Onirica - Wojciech Kulawski - ebook
NOWOŚĆ

Onirica ebook

Kulawski Wojciech

5,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

W mrocznych zakamarkach ludzkiej psychiki rodzą się najgroźniejsze demony, a raz uwolnione zło zatruje wszystko. Zło stwarza zło i jednocześnie się nim karmi.  

 

Kiedy w Lesie Młocińskim dochodzi do brutalnego zabicia znanego jasnowidza, Stanisława Janosza, rusza śledcza machina. A rusza z tym większym impetem, że znalezione przy zwłokach dowody zdają się świadczyć o tym, że w Warszawie zaczyna grasować seryjny morderca, wzorujący się na innych słynnych zabójcach, m.in. Zodiaku i Toporniku z Nowego Orleanu. 

 

Komisarz Katarzyna Zdanowicz usiłuje prowadzić śledztwo, ale jednocześnie zmaga się z narastającymi problemami psychicznymi, które wywołała makabryczna śmierć jej męża.  Skazany za tę zbrodnię przebywa w warszawskim więzieniu, ale czy rzeczywiście on ją popełnił? Katarzynę dręczą halucynacje,  które dają jej podstawy do kwestionowania wyroku. 

 

Czy można jednak wierzyć wizjom? Dlaczego dotychczasowy partner pani komisarz nie chce z nią współpracować? Czy sprowadzona z innej jednostki śledcza istotnie będzie dla Katarzyny wsparciem? A przede wszystkim, co za brednie o złych siłach astralnych  wygłasza Ludmiła – medium i zarazem przyjaciółka zamordowanego Stanisława?

 

Liczba zabitych rośnie i coraz trudniej znaleźć odpowiedź na pytanie: kto za tym stoi.              

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kurak1966

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Prolog

Rok 1981

Jacek sięgnął po samopowtarzalny karabin, kaliber dwadzieścia dwa. Sprawdził, czy dobrze leży mu w dłoniach i uśmiechnął się lekko, próbując wyobrazić sobie moment strzału. Ojciec ukrył naboje w innym miejscu niż broń, sądząc, że tak będzie bezpieczniej. Lecz czternastolatek dokładnie wiedział, gdzie ich szukać. Najciszej, jak potrafił, położył karabin na stole. Podszedł do wielkiej, drewnianej szafy, pamiętającej czasy międzywojnia, i otworzył dwa duże skrzydła. Zawiasy skrzypnęły. Nie zwracał jednak na to uwagi. Panowała noc. Przez szczeliny w zasłonach sączyła się jedynie mdła poświata ulicznych latarni, ledwo wydobywająca z mroku fragmenty ulicy Płowieckiej.

Przysunął krzesło, wspiął się i sięgnął ręką na górną półkę, gdzie leżały ubrania ojca. Przełknął głośno ślinę, kiedy wymacał pudełko z nabojami. Zszedł na podłogę. Ostrożnie wziął jeden nabój i załadował do magazynka, a po nim jeszcze cztery; dwa tak na wszelki wypadek. Chciał mieć pewność, że gdyby za pierwszym razem coś poszło nie tak, ma rezerwę. Wykonał ruch manipulatorem zamka, aby wprowadzić kulę do komory nabojowej. Rozległ się suchy szczęk metalu. Nastolatek wyszedł z salonu i ruszył schodami na piętro. Starał się ostrożnie stawiać kroki, aby stare deski skrzypiały jak najmniej. Przekradł się obok sypialni rodziców, którzy zwykle starannie zamykali drzwi na noc i ruszył wprost do pokoju dziewięcioletniej siostry. Ścisnął mocniej broń, przypominając sobie nauki ojca, kiedy wspólnie trenowali na strzelnicy. Najważniejszy podczas strzału był właściwy chwyt i postawa.

Przez górne okno wpadała smużka światła. Jacek zatrzymał się, lufą uchylił drzwi, które otworzyły się bezszelestnie. Zamarł w bezruchu, bo w tym samym momencie dziewczynka przewróciła się na drugi bok. Nie obudziła się jednak i spała dalej. W ciemności dostrzegł jej długie włosy, rozsypane po poduszce jak wachlarz. Wszedł do środka, wycelował i czekał, aby uspokoić oddech. Po kilku sekundach oddał czysty strzał, prosto w głowę siostry. Głuchy huk obudził pozostałych domowników.

Serce Jacka biło miarowo, nawet się nie spocił. Po prostu nacisnął spust, jakby włączał światło albo spuszczał wodę w ubikacji. Pocisk kalibru dwadzieścia dwa trafił dziecko w twarz w okolicach nosa, przebił jej głowę na wylot, a następnie przeszedł przez łóżko i utkwił w podłodze. Ciało, przygwożdżone siłą strzału, ledwie się poruszyło. Patrząc z boku, można było odnieść wrażenie, że mała nadal śpi.

Jedyne, co psuło ten obrazek, to powiększająca się wokół głowy plama krwi. Poduszka, pościel i prześcieradło wyglądały w ciemności tak, jakby ktoś rozlał butelkę atramentu.

Nie zastanawiając się długo, Jacek poruszył manipulatorem zamka, odryglowując broń i powodując wyrzucenie łuski, która upadła na podłogę. Następnie wprawnie przeładował, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku, skąd dobiegały nerwowe głosy i kroki rodziców. Najpierw zobaczył zaspaną matkę, w beżowym szlafroku narzuconym naprędce na nocną koszulę.

– Co to było? Co się stało? – zapytała nieprzytomnym głosem, szukając ręką włącznika. Dokładnie w momencie, kiedy zapaliła światło, padł kolejny strzał. Kobieta zgięła się w pół i złapała za brzuch. Spomiędzy jej palców ciekła krew, kapiąc na podłogę. Zaskoczona stała w miejscu i patrzyła na syna, kompletnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Chciała zrobić krok do przodu, poślizgnęła się jednak i upadła na podłogę. Leżała w korytarzu niczym żuk, który przewrócił się na grzbiet i nie może się podnieść. Jęczała z bólu, próbując zatamować dłońmi uchodzącą z niej krew, a wraz z nią życie.

Chłopak tymczasem po raz kolejny przeładował zamek, i czekał, aż pojawi się ojciec. Mężczyzna wyszedł z pokoju w samych majtkach i białym, nieco przybrudzonym podkoszulku. Miał zmierzwione włosy. Przecierając dłonią twarz, klął coś pod nosem.

– Co to, do kurwy nędzy, za hałasy? – zapytał, ziewając. Spojrzał zaspanymi oczami na leżącą na podłodze żonę i dopiero po chwili zorientował się, co widzi. Odwrócił się w stronę syna i spojrzał mu w oczy.

– Co ty zrobiłeś?! – wyjąkał zbyt oszołomiony, by się przestraszyć.

Jacek podniósł broń, celując prosto w czoło ojca. Zanim nacisnął cyngiel, patrzył mu jeszcze przez moment w oczy. Kula trafiła mężczyznę dokładnie między brwi. Strzał odrzucił ciało do tyłu; upadło na podłogę z głośnym, nieprzyjemnym chrupnięciem.

Tymczasem zabójca stał w miejscu i obserwował. Wreszcie, upewniwszy się że ojciec nie żyje, ruszył korytarzem w stronę schodów. Przeszedł obok umierającej matki, zgasił światło i ruszył na dół z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jak gdyby nigdy nic odłożył karabin na miejsce, po czym wyszedł z domu. Stanął na trawniku i się rozejrzał, jakby czegoś szukał. Ponieważ było cicho i spokojnie, przeszedł przez niewielki podjazd, otworzył furtkę, a następnie wyszedł na jezdnię i czekał.

Dochodziła trzecia w nocy, za godzinę miał się pojawić roznosiciel mleka. O dziwo, strzały nikogo nie zaalarmowały. Ludzie mocno spali. A może nie chcieli się wychylać? Niewykluczone. Czasy były bowiem ciężkie. Wszędzie trwały protesty i strajki, a Polską wstrząsały niepokoje społeczne, z którymi władze nie potrafiły sobie poradzić. Mówiono nawet, że jeśli tak dalej pójdzie, może wydarzyć się coś bardzo, bardzo złego.

Nocną ciszę przerwał narastający szum silnika. Na końcu ulicy zamajaczył duży Fiat. Jacek stanął na środku jezdni i rozłożył ręce. Samochód zatrzymał się z piskiem opon, a ze środka wyskoczył rosły mężczyzna.

– Ej, co robisz na środku drogi? Życie ci niemiłe? – zapytał, przyglądając się szczupłemu chłopakowi, którego twarz pokrywał młodzieńczy trądzik. Młody wydawał się mieć puste, nieobecne oczy. Kulił się trochę w sobie i wyglądał w zasadzie jak przestraszone dziecko, a nie nastolatek.

– Ktoś obrabował mój dom. Pomóżcie mi! – wymamrotał ledwie słyszalnym głosem, szczękając zębami ze strachu. – Tam są moi rodzice i siostra.

Za pierwszym mężczyzną z samochodu wygramoliło się jeszcze trzech. Wszyscy wyglądali na młodych, może studentów. Poszeptali chwilę między sobą, a potem pokazali Jackowi, żeby prowadził do domu i ruszyli za nim. Weszli, ostrożnie rozejrzeli się po parterze, a potem poszli schodami na górę, gdzie po włączeniu światła ujrzeli widok tak przerażający, że omal nie zemdleli z wrażenia. Z trudem powstrzymywali odruchy wymiotne.

– Kurwa, co tu się wydarzyło? – rzucił jeden z mężczyzn. Spojrzał na kobietę leżącą na podłodze, całą we krwi i bez oznak życia.

– Ja pierdolę, patrzcie tutaj – dodał drugi, wskazując palcem na leżącego na plecach ojca, z dziurą między oczami.

– Wychodzimy wszyscy! Już! Niczego nie ruszajmy, bo będziemy mieć problemy. Jedziemy na posterunek! – zarządził kierowca Fiata.

***

Pół godziny później pod murowanym domem Stonogów stały już trzy milicyjne Nyski. Kilku funkcjonariuszy zabezpieczało miejsce zdarzenia. Jeden z nich zabrał Jacka do radiowozu, żeby wstępnie go przepytać na okoliczność zajścia. Chciał jak najprędzej dowiedzieć się, co tu się wydarzyło.

– Widziałeś napastnika? Słyszałeś strzały? – dopytywał.

– To ja ich zabiłem – powiedział nieoczekiwanie chłopak głosem tak spokojnym, jakby kupował chleb i masło w sklepie.

– Słucham? – rzucił milicjant, przecierając jeszcze zaspane oczy. Najwyraźniej sądził, że się przesłyszał.

– Ja ich zastrzeliłem – powtórzył Jacek.

– Ty??? W jaki sposób? – Milicjant w kilka sekund się obudził.

– Karabinem ojca. – Chłopak wzruszył ramionami.

Rozdział 1

Teraz 30 lipca

To depresja – rzuciła Katarzyna Zdanowicz.

Mężczyzna koło sześćdziesiątki, siedzący w fotelu naprzeciwko, poprawił okulary i mruknął z dezaprobatą, jakby zastanawiał się nad tym, co powiedzieć.

– Pozwoli pani, że diagnozę postawię jednak ja. A czemu uważa pani, że ma depresję? – zapytał łagodnie, splatając dłonie.

Kobieta omiotła wzrokiem gabinet terapeutyczny, urządzony skromnie, by nie powiedzieć ascetycznie. Pozbawione ozdób ściany pomalowano na szary kolor. Padały na nie pojedyncze promienie słońca, przebijające się przez nie do końca zasunięte żaluzje.

– Nie potrafię sobie poradzić ze śmiercią mojego męża, choć minęło już osiem miesięcy od jego zaginięcia – odparła, spoglądając beznamiętnym wzrokiem na duże, dębowe biurko. Nie chciała patrzeć mężczyźnie w oczy.

Zdanowicz była atrakcyjną brunetką, przed czterdziestką. Długie włosy związała w kucyk. Miała smutne spojrzenie i ładną, symetryczną twarz, bez grama makijażu. Kształtne usta, które niewątpliwie stanowiły jej atut, zacisnęła teraz w grymasie przytłaczającego smutku i bólu. Skrzyżowała nogi, skuliła się w sobie i przyjęła pozycję zamkniętą. Widać było, że nie czuje się komfortowo.

To była jej pierwsza wizyta u Zygmunta Halęby, znanego psychiatry, a przede wszystkim ordynatora oddziału psychiatrycznego w warszawskim szpitalu przy ulicy Cegłowskiej. Katarzyna zamknęła na moment oczy, przypominając sobie scenę sprzed tygodnia, kiedy rozmawiała z naczelnikiem wydziału kryminalnego stołecznej policji, Michałem Workiem.

***

Inspektor patrzył przez chwilę na policjantkę, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę. Wezwał ją do swojego gabinetu tuż po porannej odprawie. Worek miał niecałe pięćdziesiąt lat i jak na policyjne kryteria, lekką nadwagę. Brzuszek starał się ukrywać pod luźniejszymi koszulami, których trzymał w szafie chyba z setkę. Zakola maskował dłuższą grzywką. Jednak jego sympatyczna, otoczona jasnymi włosami, twarz budziła zaufanie. Znany był z dobrego traktowania podwładnych. Jeśli mieli kłopoty, walczył o nich do upadłego.

– No to co się wczoraj wydarzyło? – zapytał.

– Przecież czytał pan raport.

– Czytałem, ale chcę usłyszeć to od ciebie. Jak to się stało, że dałaś sobie odebrać broń?

– Zaskoczył mnie – powiedziała Zdanowicz, spuszczając głowę.

– Kosiński mówi, że byłaś zamyślona i nieobecna. Nie zareagowałaś właściwie, przez co ten zbir miał wystarczająco dużo czasu, żeby podejść i zabrać ci pistolet – mówił naczelnik.

– Wiem, nie byłam w stanie zareagować. Zamroziło mnie. Nie wiem, jak to się stało.

– Dziewczyno, to nie jest pierwszy raz. Kosiński nie chce już z tobą pracować. Mówi, że stanowisz zagrożenie. Chce zmienić partnera – dodał Worek, poprawiając się na krześle.

– Tak powiedział? – Katarzyna podniosła głowę.

– Tak powiedział. A ja się z nim zgadzam i mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

Komisarz milczała, czekając na to, co za chwilę miało nastąpić.

– Kieruję cię na terapię, w trybie natychmiastowym. Ja rozumiem, że śmierć bliskiej osoby jest ogromnym ciosem i że trudno jest się pozbierać. Sam patrzyłem na umierającą żonę i wiem, co to znaczy.

– Nie potrzebuję terapii. Poradzę sobie – żachnęła się Zdanowicz. Znała badania dotyczące kondycji psychicznej funkcjonariuszy służb mundurowych. Wielu z nich maskowało swoje problemy, obawiając się utraty pracy. Gdyby chodziło wyłącznie o żałobę i smutek po śmierci męża, pewnie dałaby radę z tym żyć i pracować. Zresztą, czas leczy rany. Dużo gorsze było jednak to, o czym Katarzyna bała się nawet pomyśleć.

– Pójdziesz do tego człowieka. – Naczelnik podał jej wizytówkę. – To zaufana osoba. Jest dyskretny.

– A co z papierami?

– Dlatego cię do niego wysyłam, żeby nie popsuć ci papierów. Ja też nikomu nie powiem, chyba, że odmówisz współpracy. Pamiętaj, że jesteś częścią mojego zespołu. A ja nie zostawiam moich ludzi na lodzie. Jest tylko jeden warunek, musisz dać sobie pomóc.

***

– Próbuję jakoś uporać się ze stratą – powiedziała w końcu, odganiając wspomnienie rozmowy z Michałem Workiem. – Myślałam, że jak rzucę się w wir pracy, będzie mi łatwiej. Niestety, nie pomogło. Coraz trudniej jest mi rano wstać i zmusić się do tego, aby umyć zęby, ubrać, ogarnąć i wyjść. Czuję się pusta i bez krzty życia, przeraża mnie to. O ile pamiętam, nazywa się to anhedonia. Staram się skoncentrować na swojej robocie, być profesjonalistką i robić, co jest do zrobienia. Ale łapię się na tym, że rozbiegają mi się myśli, zawieszam się, nie potrafię się skoncentrować. Jakbym nie była sobą. Jakbym nie wiedziała, co się wokół mnie dzieje. Wracam po pracy do domu i kładę się do łóżka. Czasem znikam do rana, a czasem nie śpię całą noc i biję się z myślami. To jest okropne. Mój szef zauważył, że sobie nie radzę, dlatego kazał mi do pana przyjść – wyrzuciła niemal jednym tchem. Powiedziała lekarzowi dużo, choć nie wszystko. Nie wiedziała, jak wyjawić to, co przerażało ją najbardziej. Zdawała sobie jednak sprawę, że jeśli komukolwiek to powie, jej życie zmieni się na zawsze. Nie będzie już drogi odwrotu. – Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie chcę brać psychotropów. Jestem normalna! Pracuję w policji, muszę zachować zdrowy osąd sytuacji – ciągnęła Katarzyna.

– Rozumiem. Na początek proszę spróbować może usiąść wygodnie i przez chwilę pooddychać nieco głębiej, brzuchem – zaproponował lekarz. – A potem porozmawiamy o tym, co się dzieje i jak pani pomóc. I podkreślam, od stawiania diagnoz jestem ja i o żadnej depresji póki co nie mówimy.

Katarzyna posłusznie wyprostowała się w wygodnym fotelu, położyła głowę na oparciu i przymknęła oczy.

– Jak umarł pani mąż? – Usłyszała po chwili spokojny głos terapeuty.

– Zginął z ręki psychopaty, który potem zbezcześcił jego ciało. Nie chcę o tym teraz mówić, bo znowu przywołam te wszystkie obrazy przed oczy. Nie – Potrząsnęła głową.

– Rozumiem, że jest to dla pani traumatyczne wspomnienie. Widzę, że nie jest pani w tej chwili gotowa, aby zmierzyć się z tymi emocjami. Proszę mi wobec tego powiedzieć czy miała pani kiedykolwiek zdiagnozowaną depresję lub inną chorobę o podłożu psychicznym?

– W młodości, kiedy dorastałam, chyba cierpiałam na depresję. – Katarzyna się zamyśliła, próbując sięgnąć pamięcią wiele lat wstecz.

– Powiedziała pani „chyba”. Czy dobrze zatem rozumiem, że nie poszła pani z tym do lekarza? – dopytywał Halęba, przyglądając jej się znad okrągłych szkieł okularów. Oczy miał duże, brązowe, a spojrzenie ciepłe i przyjazne. Jego szczupła, pogodna twarz, ze starannie przystrzyżonym wąsikiem i niewielką, siwiejącą kozią bródką, budziła zaufanie. W zasadzie był odrobinę podobny do Freuda. Na dodatek nosił szykowny, choć staromodny garnitur. Teraz już się takich nie szyło.

– Nie byłam. Chyba nikt wtedy o tym nie pomyślał. Ale wie pan jak to jest, okres dojrzewania bardzo dał mi się we znaki. Zrozumiałam, jakie życie jest skomplikowane i wszystko wydawało mi się bez sensu. No i bałam się, że sobie nie poradzę w świecie, w dorosłym życiu.

– Czy ten lęk towarzyszy pani również teraz? Jak pani się dziś czuje?

– Na szczęście udało mi się wyjść z tego marazmu, mniej więcej gdy zdałam maturę i poszłam na studia. – Zdanowicz potrzasnęła głową, ignorując trochę pytanie. – Teraz czuję głównie ból, rozpacz, pustkę – dodała.

– Mówi się, że żałoba i ból emocjonalny nie są bólem ciała, ale duszy.

– To dobre stwierdzenie.

– Czy może mi pani powiedzieć, jak ocenia skalę swojego bólu? Tak od jednego, do dziesięciu – spytał lekarz.

– Na dziesięć – powiedziała Katarzyna, znów opuszczając wzrok.

Halęba pokiwał głową i zanotował coś w grubym notesie.

– A co pani zdaniem sprawiło, że wyszła wtedy z tego marazmu, jak to określiła.

– Chyba przestałam o tym myśleć, zajęłam się życiem. Miałam naukę, nowych znajomych, nowe obowiązki, studencki świat. Wtedy mi się jakoś udało. A teraz? Działam jak automat. Zatarta maszyna, dla której każda sekunda to upiorna walka z rzeczywistością.

– Wyobrażam sobie, jak musi być pani ciężko. Ale myślę, że porównywanie młodzieńczej niepewności z traumą związaną z utratą najbliższej osoby, nie jest adekwatne. Pomogę pani przeżyć żałobę, opłakać męża, pogodzić się ze stratą i odnaleźć w nowej rzeczywistości. Pozwoli pani, że spytam, co w tym momencie ma dla niej sens? – dopytywał doktor.

– Nic. Sens pojawia się tylko chwilowo. Jak jestem głodna, to sensem jest zrobienie sobie kanapki. Jak idę do pracy, to sensem jest udawanie, że praca mnie interesuje. Ale i tak muszę sobie przypominać, że bez niej nie będę miała środków do życia.

– A co kiedyś miało sens?

– Kiedyś, kiedy przyjęto mnie do policji, sądziłam, że mogę sprawić, aby świat stał się lepszym miejscem. Walczyłam ze złem i chodziło mi o prawdę. Czułam misję.

– Bardzo piękne i szlachetne. Czy nadal może pani się z tym utożsamić?

– Nie. Zawiodłam się. Jak zawsze. Policjanci to tacy sami ludzie, jak ci, których ścigają. Są tak samo cyniczni. Bywają bezwzględni. Niby działają w imię i zgodnie z prawem, ale tak naprawdę często nie potrafią spojrzeć dalej niż na własne korzyści. No wie pan, kariera, awans, premia. Chyba nie znam takich, którzy chcą zmienić świat. Którym chodzi o jakąś prawdę – rzuciła.

– Nie wierzy pani w praworządność?

– Nie wierzę. Policjanci są skorumpowani, niewielu jest takich, którym zależy. Szybko się wypalają, bo widzą, że ta robota to walka z wiatrakami. Zresztą, pana praca też musi być bardzo trudna – zawiesiła na chwilę głos. – Jeśli widzi pan codziennie tyle chorób, obojętności i beznadziei, to musi pan tracić wiarę. A ja po latach służby już wiem, że zło było, jest i zawsze będzie. Mam wręcz wrażenie, że jesteśmy z natury źli i tylko dzięki jakiejś minimalnej warstewce kultury, ogłady i presji społecznej, powstrzymujemy się od robienia złych rzeczy.

– Freud twierdził, że człowiekiem rządzi podświadomość, instynkty. Za najsilniejszy uważał instynkt przetrwania. Widzi pani, to oczywiste, że każdy z nas inaczej postrzega rzeczywistość, inaczej ją interpretuje. I czego innego potrzebuje, aby czuć się bezpiecznie i przetrwać w świecie. Weźmy takie na przykład dzikie zwierzęta. Czy są złe? Nie wydaje mi się. Robią jedynie to, co trzeba, aby przeżyć i przedłużyć istnienie gatunku. Człowiek w gruncie rzeczy podlega tym samym prawom. Według Freuda ta pierwotna siła jest podstawowym źródłem organizacji psychicznej człowieka, naszą psychiczną energią. Motorem napędowym naszego działania. Jednak, jak słusznie pani zauważyła, mamy do dyspozycji coś więcej: kulturę, społeczeństwo, normy etyczne i moralne, umiejętność logicznego i krytycznego myślenia. A to z kolei są czynniki, które pozwalają odkryć i nadać głębszy sens naszemu życiu i działaniom, które podejmujemy. – Zygmunt poprawił się w fotelu.

Katarzyna zrobiła to samo, po czym wydęła policzki. Początkowo udawała tylko zainteresowanie, jednak ten siwy doktor mówił ciekawie rzeczy.

– Co ma pan na myśli?

– Na przykład to, że nauczyliśmy się współpracować i rozwinęliśmy altruizm. Wspieramy i chronimy słabsze jednostki, bo są częścią naszego stada. Generalnie każde istnienie ma dla nas sens, wartość i znaczenie. Dlatego, że swoją indywidualną energią i świadomością współtworzy, czy też współkształtuje nasze otoczenie i świat, w którym żyjemy.

– Ale i tak umieramy, prędzej czy później. Więc po co to wszystko?

– Chciałaby pani, abym odpowiedział na jej pytanie o sens życia jako takiego? Obawiam się, że nie mam takiej wiedzy. Zresztą, czyż nie o to właśnie od wieków spierają się filozofowie? Czy istnieje jedna odpowiedź? A może każdy z nas ma za zadanie odnaleźć sens w tym, co robi? W tym, co uważa za słuszne? Przez lata służby zapewne nie raz miała pani okazję sprawić, aby dla niektórych świat stał się, jak to pani powiedziała, lepszym miejscem, prawda? – zarzucił wędkę Zygmunt.

– Tego nie wiem. Nigdy nie wiem, czy postępuję właściwie. Czy aresztowanie przemocowca, bijącego żonę i dzieci, ale zarazem jedynego żywiciela rodziny jest dobre? Czy dla tej kobiety świat stał się lepszy, po tym jak została sama, nie poradziła sobie z sytuacją i trafiła na ulicę? Wcale nie jestem pewna. Czy człowiek, który zabija w odwecie za wyrządzone kiedyś krzywdy, popełnia zbrodnię? Czy tylko wyrównuje rachunki i przywraca równowagę? – wymieniała policjantka.

– Każdy z nas działa wedle swoich najlepszych intencji i w zgodzie z własną prawdą, świadomością i wewnętrznym kompasem. Nie mamy wglądu w przyszłość ani mocy zmienienia tego, co było. Możemy jedynie działać w teraźniejszości, w rzeczywistości, na którą mamy wpływ. I w zgodzie ze sobą.

– Ale na końcu i tak wszystkich nas czeka to samo. – Komisarz machnęła ręką.

– Co do zasady, tak – zgodził się Halęba. – Słyszałem o incydencie, który miał miejsce. – Terapeuta zmienił temat.

– Michał Worek panu powiedział?

– Tak. Zresztą jak pani doskonale wie, dlatego się dzisiaj spotykamy. Opowie mi pani, co się stało?

– Tylko, że ja nie wiem dokładnie, co się stało. Nie umiałam się skoncentrować. Uciekały mi myśli, jakbym się gdzieś zawiesiła poza sobą. Jakby mnie tam nie było. Jakbym obserwowała to wszystko z bardzo daleka i nie wiedziała, kim jestem.

– Miała pani poczucie wyjścia z ciała? Odłączenia się?

– Chyba tak. Można to chyba tak nazwać.

– A może zareagowała pani z opóźnieniem, bo podświadomie chciała pani, żeby ten bandyta panią zastrzelił? – dopytywał lekarz.

Zdanowicz spojrzała na niego zaskoczona. Nie myślała wcześniej o tym w ten sposób, ale dotarło do niej, że Halęba trafił w sedno.

– Mogło tak być – przyznała z ociąganiem. – To dlatego sobie nie ufam… – Pokiwała głową, jakby zrozumiała coś ważnego. – Jeśli tak na to spojrzeć… to nie dziwię się Kosińskiemu, że nie chce ze mną pracować.

Zamyśliła się na moment i bezwiednie rozejrzała po gabinecie. Zobaczyła, że pokój, z biurkiem, fotelem i siedzącym naprzeciwko niej psychiatrą najpierw zaczyna falować, a po chwili odpływa poza jej świadomość. Wszystko było bardzo dziwne.

Uderzyła ją myśl, że prawdopodobnie tylko ona tego w tej chwili doświadcza. Ilu ludzi, tyle subiektywnych rzeczywistości. Nie ma tej jednej, prawdziwej. W jakiś sposób było to dla niej absolutnie oczywiste, choć jednocześnie zdumiewające. Wiedziała, że lekarze nazywają ten stan derealizacją. Dokładnie tak się teraz czuła, jakby patrzyła na świat przez szybę, ale taką zdeformowaną, zaparowaną, i zabrudzoną sadzą jak drzwiczki kominka. Zdarzało jej się to ostatnio bardzo często.

Sądziła, że z czasem wszystko minie. Wyjdzie z żałoby po Łukaszu, zaangażuje się w nową pracę i życie wróci do normy. Niestety, z każdym tygodniem robiło się coraz gorzej. Jakby znalazła się w potrzasku, bez szans na ucieczkę. Resztkami sił wmawiała sobie, że jeszcze tydzień albo dwa i poczuje się lepiej. Z zamyślenia wyrwał ją przyjemny głos lekarza:

– Przejrzałem akta, dotyczące sprawy pani męża. Bardzo mi przykro. Mogę jedynie domyślać się, jak się pani czuje. Wiem jedno, najgorsze co możemy sobie zrobić w takiej sytuacji, to zamknąć się we własnej głowie, pośród myśli, które w przypadku takich traum bywają straszne. To właśnie oznacza apatię i może prowadzić do depresji. Chciałbym, aby zaczęła pani o tym mówić, choć wiem, jak bardzo wydaje się to pani bolesne – tłumaczył Halęba. – Obawiam się, że bez tego, zapadnie się pani i utknie w pustce, z której trudno się będzie podźwignąć.

– Wszystko, co się wokół mnie dzieje, biorę do siebie. Chwilami dopadają mnie paraliżujące ataki paniki. Nie umiem sobie z nimi poradzić – wyrzuciła z siebie Zdanowicz, próbując opanować łzy. Nie sądziła, że tak szybko się przed Halębą otworzy. Poczuła pewną ulgę. Pomyślała, że mogłaby opowiedzieć mu również o tych innych sprawach – i przez chwilę nawet chciała to zrobić. Powstrzymała ją jednak myśl o tym, że każde słowo, jakie wypowie w tym gabinecie, może zostać wykorzystane przeciwko niej. Halęba jest przecież w stałym kontakcie z Michałem Workiem. Obowiązuje go wprawdzie tajemnica lekarska, więc szczegółów ich rozmów nie zdradzi. Ale może wydać opinię, co do jej zdolności do służby… Odetchnęła głębiej i po chwili zaczęła mówić dalej. – Wie pan, ja naprawdę staram się wziąć w garść. Odwracam swoją uwagę od tego, co się dzieje. Robię sobie gorącą kąpiel, tak gorącą, że odczuwam fizyczny ból. Wtedy skupiam się na doznaniach fizycznych, nie psychicznych. Czasami ćwiczę do upadłego. Innym razem idę na spacer i chodzę po mieście godzinami. Robię to wszystko, bo boję się sięgać po alkohol. Mogłabym nie umieć przestać… – Katarzyna zamilkła, jakby wyczerpana.

– A gdyby pani musiała opisać, kim dla pani był jej mąż? – Halęba znów zmienił kierunek rozmowy.

Pytanie zabrzmiało może dziwnie, ale komisarz zrozumiała, o co lekarzowi chodzi. Westchnęła ciężko. Myślenie o Łukaszu, od którego zaginięcia i śmierci minęło tak wiele dni, nadal sprawiało ból. To była jej wielka miłość, chyba jedyna, jakiej w życiu zaznała. A nieodnalezienie jego ciała jeszcze bardziej utrudniało pogodzenie się z losem. Najgorsze zaś w tym wszystkim było to, że on w pewnym sensie wcale nie odszedł.

– Łukasz był moim światłem. Nadawał rytm mojemu życiu, był punktem odniesienia, sensem, chronometrem, który odmierzał mój czas. Potrafił mi pomóc, wytłumaczyć różne rzeczy albo przynajmniej poprawić mi humor. Kiedy zginął, pogubiłam się sama w sobie. Pochłania mnie coraz większa rozpacz, moje myśli napędzają kolejne, i kolejne, i kolejne. Coraz bardziej pesymistyczne i dołujące.

– Myśli pani o samobójstwie? – rzucił nieoczekiwanie lekarz.

– Tak. – Zdanowicz zawiesiła głos. – To boli tak bardzo, że gotowa jestem zrobić wszystko, aby tego już więcej nie czuć. Na dodatek nie widzę dla siebie przyszłości. Wyobrażam sobie kolejne lata służby i widzę tylko cierpienie. Chyba wtedy myślę sobie, że śmierć mogłaby rozwiązać problem. Przynajmniej przerwałaby męki, a to już coś.

– Ma pani świadomość, że w takim stanie psychicznym pełnienie służby jest na razie wykluczone? – powiedział bez ogródek terapeuta.

– Tak. I ta świadomość również mnie paraliżuje. Bo jeśli stracę pracę, moja sytuacja stanie się jeszcze gorsza.

– Cieszy mnie, że pani się przede mną otworzyła. Chciałbym tylko jasno powiedzieć i podkreślić, że nie rozmawiamy o utracie pracy, tylko o odpoczynku i leczeniu.

– Potrzebuję pomocy. – Katarzyna się rozpłakała, zakrywając twarz dłońmi. – Próbowałam sobie z tym poradzić, ale nie potrafię – dodała.

– Zaczniemy od środków przeciwlękowych i stabilizujących nastrój. Będziemy widywać się co tydzień, aby monitorować pani stan. Oczywiście, gdyby czuła pani, że jest gorzej, że dzieje się coś innego, dodatkowego, proszę bezzwłocznie dzwonić i przyjść. A za kilka tygodni zaczniemy psychoterapię. Na tę chwilę wypisuję pani 4 tygodnie zwolnienia.

– Nie! – zaprotestowała komisarz. – Muszę sobie poradzić bez zwolnienia. I bez leków!

– Obawiam się, że to niemożliwe – Halęba przyjrzał jej się badawczo. – Dlaczego nie chce pani farmakoterapii? I odpoczynku?

– Bo te leki zmącą moją świadomość! A ja i tak chwilami odbieram rzeczywistość w sposób, który mnie przeraża. Nie chcę pogubić się w tym jeszcze bardziej – westchnęła Katarzyna, wycierając łzy.

– Te leki stworzono właśnie po to, by pomóc uporać się z zaburzoną percepcją. Przywrócić równowagę. Oczywiście, nie zmuszę pani do tego, żeby je przyjmowała. Niemniej bez nich nie ma mowy o powrocie do służby i do pełnej dyspozycji psychofizycznej. Zdaje sobie pani z tego sprawę?

– Doktorze, proszę dać mi tydzień. Naczelnik Worek obiecał przesunąć mnie do innych, mniej wymagających zadań. I wspomniał, że dostanę nowego partnera, ponoć ma to być kobieta. Będę miała mniej presji, więcej spokoju i wsparcie. Chcę sprawdzić, jak będę się czuła. Może ta zmiana wpłynie na mnie pozytywnie? Bardzo pana proszę. – Komisarz patrzyła na naczelnika z nadzieją.

– Pani Zdanowicz, spotkaliśmy się dziś na płaszczyźnie… cywilnej. Nie została pani do mnie skierowana oficjalnie przez swojego zwierzchnika. Przyszła pani z jego polecenia, ale przecież dobrowolnie, prosząc o pomoc. Porozmawialiśmy, wyraziłem swoje zdanie. Nie mogę pani niczego zakazać. I wbrew pani woli nie mogę także pomóc. Moim zdaniem za tydzień spotkamy się ponownie albo na tych samych zasadach, albo trafi pani do mnie z pismem z komendy i skierowaniem na leczenie, zaraz po tym, jak ją zawieszą.

– Rozumiem. – Katarzyna pokiwała głową. – Spotkamy się na tych samych zasadach.

– Bardzo dobrze. W przyszłym tygodniu mam dodatkowe dyżury w szpitalu, wobec tego zapraszam do mojego gabinetu na oddziale.

Policjantka pożegnała się z Halębą i wyszła. Jej myśli skierowały się w stronę najbliższego wieczora i nocy. Czy dziś znowu do niej przyjdzie? A może da jej spokój? Czego od niej chciał? Dreszcz strachu przeszedł jej po plecach. Dlaczego życie musiało być tak potworne?

Redakcja:

Agnieszka Bilska, Joanna Czarkowska

Korekta:

Barbara M. Mikulska

Projekt okładki:

Joanna Halerz

Skład wersji elektronicznej:

Hotch Studio Paweł Czarkowski

Wydanie I, Warszawa 2026

ISBN 978-83-66767-16-4

Copyright © by Wojciech Kulawski, Rzeszów 2026

Copyright © for all editions by Wydawnictwo Alegoria, Warszawa 2026

Wydawnictwo Alegoria Sp. z o.o.

Ul. Chmielna 73 B, lok 14

00-801 Warszawa

tel. 600 762 716

e-mail: [email protected]