Od ucha do ucha. Homo sapiens się śmieje - Łukasz Jach - ebook

Od ucha do ucha. Homo sapiens się śmieje ebook

Jach Łukasz

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Z tej książki dowiesz się:

Czy jest coś mniej zabawnego, niż tłumaczenie dowcipów?

Jakie są różnice między kobietami a mężczyznami w podejściu do humoru?

Czy humor łączy się z inteligencją?

Co wspólnego ma Sokrates ze współczesnymi pranksterami?

Dzięki tej książce wreszcie zrozumiecie dlaczego śmieszą was (lub nie) „Przyjaciele” oraz jakie są różnice w humorze prezentowanym w najpopularniejszych serialach komediowych. Na końcu każdego rozdziału czekają na was ćwiczenia, które rozruszają te części ciała, które potrzebne są, aby się śmiać – mięśnie, i mózgi.

Łukasz Jach przez pryzmat psychologii, antropologii i kognitywistyki pokazuje nam jakie istnieją style humoru oraz na jakiej podstawie się wykształciły. Przechodząc od koncepcji najsłynniejszych greckich filozofów, przez wyniki najnowszych badań, aż do rozpracowywania dowcipów dowiecie się dlaczego w ogóle coś was bawi. Bez względu na to, czy śmiejąc się wydajecie dźwięki „haha”, „hehe” czy „hihi”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 276

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

 

 

Wprowadzenie

 

 

 

 

 

Co ma piernik do humoru?

 

Oferta, jaka wita nas w supermarketowym dziale ze słodyczami, może przyprawiać o zawrót głowy. Z obficie zaopatrzonych półek do naszych koszyków mogą wskoczyć czekolady i batoniki, wafle i ciastka, żelki, twarde i miękkie cukierki i wiele, wiele innych produktów rodem z koszmaru stomatologa. Różnorodność ich wersji i odmian jest jednak w pewnym sensie powierzchowna. Jeśli obrócimy opakowanie kilku z nich i dokładniej przyjrzymy się składowi, zauważymy, że wszystkie te smakowitości zawierają cukier. Ba, nawet w gorzkiej czekoladzie znajduje się on na drugiej pozycji listy składników. Gdyby w sytuacji wybierania towaru w dziale ze słodyczami obserwował nas antropolog z obcej planety, mógłby dojść do wniosku, że ludzie przywiązują szczególną wagę do tego, w jakiej konkretnie postaci do ich organizmów zostanie dostarczona kolejna porcja cukru.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie lubią słodkie produkty, wydaje się dosyć prosta. Cukier stanowi dla nas źródło energii potrzebnej do prawidłowego funkcjonowania, stąd też w toku rozwoju gatunkowego u ludzi wykształciły się związane z jego preferencją mechanizmy fizjologiczno-anatomiczne i motywacyjne: począwszy od występowania na języku i w jamie ustnej specjalnych receptorów słodkiego smaku oraz obecności w ślinie enzymów, które wstępnie rozkładają cukry złożone na prostsze (a zarazem bardziej słodkie), a skończywszy na aktywizowaniu się – w odpowiedzi na doświadczenie słodkości – struktur mózgowych związanych z tzw. układem nagrody[1].

Gdyby jednak ten sam kosmiczny antropolog skręcił w alejkę ze sprzętem RTV, być może w oczy (lub w inne narządy pełniące podobne funkcje) rzuciłaby mu się ramówka jednego z kanałów komediowych. Kanały takie jak Comedy Central czy Fox Comedy nadają w trybie 24/7 programy, których różnorodność z powodzeniem porównać można do tej napotkanej wcześniej na półce ze słodyczami. Humor przedstawiany w kontekście bliskich relacji społecznych i typowych, codziennych sytuacji (Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę) sąsiaduje tam z takim, do którego zrozumienia potrzebna jest określona wiedza (Teoria wielkiego podrywu) czy znajomość specyficznego kontekstu (Ucho Prezesa), a obok występów typu stand-up (Comedy Club) emitowane są adresowane do dorosłych widzów kreskówki komentujące współczesną rzeczywistość w sposób idący pod prąd powszechnym normom i wartościom (Miasteczko South Park, Family Guy). O ile jednak zróżnicowane formy łakoci można próbować sprowadzić do wspólnego, cukrowego mianownika, o tyle podobny zabieg nie wydaje się równie łatwy w odniesieniu do humorystycznych treści. Humor może być serdeczny lub ironiczny, sprośny lub absurdalny, oparty na językowych skojarzeniach czy potknięciach lub osadzony w danej sytuacji. Może on pojawiać się spontanicznie, ale równie dobrze może być wynikiem wypracowanego działania, jak w przypadku programów typu „ukryta kamera” lub żartów opartych na tzw. wkrętce.

Wymieniać można by jeszcze długo, jednak nawet już powyższa wyliczanka pokazuje, że humor stanowi frapujące i skomplikowane zjawisko. Jeśli dodać do tego jeszcze całą związaną z humorem „mechanikę”, obejmującą aspekty związane z jego nadawaniem i odbiorem oraz odnoszące się do takich zachowań jak śmianie się i uśmiechanie, zaczyna się robić naprawdę poważnie…

 

 

Śmiech na sali filozofów

 

Nie tylko wyniki badań naukowych, ale i codzienne doświadczenie podpowiadają nam, że ludzie z reguły lubią się śmiać. Przykładowo, prace antropologów donoszą o występowaniu przejawów humoru we wszystkich ludzkich społecznościach[2], a poczucie humoru jest wymieniane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety wśród cech najbardziej pożądanych u wymarzonych partnerów romantycznych[3]. O uniwersalności potrzeb związanych z humorem świadczyć mogą też starożytne korzenie satyry i komedii[4]. Już w komediach Arystofanesa (V–IV wiek przed Chrystusem) znajdziemy elementy, które wydadzą się swojskie nawet współczesnym konsumentom humoru, takie jak odwołania do sfery seksualno-fizjologicznej, żarty językowe, nadawanie znaczących nazw postaciom czy miejscom, odwołania do aktualnych (oczywiście w danym czasie) tematów polityczno-społecznych, a nawet elementy humoru absurdalnego[5].

Starożytny rodowód mają także pierwsze próby opisania i zrozumienia związanych z humorem zjawisk[6]. Posadzony na kanapie przed sączącą się z telewizora treścią seriali komediowych Platon (424–348 p. n. e.) zapewne mocno by się krzywił i zżymał[7]. Według tego filozofa wszelkie formy artystycznego wyrazu, do których należą również przedstawienia komediowe, mogą wyzwalać w ludziach emocje i namiętności. Te zaś oddalone są biegunowo od działania opartego na rozumie, czyli cesze człowieka mającej najwięcej wspólnego ze światem idei, do których należą dobro, prawda i piękno. Boskie idee odbijają się w naszym świecie w niedoskonałej formie, a humor – którego siła tkwi w wykrzywianiu rzeczywistości – prowadzi do jeszcze większego oddalenia człowieka od doskonałych form. Szczególnie niegodne jest zaś to, że przedmiotem humoru są ludzkie wady, jak choćby głupota, skłonność do korupcji czy zazdrość. Człowiek śmiejący się z nich w rzeczywistości czerpie więc radość z przejawów zła. Rozmyślne prowokowanie do śmiechu można rozumieć zatem jako godne napiętnowania celowe sprowadzanie człowieka na ścieżkę upadku.

Siedzący tuż obok na tej samej kanapie Arystoteles (384–322 p. n. e.) powiedziałby pewnie swojemu nauczycielowi, że w krytyce śmiechu grubo przesadza. Według autora Poetyki[8] istota sztuki w każdej swojej postaci tkwi w naśladownictwie i nie inaczej jest ze sztukami dramatycznymi – tragedią i komedią[9]. Obie one dokonują jednak zgodnych z precyzyjnymi konwencjami przekształceń, w wyniku których u odbiorców rodzą się konkretne, przewidywalne przeżycia. Tak więc tragedia pokazywać może historie ludzi charakteryzujących się szlachetnymi cechami, którzy w miarę posuwania się fabuły popadają w coraz większe nieszczęście. Zapoznający się z ich losami widzowie doświadczają zaś współczucia i trwogi, tym bardziej że dobrze skrojona tragedia nie powinna zmierzać do happy endu. Śmieszność przedstawiana w komedii bierze się z ukazywania ludzi gorszych, których wady nie idą jednak w parze z ich osobistym cierpieniem. Komediowy tok fabuły powinien doprowadzać do przemiany „nieszczęścia w szczęście”, czyli końca ukazującego triumf cnót nad przywarami.

W kontekście Arystotelesowskiego myślenia o komedii warto zwrócić przy tym uwagę na trzy aspekty. Po pierwsze, wygląda na to, że przeżycia widza biorą się z zestawienia posiadanego wcześniej przekonania „jak być powinno” ze scenicznym „jak jest”. Wbrew temu, co mógłby sądzić na ten temat Platon, komiczne prezentowanie wad nie zmierza wcale do ich akceptacji. Gdyby do tego doszło, „jak jest” zrównałoby się z „jak być powinno”, a więc komedia nie byłaby niczym innym jak pozbawionym śmieszności, fabularyzowanym dokumentem. Po drugie, z czym zgodziłoby się pewnie też wielu dzisiejszych komików, śmieszność może i jest doświadczana przez widza jako powstająca spontanicznie, ale z perspektywy twórcy pojawia się jako rezultat przemyślanego procesu „podprowadzenia” odbiorcy do takiego efektu. Po trzecie wreszcie, komedia powinna mieć swoje własne, niezależne od preferencji widzów ramy, które wyznaczają zakres pojawiającego się w jej trakcie humoru. Według Arystotelesa dobrze kończące się przedstawienie tragiczne odchodziłoby od swojej prawidłowej postaci i choć być może podobałoby się publiczności, to jego wzniosły cel dydaktyczny nie zostałby zrealizowany. Podobnie byłoby zresztą z komedią, która kończyłaby się tragicznie, na przykład poprzez triumf zła. We współczesnej ofercie komediowej Arystotelesa przekonałaby więc pewnie konstrukcja akcji licznych komedii romantycznych, ale już choćby takie Wszystko gra (reż. Woody Allen) czy Starsza pani musi zniknąć (reż. Danny DeVito) mogłyby zostać uznane przez niego za dzieła skandaliczne.

O ile Platona i Arystotelesa można uznać za teoretyków humoru, o tyle starszy od nich Sokrates (469–399 p. n. e.) zasłużył sobie w pełni na miano praktyka dowcipu, a być może również prekursora żartów typu „wkrętka”. Filozof ten wśród celów swojej działalności stawiał demaskowanie wiedzy pozornej, posiadanej przez osoby pyszne, przyoblekające się w niezasłużony szacunek. Aby to osiągnąć, stosował ironiczną technikę polegającą na przedstawianiu samego siebie jako człowieka nieporadnego, zagubionego i poszukującego wsparcia. Poznając opinię rozmówcy w danej sprawie, początkowo udawał, że ją przyjmuje, by następnie poprzez kolejne pytania i prośby o doprecyzowanie danej kwestii zapędzić go w kozi róg oraz doprowadzić do wściekłości i blamażu przed przysłuchującą się dyskusji publicznością. W działaniu Sokratesa zawarta była premedytacja – on sam dobrze wie, jak dyskutować z innymi, ale wie również, że zaczepiona przez niego osoba ma o nim inne mniemanie. Niczym wschodni wojownik stosujący techniki „pijanego boksu”, mając w danej sytuacji przewagę realną, dąży do bycia postrzeganym jako osoba o niższej pozycji. Wie dodatkowo, że partner w dyskusji właściwie jest na straconej pozycji, ale nie stara się wyprowadzać go z błędu na temat jego pozornej przewagi. Obserwator tego typu sytuacji, mający wiedzę na temat jej typowego przebiegu (na przykład na podstawie znajomości wcześniejszych „występów” Sokratesa), może dostrzegać komizm w istnieniu scenariusza, z którego przynajmniej jedna z zaangażowanych w niego osób nie zdaje sobie sprawy.

Należy wspomnieć, że sam Sokrates nie dążył do tego, aby kogokolwiek ośmieszać dla kaprysu. Chodziło mu raczej o to, aby człowieka nieświadomego swoich fałszywych przekonań najpierw z nich gruntownie wyzwolić, a potem zmotywować do wysiłku prowadzącego do odkrycia prawdy na dany temat. Z perspektywy współczesnej wiedzy o mechanizmach wpływania na ludzi metoda, jaką przyjął filozof, wydaje się bardzo ryzykowna – wykazanie niekompetencji na forum publicznym większości ludzi nie zachęciłoby raczej do dalszego obcowania z tym, kto zdemaskował ich niekompetencję. Niemniej jednak można powiedzieć, że kawały Sokratesa miały wiele wspólnego i z humorystycznymi „wkrętkami”, i z podejściem rozwijanym również w dzisiejszym edukowaniu poprzez zabawę.

Bliżej naszych czasów pogłębione studium śmiechu i okoliczności, jakie go wywołują, z filozoficznej perspektywy przeprowadził Henri Bergson (1859–1941), którego rozważania zawarte w pracy Śmiech. Esej o komizmie poruszają liczne struny o wydźwięku psychologicznym. Według tego myśliciela komizm pojawia się tylko w kontekście czynnika ludzkiego, a wszędzie tam, gdzie powodem śmiechu nie są ludzie (na przykład kiedy bawią nas zachowania zwierząt), w rzeczywistości mamy do czynienia z wyobrażaniem sobie jego źródła w antropomorficzny sposób[10]. Człowiek jest więc zarówno jedynym odbiorcą, jak i jedynym prawdziwym generatorem komizmu. Bergson mówi również, że warunkiem koniecznym humoru i związanych z nim reakcji jest przybranie zdystansowanej i pozbawionej współczucia postawy względem źródła śmiechu. Człowiek emocjonalnie zaangażowany traci bowiem zdolność do rozbawienia. Ponieważ zaś źródłem komizmu może być wyłącznie człowiek, śmiech wymaga przynajmniej częściowego potraktowania człowieka jako nieczłowieka, czyli… uprzedmiotowienia. Spójrzmy choćby na taki oto dowcip:

 

Rozmawia dwóch znajomych. Jeden z nich pyta:

– Słuchaj, Krzysiek. Masz trójkę dzieci, a wszystkie takie grzeczne, usłuchane i uczynne. Jak ty to robisz?

– Cóż, zacznijmy od tego, że kiedyś miałem czwórkę…

 

Żart ten został przez autora „przetestowany na ludziach” i reakcje na niego w przeważającej mierze były pozytywne. Całość przestaje jednak być zabawna, gdy tylko zaczniemy wyobrażać sobie pełny kontekst opisywanej w kawale sytuacji, obejmujący przemoc fizyczną, bezsilność i podszytą strachem ciągłą czujność.

Poczucie komizmu w związku z przyjęciem zdystansowanej perspektywy wskazywane jest przez Bergsona również w kontekście charakterystycznego dla człowieka napięcia pomiędzy tym, co duchowe, refleksyjne i twórcze, a tym, co cielesne, materialne i automatyczne. Człowiek może być postrzegany jako śmieszny w każdej z tych sytuacji, w których jego działanie upodabnia się do maszyny lub kiedy stara się takiemu działaniu silnie przeciwstawić. To ciekawe ujęcie otwiera drogę do przypisywania pierwiastka śmieszności bardzo licznym okolicznościom. Śmieszność parodii może brać się z tego, że ktoś – podobnie jak maszyna – odtwarza zachowanie innej osoby. Śmieszność człowieka, który przewrócił się na skórce od banana, wynika z tego, że proces poruszania się stał się w jego przypadku tak bezrefleksyjny i automatyczny, że stracił on orientację w otoczeniu.

Z innej perspektywy śmieszność objawiać może się również w sytuacjach, w których człowiek „daje się ponieść” własnej fizjologii (na przykład śpi, je czy poszukuje doznań seksualnych w sposób spostrzegany jako przesadny), i wtedy, gdy próbuje się na siłę przeciwstawiać procesom dotykającym ludzkie ciało, takim jak starzenie się czy śmierć. Koncepcja Bergsona pozwala więc odnieść się do znanego wielu z nas z codziennego życia zjawiska „niewesołej śmieszności”.

 

 

Ewolucja proszona na scenę

 

Bergson poświęcił wiele uwagi przyczynom śmiechu i zauważył, że pomiędzy rzeczami śmiesznymi i poważnymi trudno jest wskazać wyraźną granicę. Z jednej strony o śmieszności decydować może konwencja (ubiór klauna śmieszy, a ubiór listonosza już nie, jednak w obu przypadkach przypisywane im znaczenie jest umowne), z drugiej zaś wiele zależy od tego, jak bardzo w danej sytuacji zostaną zawieszone współczucie i empatia. Spójrzmy pod tym kątem na treść musicalu Kabaret[11], który przynajmniej w tytule obiecuje nam wiele radosnej rozrywki. Przeplatają się w nim losy ludzi doświadczających zawiedzionej miłości, płonnych nadziei i dramatycznych wyborów, dla których tłem są rozkwit totalitarnego ustroju i uprzedzenia rasowe. Mimo to w finałowej piosence widowiska padają słowa wskazujące na występowanie w tym wszystkim pierwiastka śmieszności: „Bo życie kabaretem jest i tak je trzeba brać!”. Podejście takie trudno nam z marszu zaakceptować, ponieważ raczej przyzwyczajeni jesteśmy do oddzielania sfery komizmu i śmieszności od innych sfer życia codziennego. Księga Koheleta poucza wręcz, że „[Jest] czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów” (Koh 3,4). Jak więc czuć rozbawienie w obliczu tak poważnych problemów jak te pojawiające się w życiu bohaterów Kabaretu? Przewrotnej odpowiedzi na tak postawione pytanie dostarcza psychologia ewolucyjna, u której podstaw znajdują się dwa podstawowe założenia: po pierwsze, życie to właściwie nic innego jak niekończące się pasmo poważnych problemów piętrzących się przed organizmami żywymi, a po drugie, ludzki umysł można postrzegać jako urządzenie wyspecjalizowane w radzeniu sobie z takimi problemami[12]. Sama sfera humoru to zaś nie żaden „bonus do bycia człowiekiem”, ale efekt pracy tego urządzenia.

Ewolucyjne podejście w psychologii czerpie pełnymi garściami z teorii przedstawionej w XIX wieku przez Karola Darwina. Dzięki licznym obserwacjom świata roślin i zwierząt oraz błyskotliwości swojego umysłu brytyjski przyrodnik i podróżnik sformułował koncepcję mówiącą, że obserwowane na całej Ziemi świetne dopasowanie aktualnie żyjących gatunków do warunków środowiskowych jest wynikiem długiego doboru naturalnego. Proces ten, mówiąc zwięźle, polega na systematycznym promowaniu osobników charakteryzujących się cechami bardziej sprzyjającymi przetrwaniu i rozmnażaniu oraz równie systematycznej eliminacji tych organizmów, których cechy okazywały się mniej konkurencyjne w danych kontekstach środowiskowych. Działanie doboru naturalnego widać choćby na przykładzie ryb i morskich ssaków, takich jak wieloryby, orki czy delfiny. Choć linie rozwojowe ryb i ssaków rozdzieliły się wiele milionów lat temu, to na pierwszy rzut oka zwierzęta te wykazują wiele podobieństw anatomicznych, jak choćby wydłużony kształt ciała czy płetwy. Podobieństwa te są wynikiem życia w podobnym otoczeniu i podlegania podobnym presjom selekcyjnym, promującym umiejętność poruszania się w gęstszym od powietrza i stawiającym większy opór środowisku wodnym. Mniej oczywisty wydaje się fakt, że w obrębie danego gatunku ewolucyjnym presjom podlegają również mechanizmy działania poszczególnych organów ciała – płetwy jednych delfinów sprawdzają się lepiej niż innych (na przykład pozwalają na szybsze doścignięcie zdobyczy lub bardziej zwrotne manewry unikowe w trakcie spotkań z drapieżnikami czy walk z innymi delfinami), co przyczynia się do utrwalania takiego właśnie wzoru ich budowy i działania w ogólnej populacji tych zwierząt. Podobnie jest z ich oczami, wątrobami, płucami i tak dalej. To samo odnosi się do pozostałych organizmów na Ziemi, w tym ludzi. Fundamentalne postulaty psychologii ewolucyjnej podkreślają natomiast fakt, że ludzki mózg również jest organem ukształtowanym w wyniki procesu doboru naturalnego. W naszych mózgach zachodzą niezliczone procesy odpowiadające za relacje ze światem zewnętrznym, zarówno w jego fizycznej (przyroda ożywiona i nieożywiona), jak i społecznej (inni ludzie) postaci. To, jak zachodzą te procesy, nie jest jednak kwestią dowolną, ale ma umocowanie w dotychczasowej historii naszego gatunku.

Kiedy psychologowie ewolucyjni zastanawiają się nad tym, dlaczego jedne smaki lubimy, a innych unikamy, dlaczego jedni ludzie wywołują w nas pożądanie lub instynkty opiekuńcze, a inni odrazę lub agresję bądź dlaczego jedne lęki występują w populacji ludzkiej z wyższą częstotliwością niż inne, najczęściej zaczynają swoje dociekania od możliwych wyzwań środowiska fizycznego i społecznego, w odpowiedzi na które mogły kształtować się mechanizmy odpowiadające za określone reakcje fizjologiczne, postawy czy zachowania. Nie inaczej jest z humorem, śmiechem i uśmiechem: ich wpływem na funkcjonowanie organizmu, całą menażerią czynników zwiększających lub zmniejszających prawdopodobieństwo ich pojawiania się oraz znaczeniem, jakie mają one w sytuacjach solo oraz w kontaktach z innymi ludźmi, a także dalszymi ich konsekwencjami.

 

 

Co dalej?

 

Filozoficzne podejścia do kwestii humoru i związanych z nim reakcji stanowią przejawy najdawniejszej refleksji nad tymi zjawiskami, natomiast psychologia ewolucyjna jest jednym z podejść najświeższych. Obie te perspektywy jeszcze nieraz pojawią się na kartach tej książki. Przedstawiając poszczególne zagadnienia, będziemy starali się dostrzec ich echa w dawnych rozważaniach najbystrzejszych umysłów w historii ludzkości, których właściciele w swoim oglądzie rzeczywistości nie umieli przejść obojętnie obok zjawisk związanych z komizmem. Często będziemy również zastanawiać się nad tym, dlaczego dany związany ze sferą humoru mechanizm działa tak, a nie inaczej, do czego psychologia ewolucyjna dostarcza bardzo przydatnych narzędzi.

W rozdziale pierwszym odbędziemy podróż do czasów, gdy rozwijały się pierwsze koncepcje psychologiczne związane z poczuciem humoru. Poznamy poglądy, jakie mieli na ten temat William James (1842–1910) oraz Zygmunt Freud (1856–1939), którzy na dobrą sprawę mogliby ze wzmiankowanym wcześniej Henrim Bergsonem spotkać się przy kawie. Poznamy również wyniki badań nad humorem, jakie jeszcze w latach czterdziestych XX wieku prowadził Hans J. Eysenck (1916–1997), będący twórcą jednej z najbardziej wpływowych teorii temperamentu.

W rozdziale drugim zanurzymy się w założenia poznawczych teorii humoru, które obecnie przeżywają rozkwit w związku z rozwojem kognitywistyki oraz badań neuroobrazowych nad funkcjonowaniem mózgu. Nawiązująca do biologicznej teorii sygnalizacyjnej koncepcja humoru jako wskaźnika cech pożądanych u potencjalnych partnerów została przedstawiona w rozdziale trzecim, natomiast rozdział czwarty zapozna nas z ujęciem upatrującym w humorze narzędzia wykorzystywanego w celu wykrywania potencjalnych sojuszników i wrogów. Kolejny rozdział omawia szeroko wykorzystywaną w badaniach psychologicznych koncepcję stylów humoru zaproponowaną przez Roda A. Martina.

W następnych dwóch rozdziałach prześledzimy kwestie związane ze sposobami wyrażania rozbawienia – uśmiechem i śmianiem się. Książka na temat psychologicznych koncepcji związanych z humorem nie byłaby kompletna bez przedstawienia ich związków z innymi aspektami funkcjonowania ludzkiej psychiki, dlatego też rozdział ósmy otworzy przed nami świat zjawisk z zakresu psychopatologii i zaburzeń psychicznych, modyfikujących sposób, w jaki ludzie odnoszą się do śmiechu i radości oraz czynników, które je wywołują. Dla równowagi zapoznamy się w nim również z wynikami prac z zakresu psychologii pozytywnej, koncentrujących się na radosnej stronie ludzkiego życia, w których dobre samopoczucie traktuje się nie tylko jako cel sam w sobie, ale jako zasób wykorzystywany do osiągania innych celów – poprawy wskaźników zdrowotnych, zwiększania wytrwałości działań czy uwalniania od sztywnych, utrudniających radzenie sobie z życiowymi sytuacjami schematów i automatyzmów. Po każdej części książki spróbujemy jeszcze zmierzyć się z kilkoma ćwiczeniami nawiązującymi do przeczytanych przed chwilą zagadnień. Dla rozgrzewki pierwsze ćwiczenia pojawią się już pod koniec niniejszego wprowadzenia.

 

 

I jeszcze dwa słowa na koniec

 

Niektórzy uważają, że naukowy namysł nad humorem i sposobami, w jakie ludzie na niego reagują, to zadanie karkołomne czy wręcz z góry skazane na porażkę. Choć jak większość z nas sceptycy ci pewnie lubią się śmiać w odpowiedzi na humorystyczne treści i sytuacje, nie są chętni poznawać tematu humoru „od zaplecza”, być może bojąc się, że straci on przez to swój urok i moc rozśmieszania. Przypomina to nieco sytuację, w której zachwycamy się smakiem jakiejś potrawy, ale uważamy, że poznanie sposobu, w jaki została przyrządzona, odebrałoby nam radość jej kosztowania i apetyt na kolejne porcje. Tak jednak wcale być nie musi! Podobnie jak przyjemność z bujania się na hamaku nie zmniejsza się w sytuacji zaznajomienia się z fizycznym mechanizmem działania wahadła, a fizjologowie nie muszą być grupą ludzi chronicznie niezadowolonych z seksu, tak poznanie wyników badań nad humorem nie musi sprawiać, że od teraz każdy dowcip, skecz, anegdotę czy gag będziemy przyjmować z jednostajnie zblazowanym wyrazem twarzy. Obcowanie z humorem w kontekście wiedzy na jego temat może bardziej przypominać patrzenie na nocne niebo. Zachwyt nad pięknem gwiazd nie wymaga żadnej wiedzy na temat ich natury, ale gdy wie się co nieco o budowie kosmosu i mechanice zachodzących w nim zjawisk, doświadczenie to może jeszcze przybierać na intensywności.

 

 

Ćwiczenia

 

1. W następnych rozdziałach poznamy liczne koncepcje psychologiczne dotyczące humoru, żartów i okoliczności, w których się one pojawiają. Zanim jednak nasze głowy zapełnią się nową wiedzą i perspektywami, spróbujmy zastanowić się nad tym, jakie formy humoru bawią nas szczególnie, a jakie wywołują nasz sprzeciw lub tylko obojętne wzruszenie ramion. A może wśród setek usłyszanych w życiu dowcipów znajduje się jeden czy dwa, które uważamy za ulubione i potrafiące rozśmieszyć nas pomimo tego, że dobrze je znamy? Nasze przemyślenia i ulubione dowcipy zapiszmy sobie na kartce. Kiedy już skończymy czytać tę książkę, wrócimy do tamtych zapisków i sprawdzimy, czy w toku lektury jesteśmy w stanie je nieco lepiej zrozumieć.

 

2. Henri Bergson twierdził, że sytuacje życiowe wydają nam się śmieszne wtedy, gdy na chwilę wyłączamy naszą sferę uczuciową oraz gdy w zachowaniach innych ludzi dostrzegamy automatyzację lub wysiłek zmierzający do przeciwstawiania się procesom mającym swoją nieuchronną dynamikę. Podejście to wyjaśnia, dlaczego ludzi śmieszy niekiedy krzywda innych (uderzenie się młotkiem w palec, upadek na śliskim chodniku czy wystraszenie kogoś), a także rzeczy, z których śmianie się uznawane jest za niestosowne (na przykład jąkanie się, objadanie, nałogi czy poddawanie się operacjom plastycznym). Czy zatem powszechny wzrost wrażliwości, szacunku i tolerancji oznacza jednocześnie życie w świecie, w którym jest coraz mniej powodów i okazji do śmiechu?

 

3. Według Arystotelesa dobra komedia nie powinna kończyć się tragicznie. Poszukajmy w naszej pamięci filmów, książek i seriali, które łamią tę zasadę. Czym pojawiające się w związku z nimi uczucia i przemyślenia różnią się od tych, które towarzyszą klasycznym komediom z happy endem?

 

Rozdział 1

Trzej tenorzy klasycznej psychologii humoru

 

 

 

 

 

William James i spółka, czyli głos mięśni i gruczołów

 

 

Ilu z nas przeżyło to na własnej skórze: są święta, zjazd absolwentów albo impreza integracyjna w pracy, ktoś rzuca hasło: „Zróbmy sobie wszyscy zdjęcie”, i już po chwili stoimy ustawieni równo, wpatrując się w obiektyw aparatu albo – co bardziej prawdopodobne – smartfona. Osoba trzymająca urządzenie mówi „uśmiech, proszę” lub „a teraz wszyscy mówią »cziiiis«”, a my, jak na komendę, wykrzywiamy twarz w mającym wyrażać wesołość grymasie. Czujemy, jak rozszerzają się nam wargi, policzki trochę przesuwają się w stronę uszu, a kąciki ust idą w górę. Na zdjęciu mamy wypaść radośnie, ale czy za takim uśmiechem na zawołanie faktycznie może iść lepszy humor? Według koncepcji Williama Jamesa powinno być to możliwe…

Zainteresowania tego urodzonego w 1842 roku w Nowym Jorku badacza wykraczały daleko poza psychologię[13]. Na gruncie filozofii stał na stanowisku pragmatyzmu, mówiącego, że każde rozważania powinny być prowadzone przede wszystkim w kontekście konkretnym, a zawiłe, abstrakcyjne dysputy nad kwestiami niedającymi się rzeczywiście obserwować i porównywać są z gruntu pozbawione sensu. Zajmował się również kwestiami związanymi z wiarą i religią. Owocem psychologicznych dociekań Jamesa były obszerne Podstawy psychologii, ale dzisiejsi czytelnicy pewnie doceniliby go za przygotowanie również okrojonej wersji tej książki, wydanej jako Psychologia. Kurs skrócony. Do dziś psychologowie pamiętają o kilku naprawdę ciekawych pomysłach Jamesa, a wśród nich o zaproponowanej przez niego koncepcji emocji[14]. W świecie nauki zdarza się jednak, że ta sama idea przychodzi do głowy kilku żyjącym równolegle osobom (na przykład na koncepcję doboru naturalnego wpadli niezależnie do siebie Karol Darwin i Alfred Wallace, o pierwszeństwo zaś opracowania rachunku różniczkowego kłócili się ze sobą Izaak Newton i Gottfried Wilhelm Leibniz). Tak właśnie było z wymienionym podejściem do emocji, dlatego teorię, o której teraz mówimy, nazywa się najczęściej teorią Jamesa–Langego, ponieważ po drugiej stronie Atlantyku w tym samym czasie wpadł na nią duński badacz ludzkiej psychiki Carl G. Lange (1834–1900). No dobrze, ale co takiego mówi ta teoria?

Otóż James proponuje nam spojrzenie na emocje w sposób nie tylko ciekawy, ale również idący pod prąd intuicji oraz codziennemu doświadczeniu. Zwykle doświadczenie to przebiega bowiem mniej więcej tak, jak w tym oto przykładzie. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym bawią się ze sobą trzy szczeniaki rasy golden retriever. Na ich widok zaczynamy odczuwać radość i rozczulenie, a nasz organizm reaguje złożeniem ust „w podkówkę”: wysunięciem dolnej wargi, podniesieniem czoła, wydawaniem wysokich dźwięków, chęcią podejścia w kierunku słodkich zwierzątek i tak dalej. Zdaniem Jamesa to wszystko faktycznie zachodzi, jednak nasza interpretacja sytuacji jest błędna! Według amerykańskiego badacza w odpowiedzi na zewnętrzny bodziec – którym w tym przypadku jest widok piesków – pierwotne są bowiem reakcje fizjologiczne i mięśniowe. Odczuwane emocje pojawiają się natomiast wtórnie, jako efekt wykrycia różnych reakcji, które zaszły nieco wcześniej w naszym organizmie. W ten sposób doświadczany strach miałby być pochodną dostrzegania przez człowieka reakcji autonomicznego układu nerwowego (na przykład przyspieszenia akcji serca) i reakcji mięśniowych (na przykład drżenia rąk i kolan), smutek – efektem spostrzegania drżących warg i cieknących łez, a wściekłość – wynikiem zarejestrowania zacisku pięści i napięcia mięśni twarzy.

Zgodnie z koncepcją Jamesa–Langego jesteśmy więc kimś na kształt widzów, obserwatorów reakcji ciała, do których dobudowujemy sobie później interpretację emocjonalną. Podejście to współgra z inną ponadczasową ideą Jamesa, dotyczącą tzw. strumienia świadomości. Badacz zauważył, że ludzie nie odbierają świata dzięki prostym, pojedynczym wrażeniom, ale w sposób „pakietowy” – elementy rozpatrywane są na tle innych sygnałów, a jednocześnie same są kontekstem dla innych informacji. Dobrą metaforą przeżywania świata nie jest więc łańcuch, czyli całość złożona z mniejszych, możliwych do wyodrębnienia ogniw, ale strumień, czyli całość, której elementy składowe wciąż się przemieszczają i zmieniają swoje sąsiedztwo.

Gdyby chcieć zastosować koncepcję Jamesa do zagadnień związanych z humorem, recepta na sukces w branży komicznej byłaby dość prosta. Należałoby najpierw zbadać, jakie reakcje organizmu pojawiają się przed subiektywnym doświadczaniem wesołości, a następnie starać się je wywoływać u ludzi, których chcielibyśmy wprawić w stan rozbawienia. Brzmi prosto, ale nie ukrywajmy, że również nieco przerażająco, zwłaszcza jeśli wyobrazimy sobie takie „dobranie się” do naszego wesołego nastroju od strony fizjologicznej. Taki na przykład komiksowy Joker używa chemikaliów wywołujących niepowstrzymany, sardoniczny śmiech jako broni pomagającej mu w popełnianiu kolejnych zbrodni. Wyniki badań psychologicznych wskazują jednak, że koncepcja Jamesa–Langego może nie dostarcza przepisu na satyryczną Wunderwaffe, ale dostarcza wskazówek, obok których współcześni teoretycy i praktycy humoru nie powinni przechodzić obojętnie.

Niedługo po ogłoszeniu teoria Jamesa–Langego została skrytykowana za to, że w powstawaniu emocji zbyt wielkie znaczenie przypisuje ciału, a konkretnie mięśniom i gruczołom, a za mało mózgowi. Zauważono między innymi, że po bezkontekstowym ­podaniu substancji pobudzającej (adrenaliny) większość osób opisuje swoje odczucia bez nadawania im zabarwienia emocjonalnego[15]. Wobec pojawiania się alternatywnych koncepcji oraz wyników badań w latach sześćdziesiątych XX wieku Stanley Schachter i Jerome E. Singer zaproponowali więc nieco inne podejście, którego związki z pomysłami Jamesa są jednak bardzo wyraźne[16]. W ich dwuczynnikowej teorii emocji mówi się o tym, że interpretowany na poziomie mózgu stan emocjonalny jest wypadkową pobudzenia fizjologicznego oraz interpretacji okoliczności, w których aktualnie się znajdujemy. Jeśli zatem w pokoju z małymi golden retrieverami odczuwalibyśmy rozczulenie, to nie tylko dlatego, że nasze mięśnie i gruczoły działałyby w tych warunkach w określony sposób, ale również dlatego, że reakcje te byłyby łączone przez układ nerwowy właśnie z widokiem piesków.

Najciekawsze jest jednak to, że pobudzenie fizjologiczne i czynniki sytuacyjne mogą być od siebie niezależne, czego skutkiem bywają zróżnicowane, a czasem wręcz błędne sposoby odnoszenia się do danej sytuacji. Jedne z najsłynniejszych badań przeprowadzonych na gruncie opisywanej koncepcji to eksperymenty Donalda G. Duttona i Arthura P. Arona[17]. Badaczy tych interesowało, czy pobudzenie związane z jednymi zdarzeniami może być błędnie przypisywane innym wydarzeniom, a przez to mieć konkretny wpływ na zachowanie. W swoich badaniach jako pomoce naukowe wykorzystali oni… dwa mosty nad rzeką Capilano w kanadyjskim Vancouver. Jednym z nich był długi na 450 stóp (czyli około 140 metrów) i szeroki na 5 stóp (około 1,5 metra), chwiejny, rozwieszony nad głęboką kamienistą przepaścią (230 stóp, czyli około 70 metrów w dół) Capilano Canyon Suspension Bridge, drugim zaś szerszy, solidny drewniany most rozpięty w górnym biegu rzeki nad zaledwie 10-stopową (około 3 metrów) przepaścią.

Dutton i Aron zakładali, że przejście przez solidny most nie będzie wzbudzało żadnych szczególnych stanów organizmu, natomiast pokonywanie chwiejącego się mostu powodować będzie u uczestników eksperymentu typowe dla strachu stany fizjologiczne. Te zaś będą wpływały na zachowania wykazywane w dalszej kolejności. Badaczy szczególnie interesowało to, czy z racji podobieństw pomiędzy strachem a pobudzeniem erotycznym (przyspieszony, płytszy oddech, szybsze tętno itd.) mężczyźni przechodzący przez chwiejny most będą bardziej zainteresowani relacjami intymnymi niż ci przechodzący przez most solidny[18]. Aby to sprawdzić, tuż za mostem badacze stawiali młodą kobietę (kontekst intymny) lub młodego mężczyznę (brak kontekstu intymnego). Ci zaś prosili każdego z uczestników o napisanie krótkiej historyki, opartej na treści jednego z rysunków zaczerpniętych ze słynnego testu apercepcji tematycznej (konkretnie rysunek 3GF). Gdy badani już to zrobili, młodzi eksperymentatorzy odrywali róg kartki papieru, na którym zapisywali swoje imię oraz numer telefonu, i wręczali go uczestnikom, mówiąc, że jeśli chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o eksperymencie, mogą do nich zadzwonić.

Uzyskane wyniki pokazały, że wśród uczestników, którzy napisali opowiadanie na prośbę eksperymentatorki, wystąpiły różnice w zakresie częstotliwości poruszania w nich wątków erotycznych. Mężczyźni przechodzący wcześniej przez most chwiejny wtrącali do swoich dzieł więcej tego typu elementów niż uczestnicy przechodzący przez most solidny. Do eksperymentatorki zadzwoniło również więcej mężczyzn należących do grupy pogromców ­chwiejnego mostu niż tych, którzy przespacerowali się po stabilnej, drewnianej kładce. Podobne rezultaty nie pojawiły się jednak wtedy, gdy eksperymentator był mężczyzną – w tym przypadku przygody związane z mostami nie różnicowały badanych ani pod względem częstotliwości erotycznych wtrąceń do opowiadań, ani częstotliwości wykonywanych telefonów.

Uzyskane wyniki sugerują, że mężczyźni odczuwający pobudzenie związane z przejściem przez chwiejny most nieadekwatnie interpretowali je jako wynikające z kontaktu z młodą kobietą, co miało wpływ na ich późniejsze zachowanie. Dutton i Aron przeprowadzili też inne doświadczenia prowadzące do podobnych konkluzji, jednak z punktu widzenia naszych rozważań bardziej na miejscu będzie chyba poświęcenie paru chwil na przyjrzenie się badaniom Stanleya Schachtera i Ladda Wheelera[19], którzy interesowali się wpływem pobudzenia fizjologicznego na odbiór przekazów komediowych. Podzielili oni badanych mężczyzn na trzy grupy, a następnie członkom każdej z nich zostały podane nieco inne zastrzyki. W pierwszej grupie wstrzykiwaną substancją była pobudzająca adrenalina, w drugiej uspokajająca chloropromazyna, a w trzeciej – pełniący funkcję placebo roztwór soli fizjologicznej. Żaden z uczestników nie wiedział jednak, jaka substancja została mu wstrzyknięta. Następnie wszystkich mężczyzn zapraszano na seans kilkunastominutowego fragmentu slapstickowej komedii, podczas którego wyszkoleni obserwatorzy notowali ich reakcje obejmujące epizody śmiechu i uśmiechu.

Po obejrzeniu filmu badani byli proszeni o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań dotyczących wrażeń związanych z filmem, samopoczucia w trakcie projekcji oraz wiedzy na temat zaprezentowanych w filmie scen. Wyniki pokazały, że uczestnicy każdej z grup udzielili podobnej liczby prawidłowych odpowiedzi na pytania o treść filmu, co sugeruje, że żadna z substancji nie zaburzyła ogólnego sposobu zrozumienia tego, co działo się na ekranie. Okazało się jednak, że uczestnicy z grupy „uspokojonych” chloropromazyną wykazywali podczas trwania projekcji mniej zachowań wskazujących na rozbawienie niż uczestnicy „pobudzeni” adrenaliną oraz ci z grupy kontrolnej. W zakresie odpowiedzi na pytania związane z zabawnością filmu, poczuciem rozbawienia jego treścią i gotowością do rekomendacji go innym osobom odnotowano zaś trend liniowy – najniższe wyniki cechowały grupę „uspokojonych”, następnie plasowały się wyniki z grupy placebo, a najwyższe wyniki charakteryzowały „pobudzonych”[20]. Ale to jeszcze nie wszystko! Schachter i Wheeler badali również związek pomiędzy częstotliwością występowania wskaźników rozbawienia a ogólnym stosunkiem badanych do komedii slapstickowej. Relacja ta była bardzo wyraźna w grupie placebo, co wskazywałoby, że reakcje osób wchodzących w jej skład odzwierciedlały po prostu ich zwyczajny stosunek do tego rodzaju filmów. W obu grupach eksperymentalnych była ona mniej wyrazista, zupełnie jakby lubiący slapstick „uspokojeni” śmiali się rzadziej, a niezbyt lubiący ten gatunek „pobudzeni” bawili się podczas seansu nieco lepiej niż w standardowych warunkach.

Wygląda więc na to, że rozbawienie przekazami komediowymi może być częściowo związane z aktualnym stanem fizjologicznym, który wcale nie musi być bezpośrednio powiązany z ich treścią. Zgodnie z założeniami hipotezy twarzowego sprzężenia zwrotnego (face feedback hypothesis) podobne efekty mogą stanowić rezultat tego, w jaki sposób w danej chwili układają się nasze mięśnie twarzy. To trochę tak, jakby nasz organizm w danej chwili myślał sobie: „Hmmm, jak ja się teraz czuję? Zaraz, zaraz, ten grymas na mojej twarzy to chyba uśmiech. Aha, a zatem wygląda na to, że się cieszę”. Najsłynniejsze chyba badanie oparte na przedstawionym podejściu zostało przeprowadzone przez Fritza Stracka, ­Leonarda L. Martina i Sabine Stepper[21]. Poprosili oni badane osoby o to, by trzymając na różne sposoby w ustach długopis, obejrzały kilka żartów rysunkowych, a następnie określiły, w jakim stopniu, patrząc na te obrazki, czuły się rozbawione. Ci z badanych, którzy zostali poproszeni o trzymanie długopisu w zębach, wskazywali wyższy poziom rozbawienia obrazkami niż badani trzymający długopis wargami. Interpretacja uzyskanych wyników odwołuje się właśnie do zróżnicowanych sygnałów związanych z aktywnością mięśni twarzy. Grymas towarzyszący trzymaniu długopisu w zębach jest podobny do tego, jaki pojawia się w trakcie uśmiechu, a „buzia w ciup” z uśmiechem ma niewiele wspólnego.

Podobny do uśmiechu układ mięśni twarzy miałby więc w pewnym sensie podprowadzać nas pod rozbawienie, które pojawia się wtedy, gdy uczestniczymy w zawierających humor sytuacjach. Brzmi prosto, przekonująco i ciekawie! Ba, tak naprawdę dowiadując się, że gdzieś prowadzony będzie wykład lub rozmowa na temat psychologii humoru, można wręcz prowadzić zakłady o to, czy pojawi się w nich odwołanie do badań Stracka i spółki (osobiście polecałbym w tym przypadku stawianie na opcję „tak”). Tyle że koncepcja wpływania na rozbawienie poprzez ekspresję mimiczną ma za sobą burzliwe dzieje. Kilka lat temu opublikowana została metaanaliza obejmująca siedemnaście badań, w których każdy z uczestników brał udział zarówno w warunkach „długopisu w zębach”, jak i „długopisu między wargami”[22]. Ich wyniki wskazywały na zupełny brak różnic pomiędzy ocenami poziomu rozbawienia żartami w jednym i w drugim przypadku. Nie wszystko złoto, co się świeci – mówi znane przysłowie. Podobnie jest z wynikami badań psychologicznych, gdzie nie zawsze intuicyjnie sensowne koncepcje wytrzymują próbę czasu i krzyżowy ogień replikacji.

Z innej perspektywy kliniczne badania prowadzone przez Michaela S. Gazzanigę na pacjentach, u których usuwane było połączenie pomiędzy półkulami mózgu, doprowadziły tego badacza do sformułowania koncepcji lewopółkulowego interpretatora[23]. Zdaniem Gazzanigi funkcją wskazanego modułu zlokalizowanego w lewej półkuli ludzkiego mózgu jest zbieranie wszelkich napływających z innych obszarów tego narządu informacji i nadawanie im możliwie spójnej, przekonującej interpretacji, która wcale nie musi być prawidłowa. Na przykład, kiedy jednej z badanych kobiet prezentowano przerażający film w taki sposób, że lewa półkula mózgu nie miała dostępu do jego treści (tzn. kobieta rejestrowała go wyłącznie lewym okiem, które skomunikowane jest z prawą półkulą mózgu), to odczuwała ona związany z tym materiałem strach. Jej lewopółkulowy interpretator otrzymywał informacje na temat stanu fizjologicznego, w jakim znajdowało się ciało, jednak nie znał jego przyczyn. Na bieżąco stworzył więc wyjaśnienie mówiące, że źródłem strachu jest… sam eksperymentator. Podobnie było, gdy prawej półkuli prezentowano frywolny obrazek – kobieta chichotała, ale gdy zapytano ją o przyczynę rozbawienia, wskazywała obecną w pomieszczeniu aparaturę, która jej zdaniem była bardzo zabawna. Według Gazzanigi mieszkający w lewej półkuli interpretator ma za zadanie dawać nam poczucie spójności „ja” i spójności rzeczywistości. Działa przy tym jednak trochę jak fachowiec remontowy, który pytany o tę czy inną niedoróbkę, mówi: „Proszę się nie martwić, będzie pan zadowolony”.

Podrozdział ten zaczęliśmy od wspomnienia koncepcji Williama Jamesa. Zaprezentowane dalej późniejsze koncepcje i wyniki badań pokazują, że w idei fizjologiczno-mięśniowych źródeł rozbawienia może tkwić ziarno prawdy. Co więcej, rozmiar tego ziarna jest zapewne bardziej zbliżony do pestki mango czy awokado niż ziarna maku lub gorczycy. Wynikać mogą z tego całkiem konkretne zalecenia praktyczne oraz kilka interesujących pytań. Jeśli stan rozbawienia odczuwany jest w kontekście mniej sprecyzowanych doznań cielesnych, przed opowiedzeniem żartu czy anegdoty można postarać się o odpowiednie pobudzenie fizjologiczno-mięśniowe naszych słuchaczy. Jeśli zaś docierające informacje interpretowane są przez pryzmat tego, jak czujemy się obecnie, to wydaje się, że żarty otwierające występy kabareciarzy czy stand-uperów powinny być zaprojektowane tak, by działać jak „petarda śmiechu”, gwarantująca wstępne rozbawienie, na którego falach mogłyby płynąć kolejne numery. Z innej perspektywy, jeżeli odbiór żartów – czy też właściwie każdego rodzaju informacji – regulowany jest fizjologicznym stanem organizmu, to można właściwie powiedzieć, że określanie jakiejś rzeczy jako „śmiesznej”, „bardzo śmiesznej” czy „zupełnie nieśmiesznej” nie ma większego sensu, bo w każdym przypadku liczy się kontekst, w jakim się z nią zapoznajemy. Myśląc bardziej futurologicznie, kluczowe dla odbioru bodźców humorystycznych znaczenie procesów mięśniowych i fizjologii mogłoby sprawiać też, że świat żartów i komizmu byłby trudny do zrozumienia dla robotów i sztucznej inteligencji. No chyba że procesy te byłyby w nich jakoś symulowane, ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

 

 

Zygmunt Freud, czyli rozkosze kondensacji i przesunięć

 

Nie ma chyba w historii badań nad mechanizmami działania ludzkiej psychiki osoby bardziej rozpoznawalnej niż Zygmunt Freud (1856–1939). Twórca psychoanalizy kojarzony jest między innymi z poglądami mówiącymi, że u podstaw naszych zachowań leżą przede wszystkim popędy seksualne[24]. Według wiedeńskiego terapeuty ta psychoanalityczna prawda na co dzień pozostaje jednak ukryta wskutek olbrzymiego wysiłku, jaki nasza psychika wkłada w działanie mechanizmów chroniących nas przed doświadczaniem frustracji, będącej rezultatem rozdźwięku pomiędzy tym, czego byśmy chcieli (przyjemność! mnóstwo niekończącej się przyjemności!), a tym, co mamy (ech, szkoda gadać). Freud napisał w swoim długim życiu wiele dzieł poświęconych tak klinicznym badaniom psychiki, jak religii, sztuce czy słynnym postaciom. W jego bogatym dorobku jest też książka pod tytułem Dowcip i jego stosunek do nieświadomości[25], której pierwsze wydanie pochodzi z 1905 roku.

To naprawdę osobliwe dzieło. Znajdziemy w nim liczne odniesienia do literatury i mnóstwo przykładów dowcipów z przełomu XIX i XX wieku. Zadziwiające jest jednak to, że niektóre z nich – choć mają ponad sto lat – są nadal opowiadane! Freud zawarł w przywoływanej książce również wiele spostrzeżeń na temat motywacji leżących u podłoża dowcipów oraz interesujący podział zjawisk związanych z wesołością na dowcip, komikę i humor. Miał wiele do powiedzenia również o mechanizmach budowania dowcipów i zastanawiał się choćby nad tym, które z nich są szczególnie istotne.

Freud wskazywał tu szczególną rolę tzw. kondensacji oraz przesunięcia