8.

1

Zabrali ziemię naszego dziadka

I tak pew­ne­go ran­ka la­tem 2010 roku obu­dzi­łem się w sta­rym ra­dziec­kim ho­te­lu w mie­ście Briańsk, da­le­ko na za­chód od Mo­skwy.

Było go­rą­co. Bu­dyn­ki zda­wa­ły się drżeć w upal­nym po­wie­trzu, jesz­cze za­nim opu­ści­łem dwo­rzec au­to­bu­so­wy, gdzie opa­le­ni kie­row­cy bez ko­szul wy­krzy­ki­wa­li na­zwy miej­sco­wo­ści, jak­by mo­gli prze­ko­nać przy­by­wa­ją­cych pa­sa­że­rów, by po­rzu­ci­li swo­je pla­ny po­dró­ży i za­miast je­chać tam, do­kąd za­mie­rza­li, wsie­dli do ich au­to­bu­sów. Wy­pra­wa do Bie­rie­zi­na oka­za­ła się skom­pli­ko­wa­na. Naj­pierw wsia­dłem do za­pa­ko­wa­ne­go mi­ni­bu­su, któ­ry za­brał mnie do du­że­go skle­pu. Na­stęp­nie sfa­ty­go­wa­nym au­to­bu­sem do­to­czy­łem się do mia­stecz­ka po­kry­te­go sza­rym ce­men­to­wym py­łem. To było Fo­ki­no. Ko­lej­ny au­to­bus za­wiózł mnie do sa­me­go Bie­rie­zi­na. Za­trzy­ma­li­śmy się na skra­ju py­li­ste­go, pra­żą­ce­go się w słoń­cu po­dwór­ka, z gó­ru­ją­cym pię­cio­pię­tro­wym blo­kiem miesz­kal­nym. Pod jego bal­ko­na­mi kłó­ci­ły się ze sobą dwie pier­sia­ste ko­bie­ty.

Po­sta­wi­łem so­bie za cel od­na­le­zie­nie ży­ją­cych krew­nych ojca Dmi­tri­ja, ale do tej pory nie za­sta­na­wia­łem się za bar­dzo nad tym, co zro­bię, gdy do­trę na miej­sce. Za­zwy­czaj w ta­kich sy­tu­acjach po­ja­wiam się, sta­ram się wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie i li­czę na to, że ktoś się nade mną zli­tu­je. Ru­szy­łem w kie­run­ku kłó­cą­cych się ko­biet i mi­ną­łem je nie­śpiesz­nie. Nie zwró­ci­ły na mnie uwa­gi. Na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym ktoś jesz­cze zo­stał, po­dą­ży­łem więc w tam­tą stro­nę, po­now­nie prze­cho­dząc obok ko­biet. Znów na­wet na mnie nie spoj­rza­ły.

– Co pan robi?

Od­wró­ci­łem się i uj­rza­łem ład­ną, oko­ło 40-let­nią ko­bie­tę mru­żą­cą z roz­ba­wie­niem oczy. Mimo upa­łu cała była ubra­na na czar­no. Sie­dzia­ła na ław­ce w cie­niu przy­stan­ku.

– Wi­dzia­łam, jak pan przy­je­chał au­to­bu­sem, po­tem cho­dził tam i z po­wro­tem, a te­raz stoi pan tu­taj. Co pan robi?

Wy­glą­da­ła przy­jaź­nie, więc wy­ja­śni­łem jej cel mo­jej wi­zy­ty: szu­kam krew­nych ojca Dmi­tri­ja i chcę zro­zu­mieć, jak jego wy­cho­wa­nie spra­wi­ło, że stał się taki, jaki był. Po­trzą­snę­ła gło­wą. Nie ma tu żad­nych Dud­ków. Ale po­nie­waż przez naj­bliż­sze kil­ka go­dzin nie mia­ła nic do ro­bo­ty, wzię­ła mnie za rękę i po­ma­sze­ro­wa­ła ze mną przez pra­żą­cą się w skwa­rze rów­ni­nę po­dwór­ka, że­bym po­znał jej mat­kę.

– Mam na imię Gala – przed­sta­wi­ła się.

Do­pie­ro po dość dłu­gim dzwo­nie­niu do drzwi mat­ki przy­po­mnia­ła so­bie, że jest so­bo­ta. Jej mat­ka, jak się oka­za­ło, na­le­ża­ła do ad­wen­ty­stów dnia siód­me­go i te­raz za­pew­ne mo­dli­ła się ze swo­ją sio­strą, ciot­ką Gali. Ze­szli­śmy więc po scho­dach i uda­li­śmy się do dru­gie­go blo­ku – zie­mię po­mię­dzy nimi zaj­mo­wa­ły grząd­ki, na któ­rych wa­rzy­wa doj­rze­wa­ły wcze­śnie w upa­le – i tam zna­leź­li­śmy dwie star­sze pa­nie. Obie w chust­kach na gło­wie i za­pię­tych swe­ter­kach, sie­dzia­ły na sta­rej ka­na­pie z otwar­tą przed nimi Księ­gą Ob­ja­wie­nia.

Ni­g­dy nie sły­sza­ły o ro­dzi­nie Dud­ków, a miesz­ka­ły tu całe ży­cie. Nie­do­brze. Po­sta­no­wi­łem jed­nak, że nie od­ja­dę z ni­czym, i wy­ją­łem no­tat­nik. Anna Wa­sil­jew­na, ciot­ka Gali, uro­dzi­ła się w 1922 roku – tym sa­mym co oj­ciec Dmi­trij. Nina Wa­sil­jew­na, któ­ra oprócz Gali mia­ła dwa­na­ścio­ro dzie­ci, była o trzy lata młod­sza. Po­my­śla­łem, że przy­naj­mniej będę miał szan­se po­zna­nia ży­cia pod oku­pa­cją. Niem­cy za­ję­li cały ten ob­szar wkrót­ce po tym, jak Hi­tler ude­rzył na Ro­sję. Oj­ciec Dmi­trij spę­dził dwa lata w re­jo­nie oku­po­wa­nym przez Niem­ców i wszy­scy obec­nie star­si lu­dzie za­pew­ne będą mie­li ta­kie same do­świad­cze­nia z tam­te­go okre­su.

Tyle że te dwie pa­nie nie chcia­ły o tym roz­ma­wiać. Wo­la­ły mó­wić o swej wie­rze i o wnu­kach – wła­śnie w tej ko­lej­no­ści.

– Za­czę­łam wie­rzyć w Boga w cza­sie woj­ny. Do­ko­ła świ­sta­ły kule. Wu­jek Ma­twiej przy­wiózł wia­rę z woj­ska. Nie pił ani nie pa­lił. Rzu­cił wód­kę, prze­stał kraść i kła­mać – zwie­rza­ła się ciot­ka.

Zer­k­ną­łem na Galę. Chi­cho­ta­ła bez­gło­śnie. Za­czą­łem po­dej­rze­wać, że tym psi­ku­sem za­bi­ja nudę w wol­nym cza­sie.

– Wszyst­ko spa­lą – cią­gnę­ła ciot­ka. – Te­raz jest wol­ność wy­zna­nia. Je­że­li do­ży­je­my, rzym­ski pop przyj­dzie i nas po­za­bi­ja. – Mia­ła za­do­wo­lo­ną minę, jak­by ten spo­sób za­koń­cze­nia ży­cia bar­dzo jej od­po­wia­dał.

Na­stęp­nie mat­ka Gali za­czę­ła wy­mie­niać imio­na.

– Wita, on był pierw­szy. Niech pan pi­sze. Po­tem Ola, Na­ta­sza. – Skon­ster­no­wa­ny, spoj­rza­łem na swą prze­wod­nicz­kę. Z ru­chu jej ust od­czy­ta­łem: „wnu­ki”. Za­mru­ga­łem i szyb­ko uwiecz­ni­łem na pa­pie­rze trzy imio­na. – Ta­nia, Swie­ta, Ira, Nina, Że­nia, Wa­sia, Ju­lia, Mak­sym, Igor, De­nis. – Li­sta cią­gnę­ła się w nie­skoń­czo­ność, aż wresz­cie urwa­ła się na: – Nad­ia, We­ro­ni­ka, Mi­sza. Ile ra­zem?

Po­li­czy­łem. Wy­szło 28.

– Zga­dza się. Dwa­dzie­ścia osiem. I osiem­na­ścio­ro pra­wnu­ków.

Wy­nik­nął spór o to, czy jest ich 18 czy 19. Trzy razy spraw­dzi­li­śmy li­stę. Mąż ciot­ki zgi­nął na woj­nie, nie mia­ła więc wnu­ków i w koń­cu zmę­czy­ła się tą ja­ło­wą sprzecz­ką. Wró­ci­ła do wia­ry, a mój umysł za­czął nie­co dry­fo­wać. Przyj­rza­łem się po­ko­le­niom: 13 dzie­ci, 28 wnu­ków i 18 pra­wnu­ków. Taka ten­den­cja do kur­cze­nia się za­cho­dzi­ła wszę­dzie w Ro­sji. Je­że­li każ­da para ma tyl­ko jed­no dziec­ko, wów­czas mło­de po­ko­le­nie jest o po­ło­wę mniej li­czeb­ne od po­przed­nie­go, a mniej wię­cej z tym mia­łem do czy­nie­nia tu­taj.

W cza­sach, kie­dy te dwie star­sze ko­bie­ty przy­szły na świat, za­pew­ne nie­wie­le się on róż­nił od na­sze­go, dzi­siej­sze­go. W okre­sie przed re­wo­lu­cją prze­mysł i ko­lej przy­nio­sły Ro­sja­nom moż­li­wość prze­miesz­cza­nia się na nie­spo­ty­ka­ną do­tąd ska­lę, ale wio­ski – ta­kie jak ta – nie­wie­le się zmie­ni­ły od śre­dnio­wie­cza. Płod­ność utrzy­my­wa­ła się na wy­so­kim po­zio­mie, po­rów­ny­wal­nym do dzi­siej­szej So­ma­lii, gdzie każ­da ko­bie­ta ma wię­cej niż sze­ścio­ro dzie­ci, a 80 pro­cent lud­no­ści Ro­sji sta­no­wi­li chło­pi.

Mimo że pańsz­czy­zna i pod­dań­stwo chło­pów – bę­dą­ce wschod­nio­eu­ro­pej­ską od­mia­ną no­wo­żyt­ne­go nie­wol­nic­twa, przy­wią­zu­ją­ce chło­pów do da­nej wsi i da­ją­ce ich pa­nom nie­mal nie­ogra­ni­czo­ną wła­dzę do wy­mie­rza­nia im kar – zo­sta­ły znie­sio­ne w 1861 roku, wy­zwo­le­ni chło­pi pańsz­czyź­nia­ni tak na­praw­dę nie do­sta­li swo­bo­dy prze­miesz­cza­nia się. Za otrzy­ma­ną wol­ność mu­sie­li za­pła­cić wy­kup, za któ­ry wspól­na od­po­wie­dzial­ność cią­ży­ła na ca­łej wsi. Tak czy ina­czej, tyl­ko nie­licz­ni chcie­li się wy­nieść. Wię­zi wiej­skiej wspól­no­ty były tak sil­ne, że ko­lej­ni „życz­li­wi” z obu koń­ców po­li­tycz­ne­go spek­trum wy­co­fy­wa­li się je­den po dru­gim wo­bec upar­te­go przy­wią­za­nia chłop­stwa do sta­re­go spo­so­bu ży­cia, co­rocz­ne­go po­dzia­łu pól, cer­kwi, lu­do­wej me­dy­cy­ny.

Wskaź­nik śmier­tel­no­ści, po­dob­nie jak płod­ność, utrzy­my­wał się na wy­so­kim po­zio­mie. Mat­ki du­si­ły nie­chcia­ne po­tom­stwo w łóż­ku. Nie­mow­lę­ta zo­sta­wia­no pod opie­ką nie­co star­sze­go ro­dzeń­stwa, któ­re czę­sto tak moc­no bu­ja­ło ko­ły­ską, że ma­lec wy­pa­dał z niej i umie­rał. Z bie­gun­ki le­czo­no dzie­ci, chwy­ta­jąc je za nogi i po­trzą­sa­jąc ener­gicz­nie. Wy­sta­ją­cy na ze­wnątrz pę­pek ma­lu­cha sma­ro­wa­no cia­stem, by osku­ba­ły go my­szy. W więk­szo­ści do­mostw po­nad po­ło­wa dzie­ci umie­ra­ła. Bied­niej­sze ro­dzi­ny – we­dług re­la­cji na­ocz­ne­go świad­ka, któ­ry ob­ser­wo­wał ży­cie ro­syj­skiej wsi pod ko­niec XIX wie­ku – czę­sto kwi­to­wa­ły śmierć nie­mow­ląt sło­wa­mi: „Bogu dzię­ki, tam bę­dzie im le­piej”.

Było to ży­cie w za­bo­bo­nie i uprze­dze­niu. Nie ufa­no żad­nym przy­by­szom i sta­now­czo sprze­ci­wia­no się im. Miej­sco­wi urzęd­ni­cy za naj­mniej­sze prze­wi­nie­nia mo­gli ka­rać do­ro­słych chło­stą wy­mie­rza­ną w gołe po­ślad­ki. Ary­sto­krat­ka Olga Sie­mio­no­wa Tian-Szan­ska­ja opi­sa­ła, że raz sama wi­dzia­ła, jak we wsi nie­da­le­ko jej domu świ­nie wy­ko­pa­ły cia­ło za­bi­te­go nie­mow­lę­cia. „Nie po­czy­nio­no w związ­ku z tym żad­nych kro­ków. Chło­pi nie lu­bią kry­mi­nal­nych do­cho­dzeń i mil­czą, na­wet je­że­li coś wie­dzą”.

Urzęd­ni­cy, je­śli im przy­szła ocho­ta, mo­gli żą­dać uisz­cze­nia po­dat­ków jesz­cze przed zbio­ra­mi, a je­że­li ktoś nie miał z cze­go za­pła­cić, kon­fi­sko­wa­li jego wła­sność. Re­wo­lu­cja spra­wi­ła, że chłop­stwo po­wsta­ło i prze­ję­ło zie­mię pa­nów, a tak­że ma­jąt­ki tych są­sia­dów, któ­rzy się cze­goś do­ro­bi­li dzię­ki skrom­nym re­for­mom rol­nym wpro­wa­dzo­nym przed I woj­ną świa­to­wą. Bol­sze­wi­cy, zu­peł­nie nie­zna­ją­cy się na wiej­skich re­aliach, wy­da­li bo­gat­szym chło­pom woj­nę, ode­bra­li ziar­no i spo­wo­do­wa­li klę­skę gło­du. Sza­cu­je się, że w cią­gu czte­rech lat, ja­kie na­stą­pi­ły po 1917 roku, z gło­du zmar­ło od 10 do 14 mi­lio­nów lu­dzi[1].

Te star­sze pa­nie były ży­wy­mi świad­ka­mi hi­sto­rii swo­je­go na­ro­du, jego tra­ge­dii i trium­fów, ale nie­ste­ty nie mia­ły zbyt­niej ocho­ty, by o tym roz­ma­wiać.

– Te­raz jest wol­ność re­li­gii, ale mało cza­su. Kie­dy zde­mo­lo­wa­li cer­kiew, po­pów wsa­dzi­li do wię­zie­nia – po­wie­dzia­ła ciot­ka Gali. Klep­nę­ła mnie w nogę i za­chi­cho­ta­ła.

– Rzym­ski pop nie­dłu­go ogło­si spis re­li­gii – wtrą­ci­ła jej sio­stra.

Ciot­ka nie dała się po­ko­nać. Na­bra­ła po­wie­trza i z głę­bi płuc za­in­to­no­wa­ła:

– Przyj­dą i nas po­za­bi­ja­ją.

Obie sta­rusz­ki wy­buch­nę­ły śmie­chem. Gala na­chy­li­ła się i po­ca­ło­wa­ła je w bla­de po­licz­ki. Sta­ro­win­ki po­pra­wi­ły chust­ki, a my wy­szli­śmy, zo­sta­wia­jąc je sie­dzą­ce na ka­na­pie i roz­pra­wia­ją­ce o nie­uchron­nie nad­cho­dzą­cej za­gła­dzie. Zdję­cie, któ­re pstryk­ną­łem, rów­nie do­brze mo­gło być zro­bio­ne 100 lat temu. Gala spoj­rza­ła na mnie, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i za­śmia­ła się ci­cho.

Chcia­łem w tym mo­men­cie za­rzu­cić po­szu­ki­wa­nia i wró­cić do Briań­ska, żeby prze­gru­po­wać siły, lecz Gala mia­ła inne pla­ny. Wpraw­dzie uro­dzi­ła się w tej miej­sco­wo­ści, ale rzad­ko ją od­wie­dza­ła i pra­gnę­ła po­ka­zać tego dziw­ne­go przy­by­sza z Za­cho­du wszyst­kim sta­rym przy­ja­cio­łom. Wsie­dli­śmy więc do ko­lej­ne­go au­to­bu­su, któ­ry wkrót­ce zje­chał z as­fal­to­wej dro­gi i za­wiózł nas do Pup­ko­wa.

Od kil­ku ty­go­dni nie pa­da­ło. Bita dro­ga mia­ła po­stać bla­de­go py­li­ste­go trak­tu z po­żół­kłym pa­sem tra­wy po­środ­ku. Nie po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić, jak moż­na się do­stać do Pup­ko­wa pod­czas od­wil­ży, gdy cała zi­mo­wa cza­pa śnie­gu topi się w krót­kim cza­sie, ale w tym mor­der­czym skwa­rze na­wet sama od­wilż była trud­na do wy­obra­że­nia. Po­ła­cie pól po obu stro­nach dro­gi drga­ły w upa­le jak pu­styn­ny mi­raż.

Kie­dy au­to­bus za­trzy­mał się u wjaz­du do wio­ski, na­szym oczom uka­zał się ob­raz spu­sto­sze­nia. Sto­ją­cy krzyż zna­czył miej­sce, w któ­rym kie­dyś była cer­kiew zbu­rzo­na przez ko­mu­ni­stów. Na­pis na krzy­żu gło­sił, że świą­ty­nia sta­ła do 1937 roku, prze­mknę­ło mi więc przez myśl, że być może oj­ciec Dmi­trij mo­dlił się tu­taj w dzie­ciń­stwie. Ze­szli­śmy po lek­kiej po­chy­ło­ści do wsi, któ­rej za­bu­do­wa oka­la­ła sztucz­ny staw. W wie­lu do­mach bra­ko­wa­ło szyb w oknach, nie­któ­re nie mia­ły da­chów. Osa­da była cał­ko­wi­cie opusz­czo­na; naj­wy­raź­niej nie tyl­ko Gala wy­nio­sła się z Pup­ko­wa.

– Tu był kie­dyś klub – oznaj­mi­ła, wska­zu­jąc na bu­dy­nek sto­ją­cy w ob­rę­bie daw­ne­go koł­cho­zu. Te­raz się nie uśmie­cha­ła. – Ale nie ma już ni­ko­go, kto by w nim tań­czył.

Usły­sze­li­śmy jed­nak czyjś śmiech i okrą­ży­li­śmy staw, żeby po­dejść do ma­łej cha­ty sto­ją­cej tuż nad jego brze­giem. Na ze­wnątrz stał lśnią­cy nie­miec­ki sa­mo­chód. Błysz­czą­cy od potu męż­czy­zna w sa­mych ob­ci­słych szor­tach za­pro­sił nas do środ­ka, przy­wi­tał Galę po imie­niu i prze­ło­żył bu­tel­kę piwa do le­wej ręki, że­bym mógł mu uści­snąć pra­wą. Nie wstał jed­nak­że z miej­sca ani nie zro­bił żad­ne­go in­ne­go ru­chu. To do nie­go na­le­żał dro­gi sa­mo­chód za­par­ko­wa­ny przed do­mem. Wóz oraz wi­szą­cy na szyi męż­czy­zny duży zło­ty krzy­żyk na zło­tym łań­cu­chu za­świad­cza­ły, że jest on za­moż­nym czło­wie­kiem. Gala po­wie­dzia­ła mu o mo­jej mi­sji. Tam­ten od­wró­cił się do swo­ich dwóch to­wa­rzy­szy i do dziec­ka, któ­re prze­wra­ca­ło kieł­ba­ski na gril­lu.

– Dud­ko? A kto to, bledź jego mać, ten Dud­ko? Nie był przy­pad­kiem z Ka­łu­gi?

Męż­czyź­ni za­czę­li się głu­pio uśmie­chać. Dziec­ko ga­pi­ło się tyl­ko.

– Tak, był z ob­wo­du ka­łu­skie­go. Da­waj, naj­mie­my le­śną cię­ża­rów­kę. Na­pij­cie się pie­przo­ne­go piwa i zjedz­cie coś z gril­la. To nie­da­le­ko stąd, bledź jego mać, przez las – po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem i wy­chy­lił się w stro­nę mo­jej prze­wod­nicz­ki.

Jej twarz ani drgnę­ła. Gala od­rzu­ci­ła pro­po­zy­cję, nie da­jąc mi na­wet szan­sy na wy­my­śle­nie za­do­wa­la­ją­ce­go pre­tek­stu. Stwier­dzi­ła, że mamy umó­wio­ne spo­tka­nie, i znów wzię­ła mnie za rękę.

– Gala, a cze­mu ty nie no­sisz pie­przo­ne­go krzy­ży­ka, co? Nie je­steś Ro­sjan­ką? Do­kąd idziesz? Na­pij się piwa, do cho­le­ry.

Wy­cią­gnę­ła mnie z cha­ty i od­ho­lo­wa­ła z po­wro­tem na ścież­kę. Jej do­bry hu­mor, już i tak skwa­szo­ny przez wi­dok pu­stej ro­dzin­nej wio­ski, te­raz zu­peł­nie znik­nął.

– Wi­dzisz – burk­nę­ła – jaki przy­kład daje sy­no­wi. Ten dzie­ciak tam w środ­ku to jego syn. W domu cię­żar­na cór­ka bez męża, a on sie­dzi tu so­bie i pije piwo. Żad­ne­go wy­kształ­ce­nia. Tacy lu­dzie jak on spa­li­li mój dom, a on jesz­cze krzyż nosi na pier­si. O Ro­sjo, Ro­sjo.

Skrę­ci­li­śmy w lewo. Gala po­pro­wa­dzi­ła mnie ścież­ką przez pola lub ra­czej przez coś, co kie­dyś było po­la­mi. Przy­le­ga­ły do wiej­skich za­gród, ale oprócz wy­bu­ja­łej tra­wy nic na nich nie ro­sło.

– Wszyst­ko tu kie­dyś upra­wia­no – mó­wi­ła moja prze­wod­nicz­ka. Głos mia­ła na­pię­ty, szła szyb­ki­mi kro­ka­mi. – Tu­taj ziem­nia­ki. Tam po­mi­do­ry. Da­lej bu­ra­ki. A te­raz nic. Pola w ru­inie, jak cały kraj, a tam­ten sie­dzi so­bie ze swo­imi pie­niędz­mi i swo­im pi­wem.

Przy ścież­ce wy­zie­ra­ła spod ziel­ska piasz­czy­sta gle­ba, ale cała rol­ni­cza kra­ina wy­raź­nie zdzi­cza­ła. Nie było ani śla­du ludz­kiej obec­no­ści.

– Nikt tej tra­wy nie sko­si. Po co się tru­dzić? I tak nie ma kro­wy ani koni, żeby ja­dły sia­no.

Ścież­ka wio­dła do kępy drzew, gdzie w cie­niu sta­ła mała ka­plicz­ka, zbu­do­wa­na z de­sek, za­da­szo­na pla­sti­kiem. W środ­ku znaj­do­wa­ło się źró­dło uję­te w be­to­no­we cem­bro­wi­ny, te­raz za­pcha­ne obrzy­dli­wym zie­lo­nym ślu­zem. Strasz­ne miej­sce, je­że­li po­my­śleć, że być może od­by­wa­ły się tu­taj chrzty.

– On to zbu­do­wał – po­in­for­mo­wa­ła Gala i krót­kim ru­chem gło­wy wska­za­ła na staw. – Be­to­no­wy biz­nes. – Prze­rwa­ła, by się upew­nić, że zro­zu­mia­łem. – Biz­nes – po­wtó­rzy­ła, uj­mu­jąc to sło­wo w nie­wi­dzial­ny cu­dzy­słów.

Z dru­giej stro­ny źró­dła ple­wił ścież­kę ja­kiś czło­wiek. Gala po­wi­ta­ła go jako Wa­si­li­je­wi­cza – syna Wa­si­li­ja – i wy­tłu­ma­czy­ła, jaki mam cel. Tam­ten na na­zwi­sko Dud­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie ma tu żad­nych Dud­ków, rzekł, ale je­śli je­stem za­in­te­re­so­wa­ny, trzy­ma w domu ja­kieś pa­pie­ry zwią­za­ne z lo­kal­ną hi­sto­rią. Był to pierw­szy trop tego dnia, zgo­dzi­łem się więc z en­tu­zja­zmem. Prze­szli­śmy jesz­cze raz obok sta­wu, spo­co­ne­go gru­ba­sa, jego sa­mo­cho­du i gan­gu. Gala zi­gno­ro­wa­ła na­wo­ły­wa­nia męż­czyzn. Wieść o jej wi­zy­cie roz­nio­sła się szyb­ko po wio­sce i pod­czas gdy cze­ka­li­śmy, aż Wa­si­li­je­wicz przy­nie­sie do­ku­men­ty, ze­bra­ło się kil­ka ko­biet, sta­rych przy­ja­ció­łek Gali. Poza tym we wsi ni­ko­go nie było. Żad­na z nich nie sły­sza­ła o Dud­kach. By­łem moc­no otę­pia­ły z po­wo­du spie­ko­ty i za­czy­na­łem się za­sta­na­wiać, czy oj­ciec Dmi­trij w ogó­le ist­niał.

Cer­kiew­ne do­ku­men­ty oka­za­ły się in­te­re­su­ją­ce, ale nie dało się ich sko­pio­wać, przej­rza­łem je więc, zwró­ci­łem i ru­szy­łem do wyj­ścia. Gala i ja mu­sie­li­śmy wró­cić pie­szo do Bie­rie­zi­na, że­bym zła­pał au­to­bus po­wrot­ny do Briań­ska. Z Pup­ko­wa nie było już tego dnia żad­ne­go po­łą­cze­nia.

Bity trakt biegł przez ko­lej­ne le­żą­ce odło­giem pola. Zu­peł­nie nic tu­taj nie upra­wia­no, ro­sła tyl­ko tra­wa, ale nie było zwie­rząt, któ­re by ją ja­dły; z rzad­ka tra­fia­ła się sa­mot­na kro­wa. Naj­wy­raź­niej cała lud­ność za­rzu­ci­ła rol­nic­two. Wtem usły­sze­li­śmy do­ga­nia­ją­cy nas sa­mo­chód. Za kie­row­ni­cą sie­dział męż­czy­zna od do­ku­men­tów.

– Kie­dy już po­szli­ście, wstą­pi­ła do nas przy­ja­ciół­ka mo­jej żony – zwró­cił się do Gali za­miast do mnie. – Pra­co­wa­ła kie­dyś na po­czcie. Cza­sa­mi przy­cho­dzi­ły do nas nie­wła­ści­we li­sty. W ob­wo­dzie briań­skim są dwa Bie­rie­zi­na. Dru­gie koło Unie­czy, bli­sko gra­ni­cy z Bia­ło­ru­sią, pi­sa­ne przez „a” na koń­cu.

To mia­ło sens. Na­zwa po­cho­dzi od sło­wa bie­rio­za, ozna­cza­ją­ce­go brzo­zę, a w Ro­sji jest mnó­stwo brzóz. Wie­le wsi może się na­zy­wać tak samo. Gala zer­k­nę­ła na mnie. Po­wró­cił jej chi­chot.

– Dwa Bie­rie­zi­na? A pan przy­je­chał do nie­wła­ści­we­go – za­uwa­ży­ła. Wy­glą­da­ła na wiel­ce roz­ba­wio­ną. Zmarszcz­ki w ką­ci­kach jej oczu po­głę­bi­ły się, buch­nę­ła śmie­chem i oto­czy­ła mnie przy­jaź­nie ra­mie­niem.

– Z jak da­le­ka przy­je­chał pan do nie­wła­ści­wej wio­ski? Z Lon­dy­nu?

Sta­łem jak głu­pi w tym słoń­cu i nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu. We­so­łość Gali była prze­moż­na. Przy­pusz­czal­nie sta­łem się lo­kal­ną le­gen­dą: dur­ny cu­dzo­zie­miec z no­te­sem, nie­po­tra­fią­cy czy­tać mapy.

– Wsia­daj­cie – ode­zwał się kie­row­ca. – Pod­rzu­cę was na au­to­bus. Przed pa­nem dłu­ga dro­ga, je­śli chce się pan do­stać do Unie­czy.

Gala, wciąż roz­chi­cho­ta­na, zo­sta­wi­ła mnie na przy­stan­ku. Chcia­ła po­roz­ma­wiać z mat­ką i mia­ła na­dzie­ję, że dwie sta­rusz­ki już się zdą­ży­ły uspo­ko­ić. Kie­dy się od­da­la­ła, cią­gle sły­sza­łem jej tłu­mio­ny śmiech. W koń­cu au­to­bus przy­je­chał i po­dą­ży­łem we wła­ści­wym kie­run­ku.

* * *

Gdy po ko­lej­nym dniu spę­dzo­nym w po­dró­ży wresz­cie zna­la­złem wą­ską dro­gę wio­dą­cą do praw­dzi­wej wio­ski ojca Dmi­tri­ja, da­le­ko na za­cho­dzie Ro­sji, ła­two mo­głem so­bie wy­obra­zić, że nic się tu­taj nie zmie­ni­ło, nie tyl­ko od­kąd się uro­dził w 1922 roku, lecz od wie­lu stu­le­ci. Ho­ry­zont do­oko­ła je­żył się czub­ka­mi cho­in. Z piasz­czy­stej zie­mi wy­ra­sta­ły ziem­nia­ki. Tuż przy ścia­nach cha­tek wy­bu­do­wa­nych z bali za­czy­na­ły się ską­pe upra­wy jęcz­mie­nia.

Lecz było to złud­ne wra­że­nie. Chło­pi z za­chod­niej Ro­sji za­li­cza­li się do naj­bar­dziej nie­ustra­szo­nych wro­gów, z ja­ki­mi bol­sze­wi­cy mie­li do czy­nie­nia. Trze­ba ich było od­cią­gać od pra­daw­nych zwy­cza­jów, jak od­ry­wa się dziec­ko od mat­ki. Za­ata­ko­wa­no ich bez­li­to­śnie, po­nie­śli to­tal­ną klę­skę, a ich ży­cie zmie­ni­ło się raz na za­wsze. W ob­li­czu za­cie­kłej na­pa­ści chło­pi kur­czo­wo trzy­ma­li się tego, co mo­gli oca­lić: swej wia­ry, pra­wo­sła­wia.

Prak­ty­ko­wa­nie re­li­gii pra­wo­sław­nej opie­ra się na pra­sta­rych ry­tu­ałach, śpie­wach i pro­ce­sjach, w któ­rych wier­ni wspól­nie się za­tra­ca­ją. Iko­ny, bę­dą­ce przed­mio­tem ad­o­ra­cji, w świą­ty­ni two­rzą iko­no­stas – prze­gro­dę, któ­ra osła­nia ka­pła­na (popa) przed oczy­ma zgro­ma­dzo­nych w na­wie wier­nych, kie­dy od­pra­wia on Bo­ską Li­tur­gię w sank­tu­arium (swia­tłysz­cze). Wier­ni pra­wo­sław­ni twier­dzą, że ich wy­zna­nie wy­wo­dzi się od naj­wcze­śniej­sze­go chrze­ści­jań­stwa, i dla­te­go są tak opor­ni na ja­kie­kol­wiek zmia­ny, co tym bar­dziej za­zna­czy­ło się w Ro­sji na wsi, gdzie lu­dzie do tej pory nie­uf­nie od­no­szą się do re­form.

Oj­ciec Dmi­trij ni­g­dy nie pi­sał wie­le o swo­im dzie­ciń­stwie, ale z jego nie­licz­nych za­pi­sków ja­sno wy­ni­ka, że ro­dzi­na była głę­bo­ko re­li­gij­na. Jego oj­ciec – zwy­kły rol­nik, na któ­re­go twa­rzy na fo­to­gra­fiach ma­lu­je się upór – trzy­mał w domu Bi­blię. Mały syn pod­czy­ty­wał ją so­bie w se­kre­cie. Ba­wił się w popa, brał roz­ża­rzo­ny wę­gie­lek i świecz­kę, na­peł­nia­jąc cha­tę dy­mem. Roz­da­wał przy­ja­cio­łom ko­mu­nię ze szklan­ki wody, a oni – jak sam póź­niej wspo­mi­nał – trak­to­wa­li to nie­zwy­kle po­waż­nie.

Cza­sy nie sprzy­ja­ły jed­nak bez­tro­skiej za­ba­wie. Mło­de bol­sze­wic­kie pań­stwo bo­ry­ka­ło się ze znisz­cze­nia­mi wo­jen­ny­mi w go­spo­dar­ce oraz z mię­dzy­na­ro­do­wą blo­ka­dą. Przed re­wo­lu­cją wła­dza nie­wie­le się in­te­re­so­wa­ła chło­pa­mi, je­że­li nie li­czyć ścią­ga­nia po­dat­ków. Kie­dy po­bor­cy zni­ka­li, przez rok je­dy­nym przed­sta­wi­cie­lem pań­stwa, ja­kie­go wi­dy­wa­li chło­pi, był stój­ko­wy[2]. U So­wie­tów dzia­ło się ina­czej.

Ko­mu­ni­stycz­ni urzęd­ni­cy skon­fi­sko­wa­li chło­pom plo­ny, by wy­ży­wić mia­sta. Mie­li ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, to­też rol­ni­cy nie po­tra­fi­li im sta­wić sku­tecz­ne­go opo­ru. Pew­nej zimy funk­cjo­na­riu­sze przy­szli i za­bra­li ro­dzi­nie ojca Dmi­tri­ja ostat­nie ziar­no – nie­zbęd­ne do prze­ży­cia i do wy­sia­nia na wio­snę. Jego oj­ciec – bro­da­ty de­spo­ta, któ­ry twar­do rzą­dził do­mo­stwem i czy­tał Bi­blię – te­raz le­żał na zie­mi i ro­nił łzy. Dmi­trij, jego bra­cia i mat­ka też pła­ka­li.

Jego sio­stra była już wów­czas za­męż­na. Jej mąż wy­je­chał na Ukra­inę w po­szu­ki­wa­niu żyw­no­ści dla żony i ma­leń­kie­go dziec­ka, ale słuch po nim za­gi­nął. Opusz­czo­na, wy­bra­ła się z nie­mow­lę­ciem do po­bli­skie­go mia­stecz­ka Unie­cza, aby tam że­brać o je­dze­nie. Dziec­ko pła­ka­ło i pła­ka­ło. Sy­nek po­trze­bu­je po­kar­mu, mó­wi­ła, jak ko­ciak. Jej mle­ko wy­schło i pró­bo­wa­ła uko­ić jego pra­gnie­nie wodą, lecz jesz­cze bar­dziej pła­kał.

W koń­cu dziec­ko uspo­ko­iło się i za­snę­ło. Nie uda­ło jej się ni­cze­go uże­brać i nie dała mu jeść, ale przy­naj­mniej nie wy­wrza­ski­wał już swo­ich głod­nych nie­mow­lę­cych skarg. Da­lej bez­sku­tecz­nie po­szu­ki­wa­ła je­dze­nia. Do­pie­ro po po­wro­cie do domu uświa­do­mi­ła so­bie, że sy­nek nie żyje.

Zroz­pa­czo­na z żalu po­bie­gła do swo­jej mat­ki. Cho­dzi­ła do­ko­ła ro­dzin­nej cha­ty, aż zna­la­zła w ogro­dzie ja­dal­ną ro­śli­nę. Opa­dła na ko­la­na, by się nią po­ży­wić, ale Dmi­trij oka­zał się szyb­szy. Wpadł do ogro­du z ki­jem i ude­rzył sio­strę w gło­wę.

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś? – spy­ta­ła ostro mat­ka.

– Wszy­scy chce­my jeść – od­parł. Póź­niej na­pi­sał, że był wte­dy za­do­wo­lo­ny z tego, że obro­nił ich za­pa­sy je­dze­nia, choć­by przed wła­sną sio­strą.

Ro­dzi­na po kry­jo­mu po­sia­ła żyto i strze­gła go za­zdro­śnie, cze­ka­jąc, aż bę­dzie się nada­wa­ło do zje­dze­nia. Pew­ne­go dnia dzie­ci obu­dzi­ły się i przy­ła­pa­ły swo­ją bab­kę, któ­ra wła­ma­ła się do ich ogro­du i wy­ja­da­ła nie­doj­rza­łe ziar­no. Z gło­du le­d­wie się trzy­ma­ła na no­gach, lecz bra­cia od­pę­dzi­li ją od swo­je­go za­go­nu jak wro­nę. Wy­pchnę­li ją za płot i za­czę­li w nią rzu­cać gru­da­mi zie­mi. Opa­dła na ko­la­na i prze­kli­na­ła wła­sne wnu­ki.

Ich dzia­dek też był re­li­gij­nym czło­wie­kiem. Zbu­do­wał w polu pry­wat­ną cer­kiew­kę i re­cy­to­wał w niej za­pa­mię­ta­ne frag­men­ty sta­rych na­bo­żeństw. Był głod­ny i że­brał o stra­wę. Są­sie­dzi obi­li go i po­stra­dał zmy­sły. Dzie­ci po­tem dro­czy­ły się z nim i wy­śmie­wa­ły go, ob­rzu­ca­jąc ka­mie­nia­mi. Jed­ne­go razu zła­pał Dmi­tri­ja i spu­ścił mu la­nie.

Kie­dy Dmi­trij był już na­sto­lat­kiem, ra­zem z oj­cem ob­cho­dzi­li Wiel­ka­noc, naj­więk­sze świę­to w pra­wo­sław­nym ka­len­da­rzu. Chło­pak trzy­mał do­mo­wej ro­bo­ty krzyż, a oj­ciec czy­tał na­bo­żeń­stwo. Wła­dze sta­li­now­skie zmu­sza­ły chło­pów, by ci od­da­wa­li swo­je nie­wiel­kie ma­jąt­ki i łą­czy­li je w wiel­kie ko­lek­tyw­ne go­spo­dar­stwa. Owe koł­cho­zy – z za­ło­że­nia wy­daj­ne i zme­cha­ni­zo­wa­ne – mia­ły do­star­czyć ra­dziec­kie­mu pań­stwu nad­wy­żek żyw­no­ści nie­zbęd­nych do in­du­stria­li­za­cji. W efek­cie wy­glą­da­ło to tak, że wła­dza ode­bra­ła chło­pom in­wen­tarz i zie­mię, po czym wy­zy­ska­ła ich jesz­cze do pra­cy, by sko­rzy­stał z tego ktoś inny.

Nie dzi­wi za­tem, że wie­lu chło­pów nie chcia­ło mieć nic do czy­nie­nia z no­wy­mi go­spo­dar­stwa­mi. Rząd jed­nak był nie­ugię­ty. Na wieś wy­sy­ła­no za­stę­py lu­dzi z miast, by zmu­si­li chło­pów do po­słu­szeń­stwa. Opor­nych obar­czo­no po­dat­kiem o 70 pro­cent wyż­szym niż ten, któ­ry obo­wią­zy­wał ich sko­lek­ty­wi­zo­wa­nych są­sia­dów, tak że na­wet po sprze­da­niu wszyst­kie­go, co mie­li cen­ne­go, rzad­ko mo­gli na­star­czyć wy­mo­gom sta­wia­nym przez pań­stwo. To wła­śnie spo­tka­ło ro­dzi­nę Dmi­tri­ja, gdy oj­ciec od­mó­wił do­łą­cze­nia do ko­lek­ty­wi­za­cji. Zo­stał oskar­żo­ny o uchy­la­nie się od pła­ce­nia po­dat­ków. Do za­rzu­tów do­da­no upar­te trwa­nie przy sta­rych ob­rzę­dach re­li­gij­nych. Są­dzo­no go we­dług no­we­go ko­dek­su praw­ne­go za „sia­nie re­li­gij­nej pro­pa­gan­dy”. Ra­zem z Dmi­tri­jem mu­siał przejść trzy ki­lo­me­try do sądu miesz­czą­ce­go się w in­nej wsi.

– Dla­cze­go nie pła­ci­li­ście pań­stwu? – za­py­tał mło­dy sę­dzia.

– Nie za­pła­ci­łem, tak… nie mam z cze­go za­pła­cić… żyję w bie­dzie – od­parł oj­ciec.

– A cze­mu nie przy­stą­pi­cie do koł­cho­zu, tam bę­dzie się wam żyło le­piej.

– No, je­śli mu­szę, to pój­dę do koł­cho­zu.

Sę­dzia dał mu dwa lata po­zba­wie­nia wol­no­ści. Oj­ciec Dmi­tri­ja był jed­nym z oko­ło 25 mi­lio­nów re­pre­sjo­no­wa­nych oby­wa­te­li ra­dziec­kich – za­strze­lo­nych, de­por­to­wa­nych, uwię­zio­nych, wy­gna­nych w okre­sie sta­li­now­skim, to jest od 1922 roku, kie­dy Sta­lin do­szedł do wła­dzy, do 1953, gdy zmarł. To jed­na ósma lud­no­ści ZSRR, w przy­bli­że­niu dwie oso­by na trzy ro­dzi­ny. Ko­lej­ne kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów cier­pia­ło przez po­wią­za­nie z nimi. Krew­ni ska­zań­ców, na­zy­wa­nych „wro­ga­mi ludu”, też byli po­zba­wie­ni licz­nych praw oby­wa­tel­skich. Dla Dmi­tri­ja, syna „wro­ga kla­so­we­go”, kło­po­ty pod wie­lo­ma wzglę­da­mi do­pie­ro się za­czy­na­ły.

Po usły­sze­niu wy­ro­ku oj­ciec i Dmi­trij przez chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu. Gdy chło­pak wró­cił do domu sam, mat­ka była nie­po­cie­szo­na. Owe dwa lata za­mie­ni­ły się w czte­ry. Chłop­cy że­bra­li i kra­dli je­dze­nie, by się utrzy­mać przy ży­ciu.

Koł­cho­zy i sow­cho­zy[3] były klu­czem w pla­nach Sta­li­na, któ­ry za­mie­rzał prze­kształ­cić Zwią­zek Ra­dziec­ki w no­wo­cze­sne, sa­mo­wy­star­czal­ne pań­stwo. So­wie­ci chcie­li prze­ła­mać sta­re tra­dy­cje i na­giąć chło­pów do woli pań­stwa, by sta­li się ule­gły­mi pro­le­ta­riu­sza­mi. Chło­pi mie­li wy­pro­du­ko­wać nad­wyż­ki żyw­no­ścio­we prze­zna­czo­ne na eks­port, któ­ry po­zwo­lił­by na im­por­to­wa­nie na­rzę­dzi i sprzę­tu po­trzeb­ne­go do zmo­der­ni­zo­wa­nia go­spo­dar­ki. W tym punk­cie wła­dzom się po­wio­dło. Ode­bra­ły chło­pom je­dze­nie i dzię­ki temu prze­pro­wa­dzi­ły in­ten­syw­ną in­du­stria­li­za­cję. Jak mó­wi­li zwo­len­ni­cy Sta­li­na: za­stał Ro­sję orzą­cą drew­nia­ny­mi płu­ga­mi, a zo­sta­wił ją z bom­bą wo­do­ro­wą. Na dłuż­szą metę koł­cho­zy nie oka­za­ły się jed­nak suk­ce­sem. Pod ko­niec epo­ki ko­mu­ni­zmu Mo­skwa za im­por­to­wa­ne zbo­że pła­ci­ła tyle samo, ile za­ra­bia­ła na eks­por­cie ropy naf­to­wej. Wy­daj­ność pro­duk­cji zbo­ża z hek­ta­ra była trzy razy mniej­sza niż w Niem­czech, mimo że do Związ­ku Ra­dziec­kie­go na­le­ża­ły jed­ne z naj­żyź­niej­szych ziem świa­ta.

Z kul­tu­ro­wej i spo­łecz­nej per­spek­ty­wy sy­tu­acja się wręcz po­gar­sza­ła. Tak przy­naj­mniej usły­sza­łem od Wa­si­li­ja Gier­man­gie­no­wi­cza, po­wszech­nie zna­ne­go jako Gier­man­gie­no­wicz ze wsi Ka­zasz­czy­na. Miej­sco­wość ta leży kil­ka ki­lo­me­trów na za­chód od Bie­rie­zi­ny. Idąc na spo­tka­nie z nim, mi­ną­łem bo­cia­nie gniaz­do – pa­ra­sol z gę­sto sple­cio­nych pa­ty­ków. Bo­cia­ny po­dob­no przy­no­szą szczę­ście, lecz ten aku­rat nie po­mógł swej wio­sce. Nie­mal każ­dy dom był tu­taj za­bi­ty de­ska­mi lub próch­niał w ru­inie.

Gier­man­gie­no­wicz uro­dził się w 1926 roku, co czy­ni­ło go o czte­ry lata młod­szym od ojca Dmi­tri­ja. Je­że­li był czymś za­ję­ty, gdy przy­by­łem, nie dał tego po so­bie po­znać. Po­sa­dził mnie, wła­ści­wie wci­snął w sie­dze­nie obok sie­bie i za­czął mó­wić, jak­by cze­kał na ten mo­ment przez całe ży­cie.

Miał dziw­nie wy­krzy­wio­ny nos, oka­le­czo­ny w taki spo­sób, że mo­gła to spo­wo­do­wać tyl­ko po­waż­na eks­plo­zja. Siwe wło­sy były gę­ste, lecz ster­cza­ły w nie­ła­dzie. Mia­łem czas, by przyj­rzeć mu się do woli, po­nie­waż po­sta­no­wił na­kre­ślić mi sze­ro­ki ob­raz wła­snych dzie­jów. Hi­sto­ria jego ży­cia za­czę­ła się w mo­men­cie zwy­cię­stwa Pio­tra Wiel­kie­go nad Szwe­da­mi w bi­twie pod Po­łta­wą. A więc w roku 1709.

Gier­man­gie­no­wicz był Ko­za­kiem i szczy­cił się tym. Po­ka­zał mi wi­szą­cą nad drzwia­mi re­pro­duk­cję ob­ra­zu przed­sta­wia­ją­ce­go Ko­za­ków pi­szą­cych but­ny list do tu­rec­kie­go suł­ta­na[4]. Chciał mnie prze­ko­nać, że ca­ro­wie byli do­bry­mi ludź­mi, i opo­wie­dział mi o tym w ca­łej roz­cią­gło­ści. Mu­sia­łem wszyst­ko to spi­sy­wać – cze­kał, bym za­no­to­wał każ­de zda­nie. W re­zul­ta­cie mój no­tes za­peł­nił się in­for­ma­cja­mi o chło­pach pańsz­czyź­nia­nych epo­ki ca­ra­tu, przy­wią­za­nych do swo­ich wio­sek i zo­bli­go­wa­nych pra­wem, aby trzy dni w ty­go­dniu pra­co­wa­li za dar­mo dla pa­nów.

– W ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku Sta­lin wpro­wa­dził ko­lej­ne pod­dań­stwo. Za­brał zie­mię, za­brał in­wen­tarz i zo­sta­wił czło­wie­ka z ćwier­cią hek­ta­ra. A lu­dzie mu­sie­li te­raz pra­co­wać nie trzy dni dla swo­ich pa­nów, jak za ca­ra­tu, tyl­ko cały czas. Do tego znisz­czo­no cer­kwie i wy­rzu­co­no po­pów.

Mó­wił mi pro­sto w twarz, tak że pa­trzy­łem na jego nos z bli­ska. Po obu stro­nach błysz­cza­ły żywo oczy.

– Pa­mię­tam, jak zmu­sza­li lu­dzi do ko­lek­ty­wi­za­cji. Prze­wod­ni­czą­cy rady wiej­skiej sie­dział przy sto­le z pi­sto­le­tem, któ­ry, jak mó­wił, jest na wro­gów ludu, czy­li ta­kich, co to nie chcą się przy­łą­czyć do koł­cho­zu. Mia­łem wte­dy sześć lat i sie­dzia­łem na pie­cu.

Wska­zał dło­nią do­mi­nu­ją­cy w izbie ogrom­ny piec z le­go­wi­skiem na gó­rze, pod po­wa­łą. Tra­dy­cyj­ne ro­syj­skie cha­ty, ta­kie jak ta, bu­do­wa­no wo­kół tego ro­dza­ju pie­ca. Się­gał on od środ­ka do każ­dej izby i ogrze­wał je w zi­mie. W trza­ska­ją­ce mro­zy ro­dzi­na sy­pia­ła na pie­cu.

Kie­dy prze­wod­ni­czą­cy skoń­czył swo­ją prze­mo­wę i wszy­scy za­wo­ła­li: „Niech żyje Sta­lin, niech żyje re­wo­lu­cja!”, bab­ka Gier­man­gie­no­wi­cza po­wie­dzia­ła im, że są głup­ca­mi, że nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie, że nie da się tak żyć, to pew­na śmierć. Jej zło­rze­cze­nia ni­cze­go jed­nak nie zmie­ni­ły. Wła­dza prze­ję­ła wszyst­kie sto­do­ły, cały żywy in­wen­tarz. Za­bra­ła lu­dziom na­wet ślub­ne ob­rącz­ki, tak bar­dzo pań­stwo po­trze­bo­wa­ło krusz­cu.

– Mu­sie­li­śmy od­dać pań­stwu na­szą kro­wę. Mat­ka do­sta­ła za nią dwa i pół me­tra ma­te­ria­łu, z któ­re­go szy­ła po­tem ko­szu­le dla ojca. To była cała za­pła­ta za kro­wę: parę ko­szul. Gdy oj­ciec za­brał do koł­cho­zu ko­nia, my, dzie­ci, pła­ka­li­śmy. Wie­dział, że koń tam zdech­nie, bo nie bę­dzie miał się nim kto opie­ko­wać. Nasz koń po­szedł do wspól­nej staj­ni, za­bra­li nam zie­mię i stąd wziął się głód.

Ro­dzi­na Gier­man­gie­no­wi­cza skła­da­ła się z sied­miu osób: ro­dzi­ców, jego, trój­ki ro­dzeń­stwa i bab­ki. Gło­do­wa­li, je­dli zio­ła i chwa­sty. Ich oj­ciec nie miał pie­nię­dzy na ze­szy­ty, do szko­ły cho­dzi­li więc pół­na­dzy, boso, nie ma­jąc w czym pi­sać.

– Dzie­ci były sła­be, wie­le nie mia­ło siły iść na lek­cje. Gołe i głod­ne, nie chcia­ły wy­cho­dzić z do­mów. Jak mo­żesz iść, gdy nogi od­ma­wia­ją po­słu­szeń­stwa? W szko­le da­wa­li chleb. Mie­li li­stę i roz­dzie­la­li we­dług niej. Naj­bied­niej­si ucznio­wie do­sta­wa­li chleb, ale ja i mój brat by­li­śmy śred­nio­rol­ni, więc nic nam nie przy­słu­gi­wa­ło.

Śred­nio­rol­ny­mi na­zy­wa­no chło­pów pla­su­ją­cych się po­mię­dzy ku­ła­ka­mi (zda­niem So­wie­tów byli to bo­ga­ci cie­mięz­cy, a tak na­praw­dę prze­waż­nie zwy­czaj­ni rol­ni­cy, któ­rzy cięż­ką pra­cą do­ro­bi­li się cze­goś wię­cej niż ich są­sie­dzi; ku­ła­ków wła­dze zsy­ła­ły na Sy­be­rię i na pół­noc, by tam zmar­li) a wiej­ską bie­do­tą, gru­pą fa­wo­ry­zo­wa­ną przez bol­sze­wi­ków.

Kla­sy­fi­ka­cję opar­to na ra­por­cie, któ­ry Le­nin na­pi­sał pod ko­niec XIX wie­ku. Wódz był zde­kla­ro­wa­nym mark­si­stą i wszę­dzie wo­kół sie­bie wi­dział wal­kę klas. To do­pro­wa­dzi­ło go do błęd­ne­go prze­ko­na­nia, że w wy­ni­ku znie­sie­nia pańsz­czy­zny i in­nych ogra­ni­czo­nych re­form rol­nych chłop­stwo dzie­li się na kla­sy: ku­ła­ków, śred­nio­rol­nych i bie­do­tę.

W rze­czy­wi­sto­ści chło­pi w Ro­sji roz­dzie­la­li wio­sko­we grun­ty co roku od nowa. Każ­da ro­dzi­na otrzy­my­wa­ła bo­wiem zie­mię w ilo­ści pro­por­cjo­nal­nej do licz­by osób w do­mo­stwie. To po­cią­ga­ło za sobą rów­ność, a za­ob­ser­wo­wa­ne przez Le­ni­na róż­ni­ce były prze­mi­ja­ją­cym zja­wi­skiem wy­ni­ka­ją­cym z cza­so­we­go po­więk­sze­nia nie­któ­rych ro­dzin. Nie­rów­no­ści ni­we­lo­wa­ły się w mo­men­cie, gdy mło­dzi lu­dzie opusz­cza­li dom ro­dzin­ny lub kie­dy umie­ra­li star­si.

Rol­ni­cy, któ­rym przy­piął ety­kiet­kę bo­ga­tych, rzad­ko byli na tyle za­moż­ni, by za­trud­niać pra­cow­ni­ków, a tak czy ina­czej, ro­syj­ski chłop nie ufał zwy­cza­jom nie­zbęd­nym do pro­wa­dze­nia ta­kich in­te­re­sów. Poza tym, jak za­uwa­ży­ła Olga Sie­mio­no­wa Tian-Szan­ska­ja, wszel­kie wy­pra­co­wa­ne nad­wyż­ki na ogół wy­da­wa­no na wód­kę, przez co chwi­lo­wo wzbo­ga­ce­ni dość szyb­ko wra­ca­li w sze­re­gi bie­do­ty.

Na­wet je­że­li stra­ty­fi­ka­cja wiej­skich spo­łecz­no­ści fak­tycz­nie ist­nia­ła, zo­sta­ła zmie­cio­na przez re­wo­lu­cję i bę­dą­ce jej na­stęp­stwem nie­po­ko­je. Chło­pi roz­kra­dli ma­jąt­ki zie­miań­stwa, a po­tem bol­sze­wi­cy za­bra­li, co po­zo­sta­ło. Nie było żad­nych ku­ła­ków, żad­nych śred­nio­rol­nych ani żad­nej bie­do­ty wiej­skiej. Byli po pro­stu chło­pi i wszy­scy znaj­do­wa­li się w po­ża­ło­wa­nia god­nym sta­nie.

Dla bol­sze­wi­ków jed­nak li­czy­ło się tyl­ko to, co na­pi­sał Le­nin, nie pod­wa­ża­no praw­dzi­wo­ści jego słów. Ko­mu­ni­stycz­na wła­dza usta­li­ła więc z góry, ilu ku­ła­ków na­le­ży „zde­ku­ła­ki­zo­wać”, aby za­pro­wa­dzić w kra­ju spra­wie­dli­wość. W sa­mym czerw­cu 1931 roku wy­sie­dlo­no z oj­co­wi­zny 101 184 ro­dzi­ny i prze­nie­sio­no je do od­le­głych re­jo­nów. W cią­gu nie­speł­na trzech mie­się­cy licz­ba lud­no­ści w Kra­ju Na­rym­skim na Sy­be­rii wzro­sła ze 120 ty­się­cy do 300 ty­się­cy. Prze­sie­dlo­no tam rze­ko­mych ku­ła­ków, nie za­pew­nia­jąc im jed­nak żad­nych moż­li­wo­ści wy­ży­wie­nia czy prze­trwa­nia sro­giej sy­be­ryj­skiej zimy.

Do ku­ła­ków za­li­czo­no chło­pów o naj­więk­szych zdol­no­ściach rze­mieśl­ni­czych. Kie­dy zo­sta­li wy­wie­zie­ni, wsie stra­ci­ły swo­ich naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych i war­to­ścio­wych miesz­kań­ców, a tak­że znacz­ną część ży­we­go in­wen­ta­rza, jako że wie­lu chło­pów wo­la­ło po­za­bi­jać swo­je zwie­rzę­ta niż od­dać je pań­stwu. Za­bra­kło więc siły po­cią­go­wej oraz źró­dła obor­ni­ka – je­dy­ne­go do­stęp­ne­go wów­czas na­wo­zu. W kon­se­kwen­cji zbio­ry za­czę­ły ma­leć, lecz nie za­prze­sta­no ścią­ga­nia kon­tyn­gen­tów. Spo­wo­do­wa­ło to nową klę­skę gło­du.

Gier­man­gie­no­wicz pod­szedł do kre­den­su i od­kro­ił z bo­chen­ka skib­kę chle­ba – kwa­drat o boku dzie­wię­ciu cen­ty­me­trów, nie­co więk­szy od pacz­ki pa­pie­ro­sów, ale nie tak gru­by. Była to por­cja, jaka mu nie przy­słu­gi­wa­ła w dzie­ciń­stwie. Krom­ki le­ża­ły w szko­le na tacy, jed­nak prze­zna­czo­ne tyl­ko dla uczniów z bied­nych ro­dzin.

– Mój brat po­pro­sił o chleb, ale mu od­mó­wi­li. Po­rwał więc dwie krom­ki z tacy i uciekł. Zjadł jed­ną, pod­czas gdy go ści­ga­li, a dru­gą scho­wał za pa­zu­chą dla mnie. To był praw­dzi­wy brat.

Wła­dze prze­mie­ści­ły wie­lu wie­śnia­ków set­ki ki­lo­me­trów da­lej, na Ukra­inę, gdzie po­dob­no były dla nich pra­ca i żyw­ność. Wcho­dzi­li do przy­pi­sa­nych im do­mów, w któ­rych cze­ka­ły za­sta­wio­ne sto­ły i po­sła­ne łóż­ka. Ukra­iń­cy po­mar­li z gło­du i ich pola le­ża­ły odło­giem.

Zimą z 1932 roku na 1933 rok śmier­tel­ność w nie­któ­rych czę­ściach Ukra­iny była 13 razy więk­sza niż nor­mal­nie. W Ro­sji dzia­ło się nie­co le­piej, ale to nie zna­czy, że do­brze. W re­jo­nach naj­bar­dziej do­tknię­tych gło­dem śmier­tel­ność była dzie­więć razy więk­sza niż zwy­kle. W la­tach 1932–1933 zmar­ło od pię­ciu do sze­ściu mi­lio­nów osób; więk­sze stra­ty w lu­dziach spo­wo­do­wa­ne klę­ską gło­do­wą od­no­to­wa­no do­pie­ro w 1958 roku w Chi­nach[5]. Pro­duk­cja ziar­na w tym okre­sie wy­nio­sła 60 mi­lio­nów ton, ale plan pię­cio­let­ni wy­ma­gał 106 mi­lio­nów i nie moż­na go było zmie­nić, to­też urzęd­ni­cy od­bie­ra­li go­spo­dar­stwom ziar­no mimo wy­raź­nej klę­ski gło­du. Zde­spe­ro­wa­ni chło­pi ucie­ka­li do miast, gdzie po­cząt­ko­wo mo­gli li­czyć na lep­sze moż­li­wo­ści. Rząd jed­nak przy­wró­cił znie­sio­ne wcze­śniej, po re­wo­lu­cji, we­wnętrz­ne pasz­por­ty (do­wo­dy oso­bi­ste), zmu­sza­jąc chło­pów do po­wro­tu na wieś i za­bra­nia­jąc im po­dró­żo­wa­nia bez ze­zwo­leń. Te­raz tyl­ko miesz­cza­nie mie­li pra­wo do ży­cia w mia­stach, chło­pi – nie ma­jąc do­ku­men­tów, któ­rych lo­kal­ne wła­dze nie chcia­ły im wy­sta­wiać – zo­sta­li po­now­nie przy­wią­za­ni do zie­mi. Zda­niem Gier­man­gie­no­wi­cza był to po­wrót daw­ne­go pod­dań­stwa w no­wej for­mie.

Brak współ­czu­cia ze stro­ny Sta­li­na dla gło­du­ją­cych chło­pów – na­zy­wał ich „chło­pa­mi” w cu­dzy­sło­wie, oskar­ża­jąc o pod­szy­wa­nie się pod praw­dzi­wych miesz­kań­ców wsi – prze­ja­wił się w pew­nej pry­wat­nej de­pe­szy, w któ­rej wódz stwier­dził, że ci rze­ko­mi chło­pi to pol­scy agen­ci usi­łu­ją­cy oczer­nić do­bre imię Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Ukra­iń­scy urzęd­ni­cy wzię­li z nie­go wzór i utrzy­my­wa­li, że wie­śnia­cy gło­du­ją, po­nie­waż są le­ni­wi. W tym sa­mym cza­sie ja­kieś 21 ty­się­cy ofi­cje­li mia­ło do­stęp do spe­cjal­nych skle­pów w mia­stach, w któ­rych wciąż moż­na było ku­pić ar­ty­ku­ły de­li­ka­te­so­we. Za­mknię­ty dla nor­mal­nych oby­wa­te­li Sklep nu­mer 1 ob­słu­gi­wał mo­skiew­ską eli­tę. Pod­czas gdy wy­so­cy urzęd­ni­cy za­ja­da­li się ka­wio­rem, mały Gier­man­gie­no­wicz tłukł ro­bac­two, pró­bu­jąc oca­lić choć reszt­ki po­zo­sta­łe­go ziar­na.

– Ka­za­no nam za­bi­jać my­szy. Kto przy­niósł sto my­sich ogo­nów, do­sta­wał książ­kę. Była wte­dy pla­ga gry­zo­ni – wspo­mi­nał. – I tak ży­li­śmy. Do wy­bu­chu woj­ny.