Niebezpieczne pragnienia - Danka Braun - ebook + audiobook + książka

Niebezpieczne pragnienia ebook i audiobook

Braun Danka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Iza Orłowska pragnie jednego – zostać matką. 

Johann, jej mąż, chce ją uszczęśliwić za wszelką cenę.

Jewa Bojko łaknie lepszego życia.

Kiedy los splata ich drogi, pragnienia zaczynają prowadzić do decyzji, których nie da się cofnąć. W cieniu tych wyborów pojawia się człowiek, który potrafi wykorzystać cudzą desperację i zamienić ją w narzędzie manipulacji.

Granice jednak już zostały przekroczone. Ta historia odciśnie swoje piętno na każdym, kto był jej częścią. 

Pytanie tylko: kto zapłaci najwyższą cenę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 33 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Karel

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 Copyright © by Danka Braun

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Sylwia Drożdżyk-Reszka

Korekta: Beata Mazur

Projekt graficzny okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Grafiki na okładce: Copyright © by ZattaVoga (Stock.adobe.com)

DTP: Justyna Jakubczyk

ISBN 978-83-68249-72-9

Warszawa 2026

Wydawnictwo Prozami e-mail: [email protected] www.literaturainspiruje.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla Anety i Wandy

Prolog

Wybiegł z mieszkania o mało co nie potrącając na schodach sąsiadki. Na zewnątrz powoli zapadał zmrok. Wieczór był ciepły, a nagrzane ulice i chodniki wciąż oddawały żar upalnego dnia. Biegł coraz szybciej, nerwowo rozglądając się wokół. Przystanął na chwilę, zagryzając wargi. Myśli hałasowały w jego głowie, a oczy krążyły niespokojnie, jakby szukały w panice wyjścia z zaistniałej sytuacji. Wiedział, że musi się uspokoić, by móc spokojnie pomyśleć. Kilka razy odetchnął, poprawił dłońmi rozczochrane włosy. Usiadł na chwilę na pobliskiej ławeczce. A może ona jednak żyje? Postanowił to sprawdzić. Wrócił pod blok i stanął nieopodal, w osłonie drzew, obserwując wejście do klatki. Przez godzinę nic się nie działo, pora była już późna i mieszkańcy zapewne szykowali się już do snu. Nagle serce zabiło mu niespokojnie, bo zauważył znajomą postać, która po chwili weszła do klatki. Kwadrans później osiedlowa uliczka rozbłysła światłami ambulansu i dwóch radiowozów. Po chwili dostrzegł ludzi w uniformach, którzy nieśli nosze z postacią owiniętą w czarny foliowy worek.

Jednak nie żyje... Boże, co ja narobiłem! Co teraz ze mną będzie – zawołał w duchu z rozpaczy. Jestem mordercą. Wsadzą mnie do więzienia na wiele lat, a może nawet na zawsze. Zasłużyłem na to, bo przeze mnie ktoś nie żyje. Co mam teraz zrobić? Uciekać? Ukrywać się do końca życia? Czy odebrać sobie życie...?

Rozdział 1

Wcześniej

Iza otworzyła drzwi domu rodziców. W progu stała Nicole Johannson, przybrana wnuczka Barbary Orłowskiej-Johannson, która została dokooptowana do rodziny Orłowskich kilkanaście lat temu po ślubie dziadka Jona z Barbarą. Od tego czasu obie dziewczyny łączyły nie tylko więzy rodzinne, ale również głęboka przyjaźń. Na widok przyjaciółki Iza uśmiechnęła się szeroko i objęła ją na powitanie.

– Dlaczego tak późno? Miałaś być dwie godziny wcześniej – zauważyła z wyrzutem. – Wszyscy czekają na ciebie z kolacją.

– Zażalenie proszę skierować do dyrekcji LOT-u. Samolot znowu miał opóźnienie. No i te wasze krakowskie korki na ulicach. Nie rozumiem, jak można żyć w tym kraju.

– U was w Szwecji nie ma korków? W takim razie jutro zaczynam szukać pracy w Sztokholmie. Wynajmiesz nam część swojego mieszkania? – drażniła się Iza z przyjaciółką.

– Już nie mieszkam w Sztokholmie, przeprowadziłam się do Ystad.

– Dlaczego?

– Bo już tam nie pracuję, a tata nie zamierza mi finansować tak drogiego mieszkania – burknęła dziewczyna.

– Nicole, kiedy wreszcie się ustatkujesz? Znajdź w końcu prawdziwą pracę i normalnego faceta i załóż razem z nim podstawową komórkę społeczną.

– Każda praca jest prawdziwa, gdy zarabia się pieniądze – mruknęła nienaganną polszczyzną Szwedka.

Nicole swoją perfekcyjną znajomość języka polskiego zawdzięczała ojcu, który był Polakiem, no i dziadkowi, Szwedowi, który od kilkunastu lat stał się Polakiem z wyboru, o co postarała się jego żona Barbara Orłowska – w stu procentach Polka.

– No właśnie: GDY się zarabia pieniądze. – Podchwyciła Iza, mocno akcentując słowo „gdy”. – Trzeba też koniecznie dodać przymiotnik REGULARNIE zarabia, a nie od czasu do czasu. Praca modelki czy fotomodelki jest bardzo kapryśna, dobrze, że masz rodzinę, która cię utrzymuje.

– Przyganiał kocioł garnkowi, ty bez Johanna też miałabyś problemy finansowe.

– Hmm, w każdym razie coraz lepiej mówisz po polsku, znasz nawet polskie powiedzonka – podsumowała Iza. – Może powinnaś pomyśleć o pracy tłumaczki?

– Kiedy się słyszy te powiedzonka w wykonaniu ojca, dziadka i całej chmary Polaków, człowiek nimi przesiąka. Wiesz, Iza, jakoś mi nie pasuje prawdziwa praca.

Rozmowę dziewczyn przerwała Renata Orłowska, która w tym momencie weszła do przedpokoju.

– Nareszcie jesteś – powiedziała, całując Nicole w policzek. – Gdzie twój bagaż?

– Zostawiłam w domu dziadków – odparła Nicole. – Ciociu, domyślam się, że dziadek i babcia Basia już siedzą za stołem i opychają się smakołykami, które przyrządziłaś.

– Owszem, są smakołyki, ale to nie zasługa mamci tylko ekipy pani Stasi – wtrąciła Iza. – Mama nawet nie musi dziś podawać do stołu.

– Tak? A cóż to się stało?

– Dzisiaj mamy więcej gości niż zwykle, dlatego pani Halinka przyszła mi z pomocą – odpowiedziała Renata. – Jest Aga i Bartek oraz ich znajomy z Białorusi.

– Przystojny ten Białorusin?

– Przystojny, ale nie dla ciebie – mruknęła Iza. – Za stary i za biedny. Nie mógłby cię utrzymywać.

– Ciociu, co ugryzło dziś Izę? Jest wyjątkowo nieprzyjemna.

Orłowska w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

– Ostatnio to jej stały stan samopoczucia.

Przy stole w jadalni rzeczywiście siedziało kilkanaście osób. Oprócz starszych i młodszych seniorów, do których zaliczano Renatę i Roberta, a którzy mocno się tym oburzali, były również ich dzieci i wnuki, a także wcześniej już wspomniani okazjonalni goście.

Białorusin okazał się czterdziestokilkulatkiem o miłej fizjonomii i sympatycznym sposobie bycia. Jego brązowe włosy i broda były mocno przetykane siwizną, a okulary w ciemnej oprawie dodawały mu powagi i lat. Anton Moroz miał polskie korzenie i zamiłowanie do demokracji, co nie podobało się białoruskim władzom. Po kilku latach prześladowań udało mu się wyjechać z Mińska do Niemiec, a później do Polski. Nieobarczony rodziną i z uniwersalnym zawodem, bo z wykształcenia był anestezjologiem, nie miał problemów z adaptacją w nowym środowisku. Dobra znajomość języków – angielskiego, niemieckiego i polskiego – była dodatkowym ułatwieniem. Jeszcze nie zdecydował, które państwo wybierze na swą drugą ojczyznę, na razie zakotwiczył się w Krakowie. Mieszkał tu od pół roku, a od trzech miesięcy pracował w klinice Orłowskich. Pracę dostał za wstawiennictwem Bartka Krawczyka – neurochirurga, który był niedoszłym zięciem Roberta, a obecnym ojczymem jego wnuka. Do ślubu Bartka i Izy nie doszło, bo narzeczona wolała wyjść za mąż za swojego dalekiego niemieckiego kuzyna Johanna von Briesta. Bartek znalazł pocieszenie w ramionach eksżony Krzyśka i stał się ojczymem Eryka.

W oczach postronnych obserwatorów historie rodziny Orłowskich, ich dzieci i wnuków, związków i skomplikowanych relacji niewiele odbiegały od losów telewizyjnych bohaterów Mody na sukces czy Dynastii – również były zagmatwane, spektakularne i wręcz nieprawdopodobne. Ludzie z zewnątrz dziwili się, jak można mieć tak popaprane i zwariowane życie jak Orłowscy. Pracownicy kliniki zarządzanej przez Roberta Orłowskiego i jego syna Krzyśka traktowali tę rodzinę jak swoistych celebrytów. Obserwowali ich życie zza szpitalnego parawanu, plotkując przy kawie na ich temat, nierzadko przy tym konfabulując i zniekształcając fakty.

Rozdział 2

Iza z wściekłością wrzuciła woreczek z podpaską do kosza na śmieci. Umyła ręce i spojrzała na kalendarz wiszący w łazience. Znowu nic. Cholerna „ciotka z Ameryki” przybyła wraz z przyjazdem Nicole. Do łazienki wszedł jej mąż Johann – wysoki, ciemnowłosy, trzydziestokilkuletni przystojniak, o którym kilka lat temu marzyło wiele niemieckich dziewczyn. Miłość do kuzynki Izy spowodowała, że przerwał telewizyjną karierę i zamieszkał w Krakowie. Zaadaptował się do nowych warunków, założył z Maksem Gajewskim spółkę produkującą gry komputerowe i stał się Polakiem.

– Dlaczego wchodzisz do łazienki, gdy jest zajęta? – warknęła. – Człowiek nie ma za grosz prywatności.

– To przez miesiączkę jesteś dziś wściekła jak osa?

– Nie musisz się silić na głupie porównania – warknęła. – Czy zawsze muszę kipieć wesołością? Nie mogę mieć złych dni?

– Izis, nie przesadzaj. Nie rób tragedii w szklance wody.

– Pomyliło ci się z burzą – mruknęła. – W kwestii kwiecistych przenośni i porównań to już Nicole jest lepsza od ciebie, a mieszka w Polsce tylko okazjonalnie, podczas gdy ty mieszkasz tu na stałe. I do tego masz maturę z polskiego – prychnęła.

– Izis, nie zamierzam wszczynać kłótni, dlatego nie będę z tobą polemizował – mruknął, a potem dodał: – Jesteśmy jeszcze młodzi, kiedyś na pewno nam się uda.

– Dobrze ci mówić, bo masz już własne dziecko – warknęła. Widząc minę męża szybko się zreflektowała. – Przepraszam. Przecież wiesz, jak bardzo kocham Teo...

– Gdybyś naprawdę go kochała... – nie dokończył.

– To co? Nie chciałabym mieć drugiego dziecka? Większość ludzi marzy o dwójce dzieci. Dla rodziców jedynak to za mało, dla dobra dziecka też jest wskazane, by miał rodzeństwo.

– Izis, to, że mamy problemy z ciążą, nie upoważnia cię do wyżywania się na domownikach. Zresztą, dla obcych też jesteś wredna.

– Nie przesadzaj, nikogo dziś nie uraziłam.

– Byłaś złośliwa wobec Nicole i Eryka. I te uwagi skierowane do Agi i Bartka...

– Wobec Eryka?! Tu już mocno przesadziłeś. To diabeł wcielony, zachowuje się paskudnie, a wszyscy patrzą na to przez palce. Cóż takiego bulwersującego niby powiedziałam?

– Hmm... zacytuję: „ten wasz nieokrzesany bachor powinien zostać odizolowany od innych dzieci. Znęca się nad nimi i daje zły przykład. Powinniście przez miesiąc trzymać go w miejscu odosobnienia, dając do jedzenia miskę kaszy gryczanej, a do picia sok z buraka, bo ich nie lubi, a mają wartości odżywcze”.

– To i tak dla niego za mała kara, bo ten łobuz zasługuje jedynie na suchy chleb i wodę. A co do Nicole, czy nie mam racji, że powinna się w końcu ustatkować? Wszyscy tak uważają.

– Ale głoszenie wszem i wobec przy stole, że zmienia facetów częściej niż pościel we własnym łóżku, to chyba nie na miejscu. Tym bardziej, że siedział z nami ten Białorusin.

Iza wzruszyła ramionami.

– Przecież Nicole się nie obraziła.

– Powinnaś być jednak wobec niej milsza.

– Jej ego nie potrzebuje dopalaczy.

Rzeczywiście Nicole się nie obraziła, bo już nazajutrz poszły razem na zakupy do Galerii Krakowskiej. Postanowiły zrobić sobie babski wieczór.

– To cud, że nie wzięłaś z nami Teo – mruknęła Nicole.

– Zamierzałam, ale tatko wziął wszystkie dzieciaki do kina, a Teo uwielbia mojego tatę.

– Uwielbiają go, bo ma podejście do dzieci. Ja go nie mam. Nie jestem macicą na wysokich obcasach, mam w życiu inną rolę do spełnienia niż produkowanie wrzeszczących bachorów.

– Niby jaką rolę? Lali do dmuchania? – sarknęła Iza.

– Mam nadzieję, że za chwilę usłyszę słowo przepraszam.

– Od tego słowa bolą mnie zęby – mruknęła Iza, ale szybko dodała polubownie: – Dzieci jednak cię lubią. Na przykład Teo ciągle dopytywał, kiedy przyjedzie ciocia Nicole.

– Właśnie tego nie rozumiem, bo ja za nimi nie przepadam. Podziwiam ludzi pragnących sprowadzać je na świat. A takich jak ty, którzy decydują się wychowywać cudze dzieci jak swoje, wyrzekając się przy tym własnego życia i narażając na niewygody, to w ogóle nie mogę zrozumieć. No może w twoim wypadku jest trochę inaczej, bo robisz to ze względu na Johanna. W imię miłości można podjąć się różnych heroicznych rzeczy, nawet matkować. Dobrze, że cię ominęło zmienianie pieluch...

– Nicole, przestań bredzić. Teo to mój syn, chociaż go nie urodziłam.

Szły alejkami galerii, oglądając wystawy sklepowe. Właśnie zamierzały wstąpić do sklepu sieci Rossmann, gdy usłyszały za plecami przyjemny baryton.

– Dzień dobry paniom.

Dziewczyny odwróciły się i ujrzały wysokiego przystojnego szatyna. Twarz mężczyzny wydawała się Izie znajoma. Już zaczynała wertować w głowie nazwiska, ale mężczyzna jej to ułatwił.

– Jakiś czas temu byliśmy na tym samym weselu – powiedział, uśmiechając się do obu dziewczyn, ale przytrzymując spojrzenie na Nicole.

– Jesteś bratem Poli, tak? – przypomniała sobie Iza. – Z tego co wiem, pracujesz w klinice mojego taty.

– Czuję się zaszczycony, że mnie zapamiętałaś.

– Zapamiętałam, bo jesteś jednym z nielicznych facetów, którzy nie mają zarostu. Wokół sami brodacze.

– Też miałem, ale zgoliłem. Hmm, twój ojciec również nie nosi zarostu.

– Tatko nie ma brody z próżności, bo choć na głowie ma szpakowate włosy, to zarost jest całkiem siwy. A dlaczego ty nie podążasz za trendem męskiej mody?

– Chciałem się wyróżniać. Poskutkowało, zapamiętałaś mnie – odparł z uśmiechem, po czym zwrócił się w stronę Nicole. – A ty mnie zapamiętałaś?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Jasne, że tak. Rzadko kto wyrzuca mnie z łóżka w środku nocy.

– Mała nieścisłość, to nie była noc, lecz południe, i to nie ja cię wyrzuciłem.

– Owszem nie ty, tylko twoja dziewczyna – burknęła Nicole. – Trzeba było uprzedzić, że masz narzeczoną.

– Nie była moją narzeczoną. Nie przypuszczałem, że wpadnie bez zapowiedzi.

– Miała klucze do twojego mieszkania, więc byliście ze sobą blisko. Dlaczego nie przyszedłeś z nią na wesele siostry?

– Bo nie była moją narzeczoną. I nie miała kluczy do mojego mieszkania. Byłem tak zaaferowany tobą, że zapomniałem zamknąć drzwi na klucz.

Iza przysłuchiwała się rozmowie. Cała Nicole, żadnemu przystojnemu facetowi nie przepuści, pomyślała.

– Usiądźmy gdzieś, porozmawiamy – zaproponowała Szwedka.

Mężczyzna spojrzał na zegarek.

– Niestety, nie mam czasu, za godzinę zaczynam dyżur.

– Może więc innym razem. Oto namiar na mnie – powiedziała Nicole, wyjmując z torebki wizytówkę. – Będę w Polsce jeszcze jakiś czas. Jest tam też moje imię, jeśli zapomniałeś. A jak tobie na imię?

– Szymon. Nerowski. – Uśmiechnął się, chowając wizytówkę do kieszeni. – Do zobaczenia.

Kiedy zniknął z pola widzenia, Iza spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.

– Boże, Nicole, kiedy w końcu dorośniesz? Naprawdę musisz rozkładać nogi przed każdym napotkanym facetem?

– Nie przed każdym, tylko przed takim, który mi się podoba.

– Za długo marynowałaś mózg w alkoholu. Jesteś beznadziejna. Nawet nie wiesz, czy jest wolny. Może ma żonę albo dziewczynę.

– Gdyby nawet miał, co z tego? Pamiętam, że był niezły w łóżku, więc przydałaby się powtórka. Aha, Iza, pogadaj z babcią, żeby dała mi klucze do tamtego wolnego mieszkania. Kocham dziadków, ale wolę ich kochać kilometr dalej.

– Nic z tego, w mieszkaniu teraz rezyduje ten Białorusin, Anton Moroz. Tatko mu je udostępnił do czasu, aż facet nie znajdzie jakiegoś lokum.

– Szkoda – westchnęła Nicole.

Rozdział 3

Nicole nie mieszkała długo w domu Barbary i Jona, bo wymogła na dziadku i swoim ojcu, który przyjechał z żoną do Polski w odwiedziny, by zainwestowali część oszczędności, kupując w Krakowie mieszkanie.

– Kraków to miasto akademickie, zawsze znajdą się chętni na wynajem – zachęcała.

– Jak mamy je wynajmować, skoro zamierzasz tam mieszkać? – mruknął Jon.

– Na razie tylko chwilowo, potem można je wynająć lub sprzedać. Babciu, sama mówiłaś, że mieszkania w Krakowie to dobra inwestycja.

Chociaż Barbara Orłowska-Johannson poślubiła Jona, gdy Nicole była już nastolatką, traktowała dziewczynę jak wnuczkę.

– Skąd u ciebie nagle zainteresowanie Krakowem? – zapytała starsza kobieta.

– Chciałabym częściej się z wami widywać, a w Szwecji na razie nie mam co robić. Może uda mi się znaleźć pracę w IKEA, już do nich dzwoniłam w tej sprawie. Po weekendzie mam spotkanie rekrutacyjne.

Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na dziewczynę. Iza zmarszczyła brwi.

– To do ciebie niepodobne. Nicole i IKEA? Przecież jesteś fotomodelką, a nie sprzedawczynią mebli.

– Może stanę się twarzą IKEA, przecież jestem Szwedką. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Na przykład będę reklamować sofę albo łóżko. Nic nie wiadomo. Na pewno znajdzie się dla mnie zajęcie.

– Nicole, czy twoje zainteresowanie pracą w Krakowie nie ma związku z pewnym przystojniakiem, którego spotkałyśmy w galerii? – zapytała Iza.

– Możliwe – odparła tajemniczo Szwedka.

Iza miała rację. Powód nagłej miłości Nicole do Krakowa miał sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, piwne oczy i brak zarostu na twarzy.

– Iza, chyba się zakochałam – oznajmiła dziewczyna, gdy zostały same w pokoju.

– Coś podobnego! Własnym uszom nie wierzę. Ciekawa jestem, kiedy się odkochasz. No cóż, Nicole, nie należysz do osób stabilnych uczuciowo.

– Mylisz się, jestem bardzo stabilna uczuciowo. Świadczy o tym choćby fakt, że nadal uważam cię za najlepszą przyjaciółkę, mimo twoich ciągłych złośliwości.

– Przyjaźń to nie to samo co miłość. Powiedz mi, ile trwała twoja najdłuższa miłość do faceta?

– Żadnego nie kochałam. Hmm, z niektórymi kochałam się kochać. Z Szymkiem jest inaczej, dlatego chcę osiąść w Krakowie na stałe. To znaczy tak długo, dopóki będę go kochać.

– To może lepiej będzie, jeśli z nim zamieszkasz? No może nie tyle lepiej, ile taniej.

– Po pierwsze, aż tak głupia nie jestem, żeby z nim zamieszkać, bo szybko by się na mnie poznał i nasz związek szybko by się zakończył. A po drugie, on też woli mieć własną przestrzeń. W stu procentach się z nim zgadzam, uważam, że codzienna bliskość zabija miłość. Przykładowo, ty i Johann już tak nie spijacie sobie miodku z ust jak to bywało wcześniej.

– Przestań bredzić. Nadal bardzo się kochamy.

– Jakoś tego nie widać.

– To idź do okulisty – mruknęła Iza. – Oczywiście, że szaleńcze zakochanie nie trwa wiecznie, ale w jego miejsce pojawia się nowe uczucie, może mniej intensywne, lecz bardziej stabilne. Uczucie to nazywa się MIŁOŚĆ. I nie polega na spijaniu sobie miodku z ust, tylko na akceptacji partnera z wszystkimi jego wadami, na poczuciu bezpieczeństwa, na solidarności, na umiejętności wyrzeczenia się własnych przyjemności, na stawianiu swojego ego na drugim planie, na...

– Iza, to ty przestań bredzić. Operujesz komunałami. Przecież widzę, że w waszym związku nie dzieje się dobrze. Mnie nie nabierzesz, znam cię lepiej niż twoi rodzice.

Iza w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.

Nicole miała rację, między nią a Johannem źle się układało. Głównym powodem był brak potomstwa. Przez parę lat nie starali się o dziecko, wręcz przeciwnie, Iza bardzo nie chciała zajść w ciążę. Miała dość obowiązków związanych z synkiem Johanna i nie uśmiechało jej się powiększanie rodziny. Nagłe pojawienie się chłopca w ich świeżym związku zakłóciło dotychczasowy uporządkowany styl życia, jaki wiedli po ślubie. Byli jeszcze młodzi, pragnęli cieszyć się sobą, zwiedzać świat, robić kariery zawodowe, a nie niańczyć dzieci. Oczywiście, chcieli mieć dziecko, ale dopiero za jakiś czas. Los miał jednak dla nich inny scenariusz i nieoczekiwanie postawił na ich drodze nieślubnego syna, o którego istnieniu Johann nie miał pojęcia. Niespodziewana śmierć matki chłopca wymogła na Johannie niechciane ojcostwo, a Izę postawiła na emocjonalnym rozdrożu. Przeważyła miłość do męża i po krótkim rozstaniu dziewczyna ponownie wpuściła męża do swojego życia wraz z jego „przychówkiem” – tak określiła chłopczyka Nicole.

Iza dość szybko się nauczyła roli matki i według rodziny egzamin z macierzyństwa zdała z wyróżnieniem. Teo pokochał Izę, a Iza pokochała chłopca. Przez trzy lata Izie wystarczał jedynak, ale dwa lata temu odezwał się w niej gwałtowny zew prokreacji. Bardzo pragnęła urodzić dziecko. Często sobie wyrzucała, że odkładała ciążę na później, że martwiła się chwilowym brakiem miesiączki, że zażywała tabletki antykoncepcyjne, a raz nawet tabletkę „po”. Teraz właśnie ta tabletka najbardziej ją prześladowała. Może właśnie w tym tkwiła przyczyna jej bezpłodności? Mimo że wszyscy ginekolodzy negowali te przypuszczenia, trudno było Izę przekonać. Wciąż uważała, że los postanowił w ten sposób wymierzyć jej karę, że to jej karma. Zadręczała nie tylko siebie, ale też Johanna. Z radosnej i uśmiechniętej dziewczyny, jaką zawsze była, stała się zgorzkniałą i pochmurną sekutnicą. Johann z trudem to znosił, Iza często dostrzegała na jego twarzy zniecierpliwienie i tamowaną złość. Jedynie wobec Teo i w obecności krewnych starała się być taka, jak dawnej, ale coraz trudniej jej szło udawanie.

Oprócz Johanna i ginekologów, których zmieniała często, nikt nie wiedział o jej problemie. Nawet rodzicom nie mogła się zwierzyć. Wiedziała, że mama od razu powiedziałaby o wszystkim tacie, a on w żadnym wypadku nie mógł się o tym dowiedzieć. Ojciec na pewno szukałby przyczyny niepłodności w ich pokrewieństwie – w końcu Iza i Johann mieli wspólnego pradziadka. To głównie z tego powodu jej ojciec długo był przeciwny ich związkowi. Chociaż polskie prawo nie zabraniało takiego małżeństwa, a nawet Kościół katolicki je aprobował, uznając ryzyko wad genetycznych u potomków za niewielkie, to jednak całkowicie znikało ono dopiero wtedy, gdy małżonkowie mieli wspólnego prapradziadka. Iza była przekonana, że gdyby ojciec dowiedział się o jej poronieniach, na pewno by stwierdził, że przyczyną było odrzucenie płodu przez organizm spowodowane wadami genetycznymi z tytułu zbyt bliskiego pokrewieństwa. Dla Izy taka argumentacja byłaby trudna do przyjęcia, świadczyłaby bowiem o porażce ich związku, a Iza kochała Johanna... i nienawidziła porażek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wydawnictwo Prozami poleca

Wcześniejsze losy bohaterów poznasz dzięki powieściom z cyklu Miłość Namiętność Pożądanie (saga o rodzinie Orłowskich) oraz książce Nowe serce Poli Neri.

.

Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl