199,00 zł
Fascynującą podróż przez wiek pełen chwały i grozy — epokę, która ukształtowała Europę
Barbara Tuchman, jedna z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich pisarek, opisuje dwa oblicza XIV wieku: z jednej strony jako epokę wielkich krucjat, strzelistych katedr i rycerskiego etosu; z drugiej – czas chaosu, przemocy i duchowej udręki. Autorka nie tylko przybliża nam wielkie wydarzenia, lecz także kreśli złożony obraz codzienności: dorastania, zawierania małżeństw oraz tego, jak pieniądze, podatki oraz wojna wpływały na życie chłopów, możnych i duchownych.
Tuchman odmalowuje barwny świat kardynałów, uczonych, kupców, skrybów, świętych, mistyków, prawników i najemników, a na jego szczycie stawia rycerza – pełnego chwały, brawury i „szaleńczych szaleństw”, „straszliwego robaka w żelaznym kokonie”.
Autorka analizuje wojnę stuletnią, upadek autorytetów, rozwój herezji, pogromy, czarna śmierć i inne dramaty, które sprawiały, że Europejczycy zaczęli się zastanawiać, czym sobie zasłużyli na tak wielkie cierpienia.
Tuchman pokazuje, jak wyglądał świat na krawędzi
Barbara W. Tuchman (1912–1989) – wybitna amerykańska historyczka, dziennikarka i autorka bestsellerów, jedna z najbardziej cenionych popularyzatorek historii XX wieku. Urodzona w Nowym Jorku, karierę rozpoczynała jako korespondentka „The Nation”, relacjonując m.in. wojnę domową w Hiszpanii. Jej książki, oparte na szerokich badaniach źródłowych i łączące rzetelność historyczną z wyjątkową narracją, zdobyły uznanie czytelników na całym świecie. Za Sierpniowe salwy, monumentalne studium początków I wojny światowej, otrzymała Nagrodę Pulitzera w 1963 roku. Tuchman pozostaje jedną z najważniejszych autorek literatury historycznej, cenioną za umiejętność ukazywania wielkich procesów dziejowych przez pryzmat ludzkich decyzji, błędów i ambicji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1293
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginalny: A Distant Mirror: The Calamitous 14th Century
Przekład: Maria J. Michejda, Andrzej Michejda
Redakcja i korekta: Krystyna Hołoga
Skład i łamanie: Amadeusz Targoński | targonski.pl
Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |
Projekt okładki: Sebastian Cabaj | instagram.com/pan_cabaj
Ilustracje na okładce: Biblia Maciejowskiego, MS M.638, fol. 6r, domena publiczna / The Morgan Library & Museum
Konsultacja merytoryczna: dr Andrzej Szabaciuk
Copyright © 1978 by Barbara W. Tuchman
Copyright © for the Polish translation by Maria J. Michejda, Andrzej Michejda
Prawa do tłumaczenia należą obecnie do ich spadkobierców: Jana Wojciecha Rdułtowskiego i Teresy Czesławy Kiełczewskiej.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for this edition by MT Biznes Sp. z o.o.
All rights reserved.
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
MT Biznes Sp. z o.o.
wydawnictwoprzeswity.pl
ISBN 978-83-8231-899-9 (epub)
ISBN 978-83-8231-900-2 (mobi)
…jako że rodzaj ludzki jest zawsze taki sam
i niczego nie traci ze swej natury,
mimo że wszystko wokół już się zmieniło…
John Dryden,
„O postaciach w Opowieściach kanterberyjskich”.
Z przedmowy do książki Baśnie dawne i współczesne
Pragnę wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy pomogli mi w napisaniu tej książki, a więc: Henri Crepinowi, zastępcy mera w Coucy-le-Château i przewodniczącemu Stowarzyszenia Odbudowy Zespołu Zamkowego w Coucy, za gościnność i przewodnictwo; memu wydawcy, Robertowi Gottliebowi, za entuzjazm i wiarę w tę książkę, jak również za jego cenne uwagi; mojej córce, Almie Tuchman, za przeprowadzenie licznych i dogłębnych prac badawczych; mojej przyjaciółce, Katrin Romney, za zainteresowanie moją pracą, a im obu za krytyczną ocenę tekstu. Jestem szczególnie zobowiązana profesorom: Elizabeth A.R. Brown i Johnowi Hennemanowi, będącym moim „pogotowiem ratunkowym” w rozwiązywaniu średniowiecznych zawiłości; profesorowi Howardowi Gareyowi za wyjaśnianie mi problematyki średniowiecznej Francji oraz Richardowi Famigliettiemu za dobrodziejstwo korzystania z jego dogłębnej znajomości źródeł z tego okresu. Za różne rady, informacje, tłumaczenia i odpowiedzi na zadawane przeze mnie pytania jestem wdzięczna profesorom: Johnowi Bentonowi, Gillesowi Constable’owi, Eugene’owi Coxowi, J.N. Hillgarthowi, Harry’emu A. Miskiminowi, Lynnowi White, Phyllis W.G. Gardan, Johnowi Plummerowi z Morgan Library, we Francji zaś profesorom: Robertowi Fossierowi z Sorbony, Raymondowi Cazellesowi z Chantilly, Philippe’owi Wolfowi z Tuluzy, Therese d’Alveney z Bibliothèque Nationale, Yves’owi Metmanowi z Archives Nationales (Bureaux des Sceaux), Georges’owi Dumasowi z Archives de l’Aisne i panu Depouilly z Muzeum w Soissons; również profesorowi Irwinowi Saundersonowi za wprowadzenie mnie do Instytutu Studiów Bałkańskich w Sofii oraz profesorom Topkowej-Zaimowej i Elizawiecie Todorowej z tego Instytutu za towarzyszenie mi podczas wyprawy do Nicopolis; a także Widener Library w Harvardzie i Sterling Library w Yale za wyjątkowe udogodnienia w korzystaniu ze zbiorów. Dziękuję za wszelką pomoc uczynnemu i bardzo kompetentnemu zespołowi pracowników z New York Public Library. Wobec wszystkich innych osób, tu niewymienionych, z którymi zetknęłam się przelotnie, a które podały mi pomocną dłoń w czasie mych siedmioletnich prac i wędrówek – moje uczucia wdzięczności są równie wielkie.
Barbara W. Tuchman
Rodowodu tej książki należy szukać w dążeniu do wykrycia skutków, jakie wywarła na społeczeństwie najtragiczniejsza klęska żywiołowa zanotowana w historii, a mianowicie Czarna Śmierć w latach 1348–1350, która zabiła – jak się szacuje – jedną trzecią populacji żyjącej pomiędzy Indiami a Islandią. Biorąc pod uwagę ewentualności, jakie niosą nasze czasy, przyczyna mego zainteresowania jest oczywista. Wyjaśnienie okazało się nieuchwytne, gdyż wiek XIV cierpiał na tak wiele „dziwnych i potężnych klęsk i niedoli” (według słów jednego ze współczesnych), że nie można ich przypisywać jednej tylko przyczynie. Są one bowiem śladami większej liczby podków, niż mogło je zostawić czterech jeźdźców z Objawienia Świętego Jana, gdyż było ich siedem: zaraza, wojna, podatki, rozboje, złe rządy, powstania i schizma w Kościele. Każda z tych plag, oprócz zarazy, była wynikiem warunków, które istniały już przed Czarną Śmiercią i trwały nadal po jej przejściu.
Mimo że moje pierwotne pytanie pozostało nadal bez odpowiedzi, zainteresowanie samą epoką: gwałtownym, udręczonym, oszałamiającym, cierpiącym i rozpadającym się wiekiem, gdy, jak wielu sądziło, szatan zatriumfował, było coraz głębsze i, jak mi się wydaje, kojące w okresie podobnego zamętu. Jeżeli nasze ostatnie jedno lub dwa dziesięciolecia załamujących się nadziei były okresem niezwykłego niepokoju, uspokajająca jest świadomość, że gatunek ludzki przeżył już coś znacznie gorszego.
Rzecz osobliwa, że „dotyczące tych zjawisk paralele” zostały przez innego historyka odniesione do wczesnych lat obecnego wieku. James Westfall Thompson, porównując pokłosie Czarnej Śmierci i pierwszej wojny światowej, odnalazł te same udręki: chaos ekonomiczny, spadek produkcji, niepokoje społeczne, wysokie ceny, paskarstwo, niewydolność przemysłu, upadek moralności i obyczajów, frenetyczną wesołość, dzikie wydatki, luksusy, hulanki i swawole, histerię społeczną i religijną, chciwość, skąpstwo, złą administrację. „Historia nie powtarza się nigdy – powiedział Wolter – człowiek powtarza się zawsze”; widać też wyraźnie, że Tukidydes uczynił z tej zasady założenie swego dzieła.
Historyk szwajcarski J.C.L.S. de Sismondi podsumowuje XIV wiek jednym prostym stwierdzeniem: był to „niedobry czas dla ludzkości”. Aż do niedawna historycy traktowali ten wiek po macoszemu, gdyż nie przystawał do wzorca postępu ludzkości, i niechętnie się nim zajmowali. Po doświadczeniach straszliwego wieku XX mamy większe poczucie wspólnoty z tym oszalałym stuleciem, którego reguły załamywały się pod presją niepomyślnych i gwałtownych wydarzeń. Rozpoznajemy z dotkliwym bólem znamiona „okresu udręki, gdy nie istnieje poczucie pewnej przyszłości”.
Perspektywa sześciuset lat pozwala wyróżnić znamienne cechy ludzkiego charakteru. Ludzie średniowiecza egzystowali w tak innych od naszych uwarunkowaniach psychicznych, moralnych i bytowych, że tworzyli niemal obcą dla nas cywilizację. W rezultacie cechy postępowania, które wśród tego obcego otoczenia rozpoznajemy jako nam bliskie, ujawniają się w naturze ludzkiej w formie niezmiennej. Jeżeli ktoś domaga się od historii wniosków i nauk, będą one takie, jakie wyciągnął francuski mediewista, Edouard Perroy, podczas pisania książki o wojnie stuletniej w czasie drugiej wojny światowej, gdy ukrywał się przed gestapo. „Pewne sposoby zachowania – pisał – pewne reakcje na zrządzenia losu rzucają wzajemnie na siebie światło”.
Pięćdziesięciolecie, które nastąpiło po Czarnej Śmierci lat 1348–1350, jest jądrem tego, co wydaje mi się spoistym okresem historycznym rozciągającym się od 1300 do 1450 roku, a może jeszcze kilka lat później. Chcąc zawęzić obraz do obszaru, nad którym można zapanować, wybrałam żywot szczególnej osoby, by stała się ona nośnikiem mojej narracji. Niezależnie od czysto ludzkiego zainteresowania, daje to pożytek w postaci koniecznego posłuszeństwa wobec realiów. Nakazuje mi iść śladem wydarzeń i porządku rzeczy prawdziwego średniowiecznego życia, podążać tam, dokąd ono zmierza, a to prowadzi, jak sądzę, do przedstawienia prawdziwszej wersji okresu, niż gdybym narzuciła własny plan.
Tą konkretną osobą nie jest ani król, ani królowa, gdyż wszystko, co dotyczy takich postaci, staje się ipso facto wyjątkowe, a poza tym postacie takie zostały już i tak nadmiernie wyeksploatowane; nie jest to nikt z pospólstwa, gdyż życie tego typu ludzi nie obejmowało w większości przypadków tak szerokiego zasięgu spraw i problemów, jakie pragnęłam ukazać; także nie będzie to duchowny ani święty, bo ci znajdują się poza zakresem mego pojmowania; również nie kobieta, ponieważ jakakolwiek kobieta średniowieczna, której życie zostało dostatecznie udokumentowane, byłaby nietypowa.
Tak więc wybór został zawężony do mężczyzny, przedstawiciela stanu drugiego, czyli stanu szlacheckiego, i padł na Enguerranda de Coucy VII, ostatniego z wielkiego rodu oraz „najbardziej doświadczonego i zręcznego ze wszystkich rycerzy Francji”. Jego życie w latach 1340–1397 zbiegło się z okresem, który mnie interesował, a od śmierci jego matki podczas wielkiej zarazy do jego własnej, przypadającej na najbardziej dramatyczny moment załamania się epoki, wydawało mi się jakby specjalnie stworzone dla moich potrzeb.
Poprzez małżeństwo z najstarszą córką króla Anglii stał się on jednocześnie i jego wasalem; więzy lenne łączyły go z obu państwami, i to w czasie, gdy były one ze sobą w stanie wojny, co rozszerzyło skalę i wzbogaciło zainteresowanie jego karierą; grał rolę, i to zazwyczaj ważną, w każdym większym publicznym dramacie, w jego właściwym miejscu i czasie, a prócz tego miał tyle wyczucia, iż otoczył protekcją największego ówczesnego kronikarza Jeana Froissarta i zapewnił mu dostatnie warunki życia, dzięki czemu wiadomo o nim o wiele więcej, niż gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Jest z nim tylko jeden kłopot – nie istnieje żaden autentyczny jego portret. Natomiast dla mnie ma on inną kompensującą zaletę: poza jedynym krótkim artykułem z 1939 roku nic o nim nie napisano w języku angielskim. Również w języku francuskim nie istnieje żadna jego źródłowa i rzetelna biografia, z wyjątkiem pewnej pracy doktorskiej z roku 1890, która zresztą pozostała w rękopisie. Lubię odkrywać sprawy na swój własny sposób.
Muszę prosić Czytelnika o cierpliwość w zawarciu znajomości z Coucym, gdyż można go zrozumieć dopiero na tle historii i wydarzeń jego czasów, które wypełniają pierwsze sześć rozdziałów. Enguerrand wycisnął piętno na historii, gdy miał lat osiemnaście, to jest w roku 1358, a o tym będzie mowa dopiero w rozdziale siódmym.
A teraz winna jestem także wspomnieć o niebezpieczeństwach mego przedsięwzięcia. Pierwszym są niepewne i sprzeczne dane w odniesieniu do lat, liczb i nagich faktów. Niektórym Czytelnikom daty mogą wydać się nudne i tylko dowodzić pedanterii, lecz są one w istocie fundamentalne, gdyż określają następstwo wydarzeń, prowadząc w ten sposób do zrozumienia przyczyny i skutku. Niestety, chronologia średniowieczna jest niezwykle trudna do ustalenia. Przyjmowano, że rok kalendarzowy rozpoczyna się na Wielkanoc, a ponieważ mogła ona wypadać w okresie między 22 marca a 22 kwietnia, za stałą datę najchętniej uznawano dzień 25 marca. Przejście na kalendarz w nowym stylu miało miejsce w wieku XVI, ale nie zostało powszechnie zaakceptowane aż do XVIII wieku. Stwarza to bezustanne kłopoty z ustaleniem roku wydarzeń w XIV wieku, wypadających w styczniu, lutym i marcu; co gorsza, sprawa została dodatkowo skomplikowana używaniem kalendarza, w którym za podstawę mierzenia czasu bierze się rok panowania monarchy (począwszy od daty jego wstąpienia na tron), jak to ma miejsce w angielskich dokumentach oficjalnych z XIV wieku, a w niektórych innych przypadkach kierowaniem się latami pontyfikatu papieża. Ponadto kronikarze nie stosowali wobec wydarzeń dat dziennych, lecz posługiwali się kalendarzem religijnym – mówiąc na przykład o drugim dniu przed Świętem Narodzenia Najświętszej Marii Panny, o poniedziałku po święcie Trzech Króli albo o dniu Świętego Jana Chrzciciela lub o trzeciej niedzieli Wielkiego Postu. Stwarza to zamieszanie nie tylko dla historyka; także ludzie w XIV wieku rzadko, jeśli w ogóle, mogli uzgodnić tę samą datę dla jakiegoś wydarzenia.
Równie istotne znaczenie mają liczby, ponieważ wskazują, jaki procent ludności był uwikłany w daną sytuację. Stałe w średniowieczu wyolbrzymianie liczb dotyczących na przykład wielkości armii – jeśli przyjmowano je za prawdziwe – prowadziło dawniej do fałszywej oceny średniowiecznych wojen. Oceniano je analogicznie do współczesnych, a przecież nie były takimi, ani jeśli chodzi o środki, ani o metody, ani nawet o zamierzenia. Toteż przyjąć należy, że średniowieczne dane liczbowe, odnoszące się do sił militarnych, ofiar bitew, zgonów wskutek zarazy, liczebności zrewoltowanych tłumów, uczestników procesji lub jakichkolwiek manifestacji zbiorowych są zazwyczaj wyolbrzymione o kilkaset procent. Wynika to stąd, że kronikarze nie używali liczb jako odniesienia do realiów, lecz jako elementu fikcji literackiej, a to w celu wprawienia w zdumienie lub zatrwożenia czytelnika. Używanie cyfr rzymskich także przyczyniało się do braku precyzji i skłaniało do stosowania liczb zaokrąglonych. Dane te były bezkrytycznie akceptowane i powtarzane przez wiele generacji historyków. Dopiero od końca ubiegłego wieku naukowcy zaczęli ponownie analizować już odczytane dokumenty. By odkryć, na przykład, prawdziwą siłę korpusu ekspedycyjnego, posługiwali się zapisami rejestrów wypłacanego żołdu. Mimo to nadal nie mogą dojść do zgody. J.C. Russell oblicza ludność Francji, zanim dotknęła ją zaraza, na 21 milionów, Ferdinand Lot na 15 do 16 milionów, a Edouard Perroy tylko na 10–11 milionów. Liczba ludności rzutuje na badania wszystkiego innego: podatków, średniej długości życia, handlu i rolnictwa, głodu lub dostatku; dysponujemy tu danymi, które podają współczesne autorytety, lecz różnią się one nawet o 100 procent. Liczby przytaczane przez kronikarzy, które wydają mi się niewątpliwie zniekształcone, podaję w tekście w cudzysłowie.
Rozbieżności w domniemanych faktach wynikały często z pomyłek w przekazach ustnych lub z błędnego odczytania źródeł rękopiśmiennych; tak właśnie zdarzyło się, gdy skądinąd staranny historyk dziewiętnastowieczny pomylił Damę de Courcy, bohaterkę międzynarodowego skandalu, z drugą żoną Coucy’ego i wskutek tego autorkę niniejszej książki ogarnęła na chwilę druzgocąca konfuzja. Hrabia d’Auxerre z bitwy pod Poitiers był odnotowywany przez kronikarzy angielskich w rozmaitych pisowniach, jak Aunser, Aussure, Soussiere, Usur, Waucerre, a w Grandes Chroniques Francji jako Sancerre, ten zaś był zupełnie inną osobą. Imię Enguerrand pisano w Anglii: Ingelram. Nie należy się więc dziwić, że formę Canolles przyjęłam jako wariant pisowni powszechnie znanego francuskiego dowódcy brygantów[1] Arnauta de Cervole’a, aż nagle odkryłam, gdy okoliczności przestały się zgadzać, że jest to dla odmiany wariant niejakiego Knowlesa lub Knollysa, równie osławionego, lecz angielskiego dowódcy wolnych kompanii. Mimo że są to małe sprawy, ten rodzaj trudności może denerwować.
Izabela Bawarska, królowa Francji, jest przez jednego historyka opisywana jako wysoka blondynka, przez innego zaś jako „ciemna, żywa, mała kobietka”. Turecki sułtan Bajazyt I, uważany przez współczesnych mu za śmiałego, przedsiębiorczego i skorego do wojny, a ze względu na szybkość swoich ataków obdarzony przydomkiem „Błyskawica”, jest przez żyjącego obecnie historyka węgierskiego scharakteryzowany jako „zniewieściały, zmysłowy, nierozsądny i chwiejny”.
Można przyjąć za aksjomat, że jakiekolwiek stwierdzenie faktu w wiekach średnich może się spotkać (i prawdopodobnie to nastąpi) ze stwierdzeniem faktów przeciwstawnych lub też z inną ich wersją. Kobiety liczebnie przewyższały mężczyzn, ponieważ mężczyźni ginęli w wojnach; mężczyźni liczebnie przewyższali kobiety, ponieważ kobiety umierały przy porodach. Prości ludzie byli dobrze obeznani z Biblią; prości ludzie zupełnie Biblii nie znali. Szlachta była zwolniona od podatków; właśnie że nie, nie była zwolniona. Wieśniacy francuscy byli brudni i wstrętnie cuchnęli, żywili się chlebem i cebulą; francuscy wieśniacy jadali wieprzowinę, drób i dziczyznę, bardzo lubili częste kąpiele w wiejskich łaźniach. Listę taką można by ciągnąć w nieskończoność.
Sprzeczności są jednak częścią życia, a nie tylko sprawą niezgadzającej się ze sobą ewidencji. Prosiłabym Czytelnika, by raczej spodziewał się sprzeczności niż jednorodności. Żaden aspekt społecznego życia, żaden nawyk, obyczaj, zmiana czy rozwój nie istnieją bez idących z nim w parze przeciwstawień. Zagłodzeni wieśniacy, wegetujący w szopach, egzystują obok rolników zamożnych, korzystających z puchowych piernatów. Są dzieci zaniedbywane i są dzieci kochane. Rycerze prawią o honorze, a zamieniają się w rozbójników. W okresach depopulacji i innych społecznych klęsk przejawy ekstrawagancji i zbytku zawsze osiągały rozmiary krańcowego rozpasania. Żadnego stulecia nie cechował wzorowy porządek, żadne też nie jest nieuszkodzoną tkaniną, jednak ani jedno nie było tak połatanym materiałem jak średniowiecze.
Należy także pamiętać, że średniowiecze zmienia barwę zależnie od tego, kto na nie spogląda. Uprzedzenia i punkty widzenia historyków, a tym samym selekcja materiału w toku sześciuset lat zmieniły się niemało. Przez trzy następne wieki historia stanowiła w istocie genealogię szlachty, oddawała się śledzeniu linii dynastycznych i powiązań rodowych, natchniona ideą, że szlachcic sam przez się był istotą wyższą. Prace oparte na pedantycznym, antykwarycznym zbieractwie roją się od informacji zdradzających również inne niż dynastyczne zainteresowania, takie jak na przykład zapis kronikarski Anselma o pewnym szlachcicu gaskońskim, który przeznaczył sto liwrów na posagi dla biednych dziewcząt przez niego zdeflorowanych.
Rewolucja francuska wytycza granicę przewrotu pojęć. Historycy nagle dojrzeli bohatera w prostym człowieku, biedak był dla nich ipso facto osobnikiem prawym, szlachta zaś i królowie nikczemnymi potworami. Simeon Luce w swej historii Żakerii narzuca tendencyjny, własny punkt widzenia, a jednocześnie nie ma sobie równych w dociekaniach i trudno go przecenić, jeśli chodzi o wybór źródeł. Giganci nauki XIX i początku XX wieku spod ziemi wygrzebali i opublikowali dotąd nieznane materiały źródłowe, skomentowali i wydali kroniki, zebrali dzieła literackie, przeczytali i wybrali masę ustępów z kazań, traktatów, listów i innych materiałów podstawowych i w ten sposób położyli fundamenty, po których stąpają spóźnieni przybysze. Ich prace są obecnie uzupełnianie i wyważane przez nowoczesnych mediewistów, następców wykazującego bardziej socjologiczne podejście do historii Marca Blocha, który szczegółowo opisał surowe fakty życia codziennego. Dla przykładu, potraktował on liczbę sprzedanych opłatków w poszczególnych diecezjach jako wskaźnik przestrzegania praktyk religijnych.
Na mojej książce ciąży dług wobec nich wszystkich, poczynając od prymitywnych kronikarzy. Zdaję sobie sprawę, że wśród dzisiejszych mediewistów niemodne jest opieranie się na kronikarzach, lecz dla zachowania nastroju tej epoki i postawy żyjących wtedy ludzi uważam ich prace za nieodzowne. Co więcej, stosowali oni formę narracyjną, a taka jest również i moja.
W całym tym pisarskim bogactwie istnieją także puste miejsca, i to nie tam, gdzie zachodzi sprzeczność informacji, lecz tam, gdzie nie ma jej wcale. By złączyć mostem brzegi tej rozpadliny, trzeba dać takie wytłumaczenie, które wydaje się prawdopodobne i naturalne. Powoduje to jednak, że w tekście mnożą się określenia: „prawdopodobnie” i „przypuszczalnie”. Jest to dokuczliwe, lecz nieuniknione z braku udokumentowanych pewników.
Poważniejszym niebezpieczeństwem, które niejako tkwi w samej naturze spisywanej historii, jest jej przeładowanie czarnymi stronami życia; nieproporcjonalnie wielka liczba i trwałość zjawisk negatywnych, takich jak zło, nędza, walki i krzywdy. W opisach historii bowiem dzieje się to samo, co i w naszej prasie. Wydarzenia pospolite nie nadają się na nagłówki. Historię opracowuje się na podstawie dokumentów, które przetrwały. Te zaś obrazują przeważnie kryzysy i klęski, zbrodnie i naruszenia ładu, gdyż właśnie takie sprawy są przedmiotem dokumentowanych procesów, skarg sądowych, traktatów, utworów moralistów, satyr literackich, bulli papieskich. Żaden papież, jak dotąd, nie wydał bulli, by cokolwiek pochwalić. Przeładowanie negatywami można dostrzec w pracy reformatora religijnego, Nicolasa de Clamanges, który – oskarżając w roku 1401 nieskromnych i przywiązanych do dóbr ziemskich dostojników kościelnych – napisał, że w trosce o reformę nie będzie dyskutował o dobrych klerykach, gdyż „przy ludziach zepsutych wcale się oni nie liczą”.
Nieszczęście rzadko ma taki zasięg, jak wynikałoby to ze spisanych relacji. Wydarzenie opisane robi wrażenie trwałego i wszechobecnego, gdy tymczasem jest bardziej prawdopodobne, że było ono sporadyczne, zarówno w czasie, jak i w danym miejscu. Na podstawie dzisiejszych wiadomości gazetowych można by sądzić, że żyjemy w świecie, w którym istnieją wyłącznie strajki, zbrodnie, wyłączenia prądu, popękane rury wodociągowe, wykolejone pociągi, pozamykane szkoły, rabusie, narkomani, neonaziści i gwałciciele. A przecież można jednak powrócić wieczorem do domu (jeżeli dzień jest szczęśliwy), natykając się najwyżej na jedno lub dwa z takich zjawisk. To mnie doprowadziło do sformułowania reguły, którą nazwałam „Prawem Barbary Tuchman”, a które brzmi: „Każde pożałowania godne wydarzenie przez sam fakt odnotowania go w kronikach zwiększa swe rozmiary pięć do dziesięciu razy” (liczbę tę można zresztą zastąpić jakąkolwiek inną, którą Czytelnik zechciałby zaproponować).
Trudność wczucia się, rzeczywistego zrozumienia mentalnych i emocjonalnych odrębności średniowiecza jest ostatnią przeszkodą. Sądzę, że główną barierą jest tu religia chrześcijańska, taka jaką była wówczas: wzorzec i prawo średniowiecznego życia, wszechobecna i rzeczywiście obowiązująca. Jej uporczywie głoszonej zasady, że życie duchowe, a także pozaziemskie przewyższa wszystko, co jest tutaj i teraz, a więc materialne życie ziemskie, współczesny świat nie podziela, niezależnie od tego, jak bardzo pobożni mogą być niektórzy dzisiejsi chrześcijanie. Zerwanie z tą zasadą i jej zamiana na wiarę w wartość istoty ludzkiej i sens aktywnego życia, niekoniecznie zwróconego wyłącznie ku Bogu, jest w istocie tym, co ukształtowało świat współczesny i zakończyło erę średniowiecza.
Sprawę gmatwa dodatkowo to, że jakkolwiek społeczeństwo średniowieczne wyznawało wiarę w celowość wyrzeczenia się życia zmysłowego – w praktyce jednak się go nie wyrzekło, a już w najmniejszej mierze nie zrezygnowało z niego duchowieństwo. Wielu próbowało ascezy, niektórym się to nawet udawało, ale ogół ludzkości nie jest przecież stworzony do wyrzeczeń. W żadnej chyba epoce nie przywiązywano tyle wagi do pieniędzy i posiadania jak właśnie w wieku XIV, a ówczesne zainteresowania seksem przejawiały się nie inaczej niż w każdej innej epoce. Nie sposób stłumić w człowieku ani instynktu ekonomicznego, ani zmysłów.
Przepaść między obowiązującymi kanonami średniowiecznego chrześcijaństwa a ówczesnym życiem codziennym jest dla badaczy wieków średnich specyficzną pułapką. Jest to problem, który przewija się przez całą pracę Gibbona[2], a z którym rozprawia się on z subtelnie złośliwą satysfakcją, zadając lekkie ukłucia, gdy tylko wydaje mu się, że natknął się na hipokryzję chrześcijańskich ideałów, przeciwstawnych normalnemu ludzkiemu zachowaniu. Osobiście nie sądzę – choć żywię dla mistrza ogromny podziw – by metoda Gibbona rozstrzygała wszystkie wątpliwości. To przecież sam człowiek sformułował ten niemożliwy do osiągnięcia ideał chrześcijański i przez z górą tysiąclecie usiłował go przestrzegać, jeśli już nie prowadzić zgodnego z nim życia. Okazuje się więc, że ten ideał musiał wynikać z potrzeby, z czegoś bardziej fundamentalnego, niż pozwalało uwzględnić osiemnastowieczne oświecenie Gibbona lub z czym jego elegancka ironia mogła się rozprawić. Choć uznaję istnienie tego ideału, utożsamienie się z nim wymagałoby większych niż moje religijnych zainteresowań.
Rycerstwo, dominujący wzorzec polityczny klasy panującej, pozostawiło w pamięci równie wielki rozdźwięk pomiędzy ideałem a praktyką, jak religia. W zamierzeniu była to wizja zakonu tworzonego przez klasę wojowników, wyobrażanego w formie Okrągłego Stołu, najbardziej doskonałego kształtu natury. Rycerze Króla Artura z odwagą narażali swe życie w walce o słuszną sprawę, występując przeciw smokom, czarownikom i innym niegodziwcom, wprowadzając ład w dzikim jeszcze świecie. Tak więc i ich żyjący odpowiednicy winni byli, przynajmniej w teorii, występować w obronie wiary, służyć jako podpora sprawiedliwości, opiekunowie uciskanych. W praktyce jednak to właśnie oni byli ciemiężcami, a w XIV wieku gwałt i bezprawie ludzi miecza stały się jedną z istotnych przyczyn niepokojów społecznych. Gdy rozstęp pomiędzy ideałem a rzeczywistością staje się zbyt szeroki, cały system ulega załamaniu. Odzwierciedlały to zarówno legendy, jak i historia. W romansach o Królu Arturze rycerski Zakon Okrągłego Stołu rozpada się od wewnętrznych sporów. Zapewniający zwycięstwo miecz Excalibur na nowo pogrąża się w głębinie jeziora. Tak więc wszystkie starania trzeba podjąć od nowa. W gwałtownym, niszczycielskim, zachłannym, omylnym – i jakim tylko być może – człowieku tkwi jednak wizja społecznego porządku i wciąż nakłania go do poszukiwania właściwej drogi.
Nota o pieniądzu
Pieniądze średniowieczne wywodziły się z rzymskiego libra (liwr albo pound, czyli funt) z czystego srebra, z którego wybijano 240 srebrnych jednostek, po angielsku zwanych pensami. W późniejszym okresie 12 takich monet było równowartością jednego szylinga albo sous, a 20 szylingów lub 20 sous składało się na jeden funt lub liwr. Monety złote: floren, dukat, frank, liwr, écu, marka i funt angielski, wszystkie były teoretycznie mniej lub bardziej ekwiwalentne z wartością pierwotnego funta srebra. Jednak w miarę upływu czasu waga, a także zawartość kruszcu ulegała zmianom. Najbardziej zbliżone do standardu były monety bite w połowie XIII w. we Florencji (floren) i w Wenecji (dukat) i zawierały po 3,5 grama złota. Słowo „złoty”, przyłączone do nazwy monety, jak na przykład: franc d’or, écu d’or, mouton d’or, oznaczało monetę rzeczywistą. Lecz gdy posługiwano się określeniem samej tylko nazwy pieniądza, jak we Francji liwrem w jednej z jego różnych form – parisis, tournois, bordelaise (przy czym każdy nieco różnił się w wartości), to taki pieniądz był tylko pieniądzem obrachunkowym, istniejącym jedynie na papierze.
Może budzić obawy, że problem wywoła niemało komplikacji, pragnę jednak uspokoić Czytelnika niebędącego specjalistą w tej dziedzinie, by zbytnio się tym nie przejmował. W każdym bowiem razie przytaczane nazwy monet i innych walorów pieniężnych nie oznaczają niczego innego jak tylko przeliczenia ich na siłę nabywczą. Co pewien czas, wymieniając wysokość żołdu żołnierza, wynagrodzenia pracujących, cenę konia czy pługa, wydatki na życie rodziny mieszczańskiej, wysokość podymnego czy też podatków od sprzedaży, usiłowałam znaleźć odniesienie liczb w pieniądzu do ówczesnych wartości. Nie próbowałam jednak sprowadzić różnych walut do ekwiwalentu jednej z nich, takiej jak na przykład franki lub liwry, ponieważ wartości te stale ulegały zmianie, w ślad za zmianą zawartości złota lub srebra w monetach; co więcej, rzeczywiste monety i walory obrachunkowe różniły się co do wartości, nawet kiedy nosiły tę samą nazwę. Z tego powodu w każdym przypadku przyjęłam po prostu określone w dokumentach lub podane przez kronikarza nazwy pieniądza i namawiałabym Czytelnika, by zwyczajnie miał na uwadze, że jakakolwiek zaznaczona suma przedstawia jedynie tyle a tyle sztuk monet.
Odesłanie do źródeł
Źródła można znaleźć w Bibliografii, natomiast pochodzenie poszczególnych cytatów – w przypisach źródłowych zebranych na końcu książki, możliwych do zlokalizowania według numeru strony oraz identyfikującego fragmentu tekstu.
Ze szczytu wzgórza w Pikardii panował nad dostępem do Paryża od północy groźny i okazały, pięciowieżowy zamek Coucy. Lecz to, czy był strażnikiem, czy wyzwaniem dla władzy monarszej i stolicy, nie jest całkiem jasne. Wznoszący się w samym centrum zamku gigantyczny cylinder przewyższał dwukrotnie cztery narożne wieże. Był to tak zwany donżon, czyli cytadela centralna, największa w Europie i najpotężniejsza z tych, jakie kiedykolwiek wybudowano w wiekach średnich, a także i później. Donżon miał trzydzieści metrów średnicy i sześćdziesiąt metrów wysokości. W czasie oblężenia mógł pomieścić tysiąc ludzi. Swą wielkością przytłaczał cały zamek, który wydawał się przez to o wiele mniejszy, niż był w istocie. Osłaniał przylegające do jego podstawy i wokół niego skupione dachy domów, a także dzwonnicę kościoła oraz trzydzieści wieżyczek strzelniczych w masywnym murze obronnym, otaczającym cały zespół warowny wzgórza. Nadciągający z jakiegokolwiek kierunku przybysze dostrzegali ów kolos możnowładczej potęgi już z odległości wielu mil, a przybliżając się, musieli odczuwać grozę podobną do tej, jaka ogarniała wędrowca w krajach „niewiernych” na widok piramid.
Budowniczowie ogarnięci gigantomanią dostosowali do skali wielkości donżonu także i zarysy jego wnętrza, przewyższające potrzeby zwykłych śmiertelników: wykonali stopnie o wysokości około czterdziestu centymetrów, a siedziska w wykuszach pod oknami umieszczono na metr od podłogi, jakby miały służyć tytanom. Równie potężne były kamienne nadproża, mające po dwa metry sześcienne. Przez ponad czterysta lat dynastia wykazywała tę samą cechę: nieumiarkowanie. Członkowie rodu Coucy – ambitni, niebezpieczni, nierzadko okrutni – osiedlali się na wzniesieniu tej krainy, już przez samą naturę ukształtowanym do panowania. Szczyt wzgórza dawał wgląd w całą dolinę, co umożliwiało kontrolę drogi wzdłuż rzeki Ailette, a także jej ujścia do większej doliny, utworzonej przez nurt Ozy. Stąd właśnie rzucali wyzwania królom, grabili dobra kościelne, wyruszali na wyprawy krzyżowe, w których w końcu ginęli. Tam żyli bezkarni, aczkolwiek skazywani i ekskomunikowani za zbrodnie. Nieustannie powiększali swoje włości, łączyli się małżeństwami z członkami rodów królewskich i stale rośli w dumę, którą uzewnętrznili w swym bojowym zawołaniu: Coucy á la merveille![3] Dzierżąc jeden z czterech wielkich baronatów Francji, kpili z tytułów przynależnych wielkim domenom lennym, a za dewizę obrali wiersz, który brzmi jak aroganckie wyzwanie:
Roi ne suis,
Ne prince ne duc ne comte aussi;
Je suis le sire de Coucy.
Nie królem ja, ni księciem,
Nie hrabiowską mością,
Jam panem na Coucy,
Panem na mych włościach[4].
Budowę zamku rozpoczęto w roku 1223, a więc w czasie tej samej architektonicznej eksplozji, która wzniosła ogromne katedry. Inspiratorką powstawania tych budowli była północna Francja. W tym samym czasie co zamek budowano w promieniu osiemdziesięciu kilometrów od Coucy cztery największe kościoły: w Laon, Reims, Amiens i Beauvais. Gdy jednak katedry budowano od pięćdziesięciu do stu pięćdziesięciu lat, to przeogromne prace przy Coucy, wraz z donżonem, wieżami i siecią potężnych tuneli, zostały ukończone w zdumiewająco krótkim czasie zaledwie siedmiu lat. Stało się tak wskutek przemożnej woli Enguerranda de Coucy III.
Sam zamek zajmował powierzchnię prawie jednego hektara. Cztery narożne wieże miały po trzydzieści metrów wysokości, a ich średnice mierzyły ponad dwadzieścia metrów; trzy strony zewnętrzne wzniesiono równo z krawędziami wzgórza, którego urwiska tworzyły naturalny ciąg murów obronnych. Jedynym wejściem do warownego obszaru była umocniona po stronie wewnętrznej brama, przylegająca do donżonu i osłaniana przez wieże strażnicze, fosę i opuszczaną kratę. Brama otwierała przejście na place d’armes, zamkniętą murem przestrzeń o powierzchni około dwóch i pół hektara. Tam znajdowały się stajnie i inne pomieszczenia gospodarcze, dziedziniec turniejowy i pastwisko dla koni rycerzy. Poza tym terenem, w miejscu, gdzie wzgórze rozszerzało się na kształt rybiego ogona, leżało miasto. Miało ono zapewne około stu domów i czworoboczny, górujący nad nimi kościół. W zewnętrznych murach, otaczających szczyt wzgórza, trzy warowne bramy broniły dostępu ze świata. Po stronie południowej, zwróconej ku Soissons, wzgórze opadało stromym, łatwym do obrony stokiem; po północnej – ku Laon, gdzie przechodziło w równinę, potężna fosa stanowiła jeszcze dodatkową barierę.
Spiralne schody we wnętrzu murów o grubości od sześciu do dziesięciu metrów łączyły trzy piętra donżonu. Wnętrze rozświetlał otwór dachowy, zwany „okiem”. Także w sklepieniach sufitowych każdego piętra znajdowały się analogiczne otwory, wpuszczające nieco światła i powietrza do mrocznego wnętrza. Dzięki nim można było bez wchodzenia po schodach podciągać broń i zaopatrzenie na poszczególne kondygnacje. Umożliwiały one również wydawanie głosem rozkazów jednocześnie całej załodze garnizonu. Tysiąc dwieście do tysiąca pięciuset zgromadzonych zbrojnych mogło usłyszeć to, co przekazywano ze środkowego piętra wieży. Donżon miał kuchnie, które zdaniem pewnego współczesnego kronikarza, nieukrywającego swego podziwu, były „godne samego Nerona”. Na dachu umieszczono zbiornik na deszczówkę. Zamek miał także studnię, piece piekarnicze, piwnice, pomieszczenia magazynowe, wielkie kominki, oddzielne dla każdego piętra, oraz latryny. Sklepione podziemne chodniki prowadziły do wszystkich części zamku, do otwartego dziedzińca i sekretnych wyjść poza wały obronne, którymi można było dostarczać aprowizację dla oblężonego garnizonu. Wartujący na szczycie donżonu obserwator widział całą okolicę, sięgając wzrokiem aż do lasów Compiègne, znajdujących się w odległości pięćdziesięciu kilometrów. Zabezpieczało to Coucy przed zaskoczeniem. Zarówno pod względem rozplanowania, jak i realizacji planów architektonicznych twierdza była niemal najdoskonalszą konstrukcją militarną średniowiecznej Europy, a swoją wielkością budziła respekt i grozę.
Zamek zaplanowano w ten sposób, by spełniał jeden zasadniczy wymóg – obronność. Komfort życia w nim był sprawą drugorzędną. Jako twierdza symbolizował podstawową wartość średniowiecznego życia – dominował nad nim tak samo jak krzyż. W Romansie o Róży[5], który można uznać za kompendium wszystkiego, tylko nie romans, zamek, a nie zamknięta w obrębie jego murów Róża, jest głównym przedmiotem opowieści. To zamek trzeba oblegać, do niego się wedrzeć, aby osiągnąć cel: zaspokojenie pożądania. W odniesieniu do realiów życia danie prymatu walorom obronnym zamku świadczyło o tym, że przemoc była wszechobecna. Lęk przed przemocą i poczucie stałego zagrożenia rzeźbiły historię wieków średnich. Antyczny poprzednik zamku, rzymska villa, nie była obiektem ufortyfikowanym. Jej bezpieczeństwo opierało się na rzymskim prawie i rzymskich legionach, a nie na fortyfikacjach. Po upadku imperium średniowieczne społeczeństwo było jedynie zbiorowiskiem różnych, niespójnych, przeciwstawnych sobie elementów, niepodporządkowanych żadnym centralnym, odwiecznie uznanym autorytetom. Z nich jeden tylko – Kościół (co stanowiło o jego sukcesie) – podawał wzorzec organizacji życia zbiorowego, a ten był akceptowany dlatego, że żadne społeczeństwo nie może żyć w anarchii.
Wśród istniejącego zamętu centralna władza świecka powoli zaczęła przekształcać się w monarchię, lecz gdy tylko nowa władza stawała się prawdziwą siłą, natychmiast popadała w konflikty: z jednej strony z Kościołem, z drugiej z baronami. Równocześnie kształtująca się warstwa mieszczańska oferowała swe wsparcie bądź baronom, bądź też biskupom czy królom, oczywiście w zamian za przywileje tworzenia gmin miejskich (communes). Nadawane przywileje w prowadzeniu handlu przyczyniły się do dalszego rozwoju miejskiego stanu trzeciego. Coraz bardziej chwiejna stawała się równowaga polityczna pomiędzy współzawodniczącymi warstwami społecznymi. Ponieważ król nie miał pod swym dowództwem stałych sił zbrojnych, musiał opierać się na feudalnych wasalach, zobowiązanych do pospolitego ruszenia, który to obowiązek zamieniono później na obowiązek dostarczania sił najemnych. Sprawowanie władzy opierało się wyłącznie na zależnościach osobistych, wywodzących się z nadania ziemi jako lenna, w zamian za złożenie hołdu i przysięgi wierności. Więzią łączącą społeczeństwo był stosunek wasala wobec pana, nie zaś obywatela wobec państwa. To było spoiwem politycznej struktury, państwo bowiem dopiero walczyło o swe narodziny.
Dzięki swemu usytuowaniu w centrum Pikardii włości Coucy były, jak uznał to dom panujący, „jednym z kluczy do królestwa”. Sięgając na północy niemal do Flandrii i do wybrzeży kanału La Manche, a na zachodzie do granic z Normandią – Pikardia była głównym szlakiem przez północną Francję. Rzeki płynęły tam zarówno na południe do Sekwany, jak i na zachód – do kanału La Manche. Jej żyzne ziemie były głównym rejonem rolniczym Francji: pastwiska i łany zbóż, połacie lasów i miłe dla oka, rozrzucone wśród nich wioski. Karczowanie lasów, pierwszy zwiastun cywilizacji, rozpoczęło się z nadejściem Rzymian. Na początku XIV wieku Pikardia liczyła około dwustu pięćdziesięciu tysięcy domostw i ponad milion mieszkańców. Oprócz południowego rejonu – Tuluzy, była to jedyna prowincja Francji gęściej zaludniona w okresie średniowiecza niż obecnie. Charakter mieszkańców cechowały wigor i poczucie niezależności. Tam najwcześniej samodzielne gminy otrzymały prawa miejskie.
W tonącym w mrokach okresie, między legendą a historią, włości Coucy były pierwotnie lennem kościelnym. Zostały prawdopodobnie nadane świętemu Remigiuszowi, pierwszemu biskupowi Reims, przez Chlodwiga, pierwszego chrześcijańskiego króla Franków, około roku 500. Po przyjęciu chrztu z rąk świętego Remigiusza król Chlodwig oddał terytorium Coucy nowemu biskupstwu w Reims, opierając byt Kościoła na dobrach cesarskich, tak jak i cesarz Konstantyn tradycyjnym obyczajem wyposażył Kościół w Rzymie. Dzięki darowi Konstantyna chrześcijaństwo stało się religią uznaną oficjalnie, lecz jednocześnie, jak to zauważył William Langland, nieuchronnie narażoną na fatalne skutki niedającej się pogodzić sprzeczności:
Gdy łaska Konstantyna
Nadała Świętemu Kościołowi uposażenia
W ziemi i dzierżawach, senioratach i sługach,
Rzymianie posłyszeli z niebios
Wolanie zapłakanego anioła:
„W tym oto dniu dos ecclesiae wypił jad,
Toteż wszyscy dzierżyciele Piotrowej władzy
Po wsze czasy będą zakażeni tą trucizną”.
Konflikt między sięganiem do boskości a pokusą posiadania dóbr doczesnych stanie się centralnym problemem średniowiecza. Pretendowanie do duchowego przywództwa nigdy nie mogło być w pełni wiarygodne dla wszystkich przystępujących do komunii wiernych, skoro udzielał jej Kościół bazujący na ziemskim dobrobycie. Im więcej Kościół gromadził bogactw, tym bardziej widoczny i niepokojący stawał się ten rozdźwięk. Rozdźwięku tego nigdy nie można było usunąć, toteż w każdym stuleciu powracały i zwątpienia, i dysydencje.
W najwcześniejszych łacińskich dokumentach włości Coucy nazywane były Codiciacum lub Codiacum, co zapewne wywodziło się od słowa codex, oznaczającego kłodę drzewa ociosaną z gałęzi, taką jakich Galowie używali do budowania swych palisad. W ciągu czterech Ciemnych Wieków miejsce to także pozostawało w mroku. W latach 910–920 arcybiskup Reims – Hervé, zbudował pierwszy prymitywny zamek i kaplicę na wzgórzu, obwałowanym dla obrony przed wikingami najeżdżającymi dolinę Ozy. Osadnicy z położonej niżej wioski, szukając schronienia w granicach biskupich obwałowań, założyli górne miasto, znane odtąd pod nazwą Coucy-le-Château, w odróżnieniu od położonego niżej Coucy-la-Ville. W tych niespokojnych czasach terytorium to było nieustanną kością niezgody pomiędzy baronami, arcybiskupami i królami. Wszystkich ich cechowała taka sama wojowniczość. Konieczność obrony przed najeźdźcami – Maurami z południa, wikingami z północy – zrodziła bitny stan rycerski. Walczyli oni jednak równie chętnie i zajadle z najeźdźcami, jak i między sobą. W roku 975 Oderyk, arcybiskup w Reims, scedował lenno na kogoś zwanego Comte d’Eudes, kto w ten sposób stał się pierwszym panem na Coucy. Nic nam nie wiadomo o tej postaci. Znamy tylko nazwę jego rodu. Wiadomo też, że gdy już osiedlił się na szczycie wzgórza, przekazał swym potomkom wyróżniający się rys charakteru: niezwykłą siłę i gwałtowność.
Pierwszym odnotowanym w kronikach doniosłym aktem tego rodu, o charakterze raczej religijnym niż militarnym, było ufundowanie przez Aubry’ego de Coucy w roku 1059 klasztoru dla benedyktynów z Nogent, zbudowanego u stóp wzgórza. Tego rodzaju gest, wykraczający poza skalę uświęconych zwyczajem donacji dla sług Bożych, miał na celu zarówno podkreślenie pozycji ofiarodawcy, jak i pozyskanie dla siebie zasług zapewniających zbawienie. Czy w istocie początkowe nadanie skąpą było udzielone ręką, na co uskarżał się w następnym już wieku zawzięty w swej wrogości opat Guibert – trudno dziś ocenić. Tak czy owak, klasztor jednak rozkwitał i, wspomagany donacjami następnych dziedziców Coucy, przetrwał ich wszystkich.
Następca Aubry’ego, Enguerrand I, znany był z licznych skandali, opętany pożądaniem kobiet, co poświadczał wspomniany opat Guibert (sam będąc ofiarą tłumionych żądz, do czego zresztą przyznał się w spisanych przez siebie Confessions). Enguerrand, opanowany namiętnością do Sybilli, małżonki pana na Lotaryngii, uzyskał, przy poparciu swego uległego kuzyna, biskupa z Laon, unieważnienie małżeństwa ze swą pierwszą żoną Adelą de Marle. Formalnym zarzutem miało być jej cudzołóstwo. Następnie, z błogosławieństwem Kościoła, ożenił się z Sybillą, w czasie gdy mąż jej przebywał na wojnie, a ona sama spodziewała się dziecka w rezultacie jeszcze innego romansu. Powszechnie mówiono o niej jako o kobiecie rozpustnej.
Owocem tych rozwiązłych stosunków familijnych był ów „wściekły wilk” (według słów innego słynnego opata, Sugera z St. Denis), najbardziej osławiony i dziki spośród wszystkich Coucych – Tomasz de Marle, syn odtrąconej Adeli. Gorzko nienawidząc rodzica, który swe ojcostwo podał w wątpliwość, Tomasz, gdy tylko dorósł, wdał się w ciągłe wojny, najpierw rozpoczęte przeciw Enguerrandowi I przez odsuniętego męża Sybilli. Takie prywatne wojny toczyli rycerze z szaleńczą lubością i prosto zmierzającymi do celu metodami. Chodziło o zrujnowanie nieprzyjaciela przez zabicie lub okaleczenie możliwie największej liczby jego poddanych, jak również o zniszczenie zbiorów, winnic i narzędzi pracy, zabudowań gospodarskich i całego mienia, aby pomniejszyć w ten sposób wszelkie źródła dochodu przeciwnika. Głównymi ofiarami wojujących stron byli chłopi. Opat Guibert twierdził, że podczas „wściekłej wojny” Enguerranda przeciw Lotaryńczykowi pojmanym ludziom wyłupywano oczy i obcinano stopy, a ofiary tych operacji można było spotkać w okolicy jeszcze za jego czasów. Prywatne wojny były tak wielkim przekleństwem Europy, iż później głoszono tezę, że wojny krzyżowe podświadomie wymyślono jedynie po to, by dać ujście nieposkromionej agresywności.
Gdy w roku 1095 ogłoszono wielkie pospolite ruszenie, by podjąć Krzyż i uratować Grób Pański przez udział w pierwszej wyprawie krzyżowej, zarówno Enguerrand, jak i jego syn Tomasz zostali uczestnikami tej kampanii. Ale w sercach żywili nadal żądzę rodowej wendety. Z nią ruszyli do Jerozolimy i z nią powrócili, a ich wzajemna nienawiść nadal nie wygasła. Z czynu dokonanego w czasie wyprawy zrodził się herb Coucych, choć to, czy bohaterem był Enguerrand, czy Tomasz, nadal jest kwestią sporną. Jednego z nich wraz z pięcioma towarzyszami zaskoczyli muzułmanie. Ponieważ Francuzi nie mieli na sobie zbroi, bohater opowieści zdjął swój szkarłatny płaszcz, ozdobiony futrem z popielic, i rozdarł go na sześć części, z których zrobił szarfy rozpoznawcze. Zaopatrzeni w takie tylko oznaki rzucili się na muzułmanów i rozgromili ich. Dla upamiętnienia tego czynu ród przybrał tarczę herbową z godłem, które stanowiło sześć poziomych, zakończonych ostro czerwonych pasków na białym tle, lub też zgodnie z heraldycznym nazewnictwem: „pasków sześć przemiennie srebrnych i szkarłatnych”.
Jako dziedzic po swej matce na włościach Marle i La Fère Tomasz dołączył je do dóbr Coucy, które objął w zarząd w 1116 roku. Jak zawsze nieopanowany, wiódł dalej życie pełne aktów nienawiści i czynów rozbójniczych, skierowanych w zmiennych układach bądź przeciw Kościołowi, bądź miastom, bądź królowi, „w czym – według opata Sugera – sam diabeł mu pomagał”. Zajmował dobra klasztorne, torturował więźniów (zgodnie z relacją wieszając mężczyzn za jądra, aż te odrywały się pod ciężarem ciała), osobiście poderżnął gardło trzydziestu buntującym się mieszczanom, przeobraził swe zamki w „gniazda rozbójnicze i pieczary złodziejskie”, za co został przez Kościół ekskomunikowany. Został też in absentia pozbawiony przez niego prawa do rycerskiego pasa. Dodatkowo zlecono, by każdej niedzieli w każdej parafii Pikardii odczytywano z ambony rzuconą na niego klątwę. Król Ludwik VI zebrał siły na zbrojną wyprawę przeciw Tomaszowi i zdołał pozbawić go przywłaszczonych ziem i zamków. W końcu jednak Tomasz okazał się nieodporny na grozę utraty zbawienia i strach przed piekłem – te straszliwe perspektywy zapewniły Kościołowi jakże wiele bogatych legatów w ciągu wieków. Pozostawił więc hojny zapis na rzecz opactwa w Nogent i zdążył ufundować niedaleko jeszcze inny klasztor, w Prémontré, zanim zmarł we własnym łożu w 1130 roku. Był trzykrotnie żonaty. Opat Guibert uznał go za „najbardziej niegodziwego człowieka swego pokolenia”.
To, co stanowiło osobowość Tomasza de Marle, wcale nie musiało wynikać z jego dziedzicznego obciążenia skłonnością do agresji ani też z nienawiści do ojca, bo coś takiego mogłoby zdarzyć się w każdym stuleciu. Ukształtował go panujący wówczas obyczaj stosowania przemocy, możliwy dzięki temu, że nie było jakiegokolwiek organu zdolnego ograniczyć samowolę.
Gdy władza polityczna w ciągu XII i XIII wieku dopiero rozpoczynała proces centralizacji, europejskie talenty i energia znalazły dla siebie ujście w warunkach, jakie stworzyła gwałtowna eksplozja rozwoju cywilizacyjnego. Kwitnący handel przyczynił się do szybkiego postępu sztuk, techniki, budownictwa, nauki, odkryć na lądzie i morzu. Postęp widoczny był także na uniwersytetach, w miastach, w systemie bankowości i polityki kredytowej oraz w każdej innej sferze, która mogła wzbogacać życie i poszerzać horyzonty. Owych dwieście lat było szczytem rozwoju średniowiecza, okresem, kiedy zaczęto używać kompasu i zegara mechanicznego, kołowrotka i ruchomego krosna, wiatraków i młynów wodnych; wtedy to Marco Polo zawędrował do Chin, a Tomasz z Akwinu zajął się opracowaniem kompendium ówczesnej wiedzy; wtedy też założono uniwersytety w Paryżu, Bolonii, Padwie i Neapolu, Oksfordzie i Cambridge, Salamance i Valladolid, Montpellier i Tuluzie. Wówczas to Giotto odmalował ludzkie uczucia, Roger Bacon zagłębił się w nauce doświadczalnej, a Dante stworzył wielki obraz ludzkiego losu i opisał to w ojczystym języku. Był to okres, gdy przejawem religijności była zarówno łagodność, wyrażana w modlitwie świętego Franciszka, jak i w okrucieństwach Inkwizycji; gdy podjęta w imieniu prawdziwej wiary krucjata przeciw albigensom pogrążyła południową Francję we krwi, a pnące się ku niebu katedry wznosiły łuk na łuku dzięki zespoleniu geniuszu twórczego, techniki i wiary.
Nie budowano ich pracą niewolniczą. Mimo że istniały ograniczenia wolności wskutek poddaństwa, jako że prawa i obowiązki pańszczyźniane uświęcone były obyczajem i tradycją, to jednak, w przeciwieństwie do stosunków społecznych świata starożytnego, była to praca całej średniowiecznej społeczności.
Po śmierci Tomasza w dobrach Coucy nastąpił sześćdziesięcioletni, bardziej chwalebny okres pod rządami jego syna i wnuka, Enguerranda II i Raoula I, którzy z korzyścią dla rodowej domeny współdziałali z koroną. Obaj odpowiedzieli na wezwanie do uczestnictwa we wznawianych wyprawach krzyżowych XII wieku i obaj stracili życie w Ziemi Świętej. Być może koszty, jakie pociągnęły te ekspedycje, zmusiły w roku 1197 wdowę po Raoulu do nadania Coucy-le-Château prawa wolnej gminy za cenę 140 liwrów.
Tego typu demokratyzacja, jeśli tu w ogóle można o niej mówić, nie była jednak krokiem w marszu ku wolności – jak pragnęli ujmować postęp społeczny historycy XIX wieku, lecz był to jedynie niezamierzony, uboczny skutek zapalczywej pogoni rycerzy za wojną. Krzyżowiec, od którego wymagano, by sam wyposażył siebie i swoją czeladź w broń, zbroje oraz silne konie – a wszystko to bardzo kosztowne – jeśli nawet wojnę przeżył, to powracał do domu częstokroć biedniejszy, niż był wcześniej; często też zastawał swój majątek w opłakanym stanie. A żadna z wypraw krzyżowych, oprócz pierwszej, nie była ani zwycięska, ani lukratywna. Jedynym ratunkiem (gdyż nie do wyobrażenia było sprzedawanie ziemi) – była sprzedaż przywilejów gminnych lub też zamiana służebności i zobowiązań pańszczyźnianych na czynsz w pieniądzu. W szybko rozwijającej się gospodarce XII i XIII wieku zyski z handlu i nadwyżek rolnych przynosiły mieszczanom i rolnikom wystarczającą ilość pieniędzy na opłacenie wyzwolin i przywilejów.
W Enguerrandzie III, zwanym Wielkim, budowniczym zrekonstruowanego zamku i donżonu, objawił się raz jeszcze brak umiaru, cechujący ród Coucych. Jako pan feudalny w latach 1191–1242 zbudował albo zrekonstruował, poza samym Coucy, zamki i wały obronne w sześciu ze swych dóbr lennych, a wśród nich w St. Gobain, prawie tak samo wielkim jak Coucy. Brał udział w rzezi podczas krucjaty przeciw albigensom, walczył w każdej nadarzającej się wojnie, a więc również, jak jego pradziad Tomasz, w wojnie przeciw diecezji w Reims, wynikłej ze sporu o przywileje feudalne. Oskarżono go o złupienie ziem diecezjalnych, o ścięcie na nich drzew, zajęcie wiosek, sforsowanie bram katedry, zakucie dziekana katedry w kajdany i doprowadzenie kanoników do skrajnej nędzy.
Gdy arcybiskup Reims w roku 1216 poskarżył się papieżowi na Enguerranda III, ten obłożył go ekskomuniką, a ponadto wydał zakaz wykonywania wszelkich posług religijnych z chwilą pojawienia się wyklętego w diecezji. Osoba, na której spoczywała klątwa, była bowiem pozbawiona prawa przyjmowania sakramentów i tym samym skazana na wieczne potępienie, chyba że odbyła pokutę i uzyskała rozgrzeszenie. W większości wypadków tylko biskup, a w niektórych jedynie papież mógł zdjąć klątwę. W czasie, kiedy obowiązywała klątwa, miejscowi księża mieli ją ogłaszać przed całą parafią dwa lub trzy razy w roku, w imieniu Ojca, Syna, Ducha Świętego, Marii Dziewicy oraz wszystkich apostołów i świętych; uderzano w dzwony pogrzebowe, wygaszano świece, krzyż zaś i mszały kładziono na posadzce. Zakładano, że grzesznik winien być całkowicie odsunięty od wszelkich kontaktów towarzyskich i zawodowych. W praktyce przestrzeganie tych reguł powodowało tyle komplikacji, że sąsiedzi ekskomunikowanego ograniczali się jedynie do obrzucania jego domu kamieniami lub dokuczali mu, starając się nakłonić go do skruchy – albo też klątwę w ogóle ignorowali. W przypadku Enguerranda III nakaz zaniechania wszystkich religijnych posług był wyrokiem straszliwym dla całej miejscowej społeczności. To zmusiło go do pojednania się z Kościołem i wniesienia prośby o odpuszczenie grzechów, co po odbyciu przez niego pokuty nastąpiło w roku 1219. Ale i to nie skłoniło go do rezygnacji ze świeckich ambicji, gdyż kontynuował budowę wielkiego zamku, który miał budzić lęk nawet w Paryżu.
Pośpiech, z jakim prowadzono prace budowlane, był spowodowany tym, że Enguerrand III spodziewał się starcia ze swym suwerenem. W okresie małoletniości Ludwika IX, przyszłego Ludwika Świętego, przewodził lidze baronów przeciwstawiających się Koronie; a nawet, jak niektórzy twierdzili, sam miał ambicję objęcia tronu. Królewską krew odziedziczył bowiem po swojej matce, Alicji de Dreux, wywodzącej się w prostej linii od Filipa I. Donżon jego zamku, zaplanowany w taki sposób, by przewyższał swą wysokością królewską wieżę Luwru, miał wyrażać zarówno wyzwanie, jak i ukryte intencje. Sprawująca funkcję regentki matka małoletniego króla oparła się co prawda zagrożeniu, lecz pan na Coucy pozostawał nadal siłą, z którą należało się liczyć. Pomnażał swe dobra i umacniał międzynarodową pozycję poprzez małżeństwa. Jego pierwsza i trzecia żona pochodziły ze szlacheckich rodzin z sąsiedztwa i wniosły mu w posagu dodatkowe dobra ziemskie w Pikardii; natomiast druga, Mahaut z Saksonii, była córką Henryka Lwa, księcia Saksonii, wnuczką Henryka II z Anglii i Eleonory z Akwitanii, siostrzenicą Ryszarda Lwie Serce i siostrą Ottona z Saksonii, późniejszego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Córka, którą miał z jedną ze swych żon, wyszła za mąż za Aleksandra II, króla Szkocji.
W budowie zamku Coucy brało udział (jak oszacowano po policzeniu znaków murarskich) około 800 kamieniarzy. Użyto niezliczonej liczby wozów ciągniętych przez woły do przetransportowania ociosanych głazów z kamieniołomów aż na zamkowe wzgórze oraz wynajęto około 800 innych rzemieślników, a więc cieśli, dekarzy, kowali i ołowników, malarzy i snycerzy. Zwieńczenie nad bramą wejściową do donżonu ozdobiono płaskorzeźbą, która przedstawiała postać rycerza bez zbroi walczącego z lwem, co miało symbolizować rycerską odwagę. Ściany zamku i bramy warownej udekorowano malowanym fryzem z girlandami fantastycznych liści w skali odpowiadającej wielkości budowli. Każdą komnatę zamkową wyposażono w obramowany kominek wmurowany w ścianę. W porównaniu z dawniej stosowanym otworem dachowym kominki te oznaczały postęp techniczny, który dokonał się w XI wieku. Ogrzewały poszczególne pomieszczenia, co umożliwiło przebywanie panom i damom także poza wspólną komnatą, w której niegdyś wszyscy razem jadali i skupiali się w cieple. Oddzieliły też panów od służby. Żaden inny wynalazek nie przysłużył się lepiej wygodzie życia i wykwintowi obyczajów. Dokonało się to jednak kosztem pogłębiających się podziałów socjalnych.
Wbudowana w narożnik pierwszego piętra mała komnata z osobnym kominkiem była zapewne buduarem pani na Coucy. Stąd przez okno mogła ona oglądać rozległą panoramę doliny, gdzie spośród kęp drzew wyzierały tu i ówdzie dzwonnice wiejskich kościółków. Stąd też, podobnie jak Lady of Shalott[6], mogła obserwować ludzi przemieszczających się w dół i w górę drogą wijącą się z doliny na wzgórze. Z wyjątkiem tego malutkiego pokoiku, komnaty mieszkalne pana senioratu i jego rodziny były rozlokowane w części zamku mniej dostępnej od zewnątrz.
W roku 1206 obywatele Amiens, dumnej i kwitnącej stolicy Pikardii, już od setki z górą lat samodzielnej gminy, nabyli relikwię w postaci części głowy Świętego Jana Chrzciciela. Postanowili zbudować, jako jedyne godne pomieszczenie dla tak cennej relikwii, największy we Francji kościół, „wyższy niż wszyscy święci, wyższy niż wszyscy królowie”. Około roku 1220 zebrano odpowiednie środki na ten cel, i szlachetne w linii sklepienie katedry zaczęło się wytrwale piąć ku górze. W tej samej dekadzie Enguerrand III zbudował tuż obok swego donżonu wspaniałą kaplicę, większą niż Sainte-Chapelle, którą w kilka lat później miał zbudować Ludwik Święty w Paryżu. Wysklepiona, wyzłocona i bogata zarówno w rzeźby, jak i w barwy jarzyła się kolorowymi witrażami, tak pięknymi, że największy ich kolekcjoner z następnego wieku – Jean książę de Berry, usiłując je zakupić, oferował 12 000 złotych écus.
Enguerrand III był już teraz panem feudalnym na St. Gobain, Assis, Marle, La Fère, Folembray, Montmirail, Oisy, Crèvecoeur, La Ferté-Aucoul i La Ferté-Gauche, wicehrabią Meaux, kasztelanem na lennie Cambrai. Dawno temu, w 1095 roku, Korona odzyskała od Kościoła prawa zwierzchnictwa nad lennem Coucy; obecnie należało ono bezpośrednio do króla, toteż feudalny pan tych włości winien był składać hołd tylko samemu królowi. W XII i XIII wieku pan na Coucy, podobnie jak i biskup w Laon, bił własne pieniądze. Jeśli oceniać królewskich wasali według liczby rycerzy, których winni byli doprowadzić na wezwanie króla, pan de Coucy w tamtych czasach stał na czele tych baronów królestwa, którzy zajmowali w hierarchii feudalnej miejsce zaraz po udzielnych książętach i hrabiach, a którzy – poza tym, że musieli składać hołd królowi – byli w istocie zupełnie samodzielnymi władcami. Zgodnie z zapisem z roku 1216 z włości Coucy należało dostarczyć 30 rycerzy, w porównaniu z 34, których miał doprowadzić książę d’Anjou, 36 – książę Bretanii i 47 – hrabia Flandrii.
W roku 1242 Enguerrand III, liczący sobie około sześćdziesięciu lat, zabił się, gdy spadając z konia, nadział się na ostrze własnego miecza, który przeszył go na wylot. Jego najstarszy syn i dziedzic, Raoul II, wkrótce potem poległ, walcząc w Egipcie podczas niefortunnej wyprawy krzyżowej Ludwika Świętego w latach 1248–1250. Następcą Raoula II został jego brat, Enguerrand IV, średniowieczny odpowiednik Kaliguli. Jedna ze zbrodni nowego pana na Coucy wywołała reakcję, która stała się katalizatorem istotnego postępu w powszechnym stosowaniu sprawiedliwości.
Pojmał on w lesie trzech młodych giermków z Laon, uzbrojonych w łuki i strzały, lecz bez towarzyszących zazwyczaj przy większych łowach psów myśliwskich. Enguerrand IV kazał ich natychmiast powiesić, i to bez jakiegokolwiek postępowania sądowego. Bezkarność tego rodzaju czynów nie była już wówczas sprawą normalną, gdyż rządy sprawował Ludwik IX, suweren równie pobożny, jak i świadomy swych obowiązków władcy. Król nakazał aresztowanie Enguerranda IV, i to nie przez osoby równe mu stanem, lecz przez sergents[7] sądu, a więc jak zwykłego przestępcę kryminalnego, a następnie osadził go w więzieniu w Luwrze, z tym tylko względem na jego stan – że bez kajdan.
Powołanemu przed sąd w 1256 roku Enguerrandowi towarzyszyli szlachetnie urodzeni najwięksi parowie królestwa: między innymi król Nawarry, książę Burgundii, hrabiowie Baru i Soissons oraz wielu innych; wyczuwali bowiem z posępnym niepokojem, że wyrok w tej sprawie będzie sprawdzianem trwałości dotąd im przynależnych przywilejów. Odmawiając poddania się rozpatrzeniu sprawy przez ten właśnie sąd, jako że postawienie go przed nim godziło w jego osobisty status, honor, rangę oraz szlachecki rodowód, Enguerrand zażądał osądzenia go przez równych sobie stanem i doprowadzenia do „Sądu Bożego” w formie pojedynku. Ludwik IX stanowczo odmówił i oświadczył, że mając na względzie biedaków, księży „oraz osoby zasługujące na naszą litość” – niesprawiedliwością byłoby zdanie się w tej sprawie tylko na „Sąd Boży” w drodze pojedynku. Wprawdzie zgodnie ze zwyczajem nieszlachcice mogli w takich sprawach korzystać z zastępstwa wynajętych szermierzy, lecz król Ludwik uznał takie praktyki za przestarzałe. Po długiej i burzliwej debacie, dotyczącej zasad postępowania w tej sprawie, oraz wbrew uporczywej opozycji stanu szlacheckiego król nakazał, by pan na Coucy stanął przed sądem. Enguerranda uznano za winnego i, choć król zamierzał skazać go na śmierć, możni panowie zdołali go przekonać, by zrezygnował z aż tak wysokiej kary. W rezultacie Enguerrand został skazany jedynie na zapłacenie 12 000 liwrów. Miały być one przeznaczone częściowo na opłacenie wotyw żałobnych, odprawianych po wieczne czasy za dusze tych, których powiesił, częściowo zaś miały być wysłane do Akry[8], by wspomagać obrońców Ziemi Świętej. Sporządzono prawne uzasadnienie tego wyroku, cytowane później jako jeden z argumentów przemawiających za kanonizowaniem króla.
Bogactwa Coucy pomogły w przywróceniu Enguerrandowi IV monarszych łask; pożyczył on bowiem w 1265 roku królowi Ludwikowi 15 000 liwrów na zakup rzekomo prawdziwego Krzyża. Poza tym po dawnemu wiódł swój grzeszny żywot aż do początku XIV stulecia i zmarł bezpotomnie w sędziwym wieku siedemdziesięciu pięciu lat w roku 1311, nie zapominając jednak o testamencie. Zapisał bowiem 20 sous (równowartość jednego liwra), które przekazywać miano raz do roku, aż po wieczne czasy, na rzecz trędowatych w Coucy-la-Ville, by „corocznie modlili się w kaplicy za nasze grzechy”. W tamtym czasie 20 sous było warte tyle, ile wynosił dzienny żołd jednego rycerza albo czterech łuczników, albo wynajęcie wozu z parą koni na dwadzieścia dni, lub teoretycznie dwuletnia płaca najemnego chłopa; można więc przyjąć, że zapewnił on sobie rozsądną ilość modlitw, choć być może niezupełnie adekwatną do wartości swojej duszy.
Gdy ten nieodżałowany dziedzic, mimo że był dwukrotnie żonaty, zmarł bez pozostawienia potomstwa, ster rodu przeszedł w ręce potomków jego siostry Alicji, która wyszła za mąż za hrabiego de Guînes. Jej pierworodny syn odziedziczył dobra i tytuł Guînes, gdy tymczasem jej drugi syn, Enguerrand V, stał się panem na Coucy. Wychowany na dworze Aleksandra, króla Szkocji, który walczył z jego wujem, ożenił się z Katarzyną Lindsay z Baliol, siostrzenicą króla, i przejął seniorat nad domeną, ale tylko na dziesięć lat. Po nim następowały szybkie zmiany sukcesorów. Pierwszym był jego syn Guillaume, następnym – jego wnuk Enguerrand VI, który przejął domenę w spadku w 1335 roku i pięć lat później stał się ojcem Enguerranda VII, ostatniego z rodu Coucych i bohatera tej książki. Poprzez dalsze małżeństwa z możnymi i potężnymi rodami północnej Francji oraz Flandrii ród Coucych stale wił delikatną sieć sojuszów dla umocnienia sił i wpływów, ciągle dokupował dobra ziemskie, pomnażał dochody z danin oraz włączał do swej heraldyki całą galaktykę coraz to nowych emblematów herbowych. Mogli się więc szczycić aż dwunastoma herbami: Boisgency, Hainault, Dreux, Saxony, Montmirail, Roucy, Baliol, Ponthieu, Chatillon, St. Pol, Geldrii i Flandrii.
Członkowie rodu Coucy zachowywali dumną świadomość własnego znaczenia, nie ustępując nikomu, i kierowali swymi sprawami jak suwerenni książęta. Utrzymywali sądy na królewską modłę i organizowali własne dwory według tego samego monarszego wzorca. Mieli więc własnego konetabla, inaczej majordomusa, który pełnił funkcję naczelnego dowódcy w czasie nieobecności pana, wielkiego klucznika lub inaczej szafarza, pierwszego sokolnika i łowczego, pierwszego koniuszego, zarządcę lasów i wód, jak również wielkiego ochmistrza od kuchni, piekarni, piwnicy i owoców (do którego należał nadzór nad gospodarką przyprawami oraz pochodniami i świecami) i wreszcie zarządcę dostaw (którego zadaniem była również dostawa gobelinów i zapewnianie kwater w czasie podróży). Wielki pan tej rangi zatrudniał także zazwyczaj jednego lub więcej domowych lekarzy, golibrodów, kapelanów, malarzy, muzyków, rybałtów, sekretarzy i kopistów, astrologa, błazna oraz karła, a oprócz nich oczywiście paziów i czeladź. Pierwszy wasal pana, działający jako châtelain lub garde du château, zarządzał dobrami. W Coucy pięćdziesięciu rycerzy wraz z giermkami, czeladzią i sługami tworzyło stały garnizon liczący łącznie pięćset osób.
Manifestowanie splendoru było rzeczą ważną jako potwierdzenie statusu i wymagało ponadto wielkiej świty dworskiej, odzianej w barwy swego pana, wystawnych biesiad, turniejów, polowań, zabaw, a ponad wszystko nieskrępowanej niczym swobody w szczodrym rozdawaniu darów i innych przejawach rozrzutności; ponieważ zaś korzystał z tego cały dwór, cechy te były szeroko wysławiane jako najbardziej godny podziwu atrybut udzielnego pana.
Status szlachectwa wywodził się z urodzenia i z przynależności do rodu mogącego się wykazać szeregiem szlacheckich przodków, lecz oprócz tego musiał być potwierdzony „szlacheckim stylem życia”, czyli z mieczem w ręku. Szlachcicem było się wtedy, gdy miało się szlacheckich rodziców, dziadków i tak dalej, aż do pierwszego z rodu, który używał zbroi i rumaka. W praktyce od tej reguły zdarzały się odstępstwa, a sam status opierał się na kryteriach płynnych i niekonkretnych. Jedynym pewnym kryterium była pełniona przez rycerza funkcja, a mianowicie władanie bronią. Była to funkcja wyznaczona drugiemu stanowi w hierarchii społecznej składającej się z trzech stanów, a ustalonej przez Boga. Każdemu z nich przypadały określone zadania wypełniane dla wspólnego dobra. Kler miał się modlić za wszystkich ludzi, rycerze walczyć za nich, a prości ludzie pracować, aby wszyscy mogli się wyżywić.
Jako stojący najbliżej Boga, stan duchowny zajmował pierwsze miejsce. Dzielił się na dwie hierarchie: zakonną i kleru świeckiego, co oznaczało, że ta druga miała pełnić swą misję wśród ludzi świeckich. Obu hierarchiom przewodzili dostojnicy kościelni: opaci, biskupi i arcybiskupi; ci ostatni byli społecznie równorzędni rangą ze świeckimi grands seigneurs[9]. Pomiędzy dostojnikami a biednymi i na wpół wykształconymi księżmi, żyjącymi z datków i jałmużny, niewiele było wspólnego. Stan trzeci był jeszcze mniej jednorodny, dzieląc się na pracodawców i wyrobników i obejmując całą skalę: od wielkich patrycjuszy miejskich, jak prawnicy i lekarze, poprzez wykwalifikowanych rękodzielników, aż do wyrobników dniówkowych i chłopów. Niemniej jednak szlachta uporczywie obstawała przy tym, by wszystkich nieszlachciców traktowano bez różnicy, jako „rasę pospolitą”. „O dobrych mieszczanach, kupcach i wyrobnikach – pisał pewien szlachcic, nadworny skryba ostatniego księcia Burgundii – niepotrzebny jest długi wywód, gdyż pomijając wszystko inne, stan ten nie jest zdolny do przejawiania większych przymiotów, jako że ma charakter służebny”. W teorii głównym zadaniem szlachcica nie była walka dla samej walki, lecz obrona dwóch pozostałych stanów oraz utrzymywanie ładu i sprawiedliwości. Zakładano, że miał on bronić ludzi przed ciemiężcami, zwalczać tyranię i kultywować cnoty, czyli te lepsze cechy ludzkiej osobowości, o których zbrukany błotem, nieświadomy niczego chłop nie mógł mieć – według ówczesnych opinii chrześcijan (sprzecznych skądinąd z tym, co głosił Twórca ich religii) – żadnego wyobrażenia.
Ze swej roli protektora szlachcic czerpał korzyści w postaci zwolnienia od podatków bezpośrednich, a więc: pogłównego i podymnego. Zobowiązany był tylko do płacenia doraźnie pobieranych danin i podatku od kupna. Te ostatnie jednak zabierały biedakom proporcjonalnie więcej niż bogatym. Panował powszechny pogląd, że płacenie podatków jest rzeczą niegodną szlachcica; już samo zbrojne ramię rycerza oddawało przysługę państwu, podobnie jak i modlitwy księży, których w zamian za nie również zwolniono od płacenia podymnego. Uzasadnienie prawne przywilejów szlachty sprowadzało się do tego, że „narażają oni swe ciała i dobra w czasie wojny”, w praktyce jednak powinności te były tak zmienne i ulotne, jak chmury na wietrznym niebie. Także obciążenia podatkowe duchowieństwa, gdy zachodziła konieczność zbierania pieniędzy na obronę królestwa, były przedmiotem nieustannych i zaciętych dyskusji.
Opodatkowanie, podobnie jak lichwa, opierało się na zasadach, w których daremnie szukać by precyzji. Przepisy były przy tym tak zagmatwane przez ad hoc czynione uzupełnienia, wyłączenia oraz doraźne ulgi, że niemożliwością było liczyć na określoną z góry sumę wpływów do państwowej kasy. Podstawowe pryncypium głosiło, że w sytuacji normalnej król winien „żyć na własny koszt”. Ponieważ jednak jego dochody mogły nie wystarczyć na obronę królestwa lub inne potrzeby związane z funkcją rządzenia, poddani powinni być opodatkowani, by mu umożliwić, jak to gładko sformułował Tomasz z Akwinu: „dostarczenie prostemu człowiekowi dobra z dóbr powszechnych”. Obowiązek ten wywodził się z głębszej zasady, że „książęta są powołani przez Boga nie po to, by szukali własnych korzyści, lecz by dbali o zapewnienie powszechnego dobra dla ludu”.
Człowiek urodzony w stanie szlacheckim lgnął do miecza jako do symbolu swego stanu, nie tylko z racji przywileju zwolnienia go od podatków, lecz dla wyrażenia własnej osobowości. „Żaden z nas nie miał ojca, który by umarł w domu – twierdził pewien rycerz w trzynastowiecznej chanson de geste[10] – wszyscy zginęli w bitwie od ostrza zimnej stali”.
Rycerz dosiadał konia; to właśnie wierzchowiec wynosił go ponad innych ludzi. W każdym języku, z wyjątkiem angielskiego, słowo „rycerz” (po francusku chevalier) oznaczało jeźdźca. „Dzielny mężczyzna dosiadający dobrego rumaka – uznawano powszechnie – może w ciągu godziny dokonać w walce o wiele więcej niż dziesięciu, a może nawet i stu pieszych”. Destrier, czyli rumak bojowy, był hodowany głównie po to, aby cechowały go „siła, ognistość, rączość i wierność”, a dosiadano go tylko w czasie boju. W drodze rycerz jechał na zwykłym wierzchowcu, choć dobrej rasy, lecz o spokojniejszym temperamencie, a w tym czasie giermek prowadził destriera po prawej stronie rycerza. Stąd też wywodzi się nazwa: z łacińskiego słowa dexter. W trakcie pełnienia służby wojskowej koń i rycerz byli nierozłączni; bez wierzchowca rycerz stawał się zwykłym człowiekiem.
Bitwa była jego wywyższeniem. „Gdybym jedną stopą już wkroczył do raju, cofnąłbym ją, by ruszyć do boju!” – wykrzyknął bohater jednej z chanson de geste, Garlin li Loherains. Trubadur Bertrand de Born, także szlachcic, był jeszcze bardziej szczery:
Serce me cieszą i oko
Zamków rozbite złomy.
Wrogich wasalów zwłoki
Na wieki już powalonych.
Konie ranionych, zabitych
Bezładnie biegnące wokoło.
A gdy się włączam do bitwy,
By wrogom mym stawić czoło,
Jak wszyscy z rodu rycerzy,
Niech jednym tym się pochwalę,
Że w pierś niejedną uderzę,
Że wiele czerepów rozwalę.
Gdy zginę – to w chwały blasku.
Nie przeżyć mi hańby klęski.
Szczęśliwym gdy słyszę wrzaski:
„Hej, naprzód, na bój ten zwycięski!”
Gdy zarżą – bez jeźdźców konie,
Gdy zabrzmią klątwy i jęki,
Gdy padnie twarzą na błonie
Wróg kopią przebity z mej ręki…
Porzućcie włości – panowie,
Zamki i żywot spokojny,
I niech żaden z was nie powie,
Że się wyrzeka wojny!
Dante opisał Bertranda w piekle, jak niósł swoją odciętą głowę przed sobą jak latarnię.
Z prawa własności do ziemi i dochodów szlachta wywodziła prawo do sprawowania władzy nad wszystkimi nieszlachcicami na swym terytorium, z wyjątkiem duchowieństwa oraz tych kupców, którzy byli obywatelami miast wolnych. Władza grand seigneur upoważniała go też do wymierzania „wielkiej sprawiedliwości”, co oznaczało prawo do wyrokowania o życiu i śmierci, gdy tymczasem pomniejsi rycerze byli uprawnieni tylko do wyrokowania o więzieniu, chłoście i innych karach w zakresie tzw. „małej sprawiedliwości”. Podstawa i uzasadnienie tych przywilejów były rozwinięciem obowiązku udzielania opieki, co zawarto w treści przysięgi seniora wobec wasali. Ten obowiązek w równej mierze wiązał obie strony, z tym zastrzeżeniem, że obligował wasala „tylko na tyle, na ile pan dotrzymuje swej przysięgi”. Średniowieczna polityczna struktura feudalizmu była w teorii umową o wymianie usług i lojalności w zamian za opiekę, sprawiedliwość i ład. Tak jak chłop winien był oddawać produkty ziemi i swą pracę, tak z kolei pan winien był pomóc swemu zwierzchnikowi lub suwerenowi, a więc udzielać mu rad w czasie pokoju i wspomagać służbą wojskową w czasie wojny. W każdym z tych przypadków wynagrodzeniem była ziemia, przysięga zaś na wierność, złożona i akceptowana, była oznaką powiązania obu stron, łącznie z królem, najwyższym w tej lennej piramidzie seniorem, czyli suwerenem.
Nie cała szlachta miała status grands seigneurs tak jak ród Coucy. Nieżonaty rycerz, posiadacz jednego tylko majątku ziemskiego i kościstego wierzchowca miał prawo do takiej samej czci, lecz nie dysponował dochodami pana wielkich włości. Cały stan szlachecki we Francji liczył około dwustu tysięcy osób skupionych w czterdziestu do pięćdziesięciu tysiącach rodzin, co łącznie stanowiło niewiele ponad jeden procent całej populacji. Szlachta zamieszkiwała zarówno duże księstwa o dochodach wyższych niż 10 000 liwrów, jak i osiadała na niewielkich zameczkach z jednym lub dwoma rycerzami-wasalami i z dochodem mniejszym niż 500 liwrów. Na samym dole tej drabiny znajdowali się zupełnie biedni rycerze, którzy nie władali już nikim, chyba że urodzonymi w poddaństwie. Ich jedynym lennem był dom i kilka poletek, nie większych od gospodarstw chłopskich. Dochód czerpali z jednej lub paru dzierżaw, przynoszących im 25 liwrów rocznie lub jeszcze mniej. Musiało to wystarczyć na utrzymanie całej rodziny i sług oraz wyposażenie rycerskie, będące niezbędnym atrybutem przynależności do stanu rycerskiego. Taki szlachcic zagrodowy, czy raczej włodyka, żył z konia i broni, jego utrzymanie zależało zaś od bogatszego feudała bądź od kogokolwiek, kto potrzebował jego usług.
Szlachcic zagrodowy był jednak szlachcicem już przez samo urodzenie, niezależnie od tego, czy otrzymał rycerski pas i ostrogi. Często zdarzało się, że prowadzono postępowanie sądowe dla ustalenia, jakie inne funkcje mógł wykonywać szlachetnie urodzony bez utraty statusu szlachcica. Na przykład: czy wolno mu sprzedawać wino z własnej winnicy? Problem ten był dość delikatnej natury, gdyż królowie czynili to stale. W jednej z takich spraw, wniesionej w 1393 roku, rozstrzygające tę kwestię orzeczenie królewskie głosiło dość niejasno, że „nie przystoi szlachcicowi, by był on oberżystą”. Zgodnie z innym natomiast rozstrzygnięciem szlachcic mógł prowadzić handel, nic nie tracąc ze swego statusu. Znani byli synowie szlacheccy, „którzy żyją, i od dawna już żyli, z kupiectwa, sprzedając sukno, zboże, wino i inne towary, lub są handlarzami, kuśnierzami, szewcami, krawcami”. Taka działalność jednak powinna pozbawić ich przywilejów szlacheckich.
Podstawa logiczna tego problemu została jasno sprecyzowana przez Honoré Boneta, czternastowiecznego duchownego, który podjął się w swoim dziele Drzewo bitew śmiałej próby wyłożenia obowiązującego kodeksu prowadzenia sztuki wojennej. Przyczyną zakazu prowadzenia działalności handlowej – pisał – było zabezpieczenie się przed tym, by rycerz „nie miał wymówki, że poniechał ćwiczeń z bronią, aby zadośćuczynić zwykłemu pragnieniu pozyskania dóbr doczesnych”.
Kryterium szlachectwa – urodzenie w stanie szlacheckim – zaczęło odgrywać coraz większą rolę, w miarę jak przynależność do stanu stawała się sprawą coraz bardziej wątpliwą wskutek uszlachcania ludzi z gminu. Podobnie jak nadawanie przywilejów miastom, tak i nadawanie lenn obywatelom trzeciego stanu, którzy hojnie płacili za taki honor, okazało się dla Korony całkiem lukratywnym źródłem dochodów. Świeżo uszlachcani byli tymi, którzy gorliwie zaspokajali potrzeby materialne króla czy też, będąc prawnikami lub notariuszami, rozpoczynali kariery, służąc królowi pomocą w administracji, w finansach bądź w sądownictwie. Stopniowo, w miarę jak zakres spraw rządowych stawał się coraz bardziej złożony, powstawała grupa zawodowych urzędników i ministrów Korony. Po uszlachceniu zwano ich noblesse de robe[11], w odróżnieniu od szlachciców miecza, i jako parweniusze byli oni traktowani pogardliwie przez szlachtę dziedziczną, urażoną przywłaszczaniem sobie praw doradców Korony. Natomiast szlachta miecza traciła swe wpływy głównie na skutek nieobecności na dworze.
W konsekwencji herb – wyraźna oznaka starożytności rodu, oznaczająca prawo dzierżenia broni, raz nadany rodzinie nie mógł być noszony przez kogokolwiek innego i stał się obiektem niemal modlitewnego kultu. Na turniejach wymagano ukazania herbu, dla dowiedzenia szlacheckiego pochodzenia; na niektórych turniejach wymagano wykazania się aż czterema herbami. Równolegle z nasileniem się infiltracji do stanu szlacheckiego osób pochodzenia gminnego rósł snobizm rycerski: pewnego razu w połowie XV wieku wstąpił w szranki rycerz, za którym postępowała cała parada chorągwi prezentujących trzydzieści dwa herby.
Na skutek zanikania starych rodów z braku męskiego potomstwa, a także podupadania lub pogrążania się w niższej klasie dawnych rodów wielmożów oraz przypływu świeżo uszlachconych rodzin, skład stanu szlacheckiego ze stabilnego stał się płynny, mimo że status jego był ściśle określony i stanowił fundament porządku społecznego. Ubytek rodów staroszlacheckich szacowano na pięćdziesiąt procent w ciągu wieku, a przeciętną trwałość dynastii na trzy do sześciu generacji w okresie od stu do dwustu lat. Klasyczny przykład procesu zanikania zaistniał w rodzinie o nazwisku Clusel, posiadającej niewielkie lenno w dolinie Loary. W roku 1276 jej głową był rycerz o niewątpliwie zbyt małych zasobach, by zapewnić sobie ekwipunek rycerski; został on zmuszony do nielicującej ze szlachectwem własnoręcznej uprawy ziemi i pracy we własnym młynie. Spośród trzech jego wnuków, których nazwiska znalazły się w miejscowych księgach, jeden nadal figurował jako szlachcic, drugi został miejscowym proboszczem, a trzeci był już tylko poborcą czynszów dzierżawnych dla pana feudalnego w hrabstwie. Po osiemdziesięciu pięciu latach żaden z dalszych potomków nie figurował już w spisach szlacheckich. Inny szlachetka o nazwisku Guichard Vert zmarł w roku 1287, będąc młodym człowiekiem, a jego rodzina znalazła się w sytuacji krytycznej. Pozostawił jako spuściznę: dwa łóżka, trzy derki, cztery prześcieradła, dwa małe dywaniki, jeden stół, trzy ławki, pięć skrzyń, dwie szynki i połeć słoniny w spiżarni, pięć pustych beczek w piwnicy, szachownicę oraz hełm i kopię, lecz nie przekazał już miecza. Mimo że nie posiadał gotówki, zapisał swej żonie 200 liwrów, które miały być wypłacone w dziesięciu ratach z jego czynszów dzierżawnych, wynoszących rocznie około sześćdziesięciu liwrów, resztę zaś dochodu zapisał Kościołowi, aby ten modlił się za jego duszę. Testament zawiera ponadto zapisy: ubrania dla przyjaciół i biedaków oraz darowanie dwuletniego czynszu dzierżawnego poddanym, którzy w większości i tak już zalegali z płaceniem. Taka rodzina o warunkach bytowych ledwie odróżniających ją od chłopskich musiała wytężać siły, by utrzymać swe więzy ze szlachtą. Toteż wysyłano synów na służbę jako giermków, by to przynajmniej zapewniło im dostęp do podarunków i pensji, lub starano się, by synowie obrali sobie stan duchowny, w nadziei znalezienia jednej z niewielu ścieżek prowadzących do zamożności.
Rycerz staczający się w dół mógł minąć się z przedsiębiorczym chłopem wstępującym wzwyż. Wykupując lub dziedzicząc wolność, płacący czynsze wieśniak, któremu dobrze się wiodło, mógł dołączyć pola z pracującymi na nich dzierżawcami do własnej ziemi i stopniowo przekazywać prace fizyczne służbie; nabyć lenno od feudała lub Kościoła, nauczyć się obchodzenia z bronią, ożenić się z córką szlachcica będącego właśnie w potrzebie, powoli asymilować się w wyższym środowisku i znaleźć się w końcu w rejestrach jako domicellus
