Oczy Adrianny - Danka Braun - ebook + audiobook + książka

Oczy Adrianny ebook i audiobook

Braun Danka

4,6

Opis

Dwie siostry, Karolina i Adrianna, są niczym ogień i woda. Obydwie już od czasów szkoły kochają się w tym samym chłopaku – Mateuszu. Adrianna ma tę przewagę, że jest miła, układna i świetnie się uczy, dzięki czemu zdobywa serce wybranka. Tuż przed ślubem dochodzi jednak do tragedii – na skutek wypadku samochodowego dziewczyna traci wzrok, a co za tym idzie – wymarzony zawód stomatologa. Traci też ukochanego, który pod presją matki zrywa narzeczeństwo.

Adrianna, przeżywając załamanie nerwowe, zamierza popełnić samobójstwo, na szczęście przeszkadza jej w tym Karolina. Mija sześć lat. Ada próbuje na nowo zbudować życie. Uczy się samodzielnie funkcjonować, podejmuje pracę masażystki, studiuje psychologię i poznaje nowych przyjaciół. Jednym z nich jest Patryk. Pewnego dnia na jej drodze ponownie pojawia się Mateusz…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 515

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 22 min

Lektor: Magdalena Emilianowicz

Oceny
4,6 (131 ocen)
88
36
4
3
0
Sortuj według:
angela3022

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka, polecam 👍
00
mango20

Nie oderwiesz się od lektury

świetna:):)
00
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca lektura. Polecam.
00
MalgorzataGlowacz

Nie oderwiesz się od lektury

uwielbiam książki tej autorki
00

Popularność




Copyright © 2021 by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o. 
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja:Sylwia Drożdżyk-Reszka
Korekta:Agnieszka Brach, Justyna Jakubczyk
Projekt graficzny okładki: Marta Grabowska
Zdjęcie na okładce: Copyright © CoffeeAndMilk (stock.adobe.com)
Skład: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-66473-41-6
Słupsk/Warszawa 2021
Wydawnictwo [email protected]turainspiruje.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla moich Synowych, Magdy i Anetki –

bardzo się cieszę, że oprócz dwóch synówmam jeszcze dwie córki.

PROLOG

Drzwi otworzył kilkuletni ciemnowłosy chłopiec. Olga Kostecka i towarzyszący jej mężczyzna weszli do środka.

– Tata kazał mi otworzyć, bo teraz jest zajęty, bo musi zmienić pieluchę Miruni, bo zrobiła kupę – powiedział malec. – A Nela mu pomaga.

Olga uśmiechnęła się do niego.

– A gdzie jest twoja mama, Adasiu?

– Poszła do sklepu, żeby tata znowu nie nakupował jakichś pierdół.

– To pierdoły się kupuje?

– Starsza babcia mówi, że tata kupuje pierdoły zamiast potrzebne rzeczy – odparł chłopczyk. – Mam was zaprowadzić do gabinetu taty.

Olga wraz z towarzyszącym jej mężczyzną ruszyli za chłopcem.

– Czy trafiliśmy pod dobry adres? – zapytał szeptem Olgę mężczyzna. – Detektyw zmieniający pieluchy?

– Ręczę za profesjonalizm Mirka – odparła równie cicho.

Usiedli w fotelach, a chłopczyk za biurkiem. W tym momencie do pokoju wszedł przystojny wysoki trzydziestokilkulatek z ciemnymi bujnymi włosami i równie bujną brodą.

– Witam, ciociu. – Pocałował kobietę w policzek, a do mężczyzny wyciągnął rękę na powitanie. – Mirek Filer.

Nie był spokrewniony z kobietą, koleżanką jego matki, ale zwyczaj z czasów dzieciństwa tytułowania jej w ten sposób pozostał do dziś.

– Przepraszam, że musieliście czekać, ale moja młodsza córka nie ma wyczucia i zawsze sprawia mi niemiłą niespodziankę, gdy żony nie ma w domu. A ty zmykaj, smyku – zwrócił się do syna. – Ile razy ci mówiłem, że nie wolno ci siadać za biurkiem?

– Tatusiu, powiedziałeś, że mam cię zastępować.

– Dobrze, już dobrze – Mirek Filer machnął ręką. – Idź pomagać Neli, bez ciebie nie da sobie rady.

Chłopczyk westchnął i z ociąganiem ruszył ku drzwiom.

– Trudno. Mus to mus – powiedział i odwrócił się do ojca. – Ale kupy już nie ma w pampersie? Bo nie będę sprzątał po tej smarkuli.

– Nie ma. Pamiętaj, że po tobie też ktoś sprzątał. A tak w ogóle, to kiedy po niej sprzątałeś? – odparł Filer.

– Dwa razy zanosiłem do kosza jej pieluchę z sikami. Ale pieluchy z kupą nigdy nie wezmę do rąk.

– Idź wreszcie – mruknął Mirek, po czym zwrócił się do gości: – Słucham, ciociu, co was do mnie sprowadza?

– Mirku, wiem, że zawiesiłeś już agencję detektywistyczną i prowadzisz teraz dom starców, ale potrzebujemy dobrego detektywa.

– Muszę znaleźć człowieka, który usiłował zabić mojego syna – włączył się do rozmowy mężczyzna.

– Hmm, czyż od tego nie jest policja?

– Policja?! – parsknął gniewnie gość. – Oni mają nas w dupie. Oślepiono mojego syna, podając mu alkohol metylowy, ale dla policji to znikoma szkodliwość społeczna. – Mężczyzna zacisnął zęby. – To moje jedyne dziecko – powiedział z trudem. – Nawet pan się nie domyśla, jak straszne dla ojca jest patrzeć na cierpienie własnego dziecka. Czy pan zdaje sobie sprawę, co oznacza dla młodego mężczyzny zostać ślepcem?! On nie skończył nawet trzydziestu lat. Miał przed sobą całe życie! A jakiś drań mu to odebrał.

Filer odchrząknął w pięść.

– W takim razie proszę mi opowiedzieć wszystko od początku. W jaki sposób doszło do tego, że pański syn stał się niewidomy?

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Karolina

Nie wiem, kiedy zaczęłam nienawidzić mojej siostry. Może już od dnia jej narodzin?

Przez trzy lata byłam jedynaczką i bardzo mi to pasowało. Nie pamiętam wiele z wczesnego dzieciństwa, jedynie to, że nie pozwalano mi się bawić jej zabawkami. Jej grzechotkami, pozytywką i smoczkiem. Byłam tym oburzona. Jak to nie wolno?! Dotąd miałam monopol na wszystkie zabawki, jakie pojawiały się w naszym domu, nawet te, które należały do innych dzieci. Ciotki wolały oddać mi samochodzik lub lalkę należące do ich pociech i kupić im nowe, niż słuchać moich zaborczych wrzasków. Na protesty swoich dzieciaków odpowiadały zawsze tak samo: „Kochanie, ustąp Karolince, ona jest młodsza od ciebie”. Niebawem ciocie szybko zmądrzały i gdy zamierzały nas odwiedzić, nie pozwalały swoim dzieciom przynosić ze sobą żadnych zabawek.

Aż tu nagle w naszym domu pojawił się ktoś młodszy ode mnie. Teraz ja słyszałam: „Karolinko, ustąp siostrzyczce, ona jest taka mała”. Była nie tylko mała, lecz także chorowita. Pierwszy antybiotyk zaaplikowano jej w czternastej dobie życia. Rodzice obchodzili się z nią jak z jajkiem. Z jajem Fabergé! Czymś najcenniejszym na świecie. Trzęśli się nad nią, podziwiali ją i chwalili. Jaka to ładna, miła i mądra. Mnie natomiast traktowano jak niezbyt udany zakup, nabyty po przecenie.

Może nie byłam tak mądra ani tak miła jak siostra, ale na pewno nie byłam od niej brzydsza. Na dyskotekach i zabawach to ja pierwsza rzucałam się chłopakom w oczy. To za mną oglądali się na ulicy, nie za nią. Dlatego nie rozumiałam, dlaczego to ona bardziej ode mnie się wszystkim podobała. Wystarczyło, że powiedziała kilka słów, że się kretyńsko uśmiechnęła, i od razu na nią przenoszono uwagę. Tak było na wszelkich imprezach, na które brałam ją – na prośbę rodziców – ze sobą. Kiedy ma się osiemnaście lat, młodsza o trzy lata siostra jest jak balast, smarkula, którą trzeba się opiekować. Dlatego bardzo mnie dziwiło i złościło, że chłopcy uważają inaczej. Chociaż specjalnie podkreślałam jej wiek, wcale im to nie przeszkadzało i prosili ją do tańca. Zorientowawszy się, że ta gówniara staje się dla mnie konkurencją, przestałam zabierać ją ze sobą.

Niestety pewnego dnia o tym zapomniałam i... zniszczyło mi to życie. Wtedy, w klasie maturalnej, tak właśnie uważałam.

Moją pierwszą i największa miłością był Mateusz Szulc. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, gdy wpadłam na niego przy wejściu do szkoły. Był pierwszy września i po raz pierwszy jako licealistka przekroczyłam próg Liceum Ogólnokształcącego nr VIII, popularnie zwanego „ósemką”. Na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego przybyłam sama, bo tata pracował w Anglii, a mama sterczała w przychodni z Adą, czekając na lekarza. Nie przeszkadzało mi, że nikt mi nie towarzyszył; miałam przecież skończone szesnaście lat, a z natury byłam rezolutną i zaradną dziewczyną – w przeciwieństwie do mojej mniej zaradnej siostrzyczki. Wtedy jednak czułam się trochę onieśmielona nową szkołą. Nikogo tu nie znałam i dodatkowo spóźniłam się piętnaście minut, bo autobus nie dojechał na czas.

– Niedobrze. Spóźniliśmy się na apel – powiedziałam zaniepokojona do wysokiego chłopaka.

– I co z tego? Przecież nie wytargają nas za uszy. Chłosta w polskich szkołach również jest zabroniona – zauważył. Spojrzał na mnie. – Ty też pierwszoklasistka?

– Tak.

– Która klasa?

– Pierwsza D.

– To tak jak ja.

– To co robimy? Idziemy na apel czy na pierwsze wagary? – zapytałam.

Spojrzał na mnie i się uśmiechnął.

– Wolę wagary – odpowiedział.

Poszliśmy na rynek. Była to moja najpiękniejsza inauguracja roku szkolnego. I najprzystojniejszy chłopak, jakiego poznałam. Wysoki, niebieskooki, z jasną czupryną i twarzą opaloną na złocisty brąz. Przypominał mi młodego Roberta Redforda. Dowcipny, inteligentny, uroczy – idealny obiekt do zakochania. No i się zakochałam. Po raz pierwszy i chyba ostatni. Nigdy później żaden mężczyzna nie zapadł mi w pamięć i serce jak tamtego dnia Mateusz Szulc.

Niestety następny dzień rozwiał moje romantyczne marzenia. Wymarzony chłopak przestał mnie zauważać, bo jego kumple i kumpelki, których znał jeszcze z gimnazjum, wciągnęli go w swoje grono, a ja stałam się dla Mateusza tylko jedną z wielu dziewczyn z klasy. Wkrótce się okazało, że wśród koleżanek jest taka, która zajmowała nie tylko sąsiednie miejsce w ławce, lecz także jego serce. Z mojej piątej ławki przy drzwiach obserwowałam, jak w trzeciej ławce pod oknem kwitła ich miłość, podobnie jak szóstki w klasowym dzienniku, bo oboje należeli do szkolnych prymusów. Oboje również mieli takie same plany na przyszłość – stomatologię. Rodzice Mateusza już w kołysce wybrali synowi zawód. Doktor Włodzimierz Szulc był najlepszym w Krakowie ekspertem od wyrywania zębów, a jego żona Flora Szulc – najdroższą ortodontką. On wyrywał niepotrzebne trzonowce, żeby jego małżonka mogła pacjentom prostować pozostałe zdrowe. Szulcowie mieli prosperującą przychodnię stomatologiczną, która potrzebowała nowych dentystów. Dlatego los zawodowy Mateusza był przesądzony – tak jak przyszłość jego dziewczyny.

Przez dwa lata podziwiałam pięknego Mateusza i z wyjącym z bólu oraz zazdrości sercem złorzeczyłam paskudnej Malwinie. Nocami modliłam się o cud, żeby ze sobą zerwali. Moje modlitwy musiały mieć sprawczą moc, bo na początku trzeciej klasy drogi Mateusza i Malwiny nieoczekiwanie się rozeszły. Nadzieja zapukała w moje serce obolałe z miłości. Może wreszcie Mateusz ponownie mnie zauważy?

Zawsze zaliczano mnie do grona najładniejszych dziewczyn – nie tylko w klasie, lecz także w szkole. Nie byłam anonimowa, wszyscy w ósemce wiedzieli, która to Karolina Wysocka. Wyróżniałam się nie dobrymi ocenami, ale niezłą aparycją i tupetem. Nie bałam się nauczycieli, śmiało walczyłam o swoje prawa. Farbowałam włosy, malowałam oczy i paznokcie, a moje spódniczki i bluzki zawsze były przykrótkie. Podobałam się chłopakom, ale z żadnym z nich nie umawiałam się na randki, bo moje myśli były zajęte Mateuszem. Później często zastanawiałam się nad przyczyną tej obsesji na jego punkcie. Czy rzeczywiście była to miłość? A może ją sobie tylko wmówiłam? Może urzekła mnie w nim jego nieosiągalność? To, że mnie ignorował?

Mateusz po zerwaniu z Malwiną zaczął spotykać się z innymi dziewczynami, ale ja nadal byłam dla niego niewidzialna. Tak było aż do osiemnastki kolegi z klasy, Darka. Zorganizował swoje urodziny na miasteczku studenckim, w klubie Zaścianek. Przyszła cała nasza klasa, byli też inni znajomi jubilata. Pojawił się również Mateusz – sam. Chyba moja czarna sukienka o mikroskopijnych rozmiarach zrobiła na nim wrażenie, bo poprosił mnie do tańca. A potem znowu i znowu. Później usiadł obok mnie i zabawiał rozmową. Nadal byliśmy uczniami, ale barmanowi to nie przeszkadzało, żeby serwować nam wódkę. Pili wszyscy oprócz Mateusza, który przyjechał astrą kupioną mu przez ojca na osiemnastkę. Urodził się w styczniu, dlatego urodziny obchodził już w drugiej klasie. Niestety nie miałam przyjemności być na nie zaproszona, bo wtedy w jego życiu była jeszcze Malwina. Teraz do Zaścianka przyszła z jakimś nieznajomym chłopakiem. Przypuszczam, że właśnie ten jej towarzysz spowodował, że Mateusz nagle się mną zainteresował – prawdopodobnie chciał pokazać Malwinie, że stać go na najładniejszą dziewczynę w klubie, za jaką okrzyknięto mnie tego wieczoru.

Oczywiście Mateusz nie domyślał się, że od dwóch lat byłam w nim zakochana, a ja nie byłam aż taką idiotką, żeby mu to uświadamiać. Zawsze udawałam dziewczynę na luzie, która zmienia chłopaków jak rękawiczki, sypie mocnymi kawałami i lubi alkohol. Tymczasem była to jedynie maska. Przez myśl mu nawet nie przeleciało, że jego pocałunki były pierwszymi, jakie zaliczyłam w swoim życiu. Moje zachowanie w samochodzie, gdy odwoził mnie do domu, tylko potwierdziło jego domysły. Byłam wyluzowana, nieskromna i bardzo napalona. W dodatku alkohol spotęgował moje romantyczne wizje – przecież przez dwa lata nie marzyłam o niczym innym niż o takim dniu. Jedynym powodem tego, że wtedy nie oddałam się Mateuszowi w jego aucie, były światła samochodu ojca, który właśnie nadjechał. Cóż, na widok ojca musiałam się pożegnać i grzecznie wrócić do domu.

Dwa dni później, gdy się ponownie spotkaliśmy w szkole, z rozczarowaniem zauważyłam, że Mateusz traktuje mnie tak, jakby w sobotę nic między nami się nie wydarzyło.

– Cześć – powiedział i ponownie utkwił wzrok w książce do biologii.

– Uczysz się?

– Przecież za chwilę piszemy sprawdzian.

– O holender! Całkiem zapomniałam! – zawołałam z przejęciem, chociaż wcale mnie to nie obchodziło. Zmartwiła mnie bardziej jego obojętność. A jeszcze mocniej zdenerwowały jego pilność i zafascynowanie przewodem pokarmowym żaby.

Mateusz zawsze był prymusem, mimo to nie odstawał od innych chłopaków. Wszyscy go lubili i nie traktowali go jak kujona. Moja średnia niestety oscylowała wokół „dopów”. Nie byłam ani zbyt zdolna, ani zbyt ambitna – w przeciwieństwie do mojej siostrzyczki Ady. Naukę zawsze traktowałam jak zło konieczne. Wiedziałam, że muszę zdać maturę i zaliczyć jakieś studia, bo inaczej rodzice nie daliby mi żyć. Teraz postanowiłam wykorzystać swoje nieuctwo i poprosić Mateusza o korepetycje z matmy. W biochemie znalazłam się tylko dlatego, że rodzice zawsze marzyli o lekarce w swojej rodzinie. Moje dwóje i jedynki szybko jednak zdarły im z oczu zasłonę. Chociaż byłam słaba z chemii, fizyki i matematyki, nie przeniosłam się do klasy o innym profilu ze względu na Mateusza.

Łaskawie zgodził się pomóc mi w rozwiązywaniu zadań. Umówiliśmy się w moim domu w najbliższy sobotni wieczór. Rodzice z Adą zamierzali iść do kina, a ja miałam się uczyć do klasówki.

Dochodziła dwudziesta, dziesięć przerobionych zadań było już za nami, gdy zaproponowałam w nauce małą przerwę. Wyciągnęłam z szafki dwa kieliszki i wino kupione na tę okazję.

– Nie mogę pić, bo jestem samochodem – zastrzegł.

– Ale ja się napiję. – Wzruszyłam ramionami.

Kupiłam czerwoną kadarkę, żeby się nieco rozluźnić, ponieważ zaplanowałam kontynuację tego, w czym przeszkodził nam ojciec.

– A ja poproszę wodę mineralną. I jeszcze jedną kawę – mruknął Mateusz.

Przyniosłam tacę załadowaną talerzykami i szklankami. Postawiłam na niskim stoliku paterę ze świeżo upieczoną przez mamę szarlotką i usiadłam na kanapie obok Mateusza. Po pierwszym kieliszku wina przybliżyłam się do niego, żeby nasze uda się zetknęły. Po drugim chwyciłam go za rękę, a po trzecim zaczęłam całować. Nie zaprotestował, a po chwili nawet przejął dowodzenie. Wiedziałam, że za moment nastąpi to, do czego od kilku lat przygotowywała mnie matka natura. Miałam stać się kobietą i miał tego dokonać ktoś, kogo w marzeniach od dawna obsadziłam w tej roli.

Niestety okazało się, że dalej muszę być dziewicą. Kiedy Mateusz rozpinał spodnie, do naszych uszu doleciał trzask drzwi wejściowych, anonsujący wejście intruza. Błyskawicznie odsunęliśmy się od siebie. On zapiął rozporek i przygładził włosy, a ja szybko schowałam kieliszki i butelkę.

Po chwili do pokoju wpadła moja siostra.

– Do jasnej cholery, dlaczego nie pukasz do drzwi? – warknęłam.

– Przepraszam, nie wiedziałam, że nie jesteś sama – powiedziała ze skruchą. – Dzień dobry. – Uśmiechnęła się do Mateusza. – Już znikam. Jeszcze raz przepraszam.

– Nie musisz przepraszać – odparł Mateusz. – Właśnie skończyliśmy rozwiązywać zadania z matematyki. – Poderwał się z kanapy i wyciągnął rękę. – Jestem Mateusz, kolega Karoliny z klasy.

– Adrianna, siostra Karoliny.

– Usiądź z nami – zaproponował.

No, czegoś takiego się nie spodziewałam.

– Nie chcę przeszkadzać – zastrzegła obłudnie moja siostrunia.

– Ależ nie przeszkadzasz! – zaprzeczył gwałtownie Mateusz.

– Dlaczego nie jesteś w kinie? – zapytałam, nie starając się ukryć wściekłości.

– Nie było biletów, a potem zadzwonili znajomi rodziców i zaprosili ich do siebie. Tato odwiózł mnie do domu, bo nie chcieli, żebym im przeszkadzała.

A tak to przeszkadzasz mnie – mruknęłam w duchu.

– Chyba nie chodzisz do naszego liceum, bo na pewno bym cię zauważył – powiedział Mateusz, uśmiechając się do Ady.

– Ada jest jeszcze gimnazjalistką – odparłam za nią, akcentując ostatnie słowo.

– Ach tak – powiedział Mateusz, chyba trochę zawiedziony. – Wyglądasz na starszą. W której jesteś klasie?

– W ostatniej. W przyszłym roku idę do liceum. Też do ósemki.

– Jaki profil wybierzesz?

– Tak jak wy, biochem. Zamierzam iść na medycynę.

– Ja wybieram się na stomatologię – powiedział z uśmiechem Mateusz.

– A ja idę na lekarski.

– Nigdzie jeszcze nie idziesz – warknęłam. – Najpierw musisz dostać się do liceum i zdać maturę, gówniaro. – Znowu podkreśliłam wyraźnie ostatnie słowo.

Wtedy, w tamtą sobotę, byłam jedynie wściekła na moją siostrę. Zaczęłam ją nienawidzić dwa tygodnie później, gdy ujrzałam, jak wysiada z samochodu Mateusza.

– Cześć, Karola. Mateusz był tak miły i odwiózł mnie do domu – powiedziała z niewinnym uśmiechem.

– Taak? Gdzie się spotkaliście?

– Akurat przejeżdżałem koło jej szkoły – dopowiedział szybko mój kolega.

– Mateusz, może wstąpisz na chwilę? – Chciałam wierzyć, że był to tylko przypadek.

– Nie, nie mam czasu, muszę się uczyć do jutrzejszej klasówki z fizy.

– Może więc pouczymy się razem?

– Przepraszam cię, Karolina, ale obiecałem mamie, że pomogę jej w zakupach. Czeka już na mnie. – Uśmiechnął się, patrząc na Adę. – Cześć, dziewczyny!

Nie wiedziałam, czy po tamtym dniu Ada i Mateusz spotykali się ze sobą, ale zauważyłam jej coraz późniejsze powroty ze szkoły, które tłumaczyła zajęciami pozalekcyjnymi.

Bomba wybuchła, gdy pewnego dnia Ada oświadczyła mamie, nie patrząc mi w oczy, że została zaproszona na studniówkę. A zapraszającym był MATEUSZ!

– Gdzie ma się odbyć ta studniówka? – zapytała mama. Wtedy jeszcze bale maturalne organizowano w szkołach, nie tak jak teraz w restauracjach. – Co to za chłopak ten Mateusz? Gdzie go poznałaś?

– To kolega z klasy Karoliny. Był raz u nas, gdy pomagał Karolinie przy zadaniach z matematyki.

Mama spojrzała na mnie, czekając na wyjaśnienia.

– Kiedy to było?

– Wtedy, gdy nie udało nam się kupić biletów na film, a wy poszliście do znajomych – odpowiedziała za mnie Ada.

– Karola, co to za chłopak? Jak się nazywa?

– Mateusz Szulc – odezwała się znowu za mnie Ada.

– Ach, to ten najlepszy uczeń z waszej klasy! – Mama momentalnie się uspokoiła. Już nie interesowały jej moje informacje na temat faceta, z którym Ada miała tańczyć studniówkowego poloneza. – Nauczyciele bardzo go chwalą. Leczyłam kanałowo czwórkę u jego ojca. Jest drogi, ale dobry. – Mama była cała w skowronkach. – A ty, Karola, zdecydowałaś się wreszcie, z kim pójdziesz na studniówkę?

Jeszcze tego nie wiedziałam, wciąż licząc, że zaprosi mnie Mateusz.

– Mamo, nie wiem, czy to właściwe, żeby gimnazjalistka brała udział w imprezie dla maturzystów – zauważyłam, z trudem hamując gniew, który niczym tsunami zalał mnie od środka.

Mama na chwilę się zawahała, a ja ucieszyłam. Ale tylko przez chwilę.

– Gdyby to był inny chłopak, to może bym miała jakieś opory, ale skoro to Mateusz...

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. To okropne patrzeć, jak twoje marzenia spełniają się innym.

Znienawidziłam moją siostrę. Nienawidziłam jej każdą komórką swojego ciała, ale najgorsze było to, że nie mogłam podzielić się ze światem swoją nienawiścią. Wszystkie złe emocje wrzały we mnie, męczyły w nocy i prześladowały w dzień. Na zewnątrz starałam się przybrać maskę obojętności; za żadne skarby nie przyznałabym się, że przeżywam miłosny dramat. Udawałam kochającą siostrę, opiekuńczą i troskliwą, tymczasem w środku trawiła mnie nienawiść. Nie mogłam ścierpieć Ady, jej miny dobrotliwego aniołka i anielskiego głosiku. I nie mogłam zrozumieć, co takiego widzi Mateusz w tej nieopierzonej smarkuli.

Dotąd traktowałam Adę jak dziecko, którym trzeba się opiekować, bo tego życzą sobie rodzice. Nigdy nie było między nami siostrzanej zażyłości, żadnych zwierzeń, wspólnych planów ani babskich pogaduszek. W moich oczach była gówniarą, przez którą ograniczano mi wolność i okradano mnie z wielu życiowych przyjemności. Musiałam odbierać ją ze szkoły i podawać leki, kiedy była chora. Musiałam się z nią bawić lalkami lub grać w chińczyka i warcaby. Chociaż nigdy otwarcie się nie zbuntowałam, to w duchu przeklinałam rodzicielski zamysł ich ponownej prokreacji. Od wczesnego dzieciństwa zadawałam sobie retoryczne pytanie: po co starzy zafundowali sobie drugiego dzieciaka, jeśli mieli mnie?! Tak wspaniale być jedynaczką! Jedynym obiektem uwagi i troski rodziców. Bardzo mi tego brakowało. Prawdopodobnie przez to, że zawsze byłam zaradna, samodzielna i zdrowa jak rydz, rodzice traktowali mnie jak dużo starszą, niż byłam. Trzy lata różnicy to niekiedy TYLKO, a czasami AŻ trzy lata.

Po dłuższym namyśle i kilku nieprzespanych nocach postanowiłam nie iść na studniówkę. Ogłosiłam to rodzicom przy niedzielnym obiedzie.

– Dlaczego?! – zapytali chórem z Adą.

– Bo nie.

– Córuś, studniówkę ma się tylko raz w życiu – powiedział ojciec. – Kiedyś będziesz tego żałować.

– Czego mam niby żałować? Że nazajutrz nie będę miała kaca?

– Przecież na studniówce nie podają alkoholu. – Ada zrobiła zdziwioną minę. Ojciec i mama tylko odchrząknęli, bo pamiętali własną imprezę.

– Nie podają na stół, ale w szatniach można się upić już od samego alkoholowego odoru. Jesteś za smarkata na takie imprezy. Do wszystkiego trzeba dorosnąć, do studniówki też – powiedziałam. – Naiwne gimnazjalistki powinny siedzieć w domu i uczyć się do testów egzaminacyjnych. Hmm, tak samo jak licealiści w maturalnej klasie.

– Nie opowiadaj, że będziesz się uczyć do matury, gdy cała wasza klasy będzie się bawić! – sarknął tata. – Dlaczego nie uczysz się w pozostałe dni, na przykład teraz, tylko zamierzasz robić to w karnawałową sobotę? Wczoraj i dziś nawet nie zajrzałaś do książek.

Wiadomość, że nie pójdę na studniówkę, najbardziej zasmuciła Adę. No bo jak to będzie wyglądać, że maturzystka siedzi w domu, a siostra gimnazjalistka bawi się na studniówce?! Jej rozczarowana mina jeszcze bardziej mnie upewniła w tym, że podjęta przeze mnie decyzja była słuszna.

– Karola, nie wypada, żeby Ada poszła na twoją studniówkę, gdy ciebie tam nie będzie.

Właśnie o to mi chodzi, kochana mamusiu – mruknęłam w duchu.

– Powiedz nam prawdę, dlaczego nie chcesz iść? Tylko nie wciskaj kitu – zastrzegł ojciec, mrużąc podejrzliwie oczy. – Czy chodzi o chłopaka? – Nie był głupi. – Czy może jest nim...

– Dobrze, pójdę! – przerwałam mu w pół zdania. – Cholera jasna, do wszystkiego mnie zmuszacie! Wbrew sobie muszę iść na tę głupią studniówkę, żeby niańczyć waszą ukochaną córeczkę! Mnie zawsze mieliście w dupie. Dla was liczy się jedynie Ada – zaprotestowałam po raz pierwszy w życiu.

Rodzice rozdziawili usta. Patrzyli na mnie, jakbym na ich oczach bez ostrzeżenia przeobraziła się w wiedźmę. Pokój wypełniła cisza. Słychać było jedynie pochlipywanie Ady. Wręcz słyszałam, jak jej łzy kapią do zupy pomidorowej.

Pierwsza odezwała się mama.

– Karolinko, jak ty się wyrażasz? – Ot, cała mama! Zauważyła tylko niewinne przekleństwa. Na słowo „kurwa” chyba by zemdlała.

Wstałam gwałtownie od stołu i pobiegłam do swojego pokoju. Po chwili wszedł tam również ojciec, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Usiadł na krześle stojącym przy biurku.

– Córuś, mylisz się, myśląc, że ciebie nie kochamy. Kochamy was jednakowo. Rzeczywiście może trochę więcej uwagi poświęcamy twojej siostrze, ale to dlatego, że jest młodsza i bardziej chorowita. Bardziej delikatna. Ty na pewno dasz sobie radę w życiu. Jesteś zaradna i przebojowa. Ona natomiast...

Ona natomiast odbiła mi chłopaka! Ta młodsza, chorowita i delikatna osóbka... Nie powiedziałam tego na głos, ale ojciec chyba się domyślił.

– Zależy ci na tym Mateuszu? – zapytał.

– Coo?! Zwariowałeś, tato?! – Musiałam odegrać dobrze tę rolę, bo nigdy nie dopuściłabym do tego, żeby ktoś domyślił się prawdy. – Ten kujon miałby mi się podobać?! Przecież on nie wystawia nosa spoza książek.

Informacje o piątkach i szóstkach Mateusza na pewno dotarły do uszu ojca z pełnych zachwytu ust mamy.

– Nienawidzę kujonów. – To częściowo było prawdą. – On i Ada pasują do siebie. Nie chciałam iść na tę głupią studniówkę, bo nie miałam ochoty brać udziału w tej całej żenadzie. Długie suknie, polonez, a pod sufitem sali gimnastycznej siatka maskująca. Ale pójdę, niech Ada się dobrze bawi. – Ozdobiłam usta niewinnym uśmiechem.

Chyba uśpiłam czujność ojca, bo już nigdy więcej nie podejrzewał mnie o miłość do Mateusza.

Poszłam na studniówkę. Na partnera wybrałam kolegę mojego kuzyna, który już wcześniej smalił do mnie cholewki. Był głupi jak one, ale bardzo przystojny. Nakazałam mu nie odzywać się przy stole.

Nie powiem, bardzo wyróżniałam się na tle innych uczennic, ponieważ byłam jedyną dziewczyną ubraną w miniówę – pozostałe przedstawicielki płci nadobnej, w tym nauczycielki, były obleczone od stóp do głów w dostojną czerń.

Moja siostra również zamiatała podłogę swoją wieczorową szatą. Sukienkę wybierały razem z mamą i efekt był taki, że Ada wyglądała jak stara malutka. Suknia bez rękawów, bez dekoltu (to znaczy z dekoltem w łódkę), z rękawiczkami za łokieć prezentowała się bardzo nobliwie. Jedynie wysokie rozcięcie z boku zalatywało co nieco kokieterią, ale prawdopodobnie chodziło raczej o wygodę w poruszaniu niż wabienie mężczyzn. Żeby dodać sobie szyku (i lat), włosy upięła we francuski kok. Po raz pierwszy w życiu założyła szpilki, zrobiła makijaż i manicure. Wszystkie te zabiegi spowodowały, że niespełna szesnastolatka przeobraziła się w pełną trzydziestkę. Natomiast ja wyglądałam jak stuprocentowa dziewiętnastolatka – długie włosy ufarbowane na blond, mała czarna z dekoltem do pasa i niebotyczne obcasy. W każdym razie osiągnęłam zamierzony efekt, czyli przyciągałam samcze oczy (nawet nauczycielskie) jak czarna dziura materię.

Mateusz przyjechał po Adę taksówką. Ku mojej rozpaczy mój partner, chcąc zaoszczędzić parę groszy, zapytał Mateusza, czy zabierze nas ze sobą. Studniówka jeszcze się nie zaczęła, a już żałowałam, że wezmę w niej udział.

Przy stole posadzono nas obok siebie. Byłam zmuszona patrzeć na maślane oczy mojej miłości utkwione w maślanych oczach mojej siostry. Patrzeć, jak szepczą sobie coś do ucha, jak się obejmują i przytulają. Siedem godzin prawdziwej gehenny. Francuski kok Ady prawdopodobnie nie wzbudził zachwytu Mateusza, bo wkrótce kasztanowe włosy siostry rozsypały się na jej plecy. Teraz oczy Mateusza zrobiły się jeszcze bardziej maślane.

Od studniówki Mateusz stał się częstym gościem w naszym domu i oficjalnym chłopakiem Adrianny.

Czas płynął. Zdaliśmy maturę. Mateusz został studentem stomatologii, a Ada poszła do liceum. Lata mijały, ale ich miłość niestety nie przemijała. Tak jak moja do Mateusza. Spotykałam się z różnymi chłopakami, ale żaden z nich nie potrafił rozgrzać mi serca. Wciąż kochałam chłopaka mojej siostry. Nie dostawszy się ani na medycynę, ani na farmację, wylądowałam na Uniwersytecie Ekonomicznym na marketingu i zarządzaniu – kierunku, który dawał wykształcenie, a nie zawód. Byłam rozgoryczona niepowodzeniami w sferze edukacyjnej i uczuciowej. Nie zdobyłam zawodu, który bym lubiła, ani mężczyzny, którego bym pokochała. Wielka życiowa plajta. Porażka na całej linii.

Tymczasem moja siostra odnosiła same sukcesy. Była jedną z najlepszych studentek na swojej uczelni i narzeczoną fantastycznego faceta – przystojnego, inteligentnego i bogatego. Rodzice Mateusza zaakceptowali ją już po pierwszym spotkaniu. Szybko też przekonali Adę, że lepiej leczyć zęby niż gardło, płuca czy żołądek, bo zęby psują się szybciej niż inne części ciała. Dlatego Ada wybrała stomatologię, a nie medycynę. W epoce kapitalizmu piękny uśmiech to podstawa sukcesu, a NFZ ma w tej kwestii trochę inne zdanie i nie zapewnia szczęce polskiego obywatela należytej opieki. Żeby mieć ładne zęby, obywatel sam musi o to zadbać i zapłacić z własnej kieszeni. Dodatkowym argumentem jest to, że stomatolog nie potrzebuje tracić czasu na specjalizacje czy doktoraty i zaraz po studiach może zacząć zarabiać niezłe pieniądze. Tym bardziej, gdy dodatkowo wżenia się w rodzinę stomatologów.

Nasi rodzice też nie byli biedni. Tato pracował przez piętnaście lat w Anglii, a mama przez dwadzieścia prowadziła zakład fryzjerski. Wybudowali piękny dom, wykształcili córki i zapewnili im na przyszłość spore wiano. Do rodziny Szulców było im jednak daleko. Państwo Szulcowie wspaniałomyślnie przymknęli oczy na brak wykształcenia swoich przyszłych świekrów i na ich dużo skromniejsze apanaże. Najwyższym atutem wymazującym wszystkie niedoskonałości rodziny Wysockich była Adrianna – istota w pełni doskonała. Oczarowała Szulców milutkim świergotaniem, anielską buzią i ambitnymi planami zawodowymi. A gdy została studentką stomatologii, jeszcze bardziej się nad nią rozpływali. Chyba tylko nielicznym dziewczynom byłoby dane zaspokoić wysokie wymagania pani Flory. Bo to właśnie matka Mateusza była w ich domu osobą decyzyjną. To ona i jej rodzina wniosły pieniądze do małżeńskiego stadła na zakup domu, kliniki stomatologicznej i kilku samochodów. Ojciec Mateusza nie wywodził się z bogatej rodziny, nie miał zatem w tym związku zbyt dużo do gadania; musiał zgadzać się na wszystko, co zarządziła żona. Jeśli Flora wymyśliła, że pojadą na wczasy do Egiptu, to tam pojechali. Jeżeli postanowiła, że spędzą je w jakiejś polskiej pipidówce, to je tam spędzili. Kiedy zaakceptowała wybór swojego syna co do narzeczonej, mąż również to zaakceptował. Sam fakt, że przyjął nazwisko żony – bo jego, Smoluch, nie wzbudziło entuzjazmu u Szulców – świadczył o jego niskiej pozycji w rodzinie.

Państwo Szulcowie postanowili zaznajomić się z naszymi rodzicami, gdy Ada zaliczyła pierwszy rok stomatologii. Pierwsze dwa semestry są decydujące, czy student dalej będzie studentem. Kiedy Ada zdała wszystkie egzaminy na piątkę, i to przed terminem, rodzice Mateusza stwierdzili, że będą z niej ludzie... dokładniej mówiąc – dentyści. Zrobili u siebie w ogrodzie wystawne przyjęcie i zaprosili całą naszą czwórkę: rodziców, mnie i oczywiście Adę. Chcieli nam zaimponować przepychem domu, wystawnością dań i manierami rodem z królewskiego dworu. Chyba byli nieco rozczarowani naszą swobodą i bezpośredniością. Tato nie krył, że skończył zaledwie technikum mechaniczne, i to wieczorowo, a mama szkołę fryzjerską. Mimo to nie przynieśli Adze wstydu. Natomiast ja – tak. Założyłam tenisówki, dżinsy z dziurami i kusy top odsłaniający pępek ozdobiony kolczykiem z cyrkonią. Na blond włosach zrobiłam czarne pasemka. Czarne paznokcie i wyzywający makijaż pasowały do wyzywającej reszty. Lubię szokować. Niestety tato kazał mi zmyć czarną szminkę, dlatego efekt był połowiczny. W oczach pani Flory wzbudziłam jednak niemałe zgorszenie. Na pewno poczuła wielką ulgę, że jej syn za narzeczoną wziął sobie młodszą z sióstr Wysockich. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że nawet gdyby Mateusz wybrał mnie, a nie Adę, to i tak jego matka nigdy by mu nie pozwoliła ze mną się zadawać.

Po pierwszym spotkaniu były kolejne – raz u nich, raz u nas. Mnie do Szulców już nie zapraszano, ale z ich wizyt w naszym domu wyrobiłam sobie o nich zdanie. Matka Mateusza, której nie znosiłam, zawsze wywoływała u mnie postawę prowokacyjną, natomiast jej mąż wzbudzał tylko niesmak i politowanie.

Niestety negatywne wrażenie, jakie oni u mnie wywoływali, nijak nie wpływało na moje zauroczenie ich synem. Wciąż go kochałam. Nie udało mi się oszukać serca, ale oszukałam wszystkich wokół. Zarówno moi rodzice, jak i Ada uważali, że nie znosiłam Mateusza, ponieważ każda jego wizyta była przeze mnie odnotowywana kpiącym uśmiechem i sarkastycznym komentarzem. A przychodził do nas codziennie, co wzbudzało we mnie ambiwalentne doznania. Z jednej strony starałam się go unikać, a równocześnie moje oczy aż się rwały, żeby choć przez chwilkę na niego popatrzeć, a potem w nocy o nim śnić.

To uczucie ocierało się o obsesję – jeśli nią już nie było. Momentami zamierzałam nawet udać się po poradę do psychiatry, ale wciąż odkładałam to na później. Świadomość, że mam odkrywać duszę przed obcą osobą, ubierać w słowa myśli, pragnienia i emocje, była ponad moje siły. Bałam się mówić o tym głośno, a jeszcze bardziej się tego wstydziłam. Nikt by nie zrozumiał, nawet psychiatra i psycholog, że ładna, inteligentna i przedsiębiorcza dziewczyna biczuje się nieodwzajemnioną, moralnie niewłaściwą i wynaturzoną miłością. Widząc bezsens moich uczuć, sięgnęłam po jedyny dla mnie ratunek – wyjazd z Polski.

Rozdział 2

Adrianna

Moją najlepszą przyjaciółką była i jest moja siostra. Kiedy przyszłam na świat, ona była już na nim od trzech lat. Karolina i ja tworzymy siostrzany duet oparty na przeciwieństwach. Ona jest silna, odważna i przebojowa, ja natomiast słabowita, spokojna i ugodowa. Wpatrzona w książki i... w Mateusza. Mateusz to moja miłość, moje życie. To, że los zetknął nas ze sobą, też jest zasługą mojej siostry. Wszystko, co mam i kim jestem, zawdzięczam Karoli. No i rodzicom. Ale to ona była dla mnie podporą, była tarczą, która mnie osłaniała przed światem, i dobrą wróżką, która sprezentowała mi najcudowniejszego mężczyznę na świecie – Mateusza. Zawsze uważałam, że Karola przyszła na świat, by nade mną czuwać. W piaskownicy odpędzała psotne dzieciaki chcące zabrać mi zabawki, przyprowadzała mnie ze szkoły i podawała mi lekarstwa, gdy byłam chora. Na koniec postarała się o to, żeby Mateusz pojawił się w naszym domu i żebyśmy mogli się poznać.

No, może nie do końca tak było. Ale chcę w to wierzyć.

Pamiętam doskonale ten dzień – pochmurny listopadowy sobotni wieczór. Opatrzność chciała, żeby w kinie zabrakło biletów na film i żeby znajomi zaprosili do siebie moich rodziców, a oni odwieźli mnie do domu, w którym czekał na mnie Mateusz. Zawsze uważałam, że to niebiosa zadecydowały o naszym spotkaniu. Jakieś dziwne niesprecyzowane siły kazały mi popędzić do pokoju siostry, jakby coś mnie tam przyciągało. Pamiętam, że wpadłam do środka, nawet nie pukając. I wtedy go zobaczyłam.

Oboje od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni. Chociaż chodziłam jeszcze do gimnazjum, moje serce już było gotowe na miłość, już na nią czekało. Dotąd nie umawiałam się z chłopcami, ale czytałam dużo romansów i tak jak bohaterki książek wierzyłam, że kiedyś na mojej drodze pojawi się ten jeden jedyny. Nie przypuszczałam, że stanie się to tak szybko i w dodatku w moim domu. Ale gdy tylko go ujrzałam, wiedziałam, że to ON.

Mateusz miał podobne doznania. Jakiś czas później powiedział mi, że moje nagłe wtargnięcie do pokoju Karoli było niczym spadająca z nieba gwiazdka. On też czuł to co ja. Dlatego nazajutrz odszukał mnie w mojej szkole i czekał, aż skończę lekcje, by zaproponować podwiezienie do domu. Po twarzy Karoli, kiedy zobaczyła nas razem, wyczułam, że to się jej nie spodobało. Powodem był zapewne mój młody wiek – ona zawsze się o mnie bardzo martwiła. Mateusz również wyczuł jej niechęć, dlatego zaproponował, żebyśmy nic jej nie mówili o naszych spotkaniach. A spotykaliśmy się prawie codziennie. Zawsze, gdy miał trochę wolnego czasu, przyjeżdżał po mnie do szkoły i zabierał gdzieś, żebyśmy mogli swobodnie porozmawiać. Rozmowy dotyczyły szkoły, naszych zainteresowań i planów na przyszłość. Nigdy nie schodziliśmy na inne tematy. Siedzieliśmy w jego samochodzie i gadaliśmy godzinami, nie mając dość. Nigdy mnie nie dotknął, ani nie pocałował. Nie wiedziałam, jak mam go traktować – jak kolegę czy chłopaka? Dopiero gdy zaproponował mi pójście na studniówkę, nasze relacje przybrały określoną formę. Doskonale pamiętam ten dzień. Wtedy po raz pierwszy mnie pocałował. Pocałunek był... cudowny. Ale trwał zaledwie chwilę – albo mi się tylko tak wydawało. Wciąż mam przed oczami jego twarz, kiedy oderwał się od moich ust. Była nabrzmiała i czerwona z podniecenia, z przekrwionymi oczami. Dziwnie dysząc, Mateusz odsunął się na większą odległość.

– Szkoda, że jesteś taka młoda – powiedział.

– Wcale nie jestem aż taka młoda, za cztery miesiące skończę szesnaście lat – oburzyłam się.

– Hmm, a ja skończyłem już dziewiętnaście.

– Moja mama jest młodsza od taty o cztery lata i jakoś nigdy im to nie przeszkadzało.

– Za cztery lata mnie też by to nie przeszkadzało.

– Ale teraz przeszkadza? – Spuściłam głowę.

Westchnął i chwycił mnie za rękę. Podniósł do ust i pocałował.

– Powiedzmy, że trochę. – Uśmiechnął się. – Poczekamy, aż skończysz szesnaście lat.

– I do tego czasu nie będziemy się spotykać? – zapytałam cichutko.

– Będziemy. Czy pójdziesz ze mną na studniówkę?

Jego propozycja zaskoczyła mnie i ogromnie ucieszyła. Czułam się, jakbym wygrała milion w totka. Zaraz jednak spochmurniałam.

– Nie wiem, czy rodzice mi pozwolą. I czy Karola... – urwałam.

– Zdanie Karoliny się nie liczy, nie jest twoją matką. Zapytaj rodziców. Przecież to tylko studniówka. I to w szkole, do której będziesz chodzić za kilka miesięcy.

Rodzice pozwolili mi iść na bal maturalny, ale nie spodobało się to Karolinie. Już wcześniej zauważyłam, że nie przepadała za Mateuszem. Nie rozumiałam dlaczego. Przecież się kolegowali, chodzili do tej samej klasy! Prawdopodobnie przyczyna tkwiła w jego dobrych ocenach. Moja siostra nigdy nie darzyła sympatią kujonów. Ktoś, kto się dużo uczył i poświęcał wiele czasu na zdobywanie wiedzy, nie wzbudzał w niej szacunku, lecz niechęć podszytą pogardą. Karolina tryskała energią, dla niej uporczywe wkuwanie było marnotrawstwem życia. Ze mnie również często się naśmiewała, nazywając „kujonkiem”. Mimo że nie przepadała za Mateuszem i początkowo nie zamierzała iść na studniówkę, to poświęciła się dla mnie i wbrew sobie wzięła udział w „szkolnej żenadzie”, jak miała w zwyczaju nazywać takie imprezy. Moja siostra zawsze lubiła łamać konwenanse. Na bal poszła więc ubrana inaczej niż wszyscy, wzbudzając konsternację wśród ciała pedagogicznego, a duże zainteresowanie w gronie męskiej części szkolnej populacji. Zawsze mi imponowały jej odwaga i oryginalność. Nigdy nie płynęła z tłumem, szła własnymi drogami, wyróżniając się na tle innych barwną indywidualnością.

Ja byłam inna. Za bardzo liczyłam się z opinią ludzi i za mocno chciałam być przez wszystkich lubiana. Tak bardzo starałam się wszystkim dogodzić, że zatraciłam swoją prawdziwą osobowość. Albo zwyczajnie jej nie miałam. Byłam taka, jaką chcieli mnie widzieć inni. Rodzice, nauczyciele, przyjaciele. I Mateusz.

I prawdopodobnie właśnie dlatego mnie pokochał...

Zaakceptowali mnie również jego rodzice. Ale nie od razu. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z nimi. Miało miejsce tuż przed wakacjami. Chcieliśmy uczcić mój test gimnazjalny, który napisałam wyjątkowo dobrze. Objęci, uśmiechnięci siedzieliśmy w McDonaldzie i zajadaliśmy lody z polewą czekoladową, kiedy nieoczekiwanie do lokalu weszli państwo Szulcowie. Na ich widok Mateusz trochę się zmieszał i szybko ode mnie odsunął.

– Mateuszku, co za miła niespodzianka – powiedziała jego matka, mierząc mnie uważnym wzrokiem.

– Mamo, tato, to jest Ada – przedstawił mnie z pewnym ociąganiem.

– Adrianna Wysocka. – Dygnęłam grzecznie.

– Koleżanka z klasy? Pamiętam to nazwisko. Twoja mama ma zakład fryzjerski na Sławkowskiej? – zauważyła pani Szulc.

– Ada nie chodzi ze mną do klasy, tylko jej siostra – odparł niepewnie Mateusz.

– A ty do jakiej szkoły uczęszczasz? – zapytała, uśmiechając się do mnie. – Też do ósemki? A może zamierzasz pójść w ślady mamy?

– Mam zamiar też iść do ósemki. Dziś pisałam test – odparłam, spuszczając oczy z zażenowania.

– Taak. Myślałam, że jesteś starsza.

– Ada bardzo dobrze się uczy. Napisała dziś bezbłędnie egzamin. – Mateusz szybko przyszedł mi z pomocą. – Jest najlepszą uczennicą w szkole, ma zamiar studiować medycynę.

Trochę zdziwiły mnie słowa mojego chłopaka i sposób, w jaki mnie rekomendował. Co dziwne, spojrzenie pani Szulc trochę złagodniało.

– Tak? To dobrze, że dzisiejsza młodzież garnie się do nauki. Większość młodych dziewczyn myśli tylko o zabawie. Większą wagę przywiązują do stanu paznokci niż pojemności swojego mózgu. Już nie będziemy wam przeszkadzać – zwróciła się do Mateusza.

Następne spotkanie z Szulcami miało miejsce rok później. Znowu się na nich natknęliśmy, tym razem na Floriańskiej. Były wakacje. Mateusz zaliczył pierwszy rok studiów, a ja pierwszą klasę liceum. Zauważyłam ich zdziwienie, gdy ujrzeli mnie przy boku syna.

– O, znowu się spotykamy – powiedziała pani Szulc i dodała chłodno: – Mateuszku, nie lubię być okłamywaną. – Po czym przeniosła wzrok na mnie. – Co u ciebie słychać? Przypomnij mi swoje imię...

– Ada – odparł za mnie Mateusz. – Właśnie przyszliśmy uczcić koniec nauki.

– Coś późno się cieszycie, przecież jest już sierpień. Chyba że świętowaliście poprawkę.

– Ależ skąd! Ada ma na świadectwie same piątki i szóstki.

– Właśnie, a jak poszło na egzaminie tej dziewczynie, z którą się uczyłeś?

Mateusz nagle poczerwieniał. A ja zbladłam. Przesłałam mu pytające spojrzenie.

– Floro, chodźmy wreszcie, bo się spóźnimy na spektakl – odezwał się ojciec Mateusza.

Kiedy odeszli, oparłam się o ścianę kamienicy, bo nagle zrobiło mi się słabo. Mateusz chwycił mnie za rękę.

– Ada, co się stało? Bardzo pobladłaś. – W jego oczach widać było niekłamany niepokój. – Wejdźmy do środka, usiądziesz. Dlaczego na Floriańskiej nie ma ogródków, do cholery! – wybuchnął.

– Już mi lepiej – odparłam. – Co to za dziewczyna, z którą uczyłeś się do egzaminu?

– To koleżanka z roku. Jesteśmy w tej samej grupie. Mówiłem ci o niej.

– Nie mówiłeś.

– No to może nie mówiłem, bo nie było o czym. Chodźmy na rynek. Usiądziemy pod parasolem i napijemy się czegoś zimnego. Nadal jesteś blada. A jutro wybierzemy się do Kryspinowa. A może pojedziemy do Poraju? Wynajmiemy łódkę i popływamy. Może załatwisz z rodzicami, żeby pozwolili ci jechać ze mną pod namiot? W Bieszczady albo na Hel?

Temat dziewczyny, z którą się uczył do egzaminu, jakoś się rozmył, dlatego nie zaprzątałam sobie więcej tym głowy. Tym bardziej że nazajutrz Mateusz w imieniu swoich rodziców zaprosił mnie na obiad w niedzielę. Z pewnym niepokojem przyjęłam to zaproszenie. Trochę się obawiałam spędzić kilka godzin w towarzystwie pani Flory, natomiast pan Włodzimierz raczej nie wzbudzał we mnie strachu.

Moje obawy okazały się nieuzasadnione. Mama Mateusza przyjęła mnie bardzo serdecznie. Obiad był pyszny, ale to nie gospodyni go przygotowała, tylko kucharka. Szulcowie byli zbyt zaabsorbowani pracą w przychodni, żeby mieć czas na obowiązki związane z prowadzeniem domu, dlatego scedowali je na panią Swietłanę ze Lwowa. Cóż, złotówka jest lepsza od hrywny, a euro od złotówki, bo moja ciocia jeździ do Berlina w tym samym celu co Swietłana do Krakowa.

Dom Szulców robił wrażenie. Nie przypuszczałam, że rodzice Mateusza byli aż tak majętni. Później mi powiedział, że dziadkowie ze strony mamy pochodzili z zamożnej żydowskiej rodziny. Przed wojną należało do nich kilka kamienic w centrum Krakowa. Dzięki Wałęsie i przemianom w Polsce udało się Szulcom odzyskać większość z nich. Połowa majątku dostała się w schedzie pani Florze, a ona wiedziała, jak ją mądrze zagospodarować, żeby w przyszłości Mateusz i jego dzieci mieli dobre życie. O Mateuszu i „jego przyszłej rodzinie” usłyszałam tego wieczoru jeszcze kilka razy. Pokazano mi nawet biżuterię, którą dostanie jego przyszła żona: złotą kolię z brylantami, bransoletę do kompletu, trzy platynowe pierścionki z brylantem, rubinem i szafirem, sznur pereł oraz mnóstwo złotych łańcuszków i innych drogich precjozów. Nie wiedziałam, jak zareagować. Czy miało mnie to zachęcić, czy zniechęcić do związku z Mateuszem? Tymczasem wszystko podziwiałam i głośno zachwalałam. Moje ochy i achy aż wibrowały pod sufitem.

Pani Flora oprócz biżuterii pokazała mi również dom. Po raz pierwszy odwiedziłam pokój Mateusza. Był duży, urządzony tak, jak sobie wyobrażałam. Biurko, komputer, łóżko, mała sofa i dwa fotele. Jedna ze ścian była zabudowana szafą i regałami na książki. Pierwsze, co zauważyłam, to nasze wspólne zdjęcia stojące na biurku i nocnym stoliku. Jedno z nich, powiększone do dużych rozmiarów, wisiało na ścianie. Prawdopodobnie zawieszono je niedawno, bo spod ramki widoczne były jaśniejsze miejsca, a więc to, co wisiało wcześniej, musiało być większe.

Od tamtej niedzieli stałam się częstym gościem w domu Szulców, z biegiem lat spędzałam tam coraz więcej czasu. Rodzice Mateusza byli wobec mnie bardzo serdeczni, a widząc, że nasz związek zapowiada się bardzo poważnie, zaczęli traktować mnie jak przyszłą synową.

Między mną a Mateuszem układało się cudownie, mimo że kilkakrotnie o mało co nie doszło do zerwania.

Pierwszy poważny zgrzyt miał miejsce kilka miesięcy po mojej wizycie w domu Szulców. Nadszedł październik, byłam uczennicą drugiej klasy liceum, a mój chłopak studentem drugiego roku. Wracając ze szkoły, skręciłam w ulicę Śniadeckich, gdzie mieściły się zabudowania kliniki.

To tu w bliskiej przyszłości jako studentka medycyny będę przychodzić na zajęcia – rozmarzyłam się w duchu. Tutaj będę miała praktyki, a może nawet staż i dyżury. Tak jak ci, którzy idą naprzeciw – pomyślałam, patrząc na grupkę studentów w białych fartuchach wystających spod kurtek. Z tyłu za resztą szła obejmująca się para. Zamarłam – chłopakiem obejmującym dziewczynę był Mateusz. Uśmiechał się do niej i coś jej mówił do ucha. Stałam nieruchomo i patrzyłam na nich jak zahipnotyzowana. Chyba wyczuł mój wzrok, bo spojrzał w moją stronę. Stanął. Był zmieszany, jakby chciał uciec od tego miejsca i tej dziewczyny. Nagle oprzytomniałam. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Dogonił mnie.

– Ada, poczekaj, wytłumaczę ci wszystko – powiedział gorączkowo. – Teraz nie mam czasu, bo za chwilę zaczynają się zajęcia, ale dziś do ciebie przyjadę. Dobrze?

Nie odpowiedziałam, bo nadjechał tramwaj. Wsiadłam. Przez szybę widziałam, jak Mateusz wciąż stoi na chodniku i na mnie patrzy.

Po powrocie do domu zaszyłam się w swoim pokoju. W ubraniu rzuciłam się na łóżko. Zaniepokojona mama co chwilę pytała, czy nie jestem chora, bo dziwnie wyglądałam. Nawet Karolina do mnie zajrzała. Widząc moją zbolałą minę, powiedziała:

– Witaj w klubie.

– Nie wiem, o co ci chodzi – odburknęłam. – Głowa mnie boli.

Rzuciła mi uważne spojrzenie, wzruszyła ramionami i wyszła.

Około osiemnastej przyjechał Mateusz. Nadal leżałam w łóżku. Usiadł na krześle przy biurku i chwilę milczał.

– Poznaliśmy się za wcześnie – powiedział cicho. – Trzy lata różnicy między kobietą a mężczyzną to nie jest dużo. Moja mama jest starsza od taty też o trzy lata. Ale poznali się, gdy oboje byli już po studiach. A ty jesteś jeszcze w liceum, ja na drugim roku studiów. – Westchnął. – Nie mogę cię wszędzie zabierać ze sobą. I nie wszystko mogę z tobą robić. – Ostatnie słowa wypowiedział bardzo cicho.

– Masz na myśli seks?

– Tak – powiedział, patrząc mi w oczy. – Bardzo mi na tobie zależy. Widzę cię w mojej przyszłości. Jako moją żonę. Ale...

Utkwiłam w nim wzrok.

– Jako twoją żonę? – przerwałam mu.

– Tak. Chciałbym się z tobą ożenić. Ale jesteś za młoda na pewne sprawy, a ja potrzebuję kobiety. – Odchrząknął. – Dlatego czasami spotykam się z innymi dziewczynami. Jednak tylko na tobie mi zależy.

– Czy mam rozumieć, że przez cały ten czas, gdy się ze mną spotykałeś, widywałeś się również z innymi dziewczynami?

Spuścił głowę.

– Ale tylko ty się dla mnie liczysz. Z tamtymi był tylko seks.

– Seks? To dlaczego ze mną tego nie robiłeś? Nie jestem dzieckiem, za kilka miesięcy skończę osiemnaście lat.

– Czekałem, aż stuknie ci osiemnastka – bąknął niepewnie.

– A kiedy ty zacząłeś uprawiać seks?

– Nie pamiętam... Dawno.

– No to chcę, żebyśmy to robili. Nie mam zamiaru czekać pół roku. Jeśli chcesz, możemy zrobić to już teraz.

– Naprawdę teraz? Kiedy za drzwiami są twoi rodzice i Karolina? – mruknął z lekkim uśmiechem.

– Nie rodzice, tylko mama. Tata jest w Londynie. Zamknę drzwi na klucz – powiedziałam zdecydowanie.

– Zwariowałaś?! Jeśli tego chcesz, to może pojedziemy w weekend do domku moich rodziców do Szczawnicy?

Chciałam. Pojechaliśmy.

I stałam się kobietą.

Pierwszy raz byłam w ich góralskim domu. Chociaż wiadomo było, po co tu przyjechaliśmy, Mateusz starał się ukryć zmieszanie, oprowadzając mnie po pokojach i posesji. Krępował się do tego stopnia, że swoją sypialnię na piętrze potraktował po macoszemu. Tylko na chwilę otworzył drzwi, nie pozwalając mi się rozejrzeć, i od razu skierował się ku schodom na dół. Zauważyłam, że był tak samo podenerwowany jak ja, a może bardziej.

– Ładnie tu – pochwaliłam wystrój, żeby coś powiedzieć. – Wygodnie, funkcjonalnie, a przy tym klimatycznie.

Moje słowa były równie sztuczne jak jego zachowanie.

On w tym czasie rozpakowywał siatki z żywnością, nie ruszając pozostałych bagaży.

– Najpierw musimy coś zjeść – powiedział. – Zrobię dla nas kolację.

– Nie jestem głodna.

– A ja jestem. Zrobię leczo z cukinii.

– Pomogę ci.

Półtorej godziny przygotowywaliśmy potrawę, piętnaście minut przeznaczyliśmy na jej spożycie, a potem, najedzeni i napojeni, usiedliśmy w fotelach kilometr od siebie.

– Napalę w kominku – zaproponował.

– Po co? Przecież kaloryfery już grzeją. W pokoju jest dwadzieścia stopni.

– To napijmy się jakiegoś alkoholu. Wolisz wino czy drinka?

– Wino.

– Ja napiję się wódki.

Wypiłam dwa kieliszki wina, a Mateusz pół butelki wódki absolut. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pewnym momencie przechylił następny kieliszek i ostentacyjnie odsunął od siebie butelkę.

– Dość, jeszcze chwila i nie będę mógł dokonać tego, po co tu przyjechaliśmy. Zdenerwowanie już ze mnie trochę opadło.

– Ty też jesteś zdenerwowany? – Było to pytanie czysto retoryczne, bo widziałam, co się z nim działo.

– Oczywiście. To przecież ode mnie zależy, jak będziesz wspominać swój pierwszy raz.

– Już teraz wiem. Jako najpiękniejszy dzień w moim życiu.

Dopiero wtedy się rozluźnił, bo parsknął śmiechem.

– Straszna z ciebie romantyczka. – Nagle spoważniał. – I właśnie dlatego tak się tego boję. Wy, dziewczyny wychowane na romansach, zbyt dużo sobie obiecujecie w kwestii seksu. Niestety różnie to bywa, tym bardziej przy pierwszym razie. Ale będę się starał. – Uśmiechnął się.

I się postarał. Najpierw była kąpiel w pianie, płonące świece i wino. A potem... wycieczka do Krainy Szczęścia.

Tak, Krainy Szczęścia, bo nigdy wcześniej nie było mi tak dobrze jak wtedy. Wbrew temu, co słyszałam i czytałam na temat pierwszego stosunku, mnie nic nie bolało, było cudownie. Cudowna była ta intymna bliskość i cudowne późniejsze fizyczne odczucia.

Początkowo trochę wstydziłam się swojej nagości. Wcześniej przed nikim się nie obnażyłam, nawet lekarz widział jedynie moje nagie piersi i nic więcej, bo u ginekologa jeszcze nie byłam. Anatomię męskiego ciała zdążyłam poznać z rycin i zdjęć w książkach medycznych, ponieważ Mateusz dotychczas trzymał przede mną w tajemnicy to, co dostał od natury. Wielokrotnie widziałam go na plaży częściowo rozebranego, dlatego już wcześniej mogłam podziwiać wyćwiczoną na siłowni muskulaturę opalonego torsu, ale tego, co miał ukryte pod kąpielówkami, nigdy nie poznałam. Mimo że spotykaliśmy się już tak długo, oprócz pocałunków nie było niczego więcej. Nie było pieszczot, intymnych dotyków ani nawet rozmów na temat seksu. Wtedy nie zastanawiałam się dlaczego. Teraz wiedziałam – bo były inne dziewczyny, które pieścił i dotykał.

Przymknęłam oczy, leżąc na plecach i poddając się bez słowa Mateuszowym zabiegom. Pozwalałam na pocałunki, którymi obsypywał całe moje ciało, na pieszczenie brodawek moich piersi, na muśnięcia językiem rozwartych ud i eksplorację intymnych zakamarków ukrytych między nimi. Poddawałam się tym czynnościom coraz bardziej oszołomiona i oczarowana gamą doznań. Ale cały czas leżałam nieruchomo, bojąc się poruszyć, by nie zburzyć nadchodzącej fali ekstazy. Kiedy pobudzona pieszczotą łechtaczka wywołała spazmy rozkoszy i przeżyłam swój pierwszy orgazm, nagle moje członki ożyły. Ramiona objęły głowę Mateusza, a nogi zamknęły jego tors w mocnym uścisku.

– Nareszcie przestałaś być lalą z sex shopu – doleciały do mnie słowa Mateusza wciąż utkwionego między moimi udami. Widziałam, jak lekko się uśmiechał.

– Nie wiem, co mam robić – bąknęłam, wciąż głośno dysząc.

– To, co aktorzy robią na pornosach.

– Ale ja nigdy nie widziałam żadnego filmu porno.

– No to mnie obserwuj i rób to samo – zamruczał, ponownie wracając do pieszczot.

Tym razem poszłam w jego ślady. Całowałam, dotykałam i pieściłam jego rozgrzaną podnieceniem skórę. I już nie bałam się dotykać naprężonej męskości! Zachwyciła mnie jedwabista gładkość członka. Jego twardość i wielkość rosnąca wraz z moim dotykiem. Posmakowałam go koniuszkiem języka i wzięłam do ust. Nie trwało to długo, bo Mateusz podciągnął mnie wyżej ku sobie, przewrócił na plecy i gwałtownie we mnie wszedł. Pokonanie bariery w postaci błony dziewiczej nie sprawiło mi dotkliwego bólu, jedynie mały dyskomfort, o którym szybko zapomniałam, wciąż pochłonięta nowymi dla mnie doznaniami. Posuwiste ruchy mojego kochanka szybko doprowadziły mnie do ponownego szczytowania.

Mateusz nachylił się nade mną. Odgarnął mi włosy z policzka i utkwił spojrzenie w mojej twarzy.

– Podobno każdy człowiek jest przypisany drugiej osobie. Czytałem kiedyś legendę, że Bóg stwarza ludzi połowicznie i całe nasze życie polega na szukaniu tej drugiej połówki. Jeśli się nie odnajdą, nigdy nie zaznają szczęścia. Ciągle im czegoś brakuje, są niespełnieni i zagubieni. – Pogłaskał mnie po policzku. – Wiesz, kiedy pierwszy raz cię ujrzałem, wiedziałem od razu, że jesteś tą połówką przeznaczoną mi przez niebiosa. Miałem wielkie szczęście, że odnalazłem cię tak wcześnie. Chociaż miałem wtedy tylko osiemnaście lat, już to wiedziałem. Czułem podświadomie. A każdy dzień znajomości z tobą tylko to potwierdzał. Na studniówce postanowiłem, że się z tobą ożenię. Śmieszne, prawda?

– Cudowne – szepnęłam.

– Czy wiedziałaś o tym, że też jestem romantykiem?

– Podejrzewałam. – Uśmiechnęłam się leciutko.

– Kocham cię, Adrianno. – Powiedział poważnie, ale po chwili jego twarz przybrała żartobliwy wyraz. – Wiedziałaś o tym czy tylko podejrzewałaś?

– Nie, ale marzyłam.

Następne lata naszego życia upływały w powolnym tempie, w atmosferze spokojnego, błogiego i niezmąconego niczym szczęścia. Wiem, że brzmi to koszmarnie szmirowato. Ale nie umiem opisać niebanalnie najpiękniejszych godzin i dni, które dla innych są zwyczajne, a tylko dla mnie wyjątkowe. Przeważnie doceniamy to, co mamy, dopiero wtedy, gdy to utracimy, ja natomiast cały czas delektowałam się każdą chwilą. Nie tylko wtedy, gdy Mateusz był obok mnie. Wystarczyła mi świadomość, że jest w moim życiu. Że istnieje, myśli o mnie, że wkrótce znowu go zobaczę i przytulę. Że niedługo wezmę go za rękę i pójdziemy na spacer, że kiedyś razem będziemy podziwiać piękno gór i uroki morza. Że będziemy się śmiać z komediowych gagów i wzruszać, oglądając melodramat. Naprawdę cieszyłam się każdą chwilą. Tą, która była, i tą, która miała nadejść. Może podświadomość cichutko mi podpowiadała, że kiedyś wszystko się zmieni, że nic nie jest nam dane na zawsze?

Ta wspaniała chwila trwała dziewięć lat. Czasami zdarzały się nam małe sprzeczki, urastające w moich oczach do dramatycznych przeżyć, skąpane w morzu moich łez i huraganie westchnień oraz szlochów. Wszystkie jednak kończyły się gorącymi przeprosinami, egzaltowanymi wyznaniami i płomiennymi obietnicami, że już nigdy... że już zawsze...

W tym czasie skończyłam liceum, zdałam maturę i dostałam się na studia. Mateusz i jego rodzice przekonali mnie do stomatologii, dlatego zrezygnowałam z wymarzonej medycyny. Najmocniejszą motywacją była dla mnie możliwość wspólnej pracy z ukochanym. Dzięki temu moglibyśmy cały czas przebywać ze sobą. W domu i w pracy. Decyzję o małżeństwie podjęliśmy już wtedy, w Szczawnicy, ale przypieczętowanie w postaci zaręczyn nastąpiło tuż po zakończeniu letniej sesji egzaminacyjnej na pierwszym roku moich studiów.

Przyjęcie zorganizowała pani Flora w ich domu. Oprócz moich rodziców i Karoliny zaproszono również nasze ciotki, wujków i liczne kuzynostwo. Natomiast ze strony Szulców z powodu waśni rodzinnych nie było nikogo oprócz jednego wujka. Zamiast rodziny zaproszono wielu znajomych rodziców Mateusza: przyjaciół, współpracowników, kontrahentów i pacjentów. Żeby ugościć pięćdziesiąt osób, postawiono w ogrodzie specjalny pawilon, zamówiono catering, trzech kelnerów i didżeja.

– Mogę sobie wyobrazić, jak wystawne będzie wesele – mruknęła Karolina. – Siostro, wchodzisz w rodzinę snobów pierwszej kategorii. Popatrz na ich gości, sami nowobogaccy tego miasta.

– Karola, nie przesadzaj. Gdyby pani Flora była snobką, to nie zaprosiłaby naszej rodziny. – Stanęłam w obronie mojej przyszłej teściowej. – I szukałaby innej narzeczonej dla swojego syna.

– Nie wiem, czy znalazłaby lepszą kandydatkę. – Poczułam miłe ciepełko wokół serca. Siostra rzadko mnie komplementowała. – We współczesnym świecie mało jest naiwnych dziewuszek, którymi można manipulować tak jak tobą.

Westchnęłam. Cała Karola. Ktoś, kto jej nie zna tak jak ja, mógłby wyciągnąć z jej słów i zachowania mylne wnioski, ale ja dobrze wiem, jaka naprawdę jest Karolina Wysocka. Za maską uszczypliwej złośliwości i cynizmu kryje się empatyczna, wrażliwa i bardzo oddana rodzinie duszyczka. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć. Tak było i tak jest. Nie miałam wtedy zbyt wiele koleżanek, bo Mateusz zapełniał w mojej towarzyskiej przestrzeni za dużo miejsca, dlatego to Karolinę traktowałam jak bliską przyjaciółkę.

Ciągle pamiętam pewne zdarzenie, które miało miejsce kilka miesięcy po moich zaręczynach. Siostra była w złym humorze i zaczęła wyżywać się na mnie, atakując jak zwykle rodzinę Mateusza, gdy ja akurat uczyłam się do kolokwium.

– Ucz się Ada, ucz. Jak cię wyleją z tej zębologii, to twoja teściowa wyleje cię ze swojej rodzinki. Ich zębiarnia potrzebuje nowych niewolników, a o dobrych i tanich dentystów jest trudno. Myślisz, że Szulcowa przyjęłaby cię z otwartymi ramionami, gdybyś była fryzjerką? Wątpię.

Zdenerwowałam się. Żeby uniknąć sprzeczki, gwałtownie zerwałam się z kanapy z zamiarem wyjścia z pokoju. Niechcący uderzyłam się w goleń o kant stolika. Nagle poczułam przeszywający ból, zakręciło mi się w głowie i... urwał mi się film. Zemdlałam. Musiałam być chwilę nieprzytomna, bo siostra zdążyła się już nieźle najeść strachu. Kiedy wróciła mi świadomość, pierwsze, co ujrzałam, to nachyloną nade mną przerażoną twarz Karoliny.

– Dzięki Ci, Boże. Jak dobrze, że odzyskałaś przytomność. Już myślałam, że umierasz – usłyszałam. – Zaraz będzie pogotowie.

– Niepotrzebnie je wzywałaś. To tylko omdlenie.

– Wątpię. Leżałaś jak kłoda z oczami wywróconymi do góry i charczałaś. Okropnie się wystraszyłam. – Nagle jakby zesztywniała. Zmarszczyła brwi. – A może ty jesteś w ciąży? – Jej głos ochłodził się o kilkanaście stopni.

– Nie. Wczoraj skończył mi się okres. Uderzyłam się w nogę. Wiesz, że mam niski stopień tolerancji bólu. Niepotrzebnie dzwoniłaś na pogotowie. Ale widzę, siostruniu, że nie jestem ci obojętna.

– Guzik wiesz. Bałam się reakcji rodziców, gdyby zastali w domu trupa.

Przebadano mnie i nie zauważono niczego podejrzanego. Muszę przyznać, że w ogóle w ostatnim czasie moje dziecięce niedomagania i choroby minęły jak ręką odjął. Rzadko teraz chorowałam, nie łapałam nawet przeziębień. Co dziwne, tej nadzwyczajnej odporności nabrałam wtedy, gdy poznałam Mateusza.

Lubiłam towarzystwo Karoliny, dom bez niej zawsze wydawał mi się pusty i ponury. Kiedy wyjechała za granicę, bardzo odczułam jej brak. Ściany nagle posmutniały, kanapy przestały być mięciutkie, a lodówka głośno warczała z niezadowolenia. Chociaż miałam Mateusza i kochających rodziców, poczułam się samotna. Nie rozumiałam powodu jej wyjazdu. Przecież w Polsce też znalazłaby dobrą pracę. Po co wyjeżdżać do Londynu? Ale z mojej siostry zawsze był niespokojny duch.

Rozdział 3

Karolina

Nareszcie w domu. Mam dość włóczenia się po świecie. Po dwóch latach tułaczki zatęskniłam za Polską, Krakowem, za rodzicami, a nawet Adą. Nie sądziłam, że mogę być sentymentalna, tymczasem w Londynie ciągle nasłuchiwałam polskiej mowy. Czasami nawet zaczepiałam na ulicy Polaków tylko po to, żeby zamienić z nimi kilka słów. Z Polski wyruszyłam w świat sama, okłamując rodziców, że jadę z koleżanką. Nie miałam problemów ze znalezieniem pracy. Zaczęłam od zmywaka, a skończyłam jako menedżer w ekskluzywnej restauracji i... kochanka szefa. Niestety mój partner nie należał do mężczyzn monogamicznych i oprócz menedżerki zapraszał do łóżka również pewną kelnerkę ze swojej drugiej restauracji. Nie lubię się dzielić niczym, a tym bardziej facetem, dlatego rzuciłam i pracę, i szefa.

Nawiązywanie nowych związków przychodziło mi łatwo, a jeszcze łatwiej – ich zrywanie. Nie wiem dlaczego, ale nie umiałam wytrzymać długo z żadnym partnerem. Ani w Polsce, ani w Anglii. Drażnili mnie i nudzili. Stawałam się prawdziwą zołzą, dlatego niektórzy mężczyźni sami odchodzili z mojego życia, a pozostałych wyrzucałam ja. Przyczyna była jedna – żaden z nich nie był Mateuszem. Poszłam nawet w tej sprawie do psychoanalityka, kiedy mój kolejny związek rozpadł się z hukiem. Siedząc w fotelu, za ciężko zarobione funty opowiadałam o mojej miłosnej obsesji, widząc w niej przyczynę ponownej miłosnej klęski. Nikt normalny przecież nie kocha bez wzajemności przez kilkanaście lat! Tym bardziej faceta swojej siostry. Tak zachowuje się osoba z poważnymi zaburzeniami. Do takich samych wniosków prawdopodobnie doszła pani psycholog, bo wyznaczyła termin kolejnej sesji. Moje wrodzone skąpstwo zadecydowało jednak za mnie i nie poszłam tam ponownie. Analizując swoje związki, często się zastanawiałam, co by było, gdybym się związała z Mateuszem. Czy umiałabym podtrzymać to uczucie? A może podzieliłoby los wszystkich innych?

Podobałam się mężczyznom. Dzięki urodzie i błyskotliwości mogłam mieć prawie każdego... na jedną noc. Umiałam ich zdobyć, ale nie zatrzymać. Oczywiście nie każdy seks kończył się wraz ze świtem, zdarzało się, że znajomość przedłużała się do kilku tygodni, a nawet miesięcy. Z trzema mężczyznami dzieliłam nie tylko łoże, lecz także mieszkanie, ale finał zawsze był taki sam – nie pasujemy do siebie, musimy się rozstać. Różnica tkwiła jedynie w tym, kto te słowa wypowiadał.

Wiadomość o ślubie siostry przypieczętowała moją decyzję o powrocie do Polski. I tak musiałabym na niego przyjechać, chociażby ze względu na rodziców, dlatego nie było sensu rozglądać się za nową pracą i nowym facetem. Powzięłam postanowienie – jeśli ich sakramentalne „tak” nie wybije mi tej obsesji z głowy, to najwyżej zmienię miasto, a nie kraj.

Z lotniska odebrała mnie Ada. Uśmiechnięta i radosna rzuciła się na mnie, jakby nie widziała mnie dwadzieścia lat.

– Karola, jak to dobrze, że wracasz na stałe! – zawołała. – Tak się stęskniliśmy za tobą!

– Nie przesadzaj, przecież byłam na święta – mruknęłam, ale zrobiło mi się przyjemnie. Nawet się ucieszyłam, że to ona po mnie przyjechała.

Niedługo to trwało.

– Cześć, Karolina – usłyszałam głos Mateusza.

Moje nogi znowu przemieniły się w watę, a serce w młot pneumatyczny. Była to moja typowa reakcja na widok tego faceta.

– Cześć – wychrypiałam.

Nagle poczułam wściekłość na Adę i jej hipokryzję. Mówiła o tęsknocie za siostrą, a przytaszczyła ze sobą swego gacha. Cała Ada. Na pozór milutka i cieplutka, a tak naprawdę to dwulicowa i złośliwa małpa.

– Pamiętasz, Karolina, jak wątpiłaś w możliwości Adrianny? Nie wierzyłaś, że się dostanie na medycynę. No to masz przed sobą panią doktor. Dziś twoja siostra otrzymała dyplom ukończenia studiów lekarsko-dentystycznych – powiedział, przytulając do siebie uśmiechniętą Adę.

– I miałam rację. Nie dostała się na medycynę, tylko na stomatologię. To duża różnica. Dentysta, tak jak felczer, nigdy nie będzie prawdziwym lekarzem – burknęłam.

– Cała Karolina! Sam piołun, ocet i żółć – powiedział. – Jak wspomniałem, są to studia lekarsko-dentystyczne. Jest więc lekarzem stomatologiem. Karolina, czy nie potrafisz chociaż przez chwilę być miła dla siostry?

– Mateuszku, przecież Karola żartuje. – Wstawiła się za mną jak zwykle „święta Ada”, patronka hipokryzji. – Przecież ona dobrze wie, że my, „stomatołki”, też jesteśmy lekarzami. – Odwróciła się do mnie. – Chodźmy po twoje torby i walizy. Karola, na pewno zapłaciłaś majątek za nadbagaż.

– Zbyt ciężko pracuję, żeby szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Reszta bagażu przyleci jutro samolotem transportowym – mruknęłam i żeby zatuszować poprzednie zachowanie, dodałam: – No to trzeba oblać twój dyplom, pani doktor zębolog.

– Z tej okazji mama Mateusza organizuje dziś wieczorem przyjęcie.

Skrzywiłam się w duchu.

– Mama Mateusza? Myślałam, że będziemy opijać to wiekopomne wydarzenie w młodszym gronie.

– Zrobimy to, ale w innym terminie. Nie chciałam robić przykrości pani Florze.

– Nie wiem, czy będę tam mile widziana.

– Oczywiście, że tak – powiedział Mateusz. – Rodzina Adrianny to również moja rodzina. A rodziny się nie wybiera – mówiąc to, uśmiechnął się do mnie i puścił oko. – Nie wygłupiaj się, Karolina.

Imprezka była całkiem w porządku i w mniejszym gronie niż zaręczyny. Oprócz moich rodziców i mnie nie było więcej naszych krewnych, byli za to znajomi Szulców. Sami dentyści. Niektórzy przyszli z osobami towarzyszącymi, ale były też dwa single płci męskiej. Prawdopodobnie zaproszono ich z myślą o mnie. Jeden to czterdziestoletni rozwodnik, a drugi – otyły trzydziestoletni kawaler. Żaden z nich nie wzbudził we mnie krzty zainteresowania. Pierwszy to zawodowy dziwkarz, a drugi – życiowy niedołęga.