Od Katowic idzie słońce - Anna Malinowska - ebook + książka

Od Katowic idzie słońce ebook

Anna Malinowska

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Przedostatni sołtys wsi Katowice, który ani myślał zostać miastowym. Trzy licealistki skazane przez sąd za protest przeciw zmianie nazwy miasta na Stalinogród. Górnicy z Grupy Janowskiej tworzący po szychcie mistyczne obrazy. Córka znanego pisarza Wilhelma Szewczyka cierpliwie tłumacząca ojca z jego ONR-owskiej przeszłości.

„Miasto to opowieść, która się składa z tysięcy drobnych historii” – pisze Malinowska, po czym za pośrednictwem barwnych losów swoich bohaterów opowiada historię Katowic od czasów, gdy były jeszcze błotnistą wsią. Podejmuje temat masowej emigracji ze Śląska do RFN, bada świadectwa krwawo stłumionych protestów w kopalni Wujek, przygląda się złożonej – i dla wielu kontrowersyjnej – idei Ruchu Autonomii Śląska.

Malinowska w swoim reportażu o Katowicach biegle korzysta z dwóch perspektyw – krytycznej wychowanki przykopalnianej dzielnicy Giszowiec i czułej obserwatorki miasta zbudowanego na przemyśle, które musiało z niego zrezygnować, by określić swoją tożsamość na nowo.

„Malinowska bierze się za bary z miastem wynalezionym, miastem osobnym, stolicą jedynego polskiego megalopolis. Poprzez ludzi opowiada biografię Katowic, o ich przeszłości pisząc w chwili, gdy kończą półtora wieku życia przemysłowego i muszą wymyśleć sobie siebie na nowo.” Zbigniew Rokita

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (35 ocen)
19
8
7
1
0
Sortuj według:
Adriana8

Nie oderwiesz się od lektury

Książka dla każdego miłośnika Śląska. Polecam
00
Dzazik

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawy reportaż
00

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci (wyd. 2 zmienione)

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 3)

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 4)

Szymon Drobniak Czarne lato. Australia płonie

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem (wyd. 2)

Ewa Winnicka Angole (wyd. 3)

Remigiusz Ryziński Hiacynt. PRL wobec homoseksualistów

Maja Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju (wyd. 2)

Marcin Kącki Maestro. Historia milczenia (wyd. 2)

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera (wyd. 2 poprawione)

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 3)

Aneta Pawłowska-Krać Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 2)

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku (wyd. 2 zmienione)

Anna Bikont Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie

Magdalena Kicińska Pani Stefa (wyd. 2)

Anna Sawińska Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej

Mariusz Surosz Ach, te Czeszki! (wyd. 2)

Tomáš Forró Apartament w hotelu Wojna. Reportaż z Donbasu (wyd. 2)

Sonia Faleiro Porządne dziewczyny. Zbrodnia i hańba w Indiach

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 5)

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 4)

Adam Robiński Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Migot. Z krańca Grenlandii

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 3)

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 3)

Katarzyna Surmiak-Domańska Mokradełko (wyd. 2)

Piotr Bernardyn Hongkong. Powiedz, że kochasz Chiny

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych (wyd. 2)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 3)

Wade Davis Wąż i tęcza. Voodoo, zombie i tajne stowarzyszenia na Haiti

Igor T. Miecik 14:57 do Czyty. Reportaże z Rosji (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 4)

Aleksander Gurgul Podhale. Wszystko na sprzedaż

W serii ukażą się m.in.:

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch (wyd. 2)

Stig Dagerman Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech (wyd. 2)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Ola Szpocińska na podstawie projektu serii Agnieszki Pasierskiej

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © by Grzegorz Klatka / Forum

Copyright © by Anna Malinowska, 2022

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Paulina Piądłowska

Korekta Anna Dajek / d2d.pl, Kinga Kosiba / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-556-4

Mojej Mamie

Bohater mimo woli

– Nie chca! – protestował czterdziestopięcioletni, niebieskooki mężczyzna w odświętnej kapocie narzuconej na białą koszulę. Pod nosem wąsik, włosy zaczesał na prawą stronę, z przedziałkiem. Wyglądał poważnie i równie poważnie traktował własne słowa. Nie potrafił usiedzieć, chodził po izbie, walnął pięścią w stół, po cichu pomstował. Zmiany? Jakie zmiany? To wszystko było dla niego nie do przyjęcia, nie do pomyślenia!

Był 1857 rok i w wiosce Katowice, otoczonej bukowymi lasami i bagnami, przy leniwie przepływającej rzece Rawie odbywało się posiedzenie gromady. Zebrani mieli uradzić, czy miejsce, w którym żyją, powinno dalej być wsią czy też zmienić je w miasto. Kazimierz Skiba ani myślał być miastowym. Gospodarzył, miał pole, chałupę i był silnie przywiązany do ziemi.

Jeszcze do niedawna w gromadzie zasiadali wyłącznie gospodarze ziemscy, ale po Wiośnie Ludów w posiedzeniach mogli też uczestniczyć zamożni przyjezdni, z pracą na roli niemający nic wspólnego. Tak jak doktor Richard Holtze, pierwszy lekarz w wiosce, który wyróżniał się na tle miejscowych porządnym garniturem, okrągłymi okularkami i wypielęgnowaną brodą. Zięć zarządcy katowickich dóbr patrzył na swego oponenta w kapocie wściekły.

Skiba był katolikiem i ojcem szóstki dzieci. Rodzina Kazimierza, a raczej Casimiera, bo takie imię wpisano mu w metryce chrztu, mieszkała na Górnym Śląsku od kilku pokoleń i dorobiła się ośmiu hektarów oraz dużej chałupy. Był to jeden z najbogatszych rodów w okolicy. Choć rodzina nie ruszyła się z miejsca, to żyła w kilku państwach: najpierw w Polsce, potem na ziemiach Korony Czeskiej, następnie w Cesarstwie Austriackim, a teraz w Prusach. Skiba mówił po polsku. W swojej chałupie trzymał polskie książki, w tym Żywot Pana i Boga naszego Jezusa Chrystusa z 1845 roku i Słownik polsko-niemiecko-łaciński, które odziedziczą kolejne pokolenia Skibów. O tym, że Kazimierz używał języka polskiego, świadczyć będzie też umowa sprzedaży kawałka ziemi. Od Kazimierza kupili ją jego krewni. „Ponieważ contrahenci tylko po polsku mówią, dlatego żądają polski protokół” – dopisał do umowy urzędnik.

Kazimierz Skiba do niedawna pełnił funkcję sołtysa, ale zastąpił go Louis Troll, wżeniony w chłopską rodzinę urzędnik hutniczy, ewangelik i Prusak, tak jak Holtze czy jego bogaty teść.

Skiba i miejscowi nie chcieli zmian. Ci przyjezdni ciągle coś wymyślali, kombinowali. Przykładowo chcieli brukować ulice.

– To niech panowie wdziewają kalosze! – odparowali miejscowi.

Albo żądali oświetlenia na ulicach.

– Mogą sobie panowie zostać w domu albo kupić latarki – śmiali się.

Wnioskowali o podwyżkę dla pomocnika nauczyciela.

– On już tera ma więcej niż mój parobek – denerwowali się chłopi.

Skiba i miejscowi dla Holtzego, jego teścia, Trolla i reszty przyjezdnych byli ludźmi, których obezwładniały obojętność i głupota. Kazimierz Skiba obojętny i głupi? A może kierowało nim co innego?

Z posiedzenia gromady Skiba musiał wracać zmartwiony. Jeśli spotkanie odbywało się w domu Trolla, to niewykluczone, że razem z miejscowymi zahaczył o karczmę, gdzie mogli obgadać burzliwe spotkanie przy wódce. Karczma mieściła się w dużym drewnianym budynku. Stała na rozdrożu traktów do Mysłowic, Mikołowa i Chorzowa. Były w niej nie tylko browar, lecz także zajazd dla koni, mieszkanie karczmarza i hotel. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że znajdował się tam też dom uciech. W karczmie biesiadnicy rzadko kiedy wylewali za kołnierz. Czasem popijawy kończyły się bójkami.

Po kilku głębszych Skiba sam powędrował do swojej chałupy. Wcześniej jednak długo włóczył się po tak dobrze znanej mu okolicy. Jeszcze jakiś czas temu były tu dwa sklepy. Teraz przybyło ich pięć. Holtze opisuje je w swoich wspomnieniach jako „pomieszczenia brudne, w których klient musi się przepychać między beczką śledzi, syropu i gorzałki, żeby nabyć drogi i złej jakości katun albo cykorię, tytoń albo mydło”.

Skiba przeszedł obok stacji kolejowej. Pierwszy pociąg wjechał do wioski dziesięć lat wcześniej. Sam dworzec wciąż jeszcze przypominał zwykłą wiejską chatę, ale już niedługo zastąpi go murowany jednopiętrowy budynek z bocznymi skrzydłami, zegarem nad głównym wejściem i porządną restauracją. W wiosce wyrósł też hotel z prawdziwego zdarzenia. Nazywał się Welt od nazwiska właściciela – Karla Welta. Tam też przeniosła się z karczmy urzędnicza klientela. Dwupiętrowy budynek hotelu robił wrażenie. Był najwyższy w okolicy. Urządzano w nim bale i spektakle teatralne. W Welcie zatrzymał się sam Johann Strauss syn ze swoją orkiestrą. Odbył się wtedy koncert, jakiego okolica pewnie nigdy nie widziała.

Skiba szedł dalej i patrzył na budowę pierwszego kościoła w tym rejonie. Stawiali go ewangelicy. Wcześniej, ponad dziesięć lat temu, żyło ich tu sześćdziesięciu. W czasie wędrówki Skiby było ich ponad trzystu, prawie osiem procent wszystkich mieszkańców. Pierwsze nabożeństwo w nowej świątyni zostanie odprawione już za rok. O budowie własnego kościoła myśleli też katolicy. Na msze do nowego budynku zaczną chodzić za kilka lat. Wkrótce w Katowicach wyrośnie też synagoga, której budowę już planowało ponad stu miejscowych Żydów.

Jeśli w czasie wędrówki Skiby padał deszcz, to były sołtys brodził w błocie. Jeśli było sucho po słonecznym dniu, to nogi spowijały mu tumany kurzu. Holtze uważał, że w okolicy istnieją tylko trzy pory roku: błotnista, zakurzona i zamrożona. I narzekał na tutejsze drogi, najgorsze w całych Prusach. Najlepiej pokonywało się je, skacząc po kamieniach, o ile przechodzień miał szczęście i takowe znalazł. Przy rzęsistych deszczach zamierało życie towarzyskie. Żadna z kobiet nie ryzykowała wyjścia i powalania sukni. Na opuszczenie domostw decydowały się dopiero wówczas, gdy słońce osuszyło chociaż przydrożne krawędzie. Był to najlepszy moment, bo chwilę później wyschnięte trakty stawały się już solidnie zakurzone. Okolica przez to na przyszłe lata doczeka się adekwatnego miana – miasto gumiakowe!

Skiba szedł dalej i musiał dostrzegać zmiany. Obok pokrytych strzechą chat wyrosły murowane budynki. „Tu i tam między chałupami, z nieodłączną kupą gnoju przed wejściem i piwnicą obrośniętą trawą w obejściu, stoi nowy miejski dom z kwietnikiem, obok hotel, z którego nieskazitelnych okien w bawialni rozbrzmiewa muzyka koncertowa, i jest jeszcze szynk, gdzie pijanym zachwytom proletariuszy towarzyszy buczenie basu i pisk klarnetu; grzęznące w błocie wózki cynowe wymijają eleganckie ekwipaże, tu modnisia pod ramię z wyabsztyfikowanym panem, tam robotnik w wysmolonej lnianej koszuli, gatkach, szerokim kapeluszu i trepach” – zapisał Holtze. Skiba nie miał wyjścia i z tym, co widział jego oponent, musiał się zgodzić.

Dalej przechodził obok swoich pól. Gleby były tu marne. Gospodarze jednak siali żyto i pszenicę, sadzili ziemniaki, zakładali łąki dla bydła. I dawali radę. Skiba w końcu dotarł do swojej chałupy. Czy był już świadomy, że jego „nie chca” nic nie znaczy? I niczego nie wstrzyma?

Sto sześćdziesiąt trzy lata później wyruszyłam szlakiem spaceru Kazimierza Skiby. Dziś miejsce jego chałupy przy ulicy Wojewódzkiej zajmuje trzypiętrowa mieszczańska kamienica. Popatrzyłam na stare zdjęcie, na którym jeszcze widać siedlisko Skibów. Przedstawia duże murowane domisko. Zamiast słomianego dachu dachówka. Do wejścia prowadzą trzy kamienne schodki. Nad nimi drewniany daszek porośnięty winoroślą tworzy przyjemny ganek. Dookoła nie widać tu gnoju, jest tylko pusty, schludny placyk. Z boku domu rosną drzewa. A za nimi w tle gęste dachy kamienic i kominy.

Na dawnym polu Skiby teraz stoi zwarte miasto, śródmieście Katowic. Długi i wąski pas ziemi ciągnął się od dzisiejszej ulicy Warszawskiej przez Staromiejską do Powstańców, tuż przy rozrywkowej, pełnej knajpek, klubów i podpitych ludzi Mariackiej. Pole szło przez tory kolejowe, które przecinają obecne śródmieście na dwie połówki. Przez Wojewódzką, pełną zabytkowych kamienic. Przez plac Chrobrego z pomnikiem Józefa Piłsudskiego. Przez Jagiellońską z dumnie rozpościerającym się gmachem urzędu wojewódzkiego. I dalej do ulicy Powstańców.

Miejsce dawnej karczmy, tuż przy rynku, zajęły wpierw kamienica ze sklepem kolonialnym, a później dom handlowy Skarbek. Budynek hotelu Welta (i pobliskiego hotelu De Prusse) przetrwał do stycznia 1945 roku. Podpalili go czerwonoarmiści w poszukiwaniu wódki i kobiet. Dziś w jego miejscu znajduje się drugi dom handlowy – Zenit. Pierwsze kościoły w mieście – ewangelicki i późniejszy Mariacki, który wznieśli katolicy – wciąż stoją. Trochę po sąsiedzku, rozdzielone jedynie ulicą Warszawską. Synagogi, którą zbudowali katowiccy Żydzi, nie ma. Na początku września 1939 roku spalili ją Niemcy. Dziś przy ulicy Mickiewicza rozciąga się targowisko ze szpetnymi budkami, w których można kupić majtki, dżinsy, proszek do prania czy torebkę. O historii miejsca przypomina jedynie niewielki obelisk.

Z budynku dawnej stacji kolejowej od lat siedemdziesiątych nie odjeżdżają już pociągi. Kawałek dalej wzniesiono nowy dworcowy gmach, a stary wpisano do rejestru zabytków. Później budynek sprzedano. Nowy właściciel, prywatna firma, długo nic z obiektem nie robił, dworzec niszczał. Jakiś czas temu jego część udało się jednak odnowić. Wprowadziły się tam knajpki i bank.

Czy Kazimierz Skiba był naiwny w swojej wierze, że sielski krajobraz się nie zmieni?

Idąc od Królewskiej Huty po drugiej stronie stawu pełnego jeszcze dzikiego ptactwa i ryb […], widziało się na pierwszym planie małą fryszerkę, której młot kuźniczy trzykrotnym dźwiękiem przerywał miarowo ciszę i z której komina o zmierzchu tryskały w górę jasne snopy iskier. Obok znajdował się folwark z pańskim domem i mieszkaniem urzędniczym, dalej po lewej stronie drewniana i okopcona huta „Fanny”. Po prawej stronie górowała nad strzechami wiejskimi arenda z wysokim dachem i podwójnym szczytem. Jeśli spojrzenie przesunęło się dalej, ponad wioską Załęże, przytuloną do swego stawu, docierając do zalesionych podwyższeń, dostrzegło dymiące huty cynku „Johannę” i „Henriettę”, a następnie od wschodu ku północy ciągnący się ciemny skraj lasu. Na lewo w wycince leśnej tkwiły oba starsze piece symetrycznie i pięknie zbudowanej huty „Hohenlohe”, a wraz z nią pogodna kolonia, leżąca z rzędem topoli na pochyłości wzniesienia. W tyle lesisty wieniec zamykał się wokół tego mało powabnego i tylko myśliwym przyjaznego krajobrazu

– urodzony w Bełku Holtze po raz pierwszy zobaczył Katowice w 1832 roku jako ośmiolatek i tak po latach opisał swój pierwszy utrwalony w pamięci obraz.

W katowicki leśno-rolniczy krajobraz powoli wdzierał się przemysł. Wśród buków, łanów zbóż i kartoflisk powstawały huty i kopalnie – szczęście i przekleństwo tej ziemi. Jednym z górnośląskich pionierów przemysłowych był Franz von Winckler. Pochodził z niezamożnej rodziny, ale miał łeb do interesów. Pracę w kopalni poznał w Zabrzu, Bytomiu i Królewskiej Hucie. W 1839 roku z żoną Marią Winckler kupił Katowice. Tam też ustanowił zarząd wszystkich swoich dóbr. Zarządcą został przyjaciel przemysłowca – Friedrich Grundmann, przyszły teść doktora Holtzego.

Winckler i Grundmann musieli zdawać sobie sprawę z dogodnego położenia Katowic: rzut kamieniem do Rosji, blisko do Austrii. Nieprzypadkowo w miejscu, gdzie przy chałupach leżały kupy gnoju, a ulice tonęły w błocie lub pyle, powstał dworzec kolejowy. Kolej była potrzebna do przewozu nie tylko ludzi, lecz także towarów.

W połowie XIX wieku świat potrzebował coraz więcej cynku. Można nim było pokryć stal, a wtedy ta przestawała rdzewieć. Z cynku powstawały dachy, rynny, wiadra, garnki, maszyny czy statki. Cynk wytapiano w piecach hutniczych opalanych drewnem. Przy takim zapotrzebowaniu drewna szybko ubywało, konieczne było więc użycie nowego paliwa – węgla. Kopalniane szyby wyrastały na Śląsku jak grzyby po deszczu. W tym okresie już trzy czwarte światowej produkcji cynku pochodziło ze Śląska! W kopalniach i hutach pracowało wówczas dwadzieścia trzy tysiące ludzi. Górny Śląsk wydobywał dziewięćset siedemdziesiąt pięć tysięcy ton węgla, dwieście tysięcy ton rudy żelaza, sto siedemdziesiąt tysięcy ton galmanu oraz osiemset ton rudy ołowiu i srebra. W hutach wytapiano sześćdziesiąt dwa tysiące ton żelaza, dwadzieścia osiem tysięcy ton cynku, siedemset ton ołowiu i pięćset osiemdziesiąt kilogramów srebra.

W 1825 roku w Katowicach liczących sześćset siedemdziesiąt pięć mieszkańców działało już kilka kopalń i hut. Zakłady przyciągały pracą. Trzydzieści lat później mieszkało tu już blisko trzy tysiące osób. Wraz z nowymi mieszkańcami przybywało murowanych budynków, kamienic czy sklepów kuszących kolorowymi szyldami zamożniejszą klientelę. Holtze nie miał wątpliwości – w tej wiosce na pruskich rubieżach zaczynał pączkować stan średni. Ludzie się bogacili, robili interesy. Oni, zum Teufel, chcieli mieszkać w mieście!

Nowe i stare czasy tworzyły żywy i różnorodny obraz, pełen silnych antagonizmów, biedy i bogactwa, wykształcenia i braku kultury. Niemiecka solidność występowała przeciwko polskiej gnuśności. Brud na ulicach i placach przybrał niewyobrażalne rozmiary wskutek wzmożonego napływu do hut. Zarządzanie gminą leżało w gestii polskich właścicieli ziemskich wywodzących się z chłopstwa, nastawionych wrogo wobec postępu, uparcie broniących się przed nową myślą twórczą, kroczących dumnie podczas deszczu i słoty w futrach z owczej wełny i w ordynarnych „gumiakach”

– napisała Elisabeth Grabowski, etnolożka i pisarka. To dość stronnicza opinia po wizycie w Katowicach.

Zmiany wsi w miasto chciała coraz bardziej rejencja opolska, a to był już poważny organ władzy państwowej. 26 kwietnia 1864 roku w Katowicach odbyła się sesja rady gminy. Wniosek o nadanie praw miejskich był już gotowy i leżał na stole. Odbyło się głosowanie, oddano sześćdziesiąt pięć głosów za i dwadzieścia osiem przeciw. Orędownicy zmian wcześniej złożyli obietnice: podatki nie zostaną podniesione, właściciele gruntów wiejskich dostaną sowite odszkodowanie. Nie zachowały się żadne dokumenty świadczące o tym, że na sesji był obecny Kazimierz Skiba.

Wilhelm I Hohenzollern, król Prus, podpisał odpowiedni dokument 11 września 1865 roku w swojej letniej rezydencji w Poczdamie. Katowice formalnie stały się miastem.

Sołtys Louis Troll przekazał na rzecz nowego miasta urzędniczy dobytek: stare biurko, kałamarze, regały biblioteczny i z półkami na akta. Początkowo nie miało ono ratusza. Burmistrz urzędował we własnym mieszkaniu. Radni spotykali się u Welta.

Z Katowic stopniowo znikały chaty i wiejskie zagrody. Zastępowało je miasto. Pojawiły się brukowane drogi oświetlone latarniami. Założono nawet kanalizację, ogrody i skwery, teren piękniał. Holtze i jemu współcześni uważali, że tempo i rozmach katowickich zmian są w iście amerykańskim stylu. Ludzie, którzy widzieli to miejsce niespełna dziesięć lat wcześniej, z trudem je rozpoznawali.

Gdy Katowice zostały miastem, Kazimierz Skiba miał pięćdziesiąt trzy lata, cieszył się dobrym zdrowiem, a przez miejscowych był poważany. Regularnie proszono go na świadka do ślubu czy na chrzestnego dziecka. Jakiś czas po nadaniu praw miejskich gospodarstwo Skiby odziedziczył jego najstarszy syn Jan. Jasnowłosy, jasnooki, o czerstwym obliczu i silnej budowie, przypominał ojca. Od dzieciństwa z powodu wypadku był chromy na jedną nogę, co w przyszłości uratowało go przed powołaniem do wojska. Jan uwielbiał czytać, prenumerował polskie pisma – „Górnoślązaka” i „Katolika”. W Katowicach był jednym z tych, którzy zakładali Bank Ludowy, zapewniający niezależność od kapitału niemieckiego. Podobne banki tworzono też w zaborze pruskim, by dać samodzielność polskim spółdzielniom rolniczym. Synowie Jana kolegowali się z Wojciechem Korfantym, najważniejszą postacią w przyszłej walce o przyłączenie Górnego Śląska do Polski. Młody Korfanty często bywał gościem w Skibowym domu.

Po śmierci żony Kazimierz przeniósł się do jednej z zamężnych córek do kamienicy przy ulicy Starowiejskiej, niedaleko rodzinnego pola. Inne córki też powychodziły za miejscowych, mieszkały w okolicy. Poza Filipiną, która zdecydowała się opuścić rodzinne strony i wyjechała do Warszawy. Wyszła tam za mąż i już jako pani Lejmanowiczowa przez pewien czas prowadziła hotel, a później sprzedała go i wraz z mężem osiadła w pobliskim Grodzisku. Nosiła się jak dama. W modnej sukni z gorsetem i z biżuterią w niczym nie przypominała matki w zapasce i chustce na głowie.

Kazimierz Skiba umarł 11 listopada 1890 roku. W przyszłości przedostatni sołtys Katowic doczeka się w mieście własnej ulicy. Został pochowany w tym samym grobie co jego żona. Kilka lat później rodzina kazała umieścić na nagrobnym pomniku inskrypcję: „Tu spoczywają w Bogu nasi kochani Ojcowie, Dziadkowie i Pradziadkowie Kazimierz Skiba, Józefa Skiba. Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie!”. Pierwszy polski napis na cmentarzu dostrzegli dziennikarze czasopisma „Katolik”. Z aprobatą uznali, że Skibowie dobrze zrobili, czcząc swych przodków „w języku, w jakim się urodzili, chwalili Boga, porozumiewali się pod ojczystą strzechą i ostatnią przed zgonem modlitwą Najświętszemu Stwórcy się polecali”. Tymczasem na początku XX wieku Jan sprzedał katowicką ojcowiznę. Tradycje rolnicze w rodzinie jednak pozostały, bo dla swojego syna Ignacego kupił gospodarstwo gdzie indziej, w Krasowych. Była to wioska położona kilkanaście kilometrów od Katowic, która potem stała się dzielnicą Mysłowic. Inny z synów Jana, Franciszek, został księdzem. Uważał, że duchowni na Śląsku powinni znać język polski, i starannie szlifował polszczyznę literacką. W 1907 roku wydał zbiór pieśni Dla was, dziewice. Pisał w nim: „Bracie miły górnośląski! Nie mów »pieron« lub »pieroński«! Nie szpeć, nie plam tymi słowy Twojej pięknej polskiej mowy…”.

Z upływem lat rodzina Skibów będzie się rozrastała i czasem wyjeżdżała z katowickiego gniazda. Wśród Skibów znajdą się górnicy, pracownicy naukowi, rzemieślnicy czy nauczyciele. O części z nich zrobi się głośno. Choćby o Zofii Koniarkowej, wnuczce Kazimierza, przedwojennej radnej Katowic, kobiecie zaangażowanej. Jej wnuk Józef Kocurek, którego poznam osobiście, zostanie wiceprezydentem Katowic. Ale wcześniej będzie się dużo mówić o ich praszczurze, przedostatnim sołtysie. Wszystko dlatego, że kilkadziesiąt lat po śmierci Kazimierza przypomnieli sobie o nim historycy i dziennikarze. Nowa Polska po 1945 roku potrzebowała nowych bohaterów. Ci z chłopskim rodowodem byli bardzo pożądani. A jeszcze śląski chłop, któremu nie po drodze było z niemieckimi kapitalistami? To marzenie.

W 1954 roku ukazała się książka Od Katowic do Stalinogrodu. Autorem był Stanisław Ziemba, dziennikarz, który trzy lata później został posłem na sejm. Pisał:

Materiały, jakie złożyły się na treść książki, zebrane zostały w ciągu kilkuletniej pracy dziennikarskiej. Czasem w dociekaniu prawdy przeszłości poszukiwania autora szły dalej, niż wymagała tego zawodowa potrzeba dziennikarska. Dzięki temu niektóre szczegóły czy osoby z dawnej przeszłości miasta przedstawione zostaną po raz pierwszy. Do takich należy np. ostatni polski sołtys Katowic, który przez kilkadziesiąt lat opierał się germanizacji swej rodzinnej miejscowości, siejąc postrach wśród pruskich kulturträgerów. Przykryła go potem warstwa germanizacyjnego kurzu i zapomnienia, nie dopuszczając jego imienia do kart historii.

Autor dowodził, że „rodzina Skibów była najbardziej zaciętym obrońcą polskości ówczesnych Katowic”. Dalej przywoływał czynne zaangażowanie Skiby. W Zgromadzeniu Narodowym w Berlinie deputowani lewicy, w której skład weszli górnośląscy posłowie, żądali praw dla ludu. Wolności słowa czy równomiernego opodatkowania gruntów dominialnych i chłopskich. Sołtys Skiba list posłów w tej sprawie miał wywiesić na drzwiach swej stodoły. „W nocy ogłoszenie zostało w tajemniczy sposób zerwane. Skiba przeprowadził śledztwo. Ślady prowadziły do zarządu dóbr Wincklera. Nie miał jednak dostatecznych dowodów. Udał się więc do Bytomia po nowy odpis, którego odtąd pilnowali już nocni stróże. W zarządzie Wincklera znienawidzono Skibę jeszcze bardziej”. Skąd takie ustalenia? Autor podaje drobnym drukiem w źródłach: „Postać Skiby doczekała się w polskim słowie drukowanym jedynie krótkiej pośmiertnej wzmianki w »Katoliku«, w listopadzie 1890 roku, z wiele mówiącą uwagą, że »dużo mógłby Skiba o Katowicach powiedzieć z tych czasów«, kiedy był jeszcze ich sołtysem. […] Holtze zanotował kilkakrotnie nazwisko i czyny swego największego przeciwnika, pewne szczegóły zachowały się dzięki pamięci wnuka sołtysa, który znał je z opowiadań ojca”.

11 września 1965 roku Katowice obchodziły setną rocznicę nadania praw miejskich. „Trybuna Robotnicza” wydrukowała apel o dostarczanie wspomnień o rodzinie Skibów. Przeczytał go Jacek Schreiber, katowiczanin, potomek Kazimierza Skiby. Jego babcia była jedną z córek Jana, syna sołtysa. Jacek zaczął się interesować historią rodziny. Jeździł po krewnych, czytał między innymi książkę Ziemby. Studiował historię w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach. W mieście nie było jeszcze uniwersytetu. Pracę magisterską Jacek postanowił poświęcić własnej rodzinie.

Działalność szczerze polska sołtysa Skiby była solą w oku zarządcy dóbr katowickich Grundmanna i dr. Holtzego, którzy spowodowali jego usunięcie z sołtysostwa.

Światły chłop i patriota toczył zaciętą walkę z napływowym elementem niemieckim, najpierw na stanowisku sołtysa, a następnie jako członek rady gminnej. Chłopi katowiccy, zagrożeni w swym bycie materialnym i kulturalnym, stawiali Niemcom zacięty opór. Chłopi polscy mogli się bronić przed zalewem niemieckim, dopóki istniała „gromada”, w której oni stanowili większość, tj. do 1859 r. W tym roku na wniosek Holtzego w miejsce „gromady” kierownictwo gminy na mocy zarządzenia władz objęła rada „z wyborów”. W ten sposób Skiba został usunięty z urzędu sołtysa. Droga Niemców do stworzenia miasta była potem już bardzo prosta

– pisał Schreiber. Na czym miałby polegać „zacięty opór” polskich chłopów? Nie wiadomo.

Autor pracy dowodził, że jego przodek pomagał powstańcom styczniowym. Miał między innymi przewieźć prasę drukarską z Wrocławia do obozu powstańców w Pieskowej Skale. Schreiber przywołał relację jednego z prawnuków, który mu o tym opowiedział. Brakuje innych dowodów na powstańcze sympatie sołtysa.

W pisaniu pracy pomagał Jackowi jeden z żyjących prawnuków sołtysa, Józef Hruszka. Z artykułu jego autorstwa opublikowanego w „Panoramie” w 1965 roku dowiedziałam się masy szczegółów. Hruszka podawał, że Kazimierz z każdej podróży do Krakowa i Warszawy przywoził jego matce jakąś pamiątkę, najczęściej polską książkę. Po co górnośląski chłop wyjeżdżał do tych miast? Nie wiadomo. „W jego izbie wisiał portret Kościuszki, a chłopi nazywali go »Kościuszkiem« – nie dlatego, że lubił o nim opowiadać, lecz z tej przyczyny, że Fryderyk Grundmann, pełnomocnik ówczesnego właściciela Katowic i zaciekły germanizator, mówił o pradziadku: »der verdammte Kocuszko«”.

Hruszka twierdził, że w czasie Wiosny Ludów, w okresie głodu i epidemii tyfusu, Skiba zorganizował komitet pomocy i furmankami woził jedzenie dla mieszkańców powiatów w najgorszym położeniu. Jeździł do Pszczyny i Rybnika. Miał też napisać list protestacyjny w sprawie likwidacji nauki polskiego w szkole. „Kilkukrotnie chciano Kazimierza Skibę przekupić – jeszcze wtedy, gdy był sołtysem. Fryderyk Grundmann i Trolle [sic!] proponowali mu, aby się przyłączył do radnych niemieckich. Obiecywali mu za to wysokie stanowisko w dobrach Wincklera. Skiba rozgłosił o próbie przekupstwa po całej okolicy, co Niemców wprawiło w istną wściekłość. Nie mogąc sobie poradzić z poważnym i wpływowym chłopem, postanowili pruscy koloniści otoczyć go i zniszczyć”. W artykule wyczytałam, że Skiba z innymi miejscowymi siłą rozpędzał niemieckich radnych. Miał też przyjaciół wśród patriotów. Przyjaźnił się choćby z księdzem Józefem Szafrankiem. W rozmowach z krewnymi przewidywał z kolei, że kiedyś na te ziemie przyjdzie Polska.

W „Katowickim Informatorze Kulturalnym” z 1975 roku nakreślono sylwetkę Kazimierza Skiby jako „człowieka światłego i oczytanego”. Miał w domu obszerną bibliotekę. Polskie książki przywoził z częstych podroży o charakterze politycznym. Śląsk i Katowice doczekały się swej słowiańskiej baśni. Swojego słowiańskiego bohatera.

W lutym 2009 roku doktor Jacek Siebel, historyk z Muzeum Historii Katowic, zaprosił mnie na spotkanie. Towarzyszył mu starszy mężczyzna w eleganckim garniturze. – Bernd Skiba – przedstawił się. I zaczął opowiadać, że jest potomkiem ostatniego polskiego sołtysa Katowic. Bernd to syn Ignacego Skiby (ten imię odziedziczył po ojcu, który otrzymał gospodarstwo w Krasowych) i Anny Koch. Kilka lat po tym, jak Ignacy zginął na froncie II wojny światowej, wdowa razem z dziećmi wyjechała do ojczystych Niemiec.

Bernd i Siebel poznali się kilka lat wcześniej. Bernd zawitał do Muzeum Historii Katowic, ponieważ szukał informacji o swojej rodzinie. Do współpracy z nim dyrekcja wydelegowała Siebla. Oficjalne kontakty szybko przerodziły się w owocną kooperację, zwieńczoną książką Trzy wieki dziejów rodziny Skibów – prawdy i mity.

– Wie pani, przez lata fałszowano fakty, a wokół nazwiska Skiba rosły mity! Nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić i udokumentować, jak było naprawdę, tylko jeden od drugiego spisywał banały i głupoty. W1981 roku dostałem książkę Lecha Szarańca Osady i osiedla Katowic. Dowiedziałem się, że wywodzę się ze staropolskiej rodziny, którą najlepiej charakteryzuje mój przodek Kazimierz Skiba. W 2002 roku przeczytałem podobną publikację w miesięczniku „Śląsk”. Wypowiadał się wywodzący się z rodziny Skibów Józef Kocurek, wiceprezydent Katowic. Gloryfikował polskość Kazimierza. Powiedziałem sobie: dość! – Bernd mimo wielu lat spędzonych w Niemczech świetnie mówi po polsku. Żywo gestykuluje, jest pełen pasji. Ma przy sobie teczkę z wyciętymi z gazet artykułami. Wyciąga jeden z nich. „Ów światły chłop świadom był szansy uprzemysłowienia Górnego Śląska i uczynił wszystko, aby temu wyzwaniu cywilizacyjnemu podołać. Pozostawił potomkom poważne obiekty przemysłowe, okazałe, nowoczesne kamienice, a także rozsiane po Katowicach i okolicy parcele budowlane” – tak o Kazimierzu Skibie w „Trybunie Śląskiej” z 1999 roku pisał profesor Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego.

– To był konflikt między mieszczaństwem a chłopstwem, a nie między Polakami a Niemcami. Konflikt ekonomiczny! Chłopi tracili władzę, a Skiba po prostu dbał o ich interes. Jego „nie chca” absolutnie nie miało innego podtekstu. On nie był polskim patriotą! – oburza się Bernd. I pokazuje zawarte w swojej książce ustalenia Jadwigi Lipońskiej-Sajdak, historyczki, organizatorki Muzeum Historii Katowic:

Najwięcej nieporozumień budzi przypisywanie ówczesnej ludności autochtonicznej polskiego patriotyzmu. Poczucie odrębności i starania się o jej utrzymanie nie wiązało się w tamtym okresie z potrzebą autonomii lub odłączenia się od Prus. Jeszcze w 1902 roku Melania Parczewska (działająca w zaborze rosyjskim) pisała w „Przeglądzie Tygodniowym”: „Na Śląsku utrzymywała się izolacja społeczna hermetycznej zbiorowości, którą wytworzyła ludność plebejska przechowująca mowę, obyczaje swoich przodków”. Dziennikarz krakowski, Wojciech Szukiewicz, w publikacji „Górne Śląsko. Szkic z chwili bieżącej” (Kraków 1894) stwierdził: „Wieki oderwania sprawiły, że lud polski Górnego Śląska nie miał żadnego poczucia narodowego. Polakiem się nie czuł, Niemcem nie był, więc uważał się za Górnoślązaka”.

Jak dowodzi badaczka, zmiana nastąpiła dopiero później, w drugiej połowie XIX wieku, gdy na tutejszą ludność zaczęły oddziaływać tworzące się śląskie warstwy średnie wspomagane przez inteligentów przybywających z Wielkopolski, gdzie świadomość narodowa była większa. „Przejawiająca się w kolejnych antypolskich ustawach germanizacja zderzyła się z coraz bardziej uświadomionym narodowo elementem polskim, co w ostateczności doprowadziło do powstania dwóch wrogich obozów, a po odrodzeniu się Polski w 1918 r. do prób siłowego rozwiązania konfliktu” – pisze Lipońska-Sajdak o powstaniach śląskich i przyłączeniu części Górnego Śląska do Polski.

Moją rozmowę z autorami książki Trzy wieki dziejów rodziny Skibów – prawdy i mity opublikował katowicki dodatek „Gazety Wyborczej”. Kilka dni później odebrałam telefon:

– Co oni opowiadają?! – Wzburzony głos należał do Andrzeja Rożanowicza. Starszy pan od urodzenia, czyli od 1925 roku, mieszkał w Katowicach. Był pasjonatem historii miasta, dawnym harcerzem, prawdziwym mieszczaninem. – Odniosłem wrażenie, że ktoś próbuje zarzucać innym, że mijają się z prawdą historyczną, a sam to robi. Po przeczytaniu artykułu sięgnąłem po tę książkę i inne materiały źródłowe, zacząłem analizować podawaną przez autorów argumentację. Uważam, że materiał zebrany przez autorów wcale nie obala tezy, że Kazimierz Skiba polskim patriotą był – wyjaśnił mi już znacznie spokojniejszy.

– Trzeba spojrzeć na kolejne pokolenia Kazimierza Skiby. Jego najstarsza córka Franciszka wychowała swoją córkę Zosię na świadomą Polkę, działaczkę Towarzystwa Polek w Katowicach, znaną jako Zofia Koniarkowa. W 1922 roku w stroju śląskim witała na granicy Katowic generała Szeptyckiego. Z kolei syn Kazimierza Jan był niezaprzeczalnie polskim działaczem. O piękną polszczyznę dbał ksiądz Franciszek. Filipina wyszła za mąż w Warszawie. Skibowie byli rodziną o polskiej świadomości! Mówili i czytali po polsku. Skąd to się wzięło? Moim zdaniem z wychowania, z tradycji domu rodzinnego. Czy syn i wnuk Skiby zostaliby polskimi działaczami, gdyby jemu samemu na polskości nie zależało? Kazimierz był postacią powszechnie szanowaną, dość majętną. Musiał mieć własne poglądy polityczne, które podchwyciło następne pokolenie – perorował Rożanowicz, a ja odniosłam wrażenie, że w sprawie Kazimierza Skiby wybuchnie w całym mieście prawdziwa awantura. Może nawet czwarte powstanie śląskie. Ostatecznie do niczego takiego nie doszło, a w urzędzie miejskim wciąż wisi portret Kazimierza Skiby.

O pierona! A po co nam Katowice?

– Od dziecka jestem uczulony na brud. Nienawidzę brudu! A niech pani popatrzy dookoła. Śmieci leżą przy ulicy, maras na chodniku – denerwuje się Adrian Juraszczyk, emerytowany hutnik. Stoimy w centrum katowickich Szopienic. – Od 1960 roku jesteśmy częścią Katowic. Ale miejscowi nie żywią żadnych ciepłych uczuć do tego miasta. Mamy poczucie peryferyjności. Zanim staliśmy się katowicką dzielnicą, to służby sprzątały ulice, pucowały guliki. Byliśmy zamkniętą społecznością, która dobrze pamiętała, czym jest pruski rygor. To się zmieniło. Masa obcych tu zamieszkała. Wielu z nich na Szopienicach nie zależało. Jakiś czas temu miasto wyremontowało drogi, rondo nam zrobili. Ale to niewiele. Kiedyś w Szopienicach inaczej się żyło.

– Proszę mi nie mówić, że wcześniej było różowo – protestuję.

– Jasne, że nie było. Bo dziś mogę powiedzieć, że mieszkam w zdroju. Z Szopienic zniknęły smrody. Nie jeden smród, ale smrody, ponieważ było ich wiele. Urodziłem się w domu przy torach, w pobliżu działała mydlarnia. Jak się nie zamknęło okien, nie można było nic przełknąć. Od smrodu zgniłych jaj robiło się niedobrze. Nad Rawą stał zakład, w którym produkowano musztardę i ocet. Tamtejszy fetor był ostry, gryzący. No i oczywiście swoje wyziewy rozsiewała naokoło nasza huta. Tak więc w Szopienicach capiło z każdej strony. Śmierdzieć musiało, bo takie były wówczas technologie. Dziś wszystko robi się inaczej. Jedyny syf w powietrzu jest z kominów ludzi, którzy palą węglem. Kiedyś palili nim wszyscy, więc kumulację najgorszego smrodu mieliśmy zimą. Niektórzy żartowali, że przedostaje się też do Sosnowca.

– Do Zagłębia rzeczywiście macie rzut beretem – zauważam.

– Kwasy były przez to sąsiedztwo, i to nie byle jakie. Zwłaszcza w latach sześćdziesiątych. Zaczęło się od tego, że ci z Sosnowca przyjechali do Szopienic dwoma tramwajami. Wybiegli i zaczęli okładać miejscowych. Miejscowe synki niedługo potem zabrały się do Sosnowca na rewanż. Tłukły tamtych, że hej. Rozróby takie były, że w końcu do Szopienic często przyjeżdżali milicjanci. Pilnowali porządku. Rękoczyny się skończyły, ale zacietrzewienie po obu stronach pozostało duże. Pamiętam, że później widywałem dziewczyny z Sosnowca, które u nas czekały na tramwaj. Jak się kto pytał, dokąd jadą, mówiły: „Do Polski”. Takie słowa mnie bolały. Inna sprawa, że nikt z miejscowych, kiedy jedzie w przeciwnym kierunku, nie mówi, że jedzie do centrum. Zawsze się mówi: „Do Katowic”. Tyle lat jesteśmy w Katowicach, ale wciąż mówimy tak, jakby były obce.

Na Giszowcu, w mojej dzielnicy, starsi ludzie też jeździli „do Katowic”. Podobnie na sąsiednim Nikiszowcu.

Szopienice, Nikiszowiec, Giszowiec położone są po sąsiedzku, jedno przy drugim. Społeczności tych miejsc przez lata żyły w symbiozie. Tutejsze rodziny się mieszały, mężczyźni pracowali w tych samych zakładach, dzielnice łączyła darmowa kolejka nazywana Balkanem. Gdy przez krótki czas Szopienice były samodzielnym miastem, Nikiszowiec stał się jego częścią, a Giszowiec należał do powiatu Szopienice.

Giszowiec i Nikiszowiec zostały wybudowane dla górników pracujących w kopalni Giesche, później nazwanej Wieczorek. Przemysł odcisnął swoje piętno na wszystkich trzech miejscach, choć najmniej było to widoczne na Giszowcu. Pierwotny wygląd tamtejszego osiedla znacznie się różnił od obecnego. Wybudowano domki wtopione w zieleń, ale dziś niewiele z nich pozostało – w latach siedemdziesiątych wyburzono je koparkami. Ówczesna władza postanowiła stworzyć nową, socjalistyczną historię osiedla, które wybudowano na zlecenie niemieckiego kapitalisty. Zamiast domków z ogródkami powstawały bloki z wielkiej płyty. Powojennych zmian w swojej zwartej, ceglanej zabudowie uniknęły za to Nikiszowiec wraz z kopalnią Wieczorek, która jest integralną częścią dzielnicy.

Nikiszowiec i Szopienice przez całe lata tonęły w marazmie i błocie. W przeciwieństwie do wtulonego w las Giszowca z pastelowymi blokami oba miejsca były szare i całkiem pozbawione zieleni. Przez lata nie remontowano tamtejszych budynków, co rzucało się w oczy zwłaszcza w Szopienicach. Elewacje kamienic wyglądały tak, jakby zżerała je pleśń, między budynkami stały smętne budki, rozbabrane placyki. Nie byłoby takiej degradacji, gdyby nie przemysł, ale też gdyby nie on, te miejsca nigdy by nie powstały.

Dawne Szopienice to łąki, pola, wiejskie zagrody i rzeka Rawa. Sielski krajobraz od XVI wieku urozmaicały jedynie kuźnice, czyli małe zakłady hutnicze. Ale w pewnym momencie Georg Giesche odkrył żyłę złota, jaką była ruda cynku, czyli galman. Giesche pod koniec XVII wieku mieszkał we Wrocławiu i sprzedawał sukno pruskiej armii. Zorientował się jednak, że prawdziwe pieniądze można zrobić na cynku.

W 1704 roku cesarz Leopold I w zamian za wspieranie wojska i solidność kupiecką dał Gieschemu i jego potomkom monopol na wydobywanie galmanu na Śląsku. Rodzinny interes z czasem przekształcił się w spółkę Die Bergwerksgesellschaft Georg von Giesches Erben (statut przyjęto w 1845 roku). Lista wszystkich inwestycji i własności tej firmy była długa. Bardzo długa. Wystarczy wspomnieć kopalnie węgla Giesche na Nikiszowcu, Kleofas w Katowicach, Rozbark w Bytomiu czy kopalnię rud cynku i ołowiu w Piekarach Śląskich. I hutę w Szopienicach. 1 sierpnia 1834 roku rozpalono w niej pierwszy piec. W październiku pracowało już sześć podwójnych pieców destylacyjnych i wyprodukowano pierwszych dwieście pięćdziesiąt siedem ton cynku. Na cześć kierownika huty Wilhelma von Kessela zakład przyjął nazwę Wilhelmina.

W szopienickiej okolicy inwestował głównie Giesche, ale nie tylko, bo w przemysł zaangażowali się też inni prywatni właściciele. Między ulicami Brynicy i Deszczową od lat trzydziestych XIX wieku fedrowała kopalnia Luisensglück (Szczęście Luizy). Kopalnia szczęśliwa była tylko z nazwy. Właściciele zakładu nie radzili sobie z wodą, która zalewała podziemne wyrobiska i korytarze. Gdy w 1894 roku woda z Rawy podtopiła kopalnię, eksploatacja ustała. Jej właściciele nie zlecili nawet zabezpieczenia wyrobisk – nie wiadomo, czy przez niefrasobliwość, czy przez brak funduszy.

3 czerwca 1897 roku okoliczni mieszkańcy usłyszeli dziwne dudnienie i poczuli, jak pod ich stopami zadrżała ziemia. Chwilę później zobaczyli, jak pękają ściany ich domów, zapadają się elewacje i dachy. Tąpnięcie było tak silne, że Rawa nie dała rady utrzymać w swym korycie wody i wystąpiła z brzegów. Żywioł zmył ulice, zniszczył sieć wodociągową, zalał budynki. Kilkuset nieszczęśników nie miało dokąd pójść, bo rozlana rzeka odcięła im drogę do domów. Ci ludzie koczowali na pobliskich polach, gdzie płakali lub modlili się o pomoc. Nocą przybyło wojsko, by zabezpieczyć budynki przed szabrem. Apokaliptyczne wieści rozeszły się po okolicy. Na pola z koczującymi przybyli krewni i znajomi z części Szopienic niedotkniętych żywiołem, z Zawodzia czy Dąbrówki Małej.

Dla miejscowych urzędników pozbawionych domów ustawiono wagony na bocznicy kolejowej. Dzieci ewangelików i żydów musiały chodzić na lekcje wraz z katolikami do znajdującej się w centrum Szopienic tak zwanej starej szkoły, bo ich budynki szkolne zostały kompletnie zniszczone.

O katastrofie rozpisywali się dziennikarze, donosili o szkodach tak wielkich, że miejscowość nie miała szans się podnieść z gruzów. Jej odbudowanie „na tak niepewnym gruncie byłoby bezcelowem” – twierdziła „Gazeta Lwowska”. „Katolik” z kolei informował, że suma odszkodowań, które obiecano wypłacić mieszkańcom, wynosiła trzysta sześćdziesiąt tysięcy marek, co – jak zauważali dziennikarze – było kwotą niewystarczającą, by pokryć wszystkie straty. Gmina miała dodatkowo otrzymać pięć tysięcy na wykonanie „robót ziemnych przy wodociągach i mostach” oraz dziesięć tysięcy na regulację Rawy.

Śląskiem jednak rządził pieniądz i trzydzieści lat po dramatycznych wydarzeniach w kopalni wznowiono wydobycie. Jej kolejni właściciele zainwestowali w elektryfikację, wydrążyli nowe szyby. Pieniędzy zabrakło im na wypłaty dla górników, na co ci odpowiedzieli strajkiem. Protestowała cała załoga – stu dwudziestu jeden robotników. Część z nich nie wyjechała na powierzchnię, pozostali okupowali kopalniane budynki. Protest odniósł skutek – spłacono długi pracownicze, przywrócono wydobycie. Ale do czasu.

22 sierpnia 1939 roku woda po raz kolejny pokazała swoją siłę, podziemia po raz kolejny zostały zalane. Dziesięć dni później wybuchła wojna, a fedrunek nigdy już nie wrócił do Szczęścia Luizy.

W 1860 roku w Wilhelminie pełną parą pracowały już aż dziewięćdziesiąt cztery piece, a produkcja cynku wzrosła do ponad czterech i pół tysiąca ton rocznie. Firma zdecydowała o rozbudowie zakładu. Wybudowano potężną muflarnię do produkcji kształtek ceramicznych służących oczyszczaniu cynku.

Praca w Wilhelminie była katorgą. Najciężej mieli robotnicy przy nigdy niegaszonych piecach, które osiągały gigantyczną temperaturę. Ludzie musieli nie tylko przeżyć piekielny gorąc, lecz także uważać na każdym kroku. Przy wytopie cynku dochodziło do wypadków i poparzeń, a w okolicy brakowało opieki lekarskiej. Jeśli ówcześni hutnicy dożywali czterdziestki, to byli starymi, zniszczonymi ludźmi.

Z czasem w Szopienicach wyrósł hutniczy konglomerat. Spółka dokupowała lub stawiała kolejne huty. Co ciekawe, na uruchomienie jednego z zakładów dostała pozwolenie pod warunkiem, że gazy, które będą powstawały przy produkcji, zostaną skierowane do podziemnego kanału z wodą, żeby mogły w niej osiadać cząsteczki metali ciężkich. W ten sposób z komina wysokiego na czterdzieści metrów miał się wydobywać tylko czysty gaz. Do wytycznych się dostosowano, powstały więc tunel z wodą i komin, ale ołów wytapiano w otwartych kotłach. Metale ciężkie i tak szły w powietrze.

Spółka Giesche zainwestowała też między innymi w prażalnię blendy cynkowej, walcownię blach i prasownię rur ołowianych. W 1900 roku szopienickie huty wytwarzały łącznie blisko dwadzieścia pięć tysięcy ton cynku, czyli niemal dwadzieścia pięć procent produkcji tego metalu na Górnym Śląsku.

W Szopienicach działalność rozpoczęły stowarzyszenia i kluby sportowe. Życie kulturalne rozwijało się równolegle do przemysłowego. Powołano stowarzyszenie Kasyno Katolickie, które nie miało nic wspólnego z hazardem. Stworzone przez Karola Miarkę, polskiego działacza na Górnym Śląsku, zajmowało się wystawianiem amatorskich przedstawień teatralnych. Założono też oddział Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a w 1910 roku – chór imienia Wyspiańskiego. Ludzie jak wszędzie pracowali, kochali się, kłócili, godzili. Po prostu żyli.

Kiedy budziła się wiosna – 70 lat temu – dziewczyny pozwalały na pieszczoty na łonie natury. Szło się w miejsca odludne i tam odbywał się wiosenny „sakrament”. Pod tym względem Szopienice nie były przyjazne wiosennym uniesieniom, bo pozbawione były lasów i łąk. Ale miały za to wiele starych czerwonych hałd hutniczych, które zastępowały nam nietkniętą naturę. Miały one swoje zalety: były wysokie, suche, ciepłe i na dole porośnięte kępkami kwitnących kwiatów. Na hałdzie można było bezpiecznie rozgościć się w jakimś padołku i wtedy było się bliżej nieba

– pisał najbardziej znany szopieniok, Kazimierz Kutz, w felietonie Wiosenna macanka. W Szopienicach, mimo przemysłowego obciążenia, ulice były czyste, a familoki i kamieniczki – zadbane. Raz w tygodniu miejsca publiczne były sprzątane przez służby miejskie i tych, którzy za drobne przewinienia odrabiali roboty publiczne. Szorowali place i ulice, pucowali budynek dworca, przystanki tramwajowe, okolice sklepów i wyszynków. Zwłaszcza te mocno oblegane przy Browarze Mokrskiego, bo w Szopienicach produkowano też piwo. W tym celu w środku zabudowy postawiono kilka budynków, na tyle dużych, by pomieścić warzelnię, kotłownię, słodownię oraz miejsca do fermentacji i leżakowania wraz z przyzakładowymi sklepikiem i knajpką.

Przemysł odbijał się za to na zdrowiu mieszkańców. Sporo miejscowych dzieci było opóźnionych w rozwoju i w 1913 roku konieczne stało się otwarcie szkoły specjalnej. Schorowanych hutników było tak wielu, że spółka Giesche w Szopienicach urządziła izbę lekarską, a później wybudowała okazały szpital. Zadbano o kadrę medyczną i wyposażenie. W rezultacie powstała jedna z najnowocześniejszych placówek medycznych w okolicy – z ponad setką łóżek, z oddziałami chirurgii, chorób zakaźnych i wewnętrznych oraz ginekologicznym. Szpitalny gmach zaprojektowali Georg i Emil Zillmannowie, kuzynowski duet genialnych architektów.

W 1922 roku Szopienice trafiły pod polską administrację, więc majątek spółki Giesche znalazł się za granicą. Jej właściciele stworzyli spółkę córkę, która miała się zająć mieniem pozostałym w Polsce. Giesche spółka akcyjna z siedzibą w Katowicach co rusz napotykała problemy. Polskie władze nakładały na nią wysokie podatki, nie udzielały koncesji, nasyłały kontrole, mnożyły trudności administracyjne. Rody Gieschów postanowiły więc pozbyć się majątku po polskiej stronie i sprzedać spółkę zainteresowanym Amerykanom. Polski rząd zgodził się na transakcję i jeszcze w tym samym roku spółka Silesian-American Corporation (SACO) przejęła cały kapitał spółki Giesche i stała się jej jedynym akcjonariuszem.

Dla urzędników zza oceanu powstało nowe osiedle willowe na Giszowcu. Amerykanie kazali tam wybudować pole golfowe, a zimą na zamarzniętym Stawie Małgorzaty uprawiali curling. Żyli własnym życiem, ale do kadry zarządzającej huty w Szopienicach przyjmowali Polaków. W końcu był to jeden z wymogów, które polski rząd postawił SACO.

Szopienicki krajobraz zmieniał się wraz z upływem lat. Powstało reprezentacyjne osiedle dla kolejarzy. Na placu Ogród Dworcowy, w ostatnim familoku, obok wieży ciśnień i zajezdni dla lokomotyw, mieszkała rodzina Kazimierza Kutza, który urodził się w Szopienicach w 1929 roku. Wyrastały kolejowe estakady i kominy, budynki produkcyjne sąsiadowały z familokami. Szopienice wyglądały niczym gigantyczny kombinat przetykany tkanką miejską. A czasem też wiejską, bo za hutniczym murem siano zboże, sadzono ziemniaki, zakładano ogródki z laubami.

Wokół huty toczyło się życie. Innymi punktami ważnymi dla szopienickiej społeczności były neogotycki gmach szkoły i kościoły o strzelistych wieżach – Świętej Jadwigi dla katolików i Zbawiciela, w którym modlili się ewangelicy. Z zapisów katolickich ksiąg parafialnych wynika, że Szopienice były parafią „trudną”. Księża nie bardzo chcieli do niej przychodzić. Zauważali, że do pracy w tutejszych zakładach przyjeżdżali obcy, nierzadko wykorzenieni, którzy lubili zaglądać do knajp z alkoholem, a tacy osobnicy mogli podkopywać morale parafian. O zachowanie dobrych obyczajów apelowali też, jeszcze przed plebiscytem, zwolennicy Niemiec, którzy twierdzili, że w pobliskim polskim Sosnowcu panowały rozwiązłość moralna, bałagan i inny od śląskiego system wartości. – Jak pójdziecie za Polską, będziecie mieć to samo co w Sosnowcu – przestrzegali. Na niewiele takie gadanie się zdało, bo w plebiscycie siedemdziesiąt procent mieszkańców gminy opowiedziało się za Polską. Część osób z terenów, które po plebiscycie wciąż pozostały niemieckie, przeprowadziła się na polski Śląsk.

Okupacja opóźniła nadanie praw miejskich Szopienicom, doszło do tego dopiero w 1951 roku, przy czym nie zmieniło to codzienności szopienioków. Wszyscy wciąż żyli z huty. Niektórzy się kształcili, by zdobyć odpowiednie hutnicze wykształcenie. Tak jak Anna Rusek, ucząca się w technikum hutniczym. Zdolna, ambitna dziewczyna marzyła o studiach, ale musiała zacząć zarabiać. Oczywiście w hucie. Jej ojciec pracował tam jako urzędnik, ona zaczynała jako sekretarka kierownika naczelnego, aby później zostać kierowniczką hutniczej maszynopisowni i starszą inspektorką bhp.

W hutniczym laboratorium pracował Józef Juraszczyk. Anna zaczęła się z nim spotykać, w końcu się pobrali. W 1949 roku urodził im się syn. Nie wiadomo, kto wpadł na pomysł, by syn nosił imię Adrian. Żadne dziecko w Szopienicach nie miało takiego imienia. Sam Adrian Juraszczyk będzie przekonany, że za pomysłem stał ojciec. Nigdy nie spotka starszego od siebie mężczyzny o takim imieniu. – Co to za imię Adrian? – zastanawiali się sąsiedzi i nauczyciele w szkole. Woleli mówić na niego Adaś.

Gdy malutki Adrian miał sześć miesięcy, jego ojciec zostawił rodzinę. Pochodził z pobliskich Mysłowic i przeniósł się w swoje strony. Anna została sama z dzieckiem i swoją mamą w dwóch pokojach z kuchnią przy ulicy Niwnej (dziś Kantorówny). Ich mieszkanie znajdowało się obok torów kolejowych, za którymi stała mydlarnia. Anna chodziła do pracy, a Adrianem zajmowała się babcia. Czasem Anna zabierała syna do huty.

W 1960 roku, gdy chłopiec miał jedenaście lat, rozpadło się całe jego życie. W styczniu umarła babcia Małgorzata, w kwietniu – jego mama, która od pewnego czasu chorowała na raka. Osamotniony Adrian przeniósł się do ojca do Mysłowic, skąd dojeżdżał do swojej szopienickiej szkoły. Po lekcjach często chodził do dawnego domu i odwiedzał starszą sąsiadkę. Po wizycie patrzył na okna swojego poprzedniego mieszkania. Zajmowali je już obcy ludzie. Przypominał sobie, jak razem z omą [babcią] wypatrywali powrotu Anny z huty.

Przez dziewięć lat Szopienice jako miasto cieszyły się niezależnością, ale w 1960 roku zapadła decyzja: Szopienice zostaną włączone do Katowic. – O pierona! A po co nam Katowice? – wściekali się mieszkańcy. Oni nie chcieli do Katowic. – Wicie, jak bydzie? U nas som zakłady, co dużo płacą za to, że działają. Ale ich pieniądze zostają tu, w Szopienicach. Mogymy se sadzić drzewa w parku, glancować skwery. A teroski pieniądze zabiorom Katowice. I guzik nam dadzą! – prognozowali starsi mieszkańcy. Czas pokazał, że mieli rację.

Co dało Szopienicom przyłączenie do dużego wojewódzkiego miasta? W pobliżu ulicy Franciszka Rybki (dzisiejsza Morawa) na polach wyrosły dziesięciopiętrowe bloki, nowe osiedle. Starymi ulicami ani starą zabudową nikt się nie przejmował. Budynki powstałe w XIX i na początku XX wieku pilnie potrzebowały napraw i remontów. Ich elewacje zatłuszczone hutniczą mazią, przesiąknięte hutniczymi dymami, z brudnymi liszajami oblepiającymi ściany niegdyś obiecywały luksus. Ale świat się zmieniał. Wychodek na półpiętrze, dawniej oznaczający postęp cywilizacyjny, stał się niewygodnym przeżytkiem. Standard szopienickich mieszkań spadał.

Ci, którzy mogli, z Szopienic wyjeżdżali. Wyjechał już Kazimierz Kutz, do Łodzi, żeby studiować reżyserię. Jego rodzina po przyłączeniu do Katowic przeprowadziła się z „zasmarkanych” Szopienic, jak sam je określi Kutz, do Tychów. Jednak to w Szopienicach, w tamtejszym kinie, odbyła się prapremiera jego filmowego debiutu Krzyż Walecznych. W uroczystości oprócz reżysera wziął udział występujący w filmie Zbigniew Cybulski. Widownia pękała w szwach, a ludzie nie mogli się nadziwić, że to wszystko skuli ich synka.

Nieremontowane mieszkania w Szopienicach szybko potaniały i przyciągały niebieskie ptaki oraz zwykłych niezamożnych lokatorów. Z czasem Szopienice stały się głównym adresem dla osób z katowickich eksmisji. Sama poznałam takie rodziny. W 2009 roku gościłam u trojga schorowanych ludzi. Do Szopienic trafili, bo nie stać ich było na czynsz w kamienicy przy Wojewódzkiej w centrum. Tej samej ulicy, przy której swoje gospodarstwo miał Kazimierz Skiba, przedostatni sołtys Katowic. Miasto dało im mieszkanie socjalne – pokój z kuchnią, zagrzybioną ubikacją, piecem węglowym, ale bez piwnicy i komórki na węgiel.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2022

Wydanie I