Odejście na rozkaz - Zbigniew Kozakiewicz - ebook + audiobook + książka

Odejście na rozkaz ebook

Zbigniew Kozakiewicz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Autor przedstawia wydarzenia poprzedzające wybuch II wojny światowej oraz walki obronne Polski we wrześniu 1939 roku. Niemiecki wywiad prowadził intensywne działania dywersyjne i szpiegowskie na północnym Mazowszu, które miały pomóc niemieckim wojskom rozbicie Armii „Modlin” i szybkie zdobycie Warszawy. W pierwszych dniach wojny doszło do zaciekłych walk pod Mławą. Przewaga wroga w ludziach i sprzęcie sprawiły jednak, że Polacy zostali zmuszeni do odwrotu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 96

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cja na okładce: GMJ

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18915-7

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Płonące pogranicze

To będzie jak kla­śnię­cie dłoni. Nie… – popra­wił się w myślach Lübke. – Nie, jak dwa kla­śnię­cia. Naj­czę­ściej cho­dzą prze­cież po dwóch, rza­dziej kil­ku­oso­bo­wym patro­lem.

Fel­dwe­bel Lübke sta­ran­nie wybrał sta­no­wi­sko: on i jego dwaj żoł­nie­rze z pol­skiej strony gra­nicy byli zupeł­nie nie­wi­doczni. Jesz­cze wczo­raj Obe­rleut­nant pochwa­lił go za to.

Przed świ­tem, nie zauwa­żeni przez nikogo, prze­do­stali się do rowu gra­nicz­nego. Było chłodno, wil­gotno. Gefre­iter Kreutz zaczął rwać trawę, by wymo­ścić sobie sta­no­wi­sko, ale Lübke bez słowa pal­nął go w ucho; przez taką wygodną świ­nię można spar­ta­czyć zada­nie. Było powie­dziane: nie pozo­sta­wiać śla­dów, a ten szy­kuje sobie lego­wi­sko. Trzep­nął go dość mocno, by przy­po­mnieć roz­kaz, a Kreutz nawet nie pisnął. I tak powinno być; jakie­kol­wiek roz­mowy były zabro­nione.

Tkwili w tym rowie już pra­wie trzy godziny. Gdy zaczęło się roz­wid­niać, Lübke wska­zał swym żoł­nie­rzom maja­czący w odle­gło­ści dwu­stu metrów słup gra­niczny. Fel­dwe­bel wie­dział, że już za kilka godzin o tym słu­pie sta­nie się gło­śno w gaze­tach i w radiu. I to za jego sprawą, ale o tym będzie wie­dział tylko komen­dant poste­runku Grenz­po­sten, pewien Obe­rleut­nant, i ci dwaj gefrejt­rzy, wpa­tru­jący się czuj­nie w teren po dru­giej stro­nie gra­nicy. Pol­ski słup gra­niczny numer 004. Tak, będzie o nim gło­śno.

Docho­dziła szó­sta, gdy Lübke znowu się­gnął po lor­netkę. W szkłach zako­ły­sały się jakieś dale­kie zabu­do­wa­nia, a potem, po popra­wie­niu ostro­ści, wyraź­nie zary­so­wała się ścieżka wydep­tana przez patrole pol­skiej Straży Gra­nicz­nej z pla­cówki w Boni­sła­wiu. Dróżka była pusta. Po chwili, gdy już miał odło­żyć lor­netkę, zama­ja­czyły dwie syl­wetki. Są! Poczuł nagły ucisk w krtani i przy­spie­szony puls. Wyda­wało mu się, że zapot­niały szkła lor­netki. Szybko je prze­tarł irchą i ponow­nie pod­niósł do oczu. Są! Nie było naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Szli swo­bod­nie, roz­ma­wiali, zza ple­ców wysta­wały im lufy kara­bi­nów. Wska­zał ich swoim żoł­nie­rzom; ski­nęli gło­wami, że oni też dostrze­gli pol­ski patrol. Nie­mal jed­no­cze­śnie się­gnęli do zam­ków i prze­su­nęli bez­piecz­niki. Lübke zro­bił to samo. Sys­te­ma­tycz­nie prze­cze­sy­wał wzro­kiem wyzna­czone sek­tory, ale nie zauwa­żył niczego podej­rza­nego. Patrol zbli­żał się do miej­sca zasadzki. Fel­dwe­bel wie­dział, że już nic nie ura­tuje tych ludzi. Gdy zbliżą się do słupa gra­nicz­nego, będą w tym poran­nym słońcu, na tle błę­kit­nego nieba, lepiej widoczni niż cele na strzel­nicy…

Spoj­rzał jesz­cze raz na swo­ich. Spo­kojni, sku­pieni, pro­wa­dzili w celow­ni­kach każdy swego, tak jak naka­zano im jesz­cze w kosza­rach. Do uszu Fel­dwe­bla dobie­gły jakieś strzępy roz­mowy, śmiech. Dwie syl­wetki uka­zały się obok słupa. Już! Ski­nął ręką, nie odry­wa­jąc oczu od lor­netki. Kla­snęły strzały. Dwa. I jesz­cze dwa… Jeden z Pola­ków padł natych­miast, jakby mu ktoś pod­ciął nogi. Drugi zachwiał się, zro­bił jesz­cze trzy kroki – i temu doło­żyli…

W pół godziny póź­niej Obe­rleut­nant, odko­men­de­ro­wany cza­sowo do Grenz­po­sten, popro­sił o tele­fo­niczne połą­cze­nie z Iławą. Usły­szał kobiecy głos, który potwier­dził, że jest to żądany numer. Rzu­cił urzę­do­wym tonem tylko dwa słowa: „Allen­stein-dwa”, i odło­żył słu­chawkę. Nie zwle­ka­jąc, obrzu­cił uważ­nym spoj­rze­niem pokój, który mu odstą­piono na te dwie doby, scho­wał do kie­szeni papie­rosy, opróż­nił popiel­niczkę i poszedł do kan­ce­la­rii komen­danta poste­runku. Ten, jak nale­żało się spo­dzie­wać, był na miej­scu; wyglą­dał na zmę­czo­nego, praw­do­po­dob­nie czu­wał przez całą noc, ale to Obe­rleut­nanta nie obcho­dziło. Spy­tał, czy jego samo­chód jest przy­go­to­wany do drogi, a potem już bez słowa, unie­sie­niem dłoni skwi­to­wał raź­nie wykrzy­czane przez komen­danta: „Heil, Hitler!”. I odje­chał w nie­wia­do­mym kie­runku. Z Fel­dwe­blem Lübkem już się nie zoba­czył, bo po co?

W tym samym cza­sie przy słu­pie gra­nicz­nym numer 004 straż­nicy z pla­cówki Straży Gra­nicz­nej w Boni­sła­wiu pró­bo­wali rato­wać swo­jego kolegę Woj­cie­cha Wiśniew­skiego. Kapra­lowi Igna­cemu Felik­sowi Gra­bow­skiemu z 20 Dywi­zji Pie­choty, przy­dzie­lo­nemu dla wzmoc­nie­nia pla­cówki, już nie mogli pomóc – zgi­nął na miej­scu. Straż­nik Wiśniew­ski był ciężko ranny, choć przy­tomny. Wska­zał, skąd do nich strze­lano. Sani­ta­riusz pró­bo­wał zata­mo­wać upływ krwi, nie­wiele jed­nak mógł pora­dzić. Po prze­trans­por­to­wa­niu do szpi­tala, mimo wysił­ków leka­rzy, Woj­ciech Wiśniew­ski zmarł po kilku godzi­nach.

Komen­dant pla­cówki natych­miast po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści o zama­chu na patrol gra­niczny poin­for­mo­wał Komi­sa­riat Straży Gra­nicz­nej w Szczep­ko­wie Boro­wym, że 26 sierp­nia 1939 roku, o godzi­nie szó­stej, przy słu­pie 004 Niemcy doko­nali nowej pro­wo­ka­cji z bro­nią w ręku, zabi­ja­jąc kaprala Gra­bow­skiego i ciężko raniąc straż­nika Wiśniew­skiego. Stam­tąd mel­du­nek bez­zwłocz­nie prze­ka­zano nad­ko­mi­sa­rzowi majo­rowi Wacła­wowi Nie­dziel­skiemu, komen­dan­towi Obwodu Straży Gra­nicz­nej w Prza­sny­szu. Wia­do­mość o pro­wo­ka­cji nie­miec­kiej wcze­snym ran­kiem tego dnia zaalar­mo­wała majora Wła­dy­sława Toma­sika, szefa zakon­spi­ro­wa­nej pla­cówki pol­skiego wywiadu w Mła­wie, oraz ofi­ce­rów pla­cówki infor­ma­cyjno-wywia­dow­czej numer 1 w Cie­cha­no­wie; nieco póź­niej dotarła do dowódcy Armii „Modlin”, gene­rała bry­gady Emila Prze­drzy­mir­skiego-Kru­ko­wi­cza, oraz dowódcy 20 Dywi­zji Pie­choty, puł­kow­nika dyplo­mo­wa­nego Wil­helma Lawi­cza-Liszki.

W sie­dzi­bie Obe­rkom­mis­sar der Gehe­ime Sta­at­spo­li­zei für Pro­vinz West­preus­sen w Iła­wie przy ulicy Obe­rwald­strasse 6 nie wyczu­wało się ner­wo­wej atmos­fery. Szef wywiadu na pół­nocne Mazow­sze był wypró­bo­wa­nym kadro­wym pra­cow­ni­kiem, a jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, odko­men­de­ro­wany z Abwehry, Haupt­mann Joachim Alt­man, też miał doświad­cze­nie w tej robo­cie. I co naj­waż­niej­sze – nie popa­dał łatwo w panikę, cho­ciaż pona­gle­nia z eks­po­zy­tury wywiadu (Abwehr­stelle I) w Kró­lewcu od kil­ku­na­stu dni były coraz ostrzej­sze w tonie. Ci z Kró­lewca wciąż sta­wiali nowe żąda­nia, wyma­gali infor­ma­cji o ruchach pol­skich oddzia­łów woj­sko­wych, a zwłasz­cza o roz­bu­do­wie pozy­cji mław­skiej, a o te wia­do­mo­ści naj­trud­niej, tym bar­dziej że od kilku mie­sięcy Polacy zaostrzyli czuj­ność, wyczu­lili lud­ność na moż­li­wość ist­nie­nia prze­cie­ków, zak­ty­wi­zo­wała dzia­ła­nia Straż Gra­niczna i Poli­cja Pań­stwowa; od czasu do czasu we wpad­kach agen­tów można się domy­śleć nie­wi­docz­nej ręki pol­skiego kontr­wy­wiadu. Mimo całej zręcz­no­ści i bły­sko­tli­wie pomy­śla­nych akcji trudno było Pola­ków wypro­wa­dzić w pole, choć z Edwar­dem Len­cem pokpili sprawę. Na całego. Mieli go w rękach, a on im się wymknął i na­dal działa, tylko że znacz­nie dys­kret­niej.

O Lencu na dobrą sprawę nikt nie wie tyle, co on, Obe­rkom­mis­sar Kuntz; nawet sze­fo­wie z Ber­lina, któ­rzy mają jego akta. Lenc, głę­boko zakon­spi­ro­wany agent, wywo­dzący się z nie­miec­kiej rodziny osia­dłej w Pru­sach, przez całe lata żył jakby w zapo­mnie­niu. Solidny mier­ni­czy miał moż­ność dokład­nego pene­tro­wa­nia całego powiatu mław­skiego bez wzbu­dza­nia jakich­kol­wiek podej­rzeń. Jeź­dził po wsiach, był gościem we dwo­rach, przyj­mo­wał zle­ce­nia od wój­tów, zawsze chętny do pracy, rze­telny, słu­żący pomocą – nie zanie­dby­wał ni­gdy swych obo­wiąz­ków. Uła­twiało mu to zbie­ra­nie infor­ma­cji woj­sko­wych i gospo­dar­czych. Lenc orga­ni­zo­wał nie­miecką kolo­nię, nie­miec­kie szkol­nic­two w przy­gra­nicz­nych powia­tach. Jego aktyw­ność trwała bez prze­szkód nie­mal trzy lata. I ten ceniony agent omal nie wpadł. Straż­nicy z pla­cówki w Boni­sła­wiu zatrzy­mali jed­nego z jego współ­pra­cow­ni­ków. W kilka dni potem, na początku sierp­nia, Lenc został aresz­to­wany. Niemcy zanie­po­ko­ili się – został jed­nak dość szybko zwol­niony, ponie­waż nie zdo­łano mu niczego udo­wod­nić.

Gdy przy­szła wia­do­mość o tym zwol­nie­niu, Kuntz z Alt­ma­nem uczcili to zda­rze­nie butelką koniaku. Wtedy to wła­śnie Alt­man wpadł na pomysł „uka­ra­nia” straż­ni­ków z Boni­sła­wia, wybrał nawet miej­sce egze­ku­cji. Zgoda z Kró­lewca przy­szła po kil­ku­na­stu dniach, a dziś Obe­rleut­nant Wanke nadał krótki sygnał: „Allen­stein-dwa”. Ozna­czał on, że akcja powio­dła się – zli­kwi­do­wano pol­skich straż­ni­ków. Nie cho­dziło oczy­wi­ście o tych dwóch kon­kret­nych ludzi, o któ­rych nie wia­domo nawet, czy mieli coś wspól­nego z uję­ciem agenta. Kró­le­wiec zaak­cep­to­wał ope­ra­cję, bo była zgodna z ogól­nym pla­nem wywo­ły­wa­nia psy­chozy stra­chu wśród lud­no­ści pol­skiej na pogra­ni­czu, nie­pew­no­ści i nie­wiary w moż­li­wość pod­ję­cia sku­tecz­nej walki, gdy doj­dzie do wojny. Alt­man tego typu akcje potra­fił orga­ni­zo­wać; kil­ka­krot­nie utwo­rzone przez niego kil­ku­oso­bowe grupy dywer­syjne, prze­brane w pol­skie mun­dury lub mun­dury Wehr­machtu, prze­kra­czały gra­nicę i pod osłoną nocy napa­dały lub tylko mar­ko­wały atak na pol­skie poste­runki. To też robiło swoje. Choć ni­gdy nie cof­nął się przed uży­ciem każ­dego dostęp­nego środka, który zapew­niałby sku­tecz­ność, w głębi duszy miał tego typu dzia­ła­nia w głę­bo­kiej pogar­dzie. Wywiad według niego to walka o infor­ma­cję, two­rze­nie dale­ko­sięż­nych kon­cep­cji, misterna, nie­wi­doczna dla oka ich reali­za­cja, wpro­wa­dza­nie prze­ciw­nika w pułapkę, z któ­rej już nie ma wyj­ścia. Ale od kilku lat wiele się zmie­niło – za dużo, tak uwa­żał, było w ich robo­cie śla­dów pod­ku­tego żoł­dac­kiego buta… Co innego takie pomy­sły jak – to mu się podo­bało – umiesz­cza­nie agen­tek w pol­skich dwo­rach i zamoż­nych rodzi­nach w cha­rak­te­rze bon albo wer­bo­wa­nie agen­tów spo­śród niektó­rych Pola­ków, prze­kra­cza­ją­cych nie­le­gal­nie gra­nicę w poszu­ki­wa­niu pracy w Pru­sach. Roz­wi­nię­cie tego pomy­słu – orga­ni­zo­wa­nie wie­lo­oso­bo­wych grup mło­dych męż­czyzn, któ­rym ofe­ro­wano pracę w Niem­czech – co prawda nie powio­dło się, bo za próbę nie­le­gal­nego prze­kra­cza­nia gra­nicy zostali ska­zani przez sąd w Mła­wie Emma Ber­ge­isten, Rudolf i Marta Weis­se­no­wie i jesz­cze kilku Niem­ców, ale Kuntz odbił to sobie na ope­ra­cji „Sre­bro”. Swoim ludziom, oczy­wi­ście za zgodą cen­trali, naka­zał wyku­py­wa­nie pol­skiego bilonu srebr­nego i niklo­wego. Jed­no­cze­śnie doło­żył sta­rań, aby roze­szła się plotka, że w wypadku wojny jedy­nie bilon zachowa war­tość; pomo­gło mu w tym zresztą kilka pol­skich gazet, które pró­bu­jąc sprawę wyja­śniać, nie­za­mie­rze­nie ją roz­po­wszech­niły. Tak, to była – według niego – mądra i sku­teczna ope­ra­cja. A ten cały „Allen­stein”… wolał, żeby z przed­sta­wi­cie­lem Kró­lewca roz­ma­wiał Haupt­mann Alt­man, bliż­szy tam­tym panom…

Major Krüger znał Alt­mana; oczy­wi­ście na tyle, na ile jest to moż­liwe w wywia­dzie. Jego zasługą były infor­ma­cje o budo­wie sys­temu zapór w doli­nach rzek: Mławki, Ula­tówki i Orzyca, dzięki któ­rym Polacy mogliby zalać znaczne obszary na pogra­ni­czu. Alt­man był w szta­bie 3 Armii bar­dzo za to ceniony.

I Krüger od tego wła­śnie zaczął jedno ze spo­tkań.

Alt­man przy­jął pochwałę bez słowa, popa­trzył na wysłan­nika Abwehr­stelle I wod­ni­stymi, bez wyrazu oczyma i po dłuż­szej chwili wycią­gnął z teczki białą kopertę.

– Zdję­cia uzu­peł­nia­jące – wyja­śnił. – Sko­pio­wa­li­śmy je przed godziną. Poszły także nor­mal­nym kana­łem.

Krüger poczuł się lekko ura­żony. Osten­ta­cyj­nie nie zain­te­re­so­wał się zawar­to­ścią koperty. Posta­no­wił od razu przejść do celu spo­tka­nia.

– Haupt­mann Alt­man, ale to wszystko za mało – powie­dział. – Nas inte­re­suje przede wszyst­kim pozy­cja mław­ska. Wiemy, że są tam schrony bojowe. Ile, gdzie, ich kon­struk­cja, sys­tem ognia, zapór? Panu, jako zawo­do­wemu ofi­ce­rowi, nie muszę wyja­śniać wagi tego zagad­nie­nia.

– Dwu­dzie­sta Dywi­zja wciąż roz­bu­do­wuje obronę. Szcze­góły podaję natych­miast po roz­po­zna­niu.

– Za mało – uciął Krüger. – Sztab Trze­ciej Armii zakłada, że może to być klu­czowa pozy­cja w łań­cu­chu pol­skich umoc­nień.

– Obrona jest płytka…

– To wiemy, Herr Haupt­mann. Zlo­ka­li­zo­wał pan podobno każdą sto­dołę z kle­pi­skiem, na któ­rym można usta­wić ciężką broń. Dobrze. Ale za mało jesz­cze wiemy o pozy­cji mław­skiej. Co pan ma zamiar uczy­nić?

– Wyda­łem roz­kaz, by przy­go­to­wać upro­wa­dze­nie ofi­cera ze sztabu bata­lionu sape­rów roz­bu­do­wu­ją­cego umoc­nie­nia – Alt­man powie­dział to po dłuż­szym mil­cze­niu. – Akcja zosta­nie sta­ran­nie zama­sko­wana; uzy­ska­łem zapew­nie­nie, że po przed­sta­wie­niu planu otrzy­mam na nią zgodę.

Krügerowi udało się nie oka­zać zasko­cze­nia; zorien­to­wał się, że Alt­man pra­cuje także z kimś, kto stoi znacz­nie wyżej od niego. Może kon­tak­tuje się z cen­tralą? Gdyby plan nie powiódł się, grozi to spa­le­niem kilku agen­tów, a może nawet całej siatki, no i ten szum pro­pa­gan­dowy. Na szczę­ście prak­tyczne kon­se­kwen­cje tego będą nie­wiel­kie, bo prze­cież nie trzeba pra­co­wać w wywia­dzie, by zda­wać sobie sprawę, że nie­miecka machina wojenna w grun­cie rze­czy już ruszyła.

– Kiedy, Herr Haupt­mann?

– W ciągu dwóch dni powin­ni­śmy mieć to za sobą. I jesz­cze jedna, bar­dzo ważna rzecz. Polacy powinni być prze­ko­nani, że śmierć tego czło­wieka, jeśli natu­ral­nie nie pój­dzie na współ­pracę z nami, to czy­sty przy­pa­dek.

– Nie wni­kam w szcze­góły, nie jestem upo­waż­niony…

– Pra­cu­jemy nad tym. – Tym razem prze­rwał Alt­man i z bły­skiem w oku powie­dział: – To musi się udać.

Krüger pomy­ślał, że próba prze­pro­wa­dze­nia takiej akcji ozna­cza jed­nak przy­zna­nie się do bez­rad­no­ści w nor­mal­nym dzia­ła­niu agen­tu­ral­nym albo zuchwa­łość, a nawet pry­mi­tywne awan­tur­nic­two. W osta­tecz­nym rezul­ta­cie liczył się jed­nak wynik.

– Dużo pan stra­cił ludzi? – zapy­tał. – Myślę o Niem­cach wysie­dlo­nych z przy­gra­nicz­nych powia­tów w głąb Pol­ski.

– Tam, gdzie ude­rzymy, pra­wie nikogo. Polacy dzia­łali po omacku. Usu­nęli krzy­ka­czy. Tych, któ­rzy z nami pra­cują, nie tknęli. Mają więc słabe roz­po­zna­nie, ich akcje były obli­czone przede wszyst­kim na zastra­sze­nie naszych kolo­ni­stów.

– Mamy dane, że nasi nie­mieccy rodacy dobrze znie­śli te wysie­dle­nia – ode­zwał się Krüger. – Nie zała­mały one naszego ducha.

– Akcję Pola­ków – kon­ty­nu­ował Alt­man – ze względu na jej mały zasięg możemy uznać za chy­bioną. Ostat­nie pro­cesy za bez­czesz­cze­nie sym­boli pań­stwa pol­skiego i pol­sko­ści też były obli­czone tylko na zastra­sze­nie i nie zepsuły nam roboty. Jest nas na Mazow­szu dużo – to czyn­nik decy­du­jący.

– Zga­dzam się z pana oceną. Nasze biuro prze­ka­zało cen­trali podobną. Przy­po­mi­nam tylko, Herr Haupt­mann, że tej wiel­kiej siły, która wes­prze Wehr­macht, gdy przyj­dzie na to pora, nie wolno pozo­sta­wiać samej. Musimy być obecni, choć nie­wi­doczni, wśród naszych roda­ków.

– Dzia­łamy ści­śle według instruk­cji. Mel­do­wa­łem o zaopa­trze­niu taj­nych maga­zy­nów, o wypo­sa­że­niu w broń, o stwo­rze­niu grup dywer­syj­nych…

– Tak, tak. Wiem o tym wszystko, co trzeba – prze­rwał Krüger. Na tym grun­cie czuł się pew­nie. – Ale muszę wró­cić do początku naszej roz­mowy. Trzeba ukie­run­ko­wać dzia­ła­nie naszych grup na tyłach klu­czo­wych pozy­cji pol­skich. Powiaty: Dział­dowo, Mława, Prza­snysz, Cie­cha­nów – to według naszego roze­zna­nia naj­waż­niej­szy teren do dzia­łań dywer­syj­nych.

– Mamy tam dobre opar­cie wśród lud­no­ści nie­miec­kiej. W samym powie­cie mław­skim mieszka ponad ośmiu­set pięć­dzie­się­ciu Niem­ców. We wsi Sto­łowo miesz­kają sami nasi rodacy, w Ostro­wiu jest ich sześć­dzie­siąt pro­cent, w Rochni ponad pięć­dzie­siąt, w Woli Prosz­kow­skiej około czter­dzie­ści pro­cent.

– Roz­pa­truję te sprawy z panem, Herr Haupt­mann, bo na nas ciąży wielka odpo­wie­dzial­ność – mówił dalej Krüger. – Oczy­wi­ście nie tylko na nas, ale pole bitwy dla Wehr­machtu na pół­noc­nym Mazow­szu my powin­ni­śmy przy­go­to­wać.

Alt­man nie pod­jął tego tematu. Z jego twa­rzy Krüger nie mógł niczego wyczy­tać, cho­ciaż sądził, że te słowa musiały dotrzeć do tego skry­tego, z gruntu zim­nego czło­wieka. Teraz, w ostat­nich dniach lub naj­wy­żej tygo­dniach przed zbroj­nym wystą­pie­niem Wehr­machtu, rola wywiadu nie­po­mier­nie wzra­stała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki