Ogród zła - Graham Masterton - ebook
Opis

Jim Rook, nauczyciel języka angielskiego w West Grove Community College w Los Angeles, wraca do szkoły po wakacjach, i zastaje w klasie makabryczną instalację na suficie. Ofiarą złożoną w piekielnej liturgii okazuje się jego córka, o której istnieniu dotąd nie wiedział. W krwawym obrzędzie zostają złożone kolejne ofiary. Prześladuje go także postać z szarych kłębów dymu, złowrogi Baal, książę piekła.

W szkole pojawia się nowy uczeń, Simon Silence oraz jego ojciec, pastor. Bardzo im zależy na poznaniu Jima Rooka i zaproszenia go do tajemniczego rytuału, gdzie wykorzystają jego parapsychiczne zdolności. Częstują go jabłkami odmiany paradise, a po ich zjedzeniu Jim przestaje panować nad sobą, nad swoją agresją i chucią. Jim Rook ulega nagabywaniom, chcąc przywołać z krainy zmarłych swego ojca i niewinne ofiary. Decyzja okazuje się fatalna. Z grobów powstają dzieci biblijnej Lilith. Rozpętuje się piekło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

GRA­HAM MA­STER­TON

Po­pu­lar­ny pi­sarz an­giel­ski. Uro­dził się w 1946 w Edyn­bur­gu. Po ukoń­cze­niu stu­diów pra­co­wał jako re­dak­tor w mie­sięcz­ni­kach, m.in. May­fa­ir i an­giel­skim od­dzia­le Pen­tho­use’a. Au­tor licz­nych hor­ro­rów, ro­man­sów, po­wie­ści oby­cza­jo­wych, thril­le­rów, po­rad­ni­ków sek­su­olo­gicz­nych. Zdo­byw­ca Ed­gar Al­lan Poe Award, Prix Ju­lia Ver­lan­ger i no­mi­na­cji do Bram Sto­ker Award. De­biu­to­wał w 1976 hor­ro­rem Ma­ni­tou (ze­kra­ni­zo­wa­nym z To­nym Cur­ti­sem w roli głów­nej). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki obej­mu­je po­nad 80 ksią­żek – po­wie­ści i zbio­rów opo­wia­dań – o cał­ko­wi­tym na­kła­dzie prze­kra­cza­ją­cym 20 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy, z cze­go po­nad dwa mi­lio­ny ku­pi­li pol­scy czy­tel­ni­cy. Wiel­ką po­pu­lar­ność pi­sa­rza w Pol­sce, któ­rą czę­sto od­wie­dza, ugrun­to­wał cykl po­rad­ni­ków sek­su­olo­gicz­nych, w tym wie­lo­krot­nie wzna­wia­nych ty­tu­łów Ma­gia sek­su i Po­tę­ga sek­su. W ostat­nim cza­sie uka­za­ły się Upa­dłe anio­ły, Czer­wo­ny Ho­tel, Ogród zła i Com­mu­ni­ty. Wkrót­ce pre­mie­ry ko­lej­nych po­wie­ści Ma­ster­to­na – Dro­ught i Scar­let Wi­dow.

www.gra­ham­ma­ster­ton.co.uk / gra­ham­ma­ster­ton.blox.pl

Tego au­to­ra

Sagi hi­sto­rycz­ne

WŁAD­CY PRZE­STWO­RZY

WŁAD­CZY­NI

DY­NA­STIA

CyklRook

ROOK

KŁY I PA­ZU­RY

STRACH

DE­MON ZIM­NA

SY­RE­NA

CIEM­NIA

ZŁO­DZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

CyklMa­ni­tou

MA­NI­TOU

ZE­MSTA MA­NI­TOU

DUCH ZA­GŁA­DY

KREW MA­NI­TOU

AR­MA­GE­DON

CyklWo­jow­ni­cy Nocy

ŚMIER­TEL­NE SNY

PO­WRÓT WO­JOW­NI­KÓW NOCY

DZIE­WIĄ­TY KOSZ­MAR

Inne ty­tu­ły

STUD­NIE PIE­KIEŁ

BON­NIE WIN­TER

ANIOŁ JES­SI­KI

STRAŻ­NI­CY PIE­KŁA

KOSZ­MAR

DE­MO­NY NOR­MAN­DII

ŚWIĘ­TY TER­ROR

SZA­RY DIA­BEŁ

ZWIER­CIA­DŁO PIE­KIEŁ

ZJA­WA

BEZ­SEN­NI

DZIEC­KO CIEM­NO­ŚCI

CZAR­NY ANIOŁ

STRACH MA WIE­LE TWA­RZY

SFINKS

WY­ZNAW­CY PŁO­MIE­NIA

WEN­DI­GO

OKRU­CHY STRA­CHU

CIA­ŁO I KREW

DRA­PIEŻ­CY

WAL­HAL­LA

PIA­TA CZA­ROW­NI­CA

MU­ZY­KA Z ZA­ŚWIA­TÓW

BŁY­SKA­WI­CA

DUCH OGNIA

ZA­KLĘ­CI

UPA­DŁE ANIO­ŁY

OGRÓD ZŁA

COMA

SU­SZA

SZKAR­ŁAT­NA WDO­WA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

GAR­DEN OF EVIL

Co­py­ri­ght © Gra­ham Ma­ster­ton 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Wie­sław Mar­cy­siak 2013

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ło­dziń­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: ma­xstock­pho­to/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-130-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział 1

Smog był tak gę­sty, że Jim do ostat­niej chwi­li nie zo­ba­czył ciem­nej po­sta­ci zbli­ża­ją­cej się po pod­jeź­dzie przed szko­łą. Mu­siał z ca­łej siły wci­snąć ha­mu­lec i ostro skrę­cić w lewo, aby nie ude­rzyć w prze­chod­nia. Sa­mo­chód wpadł w po­ślizg, a opo­ny za­pisz­cza­ły prze­ni­kli­wie pa­nicz­nym chó­rem.

Przez kil­ka ko­lej­nych se­kund sie­dział za kie­row­ni­cą z wa­lą­cym ser­cem. Z od­twa­rza­cza CD na­sta­wio­ne­go na mak­sy­mal­ną gło­śność nadal pły­nę­ły dźwię­ki V Kon­cer­tu for­te­pia­no­we­go Beetho­ve­na, ale ka­nap­ka z pa­stra­mi i se­rem szwaj­car­skim wy­lą­do­wa­ła Ji­mo­wi na ko­la­nach.

– Jezu – wy­szep­tał. Wie­dział, że praw­do­po­dob­nie je­chał za szyb­ko, że po­wi­nien mieć włą­czo­ne świa­tła i zwra­cać więk­szą uwa­gę na to, co ma przed sobą, a nie na je­dzo­ną ka­nap­kę. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie miał tyl­ko to, że po­stać, któ­ra po­ja­wi­ła się na sa­mym środ­ku jezd­ni, ubra­na była cał­ko­wi­cie na czar­no.

Jim po­zbie­rał krom­ki chle­ba żyt­nie­go, ser, pa­stra­mi i ogór­ki kon­ser­wo­we, któ­re wy­lą­do­wa­ły na jego gra­na­to­wych dżin­sach. Wy­siadł z sa­mo­cho­du i ro­zej­rzał się. Po­stać zni­kła we mgle, co Jim uznał za bar­dzo dziw­ne. Bo jak cie­bie ktoś nie­omal prze­je­dzie, to co ro­bisz? Albo krzy­czysz na nie­go, wrzesz­czysz i oskar­żasz, że jeź­dzi jak pier­do­lo­ny wa­riat, albo mó­wisz mu, że wy­mi­nął cię o cen­ty­me­try, ale nic ci nie jest. Nig­dy jed­nak tak po pro­stu nie od­cho­dzisz, jak gdy­by nic się nie sta­ło.

– Halo! – za­wo­łał Jim. – Halo! Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Żad­nej od­po­wie­dzi. I ani śla­du czło­wie­ka. Tyl­ko dła­wią­ca ścia­na żół­ta­we­go smo­gu, któ­ry tłu­mił nie­ustan­ny szum po­jaz­dów na San Die­go Fre­eway.

– Hej­że! Halo! Prze­pra­szam, je­że­li pana prze­stra­szy­łem! Chcę tyl­ko się upew­nić, że jest pan cały!

Głos był bez­barw­ny i zu­peł­nie się nie niósł, jak­by Jim krzy­czał w dźwię­kosz­czel­nej ka­bi­nie. Zno­wu żad­nej od­po­wie­dzi. Rzu­cił w tra­wę frag­men­ty roz­wa­lo­nej ka­nap­ki, otrze­pał dło­nie i wró­cił do sa­mo­cho­du. Włą­czył sil­nik i ru­szył po­wo­li ulicz­ką, zgar­bio­ny nad kie­row­ni­cą, wpa­tru­jąc się uważ­nie przed sie­bie, na wy­pa­dek gdy­by po­stać wciąż szła środ­kiem.

Do­tarł na szczyt wznie­sie­nia, gdzie pod­jazd prze­cho­dził w duży plac do za­wra­ca­nia przed głów­nym wej­ściem do szko­ły. Bu­dyn­ki col­le­ge’u stop­nio­wo wy­ła­nia­ły się ze smo­gu ni­czym ja­kiś za­mek wid­mo. Było jesz­cze wcze­śnie, oko­ło siód­mej trzy­dzie­ści, i tyl­ko kil­ko­ro uczniów cho­dzi­ło tam i z po­wro­tem, choć po­nad dwa­dzie­ścio­ro z nich ze­bra­ło się pod wiel­kim cy­pry­sem przed bu­dyn­kiem, któ­ry był ulu­bio­nym miej­scem spo­tkań, aby po­plot­ko­wać, po­śmiać się i po­flir­to­wać przed za­ję­cia­mi.

Jim prze­je­chał obok nich bar­dzo po­wo­li, przy­glą­da­jąc się każ­de­mu po ko­lei, ale nikt nie przy­po­mi­nał ciem­nej po­sta­ci, któ­rej omal nie prze­je­chał. Co naj­mniej kil­ko­ro z nich było ubra­nych w czar­ne swe­try lub czar­ne ko­szul­ki, ale wszy­scy no­si­li dżin­sy lub luź­ne spodnie do pół łyd­ki. Czte­rech uczniów mia­ło bejs­bo­lów­ki, a trzech tor­by spor­to­we prze­wie­szo­ne przez ra­mię, wy­pcha­ne książ­ka­mi. Poza tym więk­szość była zbyt przy­sa­dzi­sta, a ciem­na po­stać na pod­jeź­dzie była wy­so­ka i bar­dzo szczu­pła – jak roz­cią­gnię­ty cień.

Jim zre­zy­gno­wał z po­szu­ki­wań i prze­je­chał na par­king dla pra­cow­ni­ków. Jak zwy­kle wma­new­ro­wał swo­je­go mer­cu­ry’ego ma­rqu­isa w ko­lo­rze zie­lo­ny me­ta­lik na miej­sce za­re­zer­wo­wa­ne dla Roy­sto­na Den­ma­na, sze­fa ma­te­ma­ty­ków. Mer­cu­ry miał pięć i pół me­tra dłu­go­ści i metr osiem­dzie­siąt sze­ro­ko­ści, a miej­sce Roy­sto­na Den­ma­na przy­le­ga­ło do wjaz­du i było znacz­nie więk­sze od po­zo­sta­łych.

Wy­siadł, wy­jął tecz­kę z ba­gaż­ni­ka, a na­stęp­nie pod­szedł do uczniów pod cy­pry­sem.

– Czy ktoś z was wi­dział męż­czy­znę, któ­ry szedł pod­jaz­dem przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi? Cały ubra­ny na ciem­no.

– Szedł? – ode­zwał się je­den z uczniów.

– Tak, no wiesz. To wte­dy, kie­dy sta­wiasz jed­ną sto­pę przed dru­gą, a to cu­dem prze­no­si cię z jed­ne­go miej­sca w inne.

Pra­wie wszy­scy po­krę­ci­li prze­czą­co gło­wa­mi.

– Jezu, za­uwa­żył­bym ko­le­sia, któ­ry idzie do col­le­ge’u.

– Do­bra – po­wie­dział Jim. – Tyl­ko py­tam. Ktoś z was tu­taj jest w kla­sie dru­giej spe­cjal­nej?

Trzech pod­nio­sło ręce – bar­dzo wy­so­ki czar­no­skó­ry chło­pak w wor­ko­wa­tym sza­rym dre­sie, ład­na blon­dy­necz­ka o po­strzę­pio­nych lo­kach w ob­ci­słym ró­żo­wym T-shir­cie mie­nią­cym się srebr­ny­mi ce­ki­na­mi i ru­do­wło­sy chło­piec wy­go­lo­ny na za­pał­kę, o wy­bu­ja­łym czer­wo­nym trą­dzi­ku, ubra­ny w ja­skra­wo­zie­lo­ną blu­zę.

– Do­brze. Na­zy­wam się Rook i pro­wa­dzę za­ję­cia uzu­peł­nia­ją­ce w wa­szej kla­sie. Więc zo­ba­czy­my się póź­niej, ga­gat­ki.

Wła­śnie wte­dy na scho­dach pro­wa­dzą­cych do głów­ne­go wej­ścia do­strzegł She­ilę Co­le­fax. Pod­biegł, aby się z nią zrów­nać. She­ila uczy­ła hisz­pań­skie­go w sali obok Jima. Była drob­ną, dziar­ską bru­net­ką, ale za­wsze no­si­ła oku­la­ry w cięż­kich opraw­kach, bluz­kę za­pię­tą aż pod szy­ję i za­bez­pie­czo­ną brosz­ką, a do tego ob­ci­słą spód­ni­cę do ko­lan. Od­kąd Jim po raz pierw­szy ją spo­tkał, na­wie­dza­ła go fan­ta­zja, w któ­rej She­ila ma na so­bie pod tym ofi­cjal­nym stro­jem czar­ny gor­set i czar­ne poń­czo­chy, a kie­dy już zdej­mu­je oku­la­ry i roz­pusz­cza wło­sy, ty­gry­si­cą w łóż­ku.

– Cześć, She­ila! Cómo esta usted?

– Bar­dzo do­brze, dzię­ku­ję, Jim.

– Cuál es le pre­cio de la sal­chi­cha hoy?

She­ila na­wet nie spoj­rza­ła na nie­go, ale nadal po­spiesz­nie wcho­dzi­ła po scho­dach.

– Przy­pusz­czam, że to ćwi­czy­łeś – rzu­ci­ła ostro.

– No tak, przy­zna­ję. Hisz­pań­ski to fak­tycz­nie nie jest mój dru­gi ję­zyk.

Do­tar­ła na szczyt scho­dów i sta­nę­ła przed nim.

– Jim, cza­sa­mi nie wiem, czy je­steś igno­ran­tem, czy nie­let­nim, czy pro­sta­kiem, a może wszyst­kim na­raz. Py­ta­niem, ile kosz­tu­je kieł­ba­sa, nie uwo­dzi się ko­bie­ty.

– Żar­tu­jesz! To wła­śnie to zna­czy? My­śla­łem, że to był kom­ple­ment. Coś w ro­dza­ju… „Dla mnie, moja ko­cha­na, je­steś cen­niej­sza od sza­fi­rów”.

Przez mo­ment Jim po­waż­nie my­ślał, że She­ila ma za­miar go spo­licz­ko­wać. Ale po­tem moc­no za­ci­snę­ła usta, aby po­wstrzy­mać się od śmie­chu, a jej oczy roz­po­go­dzi­ły się za oku­la­ra­mi. Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Je­steś na­praw­dę je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju, co? „Cen­niej­sza od sza­fi­rów”. Chy­ba ani przez chwi­lę nie my­śla­łeś, że to wła­śnie to zna­czy, mam ra­cję?

– Nie – przy­znał Jim. – Ale to cię roz­śmie­szy­ło, praw­da? I mógł­bym cię tak roz­śmie­szać cały wie­czór, gdy­byś mi po­zwo­li­ła.

Pchnę­ła drzwi do bu­dyn­ku, Jim po­dą­żył za nią, ale wte­dy jego tecz­ka utknę­ła w drzwiach ob­ro­to­wych. Mu­siał ją szarp­nąć i pę­kła rącz­ka.

– Cho­le­ra – za­klął.

She­ila od­wró­ci­ła się i po­wie­dzia­ła:

– Mam taką że­la­zną za­sa­dę, Jim. Żad­nych ran­dek z ko­le­ga­mi z pra­cy; pod żad­nym po­zo­rem, nig­dy. Przy­kro mi.

– Ehr­lich­man nie musi wie­dzieć.

– To nie o to cho­dzi. Spo­tka­ła mnie nie­przy­jem­ność, kie­dy uczy­łam w San Luis Obi­spo. Nie­waż­ne, jak bar­dzo je­steś dys­kret­ny, to za­wsze koń­czy się pła­czem.

– She­ila…

– Nie, Jim.

To po­wie­dziaw­szy, ode­szła ko­ry­ta­rzem w stro­nę po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, a jej ob­ca­sy stu­ka­ły po wy­po­le­ro­wa­nym PCV. Jim stał sam przez chwi­lę z tecz­ką w jed­nej ręce i ode­rwa­ną rącz­ką w dru­giej. Mi­nę­ło go trzech uczniów, ob­da­ro­wu­jąc głu­pa­wy­mi uśmie­cha­mi. Spoj­rzał na nich ostro i rzu­cił:

– Cze­go?

Wciąż tam stał, kie­dy dy­rek­tor, dok­tor Ehr­lich­man, wy­padł ze swo­je­go ga­bi­ne­tu. Ehr­lich­man był ni­ski i przy­gar­bio­ny, z ły­si­ną łusz­czą­cą się od opa­la­nia, wy­łu­pia­sty­mi zie­lo­ny­mi ocza­mi i no­sem, któ­ry Jim za­wsze miał ocho­tę na­ci­snąć ni­czym sta­ro­świec­ką trąb­kę w sa­mo­cho­dzie. Jim po­my­ślał, że gdy­by Ehr­lich­man nie zo­stał mia­no­wa­ny dy­rek­to­rem West Gro­ve Com­mu­ni­ty Col­le­ge, mógł­by z ła­two­ścią zna­leźć al­ter­na­tyw­ne za­trud­nie­nie jako klaun.

– Jim! Cie­bie szu­kam!

– O, pan dy­rek­tor. Jak mi­nę­ły wa­ka­cje? Po­je­chał pan na Bora-Bora, praw­da, czy ra­czej do Bo­li­wii?

– Do Buł­ga­rii. Moja żona ma krew­nych w So­fii. Było bar­dzo kul­tu­ral­nie. Cóż, praw­dę mó­wiąc, mo­gło być bar­dzo kul­tu­ral­nie. Ale krew­ni żony są nie­co pro­ści, je­śli to wła­ści­we sło­wo.

– Pro­ści. Tak, wiem, co ma pan na my­śli. Mam pro­ste­go wuj­ka w San Fran­ci­sco. Wu­jek Ned. Klnie jak szewc, pije jak smok, ale za­wsze tra­fia zwy­cięz­ców na wy­ści­gach w Gol­den Gate Fields, to mu­szę mu przy­znać. Nie musi za­ra­biać na ży­cie jak pan i ja.

Dok­tor Ehr­lich­man pod­niósł sko­ro­szyt, któ­ry trzy­mał w ręce, i prze­rzu­cił trzy kart­ki.

– Ach, jest tu­taj. Masz do­dat­ko­we­go ucznia w dru­giej spe­cjal­nej. Si­mo­na Si­len­ce’a.

– Si­len­ce? Co to za na­zwi­sko?

– To syn pa­sto­ra Joh­na Si­len­ce’a.

– Nig­dy o ta­kim nie sły­sza­łem.

– No cóż, ja też nie, aż do dziś.

Dok­tor Ehr­lich­man prze­wer­to­wał ko­lej­ne dwie lub trzy kart­ki i po­wie­dział:

– Tak, tu jest. Wie­leb­ny John Si­len­ce jest głów­nym pa­sto­rem Ko­ścio­ła Bo­że­go Pod­bo­ju. Lo­oko­ut Mo­un­ta­in Ave­nue osiem ty­się­cy sto trzy­dzie­ści sześć w Lau­rel Ca­ny­on.

– Mimo to nig­dy o nim nie sły­sza­łem. Ani o Ko­ście­le Bo­że­go… cze­goś tam.

– Pod­bo­ju.

– Obo­jęt­nie. Ale do­brze. Jaką ma hi­sto­rię ten dzie­ciak?

– Naj­wy­raź­niej był na­ucza­ny w domu, aż do te­raz, kie­dy to wie­leb­ny Si­len­ce za­pra­gnął, aby miał kon­takt z ró­wie­śni­ka­mi i stał się tro­chę bar­dziej oby­ty w świe­cie.

– W świe­cie? Do­sta­nie dużo świa­ta w tej kla­sie, mogę to obie­cać.

Dok­tor Ehr­lich­man pod­niósł owło­sio­ną rękę i spoj­rzał na swo­je­go cięż­kie­go zło­te­go ro­le­xa.

– Apel dla wszyst­kich o ósmej trzy­dzie­ści. Po­sta­rasz się przyjść, co? Nie tak jak w ostat­nim se­me­strze… i przed­ostat­nim? Mam bar­dzo waż­ne ko­mu­ni­ka­ty.

– Hej… ale im­po­nu­ją­cy ze­ga­rek – po­wie­dział Jim. – Ile panu te­raz pła­cą?

– Ten ze­ga­rek kosz­to­wał pięć­dzie­siąt buł­gar­skich le­wów na pchlim tar­gu przed so­bo­rem Świę­te­go Alek­san­dra New­skie­go w So­fii. To oko­ło trzy­dzie­stu pię­ciu do­la­rów.

– Do­bra, dok­to­rze E. Wie­rzę.

Jim po­szedł ko­ry­ta­rzem, aż do­tarł do drzwi kla­sy dru­giej spe­cjal­nej. Były świe­żo po­ma­lo­wa­ne na sza­ro­nie­bie­ski mat, aby po­kryć graf­fi­ti, któ­re po­ja­wi­ło się pod ko­niec ostat­nie­go se­me­stru: UWA­GA, TU­MA­NY! Chwy­cił za klam­kę, ale z ja­kie­goś po­wo­du, któ­ry nie do koń­ca był dla nie­go ja­sny, za­wa­hał się, za­nim je otwo­rzył. Po­my­ślał: je­stem tu­taj, na po­cząt­ku ko­lej­ne­go se­me­stru. Jak dłu­go to ro­bię? Ile jesz­cze razy mam to ro­bić? Czy tak ma wy­glą­dać całe moje ży­cie, otwie­ra­nie drzwi rok po roku i mie­rze­nie się z ko­lej­ną kla­są opóź­nio­nych i próż­nia­ków, któ­rzy po pro­stu nie mogą zro­zu­mieć, dla­cze­go „może” i „mo­rze” pi­sze się in­a­czej, i nig­dy tego nie zro­zu­mie­ją, do koń­ca ży­cia.

Wa­hał się jesz­cze przez chwi­lę, a po­tem otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka. W kla­sie in­ten­syw­nie pach­nia­ła la­wen­do­wa pa­sta do pod­ło­gi, a przez okna Jim wi­dział, że smog stop­nio­wo się pod­no­si i prze­świe­ca przez nie­go słoń­ce. Przed szko­łą ucznio­wie szli przez po­zła­ca­ną mgłę ni­czym du­chy.

Przed nim sta­ło szes­na­ście ła­wek, czte­ry rzę­dy po czte­ry. Prze­szedł po­wo­li mię­dzy nimi tam i z po­wro­tem. Za go­dzi­nę bę­dzie tu sie­dzieć czter­na­stu uczniów – bia­łych, czar­nych, Chiń­czy­ków, La­ty­no­sów, kto wie? Czter­na­ście zdez­o­rien­to­wa­nych i nie­chęt­nych mło­dych umy­słów, któ­re miał wy­cią­gnąć z nie­do­li pół­a­nal­fa­be­ty­zmu, SMS-owa­nia i slan­gu. Nie spo­dzie­wał się, że będą pi­sać jak Walt Whit­man czy Emi­ly Dic­kin­son, żeby tyl­ko po­tra­fi­li wy­peł­nić po­da­nie o pra­cę. Cho­ciaż od cza­su do cza­su uda­wa­ło im się go za­sko­czyć.

Jim wró­cił do biur­ka, otwo­rzył tecz­kę i wy­jął z niej plik pa­pie­rów z wy­dru­kiem pierw­szej lek­cji dnia. Była to li­sta dwu­dzie­stu zdań dla ca­łej kla­sy, w któ­rych ucznio­wie mie­li pod­kre­ślić wszyst­kie nie­po­praw­ne gra­ma­tycz­nie lub za­wie­ra­ją­ce li­te­rów­kę sło­wa. „Grom w ba­se­ball ju­tro z mo­imi przy­ja­cie­la­mi”. „Ra­zem z Kim po­szłem na che­ese­bur­ge­ry w Bur­ger King”. „Tata po­szeł na ryby i zła­pał ło­sia”. „Bie­głę przez tum lu­dzi, szu­ka­jąc mamy”.

Prze­szedł po­now­nie mię­dzy ław­ka­mi, kła­dąc po jed­nym ar­ku­szu na każ­dej z nich. W od­da­li usły­szał dzwo­nek i od­głos trza­ska­ją­cych drzwi, pisk i szu­ra­nie wie­lu tram­pek, gdy ucznio­wie wle­wa­li się do we­wnątrz. Za kil­ka mi­nut spo­tka te­go­rocz­ną kla­sę dru­gą spe­cjal­ną, twa­rzą w twarz. Gdy­bym wie­rzył w Boga, po­my­ślał, to­bym się te­raz prze­że­gnał. Oku­la­ry, ją­dra, ze­ga­rek i port­fel.

Wró­cił na przód kla­sy, aby wy­jąć li­stę uczniów. Jed­nak gdy to zro­bił, usły­szał gło­śne „kap!”, jak­by ka­pa­ła woda. Po­tem ko­lej­ne. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył, że na ar­ku­szu pa­pie­ru, któ­ry wła­śnie po­ło­żył na trze­ciej ław­ce od przo­du, w dru­gim rzę­dzie, po­ja­wi­ły się dwie kar­ma­zy­no­we pla­my, nie­omal tak duże jak maki.

Wró­cił tam, pod­niósł ar­kusz i zmarsz­czył czo­ło. Dwie pla­my były mo­kre, jak­by to była far­ba albo krew. Po­wą­chał je. Nie pach­nia­ły far­bą, więc za­czął przy­pusz­czać, że to krew. Ale skąd, do dia­bła, się wzię­ła?

W tym mo­men­cie ko­lej­na kro­pla wy­lą­do­wa­ła mu na grzbie­cie dło­ni, cie­pła i lep­ka, i ko­lej­na, nie­mal rów­no­cze­śnie, na rę­ka­wie jego ja­sno­błę­kit­nej, płó­cien­nej ma­ry­nar­ki. Wte­dy spoj­rzał w górę i zo­ba­czył, co zo­sta­ło przy­bi­te do su­fi­tu.

Otwo­rzył i za­mknął usta, ale nie był w sta­nie wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa. Nie ro­zu­miał, jak mógł wejść do kla­sy i nie za­uwa­żyć tego od razu. Może był zbyt za­ję­ty roz­kła­da­niem ćwi­czeń i my­śla­mi o te­go­rocz­nych uczniach? Poza tym to zo­sta­ło za­mo­co­wa­ne po­mię­dzy dwie­ma dłu­gi­mi ja­rze­niów­ka­mi, któ­re zwi­sa­ły oko­ło pół me­tra od su­fi­tu, więc kie­dy stał z przo­du kla­sy, prak­tycz­nie było nie­wi­docz­ne.

Po­środ­ku su­fi­tu twa­rzą w dół, z rę­ka­mi i no­ga­mi sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi zo­sta­ła przy­bi­ta naga dziew­czy­na. Gwoź­dzie zo­sta­ły wbi­te w jej dło­nie, łok­cie, uda, ko­la­na i kost­ki. Cała była po­ma­lo­wa­na na bia­ło far­bą kle­jo­wą, przez co trud­niej było Ji­mo­wi ją zo­ba­czyć, kie­dy wszedł do kla­sy. Po­wie­ki mia­ła za­mknię­te, a jej sztyw­ne wło­sy roz­ło­żo­no w wa­chlarz. Wy­glą­da­ła bar­dziej jak ka­mien­ny po­sąg niż isto­ta ludz­ka, ale z jej czę­ścio­wo otwar­tych, pęk­nię­tych ust ka­pa­ła krew.

Do­oko­ła niej przy­mo­co­wa­no osiem bia­łych jak śnieg ko­tów per­skich, każ­dy z co naj­mniej czte­re­ma gwoźdź­mi wbi­ty­mi w cia­ło; tak­że zwie­rzę­ta mia­ły nogi roz­cią­gnię­te jak dziew­czy­na. Cała ta ma­ka­brycz­na in­sta­la­cja z dziew­czy­ny i ko­tów wy­glą­da­ła jak ry­tu­al­ny sym­bol czar­nej ma­gii.

Ale na su­fi­cie? W kla­sie col­le­ge’u? Przed no­wym se­me­strem szko­ła była re­mon­to­wa­na i sprzą­ta­na. Jim nie po­tra­fił so­bie na­wet wy­obra­zić, jak ktoś mógł to zro­bić – ani kie­dy – żeby nikt go nie zo­ba­czył ani nie usły­szał. I, na li­tość bo­ską, dla­cze­go?

Stał, wpa­tru­jąc się w dziew­czy­nę i koty przez pra­wie pół mi­nu­ty. Czuł się jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Wi­dział w ży­ciu wszel­kie­go ro­dza­ju zja­wy i du­chy, ale nig­dy cze­goś ta­kie­go.

Bar­dzo po­wo­li po­szedł ty­łem w kie­run­ku drzwi, jed­no­cze­śnie wy­cią­ga­jąc te­le­fon ko­mór­ko­wy z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Gdy do­tarł do drzwi, te na­gle otwo­rzy­ły się z roz­ma­chem i dziew­czy­na o po­strzę­pio­nych wło­sach w ró­żo­wym T-shir­cie wpa­dła do środ­ka.

– To ta kla­sa, tak? Dru­ga spe­cjal­na?

Jim na­tych­miast od­wró­cił się i wy­pchnął dziew­czy­nę z po­wro­tem na ko­ry­tarz, aż zde­rzy­ła się z prysz­cza­tym, ru­do­wło­sym chło­pa­kiem, któ­ry zna­lazł się tuż za nią.

– Wyjść! – po­le­cił im. Mó­wił znacz­nie gło­śniej, niż za­mie­rzał, nie­omal krzy­czał.

– Co? Ka­za­li nam wejść i zna­leźć kla­sę!

– Wyjdź­cie! Coś się sta­ło. Nie mo­że­cie wejść. Wyjdź­cie na chwi­lę i po­cze­kaj­cie na mnie, wte­dy po­roz­ma­wia­my.

– Co się sta­ło? Co?

– Nie wiem, praw­dę mó­wiąc. Zu­peł­nie nie mam po­ję­cia. Pchnął dziew­czy­nę w ra­mię po raz ostat­ni, zde­cy­do­wa­nie, ale de­li­kat­nie, a po­tem za­mknął drzwi i prze­krę­cił klucz. Wi­dział, jak chu­dy Mu­rzyn za­glą­da przez okrą­głe okien­ko w drzwiach, roz­płasz­cza­jąc nos o szy­bę.

– Nie wiem, co się sta­ło – po­wtó­rzył pod no­sem, a po­tem wy­krę­cił 911 i spy­tał: – Po­li­cja?

Rozdział 2

– Po­rucz­nik Har­ris mó­wił mi o panu – po­wie­dział de­tek­tyw Bren­nan z gło­śnym kich­nię­ciem. – Pa­mię­ta pan po­rucz­ni­ka Har­ri­sa? Te­raz jest na eme­ry­tu­rze. Pro­wa­dzi skle­pik na polu gol­fo­wym. Dzie­więć do­la­rów za wia­dro pi­łek.

– Jak mógł­bym o nim za­po­mnieć?

– Wie pan, co mi po­wie­dział? „Je­śli coś na­praw­dę dziw­ne­go wy­da­rzy się w West Gro­ve Com­mu­ni­ty Col­le­ge, mo­żesz po­sta­wić wła­sną dupę, że pierw­sze na­zwi­sko, któ­re się po­ja­wi, to Rook”. Ta­kie do­kład­nie były jego sło­wa.

– Mam na­dzie­ję, że nie pró­bu­je pan su­ge­ro­wać, że w ogó­le mia­łem z tym coś wspól­ne­go.

Jim sie­dział w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim przy sto­le za­wa­lo­nym pa­pie­ra­mi. Se­kre­tar­ka dok­to­ra Ehr­lich­ma­na, Rosa, przy­nio­sła mu ku­bek moc­nej czar­nej kawy, ale nadal był cały roz­trzę­sio­ny. Cały czas miał przed ocza­mi ala­ba­stro­wą twarz mar­twej dziew­czy­ny, ze struż­ką krwi po­wo­li ciek­ną­cą z ką­ci­ka ust.

Po­li­cja przy­by­ła pięt­na­ście mi­nut po we­zwa­niu. Te­raz na szkol­nym par­kin­gu zro­bi­ło się tłocz­no z po­wo­du par­ku­ją­cych tam pię­ciu czar­no-bia­łych ra­dio­wo­zów, dwóch hu­mvee i czte­rech róż­nych fur­go­ne­tek na­le­żą­cych do okrę­go­we­go CSI, ko­ro­ne­ra z Los An­ge­les i Wy­dzia­łu Opie­ki nad Zwie­rzę­ta­mi, a tak­że wo­zów te­le­wi­zyj­nych KABC i Fox 11 News.

Wszyst­kich pię­ciu­set sześć­dzie­się­ciu uczniów i więk­szość pra­cow­ni­ków ode­sła­no do domu. Na miej­scu zo­stał dok­tor Ehr­lich­man, z fru­stra­cji cho­dzą­cy tam i z po­wro­tem po ko­ry­ta­rzu, po­mniej­szy król bez kró­le­stwa, jak Lord Fa­rqu­aad w Shre­ku.

– Nie wi­dział pan w po­bli­żu ni­ko­go, kto nie miał pra­wa tu prze­by­wać ofi­cjal­nie? – py­tał de­tek­tyw Bren­nan. Był to duży męż­czy­zna o wo­sko­wej ce­rze, jak­by nig­dy nie wy­cho­dził na świa­tło dzien­ne. Miał kęp­kę szpa­ko­wa­tych wło­sów mię­dzy du­ży­mi za­ko­la­mi i błysz­czą­ce oczy ze zbież­nym ze­zem, co spra­wia­ło, że wy­glą­dał, jak­by sta­le ko­goś o coś po­dej­rze­wał. Ubra­ny był w po­mię­ty gar­ni­tur kha­ki, spod za krót­kich spodni wy­sta­wa­ły po­roz­cią­ga­ne be­żo­we skar­pet­ki. Brzuch zwi­sał mu nad pa­skiem.

Jim od­sta­wił ku­bek kawy i po­krę­cił gło­wą.

– W ogó­le nie wi­dzia­łem ni­ko­go oprócz pani Co­le­fax. I spójrz­my praw­dzie w oczy, nikt sa­mo­dziel­nie nie mógł przy­bić tej dziew­czy­ny do su­fi­tu. Nie mó­wiąc już o tych wszyst­kich ko­tach. Po­trze­ba by co naj­mniej dwóch lub trzech chło­pa­ków i ja­kie­goś ro­dza­ju plat­for­my.

– Pew­nie coś po­mo­że, jak ją zi­den­ty­fi­ku­je­my – po­wie­dział de­tek­tyw Bren­nan. Wy­jął zmię­tą chu­s­tecz­kę i skru­pu­lat­nie za­czął ją roz­wi­jać.

– Może tak, może nie. Ja na pew­no jej nie roz­po­zna­łem.

De­tek­tyw Bren­nan wy­dmu­chał nos, a na­stęp­nie na po­wrót zło­żył chu­s­tecz­kę.

– Nie­na­wi­dzę tego upior­ne­go gów­na. Nie wie pan, jak bar­dzo. Kil­ka ty­go­dni temu mie­li­śmy te­le­fon z ho­te­lu Szep­czą­cych Palm. Po­ko­jów­ka we­szła do jed­ne­go z po­koi, aby po­ście­lić łóż­ka, i zna­la­zła na po­dusz­kach dwie gło­wy. Dwie gło­wy, męż­czy­zny i ko­bie­ty. Nadal nie wie­dzą, do kogo na­le­ża­ły i gdzie jest resz­ta ciał.

Prze­rwał i wy­ko­nał gest w stro­nę su­fi­tu.

– Ale to… to jest sto razy bar­dziej upior­ne. Nie­na­wi­dzę tego gów­na.

Jim nic nie po­wie­dział. On bar­dziej chciał zro­zu­mieć, dla­cze­go dziew­czy­na i koty zo­sta­ły w ten kon­kret­ny spo­sób przy­bi­te do su­fi­tu, a nie jak tego do­ko­na­no. Był pe­wien, że ich uło­że­nie jest sym­bo­licz­ne, cho­ciaż zu­peł­nie nie miał po­ję­cia, co by mo­gło sym­bo­li­zo­wać. Wi­dział pen­ta­gra­my, spi­ra­le i od­wró­co­ne krzy­że. Ale dziew­czy­na po­kry­ta war­stwą bia­łej far­by i oto­czo­na ośmio­ma bia­ły­mi ko­ta­mi?

Wła­śnie wte­dy roz­le­gło się ci­che pu­ka­nie do drzwi po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go.

– Pro­szę! – za­wo­łał de­tek­tyw Bren­nan. Ale drzwi po­zo­sta­ły za­mknię­te i nikt nie od­po­wie­dział.

Po chwi­li zno­wu usły­sze­li ko­lej­ne stuk­nię­cie. Tak­że ci­che, ale upo­rczy­we.

De­tek­tyw Bren­nan prze­szedł przez po­kój i otwo­rzył drzwi.

– Tak? – po­wie­dział.

Na ze­wnątrz stał wy­so­ki, chu­dy chło­pak. Miał dłu­gie blond wło­sy zwią­za­ne z tyłu w kit­kę i bar­dzo bla­dą, kan­cia­stą twarz. Był cał­kiem przy­stoj­ny, na mo­dłę hip­pi­sow­ską, jak­by po­zba­wio­ny krwi, wy­bie­lo­ny. Miał na so­bie luź­ną bia­łą ko­szu­lę, nie­za­pię­tą pod szy­ją, z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi, a do tego luź­ne spodnie z bia­łe­go płót­na i rze­mien­ne san­da­ły. Przez ra­mię prze­rzu­cił so­bie bia­ły wo­rek ju­to­wy.

– Prze­pra­szam pana – ode­zwał się. – Szu­kam kla­sy dru­giej spe­cjal­nej. – Jim okre­ślił­by jego ak­cent na Lu­izja­nę albo Mis­si­si­pi… głę­bo­kie Po­łu­dnie w każ­dym ra­zie. Ci­chy, jak jego pu­ka­nie do drzwi, ale draż­nią­cy.

– Szko­ła jest dzi­siaj za­mknię­ta, synu – oznaj­mił de­tek­tyw Bren­nan. – Nikt ci nie po­wie­dział, jak wcho­dzi­łeś? Ktoś po­wi­nien.

– Za­mknię­ta?

– Był wy­pa­dek. Hm, zo­ba­czysz to wszyst­ko w wia­do­mo­ściach te­le­wi­zyj­nych.

– Nie mamy te­le­wi­zo­ra. Mój oj­ciec nie po­chwa­la tego.

– Och. Cóż, mo­żesz prze­czy­tać o tym w ga­ze­tach.

– Nie do­sta­je­my żad­nych ga­zet. Mój oj­ciec…

– Twój oj­ciec też nie po­chwa­la ga­zet. Ro­zu­miem. Cóż, brak wia­do­mo­ści to do­bra wia­do­mość, jak to mó­wią, ale nie wi­dzę nic złe­go w ko­mik­sach.

– Po­cze­kaj – ode­zwał się Jim. – Niech zgad­nę. Je­steś Si­mon Si­len­ce, praw­da? A twój oj­ciec to wie­leb­ny John Si­len­ce.

– Tak jest, pro­szę pana. Wła­śnie tak.

Jim wstał i pod­szedł do drzwi.

– W ta­kim ra­zie za­pra­sza­my do wspa­nia­łe­go świa­ta edu­ka­cji ma­so­wej. Po­win­ni­śmy spo­tkać się ju­tro rano, o ile po­li­cja za­koń­czy szu­ka­nie w szko­le do­wo­dów są­do­wych. Na­zy­wam się Rook, a dru­ga spe­cjal­na to moja kla­sa.

– Miło mi pana po­znać. Nig­dy wcze­śniej nie cho­dzi­łem do szko­ły. Hm, nig­dy na­wet nie by­łem w szko­le. Oj­ciec mnie uczył, prze­waż­nie, cho­ciaż mia­łem ko­re­pe­ty­to­rów z fi­zy­ki i ma­te­ma­ty­ki. Na pew­no mi się spodo­ba.

– Tak my­ślisz? To do­brze. Cie­szę się wo­bec tego. Ale za­nim po­pad­niesz w zbyt­nią eks­ta­zę, po­cze­kaj, aż spo­tkasz swo­ich ko­le­gów. Na­wet ja ich jesz­cze nie po­zna­łem.

– Idź, chłop­cze – rzekł de­tek­tyw Bren­nan. – Pędź do domu i wróć ju­tro.

Si­mon Si­len­ce zi­gno­ro­wał go i po­wie­dział:

– Mogę za­dać tyl­ko jed­no py­ta­nie, pro­szę pana?

– Tak, śmia­ło. O co cho­dzi?

– Wiem, że uczy pan an­giel­skie­go.

– Pro­wa­dzę za­ję­cia wy­rów­naw­cze z an­giel­skie­go, mó­wiąc do­kład­nie. An­giel­ski dla uczniów, któ­rzy nie wi­dzą nic złe­go w mó­wie­niu: „Ta piz­za jest do­bra, ale ta jest dużo do­bra, a tam­ta jesz­cze do­brzej­sza od wszyst­kich, ja­kie ja­dłem”.

Si­mon Si­len­ce uśmiech­nął się bla­do do Jima.

– Tak na­praw­dę chcia­łem pana za­py­tać, czy daje pan kla­sie ja­kieś du­cho­we wspar­cie.

– Du­cho­we wspar­cie? Ja­kie­go ro­dza­ju? Masz na my­śli re­li­gię? Nie uczę re­li­gii, Si­mon. Cza­sa­mi roz­ma­wia­my o ży­ciu i śmier­ci, ale tyl­ko wte­dy, gdy do­ty­czy to wier­sza lub ese­ju, albo ja­kiejś hi­sto­rii, któ­rą oma­wia­my.

Nie mo­głam sta­nąć i cze­kać na Śmierć –

Ona sama mnie pod­wio­zła – uprzej­ma –

Brycz­ka zmie­ści­ła nas dwie –

I jesz­cze Nie­śmier­tel­ność…

– Omów cy­tat – po­le­cił Jim.

– Nie cho­dzi­ło mi o taki ro­dzaj du­cho­we­go wspar­cia. Chciał­bym wie­dzieć, czy kie­dy­kol­wiek kla­sa ma ko­rzyść z pań­skie­go… – Urwał, a pra­wą ręką ro­bił kół­ka, jak­by nie po­tra­fił zna­leźć sło­wa.

Jim cze­kał cier­pli­wie, aż w koń­cu po­wie­dział:

– Tak? Ko­rzyść z mo­je­go…?

– Prze­pra­szam. Po­wi­nie­nem już iść, praw­da?

– Nie, Si­mon. Ko­rzyść z mo­je­go… cze­go?

Si­mon Si­len­ce spoj­rzał na nie­go. Reszt­ki smo­gu ustę­po­wa­ły i na­gle pro­mie­nie słoń­ca oświe­tli­ły chło­pa­ka, wpa­da­jąc przez okno do po­ko­ju. Świa­tło było tak ja­skra­we, że wy­da­wa­ło się, jak­by jego twarz była cał­ko­wi­cie po­zba­wio­na ry­sów. Tyl­ko bla­do­nie­bie­skie oczy i ja­sne brwi. Mógł być akwa­re­lą, na któ­rą ktoś wy­lał wodę do płu­ka­nia pędz­la i wszyst­kie ko­lo­ry się zmy­ły.

– Oj­ciec mówi, że wszy­scy mają dar, pro­szę pana, każ­dy z nas. Tyl­ko spo­sób, w jaki wy­ko­rzy­stu­je­my na­sze ta­len­ty, robi róż­ni­cę. Wiem, że ma pan dar. Rzad­ki i wspa­nia­ły. Dla­te­go mój oj­ciec przy­słał mnie tu­taj. Py­ta­łem po pro­stu, jak swo­bod­nie dzie­li się pan nim z ucznia­mi.

De­tek­tyw Bren­nan po­ło­żył rękę na ra­mie­niu Si­mo­na.

– No, chłop­cze. Wy­star­czy. Va­mos. Przyjdź ju­tro.

Si­mon Si­len­ce po­stał chwi­lę w drzwiach, wciąż pa­trząc na Jima tymi bla­do­nie­bie­ski­mi ocza­mi, jak­by był go­tów cze­kać na od­po­wiedź tak dłu­go, jak trze­ba. Smog znów na chwi­lę przy­sło­nił słoń­ce, a gdy w po­ko­ju zro­bi­ło się ciem­no, rysy twa­rzy chło­pa­ka sta­ły się wy­raź­niej­sze. Jed­no­cze­śnie za­czę­ły się sub­tel­nie zmie­niać i nie­win­ny wy­gląd ustą­pił prze­bie­głe­mu.

– Jest tyl­ko jesz­cze jed­na rzecz – po­wie­dział Si­mon, zdej­mu­jąc płó­cien­ną tor­bę z ra­mie­nia; po­lu­zo­wał sznu­rek i za­czął grze­bać w środ­ku.

– Na­praw­dę po­wi­nie­neś już iść do domu, Si­mon – po­wie­dział mu Jim. – Co­kol­wiek to jest, może po­cze­kać do ju­tra.

De­tek­tyw Bren­nan za­czął za­my­kać drzwi. Ale za­nim zdą­żył to zro­bić, Si­mon wy­cią­gnął rękę z wor­ka. Trzy­mał w niej błysz­czą­ce ró­żo­wo-zie­lo­ne jabł­ko.

– To dla pana – po­wie­dział. – Mamy sad w po­bli­żu Ba­kers­field i sami je ho­du­je­my.

– Jabł­ko dla na­uczy­cie­la? – spy­tał Jim. – To nie jest szko­ła pod­sta­wo­wa, wiesz.

– Mój oj­ciec mówi, że je­śli ktoś daje ci pre­zent, na­le­ży za­wsze dać mu coś w za­mian. To jest mój po­da­ru­nek jako po­dzię­ko­wa­nie za po­da­ru­nek od pana.

Jim wziął jabł­ko i po­wą­chał je. Pach­nia­ło bar­dzo słod­ko i aro­ma­tycz­nie, ale wy­czu­wał też pew­ną kwa­sko­wość… bar­dziej jak owoc ta­ma­ryn­dow­ca niż jabł­ko.

– To od­mia­na o na­zwie pa­ra­di­se – po­wie­dział Si­mon Si­len­ce. – W tym re­gio­nie ro­śnie tyl­ko w na­szym sa­dzie. Au­to­bu­sem przy­wo­zi­my włó­czę­gów i bez­dom­nych, aby je zry­wa­li, i po­zwa­la­my im jeść tyle, ile chcą. Na­stęp­nie roz­dzie­la­my je za dar­mo każ­de­mu, kto przy­cho­dzi do na­sze­go ko­ścio­ła, aby się mo­dlić.

– Do­brze, dzię­ki – od­po­wie­dział mu Jim. – Może zo­ba­czy­my się rano.

Si­mon Si­len­ce po raz ko­lej­ny sła­bo uśmiech­nął się do Jima, a po­tem od­wró­cił się i od­szedł, kla­piąc san­da­ła­mi o pod­ło­gę.

– Nie za­zdrosz­czę panu na­ucza­nia ta­kich świ­rów – ode­zwał się de­tek­tyw Bren­nan, za­my­ka­jąc drzwi.

Jim nic nie po­wie­dział, kil­ka­krot­nie pod­rzu­cił jabł­ko, któ­re dał mu Si­mon Si­len­ce. Chło­piec nie­po­ko­ił go z kil­ku po­wo­dów. Był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem więk­szo­ści uczniów, któ­rych mu­siał uczyć w kla­sie spe­cjal­nej. Wy­da­wał się spryt­ny i pew­ny sie­bie i choć miał sil­ny ak­cent po­łu­dniow­ca, mó­wił gra­ma­tycz­nie i w ogó­le bez slan­gu.

Za­nie­po­ko­iło go jesz­cze to, co chło­pak mó­wił o jego da­rze. Gdy­by nie wspo­mniał o „wspar­ciu du­cho­wym”, Jim może by po­my­ślał, że cho­dzi mu tyl­ko o jego ta­lent do na­ucza­nia opóź­nio­nych pół­a­nal­fa­be­tów, jak zbu­do­wać ma­ją­ce sens, po­praw­ne gra­ma­tycz­nie zda­nie. Jed­nak było oczy­wi­ste, że Si­mon nie po­trze­bo­wał wie­le wspar­cia w sztu­ce wy­ra­ża­nia sie­bie.

Kie­dy Jim miał sie­dem lat, nie­omal zmarł na za­pa­le­nie płuc. Wy­zdro­wiał, ale stop­nio­wo do­cie­ra­ło do nie­go, że po bli­skim spo­tka­niu z tam­tym świa­tem po­zo­sta­ła mu zdol­ność wi­dze­nia du­chów, zjaw i wszel­kie­go ro­dza­ju in­nych nad­przy­ro­dzo­nych by­tów, od po­lter­ge­istów po de­mo­ny. Wi­dział je i mógł rów­nież z nimi roz­ma­wiać, gdy się po­ja­wia­ły.

Te­raz był pe­wien, że to jest wła­śnie ten dar, o któ­rym mó­wił Si­mon. Ale skąd on o tym wie­dział? Jim na­uczył się z tym żyć, a cza­sem ko­rzy­stać z tej umie­jęt­no­ści, aby po­móc lu­dziom, któ­rych nę­ka­ły mści­we lub złe du­chy. Jed­nak nie mógł zro­zu­mieć, jak syn ka­zno­dziei o tym usły­szał i dla­cze­go tak bar­dzo się tym in­te­re­so­wał.

Zno­wu roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi; tym ra­zem była to ko­bie­ta z CSI w ja­skra­wo­bia­łym kom­bi­ne­zo­nie, o po­licz­kach za­czer­wie­nio­nych od ka­sku ochron­ne­go.

– To wszyst­ko, de­tek­ty­wie. Skoń­czy­li­śmy. Po­win­ni­śmy mieć dla was wstęp­ne ra­por­ty do koń­ca ty­go­dnia. Ale na tym eta­pie nie są­dzę, żeby dużo z nich wy­ni­kło.

– Ja­kieś su­ge­stie, jak to zo­sta­ło zro­bio­ne?

Agent­ka CSI po­trzą­snę­ła blond lo­ka­mi.

– Jak do­tąd żad­nych. Brak od­ci­sków pal­ców, brak śla­dów bu­tów, nic. Mamy oczy­wi­ście te gwoź­dzie i bę­dzie­my pró­bo­wa­li wy­śle­dzić, skąd po­cho­dzą; po­bie­rze­my rów­nież prób­ki bia­łej far­by, któ­rą ofia­ra zo­sta­ła po­kry­ta. Wy­dział Opie­ki nad Zwie­rzę­ta­mi spraw­dzi koty. Wszyst­kie wy­glą­da­ją na ro­do­wo­do­we, więc pra­wie na pew­no mają mi­kro­chi­py.

– Do­brze, to po­win­no nam po­móc – stwier­dził de­tek­tyw Bren­nan. – Nie co­dzien­nie ktoś idzie do ho­dow­cy ko­tów i ku­pu­je osiem bia­łych per­sów. Albo je krad­nie.

– Nadal nie mam po­ję­cia, jak dziew­czy­na i koty zo­sta­ły przy­bi­te do su­fi­tu – po­wie­dzia­ła agent­ka. – Je­śli spraw­cy uży­li rusz­to­wa­nia albo dra­bi­ny, na pod­ło­dze mu­sia­ły­by zo­stać ja­kieś śla­dy. A tam nic nie ma. W ogó­le brak ja­kich­kol­wiek wgnie­ceń.

– Czy kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła pani coś ta­kie­go? – spy­tał Jim. – Nie­ko­niecz­nie na su­fi­cie. Ale po­dob­ny układ…

ko­bie­ta z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi i no­ga­mi, a do­oko­ła koty? Albo coś choć­by po czę­ści po­dob­ne­go?

Agent­ka po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nig­dy. I wierz­cie mi, wi­dzia­łam prze­róż­ne uło­że­nia ciał. Gło­wa ko­bie­ty przy­szy­ta do cia­ła męż­czy­zny i od­wrot­nie. Fa­cet, któ­rym wy­pcha­no ko­nia wy­ści­go­we­go, z gło­wą wy­sta­ją­cą spod ogo­na. Nig­dy nie do­wie­dzie­li­śmy się, kto to zro­bił, ale chy­ba mo­że­my od­gad­nąć, co chciał tym wy­ra­zić.

– Dzię­ki, Mo­ira – ode­zwał się de­tek­tyw Bren­nan. – Będę cze­kać na wia­do­mość od cie­bie. Pa­nie Rook, może pan wra­cać do domu, jak pan chce. Dał mi pan swój nu­mer ko­mór­ki, praw­da? Może za­dzwo­nię, je­śli po­ja­wi się coś no­we­go.

– Do­brze – od­parł Jim. Pod­niósł tecz­kę, wrzu­cił do niej jabł­ko i opu­ścił bu­dy­nek. Na ze­wnątrz było te­raz cie­pło i ja­sno. Za­zwy­czaj, je­śli nie­ocze­ki­wa­nie do­stał dzień wol­ny, uda­wał się do 26 Be­ach Re­stau­rant w Ve­ni­ce, za­ma­wiał piwo oraz bur­ge­ra z pro­sciut­to i prze­ko­ma­rzał się chwi­lę z ulu­bio­ną kel­ner­ką, Imel­dą.

Ale dzi­siaj nie był w na­stro­ju do ni­cze­go poza po­wro­tem do domu. Chciał usiąść i spró­bo­wać zro­zu­mieć, co tak na­praw­dę się sta­ło. Wciąż nie mógł uwie­rzyć, że to, cze­go był świad­kiem, rze­czy­wi­ście się zda­rzy­ło.

Wsiadł do sa­mo­cho­du i z pi­skiem opon wy­je­chał z par­kin­gu. Po­je­chał z po­wro­tem pod­jaz­dem, wciąż my­śląc o dziew­czy­nie i ko­tach na su­fi­cie, i o ciem­nej po­sta­ci, któ­rą pra­wie prze­je­chał w po­ran­nej mgle. Po­wie­dział de­tek­ty­wo­wi Bren­na­no­wi o nim (lub niej, czym­kol­wiek mo­gła być ta po­stać), ale de­tek­tyw nie oka­zał zbyt­nie­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Jak sam pan po­wie­dział, ża­den czło­wiek nie mógł tego zro­bić w po­je­dyn­kę, bez po­mo­cy.

Gdy prze­jeż­dżał mię­dzy brą­zo­wy­mi ce­gla­ny­mi fi­la­ra­mi, któ­re wy­zna­cza­ły te­ren szko­ły, jego wzrok przy­ku­ła bia­ła pla­ma po­śród drzew, po le­wej stro­nie. Zwol­nił, a po­tem za­trzy­mał się, marsz­cząc brwi; cof­nął sa­mo­chód o dwa­dzie­ścia lub trzy­dzie­ści me­trów i opu­ścił szy­bę, tak że wi­dział bia­ły kształt wy­raź­niej.

Obok dro­gi, w miej­scu, gdzie skrę­ca­ła od North Sal­ta­ir Ave­nue w kie­run­ku Sun­set, znaj­do­wał się za­gaj­nik cie­ni­stych dę­bów. Pod tymi dę­ba­mi z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi stał Si­mon Si­len­ce w sze­ro­kiej bia­łej ko­szu­li i luź­nych bia­łych spodniach. Był od­wró­co­ny do Jima ple­ca­mi, więc trud­no było do­kład­nie zo­ba­czyć, co robi. Ale Jima przede wszyst­kim za­sko­czył wi­dok sied­mior­ga czy ośmior­ga mło­dych lu­dzi, któ­rzy sie­dzie­li wo­kół Si­mo­na w pół­ko­lu ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi i wpa­try­wa­li się w nie­go jak urze­cze­ni, jak­by ocza­ro­wał ich czymś, co mó­wił.

Z tego, jak byli ubra­ni, a tak­że po spor­to­wych tor­bach le­żą­cych obok nich na zie­mi Jim do­my­ślił się, że są to ucznio­wie. Cof­nął się jesz­cze ka­wa­łek i wła­śnie wte­dy roz­po­znał chu­de­go Mu­rzy­na, któ­re­go wi­dział wcze­śniej tego ran­ka pod cy­pry­sem, a tak­że ład­ną blon­dyn­kę o po­strzę­pio­nych wło­sach, w ró­żo­wej ko­szul­ce.

Zo­stał tam przez chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­wi­nien iść i za­py­tać ich, co ro­bią. Był świa­dom, że to, czym się zaj­mu­ją poza szko­łą, nie jest jego spra­wą. Mo­gli so­bie ska­kać na go­la­sa albo pa­lić skrę­ty, albo jed­no i dru­gie, i nic nie mógł z tym zro­bić, chy­ba że za­dzwo­nić na po­li­cję. Poza tym nie znał jesz­cze ich na­zwisk i nie wie­dział, ilu z nich jest z jego kla­sy. Zde­cy­do­wa­nie nie chciał wyjść na sztyw­nia­ka, któ­ry się wtrą­ca do za­ba­wy, jesz­cze za­nim ich po­znał. Ni­cze­go ich nie na­uczy, je­śli nie zdo­bę­dzie ich za­ufa­nia.

Mimo wszyst­ko Si­mon Si­len­ce uru­cho­mił jego pa­ra­nor­mal­ną wraż­li­wość, jak włą­czo­ny alarm prze­ciw­wła­ma­nio­wy w od­le­głym ma­ga­zy­nie, na któ­ry nikt nie re­agu­je. Coś tu­taj było nie tak, cho­ciaż na­wet nie do­my­ślał się, co to ta­kie­go. Coś bar­dzo nie tak.

Sie­dział tam jesz­cze chwi­lę, kie­dy na­gle roz­legł się ogłu­sza­ją­cy dwu­to­no­wy klak­son. Spoj­rzał w lu­ster­ko wstecz­ne i zo­ba­czył, że tuż za nim stoi wiel­ki czar­ny do­dge ram i cze­ka nie­cier­pli­wie, aż on zje­dzie ze środ­ka dro­gi.

Po­ma­chał przez okno ręką na prze­pro­si­ny i ru­szył. Ale wte­dy wła­śnie zo­ba­czył, jak Si­mon Si­len­ce od­wra­ca się z tym sa­mym prze­bie­głym uśmie­chem co wcze­śniej.

Rozdział 3

Kie­dy Jim za­par­ko­wał na stro­mym pod­jeź­dzie przed swo­im blo­kiem przy Briarc­liff Road, za­stał Ric­ky’ego Ka­min­sky’ego sie­dzą­ce­go na scho­dach, gra­ją­ce­go na hisz­pań­skiej gi­ta­rze i pa­lą­ce­go skrę­ta.

– Hej, je­steś z po­wro­tem su­per­w­cze­śnie – przy­wi­tał go Ric­ky, a pa­pie­ros pod­ska­ki­wał mu w ustach. – Nie mów mi… spoj­rza­łeś tyl­ko raz na nową kla­sę i to­tal­nie się spie­tra­łeś?

Ric­ky był ar­ty­stą miesz­ka­ją­cym na par­te­rze. Prze­kro­czył sześć­dzie­siąt­kę, miał dzi­ką grzy­wę si­wych wło­sów i ob­wi­sły siwy wąs. Jego po­marsz­czo­na twarz wy­glą­da­ła jak skó­rza­na po­de­szwa, któ­rą sta­le wy­sta­wiał na słoń­ce, deszcz i wiatr na wszyst­kich ple­ne­ro­wych kon­cer­tach roc­ko­wych od Wo­od­stock po Al­ta­mont. Był ubra­ny tyl­ko w skó­rza­ną ka­mi­zel­kę i dżin­sy, a na jego na­giej, ko­ści­stej i brą­zo­wej jaku wę­dzo­ne­go śle­dzia pier­si spo­czy­wa­ło sześć lub sie­dem na­szyj­ni­ków z ko­lo­ro­wych pa­cior­ków.

– Mie­li­śmy pew­ne pro­ble­my z bez­pie­czeń­stwem – po­wie­dział Jim.

– Pro­ble­my z bez­pie­czeń­stwem? Po co ten eu­fe­mizm?

– Zna­la­złem mar­twą dziew­czy­nę w mo­jej kla­sie. I do­dat­ko­wo kil­ka mar­twych ko­tów.

Ric­ky zmru­żył oczy, ale nie prze­sta­wał grać na gi­ta­rze.

– Cho­le­ra. O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

– Sam chciał­bym wie­dzieć. Wy­glą­da­ło to na ja­kiś ry­tu­ał.

– Kur­wa, są na świe­cie dziw­ne typy, chło­pie. Mó­wię ci. Kie­dyś my­śla­łem, że lata sześć­dzie­sią­te były dziw­ne. Po­tem, że sie­dem­dzie­sią­te. Ale dzi­siaj… kur­czę. Cały pie­przo­ny świat jest dziw­ny. Masz…

Wy­jął pa­pie­ro­sa z ust i pod­su­nął go Ji­mo­wi, ki­wa­jąc gło­wą dla za­chę­ty.

– To do­bre gów­no, sta­ry. Chcesz spró­bo­wać? Zła­go­dzi two­je pro­ble­my, tak to dzia­ła.

Jim po­krę­cił gło­wą.

– Nie, dzię­ki. Chy­ba i tak wy­star­cza­ją­co dużo dzie­je się w mo­jej gło­wie bez tych rze­czy. Tak czy in­a­czej, dla­cze­go ty nie pra­cu­jesz? My­śla­łem, że masz skoń­czyć to zle­ce­nie dla bi­blio­te­ki w We­stwo­od.

– Pra­cu­ję nad tym, pra­cu­ję. Mam pew­ne trud­no­ści, to wszyst­ko. Far­ba nie umie się za­cho­wać.

– Co to zna­czy? Ku­pi­łeś ja­kąś nie­po­słusz­ną far­bę? Za­bierz ją z po­wro­tem do skle­pu i za­żą­daj zwro­tu pie­nię­dzy.

Ric­ky prze­stał grać i oparł gi­ta­rę o sto­pień.

– Nie… mó­wię po­waż­nie, chło­pie. Cho­dzi o to… Sam pi­su­jesz tro­chę po­ezji od cza­su do cza­su, co? Wiesz, jak to jest, gdy sło­wa nie za­cho­wu­ją się tak, jak od nich ocze­ku­jesz?

– Nie do koń­ca.

– No to ci po­ka­żę.

Ric­ky wstał i po­pro­wa­dził Jima po scho­dach do swo­je­go miesz­ka­nia. Wy­bla­kłe czer­wo­ne drzwi fron­to­we były otwar­te i z wnę­trza do­cho­dził sil­ny za­pach ka­dzi­deł i ter­pen­ty­ny. W du­żym po­ko­ju pa­no­wał cha­os. Trzy szta­lu­gi sta­ły pod róż­ny­mi ką­ta­mi do sie­bie, a pod ścia­na­mi usta­wio­no dzie­siąt­ki nie­do­koń­czo­nych płó­cien. Stół na ko­złach pe­łen pędz­li, gał­ga­nów i za­schnię­tych pa­let oraz dzie­sią­tek do po­ło­wy wy­ci­śnię­tych tub z far­bą olej­ną wy­glą­dał jak wie­lo­barw­ne gniaz­do wi­ją­ce się od ro­ba­ków.

Ścia­ny wy­ło­żo­ne były in­dyj­ski­mi dy­wa­ni­ka­mi – czer­wo­ny­mi, brą­zo­wy­mi i zie­lo­ny­mi, a z su­fi­tu zwi­sa­ły mo­sięż­ne lam­py owi­nię­te czer­wo­ny­mi je­dwab­ny­mi sza­la­mi. W rogu zaś sta­ła orien­tal­na klat­ka z czer­wo­ną pa­gu­gą sie­dzą­cą na żer­dzi.

– To ob­raz, któ­ry mam na­ma­lo­wać dla bi­blio­te­ki We­stwo­od – po­wie­dział Ric­ky. Ski­nął gło­wą w kie­run­ku szta­lug po pra­wej stro­nie, z du­żym płót­nem przed­sta­wia­ją­cym męż­czy­znę w bia­łym płasz­czu, sie­dzą­ce­go na krze­śle ni­czym na tro­nie, oto­czo­ne­go przez małe dzie­ci. Na ko­la­nach miał gru­bą księ­gę opra­wio­ną w skó­rę i naj­wy­raź­niej im coś czy­tał.

Jim spo­glą­dał na ob­raz, dłu­go nic nie mó­wiąc. Po­my­ślał, że bla­dy męż­czy­zna jest nie­sa­mo­wi­cie po­dob­ny do Si­mo­na Si­len­ce’a, choć to mu­siał być przy­pa­dek. Nie mo­gło być in­a­czej. Albo zbieg oko­licz­no­ści, albo pa­rap­sy­chicz­ny bu­dzik Jima nadal ci­cho dzwo­nił w głę­bi jego umy­słu.

– Kto to jest? – spy­tał.

– To ma być Ga­wę­dziarz. Kil­ka razy w mie­sią­cu bi­blio­te­ka or­ga­ni­zu­je ga­wę­dy dla ma­lu­chów i star­sza­ków. Chcie­li po­wie­sić ja­kiś ob­raz w ką­ci­ku, gdzie bę­dzie się im czy­tać.

– Nie… mia­łem na my­śli, kogo uży­łeś jako mo­de­la?

– Wła­śnie, kur­wa, w tym sęk. To jest mo­del. – Ric­ky pod­szedł do szta­lug i pod­niósł ko­lo­ro­we zdję­cie męż­czy­zny z po­za­gi­na­ny­mi ro­ga­mi. Wrę­czył je Ji­mo­wi i do­dał: – Tak miał wy­glą­dać Ga­wę­dziarz.

Czło­wiek na zdję­ciu miał okrą­głą twarz i wy­glą­dał jo­wial­nie, pra­wie jak Świę­ty Mi­ko­łaj bez bro­dy. Po­licz­ki miał czer­wo­ne, a oczy skrzy­ły się hu­mo­rem; do tego uśmie­chał się sze­ro­ko i ra­do­śnie.

– Tak na­praw­dę fa­cet na­zy­wa się Mor­ton Toft i pro­wa­dzi Bro­uha­ha Bar na Wil­shi­re. Spe­cjal­nie go wy­bra­łem, bo za­wsze opo­wia­da nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie i ma twarz przy­ja­zną dzie­ciom.

– Więc… co się sta­ło? Twój Ga­wę­dziarz wy­glą­da zu­peł­nie in­a­czej.

– Nie umiem go na­ma­lo­wać in­a­czej, to dla­te­go. Szki­cu­ję jego rysy, mie­szam far­by, a on za­wsze tak wy­cho­dzi. Ta twarz, na któ­rą pa­trzysz, to, kur­wa, trze­cia, jaką na­ma­lo­wa­łem, jed­ną na dru­giej.

Jim pod­szedł do ob­ra­zu i spoj­rzał Ga­wę­dzia­rzo­wi w oczy. Nie było wąt­pli­wo­ści: był nie­sa­mo­wi­cie po­dob­ny do Si­mo­na Si­len­ce’a, tyl­ko że co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat star­szy. Miał rzad­sze wło­sy i ku­rze łap­ki wo­kół oczu.

– Mo­żesz to wy­ja­śnić? – spy­tał Ric­ky. – Bo ja na pew­no nie. My­ślę, że to ma coś wspól­ne­go z far­bą.