Oślepienie - Robin Cook - ebook + książka

Oślepienie ebook

Robin Cook

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Laurie Montgomery, patolog z nowojorskiego zakładu medycyny sądowej, jest przerażona mnogością zgonów na skutek przedawkowania kokainy. Na jej stół trafiają kolejne ofiary – młodzi, świetnie zapowiadający się ludzie. Wbrew opinii i sprzeciwowi przełożonych, zaczyna badać tę sprawę. Tymczasem przez Nowy Jork przetacza się fala egzekucji w stylu gangsterskim, a jedynym elementem łączącym wszystkie ofiary jest... Jordan Scheffield, znany okulista. Prywatne śledztwo Laurie Montgomery i oficjalne dochodzenie w sprawie morderstw, prowadzone przez porucznika Lou Soldana, spotykają się. Powstaje iście diaboliczny czworokąt, który oprócz Montgomery i Soldana tworzą również Scheffield i... mafia. 

[Opis okładkowy]  

  

/Oślepienie, Robin Cook, 2003 rok, ISBN 8373012222, wydanie V (poprawione) dodruk, Rebis/  
/wydanie V (poprawione) z 2002 roku/ 

 

Książka dostępna w zasobach:  
Biblioteka Publiczna im. Księdza Jana Twardowskiego w Dzielnicy Praga-Północ miasta stołecznego Warszawy 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Biblioteka Publiczna Gminy Nadarzyn 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (4) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 511

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

OŚLEPIENIE

 

Nakładem Domu Wydawniczego REBISukazały się

następujące książki Robina Cooka:

 

Chromosom 6Coma

Dopuszczalne ryzykoEpidemiaGorączkaInwazjaMózgMutantNosicielOznaki życiaRok internySfinks

Szkodliwe intencje

Śmiertelny strachToksynaUprowadzenieWstrząs

Zabójcza kuracjaZaraza

 

ROBIN COOK

 

OŚLEPIENIE

 

PrzełożyłZygmunt Bielski

 

DOM WYDAWNICZY REBISPOZNAŃ 2003

 

Tytuł oryginału

Blindsight

 

Copyright © 1992 by Robin Cook

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish edition by REBIS Publishing House Ltd.,

Poznań 2002

 

Redaktor tego wydania

Błażej Kemnitz

 

Opracowanie graficzne

Jacek Pietrzyński

 

Fotografia na okładce

BE & W

 

Wydanie V (poprawione) dodruk

Wydanie I ukazało się w 1993 roku nakładem Wydawnictwa Amber

przy współpracy Wydawnictwa Mizar

 

ISBN 83-7301-222-2

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. (0-61) 867-47-08, (0-61) 867-81-40; fax (0-61) 867-37-74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Fotoskład: Z.P. Akapit, Poznań, ul. Czernichowska 50B, tel. (0-61) 879-38-88

 

Druk i oprawa: Opolgraf SA

 

Dla Davida i Laurel,

na ich nowe, wspólne życie

Podziękowania

Chcę podziękować pracownikom Zakładu Medycyny Sądowej hrabstwa Dade za poświęcony mi tydzień, w szczególności zaś doktorowi Charlesowi Wetliemu, który nad wyraz cierpliwie rozmawiał ze mną, okulistą i chirurgiem, o medycynie sądowej. Pragnę również wyrazić wdzięczność doktorowi Charlesowi Hirshowi, głównemu inspektorowi medycyny sądowej dla miasta Nowy Jork, za jego gościnność, a także doktor Jackie Lee - za gotowość do dzielenia się bardziej osobistymi wrażeniami dotyczącymi zawodu patologa sądowego.

W końcu chcę też podziękować Jean Reeds, której wsparcie, rady i krytyczne uwagi są - za sprawą jej wyczucia psychologicznego - nadzwyczaj cenne.

 

Kolosalna dawka stężonej kokainy pod naciskiem tłoka wydostała się ze strzykawki do żyły łokciowej Duncana Andrewsa. Natychmiast odezwały się alarmy chemiczne. Niektóre komórki krwi i enzymy osocza rozpoznały cząsteczki kokainy jako część grupy związków zwanych alkaloidami; związki te wytwarzane są przez rośliny i należą do nich takie fizjologicznie czynne substancje, jak kofeina, morfina, strychnina i nikotyna.

Podejmując rozpaczliwą, choć daremną próbę obrony przed tą gwałtowną inwazją, enzymy osocza znane jako cholesterazy zaatakowały kokainę, rozkładając część obcych cząsteczek na fizjologicznie nieczynne fragmenty. Dawka była jednak przytłaczająca. W ciągu paru sekund kokaina przemknęła przez prawą stronę serca do płuc, a następnie do innych części ciała Duncana.

Farmakologiczne skutki działania narkotyku zaczęły się pojawiać niemal natychmiast. Część cząsteczek kokainy dostała się do tętnic wieńcowych, powodując ich zwężenie i zmniejszenie dopływu krwi do serca. Jednocześnie rozpoczęło się przenikanie kokainy z naczyń wieńcowych do płynu zewnątrzkomórkowego otaczającego ciężko pracujące włókna mięśnia sercowego. Obcy związek zaczął tam zakłócać ruch jonów sodowych przez błony komórkowe, mający kluczowe znaczenie dla funkcji skurczowych mięśnia sercowego. W wyniku tego zdolność przewodzenia bodźców w sercu oraz jego kurczliwość zaczęły się zmniejszać.

W tym samym czasie cząsteczki kokainy dotarły tętnicami szyjnymi do mózgu i bez najmniejszego trudu przeniknęły barierę krew-mózg. Zaczęły krążyć między bezbronnymi komórkami mózgowymi, skupiając się w miejscach zwanych synapsami, przez które komórki nerwowe utrzymują łączność między sobą.

Właśnie w synapsach działanie kokainy było najbardziej perfidne. Przejmowała ona nie swoją rolę. Chemiczne właściwości cząsteczki kokainy sprawiały, że jej zewnętrzna część była błędnie rozpoznawana przez komórki nerwowe jako neurotransmiter, czyli adrenalina, noradrenalina lub dopamina. Działając na zasadzie wytrycha, cząsteczki kokainy wnikały do molekularnych pomp absorbujących te neurotransmitery i blokując je, nagle zatrzymywały ich pracę.

Wynik był łatwy do przewidzenia. Ponieważ reabsorpcja neurotransmiterów została zablokowana, utrzymywał się ich efekt stymulujący. A stymulacja prowadziła do dalszego wyzwalania neurotransmiterów w ramach swoistej spirali pobudzenia. Komórki nerwowe, które normalnie wróciłyby do stanu uspokojenia, zaczynały reagować seriami impulsów.

Aktywność komórek mózgowych stopniowo wzrastała, zwłaszcza w ośrodkach przyjemności położonych głęboko pod korą mózgową. Tutaj głównym neurotransmiterem była dopamina. Z przewrotnym upodobaniem kokaina zablokowała pompy dopaminowe, doprowadzając do gwałtownego wzrostu stężenia neurotransmitera. Obwody nerwowe w cudowny sposób połączone dla zapewnienia przetrwania gatunku znalazły się w stanie silnego pobudzenia, wypełniając ekstatycznymi bodźcami linie przesyłowe do kory mózgowej.

Ale ośrodki przyjemności nie były jedynymi zaatakowanymi częściami mózgu Duncana, tylko jednymi z pierwszych. Wkrótce pojawiły się bardziej ponure efekty inwazji kokainy. Dotyczyły one filogenetycznie starszych ośrodków mózgu regulujących takie funkcje, jak oddychanie i koordynacja mięśni. Pobudzone zostały nawet obszary kontrolujące termoregulację i odruch wymiotny.

Sytuacja nie była więc dobra. Wśród gwałtownego napływu przyjemnych bodźców wytwarzał się stan złowróżbny. Na horyzoncie zbierała się ciemna chmura zapowiadająca straszliwą burzę neurologiczną. Kokaina miała ujawnić swe prawdziwe, zwodnicze oblicze: sługi śmierci otaczającego się aurą oszukańczej rozkoszy.

Prolog

Myśli w głowie Duncana Andrewsa pędziły niczym pociąg bez maszynisty. Jeszcze przed momentem znajdował się w stanie tępego, narkotycznego stuporu. Zawroty głowy i ociężałość zniknęły w ciągu paru sekund jak kropla wody padająca na skwierczącą patelnię. Poczuł napływ rozradowania i energii dający nagle wrażenie siły i nieograniczonych możliwości. Ta nowa przenikliwość pozwoliła mu zorientować się, że jest nieskończenie silniejszy i mądrzejszy, niż kiedykolwiek to sobie uświadamiał. I właśnie gdy rozsmakował się w tej kaskadzie euforycznych myśli i skorygowanej ocenie swoich możliwości, ogarnęły go fale intensywnej rozkoszy dającej się określić jedynie jako czysta ekstaza. Krzyczałby z radości, gdyby tylko jego usta mogły wypowiedzieć odpowiednie słowa. Ale nie mogły. Myśli i uczucia kłębiły się w jego umyśle zbyt szybko, aby można je było wyrazić słowami. Wszelkie odczuwane jeszcze parę minut wcześniej obawy i wątpliwości rozpłynęły się w nowym uniesieniu i zachwycie.

Ale podobnie jak otępienie, przyjemność była krótkotrwała. Rozanielony uśmiech na twarzy Duncana wykrzywił się w grymas przerażenia. Odezwał się głos zapowiadający powrót ludzi, których się obawiał. W panice rozejrzał się po pokoju. Nie było w nim nikogo, lecz głos dalej mówił swoje. Spojrzał przez ramię do kuchni - była pusta. Odwrócił się w stronę korytarza i sypialni. I tam nie było nikogo, ale głos wciąż nie milkł. Teraz szeptał groźniejszą przepowiednię: czekała go śmierć.

- Kim jesteś? - krzyknął Andrews i przycisnął dłonie do uszu, jakby chciał nie dopuścić głosu do siebie. - Gdzie jesteś? Jak się tu dostałeś? - Jego oczy ponownie omiotły pokój.

Głos nie odpowiadał. Duncan nie wiedział, że wydobywa się z jego głowy.

Z trudem się podniósł. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że leżał na podłodze. Wstając, potrącił ramieniem stolik do kawy. Na podłogę spadła z brzękiem strzykawka, która tak niedawno przekłuła jego ramię. Spojrzał na nią z żalem i nienawiścią, po czym wyciągnął rękę, aby ją zgnieść.

Tuż przed strzykawką ręka Andrewsa się zatrzymała. W jego szeroko otwartych oczach malowała się dezorientacja zmieszana z nowym strachem. Nagle poczuł wyraźnie, że setki robaków pełzają mu po rękach. Zapominając o strzykawce, podniósł otwarte dłonie. Czuł, jak robactwo wije mu się na przedramionach, ale mimo usilnych starań nie dostrzegł niczego. Skóra wydawała się zupełnie czysta. Tymczasem świerzbienie objęło także nogi.

- Aaaaaa! - wrzasnął. Próbował wytrzeć ramiona, przypuszczając, że robaki są zbyt małe, aby można je było zobaczyć, ale świerzbienie tylko się wzmogło. Ciarki przeszły go ze strachu, gdy przyszło mu na myśl, że robaki muszą być pod skórą. Jakoś udało się im przeniknąć w głąb jego ciała. Może były w tej strzykawce...

Gorączkowo zaczął się drapać, próbując umożliwić robakom wyjście. Czuł, jak pożerają go od środka. Rozpaczliwie drapał się coraz mocniej, zagłębiając paznokcie w skórze, aż pojawiła się krew. Odczuwał dotkliwy ból, ale świerzbienie było jeszcze gorsze.

Mimo strachu przed robakami przestał się drapać, kiedy wystąpił nowy objaw. Gdy podniósł swą zakrwawioną rękę, zauważył, że się trzęsie. Spojrzawszy w dół, zobaczył, że całe jego ciało dygocze i że stan ten się pogarsza. Przez moment pomyślał o wezwaniu pogotowia, ale właśnie wtedy zauważył jeszcze coś. Był rozgrzany. Nie, był gorący!

- O Boże! - zdołał wykrztusić, gdy uświadomił sobie, że twarz ma zlaną potem. Przyłożył drżącą dłoń do czoła: było rozpalone! Spróbował rozpiąć koszulę, ale roztrzęsione ręce nie dały rady. Rozdrażniony i zdesperowany rozerwał koszulę i zrzucił ją z siebie. Guziki rozprysnęły się na wszystkie strony. To samo zrobił ze spodniami, które rzucił na podłogę. Rozebrany do spodenek nadal dusił się z gorąca. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, kaszlnął, zakrztusił się i zwymiotował silnym strumieniem, obryzgując ścianę poniżej litografii podpisanej przez Salvadora Dali.

Wtoczył się do łazienki. Wyłącznie silą woli ustawił swe rozdygotane ciało pod prysznicem i puścił zimną wodę na pełny regulator. Łapiąc powietrze, stał pod kaskadą lodowatych strumieni.

Ulga trwała krótko. Z ust Duncana bezwiednie wydobył się żałosny krzyk, gdy palący ból przeszył mu lewą stronę klatki piersiowej, promieniując wzdłuż lewej ręki. Intuicyjnie wiedział, że to zawał serca.

Prawą dłonią złapał się za pierś. Krew z rozdrapanych rąk mieszała się z wodą z prysznica i wirując, znikała w odpływie. Zataczając się, Andrews ruszył w stronę drzwi mieszkania. Nieważne, że był prawie nagi - potrzebował powietrza. Gotujący się mózg chciał eksplodować. Ostatkiem sił chwycił klamkę i otworzył drzwi.

- Duncan! - krzyknęła Sara Wetherbee. Nie mogła być bardziej zaskoczona. Właśnie chciała zapukać do drzwi, gdy Andrews gwałtownie je otworzył. Nie miał na sobie niczego poza mokrymi spodenkami. - Mój Boże! - zawołała. - Co się z tobą dzieje?

Duncan nie poznał swej kochanki, z którą był związany dwa i pół roku. Potrzebował powietrza. Przygniatający ból w piersiach rozszerzył się na płuca. Miał wrażenie, jak gdyby otrzymywał kolejne ciosy nożem. Chwiejnie zrobił krok do przodu, próbując odsunąć Sarę z drogi.

- Duncan! - krzyknęła znów Sara, uświadamiając sobie jego niemal całkowitą nagość, krwawiące zadrapania na rękach, szeroko rozwarte, obłędne oczy i grymas bólu na twarzy. Nie pozwoliwszy się odepchnąć, chwyciła go za ramiona i powstrzymała. - Co się dzieje? Dokąd idziesz?

Andrews zawahał się. Na krótką chwilę głos kochanki przebił się przez jego obłęd. Otworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć. Ale nie zdołał. Zamiast tego wydobył z siebie żałosny jęk zakończony sapnięciem, gdy dygot przeistoczył się w spazmatyczne drgawki, a oczy wywróciły się, ukazując białka. Na szczęście już nieprzytomny osunął się w ramiona Sary.

Początkowo Sara daremnie usiłowała utrzymać go w pozycji pionowej. Nie była jednak w stanie tego zrobić, zwłaszcza że drgawki stawały się coraz gwałtowniejsze. Możliwie najłagodniej opuściła powykręcane ciało Duncana na próg, pozostawiając je w połowie na korytarzu. Gdy plecy Andrewsa dotknęły podłogi, niemal natychmiast wygięły się w łuk, a drgawki szybko przeszły w rytmiczne skurcze charakterystyczne dla napadu padaczki.

- Ratunku! - krzyknęła Sara, rozglądając się po korytarzu.

Jak można było oczekiwać, nikt się nie pojawił. Poza odgłosami wydawanymi przez Duncana słychać było jedynie perkusyjny rytm grającego w pobliżu sprzętu stereo.

Rozpaczliwie poszukując pomocy, niezgrabnie przestąpiła nad wstrząsanym konwulsjami ciałem kochanka. Krew i piana na jego ustach budziły w niej odrazę i strach. Desperacko chciała mu pomóc, ale poza wezwaniem pogotowia nie wiedziała, co robić. Drżącym palcem wystukała numer 911 na telefonie w pokoju. Niecierpliwie czekając na połączenie, słyszała, jak głowa Duncana uderz o parkiet. Mogła jedynie krzywić się przy każdym okropnym odgłosie i modlić, aby pomoc nadeszła jak najszybciej.

 

Sara oderwała ręce od twarzy i spojrzała na zegarek. Była prawie trzecia nad ranem. Od przeszło trzech godzin siedziała na tym samym pokrytym winylem krześle w poczekalni Manhattan General Hospital.

Po raz nie wiadomo który rozejrzała się po zatłoczonym pomieszczeniu przesiąkniętym zapachem papierosowego dymu, potu, alkoholu i wilgotnej wełny. Na wprost niej widniał duży i notorycznie ignorowany napis PALENIE WZBRONIONE.

Obok poszkodowanych siedziały osoby towarzyszące. Były tam płaczące niemowlęta i przedszkolaki, pobici pijacy, a także ludzie przyciskający ręczniki do skaleczonych palców lub podbródków. Większość patrzyła bez wyrazu przed siebie, zobojętniała na przedłużające się czekanie. Niektórzy byli wyraźnie chorzy, a nawet z bólami. Pewien dobrze ubrany mężczyzna obejmował ramieniem swą równie dobrze ubraną towarzyszkę. Jeszcze przed paroma minutami zawzięcie kłócił się z pielęgniarką o budzącej respekt posturze, która wcale nie przejęła się groźbami wezwania adwokata, jeśli jego towarzyszka nie zostanie natychmiast przyjęta. W końcu i on zobojętniał i patrzył przed siebie zrezygnowany.

Sara znów zamknęła oczy. Wciąż czuła pulsowanie w skroniach. Prześladował ją wyrazisty obraz Andrewsa wstrząsanego drgawkami na progu mieszkania. Niezależnie od tego, co jeszcze miało się zdarzyć, wiedziała, że nigdy nie zapomni tego widoku.

Po wezwaniu pogotowia wróciła do Duncana. Przypomniała sobie, że przy napadzie konwulsji należy choremu włożyć coś do ust, aby zapobiec przygryzieniu języka. Mimo usilnych starań nie udało jej się jednak rozewrzeć ściśniętych szczęk Andrewsa.

Tuż przed przyjazdem karetki drgawki wreszcie ustały. Sara najpierw poczuła ulgę, lecz wkrótce z rosnącym niepokojem zauważyła, że Duncan nie oddycha. Wytarłszy pianę i krew z jego warg, próbowała zastosować sztuczne oddychanie metodą usta-usta, ale poczuła mdłości. Wówczas pojawili się sąsiedzi z korytarza. Jeden z nich powiedział, że był w służbie medycznej marynarki, i podjął się wraz z kolegą dalszych zabiegów reanimacyjnych aż do przybycia pogotowia. Przyjęła to z ulgą.

Nie potrafiła pojąć, co się stało z Duncanem. Zaledwie godzinę wcześniej zatelefonował do niej i poprosił, by przyszła. Wydawało się jej, że jest trochę spięty i ma dziwny głos, ale mimo to była całkowicie nie przygotowana na stan, w jakim go znalazła. Raz jeszcze wzdrygnęła się na myśl o tym, jak zobaczyła go stojącego w drzwiach z pokrwawionymi rękami i szeroko rozwartymi, nieprzytomnymi oczami. Wyglądał jak szaleniec.

Po raz ostatni widziała go, gdy przyjechali do Manhattan General. Obsługa karetki pozwoliła jej pojechać z nimi do szpitala. Przez całą tę okropną drogę kontynuowali reanimację. Po przyjeździe widziała jeszcze, jak wwozili go przez białe wahadłowe drzwi do sali przyjęć ostrego dyżuru. Wciąż miała w oczach sanitariusza klęczącego na wózku i uciskającego klatkę piersiową Duncana.

- Sara Wetherbee? - zapytał jakiś głos, wyrywając ją z zadumy.
- Tak? - odpowiedziała, podnosząc głowę.

Przed nią stał młody lekarz w białym kitlu lekko spryskanym krwią. Na jego twarzy rysował się cień wyraźnego już o tej porze zarostu.

- Jestem doktor Murray - przedstawił się. - Mogłaby pani pójść ze mną? Chciałbym z panią chwilę porozmawiać.
- Oczywiście — powiedziała nerwowo.

Wstała i podciągnęła pasek torebki na ramieniu, po czym pospieszyła za lekarzem, który obrócił się na pięcie, zanim jeszcze zdążyła odpowiedzieć. Weszła przez te same białe drzwi, które przed trzema godzinami pochłonęły Duncana. Doktor Murray zatrzymał się tuż za nimi i odwrócił do niej. Z lękiem spojrzała mu w oczy. Był wyczerpany. Chciała dostrzec jakiś promyk nadziei, ale nie było żadnego.

- Rozumiem, że jest pani przyjaciółką pana Andrewsa - powiedział lekarz głosem pełnym znużenia.

Sara skinęła głową.

- Normalnie najpierw rozmawiamy z rodziną - kontynuował. - Ale wiem, że przyjechała pani z pacjentem i od tego czasu czeka. Przykro mi, że dopiero teraz rozmawiam z panią, lecz tuż po panu Andrewsie przywieziono kilka osób z ranami postrzałowymi.
- Rozumiem - powiedziała Sara. - Co z Duncanem? - Musiała zadać to pytanie, choć nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.
- No cóż - odpowiedział Murray. - Może być pani pewna, że nasi sanitariusze próbowali wszystkiego. Niestety, mimo to Duncan zmarł. Nie żył już w momencie przyjęcia. Przykro mi.

Sara popatrzyła lekarzowi w oczy. Pragnęła dostrzec w nich przebłysk tego żalu, jaki właśnie w niej wzbierał. Ale dostrzegła tylko zmęczenie. Ten pozorny brak współczucia pomógł jej zachować spokój.

- Co się stało? - zapytała niemal szeptem.
- Jesteśmy w dziewięćdziesięciu procentach pewni, że bezpośrednią przyczyną był rozległy zawał mięśnia sercowego, czyli atak serca - odparł doktor, najwyraźniej preferując słownictwo medyczne. - Ale wydaje się, że pierwotną przyczyną było przedawkowanie lub zatrucie narkotykiem. Nie znamy jeszcze poziomu toksyn we krwi. Na to potrzeba trochę czasu.
- Narkotyki? - spytała z niedowierzaniem Sara. — Jaki narkotyk?
- Kokaina - odparł lekarz. - Sanitariusze przywieźli nawet strzykawkę, której użył.
- Nie wiedziałam, że Duncan zażywał kokainę. Mówił, że nie bierze narkotyków.
- Ludzie zawsze kłamią na temat seksu i narkotyków - powiedział doktor Murray. - A w przypadku kokainy czasem wystarczy jeden raz. Mało kto zdaje sobie sprawę, jaka potrafi być niebezpieczna. Popularność kokainy sprawiła, że wytworzyło się fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Tak czy inaczej, musimy skontaktować się z rodziną. Zna pani może numer telefonu?

Wstrząśnięta śmiercią Duncana i wiadomością, że najwyraźniej zażywał kokainę, Sara monotonnym głosem wyrecytowała numer Andrewsów. Myślenie o narkotykach pozwalało jej uniknąć myślenia o śmierci. Zastanawiała się, od jak dawna Duncan brał kokainę. Jakże trudno było to wszystko zrozumieć. Wydawało się jej, że znała go tak dobrze.

Rozdział 1

Nowy Jork, listopad

poniedziałek, godzina 6.45

 

Nigdy nie zdarzyło się, aby dzwonienie starego, nakręcanego westeloxa nie wyrwało Laurie Montgomery z objęć głębokiego snu. Mimo że miała ten budzik od pierwszego roku studiów, nie przyzwyczaiła się do jego przeraźliwego terkotania. Zawsze podrywał ją z pościeli i nieodmiennie sięgała w jego kierunku gwałtownym ruchem, jak gdyby jej życie zależało od możliwie najszybszego wyłączenia przeklętego dzwonka.

Ten deszczowy listopadowy poranek nie okazał się wyjątkiem. Odstawiając budzik na parapet, czuła bicie serca. To dopływ adrenaliny działał - jak co dzień - skutecznie. Nawet gdyby mogła wrócić do łóżka, nie udałoby się jej już zasnąć. Tak samo było z Tomem, jej półtorarocznym półdzikim burym kotem, który na dźwięk budzika ukrył się w głębi szafy.

Pogodzona z początkiem nowego dnia, Laurie wstała, wsunęła stopy w pantofle z owczej skóry i włączyła lokalne wiadomości telewizyjne.

Jej niewielkie mieszkanie z jedną sypialnią mieściło się w sześciopiętrowym domu czynszowym na Dziewiętnastej Ulicy, między Pierwszą a Drugą Avenue, na czwartym piętrze od tyłu. Dwa okna wychodziły na ciasne, zarośnięte podwórka.

W maleńkiej kuchence włączyła ekspres do kawy. Poprzedniego wieczoru przygotowała odpowiednią porcję. Następnie weszła do łazienki i przejrzała się w lustrze.

- Uch! - mruknęła, oglądając ślady pozostawione na twarzy przez kolejną nie dospaną noc. Jej oczy były podpuchnięte i zaczerwienione.

Laurie nie była zwolenniczką wczesnego wstawania. Była zdeklarowanym nocnym markiem i często czytała bardzo długo. Kochała czytać, niezależnie od tego, czy zagłębiała się w ciężki tekst z patologii, czy w popularny bestseller. Jej zainteresowania były wszechstronne. Na półkach miała wszystko, poczynając od thrillerów i romantycznych opowieści, a kończąc na książkach historycznych, popularnonaukowych, a nawet psychologicznych. Poprzedniego wieczoru był to kryminał, i nie przerwała lektury, póki nie dobrnęła do końca. Gasząc światło, nie miała odwagi sprawdzić godziny. Rano postanowiła już nigdy nie kłaść się tak późno.

Pod prysznicem była już w stanie zacząć myśleć o problemach czekających ją w ciągu dnia. Pracowała już piąty miesiąc jako patolog sądowy w Biurze Głównego Inspektora Zakładu Medycyny Sądowej dla miasta Nowy Jork. W poprzedni weekend miała dyżur, co oznaczało, że pracowała zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Przeprowadziła sześć autopsji: trzy pierwszego dnia i trzy następnego. Kilka przypadków wymagało dodatkowych badań przed wypisaniem opinii i zaczęła w myślach sporządzać listę niezbędnych czynności.

Po wyjściu spod prysznica zaczęła się energicznie wycierać. Była zadowolona, że czekał ją „papierkowy dzień”, co oznaczało, iż nie będzie wyznaczona do żadnych sekcji. Miała więc czas na uzupełnienie dokumentacji. Czekała właśnie na materiały z laboratorium, od pracowników dochodzeniowych biura, lokalnych szpitali, lekarzy i policji na temat blisko dwudziestu przypadków. Ciągle zagrażało jej przytłoczenie nawałem pracy papierkowej.

Poszła do kuchni i nalała sobie kawy. Następnie, z kubkiem w ręce, wróciła do łazienki, aby się umalować i wysuszyć włosy. Włosy zawsze zabierały jej najwięcej czasu. Gęste i długie, kasztanowe z rudawymi smugami, które raz w miesiącu podbarwiała henną. Była z nich dumna. Uważała, że są jej największym atutem. Matka zawsze zachęcała ją do ich obcięcia, ale Laurie lubiła, gdy sięgały poniżej ramion, i chodziła z warkoczem lub kokiem.

W odniesieniu do makijażu zawsze wyznawała teorię, że „mniej znaczy więcej”. Odrobina cienia dla zaakcentowania niebieskozielonych oczu, kilka pociągnięć ołówkiem, aby podkreślić jasne, rudawe brwi, nieco tuszu na rzęsy i była niemal gotowa. Brakowało tylko jeszcze trochę różu i szminki, które dopełniły rutynowego dzieła. Zadowolona, wzięła kubek i wróciła do sypialni.

Nadawano właśnie program Dzień dobry, Ameryko. Słuchając jednym uchem, wkładała przygotowane poprzedniego wieczoru ciuchy. Medycyna sądowa wciąż była domeną mężczyzn, lecz właśnie dlatego Laurie starała się podkreślać ubiorem swą kobiecość. Włożyła zieloną spódnicę i pasujący do niej golf. Z zadowoleniem obejrzała się w lustrze. Nie pokazywała się dotąd w tym stroju. Za jego sprawą wyglądała na wyższą niż sto pięćdziesiąt sześć centymetrów i nawet szczuplejszą, niż wskazywałoby jej pięćdziesiąt kilogramów.

Wypiła kawę, zjadła jogurt i napełniła miskę Toma kocim jedzeniem, po czym włożyła trencz. Następnie chwyciła torebkę, przygotowany wieczorem lunch oraz teczkę i wyszła z mieszkania. Chwilę zajęło jej zamknięcie kolekcji zamków odziedziczonej po poprzednim lokatorze. Odwróciła się w stronę windy i wcisnęła guzik.

Jak gdyby na zawołanie, w chwili gdy stara winda rozpoczęła z jękiem swą wędrówkę w górę, Laurie usłyszała zgrzyt zamków w drzwiach Debry Engler. Obróciwszy głowę, patrzyła, jak drzwi mieszkania od frontu uchyliły się nieco, łańcuch się napiął i w szparze ukazało się przekrwione oko sąsiadki. Nad okiem widać było kosmyk siwych, kędzierzawych włosów.

Laurie odwzajemniła się wścibskiemu oku wyzywającym spojrzeniem. Debra sprawiała wrażenie, jak gdyby czyhała za swymi drzwiami na każdy odgłos z klatki schodowej. Działało to Laurie na nerwy. Wyglądało na naruszenie jej prywatności, mimo że klatka schodowa była użytkowana przez wszystkich.

- Lepiej wziąć parasolkę - powiedziała sąsiadka zachrypniętym głosem nałogowej palaczki.

To, że Debra miała rację, jedynie wzmogło poirytowanie Laurie. Rzeczywiście zapomniała o parasolce. Nie zachęcając czujnej sąsiadki, cofnęła się do drzwi i wykonała skomplikowaną sekwencję otwierania zamków. Gdy po pięciu minutach wchodziła do windy, widziała patrzące nadal z zainteresowaniem przekrwione oko Debry.

Irytacja minęła podczas wolnej jazdy windą. Laurie wróciła myślami do przypadku, który najbardziej ją trapił podczas weekendu: do dwunastoletniego chłopca uderzonego piłką softballową w pierś.

- Życie nie jest sprawiedliwe - mruknęła cicho, myśląc o przedwczesnej śmierci chłopca.

Jakże trudno było pogodzić się z tym, że umierają dzieci. Kiedyś wydawało się jej, że studia medyczne uodpornią ją na coś tak bezsensownego, ale tak się nie stało. Nie pomogła rezydentura na patologii. A teraz, gdy zajmowała się medycyną sądową, przypadki te jeszcze trudniej było znieść. A było ich tak wiele!

Do chwili wypadku ofiara softballu była zdrowym, pełnym życia dzieckiem. Laurie wciąż miała w oczach jego drobne ciało na stole autopsyjnym; okaz zdrowia, jak gdyby we śnie. Jednak musiała sięgnąć po skalpel i wypatroszyć go jak rybę.

Gdy winda zatrzymała się z nagłym szarpnięciem, Laurie z trudem przełknęła ślinę. Przypadki takie jak śmierć tego małego chłopca wywoływały u niej wątpliwości, czy wybrała właściwą specjalizację. Zastanawiała się, czy nie powinna zostać pediatrą, co pozwoliłoby jej pracować z żyjącymi dziećmi. Wybrana przez nią dziedzina medycyny była naprawdę ponura.

Wbrew sobie poczuła wdzięczność dla Debry za radę, gdy zobaczyła, jaka jest pogoda. Silnym podmuchom wiatru towarzyszył zapowiadany deszcz. Wygląd zaśmieconej ulicy nie był tego dnia przyjemny i budził w niej również wątpliwości dotyczące lokalizacji mieszkania. Może powinna zamieszkać w młodszym, czystszym mieście, takim jak Atlanta, lub w mieście wiecznego lata w rodzaju Miami.

Otworzyła parasolkę i pochyliwszy się, aby stawić czoło wiatrowi, ruszyła w stronę Pierwszej Avenue.

Po drodze myślała o jednym z ironicznych aspektów kariery, którą wybrała. Zdecydowała się na patologię z kilku powodów. Uważała na przykład, że stałe godziny pracy ułatwią jej połączenie medycyny z życiem rodzinnym. Problem polegał jednak na tym, że nie miała rodziny, jeśli nie brać pod uwagę rodziców, ale oni tak naprawdę się nie liczyli. W gruncie rzeczy nie była z nikim związana. Nigdy nie sądziła, że w wieku trzydziestu dwóch lat nie będzie miała dzieci, a tym bardziej, że będzie samotna.

Po krótkim kursie taksówką z kierowcą, którego narodowości nie potrafiła się nawet domyślić, znalazła się na rogu Pierwszej Avenue i Trzydziestej Ulicy. Była zdumiona, że udało się jej złapać taksówkę. W normalnych warunkach kombinacja deszczu i godziny szczytu oznaczała brak wolnych samochodów. Jednak tego ranka ktoś właśnie wysiadał z taksówki, gdy dochodziła do Pierwszej Avenue. Ale nawet gdyby nie udało się jej złapać, nie byłoby tragedii. Jedną z dobrych stron mieszkania tutaj stanowiła niewielka odległość od pracy - zaledwie jedenaście przecznic. Wielokrotnie chodziła pieszo w obie strony.

Zapłaciwszy kierowcy, Laurie weszła na frontowe schody Biura Głównego Inspektora Zakładu Medycyny Sądowej dla miasta Nowy Jork. Sześciopiętrowy budynek biura przytłoczony był przez resztę gmachów Centrum Medycznego Uniwersytetu Nowojorskiego oraz kompleks zabudowań szpitala Bellevue. Jego fasadę wykonano z glazurowanej na niebiesko cegły z aluminiowymi framugami okien i drzwi w nowoczesnym, nieatrakcyjnym stylu.

Zazwyczaj nie zwracała uwagi na ten gmach, ale akurat w ten deszczowy listopadowy poniedziałek odniosła się do niego równie krytycznie jak do swej kariery i ulicy. Musiała przyznać, że było to przygnębiające miejsce. Kręciła głową, zastanawiając się, czy architekt mógł być naprawdę zadowolony ze swego dzieła, gdy zauważyła, że hol jest przepełniony. Mimo porannego chłodu drzwi były otwarte i widać było, jak powoli wydobywa się z nich dym papierosowy.

Zaciekawiona, zaczęła z niejakim trudem przeciskać się przez tłum w stronę części zastrzeżonej dla personelu. Dyżurująca zwykle recepcjonistka, Marlene Wilson, wyraźnie nie radziła sobie z co najmniej kilkunastoma osobami, które napierały na jej biurko, zasypując ją pytaniami. Była to inwazja przedstawicieli środków masowego przekazu błyskających fleszami i uzbrojonych w aparaty fotograficzne, magnetofony oraz kamery. Najwyraźniej stało się coś niezwykłego.

Po krótkiej pantomimie, mającej zwrócić uwagę Marlene, Laurie udało się przedostać otwieranym przez recepcjonistkę wejściem do części wewnętrznej. Odczuła pewną ulgę, gdy zamykające się drzwi odcięły ją od gwaru i gryzącego dymu papierosowego.

Zatrzymała się, aby rzucić okiem do smętnej sali, w której rodziny identyfikowały zwłoki, i z pewnym zaskoczeniem stwierdziła, że jest ona pusta. Przy takim zgiełku na zewnątrz spodziewała się zastać w niej jakichś ludzi. Wzruszywszy ramionami, udała się do biura dla personelu.

Pierwszą osobą, jaką zobaczyła, był Vinnie Amendola, jeden z techników medycznych. Nie zwracając uwagi na wrzawę w części recepcyjnej, popijał kawę ze styropianowego kubka i studiował strony sportowe „New York Post”. Stopy oparł na brzegu jednego z szarych metalowych biurek. Jak zwykle przed ósmą rano, był jedyną osobą w pokoju. Do niego należało przygotowanie kawy dla reszty personelu. Biuro, w którym znajdował się duży ekspres do kawy, pełniło wiele funkcji, między innymi miejsca nieformalnych porannych spotkań.

- A cóż takiego się tutaj dzieje? - zapytała Laurie, sięgając po dzienny plan autopsji. Nie figurowała dziś w nim, ale zawsze interesowały ją nowe przypadki.
- Kłopoty - powiedział Vinnie, odkładając gazetę.
- Jakie kłopoty? - spytała.

Przez otwarte drzwi do działu łączności zobaczyła, że obie sekretarki z dziennej zmiany zajęte są odbieraniem telefonów. Tablice rozdzielcze przed nimi mrugały, sygnalizując kolejne rozmowy. Laurie nalała sobie filiżankę kawy.

- Jeszcze jedno „morderstwo wśród złotej młodzieży” - odparł technik. - Nastolatka uduszona najwyraźniej przez swego chłopaka. Seks i narkotyki. Wie pani, bogate szczeniaki. Wydarzyło się to koło Tavern on the Green. Po hałasie wokół tego pierwszego przypadku, który wydarzył się parę lat temu, dziennikarze siedzą tu od chwili sprowadzenia ciała.

Laurie cmoknęła.

- Jakie to okropne dla wszystkich. Życie stracone i życie zrujnowane - powiedziała, dodając do kawy cukru i trochę śmietanki. - Kto się tym zajmuje?
- Doktor Plodgett - odparł Vinnie. - Został wezwany przez lekarza dyżurnego i musiał pojechać na miejsce zdarzenia. Coś koło trzeciej nad ranem.
- Ojej - mruknęła Laurie i westchnęła. Żal jej było Paula. Wiedziała, że ta sprawa będzie dla niego stresująca, podobnie jak ona bowiem miał stosunkowo małe doświadczenie. Był patologiem sądowym zaledwie nieco ponad rok, Laurie zaś tylko cztery i pół miesiąca. - Gdzie jest teraz Paul? Na górze, w swym pokoju?
- Nie - odrzekł Amendola. - Przeprowadza autopsję.
- Już? Skąd ten pośpiech? - spytała.
- Nie mam pojęcia - odparł technik. - Ale faceci schodzący ze zmiany mówili, że Bingham przyjechał koło szóstej. Paul musiał go zawiadomić.
- Ten przypadek staje się ciekawszy z minuty na minutę - powiedziała Laurie.

Pięćdziesięcioośmioletni doktor Harold Bingham był głównym lekarzem sądowym miasta Nowy Jork, co czyniło z niego postać o dużym znaczeniu w świecie medycyny sądowej.

- Chyba zejdę do „kanału” i zobaczę, co się dzieje.
- Na pani miejscu byłbym ostrożny - powiedział Vinnie, składając z trudem gazetę. - Sam myślałem, żeby tam pójść, ale mówią, że Bingham jest w złym humorze. To zresztą nic nadzwyczajnego.

Wychodząc z pokoju, Laurie skinęła głową technikowi. Aby ominąć tłum reporterów w części recepcyjnej, wybrała dłuższą drogę do wind przez dział łączności. Sekretarki były zbyt zajęte, aby się przywitać. Laurie pomachała ręką jednemu z dwóch detektywów policyjnych przydzielonych do biura. Siedział w swej klitce obok działu łączności i także rozmawiał przez telefon.

Pokonawszy następne drzwi, Laurie zajrzała do pokojów pracowników dochodzeniowych biura, aby się przywitać, ale żadnego jeszcze nie było. Gdy dotarła do głównych wind, nacisnęła guzik i jak zwykle musiała zaczekać na reakcję przestarzałego urządzenia. Spojrzała w prawo, wzdłuż korytarza, i zobaczyła kłębiący się w części recepcyjnej tłum reporterów. Współczuła biednej Marlene Wilson.

Jadąc na górę do swego pokoju na czwartym piętrze, Laurie zastanawiała się, co może oznaczać wczesna obecność Binghama nie tylko w biurze, lecz także w sali autopsyjnej. Jedno i drugie zdarzało się rzadko i tym bardziej pobudzało jej ciekawość.

Ponieważ jej towarzyszka z pokoju, doktor Riva Mehta, jeszcze się nie pojawiła, Laurie spędziła tam tylko kilka minut. Zamknęła aktówkę, torebkę i lunch w szafce z dokumentami, po czym przebrała się w zielony strój operacyjny. Nie miała przeprowadzać autopsji, więc nie włożyła drugiej, zabezpieczającej warstwy odzieży ochronnej.

Wróciwszy do windy, zjechała do podziemia, gdzie mieściła się kostnica. Nie było to prawdziwe podziemie, gdyż w rzeczywistości znajdowało się na poziomie jezdni przy Trzydziestej Ulicy. Ciała przybywały do kostnicy i opuszczały ją przez rampę od tej właśnie strony.

W szatni, której rzadko używała, preferując przebieranie w swym pokoju, wzięła osłony na obuwie, fartuch, maskę i kaptur. Tak ubrana, jak gdyby miała operować, wkroczyła na salę autopsyjną.

„Kanał”, jak go dobrotliwie określano, był średniej wielkości salą o długości około siedemnastu i szerokości dziesięciu metrów. W swoim czasie uważano ją za bardzo nowoczesną. Podobnie jak w wielu innych instytucjach miejskich, dawał się tu odczuć brak funduszy na utrzymanie i modernizację. Niezliczone autopsje pozostawiły plamy na ośmiu starych stołach z nierdzewnej stali. Nad każdym z nich wisiały staromodne sprężynowe wagi. Wzdłuż ścian umocowano zlewy, półki, podświetlane ekrany na zdjęcia rentgenowskie, oszklone szafki, na zewnątrz wystawały rury. Okien nie było.

Tylko jeden stół był zajęty: drugi od końca po prawej. Gdy drzwi zamknęły się za Laurie, wszyscy trzej ubrani w fartuchy, maski i kaptury lekarze skupieni wokół stołu podnieśli głowy, aby się jej przyjrzeć, po czym wrócili do swej ponurej pracy. Na blacie leżało alabastrowe, nagie ciało kilkunastoletniej dziewczyny. Oświetlał je bezpośrednio z góry szereg jasnoniebieskich jarzeniówek. Niesamowitość scenerii potęgował ssący odgłos wody ściekającej do odpływu u podstawy stołu.

Laurie miała ochotę odwrócić się i wyjść, lecz stłumiła to uczucie. Zamiast tego podeszła w kierunku grupy. Znając dobrze wszystkich, rozpoznała każdego mimo ochronnych ubiorów, w skład których wchodziły oprócz masek także i okulary. Bingham stał po drugiej stronie stołu, naprzeciw niej. Był krępym, niskim mężczyzną o grubych rysach i bulwiastym nosie.

- Do diabła, Paul! - warknął. - Pierwszy raz preparujesz szyję? Mam konferencję prasową, a ty grzebiesz się tu jak student pierwszego roku. Daj mi ten skalpel! - Bingham wyrwał Plodgettowi instrument z ręki i pochylił się nad ciałem. Ostrze z nierdzewnej stali błysnęło odbitym światłem.

Laurie podeszła do stołu po prawej stronie Paula. Wyczuwszy jej obecność, odwrócił głowę i na moment ich oczy się spotkały. Zauważyła, że był już mocno zdenerwowany. Starała się wesprzeć go spojrzeniem, ale odwrócił głowę. Przeniosła wzrok na technika, który unikał patrzenia w jej stronę. Atmosfera była wybuchowa.

Spuściła oczy, aby zobaczyć, co robi szef. Szyja denatki została otwarta nieco przestarzałym cięciem od brody do szczytu mostka. Oddzielona i odsunięta na bok skóra przypominała dekolt bluzki z wysokim kołnierzykiem. Bingham oddzielał właśnie mięśnie od chrząstki tarczowatej i kości gnykowej. Laurie widziała ślady przedśmiertnego urazu w postaci krwotoku do tkanek.

- Wciąż nie rozumiem tylko - warknął Bingham, nie odrywając się od pracy - dlaczego nie zabezpieczyłeś rąk na miejscu zbrodni? Czy mógłbyś, proszę, mi to powiedzieć?

Oczy Laurie i Paula znów się spotkały. Zrozumiała od razu, że Plodgett nie ma żadnego wytłumaczenia. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie wiedziała jak. Podzielając zakłopotanie kolegi, odsunęła się od stołu. Mimo że zadała sobie trud, by się przebrać, wyszła z sali autopsyjnej. Napięcie było tam zbyt wielkie. Nie chciała pogarszać sytuacji Paula, stwarzając szefowi większe audytorium.

Zdjąwszy wierzchnią warstwę odzieży ochronnej i wróciwszy na górę, Laurie zasiadła za biurkiem i wzięła się do pracy. Najpierw musiała uzupełnić, co się dało, w dokumentacji trzech autopsji, które wykonała w niedzielę. Pierwszym przypadkiem był ów dwunastoletni chłopiec. W drugim miała do czynienia z bezsprzecznym przedawkowaniem heroiny, lecz zrekapitulowała fakty. Przy ofierze znaleziono akcesoria używane przez narkomanów. Wiadomo było, że mężczyzna był uzależniony od heroiny, a podczas autopsji zauważyła na jego przedramionach liczne stare i nowe ślady wstrzyknięć dożylnych. Na prawym ramieniu miał wytatuowany napis: „Urodzony, aby przegrać”. Miał też typowe znaki śmierci z niedotlenienia włącznie z pienistym obrzękiem płuc. Mimo że nie było jeszcze wyników badań laboratoryjnych, Laurie nie miała wątpliwości, że przyczyną śmierci było przedawkowanie narkotyku oraz że śmierć nastąpiła przypadkowo.

Trzecia sprawa nie była bynajmniej tak prosta. Dwudziestoczteroletnia stewardesa została znaleziona przez swą współlokatorkę na podłodze przed łazienką. Dotychczas była zdrowa i poprzedniego dnia wróciła z lotu do Los Angeles. Nie zażywała narkotyków, a przynajmniej nikt o tym nie wiedział.

W trakcie autopsji Laurie niczego nie wykryła. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Zaintrygowana tym przypadkiem zleciła personelowi dochodzeniowemu odnalezienie ginekologa zmarłej. Rozmawiała z nim i uzyskała zapewnienie, że pacjentka była całkowicie zdrowa. Widział się z nią zaledwie przed paroma miesiącami.

Ponieważ miała niedawno do czynienia z podobnym przypadkiem, poleciła pracownikowi dochodzeniowemu, aby dostarczył jej wszystkie urządzenia elektryczne z łazienki zmarłej. Na jej biurku stało teraz tekturowe pudło z notatką informującą, że poza jego zawartością nie znaleziono nic innego.

Paznokciem kciuka przerwała taśmę, którą zaklejono pudło, odchyliła klapy i zajrzała do środka. Była tam lokówka i suszarka do włosów. Wyciągnęła je i położyła na biurku. Z dolnej prawej szuflady wyjęła omomierz.

Wziąwszy najpierw suszarkę, sprawdziła opór pomiędzy bolcami wtyczki a samą suszarką. W obu wypadkach pomiar wykazał brak możliwości przepływu prądu. Podejrzewając, że znów zmierza w złym kierunku, sprawdziła lokówkę. Tym razem, ku jej zdziwieniu, rezultat był pozytywny. Między jednym z bolców a obudową lokówki omomierz wykazał zero omów, czyli możliwość swobodnego przepływu prądu.

Za pomocą prostych narzędzi z biurka, takich jak śrubokręt i szczypce, rozkręciła lokówkę i natychmiast znalazła odchylony drucik dotykający obudowy. Było już dla niej jasne, że biedną stewardesę poraził prąd o niskim napięciu. Jak to często bywa, przed wystąpieniem śmiertelnej arytmii serca ofiara zdążyła odłożyć lokówkę i wyjść z łazienki. Przyczyną śmierci było porażenie prądem, a sama śmierć była przypadkowa.

Po dokonaniu „autopsji” lokówki Laurie wyjęła aparat fotograficzny i ułożyła poszczególne części tak, by widać było wadliwe połączenie. Patrzyła przez wizjer zadowolona. Nie zdołała powstrzymać uśmieszku, gdy uświadomiła sobie, jak inna jest jej praca od tego, co wyobrażali sobie ludzie. Nie tylko wyjaśniła zagadkę przedwczesnej śmierci tej biednej kobiety, lecz być może uratowała inną osobę przed takim samym losem.

Zanim jednak zdążyła zrobić zdjęcie lokówki, zadzwonił telefon. Była tak skoncentrowana, że dźwięk ten ją przestraszył. Podniosła słuchawkę z ledwie maskowaną irytacją. Telefonistka pytała, czy mogłaby porozmawiać z lekarzem dzwoniącym z Manhattan General Hospital. Dodała, że chciał rozmawiać z szefem.

- Dlaczego więc łączy go pani ze mną? - zapytała Laurie.
- Szef jest zajęty w sali autopsyjnej, a nie mogę znaleźć doktora Washingtona. Ktoś powiedział, że rozmawia z dziennikarzami. Zaczęłam więc dzwonić do innych lekarzy i pani odpowiedziała pierwsza.
- Niech pani połączy - rzekła z rezygnacją Laurie. Osunęła się z powrotem na krzesło. Była pewna, że rozmowa będzie krótka. Jeśli ktoś chciał rozmawiać z szefem, to z pewnością nie zadowoli go rozmowa z najniższą osobą w hierarchii.

Laurie przedstawiła się i podkreśliła, że nie jest szefem, lecz jednym z lekarzy sądowych.

- Mówi doktor Murray - usłyszała. - Jestem starszym rezydentem. Chciałbym porozmawiać z kimś na temat przypadku przedawkowania i zatrucia narkotykiem. Denata przywieziono do nas dziś w nocy już martwego.
- Czego chciałby się pan dowiedzieć? - zapytała Laurie. Zgony spowodowane przez narkotyki były w Zakładzie Medycyny Sądowej zjawiskiem codziennym. Znów myślała o lokówce. Miała lepszy pomysł na zdjęcie.
- Zmarły nazywał się Duncan Andrews - relacjonował lekarz. - Biały, trzydzieści pięć lat. Został przewieziony do szpitala w stanie zatrzymania krążenia i oddychania, a temperatura w głębi ciała wynosiła 41,8 stopnia.
- Uhm... - mruknęła ze spokojem Laurie. Trzymając słuchawkę między ramieniem a uchem, przestawiała części lokówki.
- Miał wyraźne oznaki ataku padaczkowego - kontynuował doktor Murray - więc zrobiliśmy EEG. Było płaskie. Badanie laboratoryjne surowicy wykazało obecność kokainy w stężeniu dwudziestu mikrogramów na mililitr.
- Coś takiego! - krzyknęła zdumiona Laurie. Murrayowi udało się przykuć jej uwagę. - To piekielnie dużo! Jak została wprowadzona, doustnie? Czy był to jeden z tych „mułów” usiłujących przemycić kokainę w połkniętych prezerwatywach?
- Bynajmniej. Ten facet to jakieś cudowne dziecko z Wall Street. I nie wziął jej doustnie, ale dożylnie.

Laurie z trudem przełknęła ślinę, starając się nie wzbudzać dawnych, niechcianych wspomnień. Nagle zaschło jej w ustach.

- Czy w grę wchodziła także heroina? - spytała. W latach sześćdziesiątych popularność zdobyła mieszanka heroiny i kokainy zwana „szybką kulą”.
- Żadnej heroiny - odparł doktor Murray. - Tylko kokaina, ale oczywiście końska dawka. Jeśli w chwili mierzenia miał 41,8 stopnia, to Bóg jeden wie, ile było wcześniej.
- No cóż, wygląda to dosyć prosto - stwierdziła Laurie. - Na czym polega problem? Jeśli zastanawia się pan, czy to przypadek dla lekarza sądowego, to mogę panu powiedzieć, że tak.
- Teraz wiemy, że to taki przypadek. Nie o to chodzi. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Faceta znalazła jego dziewczyna, która przyjechała z nim do nas. Ale potem zjawiła się także jego rodzina. A muszę pani powiedzieć, że jest ustosunkowana, rozumie pani. W każdym razie pielęgniarki znalazły w portfelu Duncana Andrewsa kartę dawcy narządów i zawiadomiły koordynatora dawców. Nie wiedząc, że jest to sprawa dla lekarza sądowego, koordynator poprosił rodzinę o zgodę na pobranie rogówek, ponieważ poza kośćmi była to jedyna tkanka nadająca się jeszcze do wykorzystania. Rozumie pani, że nie zwracamy zbytniej uwagi na karty dawców organów, dopóki nie ma zgody rodziny. Ale ta rodzina wyraziła zgodę. Powiedzieli nam, że stanowczo pragną spełnić wolę zmarłego. Osobiście uważam, że pragnęli uwierzyć, że syn zmarł z przyczyn naturalnych. Ale tak czy inaczej chcieliśmy porozumieć się z wami dla zasady, zanim podejmiemy jakieś działania.
- Rodzina rzeczywiście się zgodziła? - zapytała Laurie.
- Jak powiedziałem, byli bardzo zdecydowani — odparł doktor Murray. - Dziewczyna twierdzi, że kilkakrotnie rozmawiała ze zmarłym na temat problemu braku narządów do transplantacji i w odpowiedzi na ubiegłoroczny apel w telewizji udali się razem do Banku Organów na Manhattanie, aby zapisać się jako potencjalni dawcy.
- Pan Duncan Andrews musiał zaaplikować sobie niezłą dawkę kokainy. Czy zostawił jakiś list mówiący o samobójstwie?
- Nie. Nie był także w depresji, przynajmniej dziewczyna tak twierdzi.
- Wygląda to na dość niezwykłą sytuację - stwierdziła Laurie. - Osobiście nie sądzę, aby zastosowanie się do życzenia rodziny miało wpływ na wynik autopsji. Ale nie jestem upoważniona do decydowania o tak zasadniczej sprawie. Mogę tylko dowiedzieć się o opinię u kierownictwa i niezwłocznie pana powiadomić.
- Byłbym wdzięczny - powiedział doktor Murray. - Jeśli mamy coś robić, to raczej wcześniej niż później.

Laurie odłożyła słuchawkę, z pewną niechęcią odwróciła się od rozmontowanej lokówki i wróciła do kostnicy. Bez wkładania zwykłej odzieży ochronnej wsunęła głowę przez uchylone drzwi. Natychmiast spostrzegła, że Binghama już nie ma.

- Szef zostawił cię, żebyś sam dokończył? - zawołała do Paula.

Plodgett odwrócił się w jej kierunku.

- Dzięki ci, Boże, za drobne przysługi - powiedział głosem lekko przytłumionym przez maskę. - Na szczęście musiał pojechać na górę na tę konferencję prasową. Przypuszczam, że jego zdaniem, jestem w stanie zaszyć ciało.
- Daj spokój, Paul - rzuciła Laurie, pragnąc podnieść go na duchu. - Pamiętaj, że przy stole autopsyjnym Bingham każdego traktuje jak nieudacznika.
- Postaram się zapamiętać - odparł bez przekonania.

Laurie cofnęła głowę i drzwi się zamknęły. Skierowała się do schodów po drugiej stronie kostnicy. Nie warto było czekać na windę, aby dostać się piętro wyżej.

Korytarz na pierwszym piętrze zatłoczony był przez dziennikarzy i udało się jej dotrzeć jedynie do podwójnych drzwi sali konferencyjnej. Nad głowami reporterów widać było łysinę Binghama, od której odbijało się jaskrawe światło włączone na potrzeby kamer telewizyjnych. Odpowiadał na pytania z sali i obficie się pocił. Laurie natychmiast zorientowała się, że nie będzie mogła omówić z nim problemu doktora Murraya.

Stanąwszy na palcach, zaczęła szukać wzrokiem wśród stłoczonych ludzi Calvina Washingtona, zastępcy głównego lekarza sądowego. Dwumetrowego, ważącego sto piętnaście kilogramów Murzyna zwykle łatwo było zauważyć w tłumie. W końcu dostrzegła go blisko drzwi prowadzących z sali konferencyjnej do biura szefa.

Przeszła przez recepcję oraz biuro szefa i dotarła do Cabana. Stanąwszy tuż za nim, zawahała się. Doktor Washington miał wybuchowe usposobienie. Jego postura i nastroje sprawiały, że większość ludzi, nie wyłączając jej, czuła się w jego obecności zastraszona.

Laurie zebrała się jednak na odwagę i dotknęła jego ramienia. Gwałtownie się odwrócił i ogarnął ją spojrzeniem swych ciemnych oczu. Nie był zadowolony, to się dawało zauważyć.

— O co chodzi? - zapytał zduszonym szeptem.
— Mogę z panem chwilkę porozmawiać? - spytała. - To sprawa kompetencyjna dotycząca przypadku w Manhattan General.

Zerknąwszy na swego spoconego szefa, Calvin ruszył do wyjścia. Przeszedł obok Laurie i zamknął drzwi sali konferencyjnej. Pokręcił z niezadowoleniem głową.

— To drugie „morderstwo wśród złotej młodzieży” już teraz zaczyna wyglądać paskudnie. Boże, jak ja nienawidzę dziennikarzy! Nie chodzi im o prawdę, jakakolwiek by ona była. To po prostu sfora psów goniących za sensacyjnymi plotkami, a biedny Harold stara się wytłumaczyć, dlaczego ręce nie zostały zabezpieczone na miejscu zbrodni. Co za cyrk!
— A dlaczego nie zostały zabezpieczone? - spytała Laurie.
— Ponieważ lekarz dyżurny o tym nie pomyślał — odparł zdegustowany Washington. - A gdy dojechał tam Plodgett, ciało było już w karetce.
- Jak lekarz dyżurny mógł pozwolić na ruszenie ciała przed przybyciem Paula?
- A skąd ja mam wiedzieć?! - wybuchnął doktor. - Cały ten przypadek jest skopany. Jedna obsuwa po drugiej.

Laurie poczuła się nieswojo.

- Niechętnie o tym mówię, ale na dole zauważyłam inny potencjalny problem.
- Co takiego? - spytał Calvin.
- Wydaje mi się, że ubranie ofiary leżało w plastikowym worku na jednym ze stołów.
- Do diabła! - krzyknął Washington. Podszedł do telefonu Binghama i wcisnął połączenie z „kanałem”. Gdy tylko usłyszał jakiś głos, wrzasnął, że ktoś sam znajdzie się na stole autopsyjnym, jeśli ubranie zamordowanej dziewczyny pozostanie w plastikowym worku. Nie czekając na odpowiedź, trzasnął słuchawką w widełki. Następnie spojrzał złym wzrokiem na Laurie, jak gdyby posłaniec był winny złej wiadomości.
- Nie sądzę, aby jakiś grzyb mógł tak szybko zniszczyć ewentualne dowody - powiedziała.
- Nie o to chodzi - warknął Calvin. - Nie jesteśmy gdzieś na głuchej prowincji. Nie można tolerować podobnych wpadek, zwłaszcza przy takim rozgłosie. Wygląda na to, że cała ta sprawa jest pechowa. Ale co to za problem w Manhattan General?

W sposób możliwie zwięzły Laurie opowiedziała Washingtonowi o przypadku Duncana Andrewsa i o prośbie lekarza zajmującego się tą sprawą. Podkreśliła, że rodzina pragnie, aby życzenie zmarłego zostało spełnione.

- Gdybyśmy mieli w tym stanie przyzwoitą ustawę o lekarzach sądowych, ta sprawa w ogóle by nie istniała - burknął Calvin. - Myślę, że powinniśmy przychylić się do prośby rodziny. Proszę powiedzieć lekarzowi, że może wykorzystać oczy, lecz najpierw powinien je sfotografować. Niech pobierze też próbki ciała szklistego z głębi oka do badań toksykologicznych.
- Zaraz dam mu znać - powiedziała Laurie. - Dziękuję.

Washington machnął z roztargnieniem ręką. Otwierał już drzwi do sali konferencyjnej.

Laurie przeszła z powrotem przez sekretariat szefa i zasygnalizowała recepcjonistce, aby wpuściła ją do głównego holu. Musiała tam omijać techników i stąpać nad kablami zasilającymi telewizyjne jupitery. Konferencja prasowa Binghama wciąż trwała. Laurie nacisnęła przycisk windy.

- Ojej! - pisnęła, poczuwszy, jak ktoś rozmyślnie szturchnął ją palcem w żebra. Okręciła się na pięcie, aby zrugać sprawcę. Spodziewała się, że będzie to kolega, ale stał przed nią nieznajomy trzydziestolatek. Był w rozpiętym trenczu, miał rozluźniony krawat i nieco dziecinny uśmiech.
- Laurie? - zapytał.

Nagle go rozpoznała. Był to Bob Talbot, reporter „Daily News”, znajomy jeszcze z college’u. Nie widziała go od dłuższego czasu, toteż w nieoczekiwanej sytuacji poznała go dopiero po chwili. Mimo irytacji uśmiechnęła się.

- Gdzie się podziewałaś? - spytał Bob. - Nie widziałem cię całe wieki.
- Chyba ostatnio trochę mniej udzielałam się towarzysko - przyznała. - Mam dużo pracy, a poza tym przygotowuję się do egzaminów specjalizacyjnych.
- Znasz to powiedzenie o samej pracy bez zabawy - powiedział Talbot.

Kiwnęła głową i próbowała się uśmiechnąć. Nadjechała winda. Laurie wsiadła i przytrzymała ręką drzwi.

- Co myślisz o tym nowym mordzie? - zapytał Bob. - Naprawdę zrobił się szum.
- Tak musiało być - odparła Laurie. - Sprawa jest jak na zamówienie dla prasy bulwarowej. Poza tym wygląda na to, że już coś sknociliśmy. To chyba przypomina pierwszy przypadek. Trochę za bardzo jak dla moich kolegów.
- O czym ty mówisz? - spytał reporter.
- Po pierwsze, dłonie ofiary nie zostały zabezpieczone. Nie słyszałeś, co mówił doktor Bingham?
- Tak, ale powiedział, że to nie ma znaczenia.
- Ma - oświadczyła Laurie. - Poza tym ubranie ofiary znalazło się w plastikowym worku. Tego się nie robi. Wilgoć pobudza wzrost mikroorganizmów, które mogą mieć wpływ na dowody. To jeszcze jedna wpadka. Niestety, lekarz sądowy zajmujący się tą sprawą jest jednym z młodszych. Powinien to być ktoś bardziej doświadczony.
- Zdaje się, że chłopak już się przyznał - powiedział Bob. - Dlaczego więc uważasz, że to takie ważne?

Laurie wzruszyła ramionami.

- Zanim dojdzie do procesu, może zacząć mówić inaczej. A jego adwokat z pewnością będzie go do tego nakłaniał. Wtedy wszystko zależeć będzie od materiału dowodowego, jeśli nie będzie świadków, a w tego typu sprawach rzadko bywa świadek.
- Może masz rację - rzekł Talbot, kiwając głową. - Zobaczymy. Na razie powinienem wracać na konferencję. Może poszlibyśmy w tym tygodniu na kolację?
- Może - odparła Laurie. - Nie chcę się krygować, ale naprawdę muszę się pouczyć, jeśli chcę zdać te egzaminy. Zadzwoń, to pogadamy.

Bob skinął głową, a Laurie puściła drzwi windy. Nacisnęła czwórkę. Wróciła do biura, zatelefonowała do doktora Murraya w Manhattan General i powtórzyła mu, co powiedział Washington.

- Dziękuję za fatygę - rzekł lekarz, gdy skończyła. - Dobrze jest mieć jakieś wytyczne w takich okolicznościach.
- Niech pan dopilnuje, żeby zdjęcia były dobre - poradziła Laurie. - Jeśli nie będą, zasady mogą się zmienić.
- Nie ma obawy. Mamy własny dział fotograficzny. To będzie profesjonalna robota.

Laurie odłożyła słuchawkę i wróciła do lokówki. Zrobiła pół tuzina zdjęć pod rozmaitymi kątami i w różnym oświetleniu. Mając to z głowy, zajęła się ostatnim i najbardziej dla niej bulwersującym przypadkiem z niedzieli: dwunastoletnim chłopcem.

Wstała od biurka, wróciła na pierwsze piętro i odwiedziła Cheryl Myers z personelu dochodzeniowego. Wyjaśniła, że potrzebuje więcej świadków wypadku chłopca. Nie mając żadnych wskazówek z autopsji, musiała uzyskać bezpośrednie relacje, by uzasadnić diagnozę commotio cordis, czyli śmierci spowodowanej uderzeniem w klatkę piersiową. Cheryl obiecała, że zaraz się tym zajmie.

Wróciwszy na czwarte piętro, Laurie skierowała się do laboratorium histologii, aby zobaczyć, czy nie da się przyspieszyć przygotowania próbek pobranych z ciała chłopca. Wiedząc, jak roztrzęsiona była rodzina, chciała jak najszybciej zakończyć swój udział w tragedii. Przekonała się, że rodziny łatwiej godziły się z losem, gdy dowiadywały się prawdy. Atmosfera niepewności wokół śmierci z nie ustalonych przyczyn sprawiała, że żałoba była trudniejsza do zniesienia.

Na histologii zabrała preparaty wykonane z próbek pobranych podczas autopsji w ubiegłym tygodniu. Zeszła z nimi kilka pięter i wzięła wyniki z toksykologii i serologii. Po powrocie do biura rzuciła wszystko na biurko i zabrała się do pracy. Poza krótką przerwą na lunch spędziła resztę dnia na przeglądaniu preparatów z histologii, sprawdzaniu wyników badań laboratoryjnych, telefonowaniu i zamykaniu możliwie największej liczby pozycji w kartotece.

Energii dodawała jej świadomość, że następnego dnia miała przeprowadzić co najmniej dwie, a może nawet cztery autopsje. Gdyby pozostała w tyle z papierkową robotą, ta zalałaby ją. W Biurze Głównego Inspektora Medycyny Sądowej dla miasta Nowy Jork nigdy nie było chwili spokoju, trafiało tu bowiem co roku od piętnastu do dwudziestu tysięcy przypadków. To z kolei oznaczało około ośmiu tysięcy autopsji. Na każdy dzień przypadały średnio dwa zabójstwa i dwa śmiertelne przedawkowania narkotyków.

Około czwartej po południu Laurie zaczęła zmniejszać tempo. Ilość i natężenie pracy zrobiły swoje. Kiedy po raz setny zadzwonił telefon, odpowiedziała zmęczonym głosem. Gdy uświadomiła sobie, że mówi sekretarka doktora Binghama, pani Sanford, odruchowo wyprostowała się w fotelu. Nie co dzień zdarzało się, aby wzywał ją sam szef.

- Doktor Bingham chciałby się z panią spotkać w swym biurze, jeśli można - powiedziała sekretarka.
- Zaraz schodzę - odparła Laurie. Uśmiechnęła się do siebie, wspomniawszy użyty przez panią Sanford zwrot Jeśli można”. Znając Binghama, było to prawdopodobnie jej tłumaczenie polecenia „Niech mi tu pani jak najszybciej ściągnie doktor Montgomery”. Po drodze starała się odgadnąć, czego szef może od niej chcieć, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Proszę wejść - powiedziała pani Sanford. Spojrzała na Laurie znad okularów do czytania i uśmiechnęła się.
- Niech pani zamknie drzwi! - rozkazał Bingham, gdy Laurie znalazła się w gabinecie. Siedział za swym masywnym biurkiem. - Proszę siadać!

Laurie usłuchała. Gniewny ton szefa był pierwszym ostrzeżeniem przed tym, co miało nastąpić. Natychmiast zorientowała się, że nie usłyszy pochwał. Patrzyła, jak doktor zdejmuje okulary w drucianej oprawce i kładzie je na bibularzu. Jego grube palce poruszały się zaskakująco zręcznie.

Wpatrywała się w twarz Binghama. Szaroniebieskie oczy były zimne. Na końcu nosa rysowała się ledwo widoczna siateczka cieniutkich naczyń włosowatych.

- Czy pani wie, że mamy biuro prasowe? - zaczął. Mówił sarkastycznym, gniewnym tonem.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała.
- To musi pani także wiedzieć, że pani Donnatello jest odpowiedzialna za wszelkie informacje udzielane prasie i społeczeństwu.

Laurie skinęła głową.

- I musi pani również zdawać sobie sprawę, że poza mną cały personel tego biura powinien zachowywać dla siebie swoje prywatne opinie na temat spraw dotyczących pracy lekarzy sądowych.

Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, dokąd zmierza rozmowa.

Nagle Bingham zerwał się z fotela i zaczął chodzić tam i z powrotem za biurkiem.

- Nie jestem natomiast pewien - kontynuował - czy jest pani świadoma faktu, że zawód lekarza sądowego wiąże się ze znaczną odpowiedzialnością o charakterze społecznym i politycznym. - Zatrzymał się i spojrzał na nią. - Czy pani rozumie, co mówię?
- Myślę, że tak - odparła Laurie, chociaż wciąż coś istotnego do niej nie docierało. Nie miała pojęcia, co było przyczyną tej diatryby.
- „Myślę, że tak” to mało - parsknął. Przystanął i pochylił się nad biurkiem ze wzrokiem utkwionym w Montgomery.

Bardziej niż czegokolwiek Laurie pragnęła zachować spokój. Nie chciała stwarzać wrażenia osoby ulegającej emocjom. Nie znosiła takich sytuacji. Konfrontacje nie były jej mocną stroną.

- Ponadto - warknął Bingham - naruszanie reguł dotyczących poufnych informacji nie będzie tolerowane. Czy to jasne?!
- Tak - odpowiedziała Laurie, powstrzymując łzy. Nie była zasmucona ani zła, tylko wytrącona z równowagi. Zważywszy na ilość pracy, jaką ostatnio wykonywała, nie sądziła, że zasłużyła na taką tyradę. - Czy mogę zapytać, o co tu chodzi?
- Jak najbardziej - odparł Bingham. - Pod koniec konferencji prasowej na temat morderstwa w Central Parku wstał jeden z reporterów i zadał pytanie, z którego wynikało, że pani zdaniem, nasz zakład postępuje niewłaściwie w tym przypadku. Powiedziała pani coś takiego dziennikarzowi czy nie?

Laurie skurczyła się na siedzeniu. Usiłowała spojrzeć szefowi w oczy, ale musiała odwrócić wzrok. Poczuła, jak ogarniają fala zakłopotania, poczucia winy, złości i niechęci. Była wstrząśnięta brakiem rozsądku Boba, nie mówiąc już o braku poszanowania dla jej zwierzeń. Odzyskując głos, powiedziała:

- Napomknęłam coś w tym rodzaju.
- Tak myślałem - powiedział napuszony Bingham. - Wiedziałem, że ten reporter nie byłby aż tak bezczelny, żeby coś takiego zmyślić. No cóż, doktor Montgomery, niech się pani uważa za ostrzeżoną. Na dziś to wszystko.

Potykając się, Laurie wyszła z biura szefa. W swym upokorzeniu nie śmiała nawet spojrzeć na panią Sanford, gdyż obawiała się, że nie uda jej się powstrzymać łez. W nadziei, że nie natknie się na nikogo, wbiegła na górę po schodach, nie czekając na windę.

Była wdzięczna losowi za to, że jej towarzyszka z pokoju wciąż najwyraźniej pracowała w sali autopsyjnej. Zamknęła drzwi na klucz i usiadła za biurkiem. Czuła się załamana, jak gdyby miesiące jej ciężkiej pracy obróciła wniwecz jedna lekkomyślna niedyskrecja.

W nagłym przypływie zdecydowania sięgnęła po telefon. Chciała zadzwonić do Boba Talbota i powiedzieć mu, co o nim myśli. Zawahała się jednak i odłożyła słuchawkę. W tym momencie nie miała siły na kolejną konfrontację. Głęboko odetchnęła i powoli wypuściła powietrze.

Próbowała wrócić do pracy, lecz nie była w stanie się skupić. Otworzyła więc aktówkę i włożyła do niej plik niekompletnych akt. Zabrawszy resztę swoich rzeczy, zjechała windą na najniższą kondygnację i wyszła na Trzydziestą Ulicę przez rampę kostnicy. Nie chciała ryzykować spotkania z kimkolwiek w recepcji.

Stosownie do jej nastroju deszcz wciąż padał, gdy szła Pierwszą Avenue na południe. Między budynkami po obu stronach ulicy unosił się całun gryzących spalin i miasto wyglądało chyba jeszcze gorzej niż rano. Laurie szła ze spuszczoną głową, aby uniknąć oleistych kałuż, śmieci i spojrzeń bezdomnych.

Nawet budynek, w którym mieszkała, wydawał się brudniejszy niż zwykle, a czekając na windę, czuła zapach stu lat smażonej cebuli i tłustego mięsa. Wysiadając na czwartym piętrze, spojrzała groźnie na przekrwione oko Debry Engler, jak gdyby prowokowała ją do odezwania się. Trzasnęła drzwiami tak mocno, że przekrzywiła się na ścianie oprawiona reprodukcja Klimta kupiona w Metropolitan Museum.

Nawet ucieszony Tom nie był w stanie podnieść jej na duchu, ocierając się o jej łydki, gdy wieszała płaszcz i chowała parasolkę do wąskiej szafy w przedpokoju. Weszła do sypialni i opadła na fotel.

Tom wskoczył na oparcie fotela i zaczął mruczeć prosto w prawe ucho Laurie, a gdy to nie odniosło skutku, próbował łapą chwytać ją za ramię. W końcu wzięła kota na kolana i zaczęła go odruchowo głaskać.

Deszcz uderzał o szyby niczym ziarenka piasku, a Laurie snuła smętne rozważania o swoim życiu. Po raz drugi tego dnia myślała o tym, że nie wyszła za mąż. Krytyczne uwagi matki wydawały się jej bardziej uzasadnione niż zwykle. Znów zastanawiała się, czy wybrała właściwą specjalizację. Co będzie za dziesięć lat? Czy widziała siebie pogrążoną w tym samym grzęzawisku codziennego samotnego życia polegającego na zmaganiu się z papierkową robotą związaną z autopsją, czy też miała przejąć bardziej administracyjne obowiązki, podobnie jak Bingham?

Z dużym zaskoczeniem uświadomiła sobie, że nie pragnie zostać szefem. Do tej chwili, zarówno w college’u, jak i na studiach medycznych, zawsze starała się być najlepsza i aspirowanie do stanowiska szefa byłoby z tym zgodne. Dążenie do osiągania najlepszych wyników było dla niej rodzajem buntu, próbą sprawienia, aby jej ojciec, wybitny kardiochirurg, wreszcie ją docenił. Ale to się nie udało. Wiedziała, że nigdy nie zdoła zastąpić ojcu swego starszego brata, który zmarł przedwcześnie w wieku dziewiętnastu lat.

Laurie westchnęła. Przygnębienie nie pasowało do niej, a fakt, że była przygnębiona, przygnębiał ją jeszcze bardziej. Nigdy nie przypuściłaby, że okaże się tak wrażliwa na krytykę. Może już wcześniej była nieszczęśliwa, ale przy takim obciążeniu pracą nie zdawała sobie z tego sprawy.

Zauważyła, że mruga czerwone światełko automatycznej sekretarki. Najpierw je ignorowała, ale im ciemniej robiło się w pokoju, tym bardziej dokuczliwe stawało się mruganie. Po dziesięciu minutach górę wzięła ciekawość i Laurie wysłuchała nagrania. Jej matka, Dorothy Montgomery, prosiła, by zadzwoniła, gdy tylko wróci do domu.

- Masz ci los! - powiedziała głośno Laurie. Zastanawiała się, czy dzwonić, znając talent matki do wyprowadzania jej z równowagi nawet w najpomyślniejszych okolicznościach. Nie czuła się na siłach przełknąć w tej chwili kolejnej dawki jej nietolerancji i nieproszonych rad.

Wysłuchała powtórnie nagrania i wytłumaczywszy sobie, że matka robiła wrażenie naprawdę zatroskanej, zatelefonowała. Dorothy odezwała się po pierwszym dzwonku.

- Dzięki Bogu, że zadzwoniłaś - powiedziała zdyszanym głosem. - Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś się nie odezwała. Myślałam już o wysłaniu telegramu. Urządzamy jutro wieczorem przyjęcie i chcę, żebyś przyszła. Będzie ktoś, z kim chciałabym cię poznać.
- Mamo! - rzekła z irytacją Laurie. - Nie jestem pewna, czy nadaję się na przyjęcie. Miałam zły dzień.
- Nonsens! - wykrzyknęła Dorothy. - Tym bardziej powinnaś wyrwać się z tego okropnego mieszkania. Będziesz się świetnie bawić. To ci dobrze zrobi. Chcę, żebyś poznała doktora Jordana Scheffielda. To znakomity okulista, znany na całym świecie. Tak mówi twój ojciec. A najlepsze jest to, że ostatnio rozwiódł się z jakąś okropną kobietą.
- Nie interesuje mnie randka w ciemno - odparła z rozdrażnieniem Laurie. Nie mogła uwierzyć, że matka nie tylko nie uświadamia sobie jej stanu psychicznego, lecz chce ją skojarzyć z jakimś rozwiedzionym specjalistą od gałek ocznych.
- Chyba już czas, abyś poznała kogoś odpowiedniego - stwierdziła Dorothy. - Nigdy nie mogłam zrozumieć, czym zafrapował cię ten Sean Mackenzie. To nieustatkowany łobuz i miał na ciebie zły wpływ. Cieszę się, że wreszcie zerwałaś z nim na dobre.

Laurie przewróciła oczami. Matka była dziś w wyjątkowej formie. Nawet jeśli było trochę prawdy w tym, co mówiła, ona nie miała ochoty tego słuchać. Spotykała się z Seanem z przerwami od czasów college’u. Od samego początku nie wszystko układało się dobrze. I choć w gruncie rzeczy nie był łobuzem, to ze swym motocyklem i krnąbrnym charakterem miał w jej oczach coś w rodzaju atrakcyjności człowieka wyjętego spod prawa. Był okres, gdy jego „artystyczna” osobowość ekscytowała ją. Wówczas była wystarczająco zbuntowana, aby kilkakrotnie próbować z nim narkotyków. Ale miała nadzieję, że ich ostatnie zerwanie będzie naprawdę ostatnim.

- Bądź u nas o siódmej trzydzieści - poleciła Dorothy. — I chcę, żebyś miała na sobie coś atrakcyjnego, jak ten wełniany kostium, który dostałaś ode mnie na urodziny w październiku. I zaczesz włosy do góry. Chciałabym dłużej porozmawiać, ale mam tyle do zrobienia. Zobaczymy się jutro, kochanie. Pa.

Laurie odsunęła słuchawkę od ucha i z niedowierzaniem przyglądała się jej w mrocznym pokoju. Jej matka przerwała rozmowę. Lekarka nie wiedziała, czy zakląć, roześmiać się, czy zapłakać. Odłożyła słuchawkę na widełki. W końcu się roześmiała. Matka to rzeczywiście niezły model. Odtwarzając w myśli rozmowę, nie mogła uwierzyć, że się ona odbyła. Było tak, jak gdyby rozmawiały na różnych długościach fal.

Laurie zapaliła światła i zasunęła firanki. Odgrodzona od świata, rozpuściła włosy i rozebrała się. Poczuła się lepiej. Niedorzeczna rozmowa z matką wyrwała ją z ponurych rozmyślań.

Wchodząc pod prysznic, przyznała się sobie, że w sytuacjach zawodowych zachowywała się zbyt emocjonalnie. To poirytowało ją. Nie miała nic przeciwko kobiecym strojom, ale nie chciała sprawiać wrażenia kruchej, zmiennej kobietki. Na przyszłość postanowiła zachowywać się bardziej profesjonalnie. Uświadomiła sobie także błąd, jaki popełniła, zwierzając się Bobowi. Musi zachowywać swoje opinie dla siebie, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi praca. Miała szczęście, że Bingham jej nie zwolnił.

Stojąc pod prysznicem, zdecydowała, że zrobi sobie sałatkę i pouczy się do egzaminów. Potem pomyślała o jutrzejszym przyjęciu u rodziców. Choć jej pierwsza reakcja była zdecydowanie negatywna, zaczęła się zastanawiać. Może będzie to ciekawy przerywnik w jej pełnym rutyny życiu? Zastanawiała się też, jak nieznośny okaże się rozwiedziony okulista, a także ile może mieć lat.

Rozdział 2

Nowy Jork, Queens

poniedziałek, godzina 21.40

 

- Muszę coś zrobić - powiedział Tony Ruggerio. Niespokojnie wiercił się na przednim siedzeniu należącego do Angela Facciola czarnego lincolna town car. - Już cztery noce siedzimy przed sklepem spożywczym D’Agostina. Nie mogę wytrzymać takiej bezczynności, rozumiesz? Dla mnie musi się coś dziać, byle co, cokolwiek. - Nerwowo omiatał wzrokiem błyszczącą od deszczu ulicę. Samochód był zaparkowany obok hydrantu na Roosevelt Avenue.

Angelo powoli odwrócił głowę. Spojrzał spod opuszczonych powiek na tego młodo wyglądającego dwudziestoczteroletniego „szczyla”, którego mu przydzielono. Już sama pobudliwość i impulsywność Tony’ego działały mu na nerwy. Uważał, że „szczyl”, który miał przezwisko „Zwierzak”, wcale nie ułatwia mu pracy, i dał temu wyraz w rozmowie z Cerinem. Ale to nie poskutkowało. Równie dobrze mógł mówić do ściany. Cerino powiedział, że atutem szczyla jest brak strachu, że jest on rozhukany i ambitny, nie ma skrupułów i rzadko odzywa się u niego sumienie. Dodał też, że potrzebuje więcej takich ludzi jak Ruggerio. Facciolo nie był tego taki pewny.

Tony był niewysoki - miał raptem metr siedemdziesiąt - i żylasty. Brak imponującej postury starał się nadrobić umięśnieniem. Regularnie ćwiczył w American Gym w Jackson Heights i powiedział Angelowi, że stosuje odżywki białkowe i od czasu do czasu sterydy.

Miał łagodne rysy, charakterystyczne dla mieszkańców południowych Włoch, i czarne, błyszczące, gęste włosy. Lekko spłaszczony i przesunięty w prawo nos był skutkiem uprawiania amatorskiego boksu. Tony, dorastając w Woodside, nie skończył szkoły średniej, w której często wdawał się w bójki z powodu swej postury oraz siostry Mary, określanej przez siebie mianem „laska”. Zawsze starał się chronić siostrę, bo uważał, że wszyscy mężczyźni mają wobec kobiet takie same zamiary jak on.

- Nie mogę już tu wytrzymać - powiedział. - Muszę wyjść z wozu. - Sięgnął w kierunku drzwi.

Facciolo położył mu rękę na ramieniu.

- Spokojnie! - rzucił z wystarczającą groźbą w głosie, aby powstrzymać Ruggeria.

Cerino miał w pewnym sensie rację, tworząc z nich parę. „Elegant” Angelo znakomicie uzupełniał porywczego Tony’ego. Wyglądał na więcej niż na swoje trzydzieści cztery lata. Ruggerio był niski, Angelo zaś wysoki i chudy, o rysach ostrych i kanciastych. I podczas gdy Tony był drażliwy na punkcie swego wzrostu, Facciolo był drażliwy na punkcie swej cery. Na jego twarzy widniały ślady niemal śmiertelnego przypadku ospy wietrznej przebytej w wieku sześciu lat oraz silnego trądziku - od trzynastego do dwudziestego pierwszego roku życia. W odróżnieniu od zwariowanego i impulsywnego Ruggeria Angelo był ostrożny i wyrachowany; był okazem z dziedziny patologii społecznej, człowiekiem pozornie spokojnym, którego charakter ukształtowała nie kończąca się seria pobytów w rodzinach zastępczych i wreszcie odsiadka w więzieniu o zaostrzonym rygorze.

Obaj mężczyźni byli raczej próżni w kwestii ubioru. Tony’emu nie udawało się jednak nigdy stworzyć w pełni wrażenia postaci, do miana której aspirował: ubrania, choćby najdroższe, zawsze źle leżały na jego nieproporcjonalnie umięśnionym ciele. Natomiast Angelo pod względem elegancji strojów mógł konkurować nawet z wymuskanym Johnem Gottim. Nie ubierał się jaskrawo, za to bardzo starannie. Nosił wyłącznie garnitury, koszule, krawaty i buty brioni. Jak ćwiczenie mięśni było u Ruggeria reakcją na jego mizerną posturę, tak wybredność w doborze strojów była u Facciola reakcją na jego dziobatą cerę, na temat której nie tolerował jakiejkolwiek wzmianki.

Tony znów rozparł się na siedzeniu i zerknął w stronę Angela. Był on jednym z niewielu ludzi, których Ruggerio się obawiał, których szanował, a nawet im zazdrościł. Facciolo miał powiązania, był ustawionym facetem o legendarnej reputacji.

- Paulie powiedział mi, że Frankie DePasquale zjawi się w tym sklepie - oświadczył Angelo. - Spędzimy tu więc następny miesiąc, jeśli będzie trzeba.
- Chryste! - mruknął Tony.

Zamiast wyjść z samochodu, sięgnął pod swą luźną kurtkę i wyjął berettę bantam kaliber .25. Zwolnił i wyjął magazynek, po czym przeliczył osiem nabojów, jak gdyby jeden z nich mógł zniknąć, odkąd je ostatnio liczył pół godziny wcześniej.

Gdy nacisnął spust, Angelo przewrócił oczami.

- Odłóż to kopyto - polecił. - Co się z tobą dzieje?
- Dobrze już, dobrze - powiedział Ruggerio, wsuwając z powrotem magazynek i wkładając broń do kabury pod pachą. - Nie przejmuj się, co? - Rzucił okiem na Facciola, który przez moment wpatrywał się w niego. Podniósł ręce. Wystarczająco znał Angela, aby wiedzieć, że jest zirytowany. - Pistolet schowany. Możesz się odprężyć.

Facciolo nie odpowiedział. Znów patrzył w stronę sklepu D’Agostina, obserwując wchodzących i wychodzących.

Ruggerio ciężko westchnął.

- Już miesiąc temu te skurwysyny polały kwasem twarz Pauliemu. Może się zmyli, zwiali z miasta. Ja bym tak zrobił. Następnego dnia już by mnie tu nie było. Pojechałbym na Florydę albo gdzieś na wybrzeże. Możemy tu siedzieć na darmo. Pomyślałeś o tym?
- Frankiego widziano - odparł Angelo. - Widziano go tu, u D’Agostina.
- Ale jak to się stało? - spytał Tony. - Jak oni w ogóle zbliżyli się do Cerina?
- To nie było trudne. Vinnie Dominick zorganizował spotkanie z Cerinem. Miało nie być broni. Wszyscy mieli zostawić kopyto w samochodzie. Użyliśmy nawet wykrywacza metalu, który Cerino zabrał z lotniska Kennedy’ego. Gdy Terry Manso zaczął podawać kawę, chlusnął Pauliemu w twarz filiżanką kwasu. Wiemy, że DePasquale był w to zamieszany, bo przyjechał razem z Mansem.
- Jak Frankiemu udało się uciec?
- Gdy Paulie dostał kwasem, zgasły światła. Zrobił się dom wariatów: Paulie wrzeszczał, a wszyscy rzucili się w ciemnościach na podłogę. Stałem przy oknie od frontu. Rozwaliłem je krzesłem i dałem nura na zewnątrz. Wtedy zobaczyłem, jak Terry wybiega frontowymi drzwiami. Frankie wskakiwał już do samochodu. To wszystko działo się tak szybko, że niewielu ludzi zdołało zareagować.
- Jak udało ci się dostać Mansa? - spytał Tony.
- To był wyścig - odpowiedział Facciolo. — Manso przegrał. Zaparkowałem na wprost restauracji, a kopyto leżało na przednim siedzeniu, na wypadek gdyby coś źle poszło. Zdążyłem dwa razy strzelić, gdy Terry próbował wsiąść do wozu. Nie dał rady. Dostał obie kule w plecy.
- Ilu ludzi było w to zamieszanych? - Ruggerio był ciekaw tej historii z kwasem, odkąd o niej usłyszał, ale bał się poruszać ten temat.
- Tak jak ja to widzę, co najmniej dwóch poza Mansem i DePasqualem - odparł Angelo. - Zdobycie pewności to jeden z powodów, dla których chcemy porozmawiać z Frankiem.
- Chryste, to się w pale nie mieści! - Tony pokręcił głową. - Nie wyobrażam sobie, ile ludzie Lucii musieli obiecać za coś takiego.
- Nikt nie wie na pewno. Mówi się nawet, że te gnojki zrobiły to na własną rękę, myśląc, że ludzie Lucii dadzą im nagrodę za jaja. Ale na ile wiemy, ludzie Lucii odcinają się od tego.
- Taki brak szacunku - mruknął Ruggerio. - Kwasem w twarz. Chryste!
- To mi o czymś przypomina. Masz ten kwas do akumulatora?
- Jasne. Jest na tylnym siedzeniu w starej torbie lekarskiej doktora Travina.
- Dobrze. Pauliemu się to spodoba. To ładny akcent.

Ruggerio przeciągnął się.

- Co byś powiedział, gdybym na sekundę wyszedł z wozu? Chciałbym zrobić parę pompek. Mam napięte mięśnie.

Angelo zaklął pod nosem i powiedział Tony’emu, że siedzenie z nim w samochodzie przypomina pilnowanie dwuletniego dzieciaka.

- Przepraszam. Zwykle mam więcej ruchu. - Ruggerio splótł ręce i zaczął serię ćwiczeń izometrycznych. W trakcie jednego z nich zapatrzył się na coś przez boczną szybę. — Hej, czy to nie Frankie DePasquale podchodzi tu z boku? - spytał podekscytowany.

Facciolo pochylił się naprzód, aby spojrzeć.

- Wygląda całkiem podobnie.
- Nareszcie! - krzyknął Ruggerio, sięgając niezręcznie po broń i odwracając się w kierunku drzwi. Poczuł na ramieniu rękę Angela. Spojrzał ze zdziwieniem na swego mentora.
- Jeszcze nie teraz - powiedział Facciolo. - Musimy mieć pewność, że chłopak jest sam. Nie możemy tego skopać. To może być nasza jedyna szansa, a Paulie nie chce nowych kłopotów.

Niczym pies myśliwski z trudem powstrzymujący się przed skokiem na wypłoszoną zwierzynę Tony patrzył, jak Frankie DePasquale znika w zatłoczonym sklepie. Ku jego zaskoczeniu Angelo uruchomił silnik.

- Dokąd jedziesz? - zapytał.
- Tylko trochę cofnę - wyjaśnił Facciolo. - Wygląda na to, że Frankie jest sam. Zgarniemy go, gdy znów się pokaże.

Cofnął samochód do przystanku autobusowego. Nie zgasił silnika. Czekali.

Po dwudziestu minutach DePasquale wyszedł ze sklepu z torbami w obu rękach. Angelo i Tony patrzyli, jak idzie prosto w ich kierunku.

- Wygląda jak nastolatek - mruknął Angelo.
- Bo nim jest - odparł Tony. - Ma osiemnaście lat. Był w klasie mojej siostry, nim zaczął się zadawać z niewłaściwymi ludźmi i wyleciał ze szkoły.
- Teraz! - krzyknął Facciolo.

Błyskawicznie wyskoczyli z samochodu i stanęli przed zaskoczonym Frankiem. Ten szeroko otworzył oczy i rozdziawił usta.

- Cześć, Frankie - zagadnął spokojnie Angelo. - Musimy porozmawiać.

W odpowiedzi DePasquale upuścił zakupy. Torby pękły przy zetknięciu z mokrym chodnikiem i do rynsztoka potoczyły się puszki z sosem pomidorowym. Chłopak odwrócił się i zaczął uciekać.

Tony dopadł go błyskawicznie, chwycił brutalnie od tyłu i przewrócił na chodnik. Szybko przeszukał unieruchomioną ofiarę i znalazł mały, pospolity pistolet. Schował go do kieszeni, po czym odwrócił przerażonego chłopaka twarzą do góry. Z bliska Frankie nie wyglądał nawet na osiemnaście lat. Odnosiło się wrażenie, że jeszcze się nie goli.

- Nie róbcie mi krzywdy! - powiedział błagalnie.
- Zamknij się! - warknął Ruggerio. Ten gówniarz był obrzydliwie miękki.

Facciolo podjechał do nich samochodem i wyskoczył, nie wyłączywszy silnika. Kilku przechodniów zatrzymało się, patrząc spod parasoli, co się dzieje. Angelo przepchnął się między nimi.

-