Ostatni pisarz - Marek Krajewski - ebook + audiobook + książka

Ostatni pisarz audiobook

Marek Krajewski

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wrocław 2079. Kim jest ciemna inteligencja? Zaskakujący cyberkryminał.

Pod koniec dwudziestego pierwszego wieku zbrodnia ma się doskonale. Do starego policjanta wraca sprawa, która położyła się cieniem na całej jego karierze. W miejscach publicznych, na oczach innych, dochodzi do brutalnych, krwawych morderstw. Ofiary łączy profesja. Winny skutecznie ukrywa się za tworami sztucznej inteligencji.

Labirynty wrocławskiego metra i zakamarki blokowisk, najwyższe piętra drapaczy chmur i zapomniane gabinety uniwersytetu. Święte języki i bezduszne algorytmy. Jak w świecie zdominowanym przez technologię odkryć tajemniczego mordercę – mistrza mistyfikacji?

Marek Krajewski, autor nagradzanych bestsellerów, zaskakuje w futurystycznej, dystopijnej odsłonie.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 16 min

Lektor: Marek Krajewski

Data ważności licencji: 10/23/2029

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Fotografia autora na skrzydełku

Michał Mutor

Redaktorka inicjująca i prowadząca

Dorota Gruszka

Redakcja

Zbigniew Kowerczyk

Adiustacja

Katarzyna Mach

Korekta

Laura Możdżeń

Ryszard Winerowicz

Copyright © by Marek Krajewski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2024

ISBN 978-83-8367-205-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2024

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Rozdział 1

Z pamiętnika starego policjanta I

Nigdy nie sądziłem, że w epoce, w której przyszło mi żyć, nastąpi renesans najmroczniejszych zabobonów. Że w czasach, w których teleportacja i chronoportacja staną się kwestią poważnie omawianą na konferencjach naukowych, na powierzchnię codzienności wypłyną przeraźliwe zbrodnie w przebraniu postępu. I ujawnią się zwierzęce instynkty, urągające postawie człowieka nowoczesnego. A mnie – staremu policjantowi – przyjdzie stawić im czoła. Albo może nawet częściowo im ulec?

Zaczynam pisać ten pamiętnik jako mężczyzna sześćdziesięcioletni, w czasach gdy internet zamienił się w Chaos, w złowrogą Bestię.

W owej przestrzeni człowiek prowadzi dzisiaj beznadziejną walkę z własnymi wytworami – kwantowymi botami produkującymi miliardy algorytmów. Pozostają po nich śmieci wydzielające trujące jady fejków, składniowe patogeny, złowrogie wirusy udające kody źródłowe, podstępne trojany wciskające się w tokeny. To wszystko kipi życiem, buzuje obrazami, tekstami i emocjami, po czym wypluwa na ekran coś, czego nie można było przewidzieć.

Bo oto wstajesz rankiem, idziesz do kuchni, pijesz kawę. Klikasz wzrokiem właściwe ikonki, by sprawdzić wiadomości i multoki (tak nazywano w moich czasach wiadomości multi­medialne, które wyparły typowe maile). A tu nagle na twojej ścianie rozlewa się obraz mężczyzny uprawiającego seks ze świnią. Pół biedy, gdy jesteś sam, ale przecież śniadanie mog­łeś jeść z dzieckiem.

Wiem, że teraz ględzę i narzekam jak jakiś regres, bo przecież dzieci już w wieku trzech lat są zapoznawane, jak to kiedyś mówiono, z „tajemnicą życia”. Pokazuje się im w przedszkolu filmiki przedstawiające seks i charakteryzuje się poszczególne jego fazy. Jednak o zoofilii raczej się tam jeszcze nie mówi.

Podam mniej drastyczne przykłady. Załóżmy, że chcesz przeczytać prognozę pogody, a tu rozwijają się całkiem inne obrazy – przed twoimi oczami pojawiają się psy tańczące w rytm cybertechno albo gruby facet w wannie, który z własnych gazów robi sobie jacuzzi.

Kto epatuje owymi strasznymi lub głupimi obrazami? Co kryje się w sieci, która nie słucha twoich poleceń, wydawanych mrugnięciami powiek, lecz prowadzi własną dziwaczną i odrażającą aktywność?

To algorytmy, mój drogi Czytelniku, które wymknęły się spod kontroli człowieka, ciągła mutacja stała się ich mechanizmem ewolucyjnym, a paliwem reprodukcyjnym minipiksele ocieplone twoim wzrokiem. Mnożą się, mnożą bez końca, krzyżują i produkują kolejną małą wredną falę informacyjnego bełkotu.

Ja wiem, przesadzam w niechęci do internetu. Wiem, cyber­wartownicy pełnią straż i wciąż wypatrują zagrożeń, trujących, samoreplikujących się urywków składniowych niosących wirusy. Wiem, ludzkość nie umarła i wciąż będzie tworzyć przyjazne miejsca w sieci – podobnie jak uczyniła centra wielkich miast miejscami spokojnymi i bezpiecznymi.

Przepraszam, rozpisałem się o współczesności, a przecież chcę się tu zająć przeszłością. To przecież pamiętnik starego policjanta, człowieka z krwi i kości. Piszę ręcznie pięknym piórem i na papierze, przy którego wyprodukowaniu ani jedno drzewo nie zostało ścięte, a dopiero później te notatki wklepuję w pamięć urządzeń pisarskich. Może ten zeszyt pełen wspomnień trafi kiedyś do jakiegoś muzeum osobliwości i będzie dowodem, że nie jestem botem? Jak dotąd żaden z nich nie potrafi ręcznie zaczerniać kartek atramentem.

Wybacz mi kolejną dygresję, już przechodzę do rzeczy. Opiszę teraz krótko moją pierwszą sprawę, w której ważną rolę odegrał przedmiot codziennego użytku, zwany „smartajem” (jest to zapożyczenie z angielskiego smart-eye). Ponieważ smartaje już być może nie będą stosowane w twoich czasach, gdy biochipy staną sie czymś powszechnym, to śpieszę z wyjaśnieniami, co to właściwie jest.

Jakoś dwadzieścia lat temu wynaleziono inteligentne fonosoczewki kontaktowe. Te urządzenia wywołały prawdziwą rewolucję poznawczą. Oczywiście korygują one wzrok jak dawne soczewki, ale to nie jedyna ich funkcja. To w istocie mikrokomputery i mikrotelefony, których funkcje są uruchamiane ruchem gałek ocznych. Oficjalnie są one nazywane „fono­soczewkami”, popularnie – jak wspomniałem – „smartajami”. Kto nie może lub nie chce ich używać, ten stosuje raczkujące już na początku naszego wieku smartokulary, zwane oficjalnie „fonoklami”, noszone na nosie jak tradycyjne okulary. Krótko mówiąc – rolę komputerów i telefonów przejęły dzisiaj smartaje i fonokle. Co ciekawe – te pierwsze są powszechnie noszone przez ludzi rasy białej i żółtej, drugie zaś – przez czarno­skórych, niezależnie od ich miejsca zamieszkania.

Ludzie nakładają smartaje i widzą kilka ekranów, na których mogą działać, pisząc na widocznych tylko dla nich wirtualnych klawiaturach. Jeden ruch szyją i przechodzą z ekranu na ekran. Owszem, są jeszcze nieliczni użytkownicy fonów, cienkich smartfonów wielkości niewielkiego notesu. Jeśli nie chcą się oni wpatrywać w małe ekraniki, wyświetlają je – na przykład na ścianie – jak komputerowe pulpity z różnymi ikonami aplikacji w dowolnym powiększeniu i w dowolnej rozdzielczości. Właściciele fonów uchodzą za technologicznych tradycjonalistów i stanowią kilka zaledwie procent Paneuropejczyków. Ja do nich należę.

Ale już zaczynam. Być może, mój Czytelniku, wiesz, że w roku trzydziestym dziewiątym powstały Stany Zjednoczone Europy, czyli składająca się z trzystu stanów Paneuropa, a dwa lata później upadł reżym Aleksieja Putina, syna Władimira Putina, osławionego tyrana i okrutnika, który rozpętał trzecią wojnę światową. Wtedy to głównodowodzący Paneuropejskich Sił Zbrojnych polski generał Maksymilian Kropiwnicki postawił zwycięską stopę na Kremlu, po czym nastąpił rozbiór Rosji. Góry Ural stały się granicą podziału pomiędzy Chińską Republiką Ludową a marionetkowym państwem zwanym Paneuropejskim Protektoratem Rosji.

Wtedy to – ukończywszy germanistykę w Poznaniu – rozpocząłem studia w Szkole Policyjnej we Wrocławiu, stolicy stanu Dolny Śląsk. Po czterech latach nauki i po uzyskaniu dyplomu podjąłem służbę w sekcji kryminalnej Policji Stanowej w rodzinnym mieście, które z powodów osobistych tylko na rok opuściłem – aby w Poznaniu zrobić magisterium.

Pierwsza sprawa, jaką prowadziłem, wydawała się banalna, lecz zostawiła w mym sercu osad, który wciąż tam zalega.

Na lekcji logotechniki w jednej z wrocławskich szkół średnich rozwścieczony młody człowiek zasztyletował swojego kolegę na oczach nauczycielki i innych uczniów.

Muszę tu coś dodać o tej lekcji. Wybacz mi, Czytelniku, kolejną dygresję, ale może to czytasz sto lat po mnie i nie masz pojęcia, o czym tu mówię, co to takiego logotechnika. Oczywiście wyszukiwarka ci powie, czym były rozrywka zwana „logo­machią” i umiejętności praktyczne w niej wykorzystywane, czyli logotechnika. Może jednak panowanie botów stanie się w twoich czasach tak powszechne, że sam nie będziesz wiedział, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Dlatego pozwól mi, mój późny wnuku, na dygresję wyjaśniającą terminy, które teraz, w momencie gdy to czytasz, są dla ciebie – być może – niejasne i wieloznaczne.

Otóż w latach mojej młodości nauczanie logotechniki było w polskich stanach Paneuropy absolutną nowością. Młodzi ludzie, zachwyceni możliwościami sztucznej inteligencji, nie interesowali się ustną opowieścią, a starsi szybko o niej zapomnieli. Dla pierwszych stała się pustą nazwą, dla drugich bezwartościowym reliktem. W mediach ożywała czasami leniwa dyskusja, co zrobić z materialnymi książkami, podczas gdy ich cyf­rowe kopie, cieszące się zerowym zainteresowaniem młodzieży, były przechowywane od dawna na pilnie strzeżonych serwerach.

Wtedy właśnie, w czasie tej narracyjnej posuchy, nieoczekiwanie we francuskich i w hiszpańskich stanach Paneuropy nastąpił renesans ustnej opowieści – rzecz jasna, z udziałem sztucznej inteligencji, która podpowiadała różne wątki i niwelowała fabularne mielizny.

I błyskawicznie przyszły do Polski, i rozpaliły wyobraźnię Polaków zdjęcia słynnych francuskich mistrzów – logomachów i solonarratorów, którzy snuli publicznie swe historie z niewielką pomocą AI. Ci pierwsi pojedynkowali się na opowieści, ci drudzy – po prostu przedstawiali je sami na scenie (skąd przedrostek „solo” w ich nazwie), przed publicznością zgromadzoną w mniejszych lub większych salach.

Ludzie patrzyli na zdjęcia z cyfrowym certyfikatem less AI i zazdrościli nowym gwiazdom show-biznesu, widząc, jak pięk­ni i bogaci cieszą się życiem w prywatnych linearnych luk­su­sowych posiadłościach na pustyniach.

Wciąż jednak tę aktywność rozrywkową wielu z nas uważało za ekstrawagancję, za przemijającą modę i stratę czasu.

Przecież można się było oddać innym fascynującym rozrywkom, sto razy ciekawszym. Sztuczna inteligencja już wtedy umiała w ciągu kilku minut wygenerować dowolny film: sensacyjny, melodramat czy ostre porno, a aktorom realistycznie dorobić jakiekolwiek twarze – także tych, którzy tego rodzaju materiały zamawiali za niewielką abonamentową opłatą. Któż by chciał wobec tego – zadawano sobie pytanie – chodzić na jakieś logomachie albo solonarracje? Kogo obchodzi jakiś gaduła, który w świetle reflektorów stoi przed publicznością i opowiada zabawne lub zatrważające historie? Czyż auten­tyzm opowieści jest wart czasu poświęconego na ich słuchanie? Czy człowiek wymyślający różne historyjki – z niewielkim tylko udziałem podpowiadających mu smartajów – zasługuje na aż takie apanaże? Komu chciałoby się oglądać pojedynkowiczów na słowa walczących o względy słuchaczy? Przecież w tym czasie można podziwiać samych siebie i swoich najbliższych w różnych ekscytujących fabularnych filmach, tworzonych w okamgnieniu przez sztuczną inteligencję!

Tymczasem – wbrew takim wątpliwościom – w zachodnich stanach Paneuropy nowa moda rozlewała się nieustannie, a w szkołach pojawił się przedmiot o nazwie „logotechnika”.

Wrocławskie Technikum Nowych Mediów przy ulicy Borowskiej jako pierwsze w polskich stanach, chcąc podreperować nieco swoją pozycję w rankingu oświatowym dolnośląskiej stolicy, zorganizowało klasę logotechniczną i zatrudniło do nauczania tegoż przedmiotu – bardzo trudno było znaleźć wykładowcę – niejaką Ewelinę Drost, mocno zaawansowaną w latach, niegdyś bardzo popularną pisarkę i aktorkę teatralną.

Nieufni wobec nowej mody nastolatkowie nie pchali się specjalnie do tej klasy i często jej uczniami zostawali ci, którzy nie mieliby szans dostać się do innych szkół maturalnych. Nie byli oni kwiatem intelektualnej młodzieży, nauczyciele skarżyli się na ich arogancję, a nawet niebezpieczne zachowania – takie jak internetowe zawstydzanie i gnębienie kolegów oraz nauczycieli.

Pani Drost kilkakrotnie chciała już porzucić to zajęcie, ale dyrektorce udawało się ją zatrzymywać kolejnymi podwyżkami pensji.

Pewnego dnia stało się jednak coś, co wstrząsnęło całym miastem, a nauczycielka – nie bacząc na błagania dyrektorki – porzuciła swoją pracę. Wrocław dostał się na portale i na smartaje całej Paneuropy.

A oto, co się stało. Na lekcji logotechniki we wspomnianej szkole odbywała się logomachia pomiędzy dwoma uczniami: Frankiem C. a Kevinem N. Obaj siedemnastolatkowie nie używali smartajów, ponieważ w szkole były one zakazane, i wtedy, i teraz (dzięki łączności internetowej rozwiązywanie testów czy odpowiadanie na pytania w czasie rzeczywistym stałyby się dziecinnie proste).

Franek C. kończył właśnie swoją ustną opowieść. W klasie rozległy się burzliwe brawa. Zmierzone specjalnymi czujnikami – jak to bywa na profesjonalnych logomachiach – okazały się one silniejsze niż te nagradzające poprzednią historię, którą wygłosił Kevin N. Kiedy umilkła owacja, ten ostatni podszedł do Franka C. i wpakował mu w serce japoński nóż do patroszenia ryb.

Przerażeni uczniowie wybiegli z klasy, nauczycielka usi­łowała ratować i reanimować zakłutego chłopaka, a Kevin spokojnie oddał się w ręce policji, czyli moje.

Oczywiście najważniejszym zadaniem było ustalenie powodów, dla których Kevin zabił Franka. Wedle zeznań sprawcy ofiara używała wobec niego poniżających i upokarzających określeń, typu „czarnuch” i „asfalt” (Kevin był czarnoskórym imigrantem z austriackiego stanu Karyntia).

Taka motywacja – jako swoista obrona przed szczególnie zasługującym na potępienie rasistowskim atakiem słownym – mogła nastawić sędziów przychylniej do Kevina i chłopak dostałby najwyżej pięć lat poprawczaka. (Obecnie, gdy wydawanie wyroków dzięki programowi Technotemida jest auto­matyczne, Kevin dostałby zapewne dużo więcej lat bezzawiasowej odsiadki. Dzisiaj sądy są sprawiedliwe, a przestępcy czują się przerażeni ich nadludzką mocą).

Naturalnie, pierwsze, co zrobiłem, to skonfiskowałem smartaje, które Kevin na co dzień oddawał do szkolnego depozytu. Musiałem sprawdzić, czy obelgi, na które się skarżył, zostały tam rzeczywiście zarejestrowane.

Prosto ze szkoły zabraliśmy go na komisariat, gdzie zostawiłem Kevina samego w pokoju przesłuchań. Obserwowałem go przez lustro weneckie. I nagle ujrzałem, jak jego gałki oczne się kręcą, jakby wysyłał nimi wiadomości. A przecież należące do niego smartaje w tym momencie były w rękach analityków w naszym laboratorium! Czyżby nosił jeszcze inne?

Nie byłoby to niczym dziwnym. Uczniowie często oszukiwali w ten sposób. Gdy wchodzili do szkół, oddawali osobie urzędowej na przechowanie w bakteriobójczych pudełkach tylko wierzchnie smartaje, swoiste atrapy, a ukradkiem, gdzieś w toalecie nakładali sobie właściwe – niewidoczne, deli­katne jak pajęczyna i niezniszczalne jak grafen. Kosztowały majątek, a w ich produkcji specjalizowała się znana firma nigeryjska Idoglass. Fonokle wśród młodzieży nie cieszyły się popularnością – ani wtedy, ani dzisiaj. Zresztą nosili je głównie programiści i nałogowi gracze, aby się ustrzec chorób zawodowych, czyli okulistycznych, których etiologia często wynikała z bezpośredniego kontaktu niezbyt czystego smartaja z gałką oczną.

Skrępowaliśmy Kevina, uśpiliśmy go i zdjęliśmy mu z oczu również te drugie, właściwe smartaje.

Atrapy zawierały niewinne treści typowe dla nastolatków, czyli zabawne filmiki, głupawe memy, wiadomości wrażeniowe oraz miliony piosenek. Było też w ich pamięci mnóstwo obraźliwych rasistowskich tekstów, rzeczywiście pochodzących od zabitego Franka C.

Ale w smartajach właściwych – tych drugich – znaleziono również masę internetowego brudu, co mnie zresztą wcale mnie nie dziwiło: oprócz tradycyjnej pornografii były tam materiały zoofilskie, pedofilskie, reklamy narkotykowych i stręczycielskich cybersklepów, zapisy dyskusji na grupach dla morderców oraz inne drobiazgi. Dla procesu sądowego nie miały one znaczenia, po prostu ukazywały Kevina jako typowego nastolatka miotanego hormonalną burzą.

Ale było w nich coś jeszcze, co sprawiło, że sąd wydał bardzo łagodny wyrok. Otóż w pamięci plików dźwiękowych umiejs­cowionej w tajnych smartajach Idoglass, w miejscu, gdzie kącik oka przechodzi w skroń, a stamtąd kości czaszki przewodzą dźwięki od naszych naocznych minikomputerów do uszu, odszukano nagrania dziwnych komunikatów. Były w nich wypowiadane zniekształconym, grubym, jakby spowalnianym głosem bezpośrednie zachęty do zabicia Franka C. Tenże głos coś jeszcze mówił – w nieznanym języku. Żaden z naszych wrocławskich językoznawców nie potrafił go zidentyfikować.

Kevin nie miał pojęcia, od kogo ten głos pochodzi. Słowa chłopaka potwierdził pod przysięgą jeden ze szkolnych psychoterapeutów, leczący go z uzależnienia od sadystycznych pornogier.

Nasze wnikliwe badania wykazały, że głos, namawiający Kevina do zabicia kolegi, gromadził się w zabezpieczonych plikach, których nie dało się wymazać i które same się uaktywniały, kiedy chciały – przez co Kevin musiał ich wysłuchiwać jak natrętnych reklam niedających się wyciszyć.

Wymiana smartajów pomiędzy ludźmi albo kupno używanych było czymś bardzo trudnym, i to nie tylko z powodu mnóstwa osobistych, wrażliwych danych, które przez lata użytkowania zgromadził dotychczasowy właściciel. Każdy człowiek traktował te inteligentne soczewki – i słusznie – jako przedmiot intymny i nie chciał przyjmować do własnego oka cudzych bakterii, zwłaszcza po licznych aferach z kiepskimi płynami dezynfekującymi.

Również chęć posiadania nowych wspaniałych idoglassów sprawiła, że Kevin udał się do szkolnego psychoterapeuty ze skargą na mordercze namowy płynące od nieznanego nadawcy. Dostał od niego leki uspokajające i zaczął zbierać fundusze na nowy sprzęt. W tym celu założył konto oszczędnościowe, na którym umieszczał śmieszne filmiki i skecze ze sobą w roli głównej. Pieniądze zaczynały kapać, lecz do zakupu nowych smartajów droga była jeszcze daleka.

Tymczasem nienawistny głos wciąż grzmiał w głowie chłopaka. I nieustannie zachęcał go do zabicia konkurentów w logomachii.

Tego właśnie głosu nie mogliśmy zidentyfikować nawet za pomocą słynnego rezerwuaru ludzkich dźwięków „Sound­engine”. Posiadacza tego głosu nazywaliśmy Nikt.

Wszyscy oprócz mnie widzieli w Kevinie biedne, zmanipulowane i ślepe narzędzie w czyichś – nie wiadomo czyich – rękach. To nam, policjantom, pozostawiano ustalenie, kim był właściwy sprawca zbrodni, czyli nienawistnik do niej podżegający. Jeśli nam nie udawało się go namierzyć, to dlatego, że byliśmy słabi, a nie dlatego, że on nie istniał – takie najczęściej rozlegały się głosy.

Kimkolwiek był, stanowił dla Kevina okoliczność łagodzącą. Ale ja aż tak łagodny nie byłem, miałem swoją hipotezę. Uważałem Kevina za kłamcę, za członka jakiejś sekty. I za cel postawiłem sobie – wówczas młody, zapalczywy, naiwny – jej zdemaskowanie. Nie wiedziałem, że na to życia mi nie starczy.

W czasie procesu adwokatka próbowała wykazać, że owe namowy zostały wygenerowane przez algorytmy i boty.

– Winny nie jest Kevin, lecz internet – zakończyła swoją mowę obrończą. – Prawdziwy złoczyńca nie ma tożsamości ani adresu. Gdzie go znajdziemy, aby go ukarać?

Po wysłuchaniu stron sędzia ogłosiła wyrok trzech lat więzienia. Pamiętam, jak wówczas zalała mnie gorycz poczucia niesprawiedliwości. Z trudem się opanowałem, by nie wykrzyczeć sędzi w twarz moich uczuć wobec niej. Gdybym to zrobił, mógłbym się pożegnać z policyjną karierą.

Kevin przez rok siedział we wrocławskim więzieniu przy Kleczkowskiej, a później – zgodnie ze swoim życzeniem – spędził ostatnie dwa lata w jednym z austriackich górzystych stanów, bodaj czy nie w Karyntii, skąd pochodzili jego rodzice. Koledzy, którzy chcieli mnie zdenerwować, szeptali mi do ucha:

– Twój ulubieniec odpoczywa w górskim sanatorium…

Nie mogłem przestać myśleć o sprawie Kevina nawet wtedy, gdy cały czas zabierały mi inne obowiązki – zwłaszcza niebezpieczna służba na blokowiskach Kozanów i Nowy Dwór. Choć oddałem już akta tej sprawy do cyfrowego archiwum, czasami ogarniało mnie ciężkie przygnębienie, prawie depresja.

Moja kariera zaczęła się od falstartu. Nie złapałem zabójcy, bo ten sam wlazł mi w ręce. Potem zaś przeprowadzone przeze mnie dochodzenie ujawniło – jako rzeczywistego sprawcę, jak chciał sąd – jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego internetowego demona. To tak, jakbym ujął okrutnego gwałciciela, a ten zrzuciłby odpowiedzialność na któregoś z wrocławskich krasnoludków. W głowie słyszałem takie oto szyderstwa: „No, czego pan jeszcze chce? Nie pojmuje pan, że zgwałcił krasnoludek? Gdzie mamy go szukać? We wrocławskich kanałach?”.

Usiłowałem zapomnieć o tej sprawie. Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze spotkać ową tajemniczą istotę namawiającą go do zabicia kolegi. Że okaże się ona o wiele groźniejsza niż groteskowy krasnal. Że zmierzę się z jej ciemną, agresywną przenikliwością.

Rozdział 2

Powrót homeryckich rapsodów

Lipiec 2079 roku.Występ doktora Stecia

Wrocław ciężko dyszał w ten czwartkowy lipcowy wieczór. Na ikonkach temperatury w autonach, sunących wolno ulicami, migała liczba 25. Pokazywała ona jednak tylko ciepłotę wnętrza pojazdu, za jego szybami natomiast zdecydowanie zwiększały tę wartość setki tysięcy klimatyzatorów – także tych, w które zaopatrzone były same autony.

Przewożeni w nich zamożni mieszkańcy centrum miasta, tak zwani centralsi, ze współczuciem lub niechęcią patrzyli na nielicznych ludzi z oddalonych blokowisk, którzy w każdy czwartkowy, piątkowy i sobotni wieczór przychodzili na stacje metra. W odróżnieniu od białych polskojęzycznych centralsów blokersi byli ludźmi przeróżnych ras i języków.

Stali przy wejściach, które prowadziły do oddanej do użytku przed dziesięciu laty wrocławskiej kolei podziemnej, skąd liczne korytarze wiodły do nocnych klubów. Ustawodawca paneuropejski – dbając o spokój centralsów, których dochody często przekraczały najwyższy próg podatkowy – zepchnął bary i kluby muzyczne do podziemia, a na czystych pięknych ulicach pozwalał funkcjonować jedynie wielogwiazdkowym hote­lom, wykwintnym restauracjom z ludzką obsługą albo też drogim butikom i obiektom muzealnym, których zbiorów nie oglądał nikt poza znudzoną młodzieżą szkolną.

Tutaj zaś, przy stacjach metra, na pograniczu dwóch światów, spoceni, roznegliżowani ludzie z blokowisk zawierali gorączkowe kontrakty. Kiedy centralsi wysiadali z autonów i zmierzali do sztucznych podziemnych rajów, tamci podbiegali do nich i wysyłali numery swych smartajów. Należeli oni do najniższej kasty dilerów i byli często nałogowcami w stanie terminalnym. Nie mieli pieniędzy, aby handlować narkotykami w bezpieczny sposób – czyli przez kurierów lub wysyłając towar do paczkomatów – i musieli narzucać się centralsom, ryzykując aresztowanie przez policję.

Klubowicze, którzy nie zaopatrzyli się wcześniej w narkotyki lub pobudzacze do chemseksu, mogli później dzwonić do dostawców i umawiać się na dokonanie transakcji na torach, w oddalonych i słabo oświetlonych korytarzach metra. Tam, prawie po ciemku i pośród pisku szczurów, sprzedawano najgroźniejszy towar – jezusy. Substancja o tej nazwie wprowadzała mózg w stan sto razy silniejszy od orgazmu. Po ekstazie następowała przyjemna zapaść i człowieka ogarniało coś na kształt śmierci klinicznej. W tym stanie, wciąż czując chemiczną euforię, przenosił się on w czasie, spotykał bliskich zmarłych lub szybował ponad miastem. A potem się budził, czyli niejako zmartwychpowstawał. Stąd pojawiła się owa nazwa. Około dziesięciu procent ludzi zażywających jezusy nigdy nie szło jednak w ślady Cieśli z Nazaretu, nie powstawało z mart­wych, a ich ciała usuwały z podziemi służby oczyszczania miasta. Narkotyk ten był śmiertelnie groźny.

Teraz stróże prawa, ocierając pot z czoła, wyciskany przez niemalże pięćdziesiąt stopni Celsjusza, patrzyli obojętnie na marketingową działalność najbardziej zdeterminowanych blokersów. W wieczornym upale policjanci byli nader apatyczni, zachowywali siły na przedświt, pomiędzy godziną drugą a piątą nad ranem, gdy metro jeszcze odpoczywało. To wtedy, w trzygodzinnym przedziale reanimacyjnym, będą pielęgniarzom i sprzątaczom asystować w podziemnych tunelach, gdy pierwsi będą wynosić z torów żywych lub martwych narkomanów, a drudzy usuwać stamtąd góry śmieci – głównie prezerwatywy i woreczki po jezusach. Jednak te nieprzyjemne chwile oczyszczania miasta miały dopiero nadejść, teraz zapadała pierwsza noc zwykłego weekendu i Wrocław szykował się do zabawy.

Na jednej ze stacji metra, oznaczonej jako Wiśniowa / Hallera, z klimatyzowanego wagonika wysiadł Mateusz Witaszek. Gorący i porywisty wiatr hulający w przeciągach szarpnął nim i uderzył w nozdrza smrodem zgnilizny.

Mimo nieprzyjemnej woni i innych pomniejszych uciążliwości ten czterdziestoletni mężczyzna prawie nigdy nie korzystał z autonów. Nie lubił reklam, które nie znikały z ich ekraników, nie dawały się wyłączyć ani nawet wyciszyć. Musieli ich wysłuchiwać także posiadacze abonamentów typu „premium”, uprawniających do korzystania z autonów na terenie całej Paneuropy.

Poza tym Witaszek był po prostu, nawet w doborze garderoby, nieco staroświecki, a swojej żonie tłumaczył, że zawód, jaki wykonuje, czyni go odpornym na wszelkie nowinki technologiczne. A jako konferansjer logomachii i solonarracji, a wcześniej sam logomach i solonarrator, musi bywalcom swych spektakli pokazywać elegancki i nieco staromodny sznyt.

Ustawił się w tłumie jadących ruchomymi schodami. Wraz z każdym metrem, który przybliżał go do powierzchni gruntu, robiło się coraz duszniej. Kiedy wyszedł na ulicę, musiał zdjąć marynarkę.

Jego turkusowe aksamitne ubranie z godłem amalfijskiej manufaktury oraz nieskazitelnie biała obcisła koszulka, pokrywająca się potem, natychmiast zwróciły uwagę niewysokiej, drobnej Azjatki, której jedynym strojem były stringi i szpilki. Zaszła mu drogę, wskazując palcem na swoje oczy, ale minął ją obojętnie i ruszył wysadzanym drzewami korso w stronę starego ponadstupięćdziesięcioletniego gmachu, w którym w czasach jego pradziadka mieściło się kino*, a jeszcze wcześniej, gdy Wrocław był niemiecki, siedziba jakiegoś tajnego okultystycznego stowarzyszenia czy loży masońskiej, sam dob­rze nie pamiętał.

Przeciął aleję Hallera, wbiegł na schodki i zbliżył się do drzwi swojej firmy. Wypowiedział hasło, grube szyby poruszyły się i rozsunęły. Po chwili znalazł się w chłodnym pomieszcze­niu, ocierał pot z czoła, odciągał koszulkę od ciała, oddychał klimatyzowanym jodowanym powietrzem i odpowiadał na pozdrowienia ochroniarzy.

Patrzyły na niego liczne ekrany, na których pulsowała na zmianę już to nazwa przedsiębiorstwa Sala Rozrywkowa Wita­szek & Zhou, już to uśmiechnięta twarz dzisiejszego solonarratora, który pięknym niskim głosem zapewniał, że jego opowieść będzie – po raz pierwszy w dziejach polskich stanów Paneuropy! – zupełnie pozbawiona cyberumysłu, jak nazywano sztuczną inteligencję.

Witaszek ruszył bocznym korytarzem do garderoby, pozdra­wiając po drodze inspicjenta i makijażystę, którzy w pośpiechu pędzili do swoich zajęć. Zamknął się w bezokiennym ciemnym pokoju i odetchnął pełną piersią.

Owszem, był doświadczonym konferansjerem, zdarzało mu się prowadzić show bez przygotowania, a raz nawet po pijanemu – ba! wręcz na „zerwanym filmie” – ale dzisiejszy wieczór zapowiadał się wyjątkowo. Jak dotąd zawsze, w większym lub mniejszym stopniu, sztuczna inteligencja wspierała solonarratora czy logomacha. Ale dzisiaj na scenę po raz pierwszy w historii wyjdzie człowiek, który na oczach widzów przejdzie kontrolę elektroniczną i udowodniwszy, że nie ma na sobie smartajów, zacznie opowiadać historię za historią „z głowy”, bez podpowiedzi cyberumysłu.

Bilety były drogie, publiczność wymagająca i nieufna, a on, Witaszek, w tym upale nie był w najlepszej formie fizycznej. Co więcej – stało przed nim prawdziwe wyzwanie, musi się bowiem wznieść na wyżyny sztuki konferansjerskiej.

Obawiał się nie tyle o siebie, ile raczej o dzisiejszego solonarratora.

Zatrudnienie go przez Witaszka było zagraniem va banque. Nędzny stan konta firmy i zdecydowane naciski jego wspólnika z Portugalii pana Zhou sprawiły, że wpadł na niecodzienny pomysł kilkugodzinnej solonarracji z przerwami, oczywiście bez użycia cyberumysłu. Owszem, już wcześniej próbował pójść pod prąd współczesnej rozrywki i zorganizował jeden taki występ – opowieść snutą na scenie przez showmana. Okazał się on jednak kompletną klapą, ponieważ mówca dał się sprowokować przez pewnego słuchacza do nienawistnych wypowiedzi. Witaszek wolał o tym zapomnieć.

Długo szukał właściwego wykonawcy. Musiał być opanowany i spokojny, no i oczywiście polskojęzyczny – co nie było akurat trudne – aby rozumiała go publiczność. Używanie przez słuchaczy smartajów było zakazane, bo ich posiadacze mogliby piratować i w czasie rzeczywistym nadawać przez internet przekaz na żywo.

W końcu się udało. Solonarrator wypadł dobrze, miał przyjemnie brzmiący niski głos i potrafił mówić całymi godzinami. Twierdził, że występował już na prywatnych występach tego typu, jednak ponieważ były one tajne, nie mógł przedstawić żadnych referencji.

Niestety, okazało się, że bezczelnie kłamał. Tydzień po podpisaniu umowy i dzień przed swoim one-man-show wyznał konferansjerowi, że nigdy nie występował przed publicznością. Był absolutnym debiutantem.

Mateusz Witaszek usłyszał teraz w uchu leciutki gong, dźwięk przypominajki. Za piętnaście minut rozpoczyna się solo­narracja. Wszystkie bilety wyprzedane – za grube pieniądze. A przed widzami – zamożnymi, społecznościowo zasięgowymi i sprag­nionymi nowości – pojawi się za chwilę zupełny żółtodziób!

Konferansjer – mimo przyjemnego klimatyzowanego chłodu panującego w garderobie – pocił się nader obficie.

Lipiec 2079 roku.Występ doktora Stecia

Nie chciał wchodzić na scenę boczną klatką schodową, postanowił pójść dłuższą drogą. Pragnął przejść przez główne drzwi i ujrzeć tych ludzi, ich płonące z zainteresowania twarze albo wręcz przeciwnie – szydercze uśmiechy malkontentów. Chciał stawić im czoła i zahartować się przed swoim wystąpieniem. Spodziewał się różnych, także nieprzychylnych, reakcji. Na wszystko musiał być przygotowany.

Wszedł na scenę. Oślepiający reflektor uświadomił mu, że znalazł się w swoim naturalnym środowisku. Z niezawodną pewnością siebie spojrzał na publiczność i uśmiechnął się szeroko.

Rozległy się umiarkowane brawa. Uniósł dłonie, brawa umilkły.

– Dzisiaj tworzymy historię – rzekł, a podrasowany przekaz mikrofonów wiszących pod sufitem i połączonych bezprzewodowo z jego smartajami czyniły jego głos pewnym i kojącym. – Nadeszła epokowa chwila, proszę państwa, oto następuje obrót koła historii! Na dzisiejszej solonarracji wypędzamy do lamusa krótkie, głupawe historyjki przedstawiane z pomocą cyber­umysłu. Nam nie są straszne słoneczne burze, które sprawiają, że sztuczna inteligencja zaczyna bełkotać od rzeczy, a opowiadacze z bożej łaski tracą wątek!

Przerwał i spojrzał na widzów. Nie widział ich dobrze w reflektorowej poświacie, ale swym niezawodnym instynktem wyczuwał teraz ich przyjazne napięcie, falę ich oczekiwań. I zanurzył się w tej fali jak ryba w wodzie.

– Wracamy do czasów, gdy na dworach władców występowali wędrowni śpiewacy, Homerowi rapsodowie opiewający czyny bogów i herosów. W wyniku nieustannej repetycji z tych pieśni powstawały poematy epickie, na świecie pojawiła się lite­ratura. I w naszym świecie, gdy już wieszczono jej koniec, dzisiaj się ona odradza! To jest właśnie ów obrót koła historii!

Stał, kurcząc nieco ramiona. Ów gest miał ukryć plamę potu na torsie. Pamiętał o niej, przy czym to przypomnienie wcale go nie deprymowało. Był estradowym weteranem, który wychodził cało nie z takich opałów.

– Są państwo wybrańcami losu, ludźmi, którzy swym zainteresowaniem, życzliwością i zaciekawieniem mogą wskrzesić prawdziwą opowieść, prawdziwą literaturę! – Zaczerpnął tchu. Zbliżał się do końca. – A skromnym impulsem do owego odrodzenia jest ten, który zaraz wyjdzie na scenę i przedstawi państwu mrożącą krew w żyłach historię, przedzieloną dwiema przerwami, podczas których będą mogli państwo lekko ochłonąć. Pojawi się przed państwem żywy człowiek, solo­narrator bez technologicznych wspomagaczy! Zapewniam, że sprawdzająca elektronikę tuba kontrolna, która go otoczy, nawet nie piśnie, nie da najmniejszego sygnału! Bo nasz solonarrator będzie oczywiście bez smartajów!

Z radością wyławiał z sali okrzyki niedowierzania i chichoty żartownisiów.

– Po polsku… – Jego miękki szept wchłonęły ściany widowni obite ciemnozielonym atłasem. – Po polsku będzie on snuł swoją opowieść. A ona wniknie w państwa umysły, ożywi je i zainspiruje. Otworzy je na prawdziwą literaturę, sztukę bez nienaturalnych wspomagaczy. Panie i panowie, oto wybitny naukowiec i równie znakomity solonarrator, pan doktor Steć!

Zapadła ciemność. Brawa nie były zbyt rzęsiste, ale Witaszek nie był rozczarowany umiarkowaną reakcją.

Zbyt dużo braw przed występem przynosi pecha. To jak orgazm przed stosunkiem.

Lipiec 2079 roku.Występ doktora Stecia

– Uczestniczyłem w dwóch obrzędach odprawiania egzorcyz­mów – rozległo się w całkowitej ciszy.

Menadżer siedzący w swojej loży – w miejscu, gdzie pieczołowicie odrestaurowany balkon zaokrąglał się w małą falę – odetchnął z ulgą. Musiał przyznać, że głos solonarratora brzmi lepiej niż jego własny.

Był on rozpięty na wielu rejestrach – chwilami potężny, chwilami władczy i agresywny, a czasami przymilny i delikatny. Taki się stał właśnie teraz, gdy Steć po dłuższej prezentacji swej osoby przyznał się do uczestnictwa w religijnym rytuale, a publiczność zaczęła szemrać, ujawniając niechęć i krytycyzm wobec wszelkich zabobonów niegodnych współczesnego człowieka.

Szef przewidział tę reakcję i przedyskutował ją kilkakrotnie z zatrudnionym przez siebie wykonawcą. Ten postąpił teraz wedle wytycznych.

– Tak, wiem, że wszelkie religianctwo jest niemile widziane, a w niektórych stanach nawet zabronione. Wiem, że jest passé, ale przecież sami państwo rozumieją… To, co jest zakazane, jeszcze bardziej nas fascynuje… – Zawiesił głos. Szmery umilk­ły. – W katakumbach, w ciemnych wnękach technicznych korytarzy metra ludzie się modlą i są gotowi ponosić społeczne, towarzyskie i zawodowe konsekwencje swojej religijności! Nie sądzą państwo, że istnieje jakiś powód, dla którego tak wysoko sobie cenią zabobon? Ja ten powód znalazłem! On po prostu jest na wskroś narracyjny, czyli… Pozwólcie, że użyję staroświeckiego określenia: jest literacki… Już wyjaśniam, co mam na myśli.

Był niewysoki i szczupły, prawie ginął za potężnym pulpitem, na którym wypalono laserem przekreślony symbol sztucznej inteligencji.

Steć jeszcze wczoraj zapewniał Witaszka, że potrafi nawet swe niedoskonałości przekuć w zalety. I teraz menadżer widział wyraźnie, że miał rację. Jego drobna sylwetka, jego wąskie ramiona – to wszystko zrobiło się w tym momencie nieważne, nieistotne, przezroczyste. Stawało się jakby jednolitym tłem, na którym prawem kontrastu pojawiała się prawdziwa gama głosowych możliwości.

Wszyscy byli zasłuchani i wszyscy czekali, aż Steć uściśli, jakie to mianowicie literackie względy podnoszą wartość religijnego zabobonu. Nawet kontroler elektroniki nie schodził ze sceny, tkwił w jej rogu zasłuchany i ściskający swoją elastyczną, zwiniętą, pełną czujników tubę, uplecioną z nanorurek.

– Jestem ateistą jak dziewięćdziesiąt procent mieszkańców Paneuropy. – Pewny ton doktora Stecia uspokoił tych, którzy już zaczęli podejrzewać, że podstępnie stali się ofiarami jakiegoś szamańskiego rytuału czy innego nabożeństwa. – Dla mnie religia jest ciekawa wyłącznie jako wątek opowieści. I właśnie tą ciekawością kierowany poprosiłem pewnego egzorcystę… Nie było łatwo, proszę państwa… Egzorcysta długo się wahał, musiałem użyć różnych subtelnych nacisków, aż w końcu… Tak, stało się to, co miało się stać. Kilka miesięcy temu wylądowaliśmy w podziemnym świecie, w katakumbach. Złowrogie cienie tańczyły na ścianach, a egzorcysta stał z krucyfiksem…

Nad mówcą wyświetlił się tekst – słownikowe znaczenie wyrazu „krucyfiks”.

– Stał z krucyfiksem nad rzekomo opętanym i wrzeszczącym nastoletnim chłopcem, przekrzykiwał go, wywrzaskiwał swoje czarodziejskie zaklęcia… Modlitwy… A ten nastolatek przewracał oczami. Ja zaś, bez wiedzy księdza, nagrałem krzyki egzorcyzmowanego…

Witaszek odetchnął i uśmiechnął się sam do siebie.

Jak na razie ten Steć nie wygląda na debiutanta, niejednemu deputowanemu z Izby Paneuropejskiej przydałyby się taki głos i taka pewność siebie.

– Egzorcyzmy się skończyły – kontynuował Steć scenicznym szeptem. – Chłopak stracił przytomność, pojawiła się poli­cja, nie wiadomo skąd. Ledwo udało mi się uniknąć aresztowania. Dwa dni później włączyłem nagranie i przesłuchałem okrzyki chłopca. Mój transel przetłumaczył to i wyszły jakieś kompletne brednie typu: „Gruby chłopak bawi się ze stawem i snuje zielone sklepy”. – Nabrał tchu. – Transel uznał język, w którym mówił chłopak, za włoski. Ale dlaczego przetłuma­czył tak źle? Wszak bezsens i bełkot wychodzi najczęściej wtedy, gdy nasz podręczny tłumacz ma do czynienia z jakimś rzadkim dialektem, a nie z językiem, który, tak jak włoski, jest używany przez miliony!

Steć oparł łokcie na pulpicie, jego gładko ogolona broda spoczęła we wnętrzu dłoni. Wyglądał jak myśliciel. I tak właśnie miał wyglądać.

– Rzadki język, rzadki język… To tłukło mi się po głowie. I nagle zrozumiałem, że może tu chodzi o jakiś rzadki dzisiaj, a może nawet nieużywany, nieistniejący już język podobny do włoskiego… Wiedzą państwo, jaki to mógł być język?

Zapadła cisza. Trwała długo, lecz Steć wytrzymał to napięcie.

– Łacina – rzekł w końcu. – Język starożytnych Rzymian, matka włoskiego. Ten chory chłopiec mówił po łacinie. W języku, którego ani on, ani ja, ani nikt z was nie zna, prawda?

Zawiesił na chwilę głos. Odpowiedział mu szmer potwierdzenia.

– Nikt! – powtórzył mówca. – Nawet transel go nie znał! – Zszedł o jeden ton niżej. – A potem było jeszcze ciekawiej. Od pewnej osoby, o której dużo jeszcze powiem… Od tej osoby, twierdzącej, że była kiedyś również opętana, dostałem nagranie, w którym ona sama coś wykrzykiwała… Też po łacinie. Nie dawało mi to spokoju, musiałem się dowiedzieć, o czym mówili ten chłopiec i tamta osoba. I tak trafiłem do pewnego starego, ponadosiemdziesięcioletniego człowieka. Tłumiłem w sobie strach, gdy wysiadałem na stacji metra na osiedlu Nowy Dwór. Odprowadzany zaczepnym wzrokiem blokersów, szedłem ulicami, gdzie nie parkują autony, bo ich algorytmy wiedzą, że tam grozi im zniszczenie. Gdzie policja wjeżdża tylko pojazdami opancerzonymi, a na każdym rogu kwitnie dilerka jezusami. I znalazłem się w skromnym mieszkaniu ostatniego łacinnika w naszym mieście, a może w ogóle w polskich stanach… I tutaj, proszę państwa, naprawdę zaczyna się moja opowieść…

Światło reflektora z białego stało się czerwone. Za plecami mówcy rozległa się dudniąca muzyka.

Witaszek rozparł się wygodnie w fotelu.

Jest wart swoich pieniędzy.

Aż sam się zdumiał w duchu, że czeka na ciąg dalszy historii, którą przecież doskonale zna.

Kwiecień 2079 roku.Przygotowania doktora Stecia do występu

Piętnastopiętrowy blok na rogu ulic Strzegomskiej i Budziszyńskiej sprawiał wrażenie ponure – zwłaszcza w zimnym, porywistym kwietniowym wietrze, który gwizdał na jego załamaniach architektonicznych i poruszał płaty łuszczącej się farby na fasadach. Trzaskał też niedomkniętymi oknami, w których odłamy szkła szczerzyły się jak szpiczaste spiłowane zęby afrykańskich wojowników i szamanów, będące zresztą ostatnim krzykiem mody także wśród mieszkańców betono­wych osiedli.

Z dawnych zakładów usługowych na parterze unosiła się lekka woń spalenizny. Za powypalanymi papierosami fu­trynami widać było snującą się po ścianach plątaninę grafitti. Odcinały się od niej nasmarowane fluorescencyjnym sprayem jakieś has­ła i apele – ważne i gniewne, bo opatrzone wykrzyknikami.

Ich treść pozostawała jednak dla doktora Stecia tajemnicą. Bazgroły wypisano nieznanymi mu literami lub ideogramami. Owszem – mógł próbować obrobić ten tekst transelem, ale po wynikach takiej analizy nie spodziewał się zbyt wiele. Zapewne jakieś pogróżki, jakieś wyznania, jakieś obleśności – szkoda na to czasu.

Zbliżył się do zakratowanej i pokrytej pajęczynami kolorów bramy bloku. Spojrzał na przyklejoną do niej kartkę z polskim napisem przypominającym lokatorom, że bezpłatna woda dostępna jest tutaj w tylko w godzinach porannych.

Tuż za drzwiami stało trzech młodych ludzi – jeden biały, dwaj czarnoskórzy, wszyscy tędzy i ubrani w dżalabije z cekinami. W palcach trzymali płaskie fony. Spod czapek kufi strzeli­ły ku Steciowi ich spojrzenia. Było w nich wszystko oprócz życzliwości.

– Nie ryzykuj, lebiego, nie ryzykuj tutaj – odezwał się biały, a transel wyświetlił informację, że język komunikatu to rosyjski dialekt z Kirgistanu.

„Lebiega” nie miał zamiaru dopytywać się, czemu został właśnie tak nazwany. Nie zrozumiał tego słowa – podobnie jak jego transel, który przytoczył je w brzmieniu oryginalnym.

Nie dociekał też, na czym by miało polegać owo ryzyko. Już chciał się wycofać i zadzwonić do swojego rozmówcy, i poprosić, by ten zszedł na dół, kiedy nagle otworzyły się drzwi windy i wyszła z nich ciemnoskóra młoda kobieta również z dużą nadwagą. Otulona burką, popychała wózek. Zza siatki błyszczały ciekawością jej oczy. Zapewne tacy centralsi jak Steć rzadko tu bywali.

Postanowił wykorzystać moment jej zaskoczenia. Uśmiechnął się przyjaźnie do kobiety i do mężczyzn, czym wprawił ich w niemałe zdumienie. Minął ich, zanurzył się w ciemność bramy i przytrzymał drzwi windy, zanim te zdążyły się zamknąć. Ujrzał jeszcze, jak jeden z muzułmanów odbiera od kobiety wózek i wszyscy czworo wychodzą z bramy.

Odetchnął z ulgą. Obecność kobiety spowodowała, że otaczająca ich poprzednio aura obcości i niechęci rozwiała się jak mgła. Sprawiała, że Steć widział w nich teraz już tylko sąsiedzką wspólnotę, nie zaś – jak wcześniej – potencjalnych napastników.

Może słowa tego Kirgiza nie były żadną groźbą, lecz ostrzeżeniem płynącym ze szczerego serca? Nie demonizujmy blokowisk.

Winda zatrzymała się na czternastym piętrze. Wysiadł i rozejrzał się dokoła. Wzdłuż korytarza ciągnęły się rzędy mieszkań. Niewiele więcej widział, bo zachlapana czymś zielonym szyba okna na klatce schodowej blokowała dostęp dziennego światła.

Na szczęście na długim drucie świeciła się żarówka. Jej mdły poblask omiatał w półmroku stare wózki dziecięce, jakieś kartony, buty stojące tu i tam pod drzwiami, a nawet kupkę gruzu po remoncie usypaną nieopodal ostatniego mieszkania. Właśnie tam, na metalowych drzwiach, widniał duży napis Cave canem**.

– Na czternastym piętrze jedne drzwi wydadzą się panu niezwykłe. To będą moje. – Tymi słowami stary filolog przerwał wczoraj połączenie, gdy już ustalili godzinę wizyty.

Lawirując pomiędzy różnymi przeszkodami, wśród których znalazła się nawet żeliwna wanna, zabytek sprzed stu lat, Steć znalazł się przy owych drzwiach z napisem i zastukał w nie mocno.

Rozległy się kroki, zamigotało światełko w wizjerze, zgrzytnął zamek, buchnęła woń kurzu i niewietrzonego wnętrza.

W drzwiach stał wysoki siwy starzec o pobrużdżonej, obwis­łej twarzy, piętrowych workach pod oczami i wklęsłych policzkach pokrytych siwą szczeciną. Kraciasty szlafrok domagał się wody, czyszczącej piany, a może i dezynsekcji, a wełniane skarpety – starannego cerowania. Przez dwie dziury wychodziły duże, zakrzywione paluchy z żółtawymi paznokciami.

Emerytowany profesor filologii klasycznej Patryk Mrugalski zionął stęchlizną – podobnie jak imię, które nosił, jak blok, w którym mieszkał od urodzenia.

I jak język, którego we Wrocławiu, a może i w Polsce, był jedynym dobrym znawcą.

Kwiecień 2079 roku.Przygotowania doktora Stecia do występu

– Przesłuchałem dwa pańskie nagrania, a nawet je przestudiowałem – rzekł Mrugalski, gdy już usiedli w pokoju, zgodnie ze staroświecką modą tworzącym z salonem jedno pomieszczenie.

Pionowe zmarszczki na jego czole ściągnęły się nad dużym, mięsistym nosem, od którego nasady rozbiegały się po policzkach popękane naczynka.

Zacisnął usta, jakby się zaciął, jakby bał się wydusić z siebie jeszcze inne słowa.

Gość nie popędzał go, czekał cierpliwie.

W głowie miał zarys opowieści, która zaczynałaby się sceną wypędzania demona. Właściwie to mógłby już zacząć nad nią pracować i po kilku tygodniach przedstawić ją znanemu menadżerowi słownych widowisk Mateuszowi Witaszkowi. Nie śpieszył się jednak. Chciał ją naprawdę dobrze dopracować, chciał nią olśnić Witaszka, aby ten machnął ręką na oszustwo, jakiego się Steć dopuścił, mówiąc, iż już występował na tajnych solonarracjach.

Dlatego potrzebne mu były szczegóły i dodatkowe inspiracje. Miał nadzieję, że Mrugalski nie poskąpi mu ani jednych, ani drugich.

Profesor łyknął herbaty z obtłuczonego kubka, na którym widniało zdjęcie Colosseum.

– Pierwsze nagranie to bełkot i bezsens – powiedział powoli. – To są typowe technotłumaczenia dokonane przez bota lub przez jakiś kiepski darmowy transel, który nie zna języka wyjściowego.

Steć spojrzał na swój dymiący kubek. Jego brzeg pokryty był w jednym miejscu oleistą substancją, która spływała do wnętrza i mieszała się z herbatą.

– Jakby pan profesor uzasadnił tę opinię?

Stary rozciągnął usta w triumfalnym uśmiechu. Na uniwersytecie, gdzie niedawno jeszcze wykładał dzieje rzymskiego patriarchatu, zwracano się do niego per „osoba profesorska”, tak więc dawny zwrot „pan profesor” sprawił mu niewątpliwą przyjemność.

– Dam panu przykład takiego błędnego autotłumaczenia. Zabrzmi jak dowcip, zapewniam jednak, że jest prawdziwy. Wiele lat temu byłem świadkiem, jak automat przełożył błędnie pewną frazę z Nowego Testamentu.

Uśmiechnął się lekko do swoich wspomnień, a potem spojrzał uważnie, czy w oczach tego dziwnego gościa nie ma znaków zapytania. Steć nie reagował. Wiedział, czym był Nowy Testament.

– Otóż u świętego Mateusza czytamy takie oto proste zdanie: Spiritus quidem promptus est, caro autem infirma, które cała nasza tradycja rozumie jako: „Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe“. Tłumaczeniowe boty, dziś szumnie nazywane transelami, przełożyły je wtedy jako: „Spirytus już na stole, ale mięso zepsute”.

Steć parsknął śmiechem. Gospodarz mu zawtórował.

– Nie będę panu objaśniał, dlaczego tak się stało. Niech panu wystarczy, że ów robot wziął pierwsze lepsze znaczenie słów i wyszło mu zdanie, które, jeśli je zmieścić w kontekście kulinarnym, będzie dość sensowne. A przecież nie o potrawach ten ewangelista pisał.

Steć kiwnął głową.

– No dobrze. Jednak pan profesor powiedział, że to było trzydzieści lat temu. Wtedy rzeczywiście mogło dochodzić do takich zniekształceń. Ale teraz? Moje nagranie jest sprzed dwóch tygodni, a transel najnowocześniejszy. On w ciągu ułamka sekundy tłumaczy. Choćby zdania w języku keczua… Czemu uznał ten komunikat za zepsuty język włoski? Nie miał pojęcia o łacinie?

Mrugalski wstał i wielkimi krokami zaczął przemierzać niewielki pokój – jedyny w tym mieszkaniu. Chodził tak przez długą chwilę, z jednej strony obijając się o przepełniony zlewozmywak, z drugiej zaś – o łóżko, na którym piętrzyła się góra pościeli bez poszewek.

– Dzisiejsze transele znają dobrze łacinę, bo mają wgrane wszystkie teksty łacińskie. – Gospodarz nagle się zatrzymał i spojrzał znacząco na swego gościa. – Lecz ten pierwszy tekst nie zostanie dobrze przetłumaczony przez żaden transel, a wie pan dlaczego?

Wywiniętymi, czerwonymi wargami profesor Mrugalski wyrzucał kropelki śliny i grudki jakiejś białawej treści.

– Bo ten komunikat zawiera mnóstwo nieznanych wyrazów. Są one prawidłowo zbudowane, ale ich znaczenie jest tylko hipotetyczne. Jeśli zestawimy obok siebie, a tak jest w tym pierwszym komunikacie… Jeśli w jednym zdaniu zestawimy obok siebie pięć wyrazów o niepewnym znaczeniu, to otrzymamy niejasne zdanie. Rozumie pan? Niech pan sobie wyobrazi zdanie: „Rabunnik szpuntuje dziurawicę”. Domyślamy się, że rabunnik to rabuś, szpuntować to zatkać beczkę, a dziurawica ma coś wspólnego z dziurą. No i co? Wiemy mniej więcej, co znaczą wyrazy, lecz nie mamy zielonego pojęcia, co znaczy zdanie… Widzimy drzewa, nie widzimy lasu. I tak jest właśnie w tym pierwszym łacińskim komunikacie.

Steć zaczynał się powoli niecierpliwić. Stary okazał się gadułą przeświadczonym o własnej nieomylności.

– A drugi komunikat? – zapytał.

Profesor Mrugalski rozpiął szlafrok i podrapał się w miejscu, gdzie się kończył dekolt podkoszulka. Uśmiechnął się chytrze.

– Drugi jest sformułowany też po łacinie – odpowiedział. – Ale w późnej łacinie, chrześcijańskiej. Jest tam również mnóstwo neologizmów, nieznanych słów, niewystępujących w żadnym słowniku. Ja te neologizmy rozumiem, bo one zbudowane są na bazie słownictwa greckiego, które dobrze znam. Żaden transel panu tego nie przełoży, bo żaden nie został jeszcze tak wytresowany, aby łączyć dwa dowolne języki i taką hybrydę lingwistyczną tłumaczyć na trzeci język… Lecz ja to mniej więcej zrozumiałem. Nie na sto procent, tylko mniej więcej…

Przybysz zrobił zdziwioną minę.

– Widzę zdziwienie na pańskiej twarzy? – Starzec podniósł głos. – Dam panu przykład. Jeśliby w jednej chwili, jakby za dotknięciem różdżki, zniknęły wszystkie wiersze Bolesława Leśmiana, pełne neologizmów, które ten poeta tworzył na potęgę… Jeśliby w jednej chwili one wszystkie zniknęły, to jakiś badacz, który by je odnalazł za tysiąc lat, też nie byłby pewien, czy dobrze rozumie słowa „niepojętność”, „bylejaczyć” czy „zniszczota”. Ale ad rem! W tym pańskim drugim tekście, tym, który nie do końca rozumiem, jest coś bardzo niepokojącego… Strasznego. Coś, o czym nie chcę mówić. I nie chcę pieniędzy za jego tłumaczenie, rozumie pan?

Wstał.

– To wszystko – rzucił oschle. – Teraz niech pan mi przeleje na konto honorarium za tłumaczenie pierwszego tekstu. Drugiego nie będę panu tłumaczył ani go omawiał. A potem się pożegnamy.

Steć nie ruszył się z miejsca. Zabębnił palcami po lepkim blacie stołu.

– A gdybym tak poprosił pana profesora o przetłumaczenie tego drugiego tekstu? Przecież jeśli pan mi go przełoży, żaden demon nie wyskoczy chyba z pańskiego kubka z herbatą.

Profesor milczał. Steć pomyślał, że może przesadził z tą ostatnią kpiną.

– A gdybym tak podwoił pańskie honorarium? Dwa razy więcej za drugi tekst? Wtedy by mi pan przetłumaczył i omówił, co trzeba?

Mrugalski rzucił ukradkowe, chytre spojrzenie.

– Potroił? Dobrze usłyszałem? Wie pan, mam małą emeryturę, w styczniu zostałem dyscyplinarnie zwolniony z uczelni. Ledwo mi wystarcza na życie. Wie pan, w dzisiejszych czasach…

– Tak, dobrze pan usłyszał – przerwał mu przybysz. – Potroję.

Mrugalski milczał, a potem przez długą chwilę patrzył wyczekująco na swego gościa.

– To będzie bardzo długa opowieść. Warto by było coś zjeść… Zamówisz coś bałkańskiego, chłopcze? Z dużą ilością czosnku? I żeby jakiś człowiek nam to przyniósł. Bo tutaj, na moje osiedle autony gastronomiczne nie przyjeżdżają.

Lipiec 2079 roku.Występ doktora Stecia

– I zamówiłem, proszę państwa – rzekł Steć już bez mikrofonu, który usunięto zaraz po zapowiedzi Witaszka, aby publiczność nie zaczęła podejrzewać, że ukryto w nim jakieś mikroskopijne urządzenie. – A nawet skosztowałem tego bałkańskiego syfu. Po przyjściu do domu długo myłem zęby, po czym przebrałem się i oddałem całe ubranie, włącznie z bieliz­ną, do pralni pięciominutowej. Usiadłem w mieszkaniu, spojrzałem na światła miasta i wypiłem lampkę wina. Odetchnąłem. Tak, proszę państwa! Warto było znosić ten smród, warto było mimo groźby pobicia na blokowisku. Ba! Warto było karmić tego starego człowieka i słuchać jego czosnkowego bekania…

Po sali rozszedł się szmer dezaprobaty. I Witaszek, i Steć to przewidzieli. Przymiotnik „stary” – jako oceniający i frustrogenny – już dawno został przez społeczne obyczaje zaliczony do wulgaryzmów. Ale następne zdanie – prawem kontrastu – miało wywołać zupełnie inne uczucia.

Liczy się emocjonalna fala. Tylko ona. Tak sądził Witaszek, siedzący teraz na swym balkonie.

Tak trzymaj, chłopie. Show musi falować. Nastrój ma być jak wahadło.

Steć zawiesił głos.

– Z opowieścią starca związany jest Tymon Petri. Tak, ten słynny Tymon Petri. Tak, ten kontrowersyjny polityk i do niedawna medialny magnat, o którym niewiele było wiadomo, oprócz tego, że zatrudnia całą kohortę pracujących na trzy zmiany cyberblokerów, których jedynym zadaniem jest wymazywanie z internetu wszelkich informacji o swoim pryncypale. Tak! Ten sam! Człowiek z blizną! Ten wygadany talk-show-man, którego tyluż kochało, ilu nienawidziło. A potem wiecznie aspirujący i wiecznie przegrywający wybory kandydat do Izby Paneuropejskiej! Ten sam, co od lat głosił, iż jego życie prywatne jest tematem tabu! I tak nazwał zresztą swój koncern medialny. A ja teraz ujawnię to tabu…

Nad głową mówcy pojawiło się objaśnienie słowa „tabu”.

Steć obniżył głos.

– A czyż nie powiedziałem państwu, że to, co jest tabu, co jest zabronione, to jeszcze bardziej nas fascynuje?

Na sali rozległy się brawa i okrzyki ekscytacji.

Witaszek uruchomił oczami kalkulator w swych smartajach i zaczął liczyć zyski.

Dalsza część w wersji pełnej

* Dawne kino Przodownik (później Lwów) przy al. Hallera.

** Strzeż się psa (łac.).