Obce ciało. Wiersze z lat 1989-2019 - Krzysztof Koehler - ebook
Opis

 

Obce ciało to wybór wierszy z lat 1989–2019 znakomitego poety, eseisty, historyka literatury, wybitnego znawcy kultury staropolskiej. Krzysztof Koehler to także współredaktor „Brulionu”, autor między innymi ośmiu książek poetyckich, antologii poezji sarmackiej Słuchaj mię, Sauromatha (2002), rozprawy Stanisław Orzechowski i dylematy humanizmu renesansowego (2004), monografii Piotra Skargi Boży podżegacz (2012), powieści Wnuczka Raguela (2014) a także eseju o kulturze i cywilizacji staropolskiej Palus sarmatica (2016). Niniejszy wybór wierszy obejmuje całość twórczości poetyckiej Koehlera, jest pełnym wyborem z ostatnich 30 lat. W posłowiu do tomu wierszy przeczytamy: „choć w pejzażach Koehlera często odnajdziemy wiele uroku, nie jest jednak poeta malarzem dawnych formatów, klasycystą poprzez ponowienie. Raczej – romantycznym buntownikiem, „partyzantem prawdy”, wreszcie zaś – „obcym ciałem” na tle uładzonych, podręcznikowych prób opisu polskiej poezji współczesnej. Rozpiętość form i gatunków sytuuje się tutaj pomiędzy krańcowo odmiennymi biegunami ekspresji”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 215

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


REDAKTOR PROWADZĄCY: Anna Piwkowska
OPRACOWANIE REDAKCYJNE: Katarzyna Jabłońska
POSŁOWIE: Ireneusz Staroń
KOREKTA:Aleksandra Nizioł
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Piotr Kieżun
SKŁAD I ŁAMANIE: Aleksandra Olmińska
Ilustracja na okładce: Litografia z książki Ernsta Haeckela „Kunstformen der Natur”, Bibliographisches Institut, Leipzig und Wien: 1904. Ammonitidia (Ammonshörener) – Tafel 44. Biodiversity Heritage Library. Domena publiczna.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2019
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019 © Copyright by Krzysztof Koehler, Warszawa 2019
ISBN 978-83-66272-78-1
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

Z TOMUWIERSZE, 1989–1990

Kindze

.

JESIEŃ

M.B.

Pora wymarszu armii. Słońce

Łaskawie chyli się nad horyzontem.

Nim krzepkie powietrze

Wejdzie w fazę znaczeń –

Równiny, lasy, twierdze i

Mordercze marsze.

Płonąca czerwień drzew, jak

Nastroszone stosy świętych Inkwizycji.

Smutno w zamglony cel

Sumują się dni; trzepotem

Otwierają niebo ptaki.

Zwycięską pieśń rozwieje wiatr.

Nastanie blada cisza śmierci.

Gorzkim owocem wypełnia się czas:

Ślepe dotknięcia losu

Wśród krzyków i werbli.

.

ZE ŚW. AUGUSTYNA

Człowiek osiąga pełnię harmonii wtedy,

kiedy nad wszelkimi innymi elementami jego natury panuje

i przewodzi ten pierwiastek, który wynosi go ponad zwierzęta.

św. Augustyn, „O wolnej woli”

Drzewa. Blady cień słońca śród gałęzi.

Podcięte dachem dwie wieże kościoła,

Z ulicy łoskot, czarne bryły wron, gruchanie gołębi.

Brudna pora. Roku. Śnieg czernieje,

Gałęzie groźnie przyszpilone

Do sinego nieba. Spokój wieży, wirujące skrzydła ptaków.

Zmienność i trwanie. Siedzę naprzeciwko okna,

Czekam na zieleń, czytam Augustyna.

Delikatnie prószy śnieg. Otwierają mrok

Łuki romańskich okien.

Nic się nie zmieni. Przemija chwila,

Świat za oknem jaki jest taki będzie,

Brudna pora roku przeze mnie przejdzie.

Słońce krzyczące przez korony drzew i

Martwe chmury. Wieża podcięta dachem

Niezachwianie stoi. I drzewa.

Tak niepojęty i obecny świat.

Gość zaproszony do przedsionka domu

Wyrwę się kiedyś przymykając drzwi.

.

***

profesorowi T.U.

Nic nie uchroni przed niebytem;

Ni książek poszarzałych zgrzebne płótno,

Ni płyt nagrobnych marmur potrzaskany.

I pamięć zgaśnie jak świeca zdmuchnięta

Powiewem wiatru, który w ciepłe oko

Pokoju wpadłszy, jak jazda tatarska

Smaga powietrze.

Słucham co usta twoje cicho powtarzają,

Co gardła, co goryczą kawy przepłukana jama

Śpiewa i nie potrafię, mój mistrzu starawy,

Powstrzymać gniewu.

Lecz nie ocalę. W ślad stopy twej greckiej

Żałosne wkładam, wątłe swoje nogi,

Tak jakbym stawał na odciskach wiecznych

Zbiegłemu bogu.

Przepaść nas dzieli. Mój język kaprawy

Dawno nie słyszał mowy Cycerona,

Pozwól więc tylko, bym cieszyć się mógł –

Nim pamięć skona.

.

***

I.Cz.

Późno dostałem od Ciebie

Wieść z krain, skąd się nie powraca.

Wybacz, że przedtem o tym nie wiedziałem,

Gorzka odpłata.

Zgrzeszyłem wielce, grzech jak światło niosłem,

Grzeszyłem kładąc się spać, rano wstając,

Grzeszyłem chodząc, modląc się, czytając –

Nie karz mnie za to.

I będzie wina moja coraz większa rosła,

Z każdym oddechem, minutą, radością,

Hades bez miejsca bowiem zamieszkałem

Z wielką miłością.

Przestaną Twoje znaki tu docierać.

Ten jest ostatni. Więcej nic nie powiesz.

A ja zapomnę. Ale zmartwychwstaniesz

Śmiertelny Boże.

.

IMPERATYW

Kazimierzowi Cz.

Wszelkie świadectwa odwagi

Ślepej i niemej, jak drzewa w pożodze;

Wierności ślady, jak skrzydła ważki

Odciśnięte w wodzie.

Tropy przez gąszcz, zwierząt ścieżki,

Trawa złamana w popłochu ucieczki.

U wodopoju słońce na wodę rozlewa

Cienie żyjące – falujące drzewa.

Wielogłosowy chór nadejścia nocy;

Wilgotne chrapy, poduszki łap nieme,

Smukłe sylwetki, zbite mięśni kłęby,

Drżąca energia i spokój niepewny.

Łabędzie naszej woli z pełną gracją

Wciągają w nozdrza smak uczynków wzniosły,

Jak pszczoły, nektar z dna Nicości piją,

Aż topór raz rozdzieli głowę z wiotką szyją.

.

POCHWAŁA SCHOLASTYKI

Pomiędzy pierwszym i ostatnim

Wersem, w drodze myśli od

Trawy do Króla stworzenia,

Pomiędzy pręty przed-ustawnej

Klatki wbudować trwogę,

Radość, moc istnienia.

Wydobyć ton. Jak

Flet, Boży ład

Jest martwy,

Gdy grajek

Przestaje go grać.

.

SONET DLA KINGI

Noc. To już koniec. Karta już zamknięta.

Uczniowie wyruszają do Emaus w drogę.

Już wszystko było, kurtyna zsunięta

I w twarzach wszystkich przyszłość rzeźbi trwogę.

Gra się skończyła. Dwunastu w popłochu

Odwraca głowy grzejąc się przy ogniu,

Nocą okryci, wiarę im po trochu

Wykrada płomień, beznadziejność losu.

Nim w Awinionie, opętany Laury

Oczami, poeta w nieśmiertelność wkroczy,

A z ramion krzyża opadną kotary,

Nim chłonne usta otworzą się, Panie

I śpiew żałobny stulecia zabroczy,

Zabrzmi triumfalnie Twoje Zmartwychwstanie.

Wielki Piątek 1986

.

ŚWIADOMOŚĆ

Przestaliśmy rozmawiać. Wyjrzałem przez okno.

Nagły przeciąg uderzył od drzwi;

Dołem kolorami krzyczące

Grupki dziewcząt wychadzały sny.

My wiedzieliśmy więcej od tego co się stanie.

Każdej z nich nasz palec

Na zakurzonej szybie kreślił pokręcony los;

Widzieliśmy ich dwoje, potem troje,

Lecz dalej nigdy nie sięgał nasz wzrok.

Nie była mądrość gorzka ta, ani nad miarę,

Raczej jak mylący w tańcu się, gubiący krok.

Powtarzać mogliśmy figury już poznane

I ufać, że tańczymy wbrew rozpaczy, sami,

I, że z nas wiedzących, nie żartuje los.

.

DANTE I POECI

Pięciu ich było, a wędrowiec szósty.

O czym mówili powiedzieć nie raczył

W obliczu drogi, która w usta kładła

Pieczęć nieodgadnionej, lecz trwożnej przyszłości.

W przeczuciu spraw, o których mówić przyjdzie

Poezji sprawy tak niewiele znaczą, że

Wolno rzucić je na pastwę czasom.

To co przemilczane dziś przeszywa krzykiem

I głodne oko spraw co nastąpiły roi,

Po tym jak książka upadła na ziemię,

Gdy z słów romansu los pieczęć wykroił.

.

WIERSZ DLA OSIPA MANDELSZTAMA

Dlaczego wbiłaś sobie do głowy,

że musisz być szczęśliwa?

Nadieżda Mandelsztam, „Nadzieja w beznadziejności”

Zostaw szczęście tamtym

którzy nie łakną

którzy w spokoju nocy

wiodą prym

zdradliwym pomocnikom

milczącym Judaszom

Zostaw szczęście przegranym

dla nich skończyła się walka

Niech sycą się w ciszy

jadem klęski

Niech szczęśliwym

piękne łąki się ścielą

Miasta świetliste

niech im miłe będą

Dla nas jeszcze

nie zaczęła się nuda

Rozkwita wiśnia

Skowycze krzyk

.

JOHANN SEBASTIAN BACH. PASJA

I jeszcze teraz milczy pieśń. Powolnym

Echom, gdy w katedrze trwa

Zatrzymany krok, wpatrzony

W nieskończoną tajemnicę ognia

Krzepnie gest.

Jeszcze nie staje się. Ten śpiew.

Pochód cieni. I gregoriański chorał,

Kiedy w palcach przesuwał,

Jak paciorki różańca, to

Liści szept i moje po latach milczenie

Mój śmiech.

Kiedy w powolnym ogniu

Jasne staje, jak w godzinie

Śmierci

Wielkie życie.

.

OWIDIUSZ. OSTATNIE LATA

O wysoki brzeg czarne fale biją,

Nad Tomi coraz więcej chmur,

Już wkrótce burza zejdzie z sinych gór

I kształty w mroku nocnym się rozmyją.

Jednak ciągle myśl toczy falujące słowa

I palce szybko wybijają frazy rytm.

By nie obrazić bogów ni Augusta uszu zbyt

Nachalną prośbą. Uważać by odmowa

Nie zostawiła na zawsze tu. Na końcu

Świata. W grymas smutku układa się morze.

Chropawe dźwięki barbarzyńskiej mowy.

Beznadziejnie puste dni i noce wygnania.

Szyk elegancki rozbija się w skowyt.

Coraz trudniej troszczyć się o wygląd ciała.

Brud i zapomnienie rzeźbią obce krajobrazy –

Przepaść wstrętu bez słonecznej miary.

.

ROZMOWY Z DANTEM

I

W ustach ostatnie jeszcze imię żyje

Mieszkańca kraju, w którym słońce

Obce, a przeszłość już układa się w

Formułę. Nabrzmiewa deszczem

Niebo pełne zdarzeń.

I nowe rzesze zstąpią tam

A nie imiona. Wojskowy krzyk,

Ten będzie je gromadził

Tabory ciężkozbrojne Jana Husa z Pragi

I pusta z Wittembergi twarz odziana w habit.

Z nowej kabały magia liczb się

Zrodzi i pomnożone bez kresu

Ilości wdeptywać będą w ziemię

Bez litości ponure tłumy. Diabeł

W dziejach gości

II

O Bogu rzeczowników wolno płynie mowa,

Który w blasku rządzących pełnią powszechników

Na tronie zasiada, mocarny Jehowa

Wiedzą opasły jak księga omszała

Sylogizmami spiętych heksametrów,

Gdzie Eucharystia już się dokonała.

Stoi. Nie wraca. Nie rusza z kopyta,

Jak Słońca stała nad Ziemią orbita.

Bóg Abrahama, Adsenta, Donattiego Guida.

III

Cienie rzucamy. Odbicie w ciemnej wodzie stawu

Łudzi. Jesteśmy pasterzem trzód, ojcem co

Piłką bawi pamięć śmierci syna, sługą w

Pustym zamku rycerza spod Troi.

I co się stanie, jest jak zapowiedź wieczoru,

Kiedy kształty tężeją, by zatrzeć się w mroku,

Krótka muzyka pocałunków, cisza, szybkie kroki.

Wróżby pięknego losu, wojny, głody, zarazy,

Chaos pragnień, ten zawsze bardziej rzeczywisty świat,

Zapowiedź bez spełnienia. Zdyszany strzelisty akt.

.

EGZEKUCJA SERVETA

I

W czerwonych lokach ognia dopala się słońce

Wąskie uliczki dusi czarny dym.

W mosiężny posąg wyrzeźbiony Kalwin

Blask jak magnezja rzeźbi grymas ust.

Tak właśnie umiera reformacja. W upale

W zatrzymanym oddechu tłumu,

W złorzeczeniach wrogów i szeptach przyjaciół.

Nieosiągalne kształty historycznych zdarzeń

Zaledwie wiatr zawieje zmieniają się w krew.

Już tylko zdrada, milczenie i miecz.

Nad małym placem w królestwie wolności

Unosi się popiół, jak przybój szumi tłum.

Na wargach gorzki, pierwszy posmak zbrodni.

II

I kiedy węże ognia pochłonęły ciało,

I dym gryzący napełnił podsienia,

To wtedy nie zadrżało grozą niebo,

Nie obsunęła się w głąb ziemi ziemia.

I pewność krzywdy – słodka pewność pokrzywdzonych

Nam, paru uczniom zatrzasnęła usta,

Nikt, jak Piotr Pana, z nas się nie zapierał,

A tłok był taki, że na nogach ustać

Cud był. Zadrżały członki i do świętej wojny

Żaden diabeł ni Bóg nas nie przymuszał.

Chyłkiem łokciami rozdając obficie

Beneficja spieszyliśmy na miejsca umówione

I słodka pewność szeptała zawzięcie:

Nie ma. Dla wrogów nie ma przebaczenia.

Przecież niektórzy z nas się wycofali.

Z każdym polanem płonęła ich wiara,

A okrzyk wpływał w falujące morze

I usta wyznawczo skandowały: Kalwin.

III

To, co stać się musiało, oto się spełniło.

Krzyk rośnie w powietrzu. Pańskich obowiązków

Ręka, czemu aż tak mocno przytłoczyła mnie.

W jakim momencie przekroczyłem wrota?

Coraz więcej wymaga Bóg –

Żydowski, mściwy Jehowa.

.

KRAKÓW

Podniosłem oczy i wolno się wdarła

W przestrzeń pokoju zatłoczonych rzeczy

Cicha, jak kryształ czystej górskiej rzeki

Majestatyczna sygnaturka z wieży.

Nim oczy przykryć zdążyłem zawtórowały

Jej głośne dźwięki dzwonów,

I rozgadały się w godzinie zmierzchu

Wieże tych wszystkich, które są, kościołów.

Aż przebrzmiał dźwięk. I tylko echo niosło,

Jak z dala szum bitewny, kiedy wiatr przywieje

Do wojska, które jeszcze czeka na swój los,

Radość i strach, i gniew, i nadzieję...

.

KLASZTOR CYSTERSÓW. MOGIŁA

Ciche modlitwy

Słone kwiaty ust

W stuletnich dębach

Pochylony Bóg

Nad ziemią lichą

Siwy nieba strzęp

Chłodnych posadzek

Obudzony dźwięk

Nad rzeki brzegiem

Pośród wrzasku miast

Requiem pogodne

Nieustanne trwa

.

PLANTY

Nie zamykają się wrota. Wciąż trwa

Pora witania gości, kiedy mgła niemo

Osnuwa ulice albo, gdy słońce

Buduje wieżyce zamku w porze

Dzwonków i ciszy.

Krucha, stająca się wciąż granica,

Która już niczego nie dzieli,

Odkąd mądry architekt kazał zburzyć

Mur, łagodnie sumują się lata

W dojrzałą dal.

Błogosławiony został czas. I z każdą

Chwilą, gdy brniesz przez kopalnię liści,

Przekonujesz się, że sprzyja mijanie lat,

Bo tylko to, co skończone, może

Przestać trwać.

.

ZAKONNIK I DZIECI

Tutaj nie ma Ojca. Ojciec w niebie jest.

Czarny habit, trawa i dziecięcy śmiech.

Słońce. Błękit nieba. Mroczny portal w tle.

Samotność i smutek czai się w zabawie.

Przez zapach świeżych pąków, poprzez dzieci bieg

Spełnia się przeznaczenie. Nie odmieni się

Los. W wieczornym śpiewie ptaków trzaskają drzwi.

„Nie zbliżaj się. Obce miejsca nas chowały.

Dlatego tak niezdarny ruch ręki i głos.

A ojca tutaj nie ma. Nasz Ojciec wspaniały

Rozdzielił nasze życie jak na czworo włos”.

.

NAPIS

Rytm utajony, który złożyć kazał

W napis dłuto i kamienną kartę

Suchą salwą kroków pośród

Opuszczonych murów nawy, znowu trwa.

Ład. Rozkołysany ocean spokojny oddechu,

Poprzez przelewające się nad głowami nawałnice lat

Wciąż ten sam kamień, ból serca i strach,

I chwilami tak blisko jest od „ty” do „ja”.

.

JAN WOLFGANG GOETHE W KRAKOWIE

Niewiele drzew. Parę topoli,

Jakiś klon. Budynki, błoto,

Deszcz, mgłę, dachy – to

Tylko pokochało wąskie okno

I cudotwórczy ręki gest: piekło

Hałasu lub po chwilowym trzasku

Święto jedni serca i ręki,

Papieru i stołu.

Jan Wolfgang. Goethe w Krakowie,

Zwiastun śmierci. Ot, żeby

Konie zmienić, bawić się widokiem

Straganów śród wrzeszczącej czerni.

Pierwsze podjazdy stoją u bram

Miasta. Wre tłum. Szybkie są

Ręce złodziei. Korony nie dostanie.

Król Fryderyk.

Lecz jeszcze spokój. Wypala się dzień.

Kandelabr płonie w mrocznej sieni.

Poeta gładzi ręką smukły stołu blat:

„W moim życiu już nic się nie zmieni”.

.

ST. SEBALD. NÜRNBERG

Wkroczyliśmy butnie w przepychu

Zmęczenia, które pełnym spojrzeniem

Zamieszkuje oko; oddech szelestem

Owionął sklepienia i suchy kaszel

Słów przeorał powietrze; opiewaliśmy

Piękność ram złoconych i szkieł

Kolorowych żywy blask; jak na wietrze nasze

Cienie się chwiały, burzące symetrię.

Katedra nie uczyła nas pokory,

W majestacie ciała, w pięknym

Ładzie rąk, osadzeniu głowy

Pozostawało tylko – porównanie –

Lekcja starych mistrzów średniowiecza:

Szum lasu, nieba dach, paląca się świeca

I wiedza jasna o mocy człowieka.

.

NIEMCY. BAWARIA

Jeszcze raz to samo. Czas siania, czas zbioru.

Z siewcy kosiarz przeistoczony przez letnie upały.

Dobry ogrodnik. Pasterz. Strzegący czystej wody.

Studnia i rozpalona przez słońce równina.

Kiść jarzębiny czerniejącej od pierwszego mrozu.

Przez słupy drzew prześwieca tafla stawu

Okolonego świerkami; rzadki ptasi śpiew.

Kraina krzyczącej, obcobrzmiącej mowy.

Tak nam kościoły przypadły do gustu,

Prawie jak w dom świeciło słońce,

Kończyło się lato, wrzesień, zimne ranki

Ciepłem ogrzane uprzejmego „Morgen”.

Wszędzie, gdzie gotyk, zimne twarze świętych,

Nawy chłód mroczny, igranie symetrii

Tam się spotkamy i w rozmowy nasze

Cicho się wsącza tysiącletni chór.

.

ELEGIA

Łączy nas miłość przyrody. Głuchy trzask pioruna

Budowany echem wielkich domów,

Fala deszczu od ściany ciemniejącego

W dali lasu.

W powietrzu pachnie wtedy ziemią,

Ptaki przestają śpiewać, bo później

Już tylko drżąco śpiewa deszcz,

I skrzypią w parku dęby, co przed domem.

Ganki, balkony, klomby przed

Oknami, które sadziła matki jeszcze babka,

Oraz te, które pamiętamy,

Jak powstawały w samym sercu miasta.

Ogrody, gaje wysoko zawieszone

Pod siwym kocem nieba; pejzaże pasterskie

Małej wyobraźni; jest i świątynia Sybilli

Albo potop, kiedy trwa ulewa.

Nam nie przystoi z żalu wznosić

Świątyń, w których ważą się święte proporcje.

Słodka jest mokra ziemia.

Szybki, zdyszany oddech.

.

LWÓW

Żeni

I

Tego miasta już nie ma. Oślepł stary mur,

Zapomniał co powiedzieć chciał park opodal wzgórza,

Zamku, który znikł, ruiny nie służą opowieściom.

Głucho, głucho toczy się historia.

Miasto z pamięcią starszą od narodzin,

Z ciężką myślą, co przygniata skroń.

Duszny mrok i wątłe kroki laską wsparte.

A więcej nic. Nic. Nowe karty.

Do tego miasta po omacku brnąłem

Przez granic się przebiłem zimny pas,

A tam tylko nowe zatknięto proporce;

Na inną nutę pieje miejski kur.

I tylko to, jak złowieszcze światło,

Które kłam ciemności niosąc gasi oczu żar,

Że nie ma wrzasku ni płaczu, grzyb tylko

I deszcz ślady zmywa. I śmierć.

II

Los tych co w porę czmychnąć nie zdążyli

Podobny zwykle bywa do ksiąg starych,

Które zetlałym drukiem bezzębnie mlaskają

I pokazują coś uciętym kciukiem.

Pamiętasz – zamiast sukni na łące

Rozgrzanej, szybko z ciała zdjętej –

Czy pamiętasz ten deszcz, który w niedzielę

W domu zatrzymał nas, onego roku?

Nie wierzyć. Wszakże mylą daty.

Nieautentyczni, zastępcy samych siebie,

troskliwie w głębi szafy skryte numizmaty.

Bez wartości moneta. Rdza i kurz.

Wychowankowie gnijących bibliotek

Spleśniałym głosem wiodą przypomnienia

Jakby ocalić chcieli od kamienia

Barok? Rokoko? – sypki niemy gruz.

III

Z bibliotek szkoły, z gimnazjów koszary,

Z kościołów składy na proso i len,

Z pamięci jatkę, z przyszłości ofiary,

Tak w ciało wstąpił oszalały sen.

Dwa miasta w jednym, dwój-myślenie w głowie;

Miejsca, co zieją przeszłością tak jak bramy moczem

I te same w karnym szeregu pokrzykują raźno,

I mówią „nie ma” oraz „nowe już”.

Czas tu wiruje jak bączek po trawie,

Jak skrzydła trzmiela, i te skrzydła właśnie

Albo trzmiel kosmaty zanurzony w kwieciu

Prawdziwy jest.

IV

Istnienie nawet dla formy jest aktem.

św. Tomasz z Akwinu, „De ente et essentia”

I co z tym domem. Z tą ulicą wąską,

Obok kościoła, która ciężko pnie się w górę,

Co z ludźmi tymi, którzy kuchnię ciemną

Przed laty zasiedlili swych potraw zapachem?

Więc nie ma miasta? Pamięć tylko żyje?

Po tym i po tych, co mieszkali wspólnie?

Mury bez czułych zabiegów sterczą chmurnie.

Istnienie nawet dla formy jest aktem.

A jeśli nie ma, jeśli sen to tylko

O rzeczach, świecie, piknikach pod lasem.

Na Łyczakowskim cmentarzu przy bramie

Stoją odźwierni – co przegrali z czasem.

V

Głowę utrzymuj w pionie, chociaż chwilę, dumnie,

Plan miasta epopeją niemą jest,

Cegieł ilością wielką kościół stać się może.

Gdy widzisz jak się w pył rozbija

Co istniało. I pamięć nawet gaśnie jak zły sen

Głowę w pionie utrzymuj, dumnie,

Chociaż chwili ułamek potrwa to.

.

PANI STEFANII P.

Denn das Schöne ist nichts

als des Schrecklichen Anfang...

R.M. Rilke, „Die Erste Elegie”

Radość się kwietnia zachodem rozlała,

Ciszę przed nocą drążył kosów śpiew.

Z zatłoczonego wyszedłem kościoła,

Modlitwa niemo zsuwała się z drzew.

Delikatne, w zmęczonej pościeli jak z marmuru ręce.

Sen, jak w chwili przed burzą, gdy w zgięte gałęzie

Wbija się krzyk błyskawic, tak bólu smak mdły

Leniwo się sączył przez słoneczne drzwi.

Potężniało zwycięstwo nocy. Jakaś sylwetka

Wolno żłobiła siwiejącą przestrzeń.

Wiał wiatr. Pęczniało powietrze.

Obrazy jakie jeszcze będą mi ofiarowane

Bym szybciej pojął własną nieudolność?

Jaką jeszcze pięknością doświadczysz mnie,

Panie?

.

ODYSEUSZ I PENELOPA

dla K.

Mów cicho. Czerwiec, wzgórza.

Rok wydłuża cienie naszych

Ciał. Ręce. Usta. Białe czoło.

Lekki wiatr więc i zapach pól.

Odkładające się krok za krokiem skiby.

Miasta zburzono. Drogi zarósł perz.

Okłamuje siwa sztuka nawigacji.

Radość i strach, jak dziedzictwo,

Są przy nas.

Jedna za drugą pęka fala.

Mów tak: Niech zapada zmierzch i

Krzyczą mewy. Na to, co było,

Co czeka nas, co jest niech

Cicho szemrząc płyną pocałunki.

.

***

Umarła Rachel w drodze, prawie w wiosnę.

Długo nie chciała rodzić ziemia,

Słońce zniżało się i rosło,

Rzeźbiło kształty rzeczy z cienia.

Pąki na drzewach śliniąc się pęczniały

Nocami słychać było kosy,

Skowronek wibrującym głosem

Wskrzeszał rozległą toń niebiosów.

Rozstępowała się czarna i zetlała,

Butem rozbita tłusta i wilgotna,

I Pan niebiosów wkraczał osowiały

W świat kiełkujący zielonością.

O zmartwychwstaniu nie śpiewały kosy,

Ziemia rodziła bez pamięci, głupia.

Rachel kończyła wątłą żalu piosnkę,

I Anioł Śmierci oczy jej wyłupił.

.

ELEGIA NA UPADEK TYRANA

Znów tłum zwyciężył. Kruszą się

szybko przyczółki tyranii. Za Jasną

Bramę, przez straże, patrole i

wyniosłe wieżyczki obrotowych

działek czerń się wdziera

skandując: Szczur. Powietrze

wciąż jeszcze kaszle wystrzałami:

niekiedy – tępy pomruk – kanonada,

lecz częściej sypki trucht maszynowej

broni. Spadają głowy, lekko – jak

zaspana piękność – przeciągają się

liny pod czujnym okiem katów.

Maszerują plutony, broń do broni.

Któraż to już Wiosna Ludów?

Słońce wieku nieuchronnie zachodzi,

Więc ostatnia może

wzniesiona o piędź, nienawiść,

zbrodnię – wyżej – głowa?

Teraz lekko skłoniona w bok,

wydymająca wargi, już spokojna,

na czułej taśmie filmu, nad wjazdową

bramą, siwym poblaskiem świecąca

w oknach naszych domów.

Triumf, maska pośmiertna, świadectwo czy fakt

dokonany? Przesłuchanie czy znak tylko,

po prostu znak czasów,

niezdarny hołd złożony Klio –

dzikie epitafium starej Europie.

grudzień 1989

.

WALETA LESZCZYŃSKA

Zaspany kogut później tutaj

Budzi nocy ciszę, zawzięciej

Muchy bzyczą w pełni lata

I sytość popołudnia wylęga

Obficiej, nudę spłowiałą wietrząc

Na milczących placach.

W ukłonach, giętkich gracjach,

Jak zęby w starca ustach,

Dwie wieże sterczą, mur

Zwalony, świadectwa nieme,

Że nad tą niecką, którą porósł

Perz, Bóg kiedyś był schylony.

Portrety, czarne prawie, złociste

Napisy, niewprawną ręką

Przenoszone w wieczność życie,

Niewiasty rozmodlona pierś

I nieodłączny cień w

Alabastrowej delty szczycie.

Złuszczone ulice. Wieść szybko

Rogatki przeciwległe brata,

W wytarty nieba strzęp

Głos się dobija i powraca

W dół, gdzie królowanie echa

Z wolna, lecz ciągle się rozszerza.

.

PIERWSZA ROCZNICA

Nie budzi mnie już krzyk.

Rewers przestał dokuczać

awersowi. Przede mną

przestrzeń: pusta, jasna.

Stoję na równiku. Słońce

dopala cień jak rekrut

ogarek. W oślepłym

świetle stoi całe

nieprawdopodobne, zamknięte,

niedopowiedziane życie.

Tylko tyle? Skromna

wieczność szmuglowana

przez kruche granice

spadających liści.

Promieniście od oczu

rozchodzą się zmarszczki,

jakby ogarnąć chciały całą

przestrzeń, która została

jeszcze.

Nie budzi mnie już krzyk,

a sny układają się

wzdłuż południków,

w stronę, skąd wieje

chłód.

Miało być tylko pożegnanie

i pochwała czasu,

a jest

(Tak jak wartownika

zajętego odliczaniem

kroków od budki po

drogi skręt, zamyślenie

niekiedy zdarza się,

wynosi pod

syk kul na

patroszenie powietrza,

na śmierć)

niezamierzony skutek:

droga w kamienne

serce blasku:

wiersz.

.

UKRZYŻOWANIE

Halabardnik jakby od niechcenia

podpierał raczej niż przebijał bok:

„Scena statyczna. Chociaż serca matek

w lot pojmą głowy Marii skłon”.

Mówił. A ja patrzyłem na Jana:

nieco z boku, przewyższał jeszcze

halabardnika tonem oczu, ręki gestem:

„Niech będzie spokój. On duszę dał

już Bogu”. Stąd może brali się

gnostycy, jeśli któryś dłużej w Bieczu

trawił czas. Nie cierpi ciało. Duch to inny stan.

Była tam jeszcze Magdalena Maria.

O niej nie mówił nic. Była jak ziemia.

Chrystus był jak czas.

.

POWRÓT

Rodzicom

Ozdrowieńcy, chromi, wyzwoleńcy, którzy z martwych wstali,

Kalecy, ślepi, obłąkani – tłum wielki – wolno powracali.

W dole miasteczko chwiało się z gorąca,

A za plecami Wzgórze Czaszki nocą nabrzmiewało.

Dwie belki zbite w krzyż. Przegroda słońca.

W milczeniu wielkim krok pyłu chmurę wznosił,

Ruchomy trakt cień wędrujący znaczył.

Do miejsca szli, gdzie szlaban drugiej belki kres ogłosi

Lecz noc – zwinne jaskółki wysławszy za gońca,

Które jak pociski cięły siwiejący mrok,

Koiła kształty, barwy, światła, rzeczy. I szli tak bez końca.

.

EKLOGA. SIERPIEŃ

Wczesna jesień. Topole tracą

liście i blednie jak

przed plutonem skazaniec,

popołudniami niebo.

Delikatnie na horyzont

naciera las, powietrze się

zatrzymało jak jąkała

przed spółgłoską.

Samobójczo dopala się

lato. Pożółkły trawy.

Odkąd nieubłaganie czas

obdarował dojrzewaniem

trwanie, czerwienieje

jabłko, syci się los

szelestem liści, wiatru

wianiem,

dotykiem suchych myśli,

a także krągłym i pachnącym

zdaniem. Raz za razem

jak kropki lub uderzenia

zegara sypią się gruszki.

Śliwka rozlewa sok.

Brzęczy pszczoła i poczet

much odgania głos.

Rozłażą się wersy. Wnika

w nie blask, pot klei oczy,

koszula, jak rannego w

pierś, suchotnika czy

spowiednika zrośnięta z ciałem,

jak Dioskurów para.

Miały być stada owiec,

cienie i ognie na wzgórzach,

przyrody fin de siècle,

a tak –

o brzeg uderza fala,

łódź się chwieje,

pies zawodzi i rzadko kiedy

słowa dźwięk wyławia

cień swój – ciszę, więc

głos ścisza się w szept

coraz obficiej. Starczość

w bój posyła pułki nowe

wciąż i pełnia się rozlewa.

Cicho przemyka wąż

I garbi rzymski nos

Augusta miesiąc.

.

ŚWIĄTYNIA

Poznałem stepowego podróż oceanu

Żeglowałem i w suchych stepach oceanu

Wjechałem na suchego stepy oceanu

Okrążyły mnie stepy na kształt oceanu

Adam Mickiewicz

Mucha. Świt. Zmierzch. Jakiś

pagórek w tle. Wiersz.

Możliwe, że dwa razy się

nie zdarza ten sam dźwięk.

Ta sama fraza tkwi tam,

gdzie rytm dodaje krwi

biegowi sens, chociaż

czyja wiem? Drzwi

uchylone, zrzędzi mucha,

a ręka kreśli nieustannie,

jakby INACZEJ było

tylko NIE i NIC innego.

Chociaż „Wpłynąłem”, „przestwór”,

„stepy”, ptaki (żurawie?), Mirza,

pulpit, ręka, mucha,

skraj lasu, dusza

raz dzieje się, to

pewnie tylko o to

chodzi, żeby spro-

wadzić do konsekwencji

prostej wszelki byt i

rytm: że tak akurat musi

być, jak jest lub będzie:

oddech. Czatyrdach, burzan, wers.

.

WILANÓW

Pani Barbarze Toruńczyk

I.

Egzotyczny krzyk ptaka. Plusk kaczek.

Który podrywał spóźnionego krok.

Smutek przestrzeni. Siwe rzędy wierzb.

Pałac wzbijał się w tęcze. Fontanny milczały.

Niedokonane zostały zamiary.

Fala delikatnie wsuwała się w brzeg.

Hałasy miast. Złowróżbne słupy kominów.

Bajecznie powyginane ciała faunów

I nimf porastał mech.

Obłaskawione kształty drzew i krzewów.

Jak wyzwanie z wodą dygotał w dali las.

Pozostawało mężnie spozierać na

Drugą stronę i milcząc wystukiwać

Butem suchy rytm. Pierwsze pąki

Na drzewach pęczniały. Wiał wiatr

I liście ruszały, liście? – cienie liści.

W drogę. I mnie też ich śladem trzeba było iść.

II.

Dokąd poeta wkroczył wolnym krokiem,

Ogrodnik na palcach liczył proporcję wśród drzew,

Fontanny opadały oktawami kropel,

A jeśli padał, to wraz z tęczą deszcz.

Dokąd świątynie chińskie i pagody,

I alegorie czterech roku pór

Na ścianach, a na plafonie zarys gór

I pulchne ciała kobiet. Fanfary.

Matowy zapach wosku i wąska

Stróżka słońca przez wizjery futryn,

Mknące piruety amorków.

Tulczyn, Niemirów, Wersal – nieprzespany sen.

To inna pora. Tutaj drzemie śmiech.

Perliste dzwonki klawikordów, peruki,

Pieprzyki, alejkami bieg szalony

I z Mozarta dźwięk.

To liczby kwestia, sumowania.

Matematyki i rozkładu siła.

Poeta palcem sylaby wybija,

Chwali bieg czasu i wino popija.

III.

Błądziłem po parku. Dotykałem rzeźb.

Badałem wody z fontann smak.

Zgubiłem miarę. Dzwon przechodził w śpiew.

Słuchałem dzwonów.

Zgubiłem miarę. Zbyt niespójny rytm.

Sypałem w palcach gruz i pył,

widziałem gruz i pył, i śmierć,

Nieustający wody bieg.

Zbyt cichy dźwięk. Zbyt lekka serca

Mowa. Utonął rytm.

Wiosna sypała płowa

Kwiatów ognisty deszcz.

Z TOMUN